website-logo

Rodzina Państwa Bille cz.18

Siedząc przy lampie, pan Bille rozważał:

-Koniec końców, Juljo, dobry interes zrobiliśmy właściwie my. “Piaski” są warte przeszło dziewięć tysięcy franków. Wydzierżawiliśmy je. Możemy wziąć za nie przynajmniej sześćset. Widzisz, że to wcale niezła lokata! Nie mogę, pomimo wszystko, wyjść ze zdziwienia. Loriot nie jest idjotą…

Potem dotknął brwi.

-Nie jest idjotą, ale dla niego taka posiadłość – to tyle, co kot napłakał. Loriot potrzebuje rozmachu. Ach, ta młodość! Niech mię Bóg broni od podobnego prowadzenia interesów! Właściwie, przestaje się żyć. Żyje się w ciągłej gorączce. Jujlo, hę?

Pani Bille siedziała nieruchomo. Wpatrywała się w medaljon. Nagle wstała, trzasnęła drzwiami, mówiąc znacząco:

-Co za typ!

Pan Bille stropił się. Nagle zrozumiał. Wzruszył ramionami: Niepodobna przecież ciągle żyć z nieboszczykami!

Nazajutrz Julja była już spokojniejsza. Przystąpiono do interesu. Sprawa została uregulowana w przeciągu dwóch tygodni. Rejent, pan Chevrel, był człowiekiem nader taktownym. Uśmiechał się do obu stron. Nie zanudzano go pięć razy. Państwo Loriot i Bille byli teraz nierozłączni. Urządzali śniadania na trawie. Razem wybrali się do stolicy. Przy końcu miesiąca pan Bille własnoręcznie wywiesił ogłoszenie. Przedtem jednak zabrał z “Piasków” kilka droższych pamiątek: bieliznę, stolik do robót. Przedmioty te oglądano z głębokiem, serdecznym westchnieniem.

Minął tydzień, później drugi, a i trzeci minął śród smutnej pluchy jesiennej. Pewnego dnia odleciały jaskółki. Widziano, jak lecą dzikie kaczki. “Piaski” stały niewynajęte. Całe Pont-sur-Loir uśmiechało się złośliwie.

Pan Bille miał sny niespokojne. Mówił:

-Chciałbym podpisać kontrakt przed zimą.

A innym razem:

-Upewniam Cię, Juljo, że w tem coś się kryje.

Wreszcie pewnego wieczora, przyniósł hiobową wieść. Powiedział mu ją ostrożnie, w “Cafe de la Poste”, pośrednik, pan Loremois.

-”Piaski” – ależ ta buda nie nadaje się na mieszkanie! Kompletna ruina! Trzeba włożyć sześć tysięcy franków w odrestaurowanie, zanim się pomyśli… (tak mówiono w mieście). A główny powód: sąsiednie tereny zakupił tartak mechaniczny. Oczywiście – kolejka. A co za tym idzie – gwizdki. Nie mówiąc już o groźbie pożaru. Loriot wiedział o tem. Architekst również. A, kanalje! Wykorzystano poprostu jego łatwowierność, jego wyższość intelektualną…

Na panią Bille wystąpiły poty – potem wybuchnęła śmiechem! Ile w tem pogardy! Teraz rozumie! Bille’owie są obdarci, zrjnowani, obrabowali! I przez kogo! Przez rodzinę! Ślicznie! Bardzo uprzejmie! A on – ten głupiec, ten niedołęga! Jego wyższość?! Doprawdy, nie radzę ci z tem wyjeżdzać. Ależ taki człowiek – to zero, to mniej, niż zero! Co za klęska! Dobry Boże! Cóż to za klęska!

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 12, str. 16.