website-logo
Barbara Piasecka-Johnson

Barbara Piasecka Johnson – najbogatszy polski Kopciuszek w historii

W 2001 roku „Forbes” zaliczył ją do 20 najbogatszych kobiet na świecie. W 2011 według tego samego czasopisma znalazła się na 393. miejscu wśród najbogatszych ludzi na świecie tuż obok Stevena Spielberga czy Ronalda Laudera, właściciela ekskluzywnej marki Estee Lauder. Jej majątek szacowano wtedy na 2,9 miliarda dolarów. Kim była pochodząca ze Staniewicz, obecnie należących do Białorusi, polska imigrantka, która postawiła amerykańskiemu bogaczowi ultimatum – ślub albo koniec romansu?

Czeka mnie wielka przygoda!

Barbara Piasecka urodziła się w 1937 roku w Staniewiczach, które w wyniku powojennej zawieruchy znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Jak znaczna część przesiedleńców, rodzice Barbary wraz z dziećmi przenieśli się do dolnośląskiego. W domu się nie przelewa. Barbara zdaje jednak maturę i po dwóch latach przerwy zaczyna studiować najpierw polonistykę, potem rolnictwo, aż w końcu historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Rozpoczęła też pracę we wrocławskim oddziale Muzeum Narodowego, co pozwoliło jej na bliskie obcowanie ze sztuką. Jak przystało na każdego porządnego historyka sztuki, pobyt naukowy na studiach doktoranckich spędziła w Rzymie. Jej życiowa przygoda rozpoczyna się jednak jesienią 1967 roku. W wieku 30 lat podejmuje wyzwanie i udaje jej się przedostać za ocean.

Sławomir Koper, autor książki „Najbogatsze”, na podstawie dokumentów IPN dowiódł, że Barbara odziedziczyła spadek po wujku w Brazylii. Ponoć dzięki pobytowi we Włoszech, a potem w USA, miała zarobić na podróż do Ameryki Południowej i prawników, którzy mieli jej pomóc w uzyskaniu spadku w wysokości nawet 300 tysięcy ówczesnych dolarów,
źródło: Keith Meyers, The New York Times

Od zera do milionera

Od zera, a w zasadzie podobno od 100 dolarów, bo tyle miała w kieszeni, kiedy przybyła na Manhattan. Nie znała tam nikogo, po angielsku też jakoś świetnie nie mówiła. Nie mogła znaleźć pracy, w Stanach jej europejskie wykształcenie nikogo nie obchodziło. Nawiązała znajomość z Zofią Kowerdan, która w 1969 roku poleciła ją do pracy u swoich pracodawców, państwa Johnsonów. Tym sposobem Barbara została kucharką u jednego z najbogatszych ludzi Ameryki, współwłaściciela wielkiego koncernu farmaceutycznego, nie umiejąc nawet dobrze gotować. Dlatego po przypaleniu kolejnego obiadu, zmieniono jej stanowisko na pokojówkę.

U Johnsonów przepracowała niecały rok, odkładając pieniądze na kolejne studia, które podjęła na Uniwersytecie Nowojorskim. Nie wiadomo, czy już wtedy piękna Polka urzekła milionera na tyle, że rozpoczął się ich romans. Pewne w amerykańskim epizodzie Barbary jest to, iż po jakimś czasie zawiesiła naukę, by wrócić do rezydencji Johnsona jako kurator zbiorów sztuki, które zamierzał zacząć kolekcjonować. Podobno stracił dla niej głowę. Zapraszał ją na rejsy po Morzu Karaibskim, które rozpoczynały się od wręczenia bukietu róż.

źródło: East News

Instytucja małżeństwa chyba niezbyt wiele znaczyła dla postarzałego już Johna Sewarda, który miał duże doświadczenie i w oświadczynach, i w zakańczaniu małżeństw, bo gdy tylko Barbara postawiła jasne ultimatum, po rozwodzie z Esther, w 1971 roku została jego trzecią żoną.

Na bogato

Pan młody na dobry początek wniósł do kolejnego małżeństwa 330 milionów dolarów, jacht i kilka domów, między innymi posiadłość w Toskanii, do której świeżo upieczeni małżonkowie często podróżowali. Odwiedzali liczne galerie i muzea. Wzbogacili swoją kolekcję o dzieła Tintoretta, Rembrandta, El Greca i Tycjana, a także Witkacego, Moneta i Gauguina.

Krótko po ślubie Barbara zaczęła realizować swoje marzenie – budowę dworu, najdroższego domu prywatnego w tamtych czasach. Nazwała go Jasną Polaną. 36 łazienek, marmur z Carrary, podgrzewana podłoga, kominki z francuskich pałaców, kuta brama przed wjazdem do okalającego rezydencję parku, no i dzieła sztuki zakupione podczas podróży po Europie. Najpierw amerykańska socjeta traktowała Barbarę jako parweniuszkę, która zachłysnęła się milionami. Potem jednak przyznali, że zna się na sztuce, a sposób jej bycia całkowicie licuje z wydawanymi sumami. Jasna Polana nie była powiem martwym muzeum, a żywo używanym domem. Barbara nie miała żadnego problemu z tym, żeby na przykład pić kawę przy stoliku za 4 miliony. Prace nad budową rezydencji trwały siedem lat, a ich koszt szacuje się na 30 milionów dolarów. 

Sielanka?

Związek Polki i jej starszego o 40 lat amerykańskiego męża był burzliwy. Choć podobno zawsze stawiali na pierwszym miejscu tę drugą osobę ze związku i dbali o siebie. Spędzili razem 12 lat szczęśliwego małżeństwa. Basia przyjęta została jednak przez rodzinę męża bardzo zimno. Na początku traktowali ją jak maskotkę Sewarda. Doceniali, że dobrze na niego wpływa, że chce gromadzić wokół niego rodzinę, bo jak pisze w swojej książce o amerykańskim Kopciuszku z Polski Ewa Winnicka, to właśnie „z polskiego wychowania wyniosła przekonanie, że rodzina powinna być razem.

Nigdy jednak nie uznali emigrantki kaleczącej język angielski za równą sobie”. I o ile o trzecim ślubie nie zjawiło się żadne z sześciorga dzieci Johnsona, a o ceremonii nie było nawet wzmianki w kronikach towarzyskich New Jersey, o tyle o procesie podziału majątku po zmarłym w 1983 roku Sewardzie, usłyszał cały świat. Było to najbrutalniejsze tego rodzaju widowisko w amerykańskiej popkulturze. Pierwszy raz wyprano publicznie brudy bogaczy.

500 milionów dla przybłędy z Polski, dla dzieci raptem resztki

Zaraz przed śmiercią milioner zmienił testament i zapisał wszystko ukochanej trzeciej żonie. Spośród dzieci wyróżnił tylko syna Sewarda Juniora, któremu zostawił przystań jachtową i milion dolarów. Takiej zniewagi i takiego majątku rodzina nie mogła puścić płazem. Wytoczyła Barbarze proces, który był największym w historii USA pojedynkiem firm prawniczych. Trwał 2,5 roku i żyła nim cała Ameryka. 75 świadków usiłowało udowodnić, że Barbara Piasecka była oszustką, służbistką, która nie kochała męża. Ostatecznie strony doszły do porozumienia. Barbara zatrzymała blisko 350 milionów dolarów, a dzieci 42,5 mln do podziału. Honoraria adwokatów wyniosły 24 mln dolarów.

Okazała się, że Barbara zna się nie tylko na sztuce (w jej kolekcji dzieł sztuki znalazł się m.in. obraz Święta Prakseda przypisywany Vermeerowi, obrazy Artemisji Gentileschi i Fra Filippo Lippiego), ale ma też głowę do interesów. Zostawiony jej przez męża majątek pomnożyła prawie dziesięciokrotnie! W 1998 roku przebudowała Jasną Polanę na ekskluzywny klub golfowy. Kupowała i sprzedawała dzieła sztuki, zakładała fundacje wspierające artystów.

Barbara Piasecka- Johnson wraz z mężem ufundowała wiele stypendiów, m.in. młodemu Krystianowi Zimermanowi, wybitnemu pianiście i dyrygentowi.
źródło: East News

Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson

Ameryka ją rozczarowała. Po śmierci męża i batalii sądowej z jego dziećmi miała dość, pomimo że była bardzo mocnym charakterem. Żywo zaangażowała się w sprawy odradzającej się Polski, za którą tęskniła. Miała bardzo bliskie kontakty z ludźmi „Solidarności”, chciała ratować Stocznię Gdańską. 1 czerwca 1989 roku wzięła udział w słynnej mszy w kościele św. Brygidy, gdzie dała na tacę 100 000 złotych! Jak mówi Ewa Winnicka, miała ambicje, żeby być „dobrą wróżką” Polski. Nie wyszło, bo cała polska transformacja się nie udała. Do dziś jej niedogadanie się z wierchuszką Solidarności i władzami polskimi owiewa aura tajemniczości.

Już w 1974 roku założyła „The Barbara Piasecka Johnson Foundation”, która fundowała stypendia dla naukowców i artystów, zbudowała m.in. gdański Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka oraz była fundatorką Domu Matki i Dziecka w Gnieźnie. Kiedy w 1992 roku Zbigniew Religa dowiedział się o problemach z organizacją charytatywnego koncertu Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu, po krótkiej chwili zastanowienia rzucił do swoich współpracowników: „Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson. Tylko najpierw sprawdźcie, która w Jasnej Polanie jest godzina!”. Załatwiła Placida Dominga, wybitnego tenora, który miał wypełniony koncertami kalendarz na najbliższe 4 lata.

źródło: East News

W 2003 roku Barbara Piasecka-Johnson udzieliła jedynego wywiadu, w którym odniosła się do swoich biznesowo-filantropijnych doświadczeń: „Wiele stypendiów przyznałam nieodpowiednim osobom, które zmarnowały moją pomoc, nie doceniły jej. Przepadło dziewięćdziesiąt procent stypendiów, a wielu stypendystów nie widziałam na oczy. Powinnam bardziej się zastanowić, komu daję pieniądze. Inwestycje mojego dobrego serca zostały zmarnowane, nie przeze mnie, ja chciałam dobrze. Dlatego obraliśmy jeden cel: leczenie autyzmu. To najlepszy wybór”.

W 1995 roku przeprowadziła się do Monte Carlo, gdzie kupiła dom. Zaczęła coraz mocniej wierzyć w Boga, co zaskutkowało przenosinami do Asyżu, miejsca związanego ze św. Franciszkiem. W 2009 roku zachorowała na raka. Na cztery lata przed śmiercią przeprowadziła się do Sobótki, pod Wrocławiem, o czym niewiele osób wiedziało. Zmarła 1 kwietnia 2013 w wieku 76 lat.

Nie miała dzieci, a część majątku zapisała fundacji swojego imienia, którą zarządzają jej bratankowie.

Irena Kamińska-Radomska

“Wartości są ważniejsze niż rodzina. Kosztem zasad nic nie zrobię” – Irena Kamińska-Radomska po raz pierwszy w tak szczerej rozmowie

Na sam koniec naszego 4-częściowego wywiadu pokoleniowego zaplanowałyśmy rozmowę z członkiem rodziny, którego medialna popularność była powodem całego zamiesznia;) I choć wydawało nam się, że Irena Kamińska-Radomska będzie głównym bohaterem całego cyklu, okazało się, że każda z Pań z jej rodziny ma do opowiedzenia równie przejmującą, przeciekawą, pouczającą historię życia. Ich siła, determinacja, a równocześnie delikatność i empatia, nieustannie urzekały i fascynowały podczas rozmowy. O chłopakach nie wspominając, bo po przeczytaniu poprzednich części same doskonale wiecie, że najmłodszy skradł show;D Nie przedłużając, przed Państwem niezwykle wzruszająca, emocjonalna i trudna rozmowa naszej Redaktor Naczelnej, Joanny Weneckiej-Golik, z dr Ireną Kamińską-Radomską. Cała rodzina na obiedzie piętro niżej, więc Panie mogą w spokoju porozmawiać.

Joanna: Dużo ludzi nie przywiązuje dziś wagi do męskiego wychowania. A ja wyobrażam to sobie tak, że chłopak ma być w przyszłości mężczyzną i ma być taki…

Irena: To ma być głowa rodziny! Partner dla swojej żony. Ale nie na takiej zasadzie, że będzie żonie dyktował, jak ma żyć. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego.

Joanna: Tylko właśnie partner.

Irena: Dla mnie równouprawnienie jest bardzo ważne, bardzo. Choć absolutnie nie jestem feministką… ale Ty chciałaś pociągnąć wątek wychowania. Mam odpowiadać z punktu widzenia babci czy w ogóle mam mówić o wychowaniu?

Joanna: Z punktu widzenia opowieści o swoim tacie, którą przed momentem zaczęłaś. Powiedziałaś, że był bardzo ciekawym człowiekiem. Jesteś podobna bardziej do niego czy do mamy?

Irena: Wydaje mi się, że ja zebrałam i od jednego, i od drugiego. Bo moja mama jest bardzo pracowita, jest tytanem pracy. I ma nieprawdopodobną energię. Do dzisiaj! Jestem pod ogromnym tego wrażeniem. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Jest niesamowita. Mówi mi dzisiaj, że jedzie, mając 81 lat, do syna, do Wiesbaden, że rezerwuje bilet. I jeszcze sobie załatwi dwa wolne miejsca w autokarze, żeby nogi wygodnie położyć… I dla niej nie ma problemu z tym, że nie zna niemieckiego, swobodnie się porusza za granicą, zawsze sobie poradzi. Jest dla mnie niesamowicie otwartą osobą, zawsze dążącą do celu. Wykorzystuje wszystkie możliwości, ale przede wszystkim potrafi je znaleźć, dostrzec…

Joanna: … i Ty też tak masz!. A który z rodziców był bardziej zasadniczy, konsekwentny? 

Irena: Ojciec był bardziej konsekwentny. Bardziej się bałam ojca. Ale on nie był zasadniczy w taki sposób, że miał muchy w nosie. Miał ogromne poczucie humoru, był bardzo lubiany w towarzystwie. Często śpiewał. Potrafił nawet na ulicy iść i sobie zaśpiewać, nie miał z tym żadnego problemu. Był zabawny. Zabierał nas do parku, na sanki, potem mi rozcierał paluszki w domu, jak wróciliśmy, bo ja zawsze bardzo marzłam. Taki prawdziwy ojciec; taki, jakim każdy ojciec powinien być, bo rzeczywiście się nami zajmował. Troszkę byłam zazdrosna o starszego brata, że jego traktował jako tego bardziej odpowiedzialnego, a przecież jest między nami tylko półtora roku różnicy! I mój brat dostawał trudniejsze zadania, a ja byłam strasznie ambitna i też chciałam! 

Rodzina Kamińskich: mała Irena z braćmi i rodzicami, źródło: prywatne zbiory Ireny Kamińskiej-Radomskiej

Joanna: Troszkę córeczka tatusia?

Irena: Chyba tak. Był dumny ze mnie. Widziałam, że był ze mnie dumny. Zawsze chwalił moje nogi, nogi dziecka! (śmiech) Chude, bo ja byłam chuda jak patyk! Ale mówił mi, że mam długie i że szybko biegam. I faktycznie dobrze, szybko biegałam. W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal. Rekord szkoły chłopaków i dziewcząt, tak więc jak na dziecko… (dumny uśmiech)

Ojciec nie pozwalał kłamać. Walczył z fałszem, również takim zawoalowanym, bo dzieci właśnie tak potrafią kłamać. Pamiętam taką sytuację (gdzieś już opisałam to w jednej książce), była to dla mnie sytuacja bardzo ważna. Mianowicie moja mama miała jakieś imieniny czy coś. I ojciec poprosił brata, żeby dał mamie na prezent coś swojego. A brat nie bardzo chciał i ja mu wtedy powiedziałam: “Ja to bym matce wszystko oddała!”. Po jakimś czasie ojciec mnie również o coś poprosił i…  zachowałam się dokładnie tak samo jak brat. Ojciec zwrócił mi na to uwagę, że przecież mówiłaś, że wszystko byś mamie oddała. Jak mi się zrobiło głupio! Myślałam, że się pod ziemię zapadnę.

Joanna: Czyli ojciec uczył Was takiej odpowiedzialności za to, co się mówi.

Irena: Jasne! Zapamiętałam to na całe życie i być może dlatego teraz wszystko chętnie innym daję! (śmiech)

Joanna: Wydaje mi się, że po tacie masz jeszcze jedną rzecz: lubisz być wesoła i jesteś taką otwartą osobą.

Irena: Yhym. 

„W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal.” – Irena Kamińska-Radomska w czasach szkolnych,
źródło: prywatne zbiory rodziny

Joanna: Że masz po nim trochę beztroski.

Irena: Nie, ojciec nie był beztroski.

Joanna: Może to złe słowo, może takiej dziecinnej radości?

Irena: Ja nie pamiętam zbyt wiele dziecięcej radości… Raczej pamiętam z dzieciństwa walkę. Ze starszym bratem. I to, że musiałam zjadać dania do końca, a nienawidziłam jeść. I siedziałam nad tymi tłustymi oczkami rosołu godzinami… Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil. Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło. Pamiętam, jak ojciec wracał z pracy i opowiadał mamie, że znowu go prosili, żeby się zapisał do partii, że dostanie stanowisko takie a takie, znaczy dyrektorskie, bo ojciec był świetnym fachowcem. Natomiast miał zasady. Był przeciwny komunie, i to bardzo. A w tamtym czasie nie sprzyjało to sukcesom zawodowym. Był jednak na tyle wybitnym fachowcem, że musieli się pogodzić z tym, że się nie zapisuje, a i tak miał wysokie i bardzo odpowiedzialne stanowisko. Ale do czego zmierzam – zawsze kiedy go prosili, to im odpowiadał: “Dobrze, w takim razie jutro się zapiszę”. I przychodził nazajutrz do domu i się śmiał, że znowu przyszli go pytać, a on odpowiadał: “No dobrze, ale mówiłem przecież, że jutro”. I w końcu się zorientowali, że… że jutro. Tak, że nigdy się nie zapisał, bo on by się nie złamał. To był człowiek, który by się nigdy nie złamał. 

Ojciec zawsze nam powtarzał, żebyśmy stali za sobą murem. Mówił o nas “fajna ferajna”, bo była z nas fajna piątka.  I to, że walczyłam z braćmi, to jest jedna rzecz, ale wiem, że w razie czego, gdyby się paliło, waliło, to każdy by rzucił wszystko, żeby pomóc drugiemu. I mama też doskonale wie, że jakby cokolwiek się stało, to zawsze może na mnie liczyć. I to samo Dominika. I chłopaki. 

Joanna: Piękne wartości. Rodzina jest dla Ciebie chyba najważniejsza.

Irena: Wartości są ważniejsze. I nawet gdyby Dominika chciała ode mnie czegoś, co by wymagało ich złamania, nie zrobiłabym tego. Kosztem zasad nic nie zrobię. 

Joanna: Jakie to zasady?

Irena: Prawda, dobro, piękno…

Joanna: Ot, i kobieta z klasą.

Irena Kamińska-Radomska z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Irena: A takie pomniejsze, drobniejsze to na przykład punktualność… Tak jak większość, powiązana jest z dobrem, bo łączy się z szacunkiem do drugiego człowieka. Jak Dominika była młodsza, to chodziłyśmy razem do Kościoła. Ona się strasznie grzebała, a dla mnie nie było spóźnień. Więc powiedziałam Dominice, że jak następnym razem będę musiała na nią czekać, to pójdę sama. I poszłam. Poszłam sama. Jestem konsekwentna. A Dominika została sama w domu. Ale na następny raz szybko się pozbierała.

Joanna: Najlepsza metoda nauki… 

Irena: Dzisiaj widziałaś jak przyjechała? Chwilkę przed czasem. A zebrać moją mamę, Filipa, Tomka i siebie, i być przed czasem, to jest coś.

Joanna: A powiedz mi… bo nie mogę sobie Ciebie wyobrazić jako zbuntowanej nastolatki. Mówiłaś, że w ogóle się bardzo zmieniłaś. Był jakiś taki przełom, znaczący moment tej zmiany?

Irena: Wiadomo, że z jakąś osobowością się człowiek rodzi. Ze złymi i dobrymi cechami charakteru. Wiadomo, że te dobre starałam się zostawić. Dawniej byłam strasznie impulsywna i to było szczególnie widać w okresie dojrzewania. Ale też miałam swoje racje, bo na przykład spotykałam się z pogwałceniem prywatności. Na przykład brat otwierał mi szkatułkę, gdzie miałam jakieś listy, miałam pamiętnik, który pisałam… i potem było czytanie, naśmiewanie się… no, to to rodzi po prostu taki ogromny sprzeciw. A wiadomo, że wśród młodych różne rzeczy się zdarzają. Mama była z nami sama, więc ciężko jej było zapanować nad wszystkim. Prywatności bardzo mi brakowało. Do tego stopnia było mi w tym czasie źle, że już wtedy miałam ataki nerwicy, takie bardzo silne. Momentami myślałam, że to ostatnie sekundy mojego życia, pogotowie przyjeżdżało. Miałam potworny ból w okolicy serca… ataki serca… Dusiłam się.

Joanna: Ale w tak młodym wieku?

Irena: Bardzo młodym. Pierwsze symptomy były już w wieku 15 lat. Miałam ciężki okres tej wczesnej młodości… Nabijanie się ze mnie… bo bardzo późno zaczęłam dojrzewać… i jakieś komentarze, że wyglądam jak chłopak… To było dla mnie bolesne, bo w tym wieku człowiek jest wyjątkowo wrażliwy na punkcie swojego rozwoju fizycznego. Dodatkowo uprawiałam sport, więc nie wyglądałam zbyt kobieco. Dla mnie bardzo istotne były osiągnięcia w nauce, w recytacji, w sporcie, no wszystkie. Byłam bardzo ambitna. A to wszystko przecież też jest stresujące. 

Joanna: Musiałaś być we wszystkim najlepsza…

Irena: Tak, a w domu jeszcze nie miałam pełnego poczucia bezpieczeństwa. Matka zaczęła pracować na trzy zmiany, nie zawsze była, ojca nie było i tak dziwnie…

Joanna: Pewnie właśnie w tym okresie najbardziej ci brakowało taty…

Irena: To był ciężki okres. Najdotkliwsze przeżycia tego okresu nie mają jednak nic wspólnego z rodziną. Ale o tym nie opowiem…

Joanna: A kiedy to się zmieniło?

Irena: Co zmieniło? Kiedy zaczęłam wierzyć w siebie? Nigdy…

Joanna: Cały czas masz poczucie, że nie robisz wszystkiego najlepiej?

Irena: Yym. Żebym wierzyła w siebie, to muszę sobie ciągle coś udowadniać.

Joanna: A jak jesteś w czymś najlepsza?

Irena: To jeszcze co innego muszę zrobić najlepiej 😊

Joanna: Jak rozmawiałam z Twoją mamą, to też mi opowiadała o swoim dzieciństwie i o tym, jak pewne sprawy z tego okresu odbiły się na niej, jak pamięta to do dziś, jak dziś czuje, że jej siostra bliźniaczka była kochana bardziej. Twoje dzieciństwo i młodość też odcisnęły duży ślad…

Irena: Ogromny. I mimo że racjonalnie potrafię sobie wszystko pięknie wytłumaczyć, to gdzieś tam, w środku…

Mama Irena z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: Bardzo dobrze się kamuflujesz!

Irena: Czy ja wiem, czy się kamufluję? Ja po prostu działam, mam mnóstwo pomysłów i to mi daje niebywałą energię, dobrą energię, dzięki której przyciągam fajnych ludzi… dobrego męża… Dominikę, Tomka, Filipa. Nic mi nie przeszkadza być szczęśliwą… bo nie szkodzi…

Joanna: A kiedy Ci przyszedł ten okres buntu? Jak zostałaś mamą?

Irena: Nie, co Ty, wcześniej! Jako nastolatka krzyczałam na matkę, bo z braćmi to wiadomo, że tak czy siak zawsze się walczyło i wrzeszczało, ale dla matki też byłam bardzo niedobra.

Joanna: A miałaś wtedy tylko ją…

Irena: Potem mi było głupio. Ale najgorsze było to, że to, co wygadywałam, musiało być zgodne z prawdą, bo nie kłamałam. Nawet będąc w tym okresie buntu, nie kłamałam, mówiłam prawdziwe rzeczy, które musiały być bolesne. 

Joanna: Żałujesz tego?

Irena: Dosłownie tydzień temu o tym z Dominiką rozmawiałam. I ona mi mówi: “Słuchaj, a Ty wiesz, że jak człowiek nie buntuje się w okresie dojrzewania, to raczej coś jest z nim nie tak?” (śmiech) Czyli wszystko było w porządku. Nie no, i tak mama wiedziała, że ją kocham.

Joanna: A rozmawiałaś ze swoją mamą o uczuciach?

Irena: Tak, tak! Ona była bardzo ciepłą mamą, tuliła nas dużo, lubiłam przy niej zasypiać. Bardzo ją kochałam, ale to tak bardzo, że za bardzo.

Joanna: Była Twoją najbliższą osobą, a najbliższym zawsze się najbardziej obrywa. 

Irena: Była najbliższą aż za bardzo! Potem, jak wyszłam za mąż pierwszy raz, to ona i tak była na pierwszym miejscu. 

Joanna: Za bardzo ingerowała?

Irena: Ale za moim przyzwoleniem! Ja co prawda byłam młoda, ale…Moim zdaniem mama też się zmieniła, jak zabrakło ojca, bo chciała być bardziej taką przyjaciółką, a my sobie na za dużo pozwalaliśmy. Imprezy były straszne…

Joanna: No, Irena na imprezie!…

Irena:  Do późnych godzin nocnych… ja nie wiem, jak ja sobie radziłam w liceum, bo bardzo dobrze się uczyłam, ale imprezy były straszne!

Joanna: To teraz masz chyba trochę wyrozumiałości dla dziewczyn z “Projektu Lady”? Też są młode…

Irena: A jasne! Ale też trochę musisz wziąć poprawkę, że straszne imprezy to znaczy, że był alkohol, były papierosy, ale rozmowy – intelektualne. Tu w tle jakieś nagrania z Jazz Jamboree… Mój brat się interesował muzyką, więc ja już jako młodsza dziewczyna słuchałam tego. Ale Marek był jednak dwie klasy wyżej. Przychodzili często jego koledzy… Zawsze był dobrym uczniem, był wręcz genialny, wygrywał jakieś olimpiady matematyczne, fizyczne, miał otwarty umysł, mnóstwo czytał… Więc przyciągał też ciekawych ludzi.

„Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil.
Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło.”
źródło: prywatne zbiory rodzinne

Joanna: A to jak w ogóle Twoje rodzeństwo, mama, jak rodzina reaguje na Twój udział w “Projekcie Lady”? Z każdym sezonem program staje się coraz bardziej popularny, a w związku z tym i Ty stajesz się coraz bardziej rozpoznawalna. Jesteś też ekspertem TVN-u. Jak oni się w tym odnajdują?

Irena: Oni? Myślę, że coś tam są zadowoleni, ale nie oglądają tego wszystkiego za bardzo. Chociaż mama, jak powiedziałam, że mi jest przykro, to chyba zaczęła oglądać (śmiech). Ale nie zawsze oglądają… Przyzwyczaili się, że “O, książkę napisałaś? Drugą? I trzecią? I kilkaset artykułów… A czym Ty się tak naprawdę zajmujesz?” (śmiech) Czasem nie ukrywam, że to trochę boli… Bo zawsze, zawsze tym najzdolniejszym był Marek [najstarszy brat – przyp. red.]… ale nie chwaląc się, ja najwięcej osiągnęłam. Cześć Filipski! Zjadłeś?

Filip: Nie całe…

Babcia Irena: Zostawiłeś mi choć pół kawałeczka?

Filip: Nieee. Ale jakieś pół pizzy.

Irena: Ja i tak nie jem takiej jak Ty, bo Ty na pewno miałeś z czymś mięsnym.

Joanna: Filip, a lubisz się chwalić babcią? Mówisz kolegom i koleżankom, że babcia będzie w telewizji?

Filip: Na obozie w ostatni dzień się chwaliłem… Ale większość to już chyba o tym wie, nie wiem, czy wszyscy. Pierwszaki jeszcze na pewno nie.

Irena: Ale Filip, jak był na obozie, to do mnie zadzwonił i mówi: “Jesteś na głośnomówiącym, bo mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią”.

Filip: Że mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią i żebyś powiedziała. I powiedziałaś.

Babcia Irena: I powiedziałam. I był taki pisk w sali. (śmiech)

Joanna: To chyba nie muszę Cię pytać o Twojego największego fana?

Irena: Filip, Ty jesteś moim największym fanem?

Filip: Yyy, nie wiem, bo wszystkich Twoich fanów nie znam.

Irena: Dzisiaj jak pojedziesz z mamą do domu, to chyba poznasz moją największą fankę, Anię Szyperską. Ale Filip chyba Ani nie ustępuje. Jeszcze zanim byłam w “Projekcie Lady”, jak miał  jakieś 4 lata, siedzimy sobie na ławeczce, a on nagle wstaje, podbiega do obcych ludzi i krzyczy: “Moja babcia występuje w telewizji!”. Oni tak spojrzeli na mnie: “Tak?” “Tak, odpowiedziałam, od czasu do czasu.”

Malutka Irenka w wózku,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A dużo czasu spędzasz, Filip, z babcią? Chociaż pewnie Ola Cię już o to pytała?

Irena: Spędzamy, nie? Kiedy przyjedziesz do mnie?

Filip: Jak będę mógł, to przyjadę. Z chęcią.

Babcia Irena: I co wyjmiemy z szafki?

Filip: Słonecznik!

Irena: Bo Filip ma u mnie swoją szafkę i tam jest słonecznik dla…

Filip: Wiewiórek!

Irena: I sikorek. Filip zawsze karmi je w Łazienkach. I mamy swój statek. I operacje różne robimy. 

Filip: A jak byłem na obozie rowerowym, to jak się starsi chłopcy spóźniali, to musieli robić… zapomniałem jak się to nazywało… ale pokażę!

Babcia Irena: Mów wyraźnie! Spokojnie i wyraźnie.

Filip: No, musieli zrobić takie kółka (Tu następuje prezentacja, co chłopcy musieli robić, jak się spóźniali na zbiórki)

Irena: To dobry obóz! Jeszcze raz pokaż! Choć po obiedzie to może nie… No już, wystarczy!

Joanna: Bardzo fajne te Wasze chłopaki.

Irena: Zupełnie różne. Filip jest otwarty, więc od razu mówi się o nim, że jest fajny, a Tomek jest zamknięty i po jakimś czasie dopiero; trzeba go poznać. Ale już w pierwszej klasie wychowawczyni mówiła o Tomku, że on zawsze powie prawdę, nawet ze szkodą dla siebie. I też nie ma „zmiłuj”. Teraz wychowawczyni Tomka jest wychowawczynią Filipa. Cudowna kobieta. Filip, jak się nazywa Twoja wychowawczyni? Jak pani Sidorska ma na imię?

Filip: Katarzyna?

Irena: Yhym, pani Kasia.

Joanna: I co lubisz swoją wychowawczynię? Bo wiesz, Filip, my napiszemy o tym w wywiadzie. Prześlemy szczególne pozdrowienia.

Irena: Ode mnie wyjątkowe.

Filip: I jeszcze Pani od religii. Lubię ją.

Joanna: To też pozdrowimy. 

Filip: Bo jak byłem na jednym obozie, to Pani od religii też tam była. I potem na pierwszej lekcji mi powiedziała, że jestem dzielny. I nie jestem pewien, ale chyba jestem jej ulubionym uczniem.

Wszystkie Panie wybuchają śmiechem. A Filip trochę się zawstydza:

No co, powiedziałem, że chyba.

Joanna:  A nie myślałaś, żeby gdzieś bliżej nich zamieszkać?

Irena: Nie. To znaczy myślałam o tym, żeby oni mieszkali w Warszawie. 

Rodzina Kamińskich,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A długo już tam mieszkasz?

Irena: Od urodzenia Tomka, czyli 15 lat. Jeszcze w międzyczasie był wyjazd do Stanów.

Joanna: A wyjechałabyś z Polski? Mogłabyś zamieszkać gdzie indziej?

Irena: Wydawało mi się, że tak, że w Stanach, że to taki fajny kraj, otwarty i w ogóle. Ale… to też historia z tymi Stanami… Mąż miał kolegę w Chicago, który mówił, że wszystko nam tam zapewni, że nie będzie żadnego problemu, żeby Marek pracował i ja też. Dominika już była dorosła, więc akurat z tym nie było żadnego problemu. Postanowiliśmy wyjechać, żeby tam zamieszkać. I ja już pierwszego poranka jak się obudziłam, to zaczęłam wyć, że nie, że ja nie chcę tu zostać. Po prostu taka tęsknota potężna mnie wzięła. Potem następny poranek dokładnie to samo…

Joanna: Ile było takich poranków?

Irena: Nie wiem, ale przeszło mi to. Tylko okazało się, że ani dla męża, ani dla mnie nie ma tej pracy; trzeba było czegoś szukać. Dlatego jak tylko wiza mi się kończyła, to wróciłam. W międzyczasie nawiązałam kontakt z polskim radiem w Chicago i tam udzielałam wywiadów na temat etykiety. Zrobiły się z tego wywiady cykliczne, więc potem, kiedy jeździłam do Stanów tam i z powrotem, to z tego radia cały czas dzwonili i rozmawialiśmy sobie przez telefon na fonii. A mój mąż został. I ja sama kursowałam między Stanami a Polską.

Pewnego razu zadzwoniła do mnie dyrektorka tego radia. Wcześniej tam był dyrektorem Amerykanin, a potem Amerykanka, ale polskiego pochodzenia, i mówi mi: “Irena, dzwonił do mnie taki młody biznesmen, znam go dobrze, milioner, on Cię słuchał u nas w radio, i chciałby, żebyś przyjęła propozycję pracy u niego tu w Stanach na stanowisku wiceprezesa.” Opowiedziała mi o konkretach. Propozycja wydała mi się bardzo, bardzo ciekawa, ale robiłam jeszcze doktorat w Polsce, więc powiedziałam, że na pewno będę musiała do Polski co jakiś czas wracać. Chciałam, żeby to było jasno zaznaczone. 

Prezes zaakceptował moje wstępne warunki uzgodnione za pośrednictwem dyrektor radia. Przyjeżdżam do Chicago już na spotkanie z prezesem. Bardzo miło nam się rozmawia. Negocjuję jeszcze i tak dobre warunki, potem wybieram kolor tapicerki do mebli w swoim przyszłym biurze i dostaję podpisaną umowę. Prezes prosił mnie, żebym jak najszybciej przyjechała, koniecznie przed targami międzynarodowymi, żebym już podczas tego wydarzenia reprezentowała firmę.  Zgodziłam się. Poleciałam szybko do Polski, zawiesiłam swoją działalność, przekazałam wszystko Dominice i… może kiedyś ciąg dalszy opowieści nastąpi ;)

Irena Kamińska-Radomska z wnukami

„Zabawne, jaki wizerunek babci jest kreowany w „Projekcie Lady”! Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest” – wnukowie dr Ireny Kamińskiej-Radomskiej o babci

Biorę chłopaków na chwilę z pokoju, w którym panie szykowane są na wyjątkową sesję, żeby nieskrępowani obecnością dorosłych mogli mi zdradzić trochę tajemnic rodzinnych. Na pierwszy rzut oka chłopaki całkiem się różnią. Tomek, lat 15, spokojny, w wyważony sposób odpowiada mi na pytania. Filip, lat 9, zaaferowany wszystkim; widzę, że trudno mu usiedzieć na miejscu. Ale nie ma się co dziwić, chłopaków dzieli kilka lat różnicy.

Aleksandra: Jaka jest babcia?

Filip: Fajna! Bardzo fajna!

Tomek: Bardzo pracowita! Na większość sukcesu rodziny zapracowała ona sama naprawdę ciężką pracą. Jej życie było bardzo barwne, ale też nie miała w nim łatwo. Wiele rzeczy, które robiła, wymagały od niej wielkiego nakładu pracy. Także jeżeli miałbym opisać babcię jakimś słowem, to na pewno pracowita. I zaradna.

Bierzecie przykład z babci?

Tomek: Jest dla nas wzorem, ale ja bym tego tak nie określił, że bierzemy z niej przykład. Ja niestety nie mogę siebie określić mianem pracowitego.

Filip, a Ty mówisz, że babcia jest fajna. Czemu jest fajna?

Filip: Bo jak do niej przyjeżdżam, to chodzimy razem do parku, do Centrum Kopernika…W parku karmimy wiewiórki i sikorki. I wiewiórki czasami mi jedzą z ręki. Raz nawet się po mnie wspinały! Najpierw po nogach, po brzuchu i na ręce sobie jadły.

I nie bałeś się?

Filip: Nie! Raz nawet jedna weszła mi na głowę!

Babcia mieszka w Warszawie, a Wy?

Tomek: My jesteśmy z Bytomia. Mieszkamy obok prababci. Tylko babcia jest z rodziny w Warszawie.

A często ją odwiedzacie?

Tomek: Tak, jak mamy tylko czas, jak są jakieś dłuższe wakacje, przerwy w nauce. Ja też mam kilku znajomych w Warszawie, więc przy okazji odwiedzania babci odwiedzam też ich, więc bardzo mi to na rękę, że babcia mieszka tam mieszka.

Zaczynam rozmawiać teraz głównie z Tomkiem, bo młodszy Filip trochę jeszcze się wstydzi, trochę widzę, że myśli o tych wiewiórkach z parku. Jest niezwykle ruchliwy, ale to jak na 9-latka przystało. Jest też niezwykle ciekawy tego, co się wokół nas dzieje. A wokół nas zaczynają przygotowywać się do sesji fotograficznej, więc siłą rzeczy Filipa bardziej ciekawi aparat i rozstawianie sprzętów niż to, o czym opowiada starszy brat.

Chciałam Was zapytać o to, czy babcia dużo pracuje, ale już na początku, Tomku, potwierdziłeś…

Tak, myślę, że to najbardziej pracowita osoba, jaką znam i jaką kiedykolwiek w ogóle w życiu poznam. Jak ma cokolwiek zrobić, to jest pewne, że będzie to zrobione i to zrobione najlepiej jak potrafi. I też najlepiej jak to jest możliwe. 

A z czego taka pracowitość babci wynika? Z charakteru? Czy wychowania?

Myślę, że jedno i drugie, bo jej charakter wynika trochę z tego jak ją wychowywali. Opowiadała mi na przykład, że jak była mała, to chodziła na zajęcia z gimnastyki i musiała sama się na te zajęcia dostać. Nie było wtedy tak jak teraz, że rodzice zawozili i odbierali dzieci, tylko musiała sama przejechać tę całą trasę, a była dużo młodsza niż ja. Z tego co pamiętam, nie była to krótka trasa i nie było tak wcześnie, jak ona tę gimnastykę miała. Ale chciała, więc jeździła.

Maja Kupidura Fotografia

To już wiemy, że babcia jest upartym pracoholikiem, ale z tego, co Filip mówi znajduje też czas dla wnuków?:)

Babcia pracuje bardzo dużo, ale dla niej rodzina jest najważniejsza. Jak do niej przyjeżdżamy, zawsze znajdzie dla nas czas.

I co wtedy robicie?

Zazwyczaj robimy to, co akurat dzieje się w stolicy, a że dzieje się dużo, to mamy co robić. Na przykład chodzimy na jakieś wystawy w Pałacu Kultury, do kina i bardzo często do Parku Łazienkowskiego, bo babcia tam obok mieszka.

Filip: Jeszcze mi się przypomniało!

Co takiego?

Filip: Że jeszcze w parku karmimy karpie.

Przez chwilę rozmawiamy o karpiach i pawiach. Ale w końcu udaje mi się zapytać:

A oglądacie babcię w telewizji? To inna babcia czy taka sama jak w domu?

Filip: Jak mogę, to oglądam.

I podoba Ci się babcia w telewizji?

Tak.

A co Ci się najbardziej podoba?

Hmmmm. Chyba „Projekt Lady”.

A babcia nie jest tam taka trochę surowa i groźna?

Filip: Jeeeest…

Tomek: Zabawne jest to, że jej wizerunek jest tam tak kreowany. Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest. To jest bardzo miła, ciepła osoba. Ja mam niestety taki problem, że jeśli babcia nie występuje akurat w „Projekcie Lady”, tylko w jakiejś telewizji śniadaniowej, to jestem w szkole. Z tego co oglądam raz po raz, to faktycznie babcia wydaje się tam inna. Ale wiadomo, to telewizja, więc czasem trzeba zrobić show.

A zabrała Was babcia kiedyś do telewizji?

Filip: Mnie tak. Ale nie za bardzo mogłem patrzeć. To znaczy mogłem, ale tylko na ekranie. Ale to nie był „Projekt Lady”. Choć na „Projekcie Lady” też byłem. I w jednym odcinku były takie szachy. No i jak byłem, to sobie w nie grałem. Ale jeszcze dodam, że te szachy były gdzieś taaaakie!

I z kim w nie grałeś?

Z mamą. A raz jeszcze byłem na śniadaniu w jakimś odcinku. I patrzyłem, co tam się dzieje. Pamiętam, że było fajnie. Jedna dziewczyna chyba nawet do mnie pomachała. A jeszcze w te szachy to chciałem, żeby zagrała mama i babcia, bo chciałem zbić króla i nim zostać.

Czego nauczyła Was każda z kobiet w Waszej rodzinie?

Tomek: To jest trudne pytanie. Każda z nich jest bardzo ważną osobą w naszym życiu, dlatego też wiele nas uczą, ale jakbym miał wybrać taką najważniejszą rzecz… Babcia na pewno jest odpowiedzialna za nasze zachowanie, dzięki niej mniej więcej wiemy jak się zachować; zwraca nam uwagę, oczywiście na osobności, nie tak jak dziś na wejściu przy Tobie, bo to nieeleganckie. Jest naszym domowym ekspertem w sprawie zachowania, a to się w życiu zawsze przydaje. A poza tym babcia jest świetną nauczycielką angielskiego. Tak naprawdę wszystko, co umiem powiedzieć w tym języku, zawdzięczam głównie jej. Przez bardzo długi czas robiła mi takie korepetycje przez telefon, także za to jestem jej bardzo wdzięczny, bo to dzisiaj ogromnie przydatna umiejętność. 

Prababcia próbuje nas taką drogą duchową prowadzić. Chodziła z nami do kościoła, no teraz z Filipem bardziej…

Filip: Tak, bo Tobie się nie chce…

Tomek: Nie, nieprawda, po prostu mam ważne spotkania w Puławach wtedy co tydzień.

Filip: Ta, jasne!

Tomek: To polaryzacyjna sprawa. Mama w kwestii mojej wiary ma tu trochę inne podejście niż babcia i prababcia. Ale to obecnie chyba w wielu rodzinach tak wygląda. 

Filip: A mogę coś tak trochę nie na temat powiedzieć?

No, jasne.

Dzięki babci mam swój nowy ulubiony owoc. 

Jaki?

Smoczy owoc, inaczej pitaję. 

I gdzie tego z babcią próbowałeś?

Kupiliśmy kiedyś różne egzotyczne owoce, no i ich próbowaliśmy.

Ale to w jakiejś podróży czy jak byliście u babci?

Filip: U babci.

Tomek: Ale odnośnie podróży to ja z babcią bardzo dużo jeździłem po świecie, co wakacje prawie. Byliśmy w takich miejscach jak Nowy Jork i Faro w Portugalii. To chyba najpiękniejsza miejscowość, jaką widziałem w życiu. Dokładnie mam na myśli miejscowość Estoi koło Faro. No i byliśmy jeszcze na wyspach Kanaryjskich.

Która wyspa?

Gran Canaria, dokładnie Las Palmas.

Filip uważnie nas słucha, wierci się, w końcu się zgłasza.

No, co chciałeś powiedzieć?

Że jeszcze byliśmy na Dominikanie. Tam akurat było fajnie. Poznałem jedną taką dziewczynę, Polkę akurat, nazywała się Sonia. Poznałem ją w hotelu. Mieliśmy blisko swoje mieszkania i raz udało mi się ją odwiedzić.

Tomek: Jak byliśmy na tej Dominikanie – taka anegdota, żeby podkreślić, jak bardzo starają się dbać o naszą wiarę – to zabrały nas do kościoła, w niedzielę oczywiście, ale było to ciekawe przeżycie, bo kościół był…

Maja Kupidura Fotografia

Filip się wyrywa:

Bardzo się zdziwiłem, bo ktoś mnie przytulił! Okazało się, że tam zamiast podawania ręki się przytula!

Tomek: No ogólnie bardzo inny kulturowo jest tamten katolicki Kościół. Na mszy był też taki jakby zespół, z perkusją i w ogóle, ale kolidowało mi to z pewnym wydarzeniem, ponieważ… w trakcie mszy rozpoczynał się finał mistrzostw świata w piłce nożnej, więc jak tylko skończyła się msza, to szybko wybiegłem, żeby wrócić do hotelu. Zdążyłem jeszcze na pierwszą połowę (śmiech).

Kto to wtedy grał?

Finał Francja kontra Chorwacja! Akurat zdążyłem na gola Griezmanna. Jak wszedłem, właśnie podchodził do karnego.

Filip: A jeszcze na Dominikanie pierwszy raz zobaczyłem delfiny!

Tomek: Oj tak, byliśmy na takiej wycieczce…

Filip: I mogliśmy sobie tam pływać z maskami i były płaszczki i rekiny! Ale bez zębów…i jeszcze… chyba wcześniej pływaliśmy motorówką, tak mocno przyspieszaliśmy i hamowaliśmy…

Filip może nie odpowie nam bezpośrednio i tak spójnie jak brat na pytania dotyczące kobiet w jego rodzinie, ale przynajmniej pośrednio dowiemy się jak Irena Kamińska-Radomska spędza wakacje;)

… No i taka woda słona wlatywała z oceanu. Trochę szczypało po oczach. A na samym końcu poszliśmy do delfinów, pan pokazywał sztuczki, mogliśmy sobie podotykać delfinów, pogłaskać po brzuchu i plecach.

Ale to podróżujecie większą ekipą, z rodzicami i babcią?

Tomek: Filip jeszcze był wtedy za mały, więc ja głównie sam z babcią jeździłem do tych miejsc, które wymieniłem. Teraz na Dominikanę pierwszy raz pojechaliśmy tak zbiorowo, my z babcią i mamą.

A skoro tak z babcią podróżujecie, można powiedzieć, że jest Waszą taką trochę nauczycielką świata?

Tomek: Oj tak, tu możemy jeszcze nawiązać do tego, czego babcia nas nauczyła. Bo ona też zajmuje się różnicami kulturowymi, także w trakcie naszych różnych podróży podziwiamy nie tylko piękne widoki, ale też obserwujemy zachowania miejscowych i uczymy się różnic kulturowych. A że babcia jest ekspertką w tej dziedzinie, to zwraca nam uwagę na takie rzeczy.

Filip: A na Komunię mam obiecane, że pojadę jeszcze z babcią do Legolandu, oczywiście w innym kraju.

A pamiętasz jakim?

Zapomniałem już.

Tomek: Pewnie tam, gdzie ja byłem, w Danii.

Filip: Chyba tak. 

A mama? Jaka jest Wasza mama? Podobna do babci?

Tomek: Wydaje mi się, że mama jest jednak inna. Hmm, mama ma trochę więcej luzu niż babcia. Mam z nią świetny kontakt, a to, jak patrzę po moich znajomych, nie zdarza się często. I myślę, że to bardzo duża zaleta mojej mamy, że da się z nią pogadać, że nie jest tak, że ja tylko kocham, ale ją też lubię. Oczywiście pod względem rozmowy tak samo jest z moimi babciami i mogę z nimi porozmawiać. Tylko w “Projekcie Lady” babcia jest taka surowa, dla nas jest ciepła, można się od niej nauczyć wielu rzeczy, bo jest bardzo doświadczoną osobą.

A Ty, Filip, co myślisz?

Ja, jak raz byłem z mamą w Warszawie, to pojechaliśmy z mamą i z babcią do papugarni. No i tam była taka jedna ara, która tak wrzeszczała, że ją nazwałem Grażyna. Bo Grażyna mi się kojarzy z krzyczeniem. A jeszcze są takie bardzo mądre papugi, że jak postawisz im w klatce takie kartonowe pudełko, to normalne papugi by widziały tylko najdalszy kąt klatki, no i by tam siedziały przez dwa dni, a tamte papugi od razu by przyleciały i zaczęłyby to rozbrajać! I próbować się dostać do środka. 

Tomek: Filip, jak widzisz jest zafascynowany zwierzętami.

Ja nie wiem, czy Filip nie będzie miał w przyszłości do czynienia z tymi zwierzętami zawodowo!

Filip: Też tak się zastanawiam, czy nie pójść w stronę zwierząt.

Tomek: No, kiedyś mówił, że chce zostać weterynarzem, tak że…

Filip: Ale zmieniłem zdanie! 

Maja Kupidura Fotografia

Tak? No to kim chcesz zostać w przyszłości?

Filip: Po tym, o czym teraz rozmawialiśmy, to się zastanawiam nad opiekunem w zoo.

Tomek: To jest świetna praca.

Na pewno ciekawa.

Filip: Darmowe zwiedzanie!

A Ty Tomek?

Ja spędziłem 8 lat w szkole muzycznej, grając na gitarze. I po tych 8 latach mogę stwierdzić, że nie chcę być muzykiem.

To już coś!

Wydaje mi się, że strasznie trudno jest powiedzieć w takim wieku, kim chce się zostać. Ja tak sobie myślałem, że z moimi dotychczasowymi kwalifikacjami, interesowaniem się piłką nożną, mógłbym zostać dziennikarzem sportowym. Bo na zostanie piłkarzem już jest raczej za późno, tym bardziej że nie ćwiczyłem od najmłodszych lat i nie jestem tak wysportowany. Ale pozostaje mi wiedza, którą mogę zgromadzić i chciałbym iść w tę stronę, dlatego też klasę w liceum wybrałem o profilu humanistycznym, żeby iść w dziennikarstwo. 

Filip: Nie raz byłem w zoo w porze karmienia i widziałem jak pingwiny były karmione.

I sam byś tak chciał karmić, tak? Filip jeszcze jest chyba za mały, ale Ty, Tomku, nie masz takiego poczucia, że mama z babcią zawodowo czegoś konkretnie od Ciebie wymagają? Mówisz o zawodzie dziennikarza sportowego. Wydaje się, że to dla chłopaka interesującego się piłką super zawód, ale jest też trudny, chyba nie jakoś wspaniale dochodowy i nie jest uważany za bardzo prestiżowy. Czy to pokoleniowe kobiece trio Twojej rodziny nie wymaga od Ciebie, żebyś był, nie wiem, prawnikiem albo lekarzem?

Oczywiście, że śmiejemy się w rodzinie, że mamy lekarza, więc teraz moja kolej, żebym został prawnikiem, ale to tylko takie podśmiechiwanie się. Tak naprawdę one wspierają mnie w tym, co chcę robić i wydaje mi się, że zawsze będę miał w nich oparcie i jakąkolwiek pomoc, jaka będzie mi potrzebna. Zaakceptują wszystko, kimkolwiek bym nie chciał być. Jestem pewien, że w przypadku Filipa będzie dokładnie tak samo.

A dostrzegasz jakieś różnice w wychowaniu każdej z kobiet w Waszej rodzinie?  Prababcia inaczej wychowywała babcię, babcia mamę, a mama Was?

Wydaje mi się, że mama zupełnie inaczej nas wychowuje niż babcia by nas wychowała. Czasami mi się wydaje, że mama nam daje za dużo luzu, co oczywiście na razie nam się bardzo podoba. Babcia była, z resztą dalej jest, taka najlepsza, że zawsze to, co robiła, chciała zrobić najlepiej, zawsze angażowała się w coś na 100%. W szkole zawsze miała najlepsze świadectwa, ja nawet nie próbuję jej w tym dorównać. Wydaje mi się, że babcia była wychowywana na pewno twardszą ręką niż my, to też wynika z tego nowego wychowawczego trendu. Choć słyszałem, że na przykład tata babci był świetnym człowiekiem, miał ogromne poczucie humoru, że darzył swoje dzieci ogromną miłością i poświęcał im dużo czasu. I pomimo tego, że mieli go dla siebie w swoim życiu krótko, to zdążył im przekazać bardzo wiele. Choć babcia wyniosła z tego chyba najwięcej, ale to wynika z jej charakteru, z tego, że jest bardzo pojętną osobą, umie wychwycić, co jest potrzebne i najbardziej wartościowe.

A prababcia jest surowa? Filip?

Prababcia? Nie.

Tomek: Na pewno nie znamy jej od tej strony, jak była jeszcze taką po prostu młodą. Tak naprawdę znamy ją, jako kobietę, która już jest na emeryturze. Choć zdecydowanie mogę powiedzieć, że pracowitość babcia Irenka ma po swojej mamie. Prababcia nawet w ciąży ciężko pracowała, chciała jak najlepiej dla swojej rodziny i to jej zostało po dziś dzień. Dalej jeździ do swojego syna dosyć często, do Niemiec, pomimo że ma już swoje lata.

A znacie dobrze historię Waszej rodziny? Uważacie ją za ważny element w Waszym wychowaniu?

Tomek: Nasze drzewo genealogiczne jest bardzo, bardzo poplątane. Rodzinę Kamińskich znam trochę gorzej niż rodzinę mojego ojca. Ale chyba ojciec mojego dziadka, pierwszego męża babci, był właścicielem dość rozległego majątku ziemskiego, chyba pod Poznaniem. Dziadek pochodzi z Kościana.  Byłem tam jakiś czas temu na Wszystkich Świętych, poznałem tamte okolice. Chodzi taka anegdota po rodzinie, że ten pradziadek, który miał wieś, był hazardzistą i przegrał ją w karty. (śmiech)

Babcia z kolei dużo opowiadała mi o swoim ojcu, który zginął w wypadku we Włoszech, kiedy była młodą dziewczynką. A rodzice mojej prababci to… to czasy wojny, dlatego prababcia też została osierocona w wieku najmłodszych lat. Także historia ze strony babć ma bardzo smutne i trudne momenty.

Filip, widzę, że chcesz coś powiedzieć?

Tak, ale nie do tego, o czym teraz rozmawiacie, tylko do tego, co wcześniej powiedział Tomek.

No jasne, proszę.

A ja jestem mistrz po dwóch latach i już chcę zmienić instrument.

Tomek: Filip chodzi do tej samej szkoły muzycznej, co ja chodziłem.

I grasz na…?

Filip: Skrzypcach.

A chcesz zmienić na…?

Jeszcze nie wiem.

Tomek: Ja bym Ci polecał trąbkę, ponieważ nauczyciel jest świetny. Choć ze skrzypiec też ma świetnego…

Filip: Ale to dla mnie za trudne!

Tomek: ….ale na skrzypcach trzeba być najlepszym z najlepszych, a to nie jest dla Filipa coś, co chce potem robić. Wydaje mi się, że może zostać w muzyce, ale nie na tym instrumencie.

Filip, Ty jesteś tak żywiołowy, że ja nie wiem, czy perkusja by Ci nie odpowiadała?

Słyszałem, że też bardzo trudne! Jedna dziewczyna z mojej klasy gra na perkusji i już chce zmienić instrument. 

A powiedzcie mi, bo rozmawiamy non stop o Paniach z Waszej rodziny… Czy zdominowały całkowicie Wasz dom, czy może mężczyźni Waszej rodziny też biorą czynny udział w Waszym wychowaniu?

Tomek: Mój ojczym jest handlowcem, więc zdarza się, że nie ma go w domu. Mama jest dużo więcej i częściej, ponieważ ma taki tryb pracy. Zajmuje się podobnymi rzeczami jak babcia, czasem występuje też w telewizji jako ekspertka, ale nie jest to jej główne zajęcie, dlatego może przebywać w domu przez dłuższy czas. Czasami może jej nie być w domu przez trzy dni, ale potem już jest cały miesiąc. Także mamy duże szczęście, że nie jest tak, że mama wraca z pracy, a my już śpimy. Bo według mnie to jest bardzo ważne, żeby rodzina była w domu, żeby się spędzało z nią czas. A z ojczymem, ojcem Filipa, bardzo lubimy oglądać filmy. Ma świetny gust, tak samo jeżeli chodzi o muzykę, więc słucham tego, co on słucha. Można powiedzieć, że mnie wychował, ukształtował moje popkulturalne gusta.

Macie swój ulubiony film, Filip?

Hmmmmmmmmm.

Tomek: To okropnie trudne pytanie. 

Filip: Mamy ich pełno, ale jeden, który oglądałem z tatą, jak byłem trochę młodszy, to “The Goonies”.

Tomek: O, też dobry film! Ja uwielbiam twórczość Nolana, ale wydaje mi się, że najlepszy film, jaki oglądałem, to “Interstellar”. 

To teraz pytanie zupełnie inne: czy chcielibyście mieć siostrę?

Tomek: Zaskoczę Cię – ja mam siostrę. Nie widuję się z nią co prawda często, najczęściej u babci, tej mojej drugiej babci, mamy ojca, ale mam siostrę. Doświadczyłem, co to znaczy mieć siostrę. (śmiech) Wiem, że rozbudowana ta nasza rodzina. Świadczy o tym jedna z rodzinnych anegdot: jak chcieli mi wyrobić wizę, jak byłem młodszy, miałem chyba 9 lat, kiedy babcia chciała mnie zabrać do Stanów na wycieczkę, to urzędnik sprawdzając te wszystkie rodzinne nazwiska, totalnie się zgubił. Bo na przykład nie mam nazwiska ludzi, z którymi mieszkam. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Filip nie odpowiada, bo od dłuższego czasu słucha nas z Tomkiem troszeczkę mniej. Łatwo zgadnąć po kierunku wzroku Filipa dlaczego – na moich kartkach, na których mam spisane pytania do chłopaków i różne notatki, przysiadł jakiś owad, bardzo dziwny, cały czarny. W połowie rozmowy przenieśliśmy się bowiem na stoki na tarasie, bo koło sesji zdjęciowej zaczęło się robić zbyt głośno. Filip zafascynowany śledzi poczynania owada, choć ma utrudnione zadanie;  wie, że obiekt jego zainteresowania siedzi na moich kartach i nie wypada po niego sięgać, choć jest na wyciągnięcie ręki.

A przepuszczanie dziewczyny w drzwiach i ustępujecie im miejsca?

Tomek: Zawsze. A szczególnie jak wchodzimy na żaglówkę. Dżentelmen zawsze puszcza dziewczyny przodem, bo jak one na przykład nie przytrzymają się sztagu i wpadną do wody, to można się z nich trochę pośmiać. 

Filip, a Ty? Przepuszczasz dziewczyny?

Zwykle na obozie pływam raczej z chłopakami.

Tomek: Ale chodzi nam ogólnie, Filip… Wydaje mi się, że on jest jeszcze w takim wieku, że wbiega do pomieszczeń, nie patrząc co i jak, ale to jest kwestia czasu, na razie można mu to wybaczyć.

A uważacie, że to jest szarmanckie? Że tak się powinno robić czy że to przeżytek?

Tomek: Że niby równouprawnienie i tak dalej?

Maja Kupidura Fotografia

No tak, czy nie obserwujecie tego na co dzień, że babcia z mamą uczą Was zasad i zachowań, które są już staroświeckie, których większość nie stosuje?

Tomek: Wydaje mi się, że babcia uczy nas takich trochę konserwatywnych zasad, ale mimo tego że są konserwatywne, dalej są używane i powszechnie uważane za kulturalne. Jednak te zasady zostały wymyślone po to, żeby zachować jakąś hierarchię, kulturę. Więc jak się zgodnie z nimi zachowujemy, jesteśmy kulturalni, a wydaje mi się, że kultura osobista nigdy nie stanie się przeżytkiem. Czasami znajomi się ze mnie śmieją, jak zdarzy mi się nie przepuścić dziewczyny albo zachować jakoś nie do końca kulturalnie, bo czasem się oczywiście zdarza, więc wtedy słyszę, że “Projekt Lady”, że “jak to Cię babcia nauczyła”.

Czyli w szkole jednak trochę jesteś kojarzony z zajęciem babci, przede wszystkim w tej medialnej odsłonie?

Ale oczywiście, babcia jest bardzo popularną osobą, więc tak.

A u Ciebie, Filip, jak to jest?

W przedszkolu to raczej nie, ale na obozie, już nie żeglarskim tylko innym, to w jakiś przedostatni dzień powiedziałem, że moja babcia jest w “Projekcie Lady” i wszyscy chcieli, żebym to udowodnił. Więc zadzwoniłem do niej.

I co babcia na to?

No powiedziała, że jest. I że nie jest taka surowa jak tam.

I uwierzyli? Zazdrościli trochę?

Już nie pamiętam, ale jedna dziewczyna powiedziała, że będzie oglądać “Projekt Lady” tylko dlatego, że tam występuje moja babcia.

Tomek: Jak u mnie się dowiedzieli pierwszy raz, że moja babcia jest w tym programie, to pamiętam, że bardzo dużo dziewczyn chciało, żebym załatwił autografy od babci. I załatwiłem. Nic z tego nie miałem, to była działalność czysto charytatywna, altruistyczna i zrobiłem to z dobroci serca.

Filip: U mnie dziewczyny, ale chłopacy też chcieli, głównie ze starszych klas.

Załatwiłeś?

Tak, też.

To teraz na koniec, uwaga, trudne pytanie: jaka jest dla Was kobieta z klasą? Istnieją takie jeszcze? Pytam Was o to dlatego, że ciekawi mnie męska perspektywa i to jeszcze tak młodych chłopaków.

Tomek: Hmmm, kobieta z klasą…. Ja bym może próbował zdefiniować tak, że to ktoś z dobrego domu, dobrze wychowany. Ja mam chyba dość osobliwy osąd ze względu na szkołę muzyczną, bo to dość elitarna szkoła i ten wzgląd na wizerunek, na kulturę osobistą jest tam bardzo duży. Często jeździmy na różne koncerty, do filharmonii, więc uczymy się jak się poprawnie zachowywać. Większość dziewczyn, które znam, właśnie między innymi przez wymogi szkoły muzycznej, umie się dobrze zachować w różnych sytuacjach. Wydaje mi się, że żeby kobieta miała klasę, to musi być właśnie taka wszechstronna, że jest świadoma wielu spraw i z tej strony kulturalnej, i ze strony towarzyskiej, popkultury itd. Może to nie do końca dobre słowo, ale kobieta z klasą to dla mnie kobieta rozgarnięta, to znaczy że da się z nią porozmawiać na wiele tematów i umie znaleźć odpowiedź na zapytania z różnych dziedzin. Nie chodzi mi o to, że od rana do wieczora musi zakuwać nad książką, ale żeby umiała się dostosować do różnych sytuacji, które będą ją napotykały. W zasadzie to dotyczy nie tylko kobiet, ale wydaje mi się, że każdy człowiek powinien umieć takie rzeczy, powinien umieć się dostosować, żeby nie wyjść na gbura.

A kobiety w Waszej rodzinie, które sobie tu trochę obgadujemy, to dla Was kobiety z klasą?

Tomek: Jak najbardziej, bo podlegają tym prawidłom, o których mówiłem. Umieją się odnaleźć w wielu, ale to bardzo wielu sytuacjach, które albo znam z opowiadań, albo sam doświadczyłem. Tak że uważam, że to ich ogromna zaleta. I są też bardzo mądre. O, może to jest jedno z lepszych określeń dla kobiety z klasą.

pierwsze posłanki

„Na tyłach” walki o Polskę – Zofia Moraczewska

Działaczka społeczna, polityk, „posełka” na sejm, nauczycielka, założycielka kół kobiecych, edukatorka, żona, matka, gospodyni domowa. Żywo i prężnie działająca na co dzień, dziś w cieniu wielkich męskich nazwisk, których sława nie byłaby może tak wiekopomna, gdyby nie ona i kobiety jej podobne.

(1873 – 1958)

Zofia Moraczewska, z domu Gostkowska. Informacja ta jest o tyle istotne, że jej ojciec był rektorem Politechniki Lwowskiej, a więc Zosia i jej siostry wywodziły się z bardzo charakterystycznego środowiska. Odebrała najpierw domowe, później dalsze wykształcenie w Zakładzie Wyższym Naukowym Żeńskim W. Niedziałkowskiej oraz Seminarium Nauczycielskim Żeńskim we Lwowie. Najpierw zarabiała na swój byt, wykonując pracę nauczycielki, później obowiązek utrzymania rodziny przejął mąż – Jędrzej Moraczewski.

„Zdaje mi się, że kocham”

Paradoksalnie, biorąc pod uwagę do czego obydwoje państwo Moraczewscy w przyszłości doszli, rodzice Zofii nie byli zbytnio zadowoleni z jej życiowego wyboru. Tym bardziej, że na początku ich córka doprowadziła nieomal do skandalu towarzyskiego. Przed jednym z kinderbali poznała pana Andrzeja, którego postanowiła kokietować. Zagadywała, dała bilecik oraz największy order dla dobrze tańczących, choć wszyscy wiedzieli, że z Jędrzeja to żaden tancerz. Przysiadła obok na kolacji i pierwsza wszczęła rozmowę, choć to absolutnie nie uchodziło. Tak samo jak później, gdy wybranek odwzajemnił uwagę i po dłuższym czasie znajomości zaproponował, że listownie podzieli się z nią wrażeniami z wakacji. A dorosłej pannie pod żadnym pozorem nie wolno było korespondować bez kontroli z mężczyzną. Ha, co Wy na to współczesne dwudziestolatki?! Zofia się nie zgadza. Za pierwszym razem, bo za drugim przestaje już przejmować się konwenansami;) Dużo rozmawiają, wspólnie interesują się polityką, wstępują do partii. W październiku 1896 roku biorą ślub.

Zofia i Jędrzej Moraczewscy, fot. Edward Trzemeski, 1896, Biblioteka Narodowa

Dolce far niente

Dzięki pracy Jędrzeja, który nadzoruje budowę odcinków kolei, dużo jeżdżą. Nie tylko po Galicji. W listopadzie 1899 roku przeprowadzają się do Dalmacji (wówczas część Austro-Węgier). Zamieszkują w Splicie i będzie to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu Zofii. Bo wszystko jest niedrogie, nie trzeba palić w piecu, przez okno widać morze. Zamiast pasztetów i legumin, zdrowo się odżywiają dorodnymi warzywami, owocami, świeżymi rybami i smaczną oliwą. Jędrzej dużo pracuje, dlatego Zofia codziennie rano wychodzi z książką nad morze i „całe dnie spędza dryfując po Adriatyku zatopiona w czytaniu i zachwycie”. Czas spędzony w Spalato, to chyba jedyny okres w jej życiu pełen beztroski i codziennego, śródziemnomorskiego spokoju. Niestety praca męża dobiega końca i czas wracać do domu.

„Bardzo mi dziwno”

Zofia rodzi pierwsze dziecko w 1901 roku. Niespełna rok później mały Tadzio umiera. „Lekarz od razu rozpoznaje szkarlatynę – we wsi zachorowało już kilkoro dzieci, ale państwo Moraczewscy o tym nie wiedzieli. Medyk nawet nie chce zbliżyć się do dziecka – na twarzy pojawiły się już sine plamy – z odległości kilku metrów stwierdza zgon i wychodzi.” Zofia nie najlepiej znosi stratę, Jędrzej wcale nie lepiej. wyjeżdżają na urlop do Włoch na dwa tygodnie. Rok później rodzi się Kazik.

Jędrzej dostaje awans, a więc kolejne przenosiny. I kolejna ciąża. Wanda rodzi się latem 1905 roku. Dwa lata później ukochany mąż zostaje wybrany na posła do austriackiego parlamentu. A trzydziestoletnia Zofia rodzi czwarte dziecko – „Adaś przychodzi na świat tego samego dnia, w którym zatwierdzono kandydaturę jego ojca”. Zajmuje się domem i dziećmi. Męża prawie nie widuje. Sama o swoim życiu pisze w liście do siostry:

„Mój Boże – ja sama nie wiem, co to jest – czym jest moje życie – gdzie się czas podziewa – wiem tylko – a raczej odczuwam, że gdzieś lecę bez pamięci – że ludzie, rzeczy, wrażenia, godziny przemykają mi się przed oczyma z bajeczną jakąś szybkością… Co dziś robiłam? Rano o siódmej gotowałam kawę, grzałam śmietankę i mleko. Potem rozdawałam dzieciom śniadanie, sprzątałam na gwałt w pokojach – o dziesiątej byłam już na mieście, na poczcie, nadawałam rozmaite pieniądze i listy w sprawach publicznych, przyleciałam do domu, gotowałam na gwałt sama obiad. Po obiedzie leżałam na kanapie dosłownie pięć minut, po czym zerwałam się, myłam z Hanią naczynia, garnki i wyszorowałam kuchnię. Przed chwilą rozpaliłam w piecu w sypialni, ponieważ pozimniało na dworze.

Ale Zofia nie narzeka. Odnalazła lekarstwo na nieobecność męża i oderwanie się od dzieci – sprawę społeczną.

„Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”

Cały czas zamieszkująca w Stryju Zofia organizuje przedsiębiorstwa spółdzielcze – piekarnię, masarnię i szwalnię. W piekarni jest dostawczynią, w szwalni skarbniczką. Jest też suflerką w teatrzyku amatorskim. Organizuje wykłady i spotkania patriotyczne, na których sama przemawia. Zaangażowała się w powstanie galicyjskiego czasopisma „Głos kobiet”. Wybuch wojny w niczym jej nie przeszkadza, tylko na moment zmusza do przeorganizowania. Pomimo że musiała uciekać ze Stryja i wylądowała na Śląsku, nie przeszkodziło jej to w zajęciu się finansowaniem Legionów. „Polska formacja działająca w ramach armii austriackiej pieniędzy ma na razie tylko tyle, ile uzbierają dla niej kobiety – te z Królestwa, i te z Galicji. Pieką ciasta, robią słodycze i chodzą z nimi po domach, zbierając fundusze.”

Posłanki na posiedzeniu klubu parlamentarnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w sejmie (Zofia Moraczewska siedzi trzecia od prawej), 26 listopada 1930, Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1915 roku powstaje Liga Kobiet. Od 1916 roku Zofia staje na jej czele i robi z organizacji prawdziwą potęgę. Liga zbierała olbrzymie fundusze dla Legionów. Szeregi Ligi rozrosły się do trzynastu tysięcy członkiń (Jeżeli wydaje Wam się, że to niewiele, spróbujcie stworzyć dziś taki ruch. I weźcie pod uwagę niezwykle sprzyjające organizowaniu się kobiet ówczesne warunki społeczne i kwestię rozbiorów). Pomimo represji prowadzonych przez administrację austriacką, które doprowadziły w 1917 r. do rozwiązania Ligi, Zofia zorganizowała przejście do działalności konspiracyjnej. Władze austriackie miały nawet wszcząć śledztwo w sprawie antypaństwowej działalności tworzących go kobiet. Nie zdążyły.

„Gdybym mogła zacząć życie na nowo – oddałabym wszystkie myśli i całą duszę moją tej sprawie”

Zofia Moraczewska startowała w uzupełniających wyborach z okręgów na obszarach włączonych do odrodzonego państwa w 1922 roku. Została posełką z okręgu krakowskiego i dołączyła do grona pięciu posłanek wybranych trzy lata wcześniej. Nie owijała w bawełnę. Doskonale znała się na tym, czym się zajęła, a więc kwestią edukacji, warunkami pracy kobiet i służbą zdrowia. Jej niezależność wielokrotnie doprowadziła do odchodzenia z partii, do których należała i odchodzenia z polityki w ogóle na dłuższy czas. Ale zawsze wracała. Nawet po tragedii, jaka dotknęła Moraczewskich w 1920 roku. W walkach z bolszewikami zginął ich najstarszy syn, siedemnastoletni Kazimierz.

Zofia Moraczewska za walkę o niepodległość ojczyzny i niepodległość kobiet zapłaciła najwyższą cenę. Poświęciła nie tylko całe swoje życie zawodowe, ale i rodzinne. Przeżyła swoich rodziców, siostry, męża i czwórkę dzieci.

Jędrzej zginął 5 sierpnia 1944 r., ugodzony odłamkiem pocisku w czasie niemiecko-sowieckich walk o Sulejówek. Wanda została aresztowana przez Niemców i zmarła na Pawiaku w 1942 r. Najmłodszy syn, Adam, doktor historii, działał w Związku Walki Zbrojnej. Zajmował się kontaktami z polskimi placówkami na Węgrzech. W trakcie trzeciej wyprawy został aresztowany, poddany śledztwu i wysłany z jedną z pierwszych grup więźniów do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł z wycieńczenia 31 października 1941 r.

Do końca życia mieszkała w Sulejówku. Pracowała nad biogramami działaczek kobiecych międzywojnia, m.in. Marii Piłsudskiej. Planowała wydanie „Encyklopedii polskiego ruchu kobiecego”. Zmarła w 1958 roku.

Odznaczona Krzyżem Kawalerskim (1927), Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1930) i Krzyżem Niepodległości (1931).

Irena Kamińska z córką Dominiką

„Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka” – córka Ireny Kamińskiej-Radomskiej o łączącej je więzi

Porywam Dominikę na hotelowy taras, żeby mogła w nieskrępowany sposób odpowiedzieć na być może kilka niewygodnych pytań dotyczących jej relacji z mamą. Dominika ma już na sobie makijaż oraz sukienkę, w której wystąpi na sesji, więc mam wrażenie, jakbym przeniosła się w XVIII/XIX-wieczną przeszłość i rozmawiała z tamtejszą młodą damą. W trakcie naszej rozmowy dołącza Filip, który (o dziwo!) zamiast kręcić się wkoło nas, siada przy Dominice, wtula się w jej ramię i grzecznie słucha. W końcu to też rozmowa trochę o nim.

Aleksandra: Masz całkiem różnych synów!

Dominika: To całkowite przeciwieństwa, co już na pierwszy rzut można dostrzec. Nie tylko fizyczne, ale także pod względem temperamentu czy nawet kulinarnie – jeden lubi tylko mięso, drugi najchętniej mięsa nigdy by nie tknął…

A mają jakieś ewidentne cechy po babci?

Tak, ale też pod innym względem. Filip na pewno ma po mojej mamie kości policzkowe! Dostały mu się w drugim pokoleniu, bo ja niestety takich nie mam. Na pewno energię, tę życiową, też ma po niej. Tomek dostał jej nieco mniej, ale za to po babci potrafi się zastanowić. Bo o mamie zwykle mówi się, że jest dobrym rodzicem, babcią, specjalistą (co oczywiście jest prawdą), ale rzadziej wspomina się o jej poukładaniu. A jest niesamowicie poukładaną osobą. Rzadko coś dzieje się w jej życiu bez planu. Spontaniczność owszem, ale jak dzieje się w trakcie zaplanowanego przez nią czasu. I Tomek też taki jest – raczej najpierw sobie przemyśli, dopiero potem zrobi. Tę cechę nie tylko się dziedziczy, ale rozwija, a mama swoje poukładanie rozwinęła genialnie!

Świadczy o tym choćby jedna z licznych prozaicznych sytuacji, jakie pamiętam z dzieciństwa. Miałyśmy kotkę, która miała na imię Tili. I mama w pewnym momencie stwierdziła, że przyszedł odpowiedni dla niej czas, by poddać ją zabiegowi sterylizacji. Ale okazało się (nie wiem, czy ta opinia wciąż jest aktualna), że żeby przeprowadzić taki zabieg, to kotka powinna mieć najpierw przynajmniej raz małe kotki. Więc moja mama naprawdę zabrała się do tego konkretnie: zanim w ogóle umówiła się na zabieg, dowiedziała się, ile taka kotka może mieć kociąt w jednym miocie. Okazało się, że między cztery a pięć. Zanim doszło do konkretów, mama zrobiła wywiad środowiskowy i znalazła pięciu chętnych na te kocięta. Dopiero jak wiedziała, że ktoś na pewno się nimi zaopiekuje, zaprowadziła kotkę do kocura. Faktycznie urodziło się pięcioro kociąt i każde znalazło nowy dom. Więc widzisz, że mama wszystko planuje. I tego wciąż się od niej uczę, bo ja tego nie odziedziczyłam.

Jesteś inna, różna od mamy?

Jestem. Wydaje mi się, że tak.

A co Was przede wszystkim różni?

To, o czym już wspomniałam – mama to jest plan, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu. A u mnie wszystko rodzi się w bólu i chaosie. 

Maja Kupidura Fotografia

Czyli zawodowe pójście w ślady mamy nie było zaplanowane?

Nie. Tak się poskładało. Ale jestem zadowolona, że tak wyszło, bo dobrze mi z tym, dobrze nam się współpracuje. Być może jest to związane z tym, że odziedziczyłam po mamie pewne upodobanie do przekazywania wiedzy. To akurat mamy wspólne. I widzę tę umiejętność też u moich synów. Obaj chodzą do szkoły muzycznej i Tomek pomaga bratu przygotowywać się do przedmiotu, który nazywa się kształcenie słuchu. To bardzo ważny i trudny przedmiot. Ja nie jestem muzykiem, więc mam z tego typu sprawami mały problem, ale Tomek świetnie sobie radzi, a Filip potrafi go cierpliwie słuchać. I o dziwo w tym przypadku relacja brat-brat nie przeszkadza. Parę dni temu z kolei widziałam Filipa uczącego młodszego kolegę strzelania z łuku: „To się nazywa cięciwa”, „To się robi tak a tak”, „A tu troszeczkę napnij” – ustawiał postawę kolegi, cierpliwie dawał mu wskazówki, nie denerwował się, że mu coś nie wychodzi.

Siedzący przy mamie Filip zdecydowanie ożywia się na samo wspomnienie strzelania.

Filip: Jeszcze na tamtym obozie, o którym Ci wcześniej opowiadałem, strzelaliśmy z łuku. Trafiłem w trójkę, a potem trzy razy w jedynkę. Strzelaliśmy też z broni krótkiej i trafiłem w ósemkę, a ze snajperki chyba miałem trzydzieści dziewięć punktów.

A spotkałaś się z zarzutem, że robisz karierę trochę dzięki mamie?

Nie, szczerze powiedziawszy nie. Może dlatego że… nie jestem tak eksponowana w mediach jak ona. Jestem trenerem, to jest moje główne zajęcia i raczej nie jestem kojarzona z moją mamą. Poza tym swoją karierę trenerską zaczęłam na dużo, dużo wcześniej niż zaczął się medialny szum wokół mamy. Więc nie. A nawet jeżeli bym się spotkała z takim zarzutem, to nie brałabym tego do siebie, bo tak po prostu nie jest. Najpierw zajęłyśmy się szkoleniami i razem pracowałyśmy, a dopiero później był na przykład „Projekt Lady”.

A dobrze Ci się z mamą pracuje?

Tak.

Nie masz poczucia, że za dużo tego, bo macie intensywny kontakt w pracy plus bardzo bliskie relacje rodzinne? Czasem chyba dobrze od rodziców odpocząć

Nie powiem, było może parę razy w życiu takich myśli, że jak szefowa jest spoza rodziny, to przynajmniej jest sobota i niedziela dla siebie. A z mamą niekoniecznie. Ale nie, nie zamieniłabym się ani na moment z nikim innym ani nie wymieniłabym szefowej.

A byłaś wychowywana w domu tak jak mama wychowuje dziewczyny w „Projekcie Lady”: „Siedź prosto!”, „Nie garb się!”? Twoje chłopaki wspomniały, że odbierają babcię na co dzień zupełnie inaczej niż w sposób, który kreowany jest w mediach. Masz podobnie czy jednak dla córki mama Irena jest bardziej surowa?

Oczywiście, że w dzieciństwie mama zwracała mi uwagę! I ja się z tego bardzo cieszę! Jeżeli ktoś się spodziewa, że moje dzieciństwo było jakieś traumatyczne, że niczego mi nie było wolno, że miałam talerze pod łokciami – to nie! (śmiech) Tych talerzy czy kartek nawet nie trzeba stosować, bo jeżeli prawidłowa postawa jest pilnowana od małego dziecka, to naturalnie młody człowiek zachowuje postawę wyprostowaną. Tak że mama zwracała uwagę, ale oprócz tego potrafiłyśmy się też przewracać na ziemię i ze śmiechu trzymać za brzuchy, więc moje dzieciństwo było zdecydowanie normalne.

Maja Kupidura Fotografia

A istnieje takie pytanie, które byś się bała mamie zadać? Bałabyś się otrzymać na nie odpowiedź…

Hm, bardzo ciekawe i trudne pytanie. Nie wiem, czy wymyślę tak od razu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka. Jesteśmy przyjaciółkami, ale nie tylko. I nie chciałabym, żeby było inaczej. Jesteśmy blisko, ale jednak to nie jest relacja koleżeńska i dlatego uważam, że niektóre rzeczy powinny zostać… niewypowiedziane. To nie jest tak, że chciałabym z mamą porozmawiać o wszystkim. Myślę, że mogłabym, ale… nie.

Może to też jest trochę różnica, a trochę podobieństwo w Waszym podejściu do wychowania, bo Twoi synowie bardzo podkreślali, że są z Tobą blisko, że jesteś, że dużo rozmawiacie, ale że masz więcej luzu niż babcia.

Tak? O! To się bardzo cieszę, że tak mówili!

I że mama jest nie tylko mamą, ale też koleżanką, że Cię nie tylko kochają, ale też lubią.

Ojeeeeej! Jak pięknie! Jak mi miło! Chłopaki mają chyba faktycznie więcej luzu ze mną niż z babcią i niż ja miałam z mamą, ale może wcześniej źle sformułowałam jedną rzecz. Bo ja też moją mamę lubię (śmiech). I mamy fajną relację. To jest tak, że ja się naprawdę cieszę, jak przyjeżdżamy do siebie. Szczególnie gdy jesteśmy same, bo wtedy możemy sobie poplotkować o wszystkim i o niczym, i o kosmetykach, i o ubraniach… To są takie tematy, na które ja z chłopakami nie porozmawiam. Ani z mężem. Bo ich to nie interesuje. Dlatego cieszę się, że mam od tego mamę. Mamę, która zawsze była we mnie wsłuchana. Wydaje mi się, że jako dziecko mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem. I do tej pory czuję takie wsparcie. To, że zdarzają się takie tematy, o których nie rozmawiamy… to normalne. Cały czas czuję, że jakby mi się świat walił, to naprawdę mam się do kogo zwrócić po ratunek.

Czyli masz przed mamą jakąś tajemnicę? Nastoletnią miłość albo rozbity wazon jak miałaś pięć lat…

A to pewnie, że tak! I dalej nic nie powiem! Pewnie, że mam przed mamą trochę tajemnic.

Maja Kupidura Fotografia

A czy mama przypomina Ci babcię?

Tak. I tak, i nie. Wydaje mi się, że moja mama wiele cech dostała po swoim ojcu. Nigdy go co prawda nie poznałam, bo zginął w młodym wieku. Mama miała wtedy 11 lat. Sądzę tak przez opowiadania. Mama bardzo dużo o dziadku opowiadała, z resztą babcia też, więc widzę takie podobieństwa córki do ojca. Ale po babci mama też ma oczywiście kilka rzeczy! Na przykład obie lubią mówić. Mama wykorzystuje to w pracy na co dzień. A jak idę do babci, to po prostu nastawiam się na słuchanie.  Oj tak, obie lubią sobie porozmawiać.

Czyli Ty jesteś od słuchania.

Lubię słuchać. Ale czy ja wiem, czy bardziej jestem od słuchania. Czasami też muszę się stopować i gryźć w język.

Zmieniłabyś coś w mamie?

Jeszcze parę lat temu odpowiedziałabym bez wahania: przepraszanie.

Nigdy nie odpuściła? Zawsze musiała mieć ostatnie słowo?

Mama jest zasadnicza. Myślę, że jest to cecha, którą można dostrzec nawet przy pobieżnym zapoznaniu. Ma bardzo mocny kręgosłup moralny i hierarchię wartości nie do ruszenia. Więc jeśli te najważniejsze życiowe wartości poddawane są pod dyskusję, to w jej przypadku nie ma mowy o kompromisie. I to jest jej siła. To jest bardzo ważne, aby rodzic pełnił funkcję guru. Powinien wsłuchać się w dzieci, ale i mieć ostatnie słowo. Natomiast ja miałam dość buntowniczą naturę i czasem mnie to uciskało. Bardzo chciałam od niej usłyszeć słowa: „Przepraszam, może faktycznie miałaś trochę racji”. Dlatego świadomie postanowiłam z moimi dziećmi postępować inaczej. Ja moje dzieci przepraszam i to często… na co jakiś czas temu chłopaki zareagowały niezwykle zaskakująco.

Pewnego razu Filip coś przeskrobał, usłyszał ode mnie kilka słów, po czym wysłałam go do jego pokoju, żeby przemyślał swoje zachowanie. Chwilę później podchodzi do mnie Tomek i mówi: „Mamo, bo ja wiem, że Ty za chwilę pójdziesz przepraszać Filipa. Nie rób tego”. Bardzo się zdziwiłam i pytam Tomka, dlaczego mam tego nie robić. „Bo miałaś rację”. Zapytałam go też wtedy, co sobie myślał, jak przychodziłam go przepraszać i zdziwił mnie jeszcze bardziej, bo usłyszałam: „Że na to zasłużyłem. I że niepotrzebnie mnie przepraszasz”. Podsumowując, nawet w tej małej rzeczy, przekonałam się, że racja była po stronie mojej mamy 😊

A wspomniałaś o swoim okresie buntu…

Yhym, miałam. Taki ze spóźnionym zapłonem, można powiedzieć. Po liceum.

Oddaliłyście się wtedy trochę z mamą?

Tak, też tak było. Przenośnie i dosłownie. Mama wtedy była dużo w Stanach, ja byłam w Polsce, także dość duży dystans fizyczny i emocjonalny. To był trudny moment.

Czasami mówi się, że matka z córką zaczynają się dogadywać dopiero jak zaczną mieszkać osobno. U Was też tak było?

Może i u nas było podobnie. Nie wiem. Myśmy się zawsze lubiły, bo zanim właśnie te hormony, ten bunt, dojrzewanie, to było świetnie. A potem faktycznie może i było to dla nas dobre. Teraz mieszkamy 300 km od siebie i chciałoby się bliżej. Chociaż już się do tego przyzwyczaiłyśmy, a chłopaki dzięki miejscu zamieszkania babci doświadczają wielu rozrywek w stolicy.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 27 sierpnia.

Wciąż niezmiennie jesteśmy wdzięczne całej ekipie, która spisała się cudnie przy: fotografii – Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzurach – Beauty by Rockagirl, makijażu – Karolina Dobranowska (Glambymom).

sesja pokoleniowa z Ireną Kamińską-Radomską

„Potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami do żywego” – Irena Kamińska-Radomska, jakiej jeszcze nie znacie, w wywiadzie specjalnie dla kobietazklasa.pl

Pomysł na nietypowy wywiad z surową jurorką „Projektu Lady” dojrzewał w głowie naszej redaktor naczelnej już od dłuższego czasu, ale efekt przeszedł najśmielsze redakcyjne oczekiwania! Irena Kamińska-Radomska nie tylko opowiedziała o nieznanych dotąd momentach swojego życia, ale wzięła udział w rodzinnej, pokoleniowej sesji zdjęciowej.

Na całą rodzinę czekam w podkrakowskim hotelu, niedaleko uroczego dworku w Mogilanach. Piękny, lipcowy poranek już zapowiada upalne południe. Wszyscy jesteśmy umówieni na miejscu o godzinie 9.00. Do największego hotelowego pokoju (żebyśmy się pomieścili) tuż przez wyznaczoną godziną wpadają nie tylko panie makijażystka i fryzjerka, ale zespół fotografów i redaktor naczelna z naszymi gośćmi – ambasadorką portalu Ireną Kamińską-Radomską, jej mamą Heleną, córką Dominiką oraz dwoma wnukami, starszym Tomkiem i młodszym Filipem.

Robi się jeden wielki harmider, wszyscy rozkładają się z rzeczami, przygotowują do sesji. Irena najpierw upomina swojego najstarszego wnuka, że powinien przepuścić wszystkie kobiety w drzwiach; potem śmieje się, że nie powinna tego robić przy wszystkich, a jedynie zwrócić dyskretnie uwagę na osobności. Pani Helena siada z boku dużej kanapy, w dłoni trzymając jakąś książkę. Podchodzę się przywitać i podpytać cóż to za tytuł. Okazuje się, że „Jesteś najlepszą mamą na świecie” Isabelle Laurent. Na samym początku wydaje mi się, że w takim tonie Panie będą o sobie opowiadać, jako o najlepszych babciach, mamach, córkach. Ale okazuje się, że jednak nie. Ich rodzina to prawdziwa rodzina z krwi i kości…

Irena Kamińska-Radomska: Ostatnio odpowiadałam na pytania czytelników i było o babciach. Że babcie mimo zakazu rodziców rozpieszczają dzieci. W swoim artykule napisałam, że to dobrze! Że babcie to lubią i od tego są! Choć nie powinnam była tak napisać! Sama jestem tą gorszą babcią, bo nie rozpieszczam.

Dominika, córka Ireny, gdzieś w tle: Jaką babcia będzie mieć fryzurę!

Joanna, redaktor naczelna kobietazklasa.pl: Ale są babcie, które nie rozumieją, że dziecku słodycze naprawdę mogą szkodzić. Moja przyjaciółka ma takie małe utrapienie ze swoją mamą. Bo sama nie karmi dziecka drożdżówkami, po prostu nie dla drożdżówek i tyle, ale na co dzień córką opiekuje się babcia. I opowiadała mi ostatnio, że córka ciągnie ją do jednej z piekarni; wchodzą, a tam pani ekspedientka: “O cześć, Milenko, drożdżóweczka?” “Jaka drożdżóweczka?” “No, przecież Milenka to codziennie jest z babcią po drożdżówkę!”.

Irena: Ale to jeszcze lepiej jak się zasiada w jakiejś restauracji, a kelner podchodzi i pyta: “Tak jak ostatnio dwie seteczki?” Albo jeszcze gorzej “Dwie setki czystej tak jak zwykle”! (śmiech)

Aleksandra, zastępca redaktor naczelnej: Skoro już mówimy o podobieństwach i różnicach między babciami, to podpytam o podobieństwa i różnice między Wami w ogóle, bo przecież więzy krwi nie zawsze sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni… Jak rozmawiałam wcześniej z Dominiką to trochę wyszło, że jesteście na przykład nieco innymi matkami…

Irena: Ludzie mówią, że bardzo!

Aleksandra: Ale co bardzo? Że jesteście podobne? Ty z Dominiką?

Irena: Tak. Do tego stopnia, że mamy te same gesty. Na przykład jak idziemy ulicą i sobie gadamy, to ja tak trzymam ręce. I Dominika identycznie. Po prostu identycznie! Zawsze gubimy pilota na szkoleniach i prezentacjach, to jest genetyczne! (śmiech) Ale Dominika jest podobna do ojca. I całe szczęście!

Joanna: Ale z charakteru?

Irena: Nie, z charakteru pozbierała wszystko co najgorsze!

Aleksandra: Dominika, słyszysz? Mama mówi, że pozbierałaś z charakteru wszystkie najgorsze rodzinne cechy!

Dominika szczerze się zaśmiewa: Nieeeee! Nie uważam tak.

Irena: Yhym, od mamy i taty. Nie no, żartuję oczywiście. 

Aleksandra: To w czym się różnicie?

Irena: Jak my się różnimy pod względem charakteru?

Maja Kupidura Fotografia

Dominika: Filip, chcesz jakieś książki?

Bo babcia Helena jest czesana, Dominika się przebiera, Irena akurat w przerwie między sesjami, a chłopaki grzecznie siedzą na kanapie. Zostali już przeze mnie wcześniej wymaglowani i teraz grzecznie czekają na wspólną sesję, więc ich mama oczywiście dba, żeby najmłodszy się nie nudził przy pogawędce samych Pań;)

Irena: Ja jestem niesamowicie konsekwentna, a Dominika nie. To jest zasadnicza różnica między nami.

Aleksandra: Ona powiedziała dokładnie to samo.

Irena: Tak? No widzisz. Pamiętam nawet taką sytuację, jak Tomek był jeszcze mały. Dzieci intuicyjnie wyczuwają konsekwencję, nawet bardzo małe dzieci. Tomek miał Komunię i dostał różne prezenty. Widziałam, że nie do końca był z nich zadowolony, więc go zapytałam, czy ma jakieś marzenie, czego by tak naprawdę chciał? A lubił autka i zawsze chciał żółtą taksówkę. Ale nie byle jaką!

Poprosiłam zatem kolegę ze Stanów, Willa Richardsona, który akurat wracał tam na chwilę, żeby kupił żółtą taksówkę. Tylko że on akurat leciał do Waszyngtonu i mówił mi potem, że naprawdę szukał; nie, że zapomniał, tylko naprawdę szukał, ale w Waszyngtonie nie ma żółtych taksówek, bo one są oczywiście nowojorskie. Więc mówię do Tomka: “Tomek, pojedziemy do Nowego Jorku”. Już miałam kupione loty, hotel, wszystko i… niestety złamałam nogę. I to tak niefortunnie. Tomek przychodzi do mnie w odwiedziny z rodzinką, a tu noga na szynie. Ja załamana, że nie polecimy, a Tomek na to: “Ja wiem, babciu, że i tak polecimy!”. Było coś takiego, nie?

Tomek: Może i było. (śmiech)

Aleksandra: A przywiozłeś sobie, Tomku, tę taksówkę?

Tomek krzyczy do mnie z drugiego końca pokoju, próbując przekrzyczeć suszarkę: Tak, trzy!

Irena: Jedna jest u mnie w Warszawie. A jeszcze było tak, że jak wsiadaliśmy do taksówki na lotnisku, no to wiadomo jak to wygląda: ogonek ludzi, ale też taksówki podjeżdżają jedna za drugą. I tak stoimy… aaa, a to jest ważne, bo ja tego nie powiedziałam, że to nie miała być byle jaka taksówka, tylko właśnie Crown Victoria…

Tomek; Oczywiście, że Ford klasyczny!

Irena: No, właśnie! I tak sobie stoimy i ja liczę, ile jest osób w kolejce i czy nam wypadnie ta Crown Victoria. I się okazuje, że nie! Więc mówię do Tomka, że nie ma problemu, żeby się nie martwił, bo poproszę tego pana, który stoi przed nami, na którego wypadała ta nasza wymarzona taksówka, żeby nas przepuścił. Ale Tomek powiedział, że nie, że to głupio, więc wsiedliśmy do innego samochodu. Za to nazajutrz poprosiłam boya hotelowego, żeby nam złapał Crown Victorię. Do dziś mam zdjęcie miny Tomka jak do niej wsiadamy! Dla samej miny warto było lecieć tak daleko.

Dominika; Tak, to prawda, Ty zawsze potrafiłaś spełniać marzenia.

Irena: Oj, dzięki!

Robi się jeszcze większe zamieszanie, w międzyczasie rozmowy prababcia i wnuczka zamieniły się miejscami – teraz Dominika jest czesana, a prababci robiony jest delikatny makijaż. Gdzieś zza pleców słyszę jak Irena woła do Dominiki: “Iśka, gdzie dałaś rajstopy?”

Aleksandra: Iśka?

Dominika, zwracając się do Ireny i do mnie: Chyba jesteś ostatnią osobą, która tak do mnie mówi. Jak byłam mała i ktoś mnie pytał jak mam na imię, to zawsze tak odpowiadałam: Iśka-Dominiśka.

Irena: To dlatego, że Dominika mówiła tylko dwie ostatnie sylaby. Bardzo szybko zaczęła mówić, natomiast jak miała roczek, to wypowiadała tylko dwie ostatnie sylaby. Potem oczywiście miała już bardzo rozbudowane słownictwo.

Aleksandra: I mówisz, że mama jest ostatnią osobą, która tak do Ciebie mówi?

Irena: Ale to tylko jak jesteśmy w dobrych stosunkach!

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A kłócicie się?

Dominika: Eee, nieee…

Irena: My rozwiązujemy konflikty. (śmiech)

Joanna: W końcu dama się nie kłóci! (Nawiązanie do artykułu, który Irena napisała do nas kilka miesięcy temu)

Dominika: Ale myśląc nie tylko o mojej relacji z mamą – mamy to niesamowite szczęście, że my się rodzinnie chyba mało kłócimy. Ja się ani z mężem nie kłócę, ani z jego rodzicami. Być może dużo w tym mojej natury, po prostu nie lubię się kłócić.

Aleksandra: A chłopaki? 

Dominika: Między sobą oczywiście, że się kłócą. Ja się trochę bałam, każda matka boi się chwili, kiedy przy jedynaku pojawia się brat. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko dalej się potoczy. Ale Tomek był od początku bardzo dobrym bratem, nigdy się nie bałam, że mógłby zrobić krzywdę młodszemu dziecku. Mogłam być spokojna. A teraz to tak, jasne, że sobie dokuczają.

Irena: Nie, tak myślę sobie, że teraz się nie kłócimy. Były czasy trzaskania drzwiami aż tynki pękały; dziury w ścianach…

Aleksandra: Podpytywałam o to Dominikę, bo w jednym z wywiadów wspomniałaś chyba kiedyś, że Twoja córka miała dość intensywny okres buntu?

Irena: Nie! To ja miałam. Ale ona też miała!

Aleksandra: To też jest dziedziczne;)

Dominika: Ciekawe, jak będzie z chłopakami. Tomek będzie stoikiem, ale Filip ma mój charakter. Niestety!

Irena: Yhym! Ale ja to tak, wrzaski takie, że ho ho!

Aleksandra: Ale jak to tak, to przecież wbrew etykiecie!

Irena: Ale ja się nią zajmuję dopiero od dwudziestu lat!

Joanna: Myślę sobie, że to jest pytanie, na które ostatnio nie zareagowałaś w tym wywiadzie youtube’owym, a wszyscy właśnie w tym momencie czekali na odpowiedź na pytanie: “Jak się buntowałaś?”

Dominika: Ty chyba nie byłaś od rzucania, coś nie wydaje mi się.

Irena: Nie, ja niczym nie rzucałam. (do Dominiki) Jak Ty mnie znasz dobrze! Ja potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami tak, że do żywego…

Dominika: To takiej Cię nie pamiętam…

Irena: To bardziej mama będzie pamiętać. Bo ja się zmieniłam! Ja się generalnie bardzo, bardzo zmieniłam.

Dominika: Ja też się zmieniłam. I też bardzo. Nabyłam cierpliwości, mam teraz niesamowitą cierpliwość w porównaniu z tym, co było kiedyś. I opanowanie!

Irena: Jak kiedyś z Markiem, moim mężem, i Dominiką jako świeżo upieczonym kierowcą jechaliśmy do Krakowa, to Marek non stop upominał: “Tu przyspiesz! Tego wyprzedź!”. A Dominika na to: “Nie, pojadę tempem takim, jakim ja chcę”. 

Dominika: A piętnaście lat wcześniej bym się popłakała, jakby mi ktoś co chwilę taką uwagę wtrącał. Popłakałabym się z nerwów.

Irena: A Marek co chwilę coś wtrącał!

Dominika: Dlatego nie jeździsz samochodem.

Irena: Yhym! A Dominika na spokojnie, że nie, pojedzie swoją prędkością i super! Bardzo mi się to wtedy spodobało.

Aleksandra: Zanim mi uciekniesz na przerwę, Ireno, to jeszcze Cię dopytam, bo powiedziałaś, że potrafiłaś skrzywdzić słowami. To takie wredne jest…

Irena: Bolesne przede wszystkim! Tak, jak miałam kilkanaście lat…

Aleksandra: To byłaś trochę niedobrym dzieckiem!

Irena: Panną już. Ja jako dziecko byłam cudowna. Przecież ja wychowywałam Jasia, mojego brata. Byłam naprawdę dobrym dzieckiem. Dopiero okres dojrzewania był straszny.

Prababcia Helena: Pamiętam, jak Jasiu przychodził do Ciebie po pieniądze na kwiaty. Bo poznał wtedy dziewczynę, okazało się, że przyszłą żonę. I Irena zawsze mu je dawała.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Nie, to było tak, że ja miałam 2-go maja urodziny, a jego dziewczyna miała 13-go. I ja zawsze dostawałam coś fajnego na prezent, a on przychodził do mnie, czy może to wziąć i dać dziewczynie.

Dominika: Ale to jest właśnie to, że Ty byś swoim, ludziom, których kochasz, ostatnią koszulę oddała.

Połowa ekipy zbiera się do wyjścia na sesję. Wokół same kobiety, którym rodzicielstwo nie jest obcą sprawą, a więc toczy się rozmowa o własnych dzieciach, kładzeniu do łóżka, itd. Korzystam z okazji, że Dominika siedzi uziemiona na krześle, bo dopiero pół fryzury na głowie.

Aleksandra: A Ciebie mama też dużo przytulała?

Dominika: Pewnie! I też długo zasypiałaś ze mną, tak mi się wydaje.

Irena: Tak! Podwójnie długo, bo…

Dominika: Bo jak się przeprowadziłyśmy z bloków do większego mieszkania…

Irena: …to miałaś przynajmniej z dziesięć lat.

Dominika: Nie, z dziesięć nie, może dziewięć, ale też tam jeszcze przy mnie zasypiałaś. Zresztą Filip zaraz będzie miał dziewięć lat i co, też jeszcze dalej trochę wszystko z mamusią.

Znowu mały misz-masz, Dominika zagląda do chłopaków, Irena z Joanną uciekają na kolejną odsłonę sesji, a ja zagaduję seniorkę rodu, którą pani makijażystka właśnie kończy malować. Irena jeszcze podbiega, wołając do makijażystki: “Karolina, zobacz, czy dobrze usta zrobiłam, bo sobie troszkę poprawiłam”. Gdzieś z głębi dobiega mnie rozmowa Dominiki z chłopakami, czy by czegoś nie zjedli. “Dobry kolor, pani wybrała.” “Aaa, bo zmieszałam dwa. Ja zawsze łącze pudry, lakiery, nigdy nie mam takiego prostego ze sklepu, zawsze mam troszkę inne, bo zawsze mieszam dwa. Ciuchy też zwykle przerabiam, bo coś mi się nie podoba.” I Irena znika za rogiem.

Aleksandra: Jaka była mała Irenka?

Prababcia Helena: A więc, proszę Pani, śliczna. Naprawdę była piękna. I ta uroda jej oczywiście została. Nie lubiła, nie bawiła się lalkami. Ciągle chciała jakieś zwierzątko.

Aleksandra: To nie wiem, czy ktoś tu po babci czegoś takiego nie odziedziczył! (zerkam w stronę Filipa)

Dominika: O, to ja Wam dopowiem, bo właśnie mama mi opowiadała, że jako dziecko nie bała się żadnych pająków, że potrafiła jakieś dżdżownice wyciągać z ziemi, żadnych oporów nie miała… Jakieś dzikie koty głaskała… Z Filipem jest dokładnie to samo. Nie pozwolił mi posprzątać ostatnio w domu pajęczej sieci i dokarmiał pająka komarami i muchami.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A Irenka była grzecznym dzieckiem? Czy małym buntownikiem?

Prababcia Helena: Była grzeczna. I zawsze z tymi zwierzętami! Miała świnkę morską i myszki. Jak mąż jeszcze żył, to wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Przed jednymi z wakacji Irena jakiś czas wcześniej poprosiła kuzyna o dwie myszki. I niestety przyniósł parkę. Tak się te myszki rozmnożyły, że było ich chyba z czterdzieści. Mówię do córki, że „wiesz co, no nie zabierzemy tych wszystkich myszek na wakacje, weź je do koszyczka i zanieś do parku, może tam będą dzieci i rozdaj im”. I z ciężkim sercem, ale rozdała. Później jak była starsza miała drugą świnkę morską, która niestety zachorowała. Więc też jej powiedziałam, żeby ją wzięła do koszyczka i zaniosła do weterynarza. Weterynarz niestety okazał się bardzo brutalny i powiedział Irenie, że zwierzątko już prawie nie żyje. I ona się tak przejęła, przyszła cała zapłakana…

Co jeszcze? W przedszkolu brała udział w różnych teatrzykach, wystąpieniach; już wtedy widać było, że ona ma taki artystyczny talent. Później jak chodziła do szkoły podstawowej, to nauczycielki powiedziały mi, żeby ją koniecznie zapisać do szkoły aktorskiej. Jak miała 14 lat, to odbywał się casting do filmu “Ptaki ptakom”. Do tego filmu przesłuchano chyba z czterysta dzieci. Irena wygrała ten casting i zagrała w filmie. “Ptaki ptakom” to taka historyczna sprawa, tam była scena w parku Kościuszki. A ja Pani tak ręką wskazuję, jakbym była w Katowicach! (śmiech)

Mój mąż bardzo uczył dzieci rywalizacji. Ponieważ grał jako piłkarz w Polonii Bytom, wprowadził dzieci w świat sportu, między innymi na korty tenisowe w Bytomiu. I właśnie przywiozłam Pani jeden z pucharów Ireny. Pokazać?

Aleksandra: Oczywiście!

Przez najbliższe minuty oglądamy pamiątki przywiezione z domowego zacisza. Irena wpada się przebrać i na moment dołącza się do rozmowy:

To jest moje? Ale numer! Ale żeś się mamo przygotowała!

Prababcia Helena: No! Chciałam Cię zaskoczyć! 

Aleksandra: Faktycznie tata Was uczył rywalizacji?

Irena: Strasznie! Oboje jesteśmy waleczni z bratem i… to nie był dobry pomysł. (śmiech)

Aleksandra: Czemu? Rywalizacja z kortu przełożyła się na rywalizację w życiu?

Irena: Nieeeee, to nie tak, nic z tych rzeczy, że komu lepiej się w życiu powiodło. Tylko po sportowemu, jakieś biegi, gry. No i w ogóle zabijaliśmy się z bratem. Biliśmy się potwornie! Ale mamo, ja w tenisie byłam słaba! Beznadziejna!

Prababcia Helena: Ależ dlaczego?

Irena: Oczywiście! W ogóle nie umiałam grać. To znaczy ja ładnie grałam, ale w ogóle nie umiałam wygrywać. 

Prababcia Helena: To z jakiej racji dostałaś puchary?

Irena: Oj tam, nie wiem. Widocznie mało startujących było. (oczko w moją stronę)

Aleksandra: Co to niby znaczy, że nie umiałaś wygrywać?

Irena: Bo ja sobie grałam ot tak, komuś na rakietę, żeby pograć, nie wygrać. A to już zupełnie inna dyscyplina sportu, jak mówił mój pierwszy mąż.

Mama Ireny cały czas pokazuje mi puchary i przytacza wygrane tenisowe córki. Puchar, który dostaję do ręki wcale nie jest sprzed tak dawna. 

Irena: No tak, bo ja całe życie grałam, od jedenastego roku życia.

Prababcia Helena: Jedenaście lat… jak zginął mój mąż to Irena miała jedenaście lat. Strasznie to przeżyła, miała traumę. Szczególnie z jednego powodu. Napisała do ojca wcześniej list, bo wyjechał służbowo do Włoch. Był z zawodu inżynierem, skończył Politechnikę Gliwicką i pracował później w dziale kontroli w takich zakładach. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Też miał ciężkie życie. Jak miał cztery lata stracił ojca, później mamę. Oni mieszkali z Żytomierzu, czyli na Ukrainie. Wiadomo, jakie to były lata, jaki to był ustrój. Ale on nigdy nie przyjął tej czerwonej kartki zbrodniczej ideologii, więc musiał się wykazywać tylko swoimi talentami, żeby awansować w pracy. 

Ale wracając do Włoch… Dowiedziałam się o adres miejsca, do którego męża wysłali i Irena napisała list. Proszę sobie wyobrazić, że był źle zaadresowany. I dotarł aż do Johannesburga, czyli do Afryki, ale wrócił. Więc Irena się zorientowała, że ojciec nie zdążył przed śmiercią przeczytać jej listu. To było straszne…

A w szkole z góry na dół same piątki. Jak wyszłam za mąż, to zamieszkałam u męża, a mąż mieszkał z babcią i z ciocią. I Irena była bardzo przez nie lubiana. W ogóle w szkole była lubiana. Przez nauczycieli także, bo była grzeczna, zawsze taka dobrze ułożona. Jest takie powiedzenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To dla niej było tak samo! Nic nie było niemożliwe. Mam siostrę bliźniaczkę, która swego czasu bardzo przytyła. A Irena do niej: “Przytyłaś, to schudnij!”. Proste. (śmiech)

Aleksandra: A takie bycie twardą dziewczyną to od początku jej charakter czy trochę ją Państwo do tego przyuczali?

Prababcia Helena: Dobre pytanie! Śmierć ojca spowodowała, że Irena wiedziała, czuła, że musi się trochę sama wychować. Miała dwóch braci, zresztą nadal przecież ma, i starała się być twarda. Żeby nikt się nad nią nie rozczulał. Żeby nikt nie pomyślał, że jako dziewczynka ma do rozczulania większe prawo…

A jeszcze sobie przypomniałam, że często nauczyciele wysyłali ją na konkursy recytatorskie. Do dnia dzisiejszego mam te wszystkie wiersze, których ona musiała się nauczyć na pamięć.

Ja sobie nie raz żartuję, że jak ktoś razem z nią by się urodził w tym samym czasie, to by potrzebował dodatkowych 50 lat, żeby zrobić wszystko to, co ona zrobiła. Ma bardzo silny charakter. A dla ludzi z silnym charakterem istnieje wiele różnych pokus. Ale Irena potrafi sobie czegoś odmówić. Nie raz tak było, że “Aha, tego i tego muszę sobie odmówić, bo jutro mam to i to do zrobienia”.

Moja córka jest bardzo hojnym człowiekiem, który lubi obdarowywać ludzi. Ale lubi też otrzymywać! (śmiech) Można powiedzieć, że naprawdę jest wzorem do naśladowania. Jestem z niej bardzo dumna. Kiedyś było coś takiego jak adopcja serca i też w niej uczestniczyła. Wysyłała chłopakowi do Rwandy różne dary.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Jaka Dominika! (Irena wróciła z sesji i dostrzegła córkę w obrotach pani fryzjerki) Jak na weselu! Jezu, nie! (śmiech)

Prababcia Helena: Moja córka jest w tej chwili bardzo zajęta. Ale ona nie czyni tego tylko dla siebie. Można się przy niej czuć bezpiecznie, gdyby komuś się coś stało, gdyby ktoś zachorował, jestem pewna na 100%, że ona poruszy niebo i ziemię, żeby pomóc. Ja wiem, że ona wymaga od innych, ale najwięcej wymaga od siebie. Nie wiem, może ma to po mnie odziedziczone, bo jeśli ja mam jakiś cel, to też nie używam półśrodków.

Aleksandra: A Dominika, ma coś po Pani?

Prababcia Helena: Jest zapominalska. Po tacie. Dominika, jesteś tam? Co masz po mnie?

Dominika: W ogóle wydaje mi się, że jestem do Ciebie coraz bardziej podobna. Ale tak fizycznie. Nie mam tych Waszych kości policzkowych, ale inne rzeczy tak. 

Prababcia: No pomyśl, pomyśl jeszcze.

Dominika: Nie mam zdolności kulinarnych. (śmiech) Bo babcia ma zdecydowanie!

Prababcia: Tak mówią!

Tomek: Jasne, że babcia Helena ma! I Ty mamo też!

Tomek: Ale babcia Irena absolutnie nie.

Prababcia Helena: Nie? Ale wiesz z czego to mogło wyniknąć? Że to widocznie nie był jej talent. A miała mnóstwo innych, które rozwinęła. Bo nie marnowała czasu, nie biegała za chłopakami, chociaż miała ogromne powodzenie. A ja sobie myślałam, że dobrze, nie będę przeszkadzać, bo zawsze kochała to, co robiła. A że nie wyszło z gotowaniem… jak Dominika była mała, to jeszcze przed pracą nosiłam do nich obiady. Irena się skupiała na czym innym i może mądrze zrobiła, bo są tego efekty.

Dominika: Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, w podstawówce jeszcze, mama była w nielicznym gronie mam pracujących. I ja byłam z tego ogromnie dumna. Nie przeszkadzało mi to, że nie gotuje nam obiadów codziennie. Ja właśnie byłam dumna z tego, że mama robi karierę. Tylko to też nie było tak, że jej nie było całymi dniami, bo wtedy pracowała akurat w szkole.

Aleksandra: Jako?

Dominika: Jako nauczycielka.

Aleksandra: A czego?

Dominika: Najpierw uczyła rosyjskiego, a potem angielskiego. Jestem też dumna z tego, jak tak sobie myślę o tych Twoich pytaniach, że moja mama była taką nietypową mamą. Raz, że była jedną z młodszych mam, dwa że pracowała, że miała swoje zajęcia i od początku była taką kobietą, którą się chciało naśladować. Była bardzo wyemancypowana, była taką trochę walczącą feministką. Żadna tam pani domu. Ustawiała wszystko pod siebie. To był jej styl życia. I wiele ze mną na ten temat rozmawiała, że to nie jest tak, że kobieta jest podporządkowana mężczyźnie w domu, że ma swoje prawa. I przede wszystkim dawała tego przykład.

Myślę, że pod tym względem nie jestem akurat taka jak ona, bo ja jestem taką codzienną mamą: i ugotuję, i posprzątam… Mama zweryfikowała wiele swoich poglądów z młodości, ale wtedy była wojująca. Bardzo! Może to też wynika z tego, że mój ojciec był wychowany jednak… według takiego tradycyjnego podziału damsko-męskiego, takiego bardzo wyraźnego, że kobieta w domu ma dbać o męża i ma tylko zajmować się pielęgnowaniem ogniska domowego. Tego od niej oczekiwał, a ona… no dla niej coś takiego było nie do pomyślenia. Musiała walczyć o swoje.

Aleksandra: I chyba wyszło?

Dominika: Wyszło!

Aleksandra: Zatem mama nauczyła Cię walki o swoje?

Dominika: Myślę, że nie musiałam walczyć. Wychowywałam się już w innych czasach i żyjemy w innych czasach. Może właśnie to pokolenie mamy wywalczyło dla nas te prawa. Nadal nie jest idealnie, ale wiele rzeczy się zmieniło i stało się oczywistymi. Kwestie dotyczące kobiet, które teraz są oczywiste, dawniej wywoływały oburzenie i zdziwienie.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: Pani Heleno, a w Pani jeszcze wcześniejszych czasach? Jakieś przejawy wczesnej emancypacji czy na własnej skórze doświadczyła Pani wychowywania się i życia w starym porządku: mąż zarabia i decyduje, kobieta w kuchni gotuje?

Pani Prababcia: U mnie, proszę Pani, było tak, że kobieta… był taki właśnie dokładny podział: kobieta w domu, a mężczyzna musiał pracować i zarabiać. Ja miałam drugą matkę, mój ojciec się powtórnie ożenił jak miałam dziesięć lat. Macocha też nie miała łatwego życia, bo to były czasy wojny. Ale jak wyszła za ojca to z kolei było odwrotnie – to ona rządziła ojcem. I właściwie dobrze na tym wyszła. (śmiech)

Choć pracowała i zajmowała się domem, bo to były trudne lata 50-te, więc było ciężko materialnie. Później jeszcze troje braci się urodziło, więc ja pomagałam ich wychowywać. I raz nie zapomnę… jak macocha pracowała chyba szesnaście godzin, codziennie przez dwa tygodnie… a to ja byłam po zajmowaniu się rodzeństwem tak zmęczona, że raz zasnęłam. Obudziłam się rano. Więc ona mnie chyba jeszcze zaniosła do łóżka, jak przyszła z pracy. Albo tacie kazała. A jak już pracowałam, to przed pracą musiałam zaprowadzać brata do przedszkola. A on tak nie chciał tam zostawać. On płakał i ja też płakałam, bo na siódmą musiałam odbić kartę w pracy.

Po ojcu, a Irena po mnie, mam jeszcze jedną rzecz – troskę o innych, o tych, którym jest gorzej. W kamienicy, w której mieszkaliśmy, była kaplica. Ojciec opiekował się nią społecznie. Macocha się denerwowała, bo on czasem wynosił z piwnicy ziemniaki i rozdawał. Ona chciała ugotować, a tu nie ma ziemniaków. To były ciężkie czasy, ale takie trudne sytuacje wychowują, normują człowieka. Hartują. Ja kilka razy uciekałam z domu, bo macocha była apodyktyczna. Uciekałam do babci, która nas wychowywała przez siedem lat. 

Jeszcze po ojcu mam to, że jestem obowiązkowa. I dzieci mi mówią czasem, że byłam dobrą matką. Traktowałam dzieci bardzo poważnie, dla mnie nie istniał fryzjer, makijażystka. Do pracy szybko i z pracy szybko do domu, żeby się mogły uczyć. Choć niewiele mi pomagały, to trzeba przyznać! (śmiech) Irena mi pomagała dużo, ale chłopcy nie bardzo.

Aleksandra: A pani Heleno, co Pani uważa, bo niektórzy uważają, że kobiecie było wtedy mimo wszystko prościej. Były jasno wytyczone role, bo trzeba było siedzieć w domu i gotować, ale teraz de facto kobiety też muszą to robić… plus muszą pracować, zadbać o siebie, rozwijać się, mieć hobby, a współcześni mężczyźni to tak… no niekoniecznie poczuwają się do jakiejkolwiek pomocy czy choćby podziału obowiązków…

Pani Helena: Oj jest tak. Wtedy były rzeczywiście jasno wyznaczone role i to było, wydaje mi się, mądre. Ale dlaczego to się tak zmieniło? Dlatego, że kobiety nie pracowały poza domem. Bo rodzina była przeważnie wielodzietna i ktoś musiał się po prostu zająć dziećmi. Więc to raczej warunki życia tak dyktowały.

Aleksandra: A, pani Heleno, wtedy kobiety miały więcej klasy? Bo za wzór często stawia się kobiety międzywojnia i czasów wojny, a nawet po wojnie za komuny, pomimo tego, o czym teraz rozmawiamy, kobiety były eleganckie, ładnie ubrane. Pomimo zajmowania się domem i dziećmi były zadbane.

Pani Prababcia: Tak, to jest prawda. Moja córka ma taki charakter, że nie idzie z prądem, tylko pod prąd. A to jest trudniejsze. Czasami dostaje się po głowie za to, ale trzeba tak robić, żeby mówić ludziom, co jest słuszne. A to obnażanie się kobiet… Każdy skutek ma swoją przyczynę. Więc jeżeli dziewczyna czuje, że się jej nie szanuje, to raczej nie dzieje się to bez przyczyny. Dziewczyny nie powinny ulegać złym trendom. Kobiety zawsze były mocniejsze, ponieważ mężczyźni przede wszystkim koncentrowali się na zawodzie i pracy, a kobiety były i są wielofunkcyjne. Teraz okazuje się, że nadają się naprawdę do wszystkiego. Do trudnych, do ciężkich prac także.

Irena do Dominiki: Czemu tak masz na głowie?

Dominika: Oj, bo Ci się źle kojarzy! Ale to jest, wiesz, stylizacja.

Irena do mnie: Ja żadnych zdjęć z wesela nie widziałam, bo tak mi się ta fryzura nie podobała. 

Aleksandra: Sukienka chociaż była ładna?

Dominika: Byłam w ciąży, więc też tak… bez szału. (śmiech)

Aleksandra: Chciałaś tak w ciąży ślub?

Dominika: Tak, właśnie chciałam!

Irena: Mamuś, idź sobie coś zjeść, bo Ty głodna jesteś!

Pani Helena do mnie: Cieszę się, że możemy tak sobie porozmawiać jak w rodzinie. 

Irena: Mamuś, no idź!

Pani Helena znika z chłopakami, kierują się w stronę restauracji. Słyszę jeszcze tylko jak Irena woła do mamy: “Mamuś, jak chcesz, jesteś panem swojego losu”. Dominika przygląda się fryzurze, po czym podąża za synami.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 20 sierpnia.

Dziękujemy całej ekipie odpowiedzialnej za cudne efekty sesji – fotografie: Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzury: Beauty by Rockagirl, makijaż: Karolina Dobranowska – Glambymom.

grafika 1

O takiej historii przemocy jeszcze nie słyszałyście!

KSIĄŻKA NA PAŹDZIERNIK – Édouard Louis „Historia przemocy”


Ból jest prawdą

Czwarta nad ranem. Paryż. Tuż po wigilijnym świętowaniu. Młodzieniec zostawia rower po jednej ze stron Place de la République. Migają światła latarni. Pustawo. Wszędzie błoto, bo wokół placu trwają roboty drogowe. Dwie książki pod pachą. Nietzsche i Simon – prezenty „spod choinki”. Do odgłosu jednych par męskich butów dołączają drugie. Rzucone z uśmiechem słowa: „Hej! Nie obchodzisz Bożego Narodzenia?” już kilkanaście godzin później zamienią się na wypisane na policyjnym dokumencie: „Doniesienie o popełnieniu przestępstwa”.

Na początku sierpnia niedawno powstałe na Saskiej Kępie w Warszawie Wydawnictwo Pauza wydało czwartą książkę. Książkę, którą już na wstępie zdecydowanie rekomenduję do przeczytania. „Historia przemocy” wybiła mnie z codziennego, mechanicznego trybu myślenia o zakupach, praniu i pracy na długie dni, a wierzcie mi, nie zdarza się to zbyt często. Młoda, ale jasno już błyszcząca gwiazda współczesnej literatury francuskiej – Édouard Louis – opowiada historię, której kontrowersyjność tkwi dużo głębiej niż na pierwszy rzut oka może nam się wydawać.

Młodego Francuza zagaduje brązowooki postawny mężczyzna. Czarne brwi, gładka twarz, regularne, lecz wyraziste, męskie rysy. Kiedy się uśmiechał, w policzkach robiły mu się dołeczki, a uśmiechał się często. Proponuje, żeby wstąpili do mieszkania nowo zagadniętego chłopaka, żeby się napić i lepiej poznać. Miałem ochotę ująć jego oddech w palce i rozprowadzić go sobie po twarzy. Mimo urody i kuszącego oddechu, młodzieniec odmawia. Postanawia wrócić do domu i położyć się spać. Tak też się dzieje, nie zasypia jednak sam. W zasadzie tej nocy niemal w ogóle już nie zasypia, ponieważ miłosne zbliżenia wynikające z zafascynowania i pożądania drugiego człowieka, przeradzają się w brutalny gwałt i próbę zabójstwa.

I tak naprawdę tyle o wydarzeniu, na którym budowana jest cała książka. Kilka zdań prostego opisu. Nie jest to bowiem historia o samym gwałcie. Wbrew pozorom to nie on jest momentem kluczowym. „Historia przemocy” to przejmująca autobiograficzna historia o tym, co potem, co po akcie przemocy, kiedy człowiek zaczyna myśleć, analizować, odtwarzać i przede wszystkim zaczyna próbować opowiedzieć. Jest to historia o tym,  jak poradzić sobie z doświadczeniem przemocy, które rozciąga się w nieskończoność, na całe życie.

Musisz płakać, inaczej nikt ci nie uwierzy

Jedną z najbardziej charakterystycznych, ale i mimo wszystko przejmujących w swej powtarzalności u ofiar gwałtu scen, jest moment niemal zaraz po całym zajściu. Silne odczuwanie obecności sprawcy przemocy – mężczyzny, z którym chwilę wcześniej doświadczyło się miłosnych, zdecydowanie dobrowolnych uniesień – w niemal każdy możliwy sposób: na sobie, ubraniach, pościeli, powietrzu: Posłałem łóżko, bo wydawało mi się wciąż jeszcze przesiąknięte zapachem Redy, zapaliłem więc świece, zapaliłem kadzidełka. To nie wystarczyło, wobec tego skropiłem pościel dezodorantami, wodami toaletowymi i kolońskimi, które dostałem na urodziny, namydliłem poszwy na poduszki, choć dopiero co je uprałem. Wyszorowałem mydłem drewniane krzesła, przetarłem wilgotną gąbką książki, których dotykał, wytarłem chusteczkami higienicznymi klamki w drzwiach, starannie, jedną po drugiej(…). Jak można się łatwo domyślić – nie pomogło. Tak samo jak wyszorowanie swojego-„nieswojego” ciała, opowiedzenie o wszystkim przyjaciołom, pójście na komisariat, by złożyć zeznania, jak i powrót-ucieczka do rodzinnego domu na północy Francji.

źródło: http://news.mit.edu

Myśli, nie tylko o tym, co się wydarzyło, ale co to wydarzenie spowodowało, nie dają się przez kolejne miesiące wyrzucić z głowy. Myśli, że nienawidzi się ludzi, że nie może się patrzeć na ich uśmiech i szczęście, że potencjalnie każdy może stać się niebezpieczny, nawet najbliższe osoby.

„Historia przemocy” jest dla mnie opowieścią o tym, że w najtrudniejszych momentach zawsze zostajemy sami. Choć Édouarda wspierają najbliżsi przyjaciele, choć jadą z nim na komisariat, choć jeden z nich użycza mu azylu w postaci własnego mieszkania, z własnym doświadczeniem, z własnymi myślami, których nie da się nawet najbliższym dokładnie opisać, z konsekwencjami przemocy na końcu zostaje sam. Sam w newralgicznym  momencie, kiedy walka o spokój, normalne życie, przepracowanie traumy dopiero się zaczyna. Nie dość, że główny bohater musi zmierzyć się z fizycznym bólem i psychicznym rozbiciem, czeka go jeszcze bardziej prozaiczne sprawy – złożenie zeznań i badanie w szpitalu. Upokarzające i coraz to bardziej uświadamiające, chłodne, nieempatycznie zadawane pytania: „Co,  kiedy i jak?”. „I dlaczego?”.  To pytanie zdaje się wisieć nad tą fabułą niczym burzowa chmura. Jest to bowiem także smutna opowieść o konsekwencjach. Konsekwencjach, których nie chcemy być świadomi bądź których nie chcemy przewidywać. „Dlaczego pan zaczął z nim rozmawiać? Dlaczego dobrowolnie wpuścił go pan do mieszkania? Czy znał go pan wcześniej? Czy pił pan alkohol? Dlaczego wracał pan tak późno do mieszkania?”.

Typ maghrebski

Historię tę odbierzemy, ocenimy i opowiemy każdy na swój sposób, w zależności od wychowania i poglądów, własnych doświadczeń i opinii. Niektórzy bowiem stwierdzą, że to było do przewidzenia, że zapraszanie po nocy nieznajomego do własnego domu jest zupełnie nieodpowiedzialne i Édouard sam jest sobie winien. Tym bardziej, dodadzą niektórzy, dokładnie w ten sam sposób, co przesłuchujący głównego bohatera policjanci, że zaczepił go „typ maghrebski”. „Kompulsywny rasizm” odpowiada na to Louis, gdyż dla policjantów określenie to nie wskazywało na pochodzenie geograficzne, tylko oznaczało menela, łobuza, kryminalistę. Którym jego piękny kochanek mimo wszystko nie był. „Czyżby?”

Louis wyraźnie konfrontuje się w tej książce z obecnymi problemami Francji na różnym poziomie. Zabiera głos w sprawie toczącej się dyskusji na temat homoseksualizmu, emigracji i postkolonialnego społeczeństwa Francji, paryskiego centrum i odległych peryferii, uwierającego dylematu między wolnością wyboru jednostki a poszanowaniem opinii większości. Stara się zrobić wiwisekcję przemocy; wykazać, że nie bierze się ona znikąd i że w dużej mierze wynika z mocno iskrzących napięć społecznych, ale i także, a może przede wszystkim, z konfliktów rodzinnych, z braku akceptacji, zainteresowania, zrozumienia. Główny bohater w moim przekonaniu zbyt mocno usprawiedliwia jednak to, co się wydarzyło i wydarza – zarówno w tej konkretnej historii, jak i w całej obecnej Francji. Czy jest to wynik syndromu ofiary czy obrony wyznawanych przez siebie wartości – o tym musicie już zadecydować same po zakończeniu lektury.

Lektury, która – uprzedzam lojalnie z góry – jest trudna. Nie tylko ze względu na fabułę, ale i język, jakim „Historia przemocy” jest napisana.

Szaleństwo kompulsywnego mówienia

Jest to jedna z bardziej wyrazistych w formie powieści, jaką ostatnio czytałam. Autor zdecydował się na postmodernistyczną narrację rozbijającą główne struktury. O tym, co się wydarzyło nad ranem w Boże Narodzenie 2012 roku, dowiadujemy się nie tylko od samego Louis’ego, ale przede wszystkim od jego siostry, która historię brata opowiada swojemu mężowi. Chaotyczne relacjonowanie, w którym teraźniejszość i przeszłość wciąż się przeplatają, paradoksalnie oddaje głos nie ofierze, lecz jego otoczeniu. Osobista historia przestaje należeć do jej właściciela i zaczyna żyć własnym życiem. Ta książka to zmaganie się z niemożnością mówienia, potem jego koniecznością, potrzebą opowiadania o przemocy, lecz w taki sposób, by być w oczach innych wiarygodnym.

Jeśli chciałbyś o sobie albo o swoim życiu powiedzieć trochę więcej, możesz sobie czekać, a i tak nikt cię nie zapyta. W tych sprawach nie ma żadnej różnicy, bo życie jest życiu równe, a więc twoje skromne życie interesuje ludzkość nie bardziej niż każde inne, nie ma się co łudzić. Ludziom bez przerwy się wydaje, że ich życie jest bardziej pasjonujące od życia innych.

źródło: http://ksiegarka.com.pl

Zatem, drogie Panie! Jesień nadchodzi małymi kroczkami, proponuję nabyć „Historię przemocy” i spędzić z nią i lampką wina dłuuugi wieczór pod kołdrą.

Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie, choć zdecydowanie nie każdej w Was przypadnie ona do gustu. Lecz także o to w czytaniu chodzi, nie możemy wybierać tylko słodkich, trafiających w nasz gust historii, które oprócz chwili przyjemnego czytania, nic więcej po sobie nie pozostawiają.

Aleksandra Kałafut

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Historia przemocy” Édouard Louis (Wydawnictwo Pauza, przekład: Joanna Polachowska, data wydania: 8.08.2018, liczba stron: 192)

sen_main

Bolesna pobudka z amerykańskiego snu

Książka wydana w Polsce rok temu reklamowana jako “bestseller New York Timesa”, “uznana za najważniejszy amerykański debiut 2017 roku”, opisywana w skrócie jako zatrważająca historia czternastolatki bitej i gwałconej przez ojca, na pewno nie jest dla mnie powieścią “o ocaleniu”, jak głosi blurb na okładce. Jak słusznie zauważa Sylwia Chutnik, polska pisarka, feministka i działaczka społeczna, nie jest też jedną z historii o przemocy wobec kobiety, których już w publicznym dyskursie na pęczki, a które kwituje się tylko smutnym pokręceniem głową i niczym więcej. W tej opowieści przerażająco fascynujące jest to, co zdecydowanie nie powinno takim być – fragmenty opisujące przemoc i fizyczne zbliżenia, postać ojca oraz nie to, że Turtle za każdym razem upada, ale że za każdym razem się podnosi i daje to sobie zrobić od nowa, coraz bardziej i gorzej, raz za razem, i jeszcze.

Ty i ja, kruszynko. Co ty na to?

Wychowywana bez matki, całkowicie odizolowana przez ojca od otoczenia, co prawda chodząca do szkoły, ale jak widać zasadniczo po nic, bo ludzie za to odpowiedzialni ani nie pomagają jej tam w problemach z abstrakcyjnym myśleniem, nie interweniują, dostrzegając, że coś z Turtle i jej życiem nie jest w porządku, nie uczą takiego rozumienia świata, by dziewczyna zawczasu uświadomiła sobie, jak bardzo patologiczne relacje łączą ją z ojcem. Nie ma przyjaciół, znajomych, z trudem przychodzi jej pisanie, nie ma za to problemów z wyczyszczeniem, naładowaniem i celnym strzelaniem z różnorakiej broni, przemierzaniem dziesiątek kilometrów bez butów, nurkowaniem w chyba wszystkich możliwych zbiornikach wodnych w obrębie pięćdziesięciu kilometrów od jej domu, rozpoznawaniem miliona roślin i małych żyjątek oraz jedzeniem codziennie na śniadanie surowego jajka prosto ze skorupki. Mieszka w starym domu, całym w płatach odłażącej białej farby, z niedokończoną werandą, dziurami zamiast klamek i oplatającymi niemal wszystko na zewnątrz i wewnątrz jeżynami, mchem, dziką różą i bluszczem oraz dwuletnią czarną wdową za wanną.

I ojcem. Martinem, który, gdy miała sześć lat polecił jej założyć kapok, by tłumił uderzenia kolby, uprzedził, że ma nie dotykać gorących łusek, i kazał strzelać z powtarzalnego rugera kaliber 22. Sam siedział obok na krześle i czytał “Badania dotyczące zasad moralności” Hume’a. Dowiadujemy się o tym zaraz na początku historii i wtedy cała sytuacja wydać nam się może tylko nieco osobliwa. Jak i ta, kiedy Turtle raz zostawiła nieposkładany koc, a ojciec zabrał go na podwórze i spalił, mówiąc: Tylko zwierzęta nie dbają o dom, kruszynko, tylko zwierzęta nie dbają o swój jebany dom. Lecz kiedy jesteśmy już po coraz trudniejszych fragmentach tej książki, opisujących między innymi jak Martin kładzie dłonie na łagodnych rogach jej kości biodrowych, na jej brzuchu, na twarzy, albo jak Turtle musi podciągać się na belce przy suficie, podczas gdy trzymany przez jej ojca nóż wgryza jej się w dżins spodni, sam fakt czytania przez niego książki, która traktuje o moralności, zakrawa na gorzką ironię.

Tnij, kruszynko, ona nic nie czuje

A być może nie. Być może autor właśnie celowo konfrontuje w “Mojej najdroższej” świat natury i wytworzony przez człowieka świat filozoficznych konstrukcji; czy w ogóle jakichkolwiek sztucznie wytwarzanych przez człowieka struktur, w tym przede wszystkim tych językowych, kulturowych i społecznych. Nie umiejąca czytać i mająca problemy z abstrakcyjnym myśleniem (a już zdecydowanie ze słowem synekdocha) Turtle, bez problemu radzi sobie w lesie, kiedy przychodzi jej spędzić noc w strugach zimnego deszczu czy kiedy sponiewierana przez fale oceanu musi wymyślić, jak z malutkiej wyspy wrócić do domu. Zna mnóstwo właściwości i smaków roślin, zachowań zwierząt i pogody. W przeciwieństwie do dwóch palących jointa licealistów, którzy wybrali się pewnego pięknego dnia na “przygodę”. Młodzi intelektualiści popisali się nienajgorszą znajomością literatury w momencie, kiedy napotkawszy na chatę na polanie przeprowadzili między sobą uroczy dialog:

-Ej, a co, jakbyś tam wszedł, a w środku nie ma nikogo, tylko jedno zdeformowane dziecko, taki mały albinos, co siedzi w bujanym fotelu i trzyma w ręku bandżo?

Jakob odpowiada:

-I co się dzieje? Więzi nas i każe czytać na głos Finneganów tren swojej uprawie pejotlowych grzybków?

-Dlaczego akurat Finneganów tren? – pyta Jacob. Dlaczego nie Ulissesa? Albo właściwie czemu nie Odyseję albo, czy ja wiem, Braci Karamazow?

-Dlatego, ziomek, że jak będziesz czytał te przejebane ruskie bzdety grzybkom, to będą dawać złe psychojazdy.

Pochwalili się też beznadziejną znajomością terenu i poczucia kierunku. Od całkowitego zagubienia i niebezpiecznego przemarznięcia uratowała ich Turtle, praktycznie w ogóle niczego z ich rozmów nie rozumiejąc, a która nazwana została przez młodzieńców ninją o nadludzkich mocach, której mistrz zen był prastarym powolnym gadem, na którego skorupie spoczywa wszechświat i wszystko, co znane i nieznane, wyobrażalne i niewyobrażalne. I takie podśmiechiwanie się z inteligenckiego podejścia do życia jeszcze w tym momencie bawi.  Późniejsze słowa Martina, psychicznego mizogina (któremu nie można jednak odmówić pewnej dozy inteligencji i oczytania), kiedy tłumaczy Turtle, że niektórzy filozofowie uważają, że odpowiedzią na solipsyzm jest cierpienie, już zdecydowanie nie są takie zabawne. A zestawienie jego myślenia polegającego na tym, iż nie mamy żadnych dowodów, że inni ludzie są świadomi i żywi tak jak my; że wiemy to tylko o samych sobie, bo bezpośrednio poznajemy własne myśli, emocje, to nieopisywalne poczucie, że żyjemy, ale nie potrafimy doświadczać świadomości innych (…) i dopiero ujrzenie osoby cierpiącej, naprawdę unaocznia nieprzekraczalną przepaść, która dzieli twój umysł od wszystkich innych, obcych osobowości, z opisaną ze szczegółami dziesięć stron później sceną piłowania bez znieczulenia kości palca małej dziewczynki i zszywania rany w trakcie takiego dialogu, wręcz mrozi krew w żyłach:

-Przecież nic nie czujesz – mówi Martin.

-Czuję – odpowiada Cayenne. – Właśnie, że czuję.

-Ona nic nie czuje – mówi Martin. (…) Nic nie czujesz.

W rzeczywistości mają to gdzieś, kruszynko

“Moja najdroższa” nie jest tylko skomplikowaną historią o wzajemnym patologicznym uzależnieniu i krzywdzeniu się ojca i córki. Nie jest historią, która poddaje się łatwemu osądowi. Zbyt wiele w niej niewiadomych i niedopowiedzeń, zbyt wiele możliwości interpretacji i domysłów. Problem nie tkwi bowiem tylko w Martinie. Nie wiemy do końca jak wyglądała jego przeszłość. Znamy jej strzępki i to tylko z jego perspektywy. Tallent zdaje się sugerować, że genezy patologiczności całej rodziny upatrywać można w udziale ojca Martina w wojnie w Wietnamie, z której wrócił zwichrowany psychicznie i zaczął pić. Wiemy, że Martin czuł się niekochany, wręcz znienawidzony przez ojca. Nie wiemy za to, co do końca stało się z matką Turtle, czy popełniła samobójstwo; jeśli tak, to dlaczego? A może odeszła? Czy też była krzywdzona przez męża? Martina, który nie ma wątpliwości także jest skrzywdzonym człowiekiem, postacią równie interesującą i cierpiącą jak Turtle, co jednak w nawet najmniejszym stopniu w niczym go nie usprawiedliwia.

Nikt nie jest w tej książce usprawiedliwiony. Nikt zresztą nie może. Ta książka to jedna wielka krytyka społeczeństwa amerykańskiego. Głośno wojujący na ulicach ogromnych miast o równość, wolność i przeciwko przemocy Amerykanie, gdy przychodzi moment próby, chowają się po swoich domach, nie chcąc ingerować w życie innych. Nawet jeżeli doskonale dostrzegają niepokojące symptomy. Turtle nie pomaga absolutnie nikt. Jedyną próbę, która kończy się zresztą tragicznie, podejmuje dziadek-alkoholik. Zawodzi natomiast szkoła jako instytucja, nauczyciele jako wychowawcy, starzy znajomi, rodzice innych dzieci. Martin doskonale zdaje sobie z tego sprawę, wykorzystując to do cna: Te dupki gadają, że przejmują się innymi, ale to jest kłamstwo społeczne i jeśli człowiek dobrze się zastanowi, widzi, że jest zdany tylko na siebie. Społeczeństwo nigdy ci nie pomoże. Ten dyrektor, ta twoja nauczycielka – oni będą się tobą przejmować tylko na tyle, na ile wymaga tego ich praca. W rzeczywistości mają to gdzieś. Jesteś dla nich niewidzialna. Jako jednostka z własnymi myślami, trudami i umysłem jesteś zdana na siebie. Niewidzialna.

Najbardziej przejmującymi i przerażającymi fragmentami tej książki nie są momenty, kiedy Martin bije Turtle na odlew, kiedy ta przestrzela palca małej dziewczynce czy kiedy po ostrym stosunku podejrzewa ciążę, a my po raz kolejny krzyczymy w głowie: “Dlaczego to robisz?! Odejdź! Uciekaj! Uciekaj, a nie tkwij w tej chorej sytuacji!”. Najgorsze jest to, że kiedy Turtle w końcu zdecyduje się zrobić życiowy krok do przodu i wprost mówi koledze Martina, koledze, który ma stopień z filozofii z jakiegoś college’u na północy (!), o tym, że przywieziona przez jej ojca do ich domu mała dziewczynka nie jest tam z własnej woli i dzieje jej się krzywda, ten odpowiada:

-ECH, DAJ SPOKÓJ, JULIO. TO NAPRAWDĘ NIE MÓJ INTERES. PEWNIE SIĘ NIĄ OPIEKUJE, BO JEJ RODZICE TO NARKOMANI CZY CHUJ WIE CO. TO DOBRY FACET. TROCHĘ MA TAM NIERÓWNO, FAKT, ALE JEST W PORZĄDKU. A POZA TYM, KOCHANA, TO NIE MÓJ INTERES, ROZUMIESZ? NO I KOMU MIAŁBYM POWIEDZIEĆ? OPIECE SPOŁECZNEJ? DAJ SPOKÓJ. TUTAJ JEST JEJ LEPIEJ. ZNAM MARTINA. TO DZIWNY GOŚĆ, ALE NIKOGO NIE SKRZYWDZIŁ. WYROSŁAŚ NA PORZĄDNĄ OSOBĘ, PRAWDA? STAŁAŚ SIĘ SILNĄ, MŁODĄ KOBIETĄ.

Owszem, Turtle stała się silną, młodą kobietą. Kobietą po kilku operacjach, która do końca życia będzie odczuwała nieznośny ból po złamanych żebrach, zgruchotanej krtani, przebitej opłucnej i otarciu kulą lewej kości policzkowej. Kobietą, która już do końca życia będzie miała spermę i krew swojego ojca na rękach. Której nikt nie pomógł w ocaleniu. Która przetrwała tylko dzięki sobie.

Wzdryga Was, kiedy czytacie te słowa. I dobrze. Przygotujcie się na znacznie gorsze reakcje podczas lektury tej książki. Ale weźcie ją do ręki. Otworzycie oczy na otaczającą nas rzeczywistość nieco szerzej…

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Moja najdroższa” Gabriela Tallenta (Wydawnictwo Agora, przekład Dariusz Żukowski, data wydania: 18 kwietnia 2018, liczba stron: 392)

królowe balu

To życie pachnie jak szlugi i kalafiory

Nie przepadam za polską literaturą najnowszą. Albo jest o niczym, albo bawi się formą, a… raczej nie za dobrze jej to wychodzi. Ale wśród wydawniczego chłamu zajaśnieje czasem jakaś perełka. Tym razem to lukrowana, „odważna i ekstrawagancka powieść” Malwiny Pająk.

Królowe balu

Nie zdradzę Wam za wiele, bo przeczytacie to już na okładce książki, gdy napiszę, że powieść skonstruowana jest z wycinka życia dwóch kobiet: 25-letniej Julki i 36-letniej Anki. Niby każda prowadzi dwa zupełnie odmienne tryby życia, niby bohaterki funkcjonują w totalnie odmiennych światach, ale przez dość długi czas, bo około pierwszych trzydziestu stron myślałam, że bohaterka jest tylko jedna. I nie jest to wina mojego nierozgarnięcia, cała narracja toczy się bowiem w pierwszej osobie i… pomimo że bohaterki te są tak różne, w swojej samotności, rozczarowaniu i nieufności do każdego elementu otaczającego ich świata stają się jedną osobą – współczesną polską kobietą, której żadna porcja lukru nie osłodzi gorzkiego smaku ich życia.

Dużym plusem konstrukcji „Lukru” jest to, że bohaterki są wiarygodne, są postaciami z krwi i kości. Też miałam co prawda problem z początkiem i tym, że Julka, dziewczyna pracująca w gastro z wyższej półki, mająca za sobą trudne dzieciństwo i transseksualną przyjaciółkę, z którą czasem sypia, sprzedaje kokainę jakby rozwoziła po Warszawie ziemniaki (uważam, że porównanie jest idealne, dlatego zapożyczam z jednej z podobnych recenzji o tej książce). Ale… może się nie znam. Może jakby zaczepił mnie na imprezie dziwny typ i zaproponował sprzedanie jakiejś ogromnej ilość narkotyku za 30% od utargu, też bym tak po tej Warszawie ganiała. I to bez szemrania.

Tak jak bez szemrania (do pewnego granicznego momentu) funkcjonuje typowa, acz ceniona korpobicz zamieszkująca luksusowe mieszkanie, które na zmianę spłaca z wysportowanym mężem. Szkoda tylko, że mieszkają razem-a-osobno, że sypiają razem-a-osobno, rozmawiają… w ogóle nie rozmawiają, a uroczą, piękną i młodą koleżankę męża Anka poznaje dopiero przypadkowo na mocno zakrapianej tequilą imprezie u koleżanki z byłej pracy. Koleżanka właśnie wróciła z Hiszpanii:

Stara było zajebiście, słońce, plaża, seks na plaży, drinki z palemką, koktajle z krewetkami za dwa euro… Ale z dzieckiem wszystko wygląda inaczej. Przyda się pomoc dziadków, poza tym Jacek chce wrócić do zawodu, a tam nie ma na to szans (…) Polska jest smutna jak pizda zakonnicy, ale cóż, dziecko wywraca piramidę potrzeb do góry nogami. Z tym małym gnojkiem nic nigdy już nie będzie takie samo.

Niemiłość

Mówi się, że powieść Pająk to nowe ujęcie kobiecości. Nie wiem, czy nowe, ale na pewno mi, i wydaje mi się, że większości z nas, bliskie. Jej bohaterki to inteligentne, silne, krytyczne wobec siebie i innych kobiety, które równocześnie wiedzą i nie wiedzą czego chcą. Którymi targają sprzeczne emocje ujarzmiane przez racjonalność, kiedy trzeba wstać do pracy, ogarnąć siebie i kaca, zarobić na życie i marzenia, których realizacja odkładana jest wiecznie na później. Pełno tu przelewających się pieniędzy „warszawki” – drinki za trzygodzinną stawkę barmana, który je podaje, narożnik do salonu za 7 tysięcy, Louis Vuitton na stopach, squash wieczorem, wakacje na końcu świata… Ale i senne koszmary, pot, łzy, podpuchnięte oczy i kac gigant. Anka doskonale zna cenę swojego życia na kredyt, a raczej właśnie jest w trakcie jego wyceny.

Ma 36 lat, mąż żąda separacji, bo chcę przez chwilę pożyć, jakby ciebie nigdy nie było. Poświęciła wszystko pracy, która, owszem, sprawiała jej dużo satysfakcji, ale bez niej pozostała w pustym mieszkaniu, którego nie cierpi i zbyt dużą ilością czasu na to, by rozejrzeć się wokół siebie. A wtedy dostrzega coś, z czym na co dzień musi zmierzać się Julka.

Każda z nich pomimo uporu, wyszczekania, (pozornej?) pewności siebie, pomimo tego, że znają reguły tego bezwzględnego świata, pogrąża się w samotności. Samotności, która jest domeną, znakiem, symbolem naszego czasu. I z którą nie można nic zrobić, bo każda podejmowana przez bohaterki próba, kończy się jeszcze większym rozczarowaniem, jeszcze większą ilością alkoholu i koksu, jeszcze większą ilością goryczy i samotności. I założę się, że choć każda z nas, śledząc po raz kolejny wchodzenie Julki do warszawskiej willi jej chłopaka, myśli sobie: „Dziewczyno, ewidentnie jest coś nie tak, po pierwsze halo, dostarczałaś mu koks, po drugie takie historie à la Kopciuszek tylko u Walta Disneya i reszty podróbek!”, nie powie na głos słowa krytyki, bo nie oszukujmy się – nie obce nam są ani motywacja, ani zachowanie Julki.

Podobno mężczyznom źle czyta się tę książkę. Że za dużo ciągłego rozkminiania życia, że misz-masz myślenia o przeszłości i przyszłości przy jednoczesnym ogarnianiu dnia obecnego, że sprzeczne emocje zatapiane w alkoholu… No tak jakby – witamy w kobiecym świecie. Poza tym to właśnie w tej książce jest dobre – autorka stawia oczywiste tezy i czasami ocierające się o banał wnioski, ale rozłożenie akcentów, dzielenie włosa na czworo, krytyczne pokazanie chyba wszystkich środowisk, począwszy od korpoświata, przez środowiska LGBTIQ, o których tak głośno dzisiaj, przez patologię małych miast i miasteczek, ale także wyrafinowaną przemoc i wyuzdanie stolicy, powoduje, że od tej książki bije odświeżającym, wielokolorowym pesymizmem:

Od małego miałam jasno wytyczone zadania: dobrze się uczyć, zachowywać skromnie, nie pyskować. (…) Dopiero teraz zaczynam rozumieć… Niby niezależna, ale tak naprawdę spolegliwa. Niby inteligentna i wykształcona, ale godząca się w milczeniu na scenariusze rozpisane przez innych ludzi. Posłuszna córka, uległa żona, perfekcyjna biurwa. Perfekcyjna kurwa. Sprzedałaś się, Anka.

My

Choć autorka wyraźnie sympatyzuje z lewicowym podejściem do życia i społeczeństwa, nie mam z tym żadnego problemu, bo robi to bardzo inteligentnie, by nie powiedzieć mądrze. „Lukier” jest nie tylko o tym, co dzieje się obecnie na naszym polskim podwórku, a co opisanie jest warsztatowo bardzo dobrze. Tę książkę czyta się bowiem lekko (tym razem to zaleta), barwne opisy od samego początku wciągają czytelnika, a granice pomiędzy mentalnymi światkami zarysowane są grubą kreską. Pająk odwala jednak w swojej książce dobrą robotę za pomocą gumki w ołówku, którą te granice zaczyna rozmazywać i zacierać. „Lukier” stara się bowiem przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie o to jak jesteśmy samotni i pozostawia nas bez odpowiedzi na pytanie o to dlaczego. I podoba mi się sposób, w jaki autorka to robi. Nie ma u niej niby tak oczywiście modnego, a fałszywego dzisiaj podziału na prawicowość i lewicowość. Jak słusznie zauważyła Zofia Ulańska w swojej recenzji w Popmodernie, jest znacznie bardziej banalny, ale według mnie prawdziwszy podział na starych i młodych, biednych i bogatych, obsługiwanych i obsługujących, tych, którzy mieli mniej i tych, którzy mieli więcej szczęścia w dzieciństwie, tych, którzy radzą sobie w życiu lepiej i tych, którzy nie dają sobie rady z niczym.

Kolorowa, lecz smutna to diagnoza. I choć w „Lukrze” znajdziemy czasem jakieś nierozbite do końca grudki cukru (choćby zakończenie zdecydowanie zawodzi) warto po niego sięgnąć, by samemu zadecydować, na czym nam na co dzień bardziej zależy – na lukrze czy nadzieniu.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Lukier” Malwiny Pająk (Wydawnictwo Znak Litera Nova, data wydania: 13 luty 2019, liczba stron: 364)

Yayoi Kusama

Najbardziej wpływowe artystki naszych czasów, o których zapewne nie masz pojęcia

Wszelkiego rodzaju rankingi mają to do siebie, że oczywiście tworzone są w sposób wybiórczy i subiektywny. Licytowanie się, która z Pań jest większą muzyczną artystką – Madonna czy Beyonce – nie ma chyba zbyt wielkiego sensu. Tym bardziej, że znaleźliby się i tacy, którzy w ogóle zanegowaliby wartość artystyczną działalności obu piosenkarek.

Dlatego prezentujemy zupełnie inne zestawienie artystek zajmujących się fotografią, malarstwem, modą, ilustrowaniem, performance’ami. Znalazły się w naszym zestawieniu ze względu na ogromne uznanie, jakie wzbudziły na świecie, ich prace wystawiane są w najbardziej prestiżowych muzeach, galeriach i butikach, i niejednokrotnie kosztują krocie. Kobiety te obracają się w gronie najbardziej wpływowych i sławnych ludzi na świecie, a w Polsce nie są powszechnie znane, choć zdecydowanie warto poznać i kojarzyć ich nazwiska.

Annie Leibovitz – fotografia

Pochodzi z amerykańskiej rodziny o żydowskich korzeniach. Mając 21 lat została głównym fotografem rockowego pisma „Rolling Stone”. Jej kariera z niesłabnącą mocą nabierała rozpędu; od lat 80-tych jej zdjęcia pojawiają się w „New York Timesie”, „Newsweeku”, tygodnikach „Time”, „Paris Match” oraz „London Independent Magazine”. Sławą przewyższa nawet niektórych z pozujących jej ludzi kultury i biznesu, a jest autorką między innymi serii „The Hollywood Portfolio”, w którym znajdziecie dziesięciu hollywoodzkich aktorów pozujących ze swoimi reżyserami. W 2009 roku wykonała oficjalny portret rodziny prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jedną z ostatnich najgłośniejszych sesji Leibovitz była ta przygotowana dla Vogue’a, podczas której sfotografowała Justina Bibera z jego żoną Hailey.

Vivienne Westwood – moda

Choć jej image kłóci się nieco z powszechnym wyobrażeniem damy, angielska projektantka mody za swoje zasługi otrzymała w 2006 roku tytuł szlachecki. Co więcej sama królowa Elżbieta II podczas oficjalnej ceremonii w pałacu Buckingham uhonorowała ją Orderem Imperium Brytyjskiego, który przyznawany jest obywatelom brytyjskim za rozsławienie Wielkiej Brytanii na całym świecie. Obecnie projektantka posiada ponad 60 sklepów na całym świecie, choć zaczynała jako pracownica fabryki. W wieku 30 lat mieszkała z rodzicami, wychowywała syna, była nauczycielką, która w wolnych chwilach tworzyła biżuterię sprzedawaną na jarmarku Portobello Road. Wraz ze swoim drugim mężem zrewolucjonizowała modę, w ich pierwszym butiku narodził się modowy punk.

Kathryn Bigelow – film

Jedna z pięciu kobiet kiedykolwiek nominowanych do Oskara w kategorii najlepsza reżyseria, jedyna, która tę nagrodę otrzymała. Urodziła się w Kalifornii, gdzie przez dwa lata studiowała malarstwo w San Francisco Art Institute. Potem wygrała stypendium umożliwiające jej kolejne studia na Columbia University School of Arts, które zakończyła dyplomem w 1979 roku z filmoznawstwa. W 1991 roku wyreżyserowała kultowy już film „Na fali” (ang. „Point Break”), w którym główną rolę gra Keanu Reeves, jednak kolejne filmy były raczej niewypałami. Filmem, który przyniósł jej nominację i samego Oskara był „The Hurt Locker. W pułapce wojny” opowiadający o wojnie w Iraku. Wymieniana w gronie najbardziej wpływowych hollywoodzkich reżyserów obok Tarantino i Nolana.

źródło: elpais.com

Carolina Herrera – moda

W 1970 i 1980 roku najlepiej ubrana kobieta świata. Muza wielu innych artystów, między innymi Andy’ego Warhola, który w 1979 roku namalował jej słynny portret w czerwonych kolczykach. W 1988 roku Dom Mody Herrrera wypuścił pierwszą linię perfum, które obecnie zaliczane są do pierwszej dziesiątki najbardziej ekskluzywnych, a jednocześnie najbardziej popularnych zapachów na świecie. W kreacjach Herrery wystąpiły takie sławy jak Jackie Kennedy, Adriana Lima czy Renee Zelwegeer. Herrera urodziła się z zubożałej wenezuelskiej rodzinie arystokratycznej, której korzenie znane są aż do XV wieku. Ta podawana w życiorysach Herrery fraza „zubożała rodzina” nie do końca jest chyba kojarzona tak jak u nas, bowiem babcia przyszłej projektantki ubierała ją w Diora i Lanvin. Często zabierała też wnuczkę na pokazy mody. Tradycja ta zrodziła małą legendę jakoby Carolina postanowiła zająć się modą w trakcie pokazu hiszpańskiego projektanta – Cristobala Balenciagi.

c.d.n

księżyc

Księżycowa Pani

W wielojęzycznym światku, w którym nie brakło nawet liberyzujących rosjan jak Orłow, Pahlen i – Berg, późniejszy satrapa Warszawy, lombardzka para, le cher menage Confalonieri, zajęła niebawem miejsce uprzywilejowane. I dla nich: “amabile societa polonese”, miła polska kompania, bliższa była w pojęciach, formach towarzyskich, kulturze umysłowej od rodaków Południowców. Byli z pod jednego zaboru, Polska i Włochy podobne miały losy i podobne przed sobą zagadnienia.

Confalonieri, jeden z pierwszych magnatów Lombardji, uważany był za głowę malkontentów swej prowincji. Podróż jego z żoną po półwyspie, mimo, iż była pozornie przedsięwzięta w celach rozrywki, obudziła nieufność władz austriackich, które poleciły podejrzanego gościa swemu posłowi w Neapolu inwigilować.

Ks. Ludwik, mimo pozornego zaustrjaczenia, miał w sobie zbyt wiele “gorącej, polskiej krwi” i zanadto był dżentelmenem, by podjąć się roli szpiega wobec ludzi sympatycznych, których patrjotyzm pojmował, choć zbytnią gorącość ganił. Próbował nawet nawrócić Włocha na drogę oportunizmu, którą sam szedł, dowodząc mu, że na stanowisku wpływowem więcej oddałby usług swej ojczyźnie, niż frondując przeciw władzy.

Wnet raporty policyjnych konfidentów doniosły złośliwie do Wiednia, iż książę ambasador, miast baczyć na knowania przyjezdnych, woli flirtować z piękną włoską hrabianką a hrabia, italianismo, dał się usidlić wdziękom “Austrjaczki”. Tak zwą panie neapolitańskie ambasadorowę, i gniewne, że interesujący przybysz ani spojrzenia poświęcić im nie chce, ganią zbytnią dobrotliwość, czy zaślepienie jego żony Teresy.

Zaś przyjaciel Confalonieri’ego, dowcipny i wolnomyślny abbate, Lodovico di Brenee pisze doń a Mediolanu, posyłając wybór nowości literackich, dla księżnej snać przeznaczony;

“Nie wątpię, że szacowna osóbka (preziosissima personcina), której niesiesz w hołdzie swą przyjaźń i może więcej… musi być istotą wybraną, o rzadkiej szlachetności umysłu, skoro ją uwielbiasz.. Rispettuaoamente e plolinicamente”.

Na dworze “Królowej z wybrzeża Chiaja”, każdy z wiernych bywalców poufnego kółka: “ristretto”, nosił jakiś przydomek. Gallenberg zwał się Opentaniec, Krasińki – Freddo interno, Pourtales – Chavalier des Alpes. Confalonieri’emu dostał się przydomek polski, zabawnie brzmiący w makaronicznej gwarze Zielonego salonu: Zła głowa, albo poprostu: polska głowa: testa polonese.

Księżna kazała mu się uczyć histroji polskiej: Wstyd, aby zła głowa nie znała dziejów swego kraju, (jetrouverai honteux qu’un zla glova ne connaise pas l’histoire de son paise). Spostrzegam się, że, niechcący popełniłam epigram na niekorzyść mojego kraju. Był żeby on w samej rzeczy ojczyzną złych głów? Niestety obawiam się, że tak”.

Miłośniczka Byrona (mimo że religijność “kazałaby jej nienawidzieć” buntowniczego poetę) księżna widziała na czole swojego gościa piętno fatalnych przeznaczeń i zapragnęła mu być Egerią i aniołem stróżem, którego białe pióra spłoszyłyby, cień złowrogi “skrzydeł nietoperza ciążących nad szaloną “polską głową”.

“Mówili sobie wszystko, co myśleli” na długich przechadzkach: al dolce chiaroz di luna. Oboje namiętnie lubili światło księżyca (było to zresztą w stylu epoki, Osjana i Malwiny), oboje byli w stanie przegwarzyć  noc całą: “wcale snu niepotrzebowali”.

Teresa, kobieta słoneczna, prostolinijna, za mężem świata nie widziała – stała na boku, w milczeniu znosząc niewzajemność swej głębokiej miłości i nie skarżąc się nigdy nikomu.

Miła i dobra podbiła sobie serca matron i panienek, a wspaniała jej uroda zyskała jej hołdy tak wybrednego konesora, jak ks. przyjmowane z uprzejmą prostotą lecz obojętnie. Ks. Karolina ceniła żonę przyjaciela wysoko, mimo, iż stwierdzała, że charaktery ich i poglądy są zupełnie różne – dowodziła nawet Fryderykowi, iż “Teresa jest o wiele wiele więcej od niej warta!” “Jasnowidzącem okiem przyjaźni”, dostrzegłą chłód między małżonkami, widzi, że ich pożycie nie jest szczęśliwsze, niż jej własne, a nie umie czy nie chce dostrzec, że właśnie owa entuzjastyczna przyjaźń i hołdy, które u nóg jej składa cudzoziemiec, kopią głębszą jeszcze przepaść między parą małżeńską.

d.c.n.

Karolina Bielańska

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 3, str.14.


motyl

Rodzina Państwa Bille cz.20

Klucz od “Piasków” spoczywał w kuchni. Smutnie błyszczał pomiędzy parą nożyczek i wiązką tymianku. Pewnego dnia Emma zdjęła go z gwoździa. Uczyniwszy to, pieszczotliwie zawisła na matczynej szyi. Gładziła jej czoło delikatnie, ostrożnie, odwrotną stroną swojej dłoni, miękkiej, jak jedwabna wstążka. Potem szepnęła jej parę słów. Pani Bille podskoczyła:

-Iść do “Piasków”?! Sama?!

-Nie, mamo, ze Stefanem.

Pani Bille pozwoliła, westchnęła, dała im kilka rad na drogę.

-Idźcie Kozią ścieżką. A nie zgrzejcie się. I nie połamcie niczego.

Poszli. Ranek uśmiechał się, jak piękna kobieta. Pęk chmur spowijał różowe słońce. Hafty cierni, koronki głogów, młodziutkie głąby kapusty szumiały, jak spódnice dziewcząt. Delikatne stokrotki kwitły na stokach rowów. Ćwierkały makolągwy, pliszki…

Pchnęli lekko skrzypiącą furtkę, znaleźli się w ogrodzie. Lilje zaledwie rozwinęły kielichy, Dom zionął chłodem. Otworzyli wszystkie okna. Słońce wdarło się do wnętrza. Sprzęty, obicia odmłodniały nagle. Schody ożywiły się szaloną bieganiną. Potem znużeni usiedli oboje na kanapie o połamanych sprężynach. Czeka ich długa podróż. Jutro obudzą się w nieznajomym mieście. Za oknami będą się piętrzyły góry. A w bufetach kolejowych będzie się jadło smaczne półksiężyce.

Od tego dnia “Piaski” stały się ulubionem miejscem ich zabaw. Spędzali tam całe czwartki. Wiosna zbliżała się wolnym krokiem, rozwijając kolejno każdą gałązkę, gasząc lilje, zapalając kwiaty janowca, glicynje i niezmiernie wiotkie petunje. Petunje wychylały się z klombów, osypywały ścieżki, które z każdym dniem gęściej zarastały trawą i zielskiem. Nagle indyjskie kasztany zaczęły osypywać śnieg białych kwiatów.

Stefan był znakomitym marynarzem. Kładł się na trawie, otulony w starą kołdrę babki. Od strony tartaku dochodził nieustanny zgrzyt. Naśladowało to do złudzenia tęskne skrzypienie żaglowca, prującego fale.

Częstokroć wiatr donosił ostrzejsze odgłosy. Znaczyło to, że żaglowiec uderza o skały. Przerażenie, ucieczka, krzyki rozpaczy…

A na bezludnej wyspie zjawia się Emma. Bezludnej? Jakto? Czyż nie zbliża się ku niemu królowa, strojna w kwiaty, liście, uśmiechnięta, bogata?… Ujmuje jego dłoń i oprowadza go po tajemniczych ścieżkach swego królestwa.

Składając hołd dzikiej kozie, Stefan wyrzeka się wiary ojców. Pokornie zbiera ślimaki; kładą małe stworzonka na płaskim kamieniu. Rozbijają je ostrym kamykiem. Czyni to piekielny hałas. Dwa garnki gliniane nie są w stanie zastąpić tamburyna. Ale dzieci wyobrażają sobie, że i to jest muzyka. Puszczają się w taniec. Kręcą się. Potem – podróż poslubna. Emma powie:

-Nie rusz maków. To trucizna.

A Stefan:

– Nie jedz tyle truskawek. To niezdrowo.

Słońce świeci silniej. Zapach miodu napełnia ogród. Miłość małych kuzynów staje się coraz bardziej melancholijną. Stefan skąpi pocałunków. Wydało mu się, że Emma zbywa go zbyt szybko, odsuwa go z lekkim uśmiechem, jak gdyby była trochę znudzona. Pewnego dnia spostrzegł, że Emma jest naprawdę ładna. Drobne jej rączki przecinały błękitnawe ścieżki. Złoty łańcuszek rozświetlał jej szyję. W Stefana wstąpiła nagle odwaga. Śmiało dotykał witką pysków obcych psów, wdrapywał się na kasztany, mówił: “Zostanę marynarzem!” aż Emma składała dłonie i, wznosząc ku niebu oczy, błagała:

-Ach, nie, to takie niebezpiecznie!

Zapytał ją:

-Czy będziesz moją żoną?

Emma nie odrazu odpowiedziała. Palce jej biegły wzdłuż sztachet kurnika. Później spytała:

-A będziesz bogaty?

-Ja myślę! Oczywiście!

I natychmiast uwaga Stefana została zwrócona na ten sam szczegół. Czy Emma będzie dostatecznie bogata? Przecież potem prawdziwe księżniczki będą się ubiegały o jego rękę. Czy warto wiązać się przedwcześnie?!

Po tem milczącem zastanowieniu, nastąpiła dłuższa przerwa w rozmowie. Dzieci przypomniały sobie przepowiednie rodzinne (Loriot’owie skończą na barłogu, o ile, oczywiście ominie ich kryminał. Pan Bille był człowiekiem podejrzanym. Dodawszy do tego jego lekkomyślność – można mu śmiało przepowiedzieć, że na starość pójdzie z torbami). Wokoło nich krążyły motyle. Słońce prażyło… Ponieważ w gruncie Emma i Stefan kochali się tkliwie – więc spojrzeli na siebie wzrokiem pełnym przywiązania i tkliwej litości.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 12, str. 17/ nr 13, str. 13.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved