website-logo
królowe balu

To życie pachnie jak szlugi i kalafiory

Nie przepadam za polską literaturą najnowszą. Albo jest o niczym, albo bawi się formą, a… raczej nie za dobrze jej to wychodzi. Ale wśród wydawniczego chłamu zajaśnieje czasem jakaś perełka. Tym razem to lukrowana, „odważna i ekstrawagancka powieść” Malwiny Pająk.

Królowe balu

Nie zdradzę Wam za wiele, bo przeczytacie to już na okładce książki, gdy napiszę, że powieść skonstruowana jest z wycinka życia dwóch kobiet: 25-letniej Julki i 36-letniej Anki. Niby każda prowadzi dwa zupełnie odmienne tryby życia, niby bohaterki funkcjonują w totalnie odmiennych światach, ale przez dość długi czas, bo około pierwszych trzydziestu stron myślałam, że bohaterka jest tylko jedna. I nie jest to wina mojego nierozgarnięcia, cała narracja toczy się bowiem w pierwszej osobie i… pomimo że bohaterki te są tak różne, w swojej samotności, rozczarowaniu i nieufności do każdego elementu otaczającego ich świata stają się jedną osobą – współczesną polską kobietą, której żadna porcja lukru nie osłodzi gorzkiego smaku ich życia.

Dużym plusem konstrukcji „Lukru” jest to, że bohaterki są wiarygodne, są postaciami z krwi i kości. Też miałam co prawda problem z początkiem i tym, że Julka, dziewczyna pracująca w gastro z wyższej półki, mająca za sobą trudne dzieciństwo i transseksualną przyjaciółkę, z którą czasem sypia, sprzedaje kokainę jakby rozwoziła po Warszawie ziemniaki (uważam, że porównanie jest idealne, dlatego zapożyczam z jednej z podobnych recenzji o tej książce). Ale… może się nie znam. Może jakby zaczepił mnie na imprezie dziwny typ i zaproponował sprzedanie jakiejś ogromnej ilość narkotyku za 30% od utargu, też bym tak po tej Warszawie ganiała. I to bez szemrania.

Tak jak bez szemrania (do pewnego granicznego momentu) funkcjonuje typowa, acz ceniona korpobicz zamieszkująca luksusowe mieszkanie, które na zmianę spłaca z wysportowanym mężem. Szkoda tylko, że mieszkają razem-a-osobno, że sypiają razem-a-osobno, rozmawiają… w ogóle nie rozmawiają, a uroczą, piękną i młodą koleżankę męża Anka poznaje dopiero przypadkowo na mocno zakrapianej tequilą imprezie u koleżanki z byłej pracy. Koleżanka właśnie wróciła z Hiszpanii:

Stara było zajebiście, słońce, plaża, seks na plaży, drinki z palemką, koktajle z krewetkami za dwa euro… Ale z dzieckiem wszystko wygląda inaczej. Przyda się pomoc dziadków, poza tym Jacek chce wrócić do zawodu, a tam nie ma na to szans (…) Polska jest smutna jak pizda zakonnicy, ale cóż, dziecko wywraca piramidę potrzeb do góry nogami. Z tym małym gnojkiem nic nigdy już nie będzie takie samo.

Niemiłość

Mówi się, że powieść Pająk to nowe ujęcie kobiecości. Nie wiem, czy nowe, ale na pewno mi, i wydaje mi się, że większości z nas, bliskie. Jej bohaterki to inteligentne, silne, krytyczne wobec siebie i innych kobiety, które równocześnie wiedzą i nie wiedzą czego chcą. Którymi targają sprzeczne emocje ujarzmiane przez racjonalność, kiedy trzeba wstać do pracy, ogarnąć siebie i kaca, zarobić na życie i marzenia, których realizacja odkładana jest wiecznie na później. Pełno tu przelewających się pieniędzy „warszawki” – drinki za trzygodzinną stawkę barmana, który je podaje, narożnik do salonu za 7 tysięcy, Louis Vuitton na stopach, squash wieczorem, wakacje na końcu świata… Ale i senne koszmary, pot, łzy, podpuchnięte oczy i kac gigant. Anka doskonale zna cenę swojego życia na kredyt, a raczej właśnie jest w trakcie jego wyceny.

Ma 36 lat, mąż żąda separacji, bo chcę przez chwilę pożyć, jakby ciebie nigdy nie było. Poświęciła wszystko pracy, która, owszem, sprawiała jej dużo satysfakcji, ale bez niej pozostała w pustym mieszkaniu, którego nie cierpi i zbyt dużą ilością czasu na to, by rozejrzeć się wokół siebie. A wtedy dostrzega coś, z czym na co dzień musi zmierzać się Julka.

Każda z nich pomimo uporu, wyszczekania, (pozornej?) pewności siebie, pomimo tego, że znają reguły tego bezwzględnego świata, pogrąża się w samotności. Samotności, która jest domeną, znakiem, symbolem naszego czasu. I z którą nie można nic zrobić, bo każda podejmowana przez bohaterki próba, kończy się jeszcze większym rozczarowaniem, jeszcze większą ilością alkoholu i koksu, jeszcze większą ilością goryczy i samotności. I założę się, że choć każda z nas, śledząc po raz kolejny wchodzenie Julki do warszawskiej willi jej chłopaka, myśli sobie: „Dziewczyno, ewidentnie jest coś nie tak, po pierwsze halo, dostarczałaś mu koks, po drugie takie historie à la Kopciuszek tylko u Walta Disneya i reszty podróbek!”, nie powie na głos słowa krytyki, bo nie oszukujmy się – nie obce nam są ani motywacja, ani zachowanie Julki.

Podobno mężczyznom źle czyta się tę książkę. Że za dużo ciągłego rozkminiania życia, że misz-masz myślenia o przeszłości i przyszłości przy jednoczesnym ogarnianiu dnia obecnego, że sprzeczne emocje zatapiane w alkoholu… No tak jakby – witamy w kobiecym świecie. Poza tym to właśnie w tej książce jest dobre – autorka stawia oczywiste tezy i czasami ocierające się o banał wnioski, ale rozłożenie akcentów, dzielenie włosa na czworo, krytyczne pokazanie chyba wszystkich środowisk, począwszy od korpoświata, przez środowiska LGBTIQ, o których tak głośno dzisiaj, przez patologię małych miast i miasteczek, ale także wyrafinowaną przemoc i wyuzdanie stolicy, powoduje, że od tej książki bije odświeżającym, wielokolorowym pesymizmem:

Od małego miałam jasno wytyczone zadania: dobrze się uczyć, zachowywać skromnie, nie pyskować. (…) Dopiero teraz zaczynam rozumieć… Niby niezależna, ale tak naprawdę spolegliwa. Niby inteligentna i wykształcona, ale godząca się w milczeniu na scenariusze rozpisane przez innych ludzi. Posłuszna córka, uległa żona, perfekcyjna biurwa. Perfekcyjna kurwa. Sprzedałaś się, Anka.

My

Choć autorka wyraźnie sympatyzuje z lewicowym podejściem do życia i społeczeństwa, nie mam z tym żadnego problemu, bo robi to bardzo inteligentnie, by nie powiedzieć mądrze. „Lukier” jest nie tylko o tym, co dzieje się obecnie na naszym polskim podwórku, a co opisanie jest warsztatowo bardzo dobrze. Tę książkę czyta się bowiem lekko (tym razem to zaleta), barwne opisy od samego początku wciągają czytelnika, a granice pomiędzy mentalnymi światkami zarysowane są grubą kreską. Pająk odwala jednak w swojej książce dobrą robotę za pomocą gumki w ołówku, którą te granice zaczyna rozmazywać i zacierać. „Lukier” stara się bowiem przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie o to jak jesteśmy samotni i pozostawia nas bez odpowiedzi na pytanie o to dlaczego. I podoba mi się sposób, w jaki autorka to robi. Nie ma u niej niby tak oczywiście modnego, a fałszywego dzisiaj podziału na prawicowość i lewicowość. Jak słusznie zauważyła Zofia Ulańska w swojej recenzji w Popmodernie, jest znacznie bardziej banalny, ale według mnie prawdziwszy podział na starych i młodych, biednych i bogatych, obsługiwanych i obsługujących, tych, którzy mieli mniej i tych, którzy mieli więcej szczęścia w dzieciństwie, tych, którzy radzą sobie w życiu lepiej i tych, którzy nie dają sobie rady z niczym.

Kolorowa, lecz smutna to diagnoza. I choć w „Lukrze” znajdziemy czasem jakieś nierozbite do końca grudki cukru (choćby zakończenie zdecydowanie zawodzi) warto po niego sięgnąć, by samemu zadecydować, na czym nam na co dzień bardziej zależy – na lukrze czy nadzieniu.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Lukier” Malwiny Pająk (Wydawnictwo Znak Litera Nova, data wydania: 13 luty 2019, liczba stron: 364)

Yayoi Kusama

Najbardziej wpływowe artystki naszych czasów, o których zapewne nie masz pojęcia

Wszelkiego rodzaju rankingi mają to do siebie, że oczywiście tworzone są w sposób wybiórczy i subiektywny. Licytowanie się, która z Pań jest większą muzyczną artystką – Madonna czy Beyonce – nie ma chyba zbyt wielkiego sensu. Tym bardziej, że znaleźliby się i tacy, którzy w ogóle zanegowaliby wartość artystyczną działalności obu piosenkarek.

Dlatego prezentujemy zupełnie inne zestawienie artystek zajmujących się fotografią, malarstwem, modą, ilustrowaniem, performance’ami. Znalazły się w naszym zestawieniu ze względu na ogromne uznanie, jakie wzbudziły na świecie, ich prace wystawiane są w najbardziej prestiżowych muzeach, galeriach i butikach, i niejednokrotnie kosztują krocie. Kobiety te obracają się w gronie najbardziej wpływowych i sławnych ludzi na świecie, a w Polsce nie są powszechnie znane, choć zdecydowanie warto poznać i kojarzyć ich nazwiska.

Annie Leibovitz – fotografia

Pochodzi z amerykańskiej rodziny o żydowskich korzeniach. Mając 21 lat została głównym fotografem rockowego pisma „Rolling Stone”. Jej kariera z niesłabnącą mocą nabierała rozpędu; od lat 80-tych jej zdjęcia pojawiają się w „New York Timesie”, „Newsweeku”, tygodnikach „Time”, „Paris Match” oraz „London Independent Magazine”. Sławą przewyższa nawet niektórych z pozujących jej ludzi kultury i biznesu, a jest autorką między innymi serii „The Hollywood Portfolio”, w którym znajdziecie dziesięciu hollywoodzkich aktorów pozujących ze swoimi reżyserami. W 2009 roku wykonała oficjalny portret rodziny prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jedną z ostatnich najgłośniejszych sesji Leibovitz była ta przygotowana dla Vogue’a, podczas której sfotografowała Justina Bibera z jego żoną Hailey.

Vivienne Westwood – moda

Choć jej image kłóci się nieco z powszechnym wyobrażeniem damy, angielska projektantka mody za swoje zasługi otrzymała w 2006 roku tytuł szlachecki. Co więcej sama królowa Elżbieta II podczas oficjalnej ceremonii w pałacu Buckingham uhonorowała ją Orderem Imperium Brytyjskiego, który przyznawany jest obywatelom brytyjskim za rozsławienie Wielkiej Brytanii na całym świecie. Obecnie projektantka posiada ponad 60 sklepów na całym świecie, choć zaczynała jako pracownica fabryki. W wieku 30 lat mieszkała z rodzicami, wychowywała syna, była nauczycielką, która w wolnych chwilach tworzyła biżuterię sprzedawaną na jarmarku Portobello Road. Wraz ze swoim drugim mężem zrewolucjonizowała modę, w ich pierwszym butiku narodził się modowy punk.

Kathryn Bigelow – film

Jedna z pięciu kobiet kiedykolwiek nominowanych do Oskara w kategorii najlepsza reżyseria, jedyna, która tę nagrodę otrzymała. Urodziła się w Kalifornii, gdzie przez dwa lata studiowała malarstwo w San Francisco Art Institute. Potem wygrała stypendium umożliwiające jej kolejne studia na Columbia University School of Arts, które zakończyła dyplomem w 1979 roku z filmoznawstwa. W 1991 roku wyreżyserowała kultowy już film „Na fali” (ang. „Point Break”), w którym główną rolę gra Keanu Reeves, jednak kolejne filmy były raczej niewypałami. Filmem, który przyniósł jej nominację i samego Oskara był „The Hurt Locker. W pułapce wojny” opowiadający o wojnie w Iraku. Wymieniana w gronie najbardziej wpływowych hollywoodzkich reżyserów obok Tarantino i Nolana.

źródło: elpais.com

Carolina Herrera – moda

W 1970 i 1980 roku najlepiej ubrana kobieta świata. Muza wielu innych artystów, między innymi Andy’ego Warhola, który w 1979 roku namalował jej słynny portret w czerwonych kolczykach. W 1988 roku Dom Mody Herrrera wypuścił pierwszą linię perfum, które obecnie zaliczane są do pierwszej dziesiątki najbardziej ekskluzywnych, a jednocześnie najbardziej popularnych zapachów na świecie. W kreacjach Herrery wystąpiły takie sławy jak Jackie Kennedy, Adriana Lima czy Renee Zelwegeer. Herrera urodziła się z zubożałej wenezuelskiej rodzinie arystokratycznej, której korzenie znane są aż do XV wieku. Ta podawana w życiorysach Herrery fraza „zubożała rodzina” nie do końca jest chyba kojarzona tak jak u nas, bowiem babcia przyszłej projektantki ubierała ją w Diora i Lanvin. Często zabierała też wnuczkę na pokazy mody. Tradycja ta zrodziła małą legendę jakoby Carolina postanowiła zająć się modą w trakcie pokazu hiszpańskiego projektanta – Cristobala Balenciagi.

c.d.n

księżyc

Księżycowa Pani

W wielojęzycznym światku, w którym nie brakło nawet liberyzujących rosjan jak Orłow, Pahlen i – Berg, późniejszy satrapa Warszawy, lombardzka para, le cher menage Confalonieri, zajęła niebawem miejsce uprzywilejowane. I dla nich: “amabile societa polonese”, miła polska kompania, bliższa była w pojęciach, formach towarzyskich, kulturze umysłowej od rodaków Południowców. Byli z pod jednego zaboru, Polska i Włochy podobne miały losy i podobne przed sobą zagadnienia.

Confalonieri, jeden z pierwszych magnatów Lombardji, uważany był za głowę malkontentów swej prowincji. Podróż jego z żoną po półwyspie, mimo, iż była pozornie przedsięwzięta w celach rozrywki, obudziła nieufność władz austriackich, które poleciły podejrzanego gościa swemu posłowi w Neapolu inwigilować.

Ks. Ludwik, mimo pozornego zaustrjaczenia, miał w sobie zbyt wiele “gorącej, polskiej krwi” i zanadto był dżentelmenem, by podjąć się roli szpiega wobec ludzi sympatycznych, których patrjotyzm pojmował, choć zbytnią gorącość ganił. Próbował nawet nawrócić Włocha na drogę oportunizmu, którą sam szedł, dowodząc mu, że na stanowisku wpływowem więcej oddałby usług swej ojczyźnie, niż frondując przeciw władzy.

Wnet raporty policyjnych konfidentów doniosły złośliwie do Wiednia, iż książę ambasador, miast baczyć na knowania przyjezdnych, woli flirtować z piękną włoską hrabianką a hrabia, italianismo, dał się usidlić wdziękom “Austrjaczki”. Tak zwą panie neapolitańskie ambasadorowę, i gniewne, że interesujący przybysz ani spojrzenia poświęcić im nie chce, ganią zbytnią dobrotliwość, czy zaślepienie jego żony Teresy.

Zaś przyjaciel Confalonieri’ego, dowcipny i wolnomyślny abbate, Lodovico di Brenee pisze doń a Mediolanu, posyłając wybór nowości literackich, dla księżnej snać przeznaczony;

“Nie wątpię, że szacowna osóbka (preziosissima personcina), której niesiesz w hołdzie swą przyjaźń i może więcej… musi być istotą wybraną, o rzadkiej szlachetności umysłu, skoro ją uwielbiasz.. Rispettuaoamente e plolinicamente”.

Na dworze “Królowej z wybrzeża Chiaja”, każdy z wiernych bywalców poufnego kółka: “ristretto”, nosił jakiś przydomek. Gallenberg zwał się Opentaniec, Krasińki – Freddo interno, Pourtales – Chavalier des Alpes. Confalonieri’emu dostał się przydomek polski, zabawnie brzmiący w makaronicznej gwarze Zielonego salonu: Zła głowa, albo poprostu: polska głowa: testa polonese.

Księżna kazała mu się uczyć histroji polskiej: Wstyd, aby zła głowa nie znała dziejów swego kraju, (jetrouverai honteux qu’un zla glova ne connaise pas l’histoire de son paise). Spostrzegam się, że, niechcący popełniłam epigram na niekorzyść mojego kraju. Był żeby on w samej rzeczy ojczyzną złych głów? Niestety obawiam się, że tak”.

Miłośniczka Byrona (mimo że religijność “kazałaby jej nienawidzieć” buntowniczego poetę) księżna widziała na czole swojego gościa piętno fatalnych przeznaczeń i zapragnęła mu być Egerią i aniołem stróżem, którego białe pióra spłoszyłyby, cień złowrogi “skrzydeł nietoperza ciążących nad szaloną “polską głową”.

“Mówili sobie wszystko, co myśleli” na długich przechadzkach: al dolce chiaroz di luna. Oboje namiętnie lubili światło księżyca (było to zresztą w stylu epoki, Osjana i Malwiny), oboje byli w stanie przegwarzyć  noc całą: “wcale snu niepotrzebowali”.

Teresa, kobieta słoneczna, prostolinijna, za mężem świata nie widziała – stała na boku, w milczeniu znosząc niewzajemność swej głębokiej miłości i nie skarżąc się nigdy nikomu.

Miła i dobra podbiła sobie serca matron i panienek, a wspaniała jej uroda zyskała jej hołdy tak wybrednego konesora, jak ks. przyjmowane z uprzejmą prostotą lecz obojętnie. Ks. Karolina ceniła żonę przyjaciela wysoko, mimo, iż stwierdzała, że charaktery ich i poglądy są zupełnie różne – dowodziła nawet Fryderykowi, iż “Teresa jest o wiele wiele więcej od niej warta!” “Jasnowidzącem okiem przyjaźni”, dostrzegłą chłód między małżonkami, widzi, że ich pożycie nie jest szczęśliwsze, niż jej własne, a nie umie czy nie chce dostrzec, że właśnie owa entuzjastyczna przyjaźń i hołdy, które u nóg jej składa cudzoziemiec, kopią głębszą jeszcze przepaść między parą małżeńską.

d.c.n.

Karolina Bielańska

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 3, str.14.


motyl

Rodzina Państwa Bille cz.20

Klucz od “Piasków” spoczywał w kuchni. Smutnie błyszczał pomiędzy parą nożyczek i wiązką tymianku. Pewnego dnia Emma zdjęła go z gwoździa. Uczyniwszy to, pieszczotliwie zawisła na matczynej szyi. Gładziła jej czoło delikatnie, ostrożnie, odwrotną stroną swojej dłoni, miękkiej, jak jedwabna wstążka. Potem szepnęła jej parę słów. Pani Bille podskoczyła:

-Iść do “Piasków”?! Sama?!

-Nie, mamo, ze Stefanem.

Pani Bille pozwoliła, westchnęła, dała im kilka rad na drogę.

-Idźcie Kozią ścieżką. A nie zgrzejcie się. I nie połamcie niczego.

Poszli. Ranek uśmiechał się, jak piękna kobieta. Pęk chmur spowijał różowe słońce. Hafty cierni, koronki głogów, młodziutkie głąby kapusty szumiały, jak spódnice dziewcząt. Delikatne stokrotki kwitły na stokach rowów. Ćwierkały makolągwy, pliszki…

Pchnęli lekko skrzypiącą furtkę, znaleźli się w ogrodzie. Lilje zaledwie rozwinęły kielichy, Dom zionął chłodem. Otworzyli wszystkie okna. Słońce wdarło się do wnętrza. Sprzęty, obicia odmłodniały nagle. Schody ożywiły się szaloną bieganiną. Potem znużeni usiedli oboje na kanapie o połamanych sprężynach. Czeka ich długa podróż. Jutro obudzą się w nieznajomym mieście. Za oknami będą się piętrzyły góry. A w bufetach kolejowych będzie się jadło smaczne półksiężyce.

Od tego dnia “Piaski” stały się ulubionem miejscem ich zabaw. Spędzali tam całe czwartki. Wiosna zbliżała się wolnym krokiem, rozwijając kolejno każdą gałązkę, gasząc lilje, zapalając kwiaty janowca, glicynje i niezmiernie wiotkie petunje. Petunje wychylały się z klombów, osypywały ścieżki, które z każdym dniem gęściej zarastały trawą i zielskiem. Nagle indyjskie kasztany zaczęły osypywać śnieg białych kwiatów.

Stefan był znakomitym marynarzem. Kładł się na trawie, otulony w starą kołdrę babki. Od strony tartaku dochodził nieustanny zgrzyt. Naśladowało to do złudzenia tęskne skrzypienie żaglowca, prującego fale.

Częstokroć wiatr donosił ostrzejsze odgłosy. Znaczyło to, że żaglowiec uderza o skały. Przerażenie, ucieczka, krzyki rozpaczy…

A na bezludnej wyspie zjawia się Emma. Bezludnej? Jakto? Czyż nie zbliża się ku niemu królowa, strojna w kwiaty, liście, uśmiechnięta, bogata?… Ujmuje jego dłoń i oprowadza go po tajemniczych ścieżkach swego królestwa.

Składając hołd dzikiej kozie, Stefan wyrzeka się wiary ojców. Pokornie zbiera ślimaki; kładą małe stworzonka na płaskim kamieniu. Rozbijają je ostrym kamykiem. Czyni to piekielny hałas. Dwa garnki gliniane nie są w stanie zastąpić tamburyna. Ale dzieci wyobrażają sobie, że i to jest muzyka. Puszczają się w taniec. Kręcą się. Potem – podróż poslubna. Emma powie:

-Nie rusz maków. To trucizna.

A Stefan:

– Nie jedz tyle truskawek. To niezdrowo.

Słońce świeci silniej. Zapach miodu napełnia ogród. Miłość małych kuzynów staje się coraz bardziej melancholijną. Stefan skąpi pocałunków. Wydało mu się, że Emma zbywa go zbyt szybko, odsuwa go z lekkim uśmiechem, jak gdyby była trochę znudzona. Pewnego dnia spostrzegł, że Emma jest naprawdę ładna. Drobne jej rączki przecinały błękitnawe ścieżki. Złoty łańcuszek rozświetlał jej szyję. W Stefana wstąpiła nagle odwaga. Śmiało dotykał witką pysków obcych psów, wdrapywał się na kasztany, mówił: “Zostanę marynarzem!” aż Emma składała dłonie i, wznosząc ku niebu oczy, błagała:

-Ach, nie, to takie niebezpiecznie!

Zapytał ją:

-Czy będziesz moją żoną?

Emma nie odrazu odpowiedziała. Palce jej biegły wzdłuż sztachet kurnika. Później spytała:

-A będziesz bogaty?

-Ja myślę! Oczywiście!

I natychmiast uwaga Stefana została zwrócona na ten sam szczegół. Czy Emma będzie dostatecznie bogata? Przecież potem prawdziwe księżniczki będą się ubiegały o jego rękę. Czy warto wiązać się przedwcześnie?!

Po tem milczącem zastanowieniu, nastąpiła dłuższa przerwa w rozmowie. Dzieci przypomniały sobie przepowiednie rodzinne (Loriot’owie skończą na barłogu, o ile, oczywiście ominie ich kryminał. Pan Bille był człowiekiem podejrzanym. Dodawszy do tego jego lekkomyślność – można mu śmiało przepowiedzieć, że na starość pójdzie z torbami). Wokoło nich krążyły motyle. Słońce prażyło… Ponieważ w gruncie Emma i Stefan kochali się tkliwie – więc spojrzeli na siebie wzrokiem pełnym przywiązania i tkliwej litości.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 12, str. 17/ nr 13, str. 13.

zakochanie

Rodzina Państwa Bille cz.19

I wtedy wyjechało wszystko: po pierwsze, wuj pana Bille, który utrzymywał w Paryżu jakąś ladacznicę; następnie – chrzestny ojciec pani Bille, człowiek nieznośny, nadęty, w którym pokładano olbrzymie nadzieje, a po którym w spadku zostały jedynie dwa fałszywe Rembrandty i empirowa konsola. Wytoczono stopniowo wszystkie wady, wszystkie przestarzałe błędy obu rodzin, dokuczliwie, wściekle, zjadliwie.

Pan Bille postanowił wreszcie:

-Pójdę do Loriot’a.

Wrócił. Walka była zawzięta. Loriot nie chciał ustąpić. Nastąpiło zerwanie.

Wymieniono kilkanaście listów niezmiernie obraźliwych, jednak pisanych ze sprytną ostrożnością, gdyż tak jedna jak druga strona starannie unikała wmieszania w sprawę prawników. Nie kiwano sobie nawet głową. Jeden jedyny raz pan Bille spotkał  u Toussel’ów szwagierkę, skłonił jej się uprzejmie z dziwnem “Pani”, które, powtarzane przez całe Pont-sur-Loire, było sensacją miasta.

Bille’owie przebąkiwali coś o procesie. W tym względzie zasięgnęli porady adwokata. Ten rzucał słowa ważkie: “Kłopoty”… “ewikcja”, ale nie przekonał ich o konieczności wydania sumy, która, po obliczeniu wszystkich kosztów, wystarczyłaby na doprowadzenie “Piasków” do stanu możliwego do zamieszkania.

Gdy pierwsze wzruszenie przeszło, państwo Bille pozostawili “Piaski” własnemu ich losowi.

-A co zrobimy z “Piaskami”? – pytała od czasu do czasu pani Bille.

Pan Bille wznosił w górę ramiona.

-Kto wie?… Może kiedyś… przypadek…

Nie dotykano tego przedmiotu. Zima minęła. “Piaski” stały zamknięte.

Walka z Loriot’ami stawała się bardziej zacięta. Obie strony poszukiwały sprzymierzeńców. Znajomych podzielono na kategorje: wrogów, neutralnych i przyjaciół. Toussel’owie odegrali rolę dwulicową: lewem uchem wysłuchiwali skarg Loriotów, prawe nadstawiali Bille’om. W ten sposób dowiedzieli się niektórych szczegółów. Loriot zadawał się z jakimiś podejrzanymi osobnikami. Bille, pomimo swego wieku, biegał wciąż za spódniczkami. Notable miejscy łączyli się z tą lub tamtą partją. To pociągnęło za sobą uszczypliwe uwagi, ochłodzenie stosunków. Jeden rejet był jednakowo uprzejmy dla wszystkich. Ale to należało do jego zawodu.

Stefan często spotykał Emmę. Z początku dziaciaki przyglądały się sobie wzrokiem aroganckim. Ale niedługo wytrzymały w tej roli. Ukradkiem spoglądali na siebie. Wymieniali uśmiechy. Pewnego dnia szli za sobą krok za krokiem. Nienawiść zaczynała słabnąć. Rodziny bez gniewu patrzyły na to zbliżenie.

Coś na wiosnę Stefan zaczął się włóczyć koło domu Bille’ów. Cichaczem podchodził od tyłu. Emma, uprzedzona o tem, biegła na jego spotkanie. Szeptali długo, przedzieleni parkanem, na którym pnące się winogrona zaczęły zielenieć. Pewnego dnia przyłapał ich tam pan Bille. Powiedział:

-Co ty tam robisz, czyżyku? Czy zabroniłem ci odwiedzać Emmę?

Stefan spuścił głowę, wolno obszedł dom dookoła. Drzwi były otwarte. Pani Bille wyszła na jego spotkanie, dotknęła wargami jego czoła, wepchnęła go do jadalni. W pokoju tym rozchodziła się woń gorącego chleba. Sprzęty stały na dawnem miejscu. Zegar z kukułką zakukał. Emma przysunęła kuzynowi krzesło. Stefan oparł się o poręcz w kształcie liry. Postawiono przed nim kubek mleka. Mógł w nim maczać długie kromki bułki. Nie wiedział, jak się zachować, trochę zaniepokojony, trochę zdumiony. Czy nie śni? Czy nie wetkną mu jakiej szpilki? Czy raptem sufit nie spadnie mu na głowę?

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 12, str. 16.

współczesny portret Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit

Papieżyca polskiego feminizmu

Paulina Kuczalska-Reinschmit

dzierżąca „Ster” w walce o prawa Polek

(1859 – 1921)

Porywająca rzesze kobiet mówczyni, bezkompromisowa działaczka społeczna, założycielka Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich, redaktorka naczelna pierwszego pisma feministycznego. W wyniku nieszczęśliwego małżeństwa straciła oko, lecz mimo to postrzegała jaśniej i wyraziściej od innych, jak wiele potrzeba uczynić dla Polek.

Urodziła się w Warszawie w zamożnej rodzinie szlacheckiej. Już jej matka należała do Grupy Entuzjastek Narcyzy Żmichowskiej, oczywistym więc było, że młoda Paulina otoczona gronem ludzi wykształconych i światłych od początku nasiąkała emancypacyjną atmosferą budzącej się niepodległości. Odebrała znakomite wykształcenie domowe, władała kilkoma językami obcymi: francuskim i niemieckim niemal jakby były to jej języki ojczyste, dobrze po ukraińsku nauczyła się od służby, czytała po angielsku i włosku.

Jako młoda dziewczyna, miała bowiem dopiero 20 lat, wyszła za mąż za wysokiego urzędnika Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego Stanisława Reinschmita, przełamując tym samym kastowe przesądy. Miała wtedy prawo naiwnie uważać, że „pochodzący ze starej rodziny saskiej, nobilitowanej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego, będący siostrzeńcem znakomitego publicysty i pisarza, Władysława Wójcickiego, autora „Klechd”, a wnukiem Reinschmita, który był przyjacielem od serca samego Frycka Chopina” Stanisław podzieli jej poglądy i sposób na życie. Jak bardzo się pomyliła, wiedziała chyba tylko ona sama…

Jej małżeństwo przetrwało 6 lat. Było nie tylko nieudane pod kątem ideologicznego niedopasowania małżonków, ale przede wszystkim tragiczne w skutkach dla Pauliny. Jej mąż okazał się zwolennikiem tradycyjnego porządku świata, na emancypacyjne wyczyny żony patrzył co najmniej nieprzychylnie, a później okazało się, że odreagowywał je w równie nieodpowiedni sposób. Zaraził siebie i żonę chorobą weneryczną, w wyniku której późniejsza liderka polskiego ruchu feministycznego straciła oko i zapadła na poważną chorobę serca. Sam poczciwy małżonek zmarł zresztą w kilka lat po ich rozstaniu, które Paulinie dodało tylko wiatru w żagle.

Wyprzedała resztki swojego majątku, syna zostawiła z żyjącym jeszcze ojcem i resztą rodziny i wyjechała zagranicę… na studia. Od 1885 roku studiowała w Genewie i Brukseli nauki ścisłe. Na bieżąco jednak interesowała się tym, co dzieje się w Polsce. Pisywała do najważniejszych polskich czasopism, jasno formułując program swojej kobiecej krucjaty.


Ilustracja dla Fundacji Feminoteka, źródło: mituni.wordpress.com

Gdy wróciła, założyła we Lwowie swój własny dwutygodnik. Była jego redaktorką naczelną, a „Ster” stał się skutecznym narzędziem w walce o udział kobiet w życiu politycznym, równe szanse kobiet i mężczyzn na rynku pracy czy jednakowe prawo do edukacji. W 1890 roku Paulina poznała przyjaciółkę życia i wierną współpracownicę, Józefę Bojanowską. Ich przyjaźń utrwalona została w pamiętnikach Romany Pachuckiej, znanej pedagożki i działaczki ruchu kobiecego, która pisała:

„Gdy Kuczalska była mózgiem polskiego feminizmu, Bojanowską porównać można do jego serca. Gdy pierwsza planowała, druga w lot chwytała jej myśl, by przekształcić ją w realny czyn.”

Paulina życzyła sobie nawet, by pochowano je obok siebie, jej życzenia jednak nie spełniono.

Po przeprowadzce do Warszawy założyła Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich, a przy ulicy Marszałkowskiej zaczęła prowadzić salon, w którym dyskutowały i kawę pijały najwybitniejsze kobiety tamtego czasu: Maria Konopnicka, Maria Dulębianka, Maria Komornicka, Eliza Orzeszkowa, Justyna Budzińska-Tylicka czy Cecylia Walewska.

Na inicjowanych przez siebie zjazdach, jednoczyła kobiety ponad podziałami klasowymi czy politycznymi. Zależało jej na wszystkich, choć potrafiła prowadzić dość ostrą polemikę z Elizą Orzeszkową. W przeciwieństwie do niej uważała, że o prawa kobiet upominać się trzeba niezależnie od walki o niepodległość. Choć nie mogła przystać na samopoświęcenie się kobiet, potrafiła docenić wieloletni wkład Orzeszkowej w bitwę o prawa Polek oraz jej literacki talent, organizując uroczyste obchody dwudziestopięciolecia twórczości pisarki.

„Pierwsza niezmordowana rzeczniczka pełnych, bezkompromisowych praw kobiety”, jak pisała o niej kronikarka polskiego ruchu feministycznego – Cecylia Walewska, zmarła w Warszawie i tam też została na Cmentarzu Powązkowskim pochowana. Jej grób opatrzony został jedynie skromnym, ale konkretnym napisem, zupełnie oddającym charakter papieżycy polskiego feminizmu:

„Paulina Kuczalska- -Reinschmit. Przewodnicząca Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich. Redaktorka „Steru”. Ty, która żyłaś dla idei – Chwała Ci. „

Oj, chwała!

palma wielkanocna

Wielkanoc u ludu polskiego

Wielkanoc jest świętem ustanowionem przez Kościół ku czci Zmartwychwstania Chrystusa. Święta te przypadają na wiosnę, t. j. w czasie letniego przesilenia dnia z nocą. Zasłaniają one pierwotniejsze, wiosenne obrzędy pogańskie.

Stare obrzędy pod wpływem wierzeń chrześcijańskich przekształcały się powoli, nie zatracając jednak zupełnie swego dawnego charakteru. To też dzisiejsze ludowe obrzędy Wielkanocne posiadają pierwiastki prastarych – pogańskich i nowszych – chrześcijańskich praktyk i wierzeń.

W pojęciach ludu w święta Zmartwychwstania Chrystusa, a szczególnie w dnie, gdy Chrystus spoczywa w grobie – budzą się w przyrodzie moce tajemne. Lud wierzy, że woda nabiera cudownych właściwości, a obmywający się w niej chory – wyzdrowieje. Zwierzęta wpadają w stan zadumy, nie spostrzegają zasadzki strzelca, a ryby prawie że nieruchomo stoją w wodzie. Szczególnie szczupak, którego chrząstki w głowie wyobrażają narzędzia męki Pańskiej.

Całą przyrodę ogarnia jakby odrętwienie. Wszystko spoczywa w jakimś stanie bezładu, bezsiły. Czarownice więc zaczynają działać. Idą na rozdroża, wieszają się na drzewach za nogi, prowadzą tajemne rozmowy z czartami. Rano po miedzach i łąkach zbierają rosę, odbierając tym sposobem mleko cudzym krowom. Ludzie o tem wiedzą i by przeciwdziałać złej sile, wstają o północy: gospodarze przewracają chomąta, chłopcy zatykają krzyżyki ze święconej palmy w zielone żyto, a dziewczęta robiąc masło, mówią:

dysc leje, słońce świeci,

carownica masło kleci,

nie skleciuła, nie skleciuła

za granicę wyrzuciła.

Jeśli praktyk nie wypełnią, mleka cały rok nie będzie.

Święta Wielkanocne rozpoczynają się od Palmowej Niedzieli, a trwają do Przewodniej. Niedzielę Palmową lud nazywa także Kwietnią, Wierzbną.W całej Polsce święcą palmę. Gałązki przeznaczone na palmę hodują na ten uroczysty dzień w garnczku na piecu. Na palmę biorą wierzbinę, łozinę, osikę, cisinę, jałowiec, drzewo krzyżowe, kłokoczkę i bagno zwyczajne.

Na Sądeczyźnie palmy wznoszą się do wysokości kilku metrów, uplecione wiązkami kwiatów, papierków kolorowych i wstążek. Po przyjściu z kościoła palmą uderzają się wzajemnie, mówiąc: nie ja biję, palma bije! Palmą uderzają również bydło, gdy pierwszy raz wychodzi na paszę, aby im się darzyło.

Według prastarych wierzeń palma, młoda gałąź zieleni, dotykając człowieka lub zwierzęcia, przenosi na niego moc nowego życia, które w sobie kryje. Kotki z palmy dają krowie. Wierzą, że poświęcona, a więc obdarzona mocą Bożą palma odpędza czary, nie pozwala czarownicy zabierać mleka. Następnie palmę umieszczają w oborze za żłobem lub w izbie za obrazem. Podczas burzy wystawiają ją w oknie.

W Wielki Tydzień bielą chaty, sprzątają w domu i w obejściu, kobiety wypiekają ciasto. Porządki wypełniane koło chaty i zagrody mają charakter obrzędowy.

W Wielkim Tygodniu lud urządza zabawy. A więc chłopcy po ciemnej jutrzni spuszczają  z chóru, parkanu kościelnego lub drzewa kota w garnku napełnionym popiołem. Garnek się tłucze, kot ucieka, dzieci za nim gonią, robiąc hałas drewnianymi kołatkami. Starsi chłopcy “wybijają żur”, t. j. tłuką o drzwi  i okna chat garnki, w których wyrabiano żur, lub też napełnione popiołem, sadzami i błotem.

Na Kujawach wieszają podobny garnek na sznurze przeciągniętym w poprzek drogi i zawieszonym u kominów przeciwległych chat. Garnek z popiołem rozbijają kijami i kamieniami w chwili, gdy ktoś przechodzi pod sznurem, obsypując go sadzami, błotem i popiołem.

Na Mazowszu i w kieleckiem urządzają pogrzeb żuru. Na przodzie pochodu kroczy parobczak z garnkiem żuru na głowie, za nim czeladź. Jeden z nich niesie rydel, którym znienacka uderza w garnek z żurem. Garnek rozbija się, żur oblewa niosącego ku uciesze wszystkich.

Gdzieindziej, jak na Sądeczyźnie, garnek z żurem wieszają na gałęziach drzew. W ciekawy sposób na Mazowszu urządzają pogrzeb śledzia. Śledź ciągną na nici przywiązanej do powroza i wieszają ją na suchej wierzbie lub innem drzewie nad drogą. Zabawy te są pożegnaniem postu.

W Wielkim Tygodniu urządzano także zabawę zwaną Judaszem. Z wieży kościelnej spuszczano bałwana z gałganów, wypchanego słomą – zwanego Judaszem. Za zanadrze kładą mu szkło potłuczone, jako srebrniki – następnie wloką po ulicach, bijąc kijami i wołając: Judasz! Judasz! Zabawa trwa, póki bałwan nie rozsypie się – czasem topią go sami.

Zabawa ta ma być pamiątką wygnania Judasza z wieczernika. Przypomina prastary zwyczaj topienia zimy – śmierci wyobrażanej w postaci bałwana, tylko, że ten prastary zwyczaj został zmieniony pod wpływem wierzeń chrzescijańskich.

W Wielką Sobotę rano, obok kościoła na cmentarzu, świętą wodę i ogień. Wodą święconą skrapiają siebie i zabudowania, by tym sposobem przenieść błogosławieństwo wody na siebie i swoją zagrodę. Z ogniem obchodzą dom i sady, odganiając złe moce, gdyż ogień, prócz błogosławieństwa, jakie otrzymuje przez poświęcenie, ma moc oczyszczania: spala zło, jakie może mieć dostęp do domu i dobytku w ciągu roku.

W Wielką Sobotę przygotowują święcone. Najważniejszemi potrawami obrzędowymi są jajko, sól i chleb. Prócz nich święcą mięsiwo, kiełbasy, placki. Święcone przybierają zielenią, najczęściej barwinkiem.

Gospodynie kładą te obrzędowe potrawy do koszyków i zanoszą do kościoła. Tam stają rzędami na cmentarzu, oczekując na błogosławieństwo księdza – poświęcenie jajka, chleba, soli.

W Niedzielę Wielkanocną, czyli pierwsze święto, wszyscy dążą rano na rezurekcję. Wracając z kościoła, ścigają się, “bo kto pierwszy przybędzie do domu, ten pierwszy skończy żniwa.”

Potem następowało uroczyste spożywanie święconego, które dawniej na znak uszanowania jedzono stojąco. Spożywanie święconego rozpoczyna się od dzielenia jajkiem i składania życzeń.

Jajko w obrzędach Świąt Wielkanocnych odgrywa dużą rolę. Posiada ono w sobie zarodek życia, jest więc wyrazem idei Świąt Wielkanocnych – Zmartwychwstania. To też dzielenie się nim jest zapowiedzią pomyślności i szczęścia. Jajka malują dziewczęta w różnobarwne wzory. Ubarwione jajka nazywają pisankami, kaszankami, a na Kurpiach i Podlasiu piskami. Do malowania jajek używano dawniej barwników z roślin lub liści i kory drzew. Jajko znane już było w Europie i Azji w czasach przedchrześcijańskich w obrządkach pogrzebowych, przy leczeniu chorób i wróżeniu. Tradycja chrześcijańska miała więc gotowe wzory w obrzędach pradawnych, które przyswajała i zachowywała.

Pierwszy dzień świąt przechodzi w poważnym nastroju. Lud spędza go w kościele lub w domu w kółku rodzinnem. Tylko na Kujawach chłopcy urządzają wieczorem zapowiedź dyngusu. A więc jeden z nich wchodzi na dach karczmy, uderza w brzęczący przedmiot i wywołuje imiona tych dziewcząt, które następnego dnia mają być oblane. Nie szczędzi przy tem przycinków. O jednej mówi, że nieumyta, druga, że nie uczesana, trzecia, że niechlujna i zachęca swych towarzyszy: Zaprzęgajcie konie, woły, bo wywieziewa fafoły – Maryśki! – a brać na nią cztery fury piasku, pięć fur pyrzu, dwadzieścia kubłów wody i mydliska do wypłókania z gnoiska! Dziewczęta boją się złośliwości chłopców, to też często wykupują się kwarta wódki, by jej imię z chlubą było wspomniane na dachu.

W Poniedziałek Wielkanocny chłopcy oblewają dziewczęta, we Wtorek dziewczęta chłopców. W dyngusie biorą też udział dzieci i starsi. Dzień oblewania się wodą, dyngus, nazywają również lejuchą, dniem św. Lejka, oblejem, szmigusem. Dyngus jest szczątkiem dawnych obrzędów, wykonywanych dla sprowadzenia deszczu, tak potrzebnego w kulturze rolniczej. Dzisiaj jeszcze w niektórych miejscowościach zachowała się wiara w szczególną moc oblewania wodą.

W Poniedziałek Wielkanocny chłopcy chodzą z kogutkiem. Kogutka robią z drzewa, gliny, ciasta, z czasem nawet pustej dyni, przystrojonej naturalnemi piórami koguciemi i grzebieniem z czerwonego sukna.

Kogutka umieszczają na wózku jedno- lub dwukołowym, pomalowanym na żółto lub czerwono. Niekiedy otaczają go figurki, poruszające się przy obrocie wózka. Jest ich cztery pary: żołnierz z towarzyszką, kowal z żoną, młynarz z młynarką i żyd z żydówką. Chłopcy chodzą od domu do domu, śpiewają pieśni, oblewają, jak im się uda, jakąś dziewuchę, które rade są tej zabawie. Dostają za to poczęstunek i podarki.

W ten sam dzień po dyngusie lub wykupie chodzą dziewczęta z gaikiem. Gaik w innych okolicach nazywają maikiem lub nowem latkiem. Gaik robią z wierzchołka sosny lub świerka, czy też pęku zieloności i gałęzi, przystrajają wstążkami barwnemi, kolorowemi papierkami i świecidełkami. Z wystrojonem drzewkiem chodzą od domu do domu, śpiewając:

Przed wasz tu dom wstępujemy,

szczęścia, zdrowia winszujemy,

nasz gaiczek z lasu idzie,

dziwują się wszyscy ludzie.

Nasz gaik zielony,

pięknie ustrojony

w zielone wstążeczki

stroiły dzieweczki.


Gospodynie dają im datki czy to pieniężne, czy jajka, mięso, pierogi, za które wyprawiają zabawę wieczorem. Chodzenie z gaikiem, jak również święcenie palmy jest szczątkiem dawnego kultu drzewa – zielonej gałęzi rozwijającej się na wiosnę.

Takie jest tło wierzeniowe ludowych obrzędów Wielkanocnych u ludu Polskiego.

Janina Krajewska

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 3, str. 5-6.

nauka koranu

Zanim opowiem Ci tę historię…

Kamel Daoud „Sprawa Meursaulta”

Był to jeden z najbardziej oczekiwanych debiutów w kilkudziesięciu krajach. Choć trzeba przyznać, że najbardziej niecierpliwie drobiąc nogami, czekali ci żądni intelektualnej jatki. Ktoś w końcu porwał się na Camusa! Czy powiedział o Mistrzu coś nowego? Czy przedstawił go w świetle innym niż dotychczas? Czy wygrał wojnę o rząd dusz z ikoną francuskiego egzystencjalizmu? Nie, według mnie nie. Trzeba jednak oddać Kamelowi Daoud, że przegrał z klasą i wdziękiem.

Ten algierski dziennikarz, jak na dziennikarza przystało, przeprowadza śledztwo. Mamy ofiarę, sprawcę, miejsce zbrodni. Choć w zasadzie mamy i nie mamy. Ciała nigdy nie widzieliśmy na oczy, ten zabójca też jakiś taki… niepewny, a miejsce zbrodni dawno zalało morze i cement. Jedyny pewnik w tej sprawie to historia spisana pół wieku temu, którą zna cały świat.

Niektórzy jednak mają z nią mały problem. Jak na przykład siedzący codziennie w barze Harun, brat zamordowanego na algierskiej plaży mężczyzny. On ma własną, zupełnie wiarygodną, wersję wydarzeń: „Mężczyzna, który umie pisać, zabija Araba, który tego dnia nie ma nawet imienia – jakby zawiesił je na gwoździu przed wejściem na scenę – po czym zaczyna tłumaczyć, że to przez Boga, który nie istnieje, przez to, co właśnie zrozumiał w słońcu oraz dlatego, że sól morska szczypała go w oczy.”

Co istotne i świadczące o dobrej woli opowiadającego historię, Harun nie lekceważy drugiej strony, nie złorzeczy jej prostacko i nie neguje powodów, dla których zabójca jego brata pogrążył się w beznadziei. W bezsensie takim samym jak jego. Bo dla każdego, niezależnie od koloru skóry, płci, wieku i przeżytego życia, jest on rwaną, pełną niewiadomych, splątaną opowieścią, której nie można dokończyć.

Jesteśmy już po największej, najmocniejszej fali postkolonializmu, za nami głośne postkolonialne wywracanie na nice literackich arcydzieł. Z tego punktu widzenia właśnie takie odczytanie Camusa nie jest niczym odkrywczym, a na pytanie: „Jak to się stało, że nazwisko zabójcy przeszło do historii, a imię jego ofiary zostało przemilczane?” istnieje oczywista, smutna, zdeterminowana historią i nie najlepszą, delikatnie rzecz ujmując, naturą człowieka odpowiedź.


Daoud dość mocno akcentuje jednak w tym kontekście jeden aspekt, który natychmiast przenosi nas z Algierii sprzed 60 lat do świata obecnego – język. Język to głos, a głos to zaistnienie, to zaznaczenie swojej obecności, swojej wersji wydarzeń: „Po to właśnie nauczyłem się mówić i pisać w tym języku: by opowiadać zamiast zmarłego, rozwijać jego myśl. Zabójca stał się sławny, a jego historia jest napisana zbyt dobrze, bym miał ją naśladować. To jego język. Dlatego uczynię to, co robiło się w tym kraju po odzyskaniu niepodległości: ze starego domu kolonizatorów kamień po kamieniu zbuduję swój dom, swój język. Słowa i wyrażenia zabójcy będą dla mnie jak porzucona własność. Kraj jest zresztą pełen słów, które już do nikogo nie należą, widnieją na szyldach starych sklepów, w pożółkłych książkach, na ludzkich twarzach (…)”.

Książka ta warta jest zachodu z innych jednak względów. Daoud stworzył pięknie migotliwą językowo opowieść o współczesności Algierii. Współczesności, która widziana jest oczami tubylca, człowieka z wewnątrz, opowiadana z jego perspektywy. Lecz szczerze i bez ogródek. Prawdziwie i krytycznie także wobec swoich, a może przede wszystkim wobec najbliższych. To oni ranią nas na co dzień czasem bardziej niż kula od zabójcy. Czasem niemal tak samo przypadkowo, czasem z dużo boleśniejszą premedytacją.

Z tego powodu „Sprawa Meursaulta” jest metaopowieścią. Narracyjną matrioszką na wielu poziomach. Bo Algierczycy nie tylko obcy są w swoim kraju, ale także pomiędzy sobą w swoich domach. Bo Harun nie tylko opowiada historię brata, matki, ale przede wszystkim mówi o sobie. Bo autor prowadząc swoją własną narrację, podąża tropem Camusa i tworzy analogiczne do „Obcego” sceny.

Dlatego nie da się czytać „Sprawy Meursaulta” bez uprzedniego przeczytania „Obcego”. To jeden z licznych przykładów w historii literatury książek, które korespondują ze sobą w sposób ścisły i skończenie doskonały na poziomie konstrukcji i podejmowanego tematu.

Nie zgodzę się z wieloma opiniami, że jest to książka pełna gniewu. Gniewu nie, goryczy tak. Goryczy i beznadziei, bo Daoud wszystkich nas bierze na jeńców rzeczywistości.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Sprawa Meursaulta” Kamela Daoud (Wydawnictwo Karakter, data wydania: 9 październik 2015, liczba stron: 176).

dzwony

Bajka Wielkanocna

Najmniejszy dzwonek

Powiedziała mi wróżka bajkę o dzwonie, jedną z wielu bajek o dzwonach – śpiżowych, złotych, srebrnych – co wiszą na podniebnych wieżach starych domów gotyckich, czy też pod mszystym daszkiem nad niskiemi stropami wiejskiego kościołka.

Powiedziała mi wróżka bajkę, jedną z wielu.

Był taki dzwonek, odlany przez Wielkiego Mistrza. Metal w nim był wszelaki: śpiż najszczerszy, dźwięczne srebro, złoto, pełne ciepłych poblasków, stal hartowna – i rtęć, ta, wciąż biega żywemi kropelkami – zatrzymać jej niepodobna!

Cudnyż to był strop! cudny tembardziej, że wszystkie te ciała, w potężnym ogniu czarodziejskiej odlewni przezrocze się stały, jak szkło, więcej nawet, jak te dziwne kryształy, co zdobią podziemne pieczary boginek morskich z rybiemi ogonami. Boginki te śpiewają… i jak jeszcze!

Starzy rybacy, którym jutrzejsza burza ostatnią być ma pod naszem niebem, słyszą ten śpiew i zadumani się stają cicho, radośnie w Brzegach Nieznanych.

Nie, żaden rybak nie słyszał takiej pieśni, jaką dzwonek Mistrzowi zanucił, wdzięczny za kształt swój piękny, kwiatowy, i głos przejrzysty.

A nucił ją wysoko nad chmurami… pod chmurami… nad szczytami gór, wież, kościołów, domów, drzew, nad samą ziemią tuż, tuż…

Ach, czy urwał się tęczowy sznur, którym czeladź skrzydlata w ruch wprawiała dzwonek?

Już milczy. Zarył się w ziemię. Nad nim, nad dzwonkiem, stanął cherubinek tłuściutki, ale buzię ma do płaczu skrzywioną.

“Dzwonku! dzwoneczku! Zbudź się! czemuś zamilkł? Widzisz, jakiś ty niedobry! Mistrz kazał mi za tobą, aż na ziemię pofrunąć – i pilnować ciebie, dokąd się nie ockniesz i piosnki wesoło nie zanucisz, jak dzisiaj rankiem, u nas, wgórze. No, ozwij się przecie! bo mi się sprzykrzy czekać!… Tam, wysoko, są ładne wisienki na drzewach i takiego ślicznego ptaszka z kolorowemi piórkami dała mi wczoraj do zabawy Pani Jasna, bardzo dobra”…

Ale dzwonek milczał. Pogrążał się coraz w piach spopielały, wychudły – i zastygał tak, i przezroczość dzwonom kazać z prochu wstać na nowych dni świtania! dawną stracił – powolutku, powoli… Płakał nad nim cherubinek, a mgła rosła gęstą wokół ich dwojga.

Tak trwało długo. –

Aż rozsrebrzyły się czasu pewnego te gęste obłoki, ukazując im całą wielką pustynię.

zmartwychwstania najmniejszego z dzwonków.

Dzwonów tu było bez liku! Wielkich, małych, malutkich – cały cmentarz dzwonów. Nad każdym stał anioł smutny: cherubinek rozpłakany, lub serafin bolejący, że aż gwiazdy mrugały chyże, by łatwiej powstrzymać łzy szczerego współczucia. Bywało, nie mogą już, złociste, litości swej podołać: sypią się łzy gwiezdne, pyły zielonawe na pustkowie. Płacz jeden wstaje wielki nad martwemi dzwonami.

I oto na głos płaczących owych światów ozwało się coś w sercu naszego dzwonka – choć był to najmniejszy ze wszystkich. Zaczęło w nim serce tajać – aż rozśpiewało się, tłukąc niespokojnie w zmartwiały kielich. A któżby myślał, że najmniejszy z dzwonków tonem oddźwięczy wspólnym, wielkim tym światom Bożym. Tajemnica to Mistrza! –

Oto się już cherubinek dzwonkowy przez łzy uśmiecha… Im głośniej tętni serce, tem promienniej uśmiecha się piastun skrzydlaty, czując, że moc i w nim wzbiera.

Alleluja! Alleluja!… porwały go skrzydełka wzwyż. Lecz nie zapomniał o dzwonku: targnął z siłą niezwyczajną za kryształowe uszko. Alleluja! Alleluja! odśpiewał dzwonek. – Alleluja! Alleluja śpiewał wieżom kościelnym i niebu śpiewał w tę noc; i gwiazdom śpiewał, a było toż gwiazd bez liku. Coraz szersze kręgi zataczał: rosło w nim serce!

Spotężniała, wzbogaciła się pieśń w najmniejszym z dzwonków: aż porwały się za nim dzwonów i dzwonków rzesze. Stał się głos jeden wielki na powietrzu.

… ”Dzwonek mój… dzwonek, zaczarowany kielich mój przezroczysty; a przezeń widzę świat. Świat zawsze piękny: jasny, ciemny, deszczowy czy słoneczny. – Dziw wieczny. Bo sercem dzwonu – ja! Dzwon gra, jak serce gra!

Hej! oto mocą Zmartwychwstania wylatam na przestworza, by gwiazdom grać, by niebu grać, by dzwonom kazać z prochu wstać na nowych dni świtanie.

Hej! kiedy potem od zarania tłumiona wstanie zorza: nie wsparte pracą Bożą w grób skry się położą, zamarłych dzwonów lud. –

Hej… kiedyż w każdym wstanie cud? – połączy głos w chór pieśni, harmonię wniesie w wieczyście żywy byt?”

Gwiazdy mrugać przestały i jaśniej otwarły źrenice swe promienne: bo oto te z dzwonów, co najciężej na ziemię padły, najgłębiej w proch uwięzły, te właśnie wtórzyły głosem cichym, pełnym westchnień i modłów niewysłowionych, te najserdeczniej pieśni wtórzyły zmartwychwstania najmniejszego z dzwonków.

Z. Reutt-Witkowska

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str.7.

Rogier van der Weyden

Wielkanoc w sztuce malarskiej

Malarstwo nowej ery, zrodzone w ciemnościach katakumb, rozkwitłe na ścianach kościołów romańskich, uzupełniające poliptykami ołtarzów i tryptykami kaplic piękno gotyckich katedr, pozostawało długo w zależności od wymagań oficjalnej religji. Służyło wielkiej rewolucji, jaka dokonała się była na terenie ówczesnego świata cywilizowanego; miało utrwalać jej zdobycze, kształtować w jej duchu poglądy, suggestjonować uczucia i wyobrażenia. Ograniczone ściśle i skąpo co do tematu, trwało w ramach, których musiało się trzymać.

Sztuka zadawalała wspólne potrzeby społeczności; winna była zatem przemawiać językiem przyjętym, konwencjonalnym, wiadomym. Lecz jak Ś-ty Franciszek z Assyżu potrafił wnieść osobisty wdzięk, polot i gorącość uczuć w tężejące już kanony scholastycznej dogmatyki, przeistaczając religję formuł w żywy, płonący czyn i natchnienie, – tak silna i promienna indywidualność ludzka wielu malarzy średnowiecza i wczesnego Odrodzenia umiała wprowadzić własny, niepowtarzalny “ton” do powtarzanych i powtarzających się słów “pieśni”. Przypomnę choćby Fra Angelica i wcześniejszego od niego Giotta.

Oni i inni po nich zdołali, bez względu na narzucony przez zwyczaj temat, wypowiedzieć barwą, rysunkiem, kompozycją istotę swych artystycznych uzdolnień, upodobań i tę sztukę, tak bardzo objektywną, nasycić tchnieniem własnej indywidualności; i co ciekawsze, dać w niej syntezę upodobań i dążeń estetycznych swej epoki. Słowem – odtworzyć charakter własny i charakter swego wieku. Jego styl.

Z perspektywy oddalenia lat chwytamy wyraźnie osobliwości i typowość sztuki, czy życia. Kamienie: architektura i rzeźba, – barwy i linje – stają się czytelne i wymowne przez swą inszość. W tem dawnem ograniczeniu tematowem rodziła się może więcej, niż przy dzisiejszej dowolności i swobodzie wyboru, waga i znaczenie tak ważnego “jak” w sztuce. Jak rzecz swą wykonywa, w jaki sposób komponuje, jakie wartości barwy, rysunku, układu, zapełniania przestrzeni, rozmieszczania planów daje artysta?

„La Pietà” Giovanni Bellini, ok. 1460, Pinakoteka Brera

Co jest dla niego ważne: przewaga malarskości, czy rysunku; spokój, hieratyczność, czy ruch, harmonja, czy rozpierzchłość, niespodzianki i gwałtowność światła, czy jego równomierne, statyczne jaśnienie; wyraz człowieka jednostkowego, czy wyraz ugrupowania ludzi; przyroda, jako samodzielny byt, czy jako tło?

Zainteresowanie jakością wykonania wychodziło od społeczeństwa. Rzemieślnicy, mieszczanie, nie mówiąc o potentatach duchownych i świeckich, umieli ocenić walor swych artystów.

Ołtarz Gandawski, odsłonięty w r. 1432 na widok publiczny, sprowadza tłumy widzów, wyrażające głośno swe uwagi i zachwyt. Vasari i Van Mander niejednokrotnie wspominają o żywem przyjęciu, jakie obrazy doznawały u współczesnych. Sprawiała to bliskość sztuki życiu; bezpośrednie stykanie się tych ludzi epoki cechów z materjałem, z techniką pracy i duża jednolitość kulturalna społeczeństwa ówczesnego. Dzieło sztuki stało wśród społecznego środowiska, z którego się zrodziło.

W czasach nowożytnych, maszynowych, nastąpiły przepastne przesunięcia się warstw ludzkich. Artysta z tajemnicami swej techniki poszybował na szczyty Parnasu, – nieliczni poczuli się upoważnionymi do rozumienia go w pełni; zamknięty w muzeach, ukazuje się “szerokiej” publiczności w oderwaniu od zrębów życia. W mniemaniu tej publiczności powinien ją kształcić, podnosić, wzruszać. Przeciętny widz szuka w malarstwie literatury, słowa, fabuły. Pyta: co?

(Czasy obecne i w tej dziedzinie zwiastują zmianę. Malarstwo dąży do ograniczonego zrostu z architekturą; wraca do wnętrz, jako nowoczesny fresk w wielkich salach koncertowych, kongresowych, sejmowych, w domach ludowych, uniwersytetach, bibljotekach).

„Ołtarz Gandawski” Hubert i Jan van Eyckowie, 1432, Katedra Św. Bawona w Gandawie, źródło: niezlasztuka.net

Katakumby, ograniczające się do symbolów rysunkowych, nie wykształciły malarstwa ery chrześcijańskiej. Doskonali się ono w dwóch ogniskach Europy: na południu i na północy w wiekach XIII, XIV, XV i t.d., w kościołach, czerpiąc tematy, jak powiedziałam wyżej, z Pisma świętego.

Chrystus, – dobry pasterz z pierwszych fresków i mozaik średniowiecza romańskiego i bizantyjskiego, – w postaci swej niezatajonej, jako nauczyciel, pełen miłości lekarz, bezwzględny tępiciel zła, wreszcie tragiczny Zbawca świata – staje się naczelną postacią obrazów XIV i XV wieków. On i Jego najbliżsi. Dzieje Jego czynu, śmierci i zwycięstwa.

Niektórzy malarze, jak bracia Hubert i Jan van Eyck’owie, samą sprawę pozostawiają ukrytą w zasłonach alegorji. Dzieło ich zostało nazwane “Ołtarzem Zmartwychwstania”, lub “Ołtarzem Baranka”. Sławny ten i niezmiernie piękny ołtarz szafkowy, znajdujący się w jednej z kaplic katedry Św. Bawona w Gandawie, jest typowym przykładem kanonicznego potraktowania tematu, zawierającego w sobie bezdeń życia i bólu. Bracia artyści, czyniąc zadość żądaniu epoki – zilustrowali w siedmiu częściach ołtarza parafrazę wersetu Apokalipsy. Wprowadzając do obrazu bardzo wielką ilość postaci ludzkich, Chrystusa nie pokazali; dali tylko Jego symbol wielkanocny: baranka na ołtarzu wśród pełnej kwiatów łąki.  – Obstalunek ten, do którego odnieśli się z pietyzmem najwyższym i w który włożyli kunszt swój najdoskonalszy, posłużył im jako pretekst do wykonania arcydzieła, reprezentatywnego dla sztuki flamandzkiej pierwszej połowy XV w. Drobiazgowość i realizm szczegółów opanowane tu są przez szerokie, spokojne, pełne powagi i skupienia ujęcie całości; – świetne barwy lokalne podnoszą wrażenie wspaniałości kompozycji; doskonały rysunek i modelowanie nagich ciał Ewy i Adama stanowią o zupełnem przezwyciężeniu stylu średniowiecza.

Z flamandów XV w. Roger van der Weyden w reprodukowanym tu “Zdjęciu z krzyża” (1435 r.) wystepuje jako pełen patosu i siły dramatycznej człowiek uczucia. Obraz jego jest kwintesencją bólu; artysta daje mu bardzo różnorodny wyraz: Madonna zemdlona, o linji ciała równoległej do ciała Chrystusa, przeżywa mękę Syna przez współ-czucie. Na  stosunkowo wązkiej płaszczyźnie van der Weyden grupuje osoby, działające w jednym planie, zapełniając niemi doskonale przestrzeń. Układ ich jest harmonijny i niemal klasyczny (dwie postacie krańcowe); kompozycja całości przejrzysta i jasna, gotycko-stylizowany rysunek jest pełen wykwintu i czystości. Przy dokładności ci plastyczności wykonania takich szczegółów, jak suknie, zasłony, materje – czujemy podporządkowanie ich psychicznym czynnikom utworu. Żadna gadatliwość nie mąci napięcia dramatycznego; artysta osiąga działanie skupione i ześrodkowane.

„Zdjęcie z krzyża” Peter Rubens, 1611-1614, Katedra Najświętszej Marii Panny w Antwerpii, źródło: Archiwum Ilustracji WN PWN SA

Jakże inaczej został potraktowany ten sam temat przez Rubensa w “Zdjęciu z Krzyża” z katedry antwerpijskiej! Ciało Chrystusa – w świetle – spoczywa ciężko na białym płótnie. Stanowi ono centrum malarskie i centrum naszej uwagi. Spływa z krzyża ukośnie, po przekątni. Większość innych postaci pochłania cień. Apostoł Jan wspiera się pewną stopą o drabinę. Ludzie są tu mocni, o napiętych, wydatnych mięśniach. Są siłą, konkretnością, ziemią. – Bujny temperament Rubensa, bujność życia, które go otaczało, splendor, w jaki ubrali katolicyzm jezuici, – głośność i ruch – wszystko to wypowiada się w barwach jasnych, zmiennych, w bogactwie światła, w przebiegających przez cały obraz drgnieniach, ruchach, energjach, we fragmentaryczności i zjawiskowości tego dzieła. Uderza ono w nas jak akord urwany, – podczas gdy van der Weyden działa wytrzymaną fermatą. – Artysta – Rubens – zapomina o drobiazgach, pędzel jego staje się lekki, powiewny. Jesteśmy w pełni XVIII stulecia, dalecy od zwartych, spokojnych, systematycznych ludzi Renesansu.

Jeszcze krok, a staniemy przed obliczem wielkiego Rembrandta, przenikającego duszę ludzką i umiejącego nieuchwytnemi lśnieniami i przepastnemi cieniami malować istotę człowieka i jego tajemnic. – Chrystus zjawia się w dziełach jego powielokroć jako męczennik i potężny dusz kierownik.

Niesłychanie wysokie napięcie tragizmu w przedstawianiu ostatnich dni Chrystusa, umieli nadać malarze i rytownicy niemieccy. Albert Dürer, wprowadzający sztukę swego kraju z gotycyzmu na drogę renesansu, w wielkich cyklach drzeworytów (37 kart) i miedziorytów (16 kart), zamknął dzieje Męki Pańskiej. Technika graficzna sprzyja wyrazistemu i gorzkiemu ujmowaniu tematów ciężkich i ponurych. Dürer we wspomnianych “pasjach” przystępuje do zagadnienia w sposób bardzo ludzki i szorstko – prosty. Chrystus jest tu ścierpianym, umęczonym Człowiekiem, którego ciało zniekształciła męka. Pod względem formy artysta osiąga twórcze, nowe przedstawienie rzeczy; zdumiewa bogactwem pomysłów, swobodą i indywidualizacją ujęcia, czysto renesansową. Malarskość idzie w parze z plastycznością.

Jeszcze bardziej naturalistyczne  i ponuro przedstawia Mękę Chrystusa Grunewald w przepysznym ołtarzu z Isenheim. Zrozumienie grozy, wrażliwość na skurcz męczarni posiadali Hiszpanie: Ribera i przedziwny, jakby zwiastun dzisiejszej sztuki, El Greco. Niespokojny jego pędzel, bardzo swoisty sposób rozkładania świateł, odsuwają go daleko od umiejącego utrzymać się w renesansowym umiarze Ribery.

„Ostatnia wieczerza” Dirk Bouts, 1464-67, kościół św. Piotra w Leuven,
źródło: najpiekniejszeobrazyswata.blogspot.com

Sztuka odrodzenia, w której przejawił się par excellence duch włoski, nie dała we Włoszech groźnych, realistycznych obrazów męki Chrystusa. Talent kompozycyjny Rafael próbował siebie i na tym temacie: Mantegna rozwiązywał przy nim zagadnienia techniczne, – lecz sięgnięcie do dna nie stało się dziełem Włochów w tej sprawie.

Natomiast inny epizod z dziejów Chrystusa znalazł w malarstwie włoskiego odrodzenia swój mistrzowski wyraz: “Ostatnia wieczerza”.

Gdy się o niej mówi, – myślimy o Leonardzie z Vinci. Uszkodzone przez wilgoć arcydzieło, zachowało swą duchową siłę i potęgę niezrównanej koncepcji malarskiej. Leonardo, wbrew zwyczajowi, przedstawił w “Wieczerzy” chwilę po słowach Chrystusa: “Jeden z was mnie zdradzi”. To straszliwe jasnowidzenie uderza jak grom w zebranych u stołu. Zdumienie, przerażenie, pytanie. Ruch ciał, twarzy, rąk. Zamącenie w atmosferze wieczornika. Chrystus pośrodku, jedynie spokojny, dobry i ślicznym ruchem rąk wyrażający gotowość. Po bokach jego apostołowie, trójkami. W całości i nad nią – nieuchwytny, leonardowski czar mądrości i zrozumienia.

“Ostatnia wieczerza” była wdzięcznym tematem wielu obrazów. Niektórzy artyści czynili ją intymna i mieszczańską, jak np. Dirik Bouts, umieszczający akcję w domu flamandzkim i wprowadzający na ubocze wieczorniku współczesnych sobie, a nawet podobno siebie.

Do cyklu Wielkiej Nocy należą również obrazy, mające jako temat opłakiwanie Chrystusa przez Matkę. Obrazy te noszą sławną nazwę: “Pietà”. Zewnętrzną ich formą jest ciało Chrystusa, spoczywające na kolanach Marji. Niekiedy, jak w załączonym obrazie Giovanni Belliniego – Madonna pochyla się ku Synowi, stojąc przy nim. Śliczny jest gest współczucia i miłości, jakim zbliża twarz swą do twarzy Umarłego.

Triumf Chrystusa, pokonanie śmierci, – malowane wielokrotnie – nie dało w sztuce, poza ołtarzem Gandawskim, dzieła potężnego. Piękne są sztychy Rembrandta na ten temat. Lecz nawet Leonarda “Zmartwychwstanie” wydaje się raczej pomyłkowo przypisanym mu utworem.

N. Samotyhowa

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 3, str. 2-4.

włoski pałac

Księżycowa Pani

W r. 1816, to jest w czasie nawiązania interesującej nas korespondencji, księżna Karolina Jabłonowska miała lat trzydzieści. Dziewięć lat minęło już od chwili, gdy śliczna, idealna, jak kwiat świeża dzieweczka oddała rękę i serce równie młodemu, gdyż o dwa lata tylko starszemu od niej, pięknemu, miłemu księciu Ludwikowi, potomkowi jednej z najznakomitszych rodzin polskich. Gorąca miłość skojarzyła ten związek, dwoje ślicznych dzieci dopełniło szczęścia młodej pary, świetne stanowisko powołało ją do kraju, rajem ziemskim, zwanego. Niestety, Ludwik Jabłonowski, król złotej młodzieży włoskiej, pierwszy z „dandysów” wiedeńskich posiadał specjalny talent do marnowania świetnych zdolności, któremi uposażyła go natura. Fatalna namiętność do gry i kobiet zrujnowała go, zdyskredytowała wobec obcych i swoich, unieszczęśliwiła rodzinę, zatruła spokój domowy.

Gdy jakaś tancerka neapolitańska zawładnęła księciem w skandaliczny zgoła sposób, Karolina zniechęcona, zraniona, cofnęła się w zacisze swego domu, dojąc do siebie przystęp tylko kilku wiernym przyjaciołom i stworzyła sobie swój własny świat, skąd rzadko tylko wyrywały ją nieodzowne obowiązki reprezentacyjne, związane ze stanowiskiem jej męża. Ten, powracał niekiedy, żałujący i skruszony na łono rodziny, miewał fazy powrotnej czułości, ale niebawem zaczynał poziewać w otoczeniu tak różnem od światka, w jakim lubił przebywać i wracał znowu do hulaszczego trybu życia, zostawiając w sercu żony nową bolesną ranę. Ból wzgardzonego, a nigdy ponoć nie wygasłego uczucia strawił młodą kobietę, podkopał jej zdrowie i system nerwowy. Jedynie mistyczna religijność i skłonność do łagodnej i poetycznej melancholji pomagały znosić z rezygnacją niełatwą, skomplikowaną sytuację. A przytem pobyt w Neapolu nie był zbyt miły. Ta północna „księżycowa” istota nie znosiła instynktownie południa. Wrażliwa jak mimoza, wychowana w czystej atmosferze zacnego polskiego gniazda, później wykarmiona w Wiedniu „błękitnym” niemieckim romantyzmem nie mogła upodobać sobie w mieście jaskrawych kontrastów, skwarnem i gwarnem, kąpiącem się w złocie słońca i purpurowych łunach zachodu.

W zielonym jej salonie otwierano żaluzje dopiero wtedy, gdy łagodne światło księżyca zmieniało zatokę w zaczarowaną błękitną baśń. W tym zacisznym pokoju, gdzie na ścianie wisiał portret Kościuszki, a na pulpicie fortepianu leżały sonaty Beethovena obok sentymentalnych modnych walców, gdzie koło okrągłego stołu skupiały się biało odziane panienki, robiące robótki, a w fotelach drzemały siwowłose matrony. Gość mógł sądzić, że znajduje się w polskim dworze lub pałacyku na cichem wiedeńskim przedmieściu, a nie w stolicy dawnej Partenopy!

„Je vis à Naples, sans y être” – mówiła sama księżna.

Towarzystwo, które stanowiło dwór cichej królowej ” Regina di Chiaja” (na Riva di Chiaja stał pałac ambasady) była to „mała wieża Babel”, Cosmopolis, w którem przeważała stanowczo Północ: „lecher Nord”. Pierwsze miejsce zajmowała, rzecz prosta, rodzina. Wśród niej reprezentanci pierwszych imion w kraju, obnoszący po świecie czasem smutek wygnańczy, czasem próżniaczą nudę pięknoduchów. A więc naprzód matka: miła i łagodna Teresa z Czapliców Woynowa, wdowa po zacnej pamięci Franciszku – Ksawerym, ostatnim pośle Rzeczypospolitej dworu austrjackiego.

Siostra księżnej, Zofja, do której imienia przywarł epitet: „dobrej: la buona Zofia”, malarka niepośledniego talentu, tkliwa, cicha, dla drugich żyjąca, o szczęście ubóstwianej siostry więcej, niż o własne dbała.

Obie te panie bawiły prawie na stałe w Neapolu. Przyjeżdżała w odwiedziny pani niegdyś na Korcu, dziś w Rzymie zaklimatyzowana, wdowa po Józefie, księżna Stolnikowa Dorota z Jabłonowskich – Czartoryska, matrona, a zawsze jeszcze piękna, z wychowanicą Teklą sierotą po generale Weyssenhofie, którą tu właśnie za dyplomatkę austrjackiego ks. Rudolfa wydała. Była jej córka Klementyna ks. Sanguszowa, później tak ciężko przez los doświadczona, dziś szczęśliwa i dumna matka pięknych synów i cudnej córki: Doroty, której niezrównany wdzięk podbił serce szlachetnego florenckiego patrycjusza: Gina Capponi. Wraz z niemi zawitała na Riva di Chaja kuzynka, ks. Marja Wirtemberska, autorka słynnej „Malwiny”, szukająca ukojenia w sztuce i poezji dla swego zmarnowanego życia i patrjotycznego smutku. Z cudzoziemców widziałeś austrjaków, jak Gallenberga, małżonka ubóstwianej przez Beethovena Julji, melomana, dla owej pasji „Opętańcem” zwanego, był też miły stary markiz St. Clair i jego żona, legitymiści francuscy, ekscentryczna angielka lady Shelley – choć wogóle księżna nie lubiła tych turystów angielskich, zawalających ówczesną Italję – siadywała też u jej kominka „Bayard i don Kiszot rewolucji” generał Pepe. Tak różnolity bywał zespół wiernych bywalców „Zielonego Salonu”, zwany „ristretto”. Najmniej naogół był w nim tubylców: Neapolitańczyków.

Towarzystwo neapolitańskie, znane nam z opisów Stendhala, stało na bardzo niskim poziomie moralnym. Koło teatru obracało się całe życie, kobiety spędzały czas w lożach, mężczyźni za kulisami. Intrygi, plotki, romanse o skandalicznym zakroju rozwijały się na tym podkładzie.

„O Neapolu, gdzie jest twoja dusza?” zapytał Słowacki.

Dusza spała, wyczerpana do cna potwornym upływem krwi w pamiętnym roku 1799, gdy to rozegrał się, na tem samem tle, dramat krwawy i bajkowy „Rzeczypospolitej Partenopejskiej”. Nie tak dawno jeszcze zatoka tak barwna dziś i wesoła tonęła w dymie i kurzu krwi i pożarów, a na masztach okrętów angielskich Nelson, zbawiciel monarchji, wieszał zbuntowanych magnatów i „dystyngowane damy”. Dziś mówiono o tem jeszcze szeptem, zarówno jak o szaleństwach i skandalach przecudnej lady Hamilton, przyjaciółki niegdyś królowej. Wszystko, co lepsze i możniejsze wypleniono, zda się, do szczętu. Zostali, jak pisał ostrem swem piórem Abbé de Breme: „lazzaroni, maccaroni, Borboni!”

Karolina Bielańska

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str. 7-8.

torino-1220460_1280

Rodzina Państwa Bille cz.18

Siedząc przy lampie, pan Bille rozważał:

-Koniec końców, Juljo, dobry interes zrobiliśmy właściwie my. “Piaski” są warte przeszło dziewięć tysięcy franków. Wydzierżawiliśmy je. Możemy wziąć za nie przynajmniej sześćset. Widzisz, że to wcale niezła lokata! Nie mogę, pomimo wszystko, wyjść ze zdziwienia. Loriot nie jest idjotą…

Potem dotknął brwi.

-Nie jest idjotą, ale dla niego taka posiadłość – to tyle, co kot napłakał. Loriot potrzebuje rozmachu. Ach, ta młodość! Niech mię Bóg broni od podobnego prowadzenia interesów! Właściwie, przestaje się żyć. Żyje się w ciągłej gorączce. Jujlo, hę?

Pani Bille siedziała nieruchomo. Wpatrywała się w medaljon. Nagle wstała, trzasnęła drzwiami, mówiąc znacząco:

-Co za typ!

Pan Bille stropił się. Nagle zrozumiał. Wzruszył ramionami: Niepodobna przecież ciągle żyć z nieboszczykami!

Nazajutrz Julja była już spokojniejsza. Przystąpiono do interesu. Sprawa została uregulowana w przeciągu dwóch tygodni. Rejent, pan Chevrel, był człowiekiem nader taktownym. Uśmiechał się do obu stron. Nie zanudzano go pięć razy. Państwo Loriot i Bille byli teraz nierozłączni. Urządzali śniadania na trawie. Razem wybrali się do stolicy. Przy końcu miesiąca pan Bille własnoręcznie wywiesił ogłoszenie. Przedtem jednak zabrał z “Piasków” kilka droższych pamiątek: bieliznę, stolik do robót. Przedmioty te oglądano z głębokiem, serdecznym westchnieniem.

Minął tydzień, później drugi, a i trzeci minął śród smutnej pluchy jesiennej. Pewnego dnia odleciały jaskółki. Widziano, jak lecą dzikie kaczki. “Piaski” stały niewynajęte. Całe Pont-sur-Loir uśmiechało się złośliwie.

Pan Bille miał sny niespokojne. Mówił:

-Chciałbym podpisać kontrakt przed zimą.

A innym razem:

-Upewniam Cię, Juljo, że w tem coś się kryje.

Wreszcie pewnego wieczora, przyniósł hiobową wieść. Powiedział mu ją ostrożnie, w “Cafe de la Poste”, pośrednik, pan Loremois.

-”Piaski” – ależ ta buda nie nadaje się na mieszkanie! Kompletna ruina! Trzeba włożyć sześć tysięcy franków w odrestaurowanie, zanim się pomyśli… (tak mówiono w mieście). A główny powód: sąsiednie tereny zakupił tartak mechaniczny. Oczywiście – kolejka. A co za tym idzie – gwizdki. Nie mówiąc już o groźbie pożaru. Loriot wiedział o tem. Architekst również. A, kanalje! Wykorzystano poprostu jego łatwowierność, jego wyższość intelektualną…

Na panią Bille wystąpiły poty – potem wybuchnęła śmiechem! Ile w tem pogardy! Teraz rozumie! Bille’owie są obdarci, zrjnowani, obrabowali! I przez kogo! Przez rodzinę! Ślicznie! Bardzo uprzejmie! A on – ten głupiec, ten niedołęga! Jego wyższość?! Doprawdy, nie radzę ci z tem wyjeżdzać. Ależ taki człowiek – to zero, to mniej, niż zero! Co za klęska! Dobry Boże! Cóż to za klęska!

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 12, str. 16.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved