website-logo
house-2595582_1280

Rodzina Państwa Bille cz. 4

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 4

 

Rozległ się dźwięk dzwonka. Pan Bille pośpieszył na śniadanie. Pani Bille stała we drzwiach. Wargi jej poruszały się lekko:

– Pst!

– Hę? Co?

– Jesteś głuchy?…Pytam się, czy panna Josse może usiąść z nami do stołu?

– Mnie to nie przeszkadza – oznajmił pan Bille.

A gdy z potrawki zaczął unosić się delikatny, pachnący opar, pan Bille okazał się niezwykle łaskawym, rzucając na talerz z czerwonej laki elipsoidalne plasterki białego chleba. W międzyczasie skrytykował karafkę z wodą, oznajmiając, że świeżość jej jest „nader względną”. Następnie potarł ręką czoło. Zdawało się, że odpędza troski. Mówił „Napisałem do tego tam”, lub „Machin zanadto się rozbija. Muszę mu uszu natrzeć”. Pani Bille nie zwracała uwagi na gadaninę swego małżonka. Dyskutowała z panną Josse na temat, co da się zrobić z koronek, które odziedziczyła po babce.

Panna Josse zachowywała się bardzo taktownie. Piła dyskretnie, a przy pomocy noża nader zręcznie wyciągała szpik ukryty w dość pokrzywionej kości.  Ponieważ oznajmiła: „Niech pani będzie spokojna, zrobimy, co będzie można najlepszego”, pani Bille poruszyła się zgorszona.

– Ależ pani nic nie pije!

Lała wino z wysoka. Panna Josse uśmiechnęła się nieznacznie. Pan Bille dojrzał ten uśmiech, odpowiedział podobnym, wziął dwa ziarnka soli. W tej chwili słońce zbladło, zmiotło trójkąt słoneczny, zarysowany na posadzce.

– O, chmurzy się! ? powiedziała pani Bille.

– Tylko mała chmurka!

Rzeczywiście trójkąt słoneczny pojawił się nanowo. I zniknął po chwili.

Za oknem topole stały nieruchomo. Nad niemi unosił się delikatny białawy opar. Upał dokuczał nieznośnie. Pan Bille nieustannie sięgał po karafkę.

Podano deser. Pan Bille wybrał kilka owoców, opierając się o poręcz krzesła. Jakieś niezwykłe fluidy zaostrzyły jego zmysły. Nie wątpił już w zwycięstwo, które osiągnie nad panną Josse.

Ta zaś, zaróżowiona i spocona, dyskretnie łuskała orzechy lewą ręką. Lekka materja stanika pozwalała domyślać się rozkosznych kształtów.

Pan Bille wytrzeszczał oczy na wycięcie stanika. Dusiła go niecierpliwość. Dla zaspokojenia jej wyciągnął zegarek. W oddali zagrzmiało.

– Ach! ach! ? zawołała pani Bille. ? Nadciąga burza!

Pan Bille, siląc się na uśmiech, zerwał się i podbiegł do barometru. Wpatrzył się w ustawienie wskazówek na tarczy.

– Oczywiście. Śniło ci się.

Zagrzmiało po raz drugi.

-Widzisz! widzisz!

Panna Josse powróciła na swoje miejsce. Szyła. Świeży jej karczek przeświecał poprzez mgiełkę blond włosów. W tej pozycji wyglądała nieskończenie pociągająco. Pan Bille zerwał się. Nie mógł już dłużej usiedzieć. Nie ufano jego oznajmieniom! Pocóż więc pytać go o radę, jeżeli przed jej powiedzeniem nie ma się zamiaru brać pod uwagę jego słów?

Grzmoty następowały jeden po drugim. Pan Bille zmienił taktykę.

– Oczywiście – będziemy mieli burzę – czy jesteś zadowolona, żoneczko? – będziemy mieli burzę  – ale nie w tej chwili –  za jakie trzy, cztery godziny. Stąd do Guerneville idzie się najwyżej dwadzieścia minut. Oczywiście, krótszą drogą. Przecież u Toussel’ów nie będzie się siedziało całą wieczność. Ale trzeba się wybrać zaraz, natychmiast…

Emma siedziała przy stole. Bawiła się wiśniami.

„Ten dostanie, ten dostanie,

A ostatnio pozostanie!”

Zabrała głos.

– Ja chcę iść do Janki i Gustawa!

Pan Bille poruszył się.

– Co mówisz, kochanie?

Pani Bille wmieszała się również.

– Nie wtrącaj swoich trzech groszy!

Drzwi otworzyły się nagle. Zjawiła się w nich pokojówka. W lewym ręku trzymała talerz. Wycierała go energicznie, wołając głośno:

– Proszę Pani, deszcz pada. Takie olbrzymie krople, jak pięciofrankówki!

Wszyscy podbiegli do okna. Z ogrodu dolatywał szum. Krzewy różane gięły się ku ziemi. Burza nadciągała. Posypały się liście. Pan Bille poczuł, że otrzymał cios w samo serce. Była to chwila nader przykra. Powiedział głosem zmienionym:

– Kwestia jest wyczerpana?

Oczyma przeszył pokojówkę.

– Moje dziecko, obuj się. Nie lubię klepania pantoflami.

Burza szalała. Do szóstej blizko niebo zlewało ziemię strumieniami deszczu. Po oknem szumiał sztuczny wodospad. Pan Bille widział, jak wraz z kwiatami i liśćmi zamiera jego krótki moment rozkoszy.

Wieczorem rezonował:

– Trzeba było wyjść zaraz po śniadaniu. Burza byłaby cię zastała u Toussel’ów. I nie złamałabyś danej obietnicy.

Następnie dorzucił:

– Biedni ci Toussel’owie! Oto rodzina, którą się zawsze traktuje przez nogę!

                                                                                              d.c.n.

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 2, str. 9.

 

 

OPOWIADANIE CZ.3

Rodzina Państwa Bille cz. 3

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 3

 

            W poniedziałek panna Josse zjawiła się o oznaczonej porze. Miała popielate mitenki. Zdjęła je bez pośpiechu, potrząsając dwoma palcami zdobnymi w pierścienie. Poczęstowano ją białą kawą. Odmówiła. Panią Bille zachwyciła podobna wstrzemięźliwość.

              Pod oknem, w łagodnym świetle poranka, panna Josse nawlekała igłę. Nie spuszczano z niej oka. Jej wypłowiałe włosy miały miejscami ton prawie czarujący.

              Dwie perły w kształcie łez odciągały ku dołowi jej uszy. Prawdopodobnie miała piękne oczy. Jednak posługiwała się nimi nader skromnie.

            Pan Bille raczył zejść do jadalni. Powiedział „Dzień dobry Pani” tonem, który pani Bille uznała za przyzwoity. Pan Bille rzucił roztargnione spojrzenie. Następnie kilkakrotnie przebiegł pokój.

                O dziesiątej listonosz przyniósł dwa listy. Jeden z nich pochodził od węglarza, który proponował brykiety na nader przystępnych warunkach. Pani Bille, otworzywszy drugą kopertę, rozpaczliwym ruchem stuknęła się w czoło.

               – Sapristi! Umówiłam się na dziś z Toussel’ami!

                 Miało to miejsce przed dwoma tygodniami. Wtedy jeszcze nie było mowy o pannie Josse. Pani Bille była niepocieszona. Kilkakrotnie odczytywała list. Wreszcie oznajmiła:

               – To moja wina. Zapomniałam. Ale nie jestem dziś wolna. Zadepeszuję do nich.

                  Pan Bille zmrużył lewe oko.

                 Julja zrozumiała. Podniosła się z krzesła, mówiąc:

               – Idę po nożyczki.

                 Pan Bille zszedł do ogrodu.

                 Dyskutowano długo. Pani Bille podnosiła ramiona, mięła zawiązki czepka.

              – Niezmiernie mi przykro… Ale niepodobna… Pierwszy dzień… Konieczność dozoru… Toussel’owie zrozumieją.

                 Pan Bille był spokojny. Mówił rozsądnie. Od dawna znają podejrzliwość Toussel’ów. Podobna bezceremonialność nie usposobi ich przychylnie.

               Następnie, dość subtelnie, kpił z lekkomyślności niewiast. Dwa palce, jak omdlałe motyle, przykładał do czoła. Słowa jego, jak szmer wartkiego potoku przerywały uroczyste milczenie ogrodu. Nagle zrozumiał, że odniósł zwycięstwo. Julja skrzyżowała ramiona. Głowę skłoniła nieomal smutnie.

              – Masz rację ? powiedziała wreszcie. ? Wymknę się na chwilę pomiędzy drugą i czwartą.

                I znikła.

              Pan Bille śledził ją oczyma. Szła irysową aleją. Minęła róże, zatrzymała się przy jasnej plamie buków. W tej chwili pan Bille jednym uderzeniem pięści wsunął na głowę słomkowy kapelusz. Następnie skierował się ku krzakom berberysu i zielonej leszczyny.

            Anekdoty Severin’a unosiły się na tle nieba w kształcie nikłych sylwetek „niezbyt katolickich”. Zapach heliotropu i werweny śmiało pieścił jego nozdrza. Skrył się w cieniu. Widocznie jednak delikatne promienie słońca zdążyły wcisnąć się do jego kieszeni. Nagle poczuł, że krążą w jego ciele, jak małe, rozżarzone zwierzęta. Orzechy stały nieruchomo. W gęstwinie brzęczał szerszeń. Coś, jakby warczenie tajemniczego kołowrotka, snującego nić godzin.

              Pan Bille ośmielił się spojrzeć w głąb duszy. Zaczynał mieć nadzieję. Z początku dość nikłą. Zostanie sam. Wślizgnie się do jadalni. (Potrafi przecie nawiązać rozmowę).

                                                                            d.c.n.

 

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 2, str. 8-9.

 

grand-cafe-de-la-poste

Rodzina Państwa Bille cz. 2

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 2

PRACOWNICA IGŁY

 

             Pani Bille oznajmia:

            – Panna Josse przyjdzie w poniedziałek. Na próbę. Nie twierdzę, że będę z niej zadowolona. A jednak, jeżeli mam wierzyć paniom Gizel?…Czy zauważyłeś koronkową bertę Pauliny? Zresztą, mój drogi, chodzi mi przedewszystkiem o oszczędność. Pani Fonissot bierze piętnaście i dwadzieścia franków za fason. A robi?

            Pan Bille pod oknem przegląda dzienniki. Jest nader zaabsorbowany jakąś zbrodnią.

            – Słuchasz, Gasparze?

            „Tak”, które spływa z jego warg, spoza zaciśniętych zębów gwarantuje chwilę spokoju.

            Pani Bille szepce:

            – Prawdziwa czarodziejka z tej panny Josse!

            Nagle pan Bille uświadamia sobie w czem rzecz. Sumienie się w nim budzi. Podnosi się z miejsca, chwyta za krzesło:

            – Panna Josse u mnie? Nigdy, nigdy!

            Julja uśmiecha się. Jest pełna godności. Bez pośpiechu układa owoce na różową kompotjerę. Z owocem w dłoni mówi:

           – Prawdopodobnie chodzi ci o kwestię moralności! Ach, jesteście nieporównani! (Jak gdybym nie znała mężczyzn!) Nie macie pojęcia o naszych kłopotach. Wyobrażacie sobie, że drobne zawikłania codziennego życia, to tylko dziecinne zabawki! Chciałabym widzieć was na naszem miejscu?

            – Ależ?

            – Chwileczkę. Zanim się zdecydowałam na ten krok, zważyłam wszystkie ?za i przeciw?. Doprawdy, Gaspardzie, bawisz mnie! Czyż naprawdę jesteśmy wyżsi od Dalibert’ów?

            – Pozwól, żona Dalibert’a?

           – Cóż masz przeciwko Konstancji? Zamilknij ? wolę już, żebyś nic nie mówił! Panna Josse szyje u Dalibert?ów i są z niej zadowoleni. Ach, mój przyjacielu, ty, który Bóg wie po jakiemu!…ty nie powinieneś się nigdy mieszać do takich spraw!

             Pan Bille jest zmieszany. Żałuje, że poruszył tę kwestję.

            Obecnie wycofanie się jest już trudne. Obu rękoma mnie dziennik. Jego zastrzeżenia nie są już szczere. Przedłuża walkę jedynie z dumy. W głębi duszy marzy o szturmie, który go obezwładni.

            Oto i on.

         – Bądź spokojny. Niemniej od ciebie dbam o nasz honor. Tylko, że ja jestem praktyczna. A zresztą, mój drogi, gdy się nie wnosi nic do wspólnego gospodarstwa – należy mieć tyle taktu, żeby nie otwierać ust.

           Cios jest dobrze wymierzony. Pan Bille wychodzi, trzasnąwszy drzwiami. Biegnie do ogrodu. Wściekły, ścina laską białe pokrzywy. Zagniewanem spojrzeniem obrzuca podwórko. Przechadza się po żwirze. Łamie słonecznik. Ta egzekucja uspokaja go. Pan Bille wpada w nastrój melancholijny. Nastrój ten zachowa do wieczora.

           O trzeciej pan Bille wychodzi ze swego pokoju. Zmierza ku „Café de la Poste”. Słońce praży. Pan Bille idzie wzdłuż cieni rzucanych przez domy z czerwonej cegły. Dwie niewiasty oglądają odrzwia kościelne, ciągnąc za sobą zakurzone rowery. Nad kołnierzykami męskiego kroju wiją się blond włosy.

        Pan Bille szepce: „Znowu te djablice angielskie!” Na widok  „Café de la Poste”, oddycha z ulgą. Severin, jak zwykle, jest już na stanowisku. Starannie słodzi swój absynt. Kiedy Bille wyciąga do niego rękę, mruczy:

          – Boże, co za bezczelność!

            Gaspard kładzie laskę na dziennik.

          – Mój drogi, tych przyjemniaczków należałoby spalić żywcem.

        Aby uniknąć pyłu z ulicy obaj opuszczają taras i zajmują stolik w głębi kawiarni. Dwaj przyjezdni goście grają w domino. Z sali bilardowej dochodzi hałas. Pociąg towarowy skarży się żałośnie.

            Severin tasuje karty.

         – Cóż nowego?

         – Ach, mój stary?

           Zajście zostaje opowiedziane. Severin jest przyjacielem Bille’a od lat dwudziestu. Nie ukrywano przed nim niczego prawie. Potrząsnął głową, jak gdyby chciał zrzucić ją na ziemię.

          – Doprawdy? Ależ masz najzupełniejszą słuszność! Panna Josse ? to szmata!

            Posypały się anegdoty. Padały gęste, przeplatane uderzeniem kul bilardowych, dudnieniem biegnących szybko kół. W snopie promieni słonecznych wtórowało im kilka much.

           I nagle, niezwykle interesujące stały się damy gotujące tapiokę, pasterki z ukwieconymi laskami – cały ów mały światek z afiszów, tak barwny, tak młody, świat – który reklama wyczarowuje na czterech ścianach knajpy.

            Pan Bille poczuł że jego zły humor topnieje.

            Strząsnął fajkę.

          – Ach, mój drogi! Cóż to za piękny dzień!

         Dzień ów brał go w swe posiadanie, rozlewny i wspaniały, wraz z niepojętemi, niejasnymi uczuciami. Wypił skrawek nieba odbity w szklance wody. Promienie słońca, jak cieniutkie szpady z polerowanego złota, przeniknęły delikatną tkankę jego serca.

            Szepnął:

           – A, czegóżbym nie zrobił dla miłego spokoju!

            Severin „markował” króla. Odrzekł:

           – Oczywiście.

            Następnie, gdy już słońce schyliło się ku zachodowi, odprowadził Gasparda do domu. Jeszcze na ulicy poczuł pan Bille zapach pieczeni cielęcej. Nie mógł się powstrzymać od okrzyku:

          – Moja żona miewa czasami dobre pomysły.

             Przy stole Gaspard zacierał ręce. Julja znowu stała się uprzejma. Emma ćwierkała, jak wróbel. O pannie Josse nie mówiono więcej. Tem niemniej odkładano chwilę zapalenia lampy, jak gdyby w obawie, że się ją wtedy ujrzy.

             Przy serze, pani Bille powiedziała głosem pogodnym:

           – Wiesz, wiatr złamał słonecznik.

           – Bydlę!

             Pani Bille pokazała mu język. Gaspard zagrał na nosie.

             Emma zaczęła się śmiać serdecznie. Po takich zdarzeniach okazywano jej zazwyczaj bezgraniczne pobłażanie.

 

                                                                       d.c.n.

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 1, str. 8.

 

shutterstock_674496517

Rodzina Państwa Bille cz. 1

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 1

PORANEK

             Słychać szum wiatru. Promień słońca musnął szafę. Za oknem topola potrząsa tysiącem drobnych liści. Pani Bille podnosi się z łóżka, podchodzi do gotowalni. Idąc, przeciąga się. Palce jej bosych stóp kurczą się jak piskorze przy zetknięciu z gorącą fryturą. Podnosi dzbanek, rzuca krótkie „znów cieknie”, następnie nerwowym ruchem popycha miseczkę na mydło. Woda, gąbka, fajans – wszystko to natychmiast wprawiła w ruch. Powstał ładny hałas! Pan Bille śpi jeszcze. Jego kołdra marszczy się w szereg drobnych wzgórków. Pan Bille oddycha ciężko, przez nos i gardło. Nagle otworzył oczy: ujrzał olbrzymie równiny; koza wyciąga pyszczek po źdźbło trawy, które jej podaje wieśniaczka strojna w długie wstęgi; markiz i markiza tulą się do siebie miłośnie; przedziela ich pasterz, który, okrakiem siedząc na beczce dmie w kobzę, aż policzki mu nabrzmiały. W głębi rysują się wiatraki – bardzo białe, bardzo sztywne, o nieruchomych skrzydłach. Pan Bille wpatrzył się uważnie, poznał firanki, mruknął:

                – Ależ hałasujesz, kochanie, przy myciu!

                  Odcięła mu krótko:

               – Mój drogi, nie słyszysz swojego chrapania!

                 Zamilkli oboje. Żadne z nich nie miało ochoty przedłużać rozmowy. Czuli dla siebie rodzaj lekkiej pogardy. W rzeczywistości kochali się tkliwie.

                  Pan Bille jest człowiekiem dużej wartości. Przez lat piętnaście był ozdobą urzędu pocztowego. Dwa drobne spadki, które otrzymał, i ruptura skłoniły go do przedwczesnej bezczynności.

                  Obecnie lubi przerzucać książki. Nie zapoznaje poezji. Twierdzi, że Musset powiedział kilka ślicznych rzeczy o pelikanach. Lamartine’owi zawdzięczamy jezioro „nie powiem nic ponad to”. Ale Wiktor Hugo… przedewszystkiem Wiktor Hugo.

                   Pan Bille cytuje „les confitures”, „le cercle de famille”, „l’enlizement”. Przy sposobności nie opuszcza wierszy, przedstawiających duchowieństwo w niezbyt pochlebnych barwach. Wszystkie damy machają wtedy rękami (sza! sza!), jak gdyby chciały opędzić się od much. Wskazujący palec grozi.

                – Panie Bille, panie Bille, pójdzie Pan do piekła!

                  Pan Bille konkluduje:

                – Cóż to za żartownisie ? ci poeci!

                  Krzyżuje ramiona. Wpatruje się w dal. Pan Bille jest filozofem. Nabrał pewnego tiku w oczach i marszczy czoło. Dowodzi to, że pan Bille jest człowiekiem myślącym. W Noyelles mówią wszyscy:

                – Panie Bille, pan, który wie wszystko, powiedz pan…

                  Pani Bille odsłania firanki. Kozy zaczęły kuleć, wiatraki skurczyły się, twarze skrzywiły w grymas. A potem słońce zalało pokój. Cudowny jest ów kwadrans, gdy pan Bille rozkosznie wyciągnięty, czując, że mu nogi wypoczęły, jasnemi oczyma śledzi, jak żona się ubiera. Mój Boże! Ileż w tem bezużytecznych wzruszeń! Topola za oknem drży. Pusty wózek mleczarza dudni po bruku. Dwa koguty uparły się zwiastować świat. Pan Bille oznajmia:

                 – Koguty są zupełnie głupie!

                   Następnie siada. Bezmyślnie gładzi gardło. Pani Bille nie odzywa się ani słowem. Myśli.

                – Pamiętajmy: czwartek. Rzeźnik bije dzisiaj! – „Ten wiatr, cóż to za klęska!” – „Pani Fifre odniosła tylko 6 chusteczek. Wytrącić z tygodniowego rachunku!”

                   Nagle.

                – Gaspard!

                 – Juljo!

                 – Czy byłeś u ślusarza?

                 – Sapristi!

                 – Spodziewałam się tego. Jesteśmy zdani na łaskę złodziei. Te drzwi  otworzy nawet dziecko!

                  Pan Bille:

                 – Zajdę do niego.

                 – Mniejsza o to. Nie liczę na ciebie. Jesteś niemożliwy.

                  Pan Bille prostuje plecy. W ten sposób łatwiej znosi grad drobnych strzał. Wreszcie uśmiecha się tchórzliwie.

                  Uśmiech ten do rozpaczy doprowadza Julję. Kładzie kaftanik, czepeczek, wybiega szybko, trzasnąwszy drzwiami. Pan Bille sięga ręką po buty. Nuci: „Tu – tu -tu -tu -tu -tu” Chce udać obojętnego. W głębi jest trochę poruszony. Starannie myje uszy, zęby, paznogcie. Skrapia szczotkę jakimś kosmetykiem. Lustro odbija jego postać. Mówi mu o jego różowej cerze, mięsistym nosie i rzadkim zaroście. „Tu – tu -tu…”

                 Egzamin wypadł pomyślnie. To usposabia go do ustępstw. Jujla jest kobietą rozsądną. Należy przezwyciężyć apatję, którą mu wyrzuca. A zresztą, czy Jujla jest zdolna go zrozumieć?

                 Przed domem wita go cudowny poranek. Kałuże lśnią w piasku. Wiatr chwilami się wzmaga. Topole kołyszą się, jak gdyby chciały wymieść niebiosa. O, ileż tu zielonych śliwek, ileż czereśni białych jeszcze! Zasypały ziemię, pomieszane z gałązkami kasztanów i begonji.

                 Pani Bille siedzi pod parasolem. Pan Bille poznaje ją po fioletowym szalu. Podejść? Oczywiście! Właściwie nie ma czego się obawiać. Pani Bille pije kawę. Sześć okruchów pływa w starej filiżance, którą mąż zna tak dobrze.

               – Jakże apetycik?

               – Nie rozmawiam z tobą. 

               – Dobrze. Siadam.

               – Jak chcesz.

                Chmiel zacieśnia widok. Tu i ówdzie między gałęziami buków tworzą się szczeliny. Wzrok biegnie het, ku pagórkom po drugiej stronie rzeki. Oto wierzchołek drogi, kominy fabryki Goberta, a w głębi stare cedry parku Andrieu’go. Pani Bille kończy jeść swoje okruchy. Zdaje się być niezadowolona z całej okolicy. Krzyk?Jak strzała biegnie Emma, za nią Bismarck, czarny pudel. Nie widać ich. Z prawa i z lewa rosną gęste krzewy. Pani Bille mówi:

              – Trawa jest wilgotna, zaziębi się.

                Pan Bille prosi:

              – Zostaw ją! Śmieje się tak serdecznie!

                 Z za buków wybiega Emma. Dwiema rękami przytrzymuje delikatnie piersi. Przy niej kroczy Bismarck, uszy spuszczone język wyciągnięty.

                Pani Bille mruczy:

               – Nie widzi nas. Zrobimy jej niespodziankę.

                Panu Bille rozszerzają się źrenice:

               – Właśnie! Niespodziankę!

                Myśli : „Zapomniała o ślusarzu. Pójdę do niego niebawem.” Jest miło. Po stole łażą drobne muszki, siadając na plamach po kawie. Słychać ćwierkanie wróbli i szum gałązek chmielu, osuszonych słońcem. A topole osypują ziemię śniegiem swych białych, miękkich jak wata nasion, jak gdyby z nieba, jeszcze wilgotnego, okruchami spadały białe chmury. Emma zbliża się. Podskakuje. Macha rękami. Lewą nogą posuwa odłamek krzemienia.

                Pani Bille szepce:

              – Och, smarkata, w tym miesiącu skończy osiem lat.

                Pan Bille powrócił do łaski. Wzdycha z ulgą, mówiąc:

              – A tak?

                                                                       d.c.n.

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 1, str. 7-8.

 

 

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved