Wakacje 2020

4 propozycje na lato 2020, czyli wakacje kobiety z klasą

Choć wakacje 2020 zdają się być terminem nieco odległym, poszukiwanie wymarzonej lokalizacji i planowanie szczegółów wypoczynku sprawia nam zwykle wiele przyjemności. Chętnie sięgamy więc po katalogi biur podróży i przemierzamy internet, aby jak najszybciej odkryć trendy na nadchodzący sezon. Rosnące zainteresowanie ofertami first minute potwierdza jednak, że nie warto zwlekać. Na co powinnaś zwrócić uwagę, poszukując wymarzonego miejsca wypoczynku, w którym poczujesz się jak prawdziwa dama? Toskania, Prowansja, a może Lazurowe Wybrzeże – gdzie wakacje 2020 powinna spędzić kobieta z klasą? Wraz z Interhome przedstawiamy nasze propozycje!

Toskania

Tego miejsca nie trzeba przedstawiać. Która z nas nie zetknęła się bowiem choć raz z malowniczym krajobrazem Toskanii? To jednak nie wszystko, co zaoferować może ten urzekający region we Włoszech. Wyśmienite wina, słynna regionalna kuchnia oraz szereg atrakcji, wśród których coś dla siebie znajdą zarówno miłośniczki aktywnego wypoczynku, jak i te z pań, które poszukują spokoju i równowagi. Klimat prowincji, górskie wycieczki, tętniąca życiem Florencja – Toskania kryje w sobie wszystko, czym powinno charakteryzować się lato 2020. A prawdziwie włoski klimat, który to coś, co doceni każda kobieta z klasą!

Prowansja

Prowansja to niewątpliwy trend na lato 2020, bowiem ten urzekający region Francji króluje nieprzerwanie na liście wakacyjnych kierunków już od wielu lat. Kojarzymy go przede wszystkim z malowniczymi polami lawendy, drzewami oliwnymi i niezliczoną liczbą artystów tworzących w ich cieniu na przestrzeni wieków. Na atrakcyjność Prowansji wpływają również wspaniałe miasta, takie jak Marsylia czy Awinion. Oprócz imponującego krajobrazu i ciekawego rysu historycznego, ten niezwykły region oferuje ponadto wyśmienite jedzenie. Lato w Prowansji najlepiej spędzić w jednym z domków, których w okolicy nie brakuje –  dzięki temu bez trudu poczujesz wyjątkowy klimat i odetchniesz od miejskiego zgiełku! Warto z większym wyprzedzeniem zarezerwować noclegi w Prowansji przez Interhome, ponieważ to coraz bardziej popularny kierunek i dobre oferty wyprzedają się bardzo szybko. 

Jezioro Garda

Kolejna propozycja zlokalizowana we Włoszech potwierdza, że kraju tego nie możecie ominąć w lato 2020! Garda, czyli największe z włoskich jezior, co roku przyciąga poszukiwaczy inspiracji i entuzjastów malowniczego krajobrazu. Na jego atrakcyjność wpływa również bliskie położenie większych miast, takich jak Werona czy Trydent, oddalonych o zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Możliwość podróży po wodach jeziora i odpoczynku od zawrotnego tempa życia codziennego sprawiają, że Jezioro Garda to niewątpliwy synonim wymarzonych wakacji 2020 z klasą!

Lazurowe Wybrzeże

Położony nad Morzem Śródziemnym region to miejsce, które na uwagę zasługuje przez cały rok. Prawdziwy raj dla miłośników wypoczynku nad morzem gwarantuje tu nie tylko łagodny klimat, ale również przejrzysta woda i wyjątkowe plaże. Nazwy najpopularniejszych miast regionu, takich jak Saint-Tropez czy Cannes to symbol światowej klasy, a życie towarzyskie kwitnie w nich przez cały rok. Lazurowe Wybrzeże to lokalizacja, którą nie sposób pominąć w lato 2020 – każda z Was może się tu bowiem poczuć jak światowej klasy gwiazda!

macron

3 najgłośniejsze skandale seksualne ostatnich lat

1. Roman Polański razy kilka

Nie może się nie pojawić w tym zestawieniu niestety wciąż na miejscu pierwszym. Nie cichną echa wokół pierwszych zarzutów o gwałt w 1972 roku na 13-letniej Samancie Geimer, byłej niemieckiej aktorce, a wciąż pojawiają się kolejne oskarżenia. Geimer oskarżyła Polańskiego w 1977 roku. Wybitny reżyser przyznał się wówczas przed sądem w Los Angeles do podania dziewczynce środka odurzającego, alkoholu i wykorzystania nieletniej. Zgodnie z ustawodawstwem stanu Kalifornia, kontakt seksualny z nieletnią traktowany jest jako gwałt, w związku z tym oskarżonemu groziło nawet 50 lat więzienia. Polański nie doczekał w Stanach ogłoszenia wyroku, uciekł do Francji.

Gdzie w 2010 roku został ponownie oskarżony o gwałt. Tym razem sprawę zgłosiła brytyjska aktorka, Charlotte Lewis, która wyznała, że została przez Polańskiego zgwałcona w 1983 roku, gdy miała 16 lat. W 2017 roku dołączyła do niej Marianne Barnard, która zeznała, że Polański molestował ją w 1975 r., gdy miała lat 10. Według jej wersji polski reżyser molestował ją podczas sesji zdjęciowej na plaży w Will Rogers. Dziewczynka miała najpierw pozować nago w futrze, po czym miało dojść do molestowania. Po zeznaniach Barnard zapoczątkowała petycję on-line wnioskującą o usunięcie Polańskiego z Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Na czym być może się nie skończy, dlatego że kilka dni temu ten jeden wielki skandal wokół osoby Polańskiego na nowo się rozżarzył. Francuskie media ujawniły, że o kolejny gwałt reżysera „Dziecka Rosemary” oskrżyła aktorka i modelka, Valentine Monnier. Do gwałtu miało dojść w 1975 roku. Monnier miała wtedy 18 lat. Sytuację opisała w ostatnim wywiadzie dla Le Parisien. Według jej wersji do gwałtu miało dojść w szwajcarskim mieście Gstaad, gdzie spędzała ferie zimowe. Poznała tam Polańskiego wraz z jego przyjaciółmi i została zaproszona na wieczór do jego posiadłości. Według jej zeznań została tam namawiana do zażycia nieznanej substancji, po czym została pobita i zgwałcona. Polański oczywiście stanowczo zaprzeczył oskarżeniom.

źródło: polityka.pl

Nie zmienia to jednak faktu, że wiszące od dawna nad głową reżysera czarne chmury chyba w końcu spłyną spektakularną ulewą. Sprawa Monnier wyszła bowiem na jaw tuż przed premierą nowego filmu Polańskiego „Oficer i szpieg”. Oficjalna premiera przebiegła więc w atmosferze skandalu. Francuskie aktywistki próbowały zakłócić pokaz filmu poprzez skandowanie haseł przeciwko Polańskiemu oraz apelowały, by w końcu ukarać go za rzekome przestępstwo. Żona reżysera musiała odwołać wywiady w zachodnich mediach, których odmawiają również aktorzy, biorący udział w najnowszym filmie, a gildia francuskich artystów poważnie rozważa wykluczenie reżysera.

2. Nobla nie będzie

W kwietniu 2018 roku ze stanowiska szefowej komitetu przyznającego literackiego Nobla zrezygnowała Sara Danius. Dezyzja ta była kulminacją trwającego od kilku miesięcy skandalu wokół męża poetki Katariny Frostenson, członkini Akademii. Fotograf Jeana-Claude Arnault utrzymywał bardzo bliskie związki z Akademią, dlatego gdy podczas światowej kampanii #meetoo osiemnaście kobiet na łamach szwedzkiego dziennika Dagens Nyheter opublikowało swoje oświadczenia o molestowaniu przez Arnaulta, literacki świat na moment zamarł.

źródło: straitstimes.com

Według zeznań Arnault miał brutalnie molestować kobiety na przestrzeni 20 lat. I co gorsza dla Akademii miało się to dziać w mieszkaniach do niej należących, w Sztokholmie i w Paryżu, a także w prowadzonym przez fotografa i jego małżonkę prestiżowym klubie literackim o nazwie Forum. Co więcej skadal seksualny wiązał się także ze skandalem finansowym – Forum częściowo finansowała Akademia. Po tych doniesieniach szefowea komitetu przyznającego literackiego Nobla natychmiast wstrzymała zaplanowane dla Forum wypłaty i wszczęła wewnętrzne śledztwo, w którym stwierdzono finansowe nadużycia. Ponadto Arnault został również oskarżony o bycie źródłem przecieków z obrad noblowskich. Dochodzenie wykazało, że mąż Frostenson był źródłem przecieku o Nagrodzie Nobla dla Wisławy Szymborskiej (1996), Elfriede Jelinek (2004), Harolda Pintera (2005), Jean-Marie Gustave’a Le Clezio (2008), Patricka Modiano (2014), Swiatłany Aleksijewicz (2015) oraz Boba Dylana (2016).

źródło: tvp.info

W ostatecznym rozrachunku z członkostwa w 18-osobowej Akademii zrezygnowało osiem osób. Formalnie pozostają one nieaktywnymi członkami, dlatego że istniejące procedury nie przewidują rezygnacji ze stanowiska – jeśli ktoś wycofuje się z prac, jego krzesło pozostaje puste aż do jego śmierci. Ze stanowiska zrezygnowała Sara Danius. Akademia Szwedzka zrezygnowała z przyznania literackiego Nobla w roku 2018. Dlatego na przyznanie tegoż Nobla naszej polskiej pisarce, Oldze Tokarczuk, musieliśmy poczekać do tego roku;)

3. Macron zdradza swoją 20 lat starszą od niego żonę z… ochroniarzem?

Ponad rok temu we farncuskich mediach zawrzało. W grę wchodził nie tylko homoseksualny romans głowy państwa, ale również zdrada tajemnic państwowych.

źrodło: tvp.info

Wszystko zaczęło się od zeszłorocznej pierwszomajowej manifestacji, na której Alexandre Benalla, 28-letni były już wiceszef kancelarii prezydenta Macrona, przebrał się za policjanta i pobił dwóch uczestników demonstracji. Dziennikarze zaczęli kopać głębiej. Zaczęto insynuować, że Benalla i Macrona łączyło płomienne uczucie. Tym bardziej, że nie był to pierszy raz, kiedy prezydenta Francji podejrzewano o związki z mężczynami. Na tym jednak nie koniec, bo liberalna Francja byłaby chyba w stanie taki skandal łatwo puścić płazem. Na Macrona rzucono jednak znacznie poważniejsze oskarżenie jakoby przekazywał swojemu domniemanemu kochankowi tajemnice państwowe, m.in. kody nuklearne. Sprawa cały czas jest w toku, paryska prokuratura wszczęła w sprawie Banalli śledztwo wstępne.

Na razie ujawniono, że po zwolnieniu z Pałacu Elizejskiego Benalla prowadził interesy w krajach afrykańskich, posługując się dwoma paszportami dyplomatycznymi. Za finansowaniem jego podóży miał stać francusko-izraelski biznesmen, odpowiadający za niejasne transakcje w Afryce. W lutym tego roku były bliski współpracownik obecnego prezydenta Francji został osadzony w tymczasowym areszcie. Skandal wokół tych wydarzeń i doniesień doprowadził do złożenia przez opozycję dwóch wniosków o wotum nieufności wobec rządu Macrona, który przetrwał dzięki większości.

źródło: tygodnik.tvp.pl
Portret kobiety w ogniu

„Portret kobiety w ogniu”: sentymentalna feminoutopia?

Zmysłowy i delikatny, a równocześnie żarzący się emocjami od pierwszej sceny. Wyróżniony w Cannes za scenariusz, dodatkowo otrzymał tam Queerową Palmę. Niby historia, którą kino opowiada od zawsze – historia rodzącej się miłości to motyw stary niczym sam świat – ale w filmie francuskiej reżyserki Céline Sciammy jest coś takiego, co zatrzymuje widza w kinowym fotelu jeszcze dłuższą chwilę po skończonym seansie.

Barokowe niuanse

„Portret kobiety w ogniu” to film niezwykle dwoisty. Świetnie obrazuje to już sam tytuł: z jednej strony portret to coś statycznego, to zamrożenie chwili, bezruch, uporządkowanie, coś przewidywalnego; z drugiej ogień kojarzy się z dynamiką, gwałtownością, czymś nieobliczalnym, żywiołem. Taki właśnie jest ten film. Z jednej strony jest technicznym, malutkim filmowym majstersztykiem skomponowanym analogicznie do powstającego w filmie portretu młodej, francuskiej arystokratki. To jak reżyserka wraz z autorką zdjęć, Claire Mathon, gra kolorami, światłem i kontrastem, zasługuje na wielkie brawa. Niesamowite ujęcia, które uchwyciły mimiczne dramaty bohaterek, tworzą charakterystyczny dla tego filmu nastrój. Nastrój zmysłowości, napięcia, intymności, emocjonalności. Ten film to nie tylko przepiękne krajobrazy, to także niesamowite kostiumy i wnętrza, które oddane zostały z zachowaniem najmniejszych szczegółów i eksponowane, podobnie jak w „Faworycie” Lanthimosa, za pomocą naturalnego światła świec. Momentami w trakcie seansu razi nas więc odbijające się od tafli morza słońce, to zaś w kolejnej scenie wpatrujemy się w mrok domu oświetlanego jedynie ogarkiem. Film Sciammy to film o malarstwie i tak też jest przez nią zrobiony – malarsko. Można by się było nawet pokusić o stwierdzenie, że jest nie tyle montażem ujęć i scen, ile montażem zachwycających obrazów.

Blaski świecy

I na razie tyle dobrego o tym filmie – technicznie jest świetny. Czy spełnia drugi, konieczny dla mnie warunek, by cały film ocenić jako bardzo dobry, a więc czy jest merytoryczny? Czy jest o czymś? Czy opowiada spójną historię wartą poznania? No właśnie, i tak i nie. Albo inaczej – z fabularnego punktu widzenia według mnie warto oglądnąć ten film nie ze względu na jego główną historię, bo nie jest niczym odkrywczym, ale ze względu na kryjące się za nią niedopowiedzenia, motywy i wynikające z niej konkluzje.

Ale po kolei. Fabuła w skrócie: jedna z bretańskich wysp, około połowy XVIII wieku, a więc mniej więcej rok 1740. Heloiza (Adèle Haenel), córka arystokratycznej francuskiej rodziny, ma zostać wydana za mąż za mediolańskiego magnata. W celu stworzenia portretu przyszłej panny młodej, który miałby trafić przed oblicze jej przyszłego małżonka, na wyspę przybywa malarka, Marianne (Noémie Merlant). W takim zadaniu nie byłoby niczego trudnego, gdyby nie to, że portret młodej Heloizy ma namalować w sekrecie przed modelką, a więc bazując jedynie na swoich obserwacjach podczas spędzanego z nią czasu. Nad początkową nieufnością górę bierze ciekawość i fascynacja, która pozwala kobietom na bliższe poznanie. W zaciszu nadmorskiego zameczku rodzi się uczucie, które odciśnie piętno nie tylko na tytułowym portrecie. To podstawowa warstwa filmu. Ta według mnie mniej ciekawa.

Bo znacznie ciekawsze jest to, co się za nią kryje. A więc nie tylko umyślnie przemilczana kwestia tego, dlaczego Heloiza ma wyjść za mediolańskiego bogacza, skoro jeszcze nie dawno jej codziennym strojem była mnisia szata. Co z matką Heloizy, która być może i postępuje na pozór bezwzględnie, ale dlaczego wydaje się równie nieszczęśliwa, uwięziona, targana równie gwałtownymi i skrywanymi emocjami. Znacznie ciekawsze jest podjęcie przez Sciammę wątku aborcji dokonywanych w tamtych czasach i związanych z nim relacji klasowych. A także kwestia wielkiej nieobecności mężczyzn w tym filmie. By odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest (bo oczywiście jest to zabieg świadomy), ciekawiej nie podążać za głównym, naocznym wątkiem, który proponuje odpowiedź: „by opowiedzieć historię miłości pomiędzy dwiema kobietami”, ale wolę doszukiwać się przesłania związanego z rolą kobiet w historii. Z tym, że rola i udział kobiet w historii została ukryta, nieopowiedziana, zapomniana. W epoce, o której opowiada film żyło wiele malarek. Robiły kariery jako portrecistki, a nawet jako ogólnie utalentowane malarki, ale pozostały anonimowe, o ich imionach przeciętny odbiorca sztuki nie ma pojęcia. Nie to co o Michale Aniele, Tycjanie, Caravaggiu, Rembrandcie czy Vermeerze. Mówi o tym sama Marianne, malująca portret Heloizy – tylko dlatego że jest kobietą nie może malować nagich mężczyzn, a więc nie może studiować ludzkiej anatomii po to, by szkolić się w malarstwie. Podobnie zresztą jeżeli chodzi o wystawianie – swój świetny obraz podpisuje nazwiskiem ojca, by dotarł do szerszej publiczności.

Dużo ciekawszy jest też wątek pozorów i konwenansów. Ale nie ujęty w taki sposób, o jakim mówi większość recenzji tego filmu, że kobiety żyły wtedy pod ich dyktando. Znacznie bardziej smakowite i wyrafinowanie przewrotne wydaje mi się to, że to właśnie na pozór zamknięta w konwenansach arystokratka Heloiza okazuje się wcale nie tak niewinna, a nawet zdecydowanie świadoma czynów swoich i rządzących światem zasad. Z kolei wydająca się bardziej wyemancypowaną kobietą malarka Marianna wcale nie postępuje wbrew ogólnie przyjętym zasadom.

Feminoutopia

Niektórzy recenzenci zarzucają filmowi Sciammy, że jest odrealniony, zbyt sentymentalny, że z jednej strony naturalistycznie prezentuje nam owłosione ciała kobiet, nitki śliny łączące się przez pocałunek, a równocześnie akcję historii umieszcza w odległej od cywilizacji idylli. I nie sposób się z takimi uwagami nie zgodzić. Wszystko w sposobie opowiadania Sciammy byłoby pięknie wiarygodne, gdyby nie to, że romans bohaterek nigdy nie został skonfrontowany społecznie. Żyją przez jakiś czas oddalone od cywilizacji, całkowicie mogące robić, co tylko zechcą, bez żadnej kontroli, bez żadnych doraźnych zobowiązań. Na obronę reżyserskiej wizji można jednak szepnąć, że końcówka historii w moich oczach całkowicie ją uwiarygadnia. Zdecydowanie nie kończy się bowiem cukierkowo. Można wręcz uznać, że to zakończenie filmu jest konfrontacją bohaterek ze społecznym porządkiem, z którym nie tylko przegrywają, ale na który się godzą.

spodnie stylizacje

Co zamiast dżinsów i tiszertów? – możliwości jest pełno!

O tym, że Polki nie lubią nosić spódnic pisałam już w poprzednim artkule, w którym na przekór właśnie namawiałam do ich noszenia. Jeśli jakimś cudem go przegapiłaś, to zapraszam tutaj. Dziś wzięłam na tapetę spodnie. Gdy pytam swoje klientki, co noszą najczęściej, słyszę nieustannie to samo – jak mantra powtarzana dzień w dzień „tiszert i dżinsy, tiszert i dżinsy, tiszert i dżinsy”. STOP!  I mimo tego, że dziś będę pisać o spodniach, to o jeansach nie będzie ani słowa, w zasadzie T-shirtów też nie zobaczycie w proponowanych przeze mnie stylizacjach. Jesteście gotowe?

Zanim jednak przejdziemy do meritum słów kilka na temat spodni. Najczęściej kobiety noszą rurki, ponieważ są klasyczne i niezwykle uniwersalne, słyszałam nawet, że pasują każdej sylwetce. W żadnym wypadku! Taki fason spodni uwydatnia wszystkie mankamenty figury, pokazuje zbyt chude nogi, jak również podkreśla te bardziej masywne. Dużo łaskawsze dla naszych sylwetek są fasony o prostej nogawce, a dla figur o mniej kobiecych kształtach lepsze będą: marchewy, paperbag, baggy, joggery, a nawet szwedy. Zobaczcie, ile istnieje fasonów spodni, a te które wymieniłam to mała namiastka różnorodności, jaką znajdziecie w sklepach. Tak, to jest ten moment, aby przejść do stylizacji, które dla Was przygotowałam.

Bojówki

Pierwsza stylizacja oparta jest na spodniach z kieszeniami wpisujących się w styl bojówek, które połączyłam z elegancką bluzką w kolorowy wzór. Mocnego akcentu dodają wiązane botki z wysoką cholewką oraz pasek, który dodatkowo akcentuje talię. Całą stylizację spina przepiękna kamizelka o lekko biurowym charakterze. Grę pastelowych kolorów podkreśla mała listonoszka w wężowy print. Jeśli chcesz wydłużyć sobie nogi, to staraj się wybierać buty w podobnym kolorze co spodnie, w mojej stylizacji odcięcie kolorystyczne będzie Ci jest skracać. Zauważ, że pasek ma złotą klamrę, podobnie jak wykończenia torebki – to ważne, abyś tego pilnowała, stylizacja staje się wtedy spójna, a Ty wyglądasz bardziej elegancko.

Ta propozycja pochodzi ze sklepu Mohito: spodnie – 80zł, bluzka – 90zł, torebka – 100zł, pasek – 40zł, buty 180zł, kamizelka – 230zł.

I wysoki stan i 7/8

Druga stylizacja przypadnie do gustu kobietom lubujących się w miękkich swetrach i luźniejszych fasonach. Spodnie z wysokim stanem i wiązaniem w talii pięknie ją eksponują, wydłużając jednocześnie nogi. Musztardowy sweter idealnie zgrywa się z kratką spodni oraz sztybletami w kolorze wojskowej zieleni. Żeby jednak nie było zbyt nudno dodałam małą listonoszkę w kwiaty, która spina stylizację kolorystycznie. Torebka zawieszona na złotym łańcuszku dodaje zestawieniu nutkę elegancji. Jeśli podoba Ci się łączenie wzorów, a nie do końca umiesz to robić, pamiętaj, aby printy miały choć jeden kolor wspólny – tak jak na zaprezentowanym przykładzie.

Stylizacja pochodzi ze sklepu Top Secret:spodnie – 120zł, sweter – 130zł, torebka – 60zł.

Odważne kolorki

Kolejna propozycja jest mocno modowa i jednocześnie energetyczna kolorystycznie. Bazą są woskowane rurki w kolorze czerwonym. Wiem, że niewiele kobiet odważyłoby się na takie spodnie, dlatego wzięłam je na warsztat. Zestawiłam z elegancką marynarką w kratę oraz różowym golfem nadając stylizacji modowy charakter. Botki, jakie wybrałam nie bez powodu, są zamszowe i karmelowe – łagodzą stylizację materiałem oraz kolorem. Oczywiście pasowałyby również mocne, czarne trzewiki, ale chciałam odejść nieco od schematu. Delikatna kolorystycznie listonoszka na łańcuszku dodaje zestawieniu elegancji.

Ta propozycja pochodzi ze sklepu Stradivarius: spodnie – 90zł, sweter – 70zł, płaszcz – 200zł, botki – 250zł, torebka – 60zł.

Cygaretki

Moja czwarta propozycja składa się z popularnych cygaretek, które poza fasonem, nie mają zbyt wiele wspólnego z klasyką. Piękny print z kwiatami i liśćmi w kolorystyce totalnie jesiennej, przełamałam szmaragdowym swetrem. Jego oversizowy fason pozwala go nosić na wiele sposobów: możesz go wpuścić przodem albo bokiem do spodni. Nosząc obszerne swetrzyska, pamiętaj o akcentowaniu talii, dzięki temu będziesz wyglądać szczuplej. Stylizację podbija kolorystycznie bordowa torebka, buty zaś pozostają neutralne. Marynarka w jesienny wzór założona razem ze spodniami stworzy ciekawy, modowy garnitur, do którego spokojnie możesz założyć T-shirt, koszulę lub cienką bluzkę.

Stylizacja pochodzi ze sklepu Medicine: spodnie – 120zł, żakiet – 240zł, sweter – 100zł, torebka – 130zł, botki – 280zł.

Paperbag

Kolejna propozycja jaką przygotowałam, to stylizacja ze spodniami paperbag. Ten fason poszerza lekko biodra, dlatego proponuję zestawiać go z dopasowanymi górami. Golf-body dzięki dopasowaniu do figury oraz wysoki stan spodni działają bardzo pozytywnie na kobiecą sylwetkę – akcentują lub „robią” talię. Charakteru dodają stylizacji mocne botki na obcasie i platformie oraz srebrna kurtka typu puffy. Pograłam tutaj również wzorami, zestawiając kratę z printem zwierzęcym. Wspominałam już o tym, ale zauważ, że listonoszka zawieszona jest na srebrnym łańcuszku, które pasują do srebrnych klamerek przy butach, dzięki temu stylizacja wygląda spójnie.

Propozycja pochodzi ze sklepu Bershka: spodnie – 90zł, golf – 60zł, botki – 200zł, torebka – 70zł.

A może klasyczna już skóra?

Ostatnia propozycja to ukłon w stronę klasyki. Skórzane spodnie przestały już wzbudzać kontrowersję, ale czasem nieumiejętne zestawienia przyprawiają mnie o dreszcze. Warto pamiętać, aby mocne w swym charakterze materiały, fasony lub kolory łączyć z delikatniejszymi – uzyskamy wtedy wyważony look. W tej stylizacji postawiłam na jeden akcent kolorystyczny. Zobaczcie, jak pięknie współgra limonkowy sweter z szarym płaszczem i czarnymi dodatkami. Klasyczna torebka w wężowym print i botki na obcasie dodają stylizacji elegancji.

Propozycja pochodzi ze sklepu Reserved: spodnie – 120zł, sweter – 120zł, płaszcz – 200zł, torebka – 100zł, botki – 160zł.

Wierzę, że moje propozycje Cię zainspirowały i porzucisz „dżinsy i tiszerty” na rzecz stylizacji ze spodniami o ciekawszych wzorach, fasonach i materiałach!;)

dorothy-day-2

Czy amerykańska feministka i komunistka zostanie „świętą naszych czasów”? – Dorothy Day

Uważana za jedną z najciekawszych kobiet XX wieku. Porównywana do Gandhiego. W młodości doświadczyła aborcji i małżeństwa-pomyłki. By zrozumieć, czym jest głód i bezdomność, żywiła się tylko solonymi orzeszkami i pomieszkiwała na lodowatym poddaszu. Najpierw obracała się w kręgu artystycznej bohemy, potem żarliwie zaczęła należeć do Boga.

Młoda i gniewna

Urodziła się 8 listopada 1897 roku w Brooklynie (Nowy Jork) w stosunkowo zamożnej rodzinie protestanckiej. Była trzecim z piątki dzieci Johna i Grace. W wieku 16 lat skończyła liceum i otrzymała stypendium na Uniwerytecie w Illinois. Zaczęła wtedy swoją dziennikarską działalność. Wstąpiła do Partii Socjalistycznej. Wyznawała pogląd, że religia to opium dla ludu. Zniechęcała ją hipokryzja i materializm wielu ludzi uważających się za dobrych chrześcijan.

W 1916 roku porzuciła edukację i wróciła do rodzinnego miasta. Zafascynowana życiem najbiedniejszych, obsesyjnie przemierzała najgorsze dzielnice Nowego Jorku, by przyglądać się życiu bezdomnych, głodnych i chorych. Została zatrudniona w socjalistycznej gazecie „New York Call” jako reporterka. Z czasem zaczęła też pisywać do magazynów feministycznych The Masses i The Liberator o socjalizmie i feminizmie. Była gorącą zwolenniczką prawa wyborczego kobiet, które czynnie manifestowała. Jej kariera zaczęła nabierać tempa. Dla dziennika „The Call” przeprowadziła nawet wywiad z Lwem Trockim!

W 1917 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Jako zdeklarowana pacyfistka Dorothy nie mogła odpuścić i tej kwestii. Wraz z innymi sufrażystkami, które swoją kampanię na rzecz uzyskania przez kobiety praw wyborczych nazwały Silent Sentinels, zaczęła pikietować pod Białym Domem. Kobiety zostały aresztowane i skazane na 30 dni. Dorothy odsiedziała 15 dni, podczas których zdążyła jeszcze wziąć udział w strajku głodowym. Nowojorskie feministki chciały w ten sposób uzyskać status więźni politycznych. Zarzucono im, że jako kobiety oczywiście tylko mówią zamiast naprawdę pracować na rzecz innych. Dorothy do tego stopnia oburzyła się tego rodzaju pomówiniami, że zaraz po wyjściu z aresztu zatrudniła się w szpitalu.

źródło: thoughtco.com

Zawirowania

Ta decyzja doprowadziła ją do trudnych doświadczeń i wyborów. W szpitalu poznała bowiem Lionela Moisego, uroczego awanturnika, swojego pierwszego kochanka, w którym zakochała się równie żarliwie jak w komunizmie. Zaszła w ciążę. Bała się, że Lionel ją zostawi. Mówi się, że to za jego namową w końcu dokonała aborcji. Zostawił ją zaraz po zabiegu. Stać go było tylko na pożegnalny list. Paradoksalnie, ten wielki ideowiec, który twierdził, że „idea doskonałej miłości wyklucza posiadanie dzieci”, życzył jej, by wyszła za mąż za jakiegoś bogacza. Dokładnie tak zrobiła.

W 1921 roku wyszła za mąż za zamożego wydawcę, Berkeleya Tobey’a, z którym wyjechała do Europy. Nie było to jednak szczęśliwe małżeństwo. Dorothy zakończyła je po roku. Po powrocie poznała Forstera Battinghama, biologa, kolejnego szalonego idealistę, który instytucję rodziny uważał za przeżytek. W 1924 roku zamieszkała z nim z jego rustykalnym domku na plaży w Staten Island. Tam zaczęła się modlić i uprawiać rosarium, w którym miała figurę Matki Boskiej. W wieku 30 lat zaszła w kolejną ciążę. Urodziła córkę, Tamar, którą ochrzciła. Sama przyjęła chrzest w 1927 roku. Forster, zatwardziały ateista, nie mógł pogodzić się z tym, że dla Dorothy wiara katolicka zaczęła stawać się czymś fundamentalnym w codziennym życiu. Para rozstała się, jednak dla Dorothy nie był to już taki cios jak za pierwszym razem.

Nawracanie siebie i innych

Powróciła do dokładnie takich samych aktywności jak za czasów młodości, tylko że tym razem protestowała, pisała i agitowała na rzecz katolicyzmu. Oddała się swojej wierze w tak samo gorliwy sposób jak wcześniej feminizmowi i komunizmowi. Do końca życia codziennie uczęszczała we Mszy Świętej. W soboty brała udział w adoracji i nabożeństwie dziękczynnym. W każdej wolnej chwili rozważała Pismo Święte. Szczególnie lubiła lektury pism św. Teresy z Avili. Katolicyzm wiązał się dla niej z aktywnym działaniem. Dlatego nie mogła pogodzić się z tym, że podczas szalejącego Wielkiego Kryzysu Kościół nie spełniał swojego ewangelicznego zadania.

Na szczęście zrządzeniem losu poznała emigranta z Francji, Petera Maurina, samouka, wizjonera i filozofa. Obydwoje mówili potem, że modlili się o znalezienie bratniej duszy i trafili na siebie. Założyli wspólnie miesięcznik, „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik), którego pierwszy numer ukazał się 1 maja 1933 roku w nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy po cencie za sztukę.

źródło: Universty of Michigan Library Digital Collections

Pismo zaczęło cieszyć się uzananiem i poczytnością, dlatego że nie był to zwykły katolicki miesięcznik. Obok tekstów piętnujących wyzyskujący robotników kapitalizm drukowano na przykład wiersze prześmiewające bogactwo biskupów. Wokół pisma zaczęli gromadzić się wolontariusze. Zalążkiem zapoczątkowanego chwilę później ruchu społecznego o tej samej nazwie jak gazeta, było mieszkanie Dorothy przy Piętnastej Ulicy. Organizowano tam wieczorne modlitwy, kolacje dla bezdomnych oraz dyskusje filozoficzne. W przeddzień wybuchu II wojny światowej „The Catholic Worker” sprzedawał się w 150 tysiącach egzemplarzy, a w 1937 r. dom Doroty w Nowym Jorku wydawał obiady dla 400 osób dziennie!

W stronę świętości

Dorothy nieprzerwanie pisała i brała udział w protestach przeciw wojnom, za co w latach 1917-1973 wielokrotnie trafiała do więzienia.Organizowała demonstracje przeciw prześladowaniom Żydów w hitlerowskich Niemczech i nawoływała, by Ameryka przyjmowała uchodźców, co było poglądem zdecydowanie niepopoluarnym i przysporzyło jej wiele problemów. W latach 50-tych trafiła do więzienia za ignorowanie ćwiczeń na wypadek ataku atomowego, a w latach 60-tych wystąpiła przeciw wojnie w Wietnamie. Organizowała demonstracje przeciw interwencji w Indochinach i w czasie II soboru watykańskiego głodowała z grupą kobiet w intencji potępienia przez sobór wszelkiej wojny.

Do organizowanej i zarządzanej przez nią wspólnoty zaczęły napływać dary. Dzięki nim otwierano coraz to nowe domy pomocy ubogim i głodującym. Pod koniec lat 30-tych w całych Stanach było już ponad trzydzieści takich ośrodkόw. Dzisiaj jest ich 130 i kilka w innych krajach. Wraz z Peterem odważyła się na kolejny krok, po domach pomocy zaczęła organizować samowystarczalne farmy na amerykańskich wsiach.

Peter Maurin podczas prac na farmie św. Izydora w Aitkin, w Minnesocie w 1941 roku.
źródło: Courtesy of the Department of Special Collections and University Archives, Marquette University Libraries, fot. Mary Humphrey

W listopadzie 1965 roku doszło do największej tragedii w historii jej ruchu. Podczas jednego z protestów grupa współpracowników Day paliła karty powołania do wojska. Ktoś w tłumie nagle zakrzyknął: „Spalcie siebie, a nie karty!”. Nie wiadomo, czy Roger LaPorte, członek wspólnoty, uznał to za wyzwanie czy współnotowe zawezwanie do czynu. Oblał się benzyną i podpalił. Zmarł w szpitalu.

Dorothy Day dobrze znała się z Matką Teresą, ale miała też wielu wrogów i przeciwników. Jako feministka nigdy nie zyskała sympatii radykalnych feministek. Niektóre grupy katolików potępiały ją za bezkompromisowy pacyfizm i niezbyt lubiły za podkreślanie wagi dobrowolnego ubóstwa. Jeszcze w latach 30-tych stała się osobistym wrogiem wpływowego kaznodziei, ojca Charlesa Coughlina.

Zmarła 29 listopada 1980 roku. Swoje życie opisała w powieści „The Eleventh Virgin” (Jedenasta dziewica), którą wydała drukiem w 1924 roku, i w której szczególnie podkreślała, że aborcja odcisnęła duże piętno na jej życiu.

“Myślałam,że jestem wolną i wyemancypowaną młodą kobietą i odkryłam,że wcale tak nie jest. Wolność to modna kreacja, pułapka, w którą my kobiety staramy się schwytać mężczyznę na którym nam zależy”.

fim Boże Ciało

4 powody, dla których koniecznie musicie obejrzeć „Boże ciało” w reżyserii Jana Komasy

To film idealny na początek listopada. Film o życiu i śmierci, stygmatyzowaniu, przebaczeniu, pozorach, powołaniu i niszczących go zasadach. Absolutna perełka najnowszego polskiego kina. Tegoroczny polski kandydad do Oscara, za którego wyjątkowo będę mocno trzymała kciuki.

1. W końcu film nie o byle czym

Scenariusz do tego filmu napisał młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Mateusz Pacewicz. Pomijając mały skandalik, który związany jest z nie poinformowaniem prawdziwego bohatera o tym, że historia jego życia jest właśnie nagrywana (jest to bowiem film oparty na faktach), scenariusz nie ma w zasadzie żadnych minusów. To z jednej strony bardzo kameralny dramat, ale z drugiej dotykający niezwykle uniwersalnych problemów. Po krótce: jest to historia chłopaka z poprawczka, który przez przypadek zaczyna udawać księdza na podkarpackim odludziu. Przybysz znikąd pomaga małej społeczności w uporaniu się z traumami. Tyle jeżeli chodzi o podstawową fabularną warstwę filmu. Kryje się za nią jednak znacznie więcej. Wielu krytyków twierdzi, że to najdojrzalszy film Jana Komasy, który dotyka wielu, wileu ważnych kwestii. Przede wszystkim jednak reżyser w bardzo wymowny sposób pokazuje nam, jaką rolę mógliby i powinni spełniać księża w społeczeństwie, jednak ze względu na instytucjonalny charakter Kościoła, a co za tym idzie niesprawiedliwe, utarte schematy i zasady, jej nie spełnia. Wręcz przeciwnie – sprawia, że wiara ludzi staje się fasadowa i na pokaz, fałszywa, a wręcz służy za pretekst do czynienia krzywdy. Brawo, bo historia, która mogła zostać przestawiona w sposób banalny, nadęty, wpisujący się w ostatnio modną strategię walenia czym się da w polski kościół, taka nie jest. Jest prawdziwa, skomplikowana, zróżnicowana, obiektywna, kolorowa i wzruszająca.

2. Cudna rola pierwszoplanowa

Fot.: materiały prasowe Kina Świat

Jan Komasa ma talent nie tylko do kręcenia dobrych filmów, ale i do szlifowania młodych aktorskich talentów. Wcześniej odkrył Jakuba Gierszała w „Sali samobójców”, potem Zofię Wichłacz w „Mieście 44”, a teraz prezentuje fenomenalnego Bartosza Bielenię. Ten młody aktor Teatru Starego w Krakowie wciela się w swoją główną rolę całkowicie. Dzięki jego naturalnej grze postać Daniela jest przekonywująco prawdziwa. To charakter z krwi i kości. Bartosz Bielenia wygrywa ten film całkowicie swoją dziwną, z jednej strony dziecięcą, z drugiej nieco demoniczną urodą; raz za pomocą aktorskiej powściągliwości, za chwilę za pomocą gwałtownej ekspresji. Wraz z aktorem wchodzimy w odgrywanie roli księdza i wciśnięci w kinowy fotel szczerze mu kibicujemy. Za oceanem okrzyknięto Bielenię aktorkim objawieniem. Nie ma się co dziwić. Oby udało mu się łapać teraz same dobre propozycje fimowe, bo zdecydowanie na nie zasługuje!

3. Mistrzowie mikroekspresji

Bielenia to diament tego filmu, ale okalają go liczne perełki. Praca, jaką wykonał szeroko pojęty drugi plan, zasługuje na długie owacje. I mam tu na myśli nie tylko bardzo dobrą pracę kamerą, piękne na swój charakterystyczy sposób zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jra, ale przede wszystkim drugoplanowe kreacje aktorskie. Chapeau bas dla Aleksandry Koniecznej. To, co, jak i czym zagrała w tym filmie, w zasadzie nie mając za wiele tekstu… bajka! Podobnie bardzo dobra Eliza Rycembel! No i postacie męskie – Łukasz Simlat i Leszek Lichota, i Zdzisław Wardejn! I Tomasz Ziętek! Wszyscy, każdą sceną, gestem i ekspresją, zapracowali na sukces tego filmu.

4. Ktoś przyłożył się do napisania dialogów

Przeciętny widz nie zdaje sobie sprawy z roli dialogów w filmie, ale de facto to dzięki nim aktorzy mogą faktycznie grać, a cały film staje się prawdziwą opowieścią. W tym przypadku, znowu, brawo! Dialogi są całkowicie naturalne, prawdziwe, wyjęte z naszego dnia codziennego. Jednocześnie proste, ale oddające pełną dramatyczność chwili. Albo komediowość, bo i tej w tym filmie nie brak. Jak w prawdziwym życiu. Tragedia miesza się z uśmiechem. Łzy z przyjemnością. Zabawa z bólem.

Ten film jest aktorskim popisem. Nie tylko ze względu na obsadę, ale także dlatego, że w bolesny sposób pokazuje nam, jak każdy z nas w codziennym życiu gra, odgrywa jakąś rolę. Przed sobą i przed innymi. Lepiej lub gorzej. Z bardziej pozytywnymi skutkami lub tylko krzywdząc siebie i innych. „Boże ciało” to jeszcze jeden theatrum mundi. Rodem z zapyziałego Podkarpacia, które w wymiarze uniwersalnych problemów ludzkich niczym nie różni się od każdego innego miejsca na ziemi.

10/10

aborcja

Dziewięć rozmów o aborcji

„-Ile lat by miało?

-Pięć lat. Zastanawiam się, co by było, gdybym urodziła. Może jednak dałabym sobie radę, może wtedy wpadłam w histerię? Może zawsze tak jest, że kobiety się boją i nie wyobrażają sobie przyszłości, ale radzą sobie z tym strachem i rodzą. A ja sobie z nim nie poradziłam. Wciąż mam w głowie taką wątpliwość: a gdybym wybrała inaczej?

Aborcja od zawsze była kwestią dyskusyjną, sporną, kontrowersyjną. Ostatnio wiele mówi się w Polsce na jej temat. I tematy pokrewne, w jakiś spośób z nią związane, jak choćby tak głośna zeszłych i przyszłych dni afera o edukację seksualną w szkołach. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że wiele się o nich rozmawia, ale nie; słowo rozmowa zdecydowanie tu nie pasuje. Bowiem bardzo niewielu ludzi, którzy wypowiadają się na ten temat, ma odpowiednią wiedzę, wrażliwość, poczucie z jednej strony empatii, a z drugiej etyki i moralności. Mam wrażenie, że w dyskusji publicznej szasta się tylko frazesami. W grę wchodzą pieniądze i polityka, ale nie dobro kobiety i dziecka. Kobiety i dziecka – rówocześnie i równorzędnie, a nie jak chciałyby niektóre strony stojące po dwóch stronach barykady albo samej kobiety i jej macicy, albo tylko poczętego życia.

Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie. Nawet nie na poziomie systemu, w szkołach, ale nas samych – dorosłych kobiet. Dlatego czytajmy, słuchajmy, dowiadujmy się. A emocje odłożmy na bok. Dopiero na sam koniec włączmy empatię. Nie, emocje a empatia to nie to samo.

Dlatego dziś polecamy bardzo dobrą książkę Wydawnictwa Czerwone i Czarne „9 rozmów o aborcji”. Książka została wydana dwa lata temu, w 2017 roku, ale wciąż jest bardzo aktualna. I aktualną pozostanie, bo jest zapisem, jak sam tytuł wskazuje, rozmów z ośmioma kobietami o ośmiu aborcjach, których dokonały w różnych życiowych momentach (rozmowa ostatnia to rozmowa z dyrektorką wykonawczą Federacji Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). A więc jest zapisem uniwersalnego kobiecego doświadczenia – możliwością zajścia w ciążę, samej ciąży, strachu związanego z tym stanem i później życia z dzieckiem, bólem, poczuciem winy i osamotnienia…

-Dlaczego zdecydowałaś się opowiedzieć mi swoją historię?
-Może dlatego, że mam 18-letnią córkę? Może dlatego, że aborcja zrujnowała mi po latach życie osobiste i jest przyczyną mojej depresji? Poza tym chcę opowiedzieć kobietom, jakie mogą być skutki takiej decyzji, ale też jak można wyciągnąć wnioski dla siebie. Z mojej historii można wziąć dla siebie całość, część, a można nie wziąć nic.

Co ważne, pomimo że książka została zlecona do realizacji dwóm dziennikarkom związanym z kojarzącymi się raczej lewicowo tytułami prasowymi, jest w głównej mierze obiektywna za sprawą opisywanych w niej kobiet, ich doświadczeń, ich aborcji. Bowiem na pierwszy rzut oka niemal wszystko jest w tych rozmowach różne. I to bardzo ważny punkt w początkach rozmowy o aborcji w ogóle – że kobiety dokonują tego zabiegu z przeróżnych przyczyn – choć chyba można zaryzykować tezę, że większość z nich sprowadza się do strachu i niepewności o przyszły los swój i dziecka, zarówno ten materialny, jak i zdrowotny, a w końcu po prostu bytowy.

-Co Cię bardziej przerażało – że dziecko może urodzić się zdeformowane, czy to, że musiałabyś zmienić sposób życia, czy też, że nie możesz go utrzymać?
-Bardziej do mnie przemawiała ta materialna i zawodowa sytuacja, bo miałam konkretną wizję, co się stanie. A myśl o tym, że dziecko może urodzić się poważnie chore, była tak straszna, że pozostawała już poza moją wyobraźnią.
-Dlaczego?
-Bo będę musiała przez całe życie siedzieć z nim w domu, w dużej biedzie, że trzeba będzie się tym dzieckiem opiekować, będziesz je kochać, nigdy nie będziesz chciała go opuścić i to cię skaże na opiekę 24 godziny na dobę. Więc to jest koniec twojego życia. Bałam się tej straty. Straty swojego życia.

Jednym z najważniejszych aspektów aborcji, o jakich mówi ta książa, jest rozbieżność pomiędzy tym, co przy aborcji teoretyczne, a tym jak wygląda to w praktyce. Mam tu na myśli przede wszystkim sytuacje, chyba najgorsze z najgorszych w całym zagadnieniu, bo dotyczące zdrowia przyszłych maluchów i ich funkcjonowania na świecie, a więc wad genetycznych. Sam fakt, że dziecko ma na przykład wodogłowie, że cierpi i przy narodziach oraz przez całe życie cierpieć będzie, jest dla matki zawsze nie do zniesienia. Decyzja o tym, co z tym faktem zrobić, jest kolejną etyczną, moralną, religijną, po prostu codzienną katorgą. Ta książka pokazuje jednak jeszcze kolejną odsłonę tego dramatu – pomimo że przesłanka o wadach genetyczych uprawnia do legalnej aborcji, w praktyce nie jest ona realizowana. A jeżeli tak, to bardzo często w nieludzki, niehumanitarny, nieempatyczny sposób. Nasz system zdrowia to w wielu przypadkach jedna wielka pomyłka, pomyłka organizacyjno-wykonawcza. A dodajmy do tego jeszcze etykę i empatię. Niby temat na zupełnie inny artykuł, ale te rozmowy z kobietami jasno pokazują, jak ważna w ich przypadkach była dobrze zorganizowana pomoc ze strony szpitali, ze strony lekarzy, pielęgniarek i psychologów. A raczej jej brak.

Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierwanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: „Nie sądzę, aby panią przyjęli.” Nie daję się wciągnąć w dyskusję. „Potrzebuję tego skierowania” – powtarzam. A w myślach: „Nic więcej od ciebie nie chcę.” Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Na wstępie swojej książki autorki piszą, że za każdą z historii związanych z aborcją stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi im o syndrom postaborcyjny. Chodzi im o to, że „aborcja to trauma, bo zawsze są z nią związane dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa.” Pełna zgoda. Ale piszą też później, że strach związany z aborcją „bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło”.

Być może tak jest, być może tak właśnie aborcję kodują Polacy. Ale nie należy ich za to piętnować. W moim odczuciu autorki za pomocą całej książki sugerują bowiem, że aborcja złem nie jest. Nigdy. Że jest na tyle skomplikowanym procesem, związanym właśnie z przeróżnie ujętą traumą, że nie można jej nazwać czymś złym. I o ile na samym początku pełna zgoda, o tyle już na drugą część twierdzenia nie można tak łatwo przystać. O czym według mnie ta książka też zdecydowanie świadczy – że aborcja to owszem niezwykle skomplikowana sprawa, zawsze, za każdym razem to jednostokowy dramat kobiety, ale w niektórych przypadkach można konkluzyjnie nazwać konkretną aborcję czynem po prostu złym. Ale to już musicie przeczytać i wysnuć konkluzje same. Nie ocenić, a już na pewno niepiętnująco, ale przeczytać, pomyśleć, dowiedzieć się, wczuć i nie szastać frazesami, że „Jak można…”, „Ja bym nigdy…”, „Zawsze kobieta powinna mieć prawo…”

źródło: herbatazksiazka.pl
zdjęcie 1

Zobacz, co ulubiona kawa mówi o Twoim charakterze

Kawa budzi do życia, doskonale smakuje, jej picie to rytuał uwielbiany na całym świecie. Okazuje się, że ten czarny napój, jak mało który, może sporo powiedzieć o Twoim charakterze. Preferujesz szybkie i mocne espresso? Wolisz delektować się zmysłowym i lekkim cappuccino, a może Twoim faworytem jest jednak americano? Zobacz, co Twoja ulubiona kawa mówi o Tobie!

Jaka kawa pasuje do Twojego charakteru?

Zebraliśmy wyjątkowo ciekawe informacje i opisaliśmy najpopularniejsze rodzaje kaw – sprawdź, czy rzeczywiście napój, który pijesz codziennie rano, opisuje to, jaka jesteś!

Espresso – pobudzenie dla lidera

Ten rodzaj kawy ma przede wszystkim pobudzić. Espresso jest podawane w małych porcjach – standardowa filiżanka ma pojemność zaledwie 70 ml, a i tak jest przecież wypełniana zaledwie do połowy. Espresso jest wybierane przede wszystkim przez osoby dynamiczne, bystre oraz ambitne. Potrzebują one solidnej dawki kofeiny,  a nie mają czasu na powolne sączenie dużej kawy. Często tę szalenie popularną we Włoszech kawę wybierają też urodzeni liderzy – szybko podejmujący decyzję, wypowiadający się konkretnie i nie bojący się wzbudzania kontrowersji. Espresso to napój dla tych, którzy żyją szybko, wymagają sporo od innych, ale przede wszystkim – wymagają też od siebie. Jednym słowem – to kawa dla ludzi, którzy potrafią pociągnąć za sobą innych. Zresztą wskazuje na to sama nazwa, która wbrew pozorom zupełnie nie sugeruje tego, że kawę szybko się przygotowuje czy też pije. Włoski przymiotnik espressivo oznacza „wyrazisty”, właśnie taki, jak smak tej małej niepozornej kawy.

Kto zatem pije podwójne czy potrójne espresso?

Sporą popularnością cieszy się też espresso doppio, czyli podwójne espresso. To dokładnie taka sama kawa, tylko podawana w podwójnej ilości i w nieco większej szklance. ?Jeśli pije taką kawę, to mój charakter jest dwa razy bardziej wyrazisty od tego, kto preferuje standardowe espresso!? – można by  pomyśleć. Czy jest tak jednak w rzeczywistości? Jest w tym część prawdy – espresso doppio wybierają osoby, które potrzebują podwójnej dawki kofeiny, są więc są jeszcze bardziej żywiołowe, ambitne i ?wyraziste?. A są też tacy, którym nawet doppio nie wystarczy i sięgają po potrójne espresso. W tym przypadku nie zawsze musi to być kwestia charakteru. Pojedyncze espresso to po prostu bardzo mała porcja, a niektórzy kawosze chcą się zwyczajnie dłużej delektować wyśmienitym smakiem tej kawy rodem z Włoch. Nie zawsze wybieranie podwójnego espresso mówi więc o charakterze – czasem po prostu to oznaka miłości do kawy i jej smaku.

Cappuccino – uwielbiany spóźnialski

Przez wiele lat to właśnie cappuccino było ulubioną kawą Polek i Polaków, choć ostatnio ten napój pozostaje nieco w cieniu latte. Co oznacza miłość do tej kawy? Najczęściej jest ona kojarzona z pozytywnymi, serdecznymi i optymistycznymi charakterami. Cappuccino często wybierają dusze towarzystwa, bez których nie sposób zorganizować dobrej imprezy czy spotkania towarzyskiego. Jest jednak spora szansa, że osoba preferująca kawę cappuccino na takie spotkanie się?spóźni. Miłośnicy tej odmiany są bowiem znacznie bardziej towarzyscy od tych, którzy lubią chociażby espresso, ale równocześnie są też znacznie mniej zorganizowani. Dlatego jeśli uwielbiasz właśnie ten rodzaj kawy, to punktualność nie jest raczej Twoją najmocniejszą stroną.

Latte – zdecydowany wybór dla niezdecydowanych

Kawa latte podbiła klientów na całym świecie dzięki popularnym sieciom kawiarni. Dziś ten typ kawy można zamówić dosłownie wszędzie. Latte to kawa w nieco złagodzonej wersji, w której dominującym składnikiem jest mleko. Amatorzy tego napoju zdecydowanie różnią się od miłośników espresso. Bywają niezdecydowani, by nie powiedzieć bujający w obłokach. To kawa dla romantyków, którzy nade wszystko przedkładają walory smakowe. W końcu kawa latte nie daje takiej energii, natomiast z pewnością świetnie smakuje i można się nią bardzo długo rozkoszować. Czasem ten typ napoju kojarzony jest również z rozwagą i z ostrożnością przy podejmowaniu decyzji.

Kawa czarna – coś dla tradycjonalisty. Albo minimalisty

Dla niektórych kawoszy wszystkie skomplikowane odmiany, są po prostu udziwnieniami. Dla nich kawa powinna być kawą. Oni sięgają właśnie po tradycyjną znaną od wieków kawę czarną. A co można powiedzieć o charakterze ludzi, którzy najchętniej ją wybierają? Często są to tradycjonaliści, którzy preferują stare i dobre rozwiązania. Ta kawa jest również wybierana przez minimalistów, którzy nie lubią otaczać się zbyt wieloma przedmiotami i ponad wszystko cenią konkret. Miłośnicy czarnej kawy miewają humorki, ale zwykle nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafią zachować spokój i zimną krew. Są nieco nieufni i raczej starannie nawiązują nowe znajomości. Za to jak się już do kogoś przekonają, to jest duża szansa, że będzie to prawdziwa przyjaźń na całe życie. Osoby pijące tę kawę są raczej ciche i nie zwracają na siebie uwagi. Mówią mało, co jednak bynajmniej nie oznacza, że nie mają dużo do powiedzenia. Taki charakter cechuje się bowiem bardzo często ponadprzeciętną wiedzą i inteligencją.

Frappuccino – dla kochających nowinki

Kawa przez wieki była znana jako gorący napój, jednak z czasem producenci napoju zaczęli eksperymentować również z napojami lodowymi. Niezwykle popularna odmiana frappuccino powstała dopiero w połowie lat 90. XX wieku. Nazwa tego typu to złożenie słów frappe oraz cappuccino. To pierwsze słowo oznacza po prostu, że napój jest mrożony. Czego można się zatem spodziewać po koneserach takich kaw? Takie osoby starają się żyć w zgodzie z najnowszymi trendami. Uwielbiają się dobrze ubrać, lubią też chwalić się swoimi zakupami na serwisach społecznościowych. Miłośniczki tej kawy to osoby pełne energii, którą zarażają wszystkich dookoła. Jednak w przeciwieństwie do amatorów innych odmian, zwolennicy frappucino nie są takimi entuzjastami kofeiny i raczej nie będą godzinami dyskutować nad tym, z których krajów pochodzą najlepsze ziarenka. Fanki frappucino chcą po prostu najzwyczajniej się czymś orzeźwić w ciepłe dni. Kawa i kofeina to miłe dodatki, ale nie są one dla nich aż tak istotne.

Americano – dla sumiennych i opanowanych

Ta kawa powstaje z połączenia espresso z dużą ilością wrzątku. Smakuje podobnie jak zwykła kawa czarna, choć są również odmiany z mlekiem. Zazwyczaj upodobanie do americano łączy się ze spokojem, dojrzałością i opanowaniem. Nie jest to napój dla zbuntowanych nastolatek czy miłośniczek rock’n’rollowego stylu życia. To raczej kawa dla statecznych matek czy osób, które zajmują wysokie stanowiska. Z drugiej strony uważa się, że miłośnicy americano potrafią cieszyć się z małych oraz prostych rzeczy ? z nowej książki, płyty czy spaceru po parku. Koneserzy tej odmiany należą zatem do najszczęśliwszych kawoszy.

Kawa bez kofeiny – dla urodzonych dyplomatów

Jaka kawa jest najczęściej wybierana przez osoby uparte, ale jednocześnie bardzo koncyliacyjne? Odpowiedź brzmi: kawa bez kofeiny. To ulubiony napój dyplomatów. Osoby preferujące takie napoje kawowe dążą mocno i stanowczo do celu i poddają się jako ostatnie. Jednocześnie szybko zjednują sobie ludzi i nie używają dosadnego słownictwa. Picie bezkofeinowej kawy jest jednak czasem również kojarzone z perfekcjonizmem a nawet z potrzebą kontrolowania innych.

Mokka – dla kreatywnych i niespokojnych duchów

Mokka to odmiana kawy latte zawierająca czekoladę (są odmiany zarówno z czekoladą czarną, jak i białą) i pozbawiona dużej ilości piany. Jeśli jesteś artystką, pisarką, kompozytorką czy też pracujesz w agencji reklamowej, to jest duża szansa, że Twoją ulubioną kawą jest właśnie mokka. Smak tego napoju bardzo się różni od espresso, czasem więc mokkę uważa się za kawę dla tych, którzy tak naprawdę za kawą nie przepadają. Pewne jest natomiast, że miłośnicy tej odmiany mają tysiąc pomysłów na sekundę i mają w sobie mnóstwo optymizmu oraz energii. Mokka jest też popularna wśród tych, którzy kochają całonocne imprezy i którzy prowadzą wyjątkowo bujne życie towarzyskie.

Macchiato – kawa dla zdystansowanych

Bazą macchiato jest espresso, dlatego też często kawę tę nazywa się espresso macchiato. Od podstawowej wersji różni się jednak dodatkowym spienionym mlekiem. Amatorzy tego napoju są zdecydowani, choć nie tak bardzo jak ci, którzy piją espresso bez mleka. Są też nieco zdystansowani wobec świata i raczej z rezerwą podchodzą do wszelkich zmian. Są tradycjonalistami, a obietnica jest dla nich świętością, więc zawsze można im zaufać.

Amatorzy nietypowych kaw

Moda na kawę trwa nieprzerwanie od kilku stuleci, ale trzeba przyznać, że obecnie miłośnicy napoju mają do wyboru tyle rodzajów i gatunków, że nieraz naprawdę trudno się w tym wszystkim połapać. Są jednak kawosze, którzy wybierają swoją ulubioną odmianę i pozostają jej wierni. Lecz zdarzają się przecież i tacy, którzy ciągle chcą czegoś nowego. A mają w czym wybierać! Kawy na sojowym mleku, z dodatkiem wanilii, karmelu, cukrem trzcinowym, cynamonem czy syropem miętowym… Kawiarniane sieci prześcigają się w coraz to nowych pomysłach. Są zatem nawet i dyniowe latte, specjalnie przygotowywane z myślą o święcie Halloween. Kto sięga po takie nowinki? Oczywiście przede wszystkim te osoby, które nie boją się eksperymentów, nie znoszą nudy i uznają, że to zmiana jest jedyną stałą częścią życia.

Jednak jeśli do swojej kawy dobierasz wyjątkowo dużo dodatków, a więc przede wszystkim cukier, śmietankę czy też mleko, to psychologowie mogą mieć na to inne wytłumaczenie. Ich zdaniem w ten sposób swoje kawy wzbogacają ludzie nieszczęśliwi lub przeżywający chwilowe kłopoty. Dodatki pomagają im nieco osłodzić życie i uporać się z przeciwnościami losu. Są to więc często osoby z problemami, ale jednocześnie bardzo pomocne i szlachetne. Nikogo nie zostawią w potrzebie i zawsze wyciągną pomocną dłoń. Z kolei wybieranie sojowego mleka sugeruje najczęściej troskę o innych i o środowisko naturalne.

bezstresowe wychowanie

Od bezstresowego wychowania do domowego piekiełka

Mimo dużej dostępności wiedzy na tematy wychowawcze, niektórzy rodzice jeszcze dzisiaj stosują metody bezstresowego wychowania dzieci.

Prekursorem tej metody był już w XVIII wieku filozof J.J. Rousseau, który był zwolennikiem oddania całkowitej wolności dziecku w jego rozwoju własnym. Metoda ta jednak została rozpowszechniona dopiero w połowie XX wieku w USA. Nie na długo. Celem miało być niczym niezakłócone szczęście dzieci, które mogłyby rozwijać się bez żadnych przeszkód. Już wkrótce jednak – bo po dziesięciu latach – okazało się, że efekty wychowawcze są dokładnie odwrotne.

Badania przeprowadzone już dziesięć lat później przez psycholog Dianę Baumrind wykazały, że bezstresowe wychowanie prowadzi do stresu i agresji. Poprzez tzw. bezstresowe wychowanie zakłócona zostaje relacja rodzic-dziecko, ponieważ dziecko, które nie wie, jak korzystać z danej mu wolności, nie czuje się pewnie. Ma coraz to większe oczekiwania i żądania, które rodzice spełniają chociażby dla uniknięcia stresu. Po pewnym czasie okazuje się, że ta „metoda” skłania rodziców do daleko idących ustępstw wobec dziecka już nie tylko dla zaspokojenia swojego wychowanka, ale dla spokoju własnego.

Dochodzi w końcu do takich żądań, które bezpośrednio zagrażają dziecku i tu zaczynają się prawdziwe problemy, bo dziecko będzie terroryzować na różne sposoby rodziców. Przecież w końcu to ono decyduje o własnym losie, prawda? Będzie rzucać się na podłogę, bić głową o ścianę itd. Bo dziecko chce obejrzeć jeszcze jedną bajkę i jeszcze jedną baję i jeszcze jedną… Godzina 23.30 – oczywiście już ostatnią bajkę. Tyle że po ostatniej okaże się, że dziecko się pomyliło co do tego, że to ostatnia. A rano mama, tata albo niania budzi dziecko do przedszkola. A dziecko jeszcze chwilę chce pospać. A kiedy mama musi odprowadzić je, bo spóźni się do pracy, to dziecko wpada w histerię. I mama też. I z bezstresowego wychowania mamy domowe piekiełko. 

Kiedy dajemy dziecku całkowitą wolność wyboru, ono kieruje się przede wszystkim dążeniem do przyjemności, również tych chwilowych i tych szkodliwych nawet dla niego. Ono przecież nie ma rozeznania w tym, co dobre, a co złe. Bo tego nie zapewni mu bezstresowe wychowanie. I cały czas jest skupianie się na przyjemnościach – oczywiście własnych. I w takim procesie wychowania – bez wychowania – rośnie nieprzystosowany do życia społecznego człowiek, który pozbawiony jest zasad, dobrych manier, taktu, współczucia czy panowania nad emocjami. Człowiek, który dążenie do szczęścia utożsamia z zaspokajaniem przyjemności nigdy tego szczęścia nie osiągnie. Ani dla dziecka, ani dla siebie. Niestety błąd rozróżnienia tych pojęć leży u podstaw bezstresowego wychowania. Oj, przepraszam: u podstaw niewychowania.

C.d.n. – „O poszukiwaniu złotego środka”

dr Irena Kamińska-Radomska

płeć mózgu

Kobiecy czy męski – który mózg jest mądrzejszy?

Kwestia różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami od zarania dziejów intrygowała, dzieliła i wzbudzała skrajne emocje. To, że różnimy się pod względem anatomicznym, fizjologicznym czy psychicznym jest sprawą oczywistą, to jednak z czego to wynika, jest już znacznie bardziej skomplikowane. Czy te różnice mają jakieś swoje odzwierciedlenie w mózgu?

Neurobiolodzy wiedzą na temat różnic pomiędzy męskim a kobiecym mózgiem znacznie mniej niż mogłoby się ze względu na stan współczesnej nauki wydawać. O jednym z najżywiej dyskutowanych zagadnień z dziedziny neurobiologii opowiada w Kobiecie z Klasą dr Zbigniew Sołtys, wykładowca neurobiologii pracujący w Zakładzie Neuroanatomii Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych UJ.

Redakcja: Jak to jest z tymi naszymi mózgami z neurobiologicznego punktu widzenia? Czy faktycznie mózg męski i kobiecy się różnią i pod jakim względem? Wiemy, że rozmiarowo na pewno, mózg kobiety jest mniejszy. Dawniej uważano, że implikuje to prosty wniosek, że kobieta jest głupsza, dziś mówi się, że wręcz przeciwnie – dlatego, że mózg kobiety jest mniejszy, pracuje bardziej efektywnie?

Zbigniew Sołtys: Wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie wielkości mózgu ma tyle samo sensu, co ocenianie wydajności komputera na podstawie wielkości obudowy. Oczywiście, jest tu pewna zależność, w większej obudowie zmieści się więcej elementów, można zapewnić lepsze chłodzenie itd. I podobnie jest z mózgiem. Większy mózg może mieścić więcej komórek albo mogą one mieć większe rozmiary. Istnieje pewna niewielka korelacja między rozmiarami mózgu a ilorazem inteligencji (IQ), ale z całą pewnością to nie wielkość jest czynnikiem decydującym o efektywności tego organu.

Rzeczywiście, mózg kobiety jest mniejszy niż mózg mężczyzny. Przeciętna waga mózgu żeńskiego to 1198 gramów, mózg przeciętnego mężczyzny jest o 138 gramów cięższy. Pamiętajmy jednak, że kobiety na ogół są mniejsze od mężczyzn, a przecież jedną z funkcji mózgu jest odbiór informacji od receptorów czuciowych zlokalizowanych w skórze, mięśniach, organach wewnętrznych, a także sterowanie ruchami mięśni. Obsługa większego ciała  wymaga odpowiednio większego mózgu. Jeżeli nie będziemy brali pod uwagę bezwzględnej masy mózgu, ale stosunek masy tego organu do masy ciała, to różnica między płciami w znacznym stopniu zniknie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że opieranie się na wartościach średnich nie daje dobrego obrazu rzeczywistości wówczas, gdy istnieje ogromne zróżnicowanie indywidualne pod względem analizowanej cechy. A tak właśnie jest w przypadku wielkości mózgu. Pamiętam pewną tabelkę z podręcznika neurobiologii, z którego uczyłem się w czasach studenckich. Była to „Biologia Mózgu” profesora Jerzego Kreinera, a w tabelce były podane informacje o mózgach znanych osób, uszeregowane według wagi. Listę otwierał Iwan Turgieniew, z ponad dwukilogramowym mózgiem, a zamykał Anatol France, z mózgiem prawie dwukrotnie lżejszym. Czy na tej podstawie można wyciągać jakieś wnioski dotyczące jakości ich twórczości?

R.: Czy istnieją jakieś inne różnice w budowie naszych mózgów i czy można mówić w związku z tym o czymś takim jak płeć mózgu?

Z. S.: Oczywiście, jeżeli mierzymy wielkość jakichś części mózgu to bardzo często znajdujemy jakieś różnice. Czasem coś jest większe u kobiet, czasem u mężczyzn. Jeżeli analizujemy schematy aktywności mózgu podczas wykonywania określonych zadań, to również niekiedy możemy zaobserwować, że u każdej płci nieco inne obszary mózgu zostają mocniej pobudzone. Ale praktycznie w odniesieniu do prawie każdej badanej cechy możemy zaobserwować bardzo duże zróżnicowanie indywidualne. Tak, że raczej trudno wskazać taki zbiór cech, który byłby unikatowy tylko dla mózgów jednej płci. Dlatego unikałbym terminu „płeć mózgu”, który mógłby sugerować istnienie takich wyraźnych, zależnych od płci różnic.

Nie wynika z tego, że mózg jest „bezpłciowy”. Płeć jest determinowana genetycznie, a istotną rolę w tym procesie odgrywają geny z chromosomu Y. Przypomnijmy, że kobiety mają dwa chromosomy X, a mężczyźni parę X i Y. Chromosom Y jest mały, zawiera około 70 genów (chromosom X ma ich dziesięciokrotnie więcej). Ale wśród tych genów jest gen SRY, decydujący o płci. Aktywność tego genu w czasie życia płodowego powoduje przekształcenie się embrionalnych gonad w jądra. Produkowane przez płodowe jądra hormony powodują wykształcenie się męskich cech płciowych. Mają też bardzo duży wpływ na kształtowanie się mózgu. Jest bardzo prawdopodobne, że od działającego w czasie ciąży testosteronu może zależeć późniejsza orientacja seksualna człowieka. Natomiast brak genu SRY (nie ma go na chromosomie X), powoduje uruchomienie łańcucha procesów, które prowadzą do powstania organizmu kobiecego.

R.: Czyli ze względu na ten gen można postawić tezę, że z punktu widzenia neurobiologii mózgu istnieją tylko dwie płcie i ich ewentualne naturalne zaburzenia – interseks, natomiast ze względu na socjalizację mamy potem znacznie więcej płci kulturowych tzw. gender? Istnieje wyraźna zależność mózgu od płci?

Z. S.: Takie sformułowanie mogłoby sugerować, że płeć kulturowa to sprawa determinowana przez czynniki środowiskowe, niezależna od płci biologicznej. Albo kwestia swobodnego wyboru. Ale tak na ogół nie jest.

Przecież nie tylko geny z chromosomów płciowych wpływają na rozwój systemu nerwowego. Genom człowieka zawiera około 25 tysięcy genów, z których wiele jest aktywnych w mózgu. Większość posiadanych przez nas genów to geny polimorficzne, występujące w różnych wariantach (allelach), i to jest bardzo istotna przyczyna zmienności, nakładająca się na zróżnicowanie wynikające z płci. A przecież geny to nie wszystko. Czynniki działające w czasie ciąży, takie jak dieta, stres, infekcje, leki, również mają bardzo istotny wpływ na kształtujący się mózg. W efekcie ludzie już w momencie urodzin mają bardzo zróżnicowane mózgi.  To, co wynika z płci chromosomalnej to tylko jeden z elementów tej różnorodności. 

Oczywiście, mózg jest strukturą plastyczną. I tak jak każdy inny organ, może się trochę zmieniać pod wpływem czynników środowiskowych. Różne formy aktywności, zarówno umysłowej jak i fizycznej, mogą wpływać na neurogenezę, synaptogenezę czy mielinizację. Czyli na proces powstawania nowych komórek nerwowych, tworzenia między nimi połączeń synaptycznych czy grubość otaczających włókna nerwowe osłonek mielinowych. Ale jest to raczej wpływ modulujący – wydaje się, że to, co najbardziej istotne w kwestii na przykład orientacji seksualnej, zależy od genów i czynników działających w ciąży. 

R: Gen SRY sprawia też, że dymorfizm płciowy w przypadku chorób jest bardzo wyraźny?

Z. S.: Prawdopodobnie ma w tym swój udział. Pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że gen SRY jest aktywny również w dojrzałym mózgu. Kodowane przez ten gen białko bierze udział w całym szeregu zachodzących w mózgu procesów. Ma wpływ między innymi na transmisję dopaminergiczną i serotoninergiczną, czyli na takie formy komunikacji międzykomórkowej, w których wykorzystywane są dopamina lub serotonina. Mamy więc mechanizm regulacyjny, który występuje tylko w męskich mózgach, i który można powiązać z dwiema poważnymi chorobami. Transmisja dopaminergiczna może mieć związek ze schizofrenią. Leki stosowane w tej chorobie to najczęściej substancje działające hamująco na ten rodzaj transmisji. Schizofrenia częściej występuje u płci męskiej (1,4 – 2,5 razy częściej – różne źródła podają nieco odmienne wartości). Z kolei depresja to bardziej kobieca choroba. U pań występuje około 1,5 razy częściej niż u panów. A w przypadku schizofrenii dość skuteczne są leki, zwiększające efektywność transmisji serotoninergicznej. 

Ale to nie znaczy, że tylko SRY odgrywa jakąś rolę w tym dymorfizmie. Są badania sugerujące, że estrogeny mogą zmniejszać ryzyko wystąpienia tej choroby lub osłabiać jej przebieg. A poziom tych hormonów jest u kobiet wielokrotnie wyższy, niż u mężczyzn.

R.: A jeżeli chodzi o uzależnienia?

Z. S.: Też występuje dymorfizm. Kobiety łatwiej uzależniają się od różnych substancji chemicznych (z wyjątkiem alkoholu), mężczyźni od seksu, hazardu i Internetu. I to dotyczy nie tylko ludzi, podobne zależności stwierdzono w badaniach na zwierzętach. Oczywiście, jeśli idzie o uzależniania od narkotyków, uzależnienia od Internetu na gryzoniach nie sprawdzano.

Powstawanie uzależnień ma związek z mózgowym układem nagrody, odpowiedzialnym za odczuwanie przyjemności. Połączenia dopaminergiczne są istotnym elementem tego układu, mamy więc kolejny możliwy związek z genem SRY.

R.: Czy mózg kobiety jest „sterowany” przez hormony?

Z. S.: Zawarty w pytaniu pogląd wynika z faktu, że istnieje wyraźna zależność czasowa między fazami cyklu miesiączkowego a samopoczuciem, emocjonalnością, a nawet zdolnościami umysłowymi kobiet. Te zmiany przebiegają z dużą regularnością i dlatego są łatwe do zauważenia. U mężczyzn wydzielanie hormonów jest bardziej równomierne. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn hormony wpływają na mózg. Ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że sterują mózgiem. Przede wszystkim dlatego, że wydzielanie większości hormonów jest kontrolowane właśnie przez mózg. Część mózgu zwana podwzgórzem produkuje hormony kontrolujące wydzielanie hormonów przysadkowych, a z kolei przysadka mózgowa wydziela hormony, które regulują aktywność wydzielniczą gruczołów obwodowych. W tym także wydzielanie hormonów płciowych. Funkcje sterujące to zdecydowanie obowiązek mózgu.

R.: A czy to prawda, że „zmęczona kobieta staje się mniej kobieca”, ponieważ zanikają typowe dla kobiety funkcje poznawcze, kiedy nie dosypia?

Z. S: Oczywiście. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o mężczyznach. Sen jest w ogóle niezbędny do życia. Dla mózgu jest nawet bardziej niezbędny, niż dla reszty ciała. Kiedy ciało sobie odpoczywa, mózg całkiem intensywnie pracuje. Na przykład w czasie snu zachodzi porządkowanie śladów pamięciowych. W dużym uproszczeniu – większość informacji, które wprowadzamy do naszej pamięci, jest przejściowo przechowywana w części mózgu zwanej hipokampem. Stopniowo te ślady pamięciowe stają się od hipokampa niezależne, a proces ich przenoszenia od innych ośrodków zachodzi właśnie podczas snu.

Ale to nie wszystko. Jednym z najważniejszych osiągnięć neurobiologii ostatniej dekady jest odkrycie układu glimfatycznego. Dokonał tego zespół badaczy kierowany przez Maiken Nedergaard, duńską badaczkę pracującą w Centrum Medycznym Universytetu w Rochester. Istota odkrycia polegała na wykazaniu, że płyn mózgowo-rdzeniowy przepłukuje tkankę mózgu, usuwając z przestrzeni międzykomórkowych różne szkodliwe cząsteczki, powstające w wyniku normalnej aktywności komórek. Co więcej, efektywność tego układu jest wielokrotnie większa w czasie snu, niż w czasie czuwania. Odkrycie to może mieć istotne znaczenie dla zrozumienia przyczyn niektórych chorób neurodegeneracyjnych, takich jak choroba Alzheimera. Jednym z objawów tej choroby jest właśnie gromadzenie się między komórkami cząsteczek białka amyloidowego beta, które może przyczyniać się do śmierci komórek nerwowych. Układ glimfatyczny powinien to białko usuwać, być może w chorobie Alzheimera nie robi tego wystarczająco efektywnie. Wprawdzie przedwczesne byłoby twierdzenie, że powszechny w naszej cywilizacji niedobór snu jest tego przyczyną, ale na wszelki wypadek dbajmy o sen. I to niezależnie od tego, jaką mamy płeć.

niskie poczucie własnej wartości

Niskie poczucie własnej wartości – jak sobie z nim radzić?

„Z taką bzdurą do pani przychodzę, a ludzie mają naprawdę ważne problemy” – często słyszę od odwiedzających mój gabinet. Czym jest ta ,,bzdura”, która bzdurą wcale nie jest? Poczuciem niskiej wartości.

Wbrew pozorom to nie jest wcale błaha sprawa! To jedna z najważniejszych kwestii w naszym życiu! Bez poczucia własnej wartości trudno o stworzenie dobrej relacji w związku, z ludźmi w pracy. Jest ono bardzo ważne w radzeniu sobie z kryzysami. Pomaga funkcjonować na co dzień, wspiera w dążeniu do celu, pomaga przy podejmowaniu kluczowych decyzji, motywuje, umożliwia dawanie oraz przyjmowanie miłości i dobra.

Od tego co o sobie myślisz, jak siebie traktujesz, jak postrzegasz się w relacjach z innymi zależy całe Twoje życie. Poczucie własnej wartości wpływa na jakość  życia, na to co się w nim dzieje, jak się w nim odnajdujemy i czy czujemy się szczęśliwi. Trudno jest osiągnąć wysoki poziom zadowolenia z życia, jeśli sami z sobą czujemy się źle.

Uważaj na to, co i jak mówisz do dziecka

Skoro pewność siebie jest taka ważna, to na jakim etapie ją nabywamy i czy możemy się jej nauczyć?  Wszystko oczywiście zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie. Zaczyn pewności otrzymujemy w domu, w którym się wychowujemy. Kochający, uważni rodzice, odpowiadający adekwatnie na potrzeby dziecka budują w nim wiarę w siebie. Przeżywają jego wzloty i upadki, wspierają a nie krytykują, nie poniżają, nie porównują z innymi dziećmi.

Niestety, nie wszyscy mają świadomych i wspierających rodziców. Być może Twoi rodzice byli bardzo surowi i wymagający, stawiali poprzeczkę bardzo wysoko, nigdy nie chwalili. Być może zawsze musiałaś być najlepsza w szkole, zdobywać nagrody w konkursach, być świetna w sporcie. Jeśli najmniejsze potknięcie było piętnowane, być może zaczęłaś myśleć, że jesteś niewystarczająco dobra. Uczyłaś się więc po nocach, wkładałaś wiele wysiłku w sport, chociaż wcale nie lubiłaś tenisa albo gimnastyki artystycznej – robiłaś to tylko po to, by usłyszeć pochwałę od rodziców, by poczuć ich akceptację, usłyszeć, że są z ciebie dumni.

Szkoła powinna uczyć poczucia własnej wartości

Poczucie własnej wartości tworzy się również w szkole. Wiemy jednak, że nasz system edukacji oparty na konkurencji ma wiele do jeszcze do nadrobienia – nie tylko w tej kwestii. Ważne, by wspierać własne dzieci, nie porównywać ich z kolegami ze szkolnej ławki – każde dziecko jest inne, rozwija się w swoim tempie i ma unikalne talenty. Nie wszyscy w końcu muszą być orłami w matematyce. Lepiej wychować zadowolonego z życia rzemieślnika niż sfrustrowanego księgowego, który nienawidzi swojej pracy!

Telewizja, reklamy, zdjęcia w magazynach lifestyle’owych, profile w social mediach również nie ułatwiają życia. Zdają się utwierdzać w przekonaniu, że nie jesteś nic warta, jeśli nie masz wysokiej pozycji w pracy, wysportowanego ciała, pełnego portfela, znanych przyjaciół, pięknego domu i najmodniejszej torebki sezonu. Współczesne trendy każą nam być rozpoznawalnymi i odnosić sukcesy, jeśli chcemy “być kimś”. Wyśrubowany do granic możliwości etos pracy często sugeruje, iż tracimy naszą wartość, kiedy odpoczywamy. Że nie  jesteśmy wystarczająco zaangażowane, kiedy kończymy pracę po 8 godzinach i wracamy spokojnie do domu. To oznacza, że jesteśmy zestresowane i nie umiemy odpoczywać, bo ciągle jesteśmy myślami w pracy.

Być chodzącym ideałem

Chcemy być najlepsze. Zawsze i w każdej dziedzinie. Najlepsze w pracy i w domu. Z taką samą uwagą piszemy raport jak odrabiamy z dzieckiem lekcje. Pracujemy na dwa etaty.  A w tak zwanym między czasie robimy zakupy, śledzimy modę, ćwiczymy pośladki, pieczemy bezglutenowe ciasto, płacimy rachunki, wstajemy w nocy do dziecka. Robimy to wszystko, ale nigdy nie jesteśmy w pełni zadowolone, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto robi wszystkie te rzeczy lepiej od nas. Z uśmiechem na twarzy i bez cienia zmęczenia.

Stale porównujemy się z innymi. Zdjęcie na cudzym Instagramie może popsuć nam nastrój na pół dnia. Dlaczego? Bo ktoś na pierwszy rzut oka ma bardziej udane życie rodzinne, jest zamożniejszy, dużo podróżuje, ma wspaniale wyrzeźbione ciało. A nam daleko do doskonałości. Porównujemy się z innymi, a przecież o ludziach z mediów wiemy tylko tyle, ile oni chcą nam o sobie powiedzieć, pokazać. Nikt nie chwali się swoimi potknięciami, gorszymi momentami, tym co wyszło nie tak. Zapominamy, że zdjęcia instagramowe czy sesje fotograficzne w magazynach są starannie reżyserowane, często za ich powstaniem stoi sztab ludzi – od stylistek po makijażystki i asystentki. I choć są tak piękne i doskonałe – często w ogóle nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Tak pokrótce wygląda nasza rzeczywistość – może niezbyt kolorowa, ale nie należy popadać w przygnębienie. Poczucie wartości jest jak mięsień – można je zbudować!

Od czego zacząć?

Przede wszystkim doceń siebie. Doceń to, co masz i miejsce, w którym się znajdujesz. Zobacz, co do tej pory udało Ci się już osiągnąć. Porozmawiaj ze sobą szczerze, tak jakbyś rozmawiała ze swoją najlepszą przyjaciółką. Nie bądź dla siebie zbyt surowym krytykiem.

Może pochodzisz ze środowiska, w którym nie ceni się wykształcenia, a ty właśnie obroniłaś dyplom na dobrej uczelni? Może nikt nie wierzył, że uda ci się odnaleźć po przeprowadzce do dużego miasta, a tymczasem świetnie sobie radzisz?

W twoim otoczeniu są na pewno ludzie, którzy Cię cenią i kochają. Popatrz na siebie ich oczyma. Co w Tobie lubią? Za co Cię podziwiają? Poproś ich o feedback, czyli informację zwrotną na swój temat.

Pozwól sobie na błędy – dzięki nim możemy się rozwijać. Ludzie z dużą pewnością siebie planują działania, są aktywni i nie unikają potknięć. Traktują je jako lekcje w drodze do celu. Oceniają swoje potknięcia z wyrozumiałością, wyciągają wnioski i próbują dalej. Tymczasem osoby z niskim poczuciem własnej wartości przechowują w swej pamięci porażki niczym drogocenne ordery.  

Trzymaj się z daleka od ludzi, którzy Cię nie szanują, krytykują i ranią. Chociaż to bardzo trudne i bolesne, nie bierz do siebie ich słów. To, co słyszysz, może wskazywać na fakt, że to właśnie oni mają kłopot ze swoją wartością. Być może potrzebują umniejszyć Twoje osiągnięcia, zdeprecjonować Twoje umiejętności by móc poczuć się lepiej na Twoim tle.

Nie można mieć wszystkiego na raz. Nierealistyczne oczekiwania wobec siebie powodują frustrację i złość. Nie możesz być jednocześnie super pracownicą dekady, pełnoetatową mamą, najlepszą kochanką świata, najwspanialszą córką i przyjaciółką w jednym. Ustal swoje priorytety, nie wszystko w danej chwili jest równie ważne. Życie nie zawsze jest pasmem sukcesów, a godzenie kariery z życiem osobistym to prawdziwa ekwilibrystyka! Zacznij tam, gdzie jesteś i zrób tyle, ile możesz.

Nie porównuj się z innymi. To Twoje życie. Jedyne i niepowtarzalne. Twoje zasoby i ograniczenia. Niech zdjęcia celebrytów na Instagramie nie będą dla ciebie źródłem frustracji – to sztucznie wykreowany świat.

Nie jesteś tym, co posiadasz. Stan konta nie determinuje Twojej wartości. Nie czuj się źle tylko dlatego, że nie możesz pozwolić sobie na nową parę butów lub kupno najmodniejszej torebki. Znajdź jakiś pozytyw tej sytuacji – pomyśl na przykład, że masz oryginalny gust i nie chcesz nosić tego, co wszyscy na ulicy.

Poczuj się dobrze we własnym ciele. Nie jest takie, jakbyś pragnęła? Tu i ówdzie pojawiła się fałdka, a skóra na brzuchu nie jest tak napięta jak przed ciążą? Przede wszystkim bądź dla niego dobra. Nakarm je i zaopiekuj się nim z czułością. Twoje ciało opowiada historię Twojego życia – bądź z niej dumna. A potem zastanów się, co możesz zrobić, by poczuć się w nim lepiej. Zaplanuj aktywność fizyczną, która będzie dla Ciebie przyjemna np. jazda na rowerze, bieganie, taniec, tenis czy fitness. Nie podążaj z uporem maniaka za trendami także w tej dziedzinie, wybierz coś dobrego dla siebie.

Jeśli pracujesz nad swoim poczuciem wartości, robisz postępy, a zdarzy Ci się gorszy dzień, nie obwiniaj się.  To nieuniknione w procesie zmiany. Bądź dla siebie wyrozumiała, tak jak dla najlepszej przyjaciółki. Pamiętaj, że złudne jest często to, co widzimy fasadowo. Niektórzy poświęcają prawie całe swoje życie, by dobrze wyglądać na zewnątrz, aby ukryć odczuwalny w środku wstyd i poczucie braku wartości. Swoją niezłomną postawą próbują udowodnić swoją wartość.

A przecież w pewność siebie wpisana jest czasem niepewność. Nawet bardzo pewne siebie osoby mają gorsze dni, popełniają błędy i mają dylematy – to jest zupełnie naturalne i ludzkie.

Aneta Kaluba

psycholog, terapeutka Racjonalnej Terapii Zachowań,
pomysłodawczyni Wobec Siebie Interdyscyplinarnego Zespołu Specjalistów. Prowadzi treningi i warsztaty związane z motywacją, rozwojem i samodoskonaleniem.

graudrey

4 powody, dla których warto być prawdziwą damą jak Audrey Hepburn

Według American Film Institute trzecia najlepsza aktorka wszechczasów. Zaszczytne miejsce na podium dzieli z Katharine Hepburn i Bette Davis. Mówi się, że była aktorką brytyjską, dzieciństwo i lata młodości spędziła jednak głównie w Belgii i Holandii. Grała nie tylko w filmach, lecz także w teatrach, była modelką, tancerką, ulubienicą światowej sławy projektantów mody. Zobaczcie, jakie cechy posiadała Audrey Hepburn, które pozwoliły jej zyskać równocześnie miano ikony kultury popularnej i prawdziwej damy.

 1. Odważnie angażowała się w działalność humanitarną

Świat pokochał ją za piękną figurę, ogromny talent, poczucie stylu, ale także za jej wielkie serce i chęć niesienia pomocy. Pod koniec lat 60-tych ograniczyła działalność aktorską na rzecz działalności humanitarnej. Została ambasadorem dobrej woli UNICEF-u i przez kilka lat pracowała w najbiedniejszych krajach niemal wszystkich kontynentów. Podjęła się misji odwiedzenia krajów, gdzie toczyły się wojny. Raz ostrzelano nawet samolot, którym podróżowała.

2. Znała wiele języków obcych

Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć jak bardzo rozwijająca i ważna jest nauka języków obcych. Nie tylko rozwija pamięć i inteligencję, lecz jest także w dobrym tonie. Audrey bardzo dobrze znała aż 5 języków. Władała angielskim i holenderskim ze względu na pochodzenie rodziców, nauczyła się także francuskiego, włoskiego i hiszpańskiego. Właśnie dzięki znajomości aż takiej liczby języków obcych mogła pomagać i angażować się w projekty humanitarne na całym świecie.

3. Nigdy się nie spóźniała i nie przeklinała

Pomimo ogromnego talentu, ale także sumienności i pracowitości, kariera aktorska nie była dla Audrey sprawą najważniejszą w jej życiu. Pracę traktowała jednak bardzo poważnie. W przeciwieństwie do swojej starszej koleżanki, blond seksbomby – Marilyn Monroe, nigdy nie spóźniła się na plan. Jej kultura i dobre maniery znane były w całym aktorskim światku, na planie nikt nie śmiał przy niej przeklinać. Ona oczywiście też tego nie robiła. Nigdy nie prosiła też o specjalne traktowanie ani nie miała kaprysów i zachcianek.

4. Rodzina była dla niej najważniejsza

Rodzina zawsze była u niej na pierwszym miejscu. Zrezygnowała dla niej z niejednej roli, by nie rozstawać się z synami na długi okres trwania zdjęć. Ceniła sobie prywatny czas. Wielokrotnie namawiano ją na napisanie autobiografii, lecz aktorka nigdy się na to nie zdecydowała. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych ikon stylu i gwiazd filmowych zaraz po zdjęciach do Sabriny opuściła Hollywood, by wieść z mężem spokojne życie w sielskiej szwajcarskiej miejscowości.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved