website-logo

Księżycowa Pani

W r. 1816, to jest w czasie nawiązania interesującej nas korespondencji, księżna Karolina Jabłonowska miała lat trzydzieści. Dziewięć lat minęło już od chwili, gdy śliczna, idealna, jak kwiat świeża dzieweczka oddała rękę i serce równie młodemu, gdyż o dwa lata tylko starszemu od niej, pięknemu, miłemu księciu Ludwikowi, potomkowi jednej z najznakomitszych rodzin polskich. Gorąca miłość skojarzyła ten związek, dwoje ślicznych dzieci dopełniło szczęścia młodej pary, świetne stanowisko powołało ją do kraju, rajem ziemskim, zwanego. Niestety, Ludwik Jabłonowski, król złotej młodzieży włoskiej, pierwszy z „dandysów” wiedeńskich posiadał specjalny talent do marnowania świetnych zdolności, któremi uposażyła go natura. Fatalna namiętność do gry i kobiet zrujnowała go, zdyskredytowała wobec obcych i swoich, unieszczęśliwiła rodzinę, zatruła spokój domowy.

Gdy jakaś tancerka neapolitańska zawładnęła księciem w skandaliczny zgoła sposób, Karolina zniechęcona, zraniona, cofnęła się w zacisze swego domu, dojąc do siebie przystęp tylko kilku wiernym przyjaciołom i stworzyła sobie swój własny świat, skąd rzadko tylko wyrywały ją nieodzowne obowiązki reprezentacyjne, związane ze stanowiskiem jej męża. Ten, powracał niekiedy, żałujący i skruszony na łono rodziny, miewał fazy powrotnej czułości, ale niebawem zaczynał poziewać w otoczeniu tak różnem od światka, w jakim lubił przebywać i wracał znowu do hulaszczego trybu życia, zostawiając w sercu żony nową bolesną ranę. Ból wzgardzonego, a nigdy ponoć nie wygasłego uczucia strawił młodą kobietę, podkopał jej zdrowie i system nerwowy. Jedynie mistyczna religijność i skłonność do łagodnej i poetycznej melancholji pomagały znosić z rezygnacją niełatwą, skomplikowaną sytuację. A przytem pobyt w Neapolu nie był zbyt miły. Ta północna „księżycowa” istota nie znosiła instynktownie południa. Wrażliwa jak mimoza, wychowana w czystej atmosferze zacnego polskiego gniazda, później wykarmiona w Wiedniu „błękitnym” niemieckim romantyzmem nie mogła upodobać sobie w mieście jaskrawych kontrastów, skwarnem i gwarnem, kąpiącem się w złocie słońca i purpurowych łunach zachodu.

W zielonym jej salonie otwierano żaluzje dopiero wtedy, gdy łagodne światło księżyca zmieniało zatokę w zaczarowaną błękitną baśń. W tym zacisznym pokoju, gdzie na ścianie wisiał portret Kościuszki, a na pulpicie fortepianu leżały sonaty Beethovena obok sentymentalnych modnych walców, gdzie koło okrągłego stołu skupiały się biało odziane panienki, robiące robótki, a w fotelach drzemały siwowłose matrony. Gość mógł sądzić, że znajduje się w polskim dworze lub pałacyku na cichem wiedeńskim przedmieściu, a nie w stolicy dawnej Partenopy!

„Je vis à Naples, sans y être” – mówiła sama księżna.

Towarzystwo, które stanowiło dwór cichej królowej ” Regina di Chiaja” (na Riva di Chiaja stał pałac ambasady) była to „mała wieża Babel”, Cosmopolis, w którem przeważała stanowczo Północ: „lecher Nord”. Pierwsze miejsce zajmowała, rzecz prosta, rodzina. Wśród niej reprezentanci pierwszych imion w kraju, obnoszący po świecie czasem smutek wygnańczy, czasem próżniaczą nudę pięknoduchów. A więc naprzód matka: miła i łagodna Teresa z Czapliców Woynowa, wdowa po zacnej pamięci Franciszku – Ksawerym, ostatnim pośle Rzeczypospolitej dworu austrjackiego.

Siostra księżnej, Zofja, do której imienia przywarł epitet: „dobrej: la buona Zofia”, malarka niepośledniego talentu, tkliwa, cicha, dla drugich żyjąca, o szczęście ubóstwianej siostry więcej, niż o własne dbała.

Obie te panie bawiły prawie na stałe w Neapolu. Przyjeżdżała w odwiedziny pani niegdyś na Korcu, dziś w Rzymie zaklimatyzowana, wdowa po Józefie, księżna Stolnikowa Dorota z Jabłonowskich – Czartoryska, matrona, a zawsze jeszcze piękna, z wychowanicą Teklą sierotą po generale Weyssenhofie, którą tu właśnie za dyplomatkę austrjackiego ks. Rudolfa wydała. Była jej córka Klementyna ks. Sanguszowa, później tak ciężko przez los doświadczona, dziś szczęśliwa i dumna matka pięknych synów i cudnej córki: Doroty, której niezrównany wdzięk podbił serce szlachetnego florenckiego patrycjusza: Gina Capponi. Wraz z niemi zawitała na Riva di Chaja kuzynka, ks. Marja Wirtemberska, autorka słynnej „Malwiny”, szukająca ukojenia w sztuce i poezji dla swego zmarnowanego życia i patrjotycznego smutku. Z cudzoziemców widziałeś austrjaków, jak Gallenberga, małżonka ubóstwianej przez Beethovena Julji, melomana, dla owej pasji „Opętańcem” zwanego, był też miły stary markiz St. Clair i jego żona, legitymiści francuscy, ekscentryczna angielka lady Shelley – choć wogóle księżna nie lubiła tych turystów angielskich, zawalających ówczesną Italję – siadywała też u jej kominka „Bayard i don Kiszot rewolucji” generał Pepe. Tak różnolity bywał zespół wiernych bywalców „Zielonego Salonu”, zwany „ristretto”. Najmniej naogół był w nim tubylców: Neapolitańczyków.

Towarzystwo neapolitańskie, znane nam z opisów Stendhala, stało na bardzo niskim poziomie moralnym. Koło teatru obracało się całe życie, kobiety spędzały czas w lożach, mężczyźni za kulisami. Intrygi, plotki, romanse o skandalicznym zakroju rozwijały się na tym podkładzie.

„O Neapolu, gdzie jest twoja dusza?” zapytał Słowacki.

Dusza spała, wyczerpana do cna potwornym upływem krwi w pamiętnym roku 1799, gdy to rozegrał się, na tem samem tle, dramat krwawy i bajkowy „Rzeczypospolitej Partenopejskiej”. Nie tak dawno jeszcze zatoka tak barwna dziś i wesoła tonęła w dymie i kurzu krwi i pożarów, a na masztach okrętów angielskich Nelson, zbawiciel monarchji, wieszał zbuntowanych magnatów i „dystyngowane damy”. Dziś mówiono o tem jeszcze szeptem, zarówno jak o szaleństwach i skandalach przecudnej lady Hamilton, przyjaciółki niegdyś królowej. Wszystko, co lepsze i możniejsze wypleniono, zda się, do szczętu. Zostali, jak pisał ostrem swem piórem Abbé de Breme: „lazzaroni, maccaroni, Borboni!”

Karolina Bielańska

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str. 7-8.