website-logo
komunia

Rodzina Państwa Bille cz.16

Emma nie chciała umyć zębów. Gdyby przez roztargnienie przełknęła kropelkę wody, skalałaby świętość, do której miała przystąpić.

Tualeta nie była przynajmniej jej obojętną. Zachwycała się swoją sukienką, kapeluszem, welonem. Już od wczoraj wieczorem odbarowywano ją ślicznemi upominkami. Od kapitana Conseil dostała piękną księgę rozmyślań, ze wspaniałemi ilustracjami, przykrytemi bibułką. Uprzedzono Emmę, żeby przewracała je bardzo ostrożnie. Pani Severin ofiarowała jej różaniec. Zwrócono jej uwagę, że paciorki są z kości słoniowej a łańcuszek ze starego srebra. Wreszcie ciotka Loriot obdarowała ją pięknym medalikiem, na którym złoto trzech odcieni łączyło się ze sobą nader harmonijnie. Nie liczyła już nawet obrazków z żelatyny, które kilka pobożnych starych dziewic wymalowało na jej intencję. Obuto ją, ubrano, zapięto. Emma bezustannie szeptała modlitwę.

Nagle uderzono w dzwony. Dźwięk ich przeleciał powietrze poważnym rytmem modlitwy. Ruszono w drogę. Uprzejme słońce nadało ulicom wygląd odświętny. Podobne do komunjantek białe chmurki również zdążały ku kościołowi.

Emma odnalazła przyjaciółki. Zajrzała do kaplicy. Przystrojono ją z niebywałym przepychem. Lilje i azalje ozdabiały cały ołtarz. Świece rzucały swe drżące, złote języczki. Każda komunjantka dostała do rąk świecę. Musiała ją trzymać bardzo wysoko, by nie pognieść welonu towarzyszki, który lada podmuch wiatru wydymał nader dziwacznie.

Emma stanęła, jak wryta, wobec uderzającej piękności Zuzanny. Zuzanna wyglądała, jak nie z tego świata. Klęczała z twarzą ukrytą w dłoniach tak pochylona, tak skupiona w sobie, że Emma z rozpaczą uświadomiła sobie, że nigdy nie dojdzie do takiego stopnia pobożności. Nastrój poważny rósł z każdą chwilą. Starano się nie słyszeć hałasu, jaki czyniły przybyłe rodziny. Świece chwiały się jak cudowne kwiaty na śnieżnem polu. Patrzyły na to cokoły, witraże i zadowolone, radosne oblicza. Promienie słońca siały przepych szlachetnych kamieni. Organy huczały. Słychać było głos siostry Anieli:

“Łączmy się, o niebiańske zastępy”

“Głośmy wiarę, nadzieję i miłość!”

Emma podniosła twarz. Ogarnęły ją wątpliwości. Pytała się siebie:

-Czy jestem pewna, że mogę przystąpić do Pierwszej Komunji?

I rzeczywiście, nie była tego pewna. Przypomniała sobie, że jeszcze dziś rano ofuknęła pokojówkę: “Śpiesz się”, tonam zniecierpliwionym. Oczywiście, popełniła grzech powszedni. Na szczęście, pamiętała, w jaki sposób zaradzić złemu: akt adoracji. Nachyliła się, usunęła na bok, bijąc się w piersi. Niektóre tony organów dodawały jej otuchy, inne znowu doprowadzały ją do rozpaczy. Czuła, że wokoło niej panuje ruch, że śnieżne pole posunęło się naprzód, że i ona, wraz z innemi, pobożnie ujęła rąbek obrusa, wyciągnęła język, poczuła na nim cudotwórczy chleb, a dostąpiwszy nagle łaski, miała wrażenie, że cała jej istota zamienia się w substancję delikatną, wybraną, niepojętą dla świata, który od tej pory powinien ją czcić narówni ze świętemi i z męczennicami.

Kilka kobiet płakało. Inne wraz ze swemi dziećmi przystępowały do Stołu Pańskiego. Oficjant miał niemało roboty: rozdawał Komunję bezustannie. Pomimo tego, mała jego złota waza zdawała się niewyczerpana. Nagle Emma przypominała sobie, że może wreszcie poznać rodziców Zuzanny.

I rzeczywiście odnalazła ich. Pani Lievin była to niewiasta prosta. Nosiła popielate mitenki i podczas mszy o uproszenie łaski gryzła ciastka. Woźnica kiwał się na obie strony. W ręku trzymał olbrzymi odświętny kapelusz. Emmie wydał się on niezwykle wspaniały.

Śniadanie było doskonałe. Ojciec Teotym zajął miejsce przy najbardziej uprzywilejowanym stole. Zręcznie manewrował widelcem. Siostry bezustannie mrużyły oko, co miało oznaczać, że nie należy rzucać nań zbyt częstych spojrzeń.

Nie chciano rozstać się z upominkami. Różańce, obrazki pokrywały stół. Przy deserze rozdano ozdobne cukierki, w których pomiędzy dwiema słodkiemi pastylkami tkwiły głęboko moralne sentencje łacińskie. Radzono dziewczynkom, by przed schrupaniem cukierka zrobiły znak krzyża.

Słońce wtargnęło do reflektarza, jak promień otuchy z nieba. Kremy, owoce, wafle – wszystko to kazało myśleć o wieczystych rozkoszach rajskich. Panna Armandine oznajmiła:

-Najpiękniejszy dzień w życiu!

Od rana już napełniała różami kosze z wikliny. Zorganizowała też procesję. Nie pozwoliła sobie na minutkę spoczynku. Procesja przeszła wzdłuż parku, poprzez wąskie alejki, uśnieżone delikatnemi kwiatami akacji. Na każdem skrzyżowaniu uśmiechały się święte dziewice lub woskowe Jezusiki.

Gdzieniegdzie w świeżej zieleni gałęzi, zamigotał krzyż metalowy, wyzłocony słońcem. Malutkie dziewczynki, ufryzowane, kędzierzawe, ubrane na biało, posypywały kwiatami drogę, którą niesiono Święty Sakrament. Panna Armandine wołała:

-Tędy, tamtędy, na prawo, na lewo!

I ona była biało ubrana. Miała też muślinowy biały welon i nader dziwaczne ruchy. Święte Anioły były jej posłuszne na najmniejsze skinienie jej palca lub zmrużenie oka. Głosem przyciszonym upewniano, że panna Armandine na jesieni rozpocznie nowicjat.

Wreszcie Emmę oddano rodzinie. Na pożegnanie serdecznie ucałowała Zuzannę, która prosiła:

-Przyjdź mnie odwiedzić. Będziemy się bawiły w klasy.

Emma odwróciła się, machając rękami, wylała parę łez. Nie mogła przemówić słowa. Państwo Bille instynktownie uszanowali to pobożne milczenie. Szli wzdłuż kanału. Wieczór był chłodny, spokojny. Topole rzucały nieruchome cienie. Nagie maszty wielkich okrętów zlewały się z drżącemi liśćmi. Marynarze śpiewali. Przekupka wafli szkła, dzwoniąc grzechotką. Emma spotkała kuzynka. Szedł uzbrojony w małą procę – wybierał się na polowanie na wróble. Nie przemówiła do niego słowa. Uważała, że jest utworzona z materji o wiele wyższej. Wreszcie słońce zbladło na tle mglistego nieba.

Wieczorkiem Emma zasmuciła się, gdyż kazano jej zdjąć białą sukienkę. Skończyło się. Już nigdy nie przystąpi do pierwszej komunji. A potem, nie jest pewna, czy rodzice pozwolą jej bawić się w klasy przed domem Zuzanny Lievin?

Modliła się:

-”Boże sprawiedliwy, Boże wszechmocny, spraw, byśmy zawsze żyły w stanie łaski”.

Usnęła.

Anioły unosiły się nad nią.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 11, str. 12-13.

katusze

Rodzina Państwa Bille cz.15

Żywoty świętych.

Dziewczynki siedzą w ogrodzie sióstr, wokoło chropowatych stołów z niemalowanego drzewa. Drobne kropelki żywicy lepią się do palców. W cieniu olbrzymiego ligustra kryje się gipsowy posąg Najświętszej Dziewicy. Słońce pieści jej aureolę z pozłacanej miedzi. Lipy sieją wokoło swe delikatne kwiatki. Wiaterek rozwiewa włosy pięćdziesięciu główek. Siostra Aniela czyta głośno. Między dziewczynkami krążą piękne ilustracje.

Oto Blandyna. Rudawe lwy ogryzają jej palce u nóg. Oto Dionizy. W obu rękach niesie głowę. Oto Jerzy. Niedbałem uderzeniem lancy powala smoka. A tu Paweł, Piotr, Koletta, Cecylja, Barbara, Dionizja…

W drżącem świetle słonecznem wyraźnie odbijają postaci świętych dziewic, przybranych w białe lniane szaty. Postaci ich wynurzają się z gęstwiny krzewów, zarysowują na skrzyżowaniu ścieżek, biegnących ku małemu sadowi, w którym wiśnie zaczynają dojrzewać. Dziewice te gorąco kochały Jezusa. I dla niego śmierć poniosły. Niektóre z nich były niezmiernie bogate. Inne niezwykle piękne. Mogły poślubić pięknych rycerzy. Mogły stroić się w złote bransolety i kolje z pereł. Wystarczyło szepnąć słowo…

Ponieważ nie szepnęły tego słowa – bito je, krępowano im ramiona, wypalano te śliczne oczy. A potem ucięto im ich śliczne główki…

Siostra Aniela zapewnia:

-Kościół, który wyrósł na krzyżu, karmi się cierpieniem swoich dzieci. Kościół podobny jest winnicy, która ugina się pod ciężarem winnych gron dopiero wtedy, gdy przedrze ją żelazo.

Cud! Dziewice nie umarły! Dziewice przechadzają się po niebie: strojne są w białe róże. Suknie ich podtrzymują piękne srebrne pasy. Święte dziewice widzą przez szczeliny wszystko, co się dzieje na ziemi. Świeży ich oddech porusza liśćmi platanów i topoli. Oczy ich sieją blask. Dziewice krzyżują ramiona. Czasami śmieją się. Rzekłbyś, chór anielskich harf.

A więc dziewczynki rozumieją teraz, że i cierpienie może być błogosławieństwem. Słychać uderzenie skrzydeł. Szum sukien. Anioł Stróż mówi cichym głosem. Nie widzimy go, ale wargi jego mają zapach łąki, poziomek i słońca.

Pnące róże owijają pień poważnej sosny i czynią starość jej radosną. Z rowu, zarosłego białemi pokrzywami, bezustannie dochodzi cichy szmer. Widać szczyt muru. Ozdabiają go odłamki białego i czerwonego szkła. O, jakie dalekie jest miasto! Bezbożne miasto nie przenika do ogrodu klasztornego. Obecność jego zdradza zaledwie kilka cienkich smug dymu. Czyż za chwilę nie ujrzymy liktorów o zachmurzonych brwiach, zakutych w zbroję, strojnych w kaski, ozdobione czarnymi piórami? Czyż nie usłyszymy potężnego chrzęstu  ich broni? To znaczyłoby umrzeć!… Dobrze, więc umrzeć – mniejsza o to! Umrze się, szepnąc imię Jezusa; przecież niedługo nastąpi przebudzenie! białe chmury pieszczą stopy! białe róże… pasy srebrne…muzyka harf…

Zuzanna Lievin siedzi nieruchomo. Skrzyżowała ramiona. Źrenice jej błyszczą przedziwnie. Siostra Aniela zamilkła. Właśnie zadzwoniono na pauzę.

Zuzanna zebrała kilka przyjaciółek. Zaproponowała im:

-A gdybyśmy się tak nauczyły się cierpieć…

Wszystkie przyklasnęły tej myśli. Uczyniono kilka prób. Janka Sorel miała przez pięć minut stać na lewej nodze. Marta Dupin poprosiła jedną z koleżanek o wyrwanie jej kilku włosów. Zniosła to z uśmiechem. Tylko powieki drżały jej lekko. Klementynę Jacquot uszczypnięto do krwi. Nie była w stanie powstrzymać okrzyku bólu. Potraktowano ją z pogardą. Emma zniosła te same katusze z niewypowiedzianem bohaterstwem. Zuzanna Lievin chciała własnoręcznie zadać jej cierpienie. Zacisnęła zęby, by móc uszczypnąć silniej. Emma nie pisnęła nawet. Zuzanna zawołała:

-Jesteś dzielna!

Pochwała ta była bezcenna.

Sama zaś Zuzanna zakasała rękaw, wyjęła z fartuszka szpilkę. Uśmiechnęła się. Była spokojna. Dziewczynki zadrżały. Zamknęły oczy. Gdy otworzyły je, Zuzanna wciąż się uśmiechała. Wyciągnęła ramię, na którem błysnęła kropelka krwi.

Zuzanna po raz drugi zbliżyła szpilkę. Wołano na nią:

-Dosyć!

-Błagam cię!

-To boli!

Opuściła powieki, powiedziała głosem uroczystym:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Bo wy nie wiecie jeszcze wszystkiego. Siostra Aniela nie powiedziała wam. Czy znacie historję Agnieszki?

-Nie.

-A więc Agnieszka była to dziewczynka niewiele co starsza od nas – o, nie tłoczcie się! Powiedziano jej: “Moja dziewcznko, będziesz służyła fałszywym bogom!”. Odrzekła: “Tak, tak, liczcie na to!” wtedy zaprowadzono ją do miejsc zakazanych…

-Dokąd?

-Do miejsc zakazanych… Nie mówię chyba do głuchych. Było tam tylu młodzieńców. Ale Agnieszka nie patrzyła na nich. Kpiła sobie poprostu z tych młodzików. Więc…

-Więc?…

-Wtedy poddano ją rozmaitym katuszom, a wreszcie ucięto głowę. No i tak…

Dziewczynki milczały. Może w duszy pragnęły, by złośliwie osy zadawały im śmiertelne ukłucia. Platany, topole, podobne do świętego Sebastjana, z rezygnacją przyjmowały grad strzał słonecznych. Gipsowy posąg Najświętszej Panienki wyciągał ramiona, wzywając błogosławieństwa niebios…

Gdy noc zapadła, Emma nie myślała o śnie. Z niewymownem bohaterstwem gryzła palce. Marzyła o Zuzannie. Co za szczęście, gdyby jutro mogła jej pokazać prawdziwą, wielką ranę!

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 9, str. 11/ nr 10, str. 14.

Rodzina Państwa Bille - cz.14

Rodzina Państwa Bille cz. 14

Emma nie mogła zasnąć. Składała dłonie. Przeżywała chwile ekstazy.

-Boże mój, przecież Ty możesz wszystko! Chcesz mi wyświadczyć łaskę i pozwolić na przyjęcie Twego ciała i krwi. Spraw, niech Zuzanna zechce mię pokochać. Mój Boże, Ty znasz Klementynę, Ty wiesz, że nie mogę jej kochać tak, jak kocham Zuzannę. Boże mój, nie chcesz chyba, żebym w jej towarzystwie przystąpiła do Twego Stołu! Najmilsza Panienko, natchnij Swego Syna! Zmiękcz serce Zuzanny! Panie mój, kochać Cię będę wiecznie!

Świt przyniósł jej sen. Ubierając się, Emma zdobyła się na niezwykłe postanowienie. Zimno dotknęła dłoni Klementyny. Podczas rekreacji podbiegła do Zuzanny Lievin. Tamta nie okazała najmniejszego wzruszenia. Palce jej biegły wzdłuż pnia platana. Machinalnie zatrzymywała się na każdej szczelinie kory.

Mówiła:

-Chętnie przyjmę cię za siostrę, ale do niczego nie chcę się mieszać. I  bez tego zarzucają mi lekkomyślność. To wywoła moc historyj. Urządzaj się, jak chcesz.

Emma nie zniechęciła się. Brała wszystko na swoje barki. Przedewszystkim uprzedziła Genię Chantevielle. Ta zdawała się nie rozumieć. Powieki jej drżały, jak skrzydła motyla, gotowego do lotu. Nagle policzki Geni pociemniały.

-Dam ci kapelusz dla lalki – obiecywała Emma.

Genia została przekupiona. Klementyna jednak okazała więcej oporu. Wylewała potoki łez i nie kryła się z zamiarem opowiedzenia wszystkiego pannie Armandine. Powstał ładny hałas. Panna Armandine pośpieszyła z pomocą. Emma nie chciała ustąpić. Daremnie ukarano ją odebraniem wstęgi Świętego Anioła. Obojętnym wzrokiem przypatrywała się temu pohańbieniu. Zwrócono się do Zuzanny Lievin, by zechciała dokonać wyboru. Zachowała neutralność. Patrzyła z góry, jak królowa. Odrzekła:

-Przecież nie mogę rozerwać się na cztery części.

Za co zasłużyła sobie na uwagę:

-Moje dziecko, powinnaś zastanowić się nad pokorą!

Incydent komplikował się coraz bardziej. Klementyna odrzuciła propozycję Geni Chantevieille. Panna Armandine biegała od jednej gromadki do drugiej. Na szczęście, wśród dziewczynek nie brakowało elementów zgodnych. Panna Armandine hojnie rozdawała obrazki, tkliwe wyrazy, pocałunki. Dzięki jej usiłowaniom, około dziesiątej spokój został przywrócony. Dziewczynki mogły ze skupieniem brać udział w ceremonji. Emma poznała wreszcie dobroć Boga. Zuzanna Lievin stała obok niej. Jej czarny fartuszek, wesołe oczy, palce poplamione atramentem, towarzyszyły jej zarówno w kaplicy jak podczas godzin medytacji. Mówiła wiele, ale to, co mówiła, zawsze było interesujące. Naprzykład:

-Siostra Aniela przywdziała habit z powodu nieszczęśliwej miłości.

-Matka Monika była rozwódką. Dzieci wysłała do Ameryki.

Przeczem prosiła Emmę, by ta nie wątpiła w prawdziwość jej słów. Emma nie wątpiła w nic z tego, co mówiła Zuzanna. Czuła się nieskończenie szczęśliwą. Uwielbiała każdy gest Zuzanny. Zuzanna ostrzyła ołówek, aż stał się niemożliwie krótki. Wtedy rzuciła go, mówiąc:

-Nie jest wart nawet pół sous!

Podarła sukienkę. Ale i w tym wypadku nie okazywała najmniejszego zakłopotania. Gdy Emmę zaniepokoił ten wypadek, zawołała:

– Przynajmniej mama Lievin będzie miała robotę! I dodała z powagą: -Bo mnie nikt nogdy nie robi uwagi!

Co za wspaniały charakter!

Dzień był nadzwyczaj miły. Emma pławiła się w szczęściu. A jednak i ona miała chwilę smutku. Siostra w niebieskich okularach weszła na katedrę. Opowiadała o swojej Pierwszej Komunji. Mówiąc, ukazywała osiem spróchniałych zębów. Głowa jej na tle płóciennego baldachimu podobna była do jakiejś starożytnej rzeźby. Z trudem można było sobie wyobrazić jej dzieciństwo i swawole, które opisywała z takiem wzruszeniem. Potem opowiedziała historję o pewnym szlachetnym młodzieńcu. Nazywał się Jerzy Lancelot. Uczynił on ślub, że nigdy nie zaśnie w grzechu śmiertelnym. Pewnego wieczora, “robiąc rachunek sumienia”, “szlachetny młodzieniec” przypomniał sobie jakieś ważne przewinienie. Noc była ciemna; wicher dął; wilki wyły. Mniejsza o to. “Szlachetny młodzieniec” wstaje, idzie na poszukiwanie spowiednika. Ten go rozgrzesza. Nazajutrz ktoś stuka do drzwi “szlachetnego młodzieńca”. Cisza. wyłamują drzwi. I cóż za obraz przedstawia się oczom wchodzących? Jerzy Lancelot – leży bez ruchu, martwy, już zimny. Siostra w okularach składa dłonie. Słychać szum platanów. Siostra kończy:

-Pomyślcie, coby to było, gdyby ów młodzieniec nie poszedł się wyspowiadać?!

Emma zastanawia się nad przeżytym dniem. Ma pewne wątpliwości co do swojego zachowania. Postanawia powierzyć je ojcu Teotymowi. Między dziewczynkami znajduje się kilka myślących podobnie. Ojciec Teotym wznosi dłoń nad małą gromadką skruszonych. Jest to ogólna absolucja. Poleca wykonanie jakiegoś aktu pokory. Emma myśli o tem bez entuzjazmu… Jednak postanawia się nań zdobyć. W godzinę później rzuca się w ramionach pani Bille.

-Matko, wybacz mi wszystko, czem zgrzeszyłem przeciw tobie!

-Kochanie moje – mówi pani Bille głosem wzruszonym.

Emma zwraca się do ojca:

-Tatusiu…

-Zrobione – odpowiada pan Bille.

Głos jego brzmi ponuro.

Pani Bille nie ukrywa swego oburzenia.

-Niezdaro! Nigdy nie nabierzesz taktu! Mała zwraca się do ciebie pieszczotliwie…

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 9, str. 10-11.

bille13

Rodzina Państwa Bille cz. 13

Ranek był mglisty. Ulice świeciły pustkami. Nad dachami unosiły się chmury, niby girlandy z kwiatów nad feretronem. Panna Armandine podeszła do domu Bille’ów. Chrząknęła głośno. W jednem z okien otworzono żaluzje. Pani Bille, narzuciwszy coś w pośpiechu na siebie, uśmiechała się, machając dłonią.

-Niech Pani zaczeka! Mała już schodzi!

Zjawiła się Emma. Twarzyczkę miała wesołą. Tkliwie uściskała prezeskę. Obie udały się po Klementynę. U Jasquot’ów z czterech okien trzy były jeszcze zamknięte. Klementyna czekała już w ogrodzie. Przerzucała swoje “Naśladowanie”. W powietrzu unosiła się woń anyżu i geranji. Słoneczniki, które rozwinęły się tego ranka właśnie, zwracały swe twarze ku wschodzącemu słońcu. Ruszono w drogę. Panna Armandine spytała:

-Czy macie pieniądze?

-A po co? – pytaniem odpowiedziała Emma.

Panna Armandine dotknęła szkaplerza, który wciąż zaczepiał o złoty łańcuszek. Powiedziała:

-Na górę Karmel. Siostra Saturnina będzie zbierała składkę.

-A jaką?- spytała Emma.

-Dwanaście sous.

Emma wyciągnęła portmonetkę i wyjęła z niej srebrną monetkę oraz wielki miedziak.

-Proszę.

Klementyna poczerwieniała.

-Mam tylko osiem sous.

-To daj je tymczasem – mówiła panna Armandine – a resztę przyniesiesz jutro.

W klasztorze gwarno było, jak w ulu. Zebrane na dziedzińcu dziewczynki oczekiwały dzwonka.

Platany rzucały na nie drżące, różowe cienie. Dziewczynki stały prawie bez ruchu. Ich mocno zaplecione, proste warkocze ciężko zwieszały się na plecy. Nagle ukazała się Zuzanna Lievin. Była ubrana tak, jak poprzedniego dnia i uśmiechała się w podobny sposób. Bawiła się bezustannie bransoletką z drobnych kostek. Podwiązka jej również wciąż się obsuwała. Emma wpatrywała się w nią uparcie, następnie obrzuciła spojrzeniem Klementynę Jacquot. Och, jakaż brzydka ta Klementyna! Twarz ma w czerwone centki! Oczy jej są koloru kwiatów cykorji. Zresztą wyciera nos tak nieskończenie powoli…

Nabożeństwo. Śpiew fisharmonji, do której siostra Aniela dołącza swój świeży, drżący głos. Powiedziałbyś, że to serafin przeniknął pod sklepienie kaplicy.

Coś zadzwoniło – i wszyscy uklękli. Coś zadzwoniło głośniej – i wszyscy powstali. Grad drobnych dzwoneczków zdawał się dochodzić z zewnątrz. Słońce mimochodem musnęło parę ławek, kilka posągów. Ojciec Teotym kazał o miłości boskiej. Ramiona skrzyżował na piersiach. Chwilami głos jego miał brzmienie tak smutne, tak głębokie, że zdawało się, że się rozpłynie w głośnem łkaniu.

Emma postanowiła kochać Boga więcej, niż czyniła dotychczas. Zuzanna Lievin myśli pewnie o tem samem. Pociera palcem podbródek, gryzie dolną wargę.

Emma myśli:

-Nie patrzy na mnie!… Bo dlaczego miałaby na mnie patrzeć? Czyż ona może się domyśleć?! Ach! jestem przekonana, że Zuzanna pogardza mną! Kochany Jezusiku, spraw, żeby Zuzanna spojrzała na mnie!

Wkrótce nadarzyła się ku temu sposobność. Było to po nabożeństwie, w wielkiej sali, gdzie dziewczynki zebrały się na “medytacje” i notowanie zrobionych postanowień.

Nagle rozległ się głos:

-Fiut! złamałam pióro! która pożyczy mi nowe?

Emma odwróciła się szybko. Poznała głos Zuzanny.

-Oto jest- zawołała, rumieniąc się.

Zuzanna mruknęła:

-Jesteś uprzejma…

Serce Emmy wezbrało wdzięcznością. Otworzyła zeszyt. Pisała:

“Boże mój, jesteś wielki, jesteś dobry. Uwielbiam Twoje czyny. Będę Cię kochała do śmierci. Nie opuszczaj swego dziecięcia, Panienko Najświętsza, Matko moja jedyna. Uciekam się pod Twoją Opiekę”…

Następnie napisała imię Zuzanny Lievin. Napisała je po angielsku, rondem, gotykiem. Ozdobiła je drobniutkiemi punkcikami. Podczas rekreacji odszukała Zuzannę. Mogła na nią patrzeć zbliska. Z zachwytem wchłaniała w siebie jej słowa. Zuzanna nie podejrzewała nawet miłości, którą wzbudziła w serduszku Emmy. Ciągnęła wyrazy, jak dziecko z ludu. Emmie ów sposób zdawał się szczytem wytworności. Klementyna deptała Emmie niemal po piętach. Mój Boże, co za nudziara z tej Klementyny! Wszędzie wścibia swoje jasne oczy i suche włosy.

Zuzanna Lievin przedstawiła swoją siostrę, duchowną z pierwszej komunji, Genię Chantevieille, trzecią córkę cukiernika. Było to stworzenie grube o okrągłych policzkach i łagodnych oczach. Zuzanna uderzyła ją po plecach, następnie zawołała:

-To poczciwe bydlątko…

Genia parsknęła śmiechem. Nie gniewała się nigdy.

W tej chwili właśnie zjawił się ojciec Teotym. Rozdawał święte obrazki; niektóre z nich były barwne. Wołała głośno:

-Święta ofiara.

-Podaj ją mnie.

Te, które otrzymały rysunki jednobarwne, obrzucały szczęśliwe koleżanki smutnem wejrzeniem. Cały dziedziniec pałał emocją – ale wszystko odbyło się grzecznie, pobożnie, rozsądnie.

d.c.n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 8, str. 12-13.

bille12

Rodzina Państwa Bille cz. 12

Rozdział VI.

PIERWSZA KOMUNIA

Pani Bille trzymała Emmę za rękę. Dziewczynka nie miała ochoty biegać. Zachowywała się grzecznie i, wbrew zwyczajowi, idąc, nie podnosiła końcem bucików tumanów kurzu. Pan Bille wyrzynał jakąś witkę. Spytano go:

-Która godzina?

Natychmiast sięgnął do kieszonki w kamizelce. Zabłysnął piękny, złoty zegarek. Powiedział:

-Kwadrans po czwartej.

-Idziemy! – zawołała pani Bille.  – Nie wypada się spóźnić.

Emma milczała. Pan Bille wzruszył ramionami. Zmonitowano go za to.

-Proszę cię, zostaw swoje uwagi dla siebie!

Cała rodzina ruszyła w drogę. O jakie piętnaście kroków spotkano państwa Severin. Pan Severin poklepał Emmę po policzku.

-Ha, ha, nasze djablęta idą się wyświęcać!

-Sza! – zawołała pani Bille.

Pani Bille była wzruszona. Przyśpieszyła kroku. Po drodze spotykali gromady dzieci. Wszystkie miały ten sam wyraz twarzy. Rodziny wymieniały uroczyste uśmiechy. zadzwoniono do drzwi klasztoru. Emmę oddano pod opiekę siostrze odźwiernej. Pan Bille trzymał się zdaleka. Uderzał laską w odłamek cegły. Emma spytała:

-Czy mogę uściskać Tatusia?

-Obejdzie się – powiedziała pani Bille.

Nagle Emmę ogarnęła chęć płaczu. Jedna z sióstr podeszła do niej, podała jej rękę:

-Chodźmy na drugie piętro – powiedziała z uśmiechem.

Mówiąc, zwróciła się do Emmy. Była młoda. Miała ładną twarz. Emma nabrała otuchy. Szły po wąskich, czysto wymytych schodach, które nagle rozszerzyły się w wielką salę, pełną małych dziewczynek. Nad katedrą z czarnego drzewa unosił się Chrystus z wyrazem cierpienia na twarzy. Dziewczynki miały wzrok wlepiony w podłogę. Niektóre z nich trzymały różańce. Wargi ich drżały. Emma usiadła. Jakaś zakonnica w niebieskich okularach mówiła o ciszy i skupieniu. Jedna z sąsiadek trąciła Emmę w łokieć. Szepnęła przez palce:

-Siostra, która cię przyprowadziła, nazywa się siostrą Anielą.  Jest dobra. Siostra Aniela gra w kaplicy.

W sali słychać było nieustanny szmer. Wszystkie dziewczynki zdawały się modlić. Usiłowały też nie rozglądać się wokoło.

Młoda siostra była na sali. Uśmiechała się ciągle i bardzo łagodnie. Dziewczynki powstały, by udać się na nabożeństwo.

W kaplicy panował mrok, nieomal ciemność. Było w niej mnóstwo bibułkowych kwiatów. Witraże podobe były do kalejdoskopu. Na zdobnych  w cokoły kolumnach opierały się posągi świętych, których twarze trudne były do rozpoznania. Rozległ się dźwięk fisharmonji. Jakis głos zawołał: “Śpiewnik, strona 167”. Emmę ogarnął niewymowny zapał. Chciała śpiewać wraz z innemi. Nie umiała słów, ale była przekonana, że głos jej nie pasuje do chóru. Nagle fisharmonja zamilkła. Drzwi kazalnicy zaskrzypiały. Z pod baldachimu wynurzyła się głowa o gęstej czarnej czuprynie.

-Ojciec Teotym – szepnęła strasza.

Ojciec Teotym milczał chwilę. Znał swoją wartość. Palce jego bawiły się sznurem. Powiedział: “O marności rzeczy doczesnych”, następnie rzucił głosem grzmiącym: “Vanitas vanitatum”…

Emma nie rozumiała całego kazania. Chwilami odczywała lekkie ukłucie w źrenicy – coś jak zbliżający się sen.

Ale ojciec Teotym umiał kreślić wzruszające obrazy. Mówił o gołębiach i owieczkach. Głos jego pieścił skórę, jak delikatna, jedwabista szczotka. Ale nagle głos ten stał się straszny. Głos ten ogłaszał koniec świata. Zabrzmią trąby, gwiazdy posypią się, jak grad…Zaledwie uczynił znak krzyża, a znowu rozległy się słodkie tony fisharmonji. Wszystkie dziewczynki drżały. Otworzono drzwi kaplicy. Słońce złociło wysoką, miękką trawę. Była ta pora rekreacji.

Emma milczała. Była głęboko wzruszona. Spotkała parę przyjaciółek: Jankę Sorel, Martę Dupin, Klementynę Jacquot. Wszystkie one miały spuszczone głowy, mówiły przyciszonemi głosami, poruszały się z pobożną powolnością.

W jednym rogu, w gromadzie zwierząt, kręciła się jakaś nieznajoma dziewczynka. Była to śniada, żywa osóbka, śmiejąca się głośno i co chwila potrząsająca bransoletką. Od czasu do czasu podciągała podwiązkę ruchem, który bynajmniej nie raził Emmy. Janka Sorel objaśniła Emmie, że dziewczynka nazywa się Zuzanna Lievin. Jest córką woźnicy.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 8, str. 12.

bille11

Rodzina Państwa Bille cz. 11

Po upływie dwudziestu czterech godzin zauważył chustkę. Nogi mu drżały. U wejścia jakiś chłopczyna czyścił szyby. Odwrócił się, uśmiechnął, mrugnął na pana Bille, że może go wpuścić do cyrku; pan Bille szedł ostrożnie, po wysypanej piaskiem ścieżce, oglądając się na prawo i lewo, czy nie ujrzy tam którego z bliskich znajomych. Pierwsze wrażenie było nieomal groźne. Światło dzienne z trudem przenikało do wnętrza. Pod ławkami leżały stosy papierów i łupin pomarańczowych. Arena była pusta i wysypana świeżym piaskiem.

Wreszcie zjawił się pan Stephenson. Był to mężczyzna wielki, brodaty, wyniosły. Mówił akcentem marsylskim. Postawił warunki niemożliwe do przyjęcia. Dobito wreszcie targu. Przez wązkie, nizkie drzwi zaprowadzono pana Bille aż do uśmiechu Miss Nelly.

Miss Nelly, bardzo piękna, bardzo powabna, powierzyła swą wiotką postać i drobną główkę stosom aksamitnych poduszek, zniszczonych długiem użyciem.

Pan Bille nie był człowiekiem wymagającym. Po godzinie kroczył do domu wesoło, gwiżdżąc jakąś lekką piosenkę. Wróciwszy od Toussel’ów, pani Bille i Emma zastały go w ogrodzie. Był w doskonałym humorze, łagodny, ubrany w słomkowy kapelusz, i usilnie gracował ścieżki w zapadającym mroku nocnym. Rodziny Toussel’ów i Bille’ów dzieliły się ze sobą wrażeniami z cyrku. I przez cały obiad pan Bille był zmuszony wysłuchiwać pochwał na temat cyrku!

Wreszcie powiedział:

-Przesadzasz, moja kochana.

Pani Bille uśmiechnęła się i zawołała niemal surowo:

-O, Gaspardzie!

Oczy ich się spotkały. Spojrzenie Julji sypało dziwne iskry. Gaspard nie mógł go wytrzymać.

Zmieszany spojrzał w sufit.

Czarne plamki zdraszały obecność pająków. Udał oburzenie, mruknąwszy:

-Co za niedbaluch z tej Kasi!

Pani Bille wzruszyła ramionami, nie odezwawszy się ani słowem. Gaspard z trudem tłumił ziewanie. Nagle Emma zaczęła nucić. Jej głosik dźwięczał coraz wyraźniej. Z obydwu stron krzyknięto na nią: “Przestań, nie trzeszcz mi nad głową!”

Emma przestała śpiewać…

To był nader ciężki wieczór.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 7, str. 11.

bille10

Rodzina Państwa Bille cz. 10

Nagle zjawia się Miss Nelly; przeskakuje barjerę; giętka i szeleszcząca, na nieokiełznanym źrebcu, lekko uderzając go obnażonem ramieniem. Woltyżuje, pochylona ku bokom zwierzęcia, zeskakuje na ziemię, wskakuje zpowrotem, w galopie przebija papierowe gwiazdy, które złoto-błękitni posługacze przytrzymują końcami palców. Nie zaczepiła ani jednym włoskiem. Napięcie wzrasta. Widać, jak przy trudniejszych ruchach na twarz panny Nelly występują lekkie rumieńce. Ale oto i ogień. Błękitne i czerwone jego języczki chcą ją pochwycić, zatrzymać; przed wykonaniem Niemożliwego śmiało, jednym ruchem palca, uspokaja wierzchowca. I oto przeleciała poprzez płonący stos, uśmiechnięta, uwielbiana, wlokąc za sobą wzruszenie dwustu piersi.

Halt!

Miss Nelly przeskakuje balustradę. Przybiega znowu, potrząsając skarbonką, która dźwięczy coraz srebrzyściej.

Pan Dubosse mruży oko:

-He, Gaspardzie, a cóż ty na to?

Miss Nelly stoi przed panem Bille. Podaje mu skarbonkę. Pana Bille ogrania drżenie. Zadyszany spogląda na cienkie nogi, na złote loczki, na oczy koloru agatu, wreszcie drobne diamenty potu, które wysiłek rozsiał w atłasowych przegubach szyi. Gdy znikła, czuł jeszcze jej obecność. Z jej winy to nudnym wydał mu się pies – meloman i szwedzcy ekwilibryści. Do jej osoby przylgnął walc, ryczony przez ofikleidy. Pan Bille z wściekłością wgryzł się w tę nieznośną melodję. Ujął ramię żony… Och, utonąć, zginąć w jakiemś olbrzymiem zapamiętaniu! Na ulicy nucił. Gdy zamknięto już drzwi wślizgnął się do wielkiego łóżka “empire”. Uważnie śledził panią Bille… Jej długie włosy, czesane grzebieniem, wiły się jak olbrzymi złoty ślimak. Łóżko trzasnęło. Lampka zgasła…

Rzucił ręką na chybił trafił i wywołał jedynie okrzyk zdumienia i oburzenia.

-A to dobre! Czyś zwarjował, Gaspardzie?!

I znowu usłyszał przyciszony ryk ofikleidów…

3.

Nazajutrz rano pan Bille wziął strzelbę i poszedł na wiewiórki do lasu Gentil.

W głębi duszy pani Bille czuła się pochlebioną. Gniewała się też na Katarzynę, która przez niedbalstwo podała “panu” do śniadania zbierane mleko, i wbrew zwyczajowi – długo wpatrywała się w oddalającą się po suchym bruku sylwetkę Gasparda. Świeży powiew poruszał topolami na placyku. Pan Bille szedł bez celu, minął ostatnie zabudowania, przełożył fuzję na drugie ramię, obojętnie spojrzał na wynurzający się z błękitnych oparów lasek Gentil, z którego dochodziło niewyraźne krakanie. Doszedłszy do pagórka, zrobił rachunek sumienia. Niepodobna było mu zarzucić czegokolwiek. Spełnił swoją powinność. Ponieważ jednak żona pozostała głuchą, czyż ta jej wstrzemięźliwość nie upoważniała go do szukania pociechy gdzieindziej?

Powód dostatecznie ważki. Podniósł się i zaczął zakreślać dookoła terenu cyrkowego coraz ciaśniejsze kręgi.

Cyrk w stanie spoczynku wypluwał dwadzieścia wązkich smug szarego dymu.

Pan Bille posuwał się wzdłuż wozów. Strojne damy, atleci, klowny i bajadery – wszystko to bratało się zgodnie śród dymiących kotłów. Zauważył Miss Nelly. Ubrana w głęboko wyciętą bluzkę wyczesywała głowę jednej z młodszych siostrzyczek.

Pan Bille wrócił do domu z pałającą głową. Po śniadaniu zaś, siedząc w swoim pokoju z zasłoniętemi okiennicami, przez które słońce siało drobne złote smugi, pan Bille, ogarnięty szałem, ważył po kolei rozkosz, ryzyko, możliwości i prawdopodobieństwa. Nie myślał ani o bukietach, ani o słodkich bilecikach, ani o cierpliwym wyczekiwaniu. Minął czas, gdy wąsy jego były w stanie podbić młodociane serduszka. A wreszcie – obawiał się skandalu. Przedewszystkiem nie należało dawać powodu do plotek.

I chytrze opracował następujący plan strategiczny: napisze do pana Stephersona, prosząc go, by zawierzywszy jego obietnicom i hojności, zechciał ułatwić mu widzenie się z amazonką. List nie będzie podpisany. Jeżeli propozycja zostanie przyjęta – niech na znak zgody położy chusteczkę do nosa przy kasie. Jeżeli chustki do nosa przy kasie nie będzie – jest to znak, że listu nie przyjęto. Pan Bille po trzykroć zasiadał do napisania tego listu. Obawiając się być poznanym, przezornie zmienił pismo. Następnie chyłkiem, krokiem ciężkim i z pałającemi policzkami, pobiegł na ulicę “des Dames” i wrzucił list do samotnej skrzynki.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 7, str. 11.

bille9

Rodzina Państwa Bille cz. 9

ROZDZIAŁ V-ty

CYRK.

Kucyki, słonie, dromadery. Clown goni różowego motyla. Znakomici gimnastycy w trykotach uwijają się aż pod sufitem. Publiczność nader dobrana: lornetki, laski angielskie, kapelusze z kwiatami. Wstęgi powiewają. Można się domyślić istnienia orkiestry. Stary jegomość, stara dama; on się śmieje, ona gniewa. On mówi: “widziałem już!”, a ona: “Jeszcze nie byłam w cyrku Stephensona!” Całe Pont sur – Loire zna ten afisz.

Nowinę ową przyniosła pani Bille. Miała też olbrzymie powodzenie. Każdy na swój sposób wyrażał radość. Emma bezustannie skakała na lewej nodze. Pan Bille gwizdał jakąś podejrzaną melodję. Zaraz przeniknęła nawet do kuchni.  Wyraźniej rozlegały się uderzenia tasaka.

Natychmiast dowiedziano się najdrobniejszych szczegółów. Pan Leduc wydzierżawił swój plac za cenę stu franków dziennie. Cyrk da tylko cztery przedstawienia. Kucyki, prawdziwe cacka na etażerkę, wyróżniały się niezwykłą śmiałością. Szybko podbiegano do okna, gdy stajenny prowadził je do wodopoju. Główny jednak zachwyt wzbudzały wozy. Składano dłonie na widok zasłon, klamek u drzwi, i doniczek rezedy na lilipucich oknach.

-Daje to przedsmak przedstawienia – mówił Chantevielle, cukiernik.

Budowa cyrku posuwała się szybko. Rusztowanie podobne było do sieci ogromnego pająka.

Pan Bille spędził całe popołudnie w oknie; nie podejrzewano go o lekkomyślność, zaopatrzył się w cztery dzienniki. Nad wieczorem oznajmił z triumfem:

-Powiadam wam, że naciągają płótna!

 Domyślano się ciekawych szczegółów. Toussel’owie, Duboss’owie, Severin’owie wszyscy zgodzili się na wspólny projekt spędzenia wieczoru w cyrku. Anekdoty krążyły, zyskiwały wiarę. Niektórzy twierdzili, że pan Stephenson jest jednym z najbogatszych ludzi Nowego Świata.

 Dla wszystkich tych pań była to okazja zrobienia wielkiej toalety. Jednak elegancja ich nie zajaśniała od razu pełnią blasku. W maju wieczory są chłodne. Panie przybyły więc otulone w szale, gazy, a były wtem przebraniu tak niepodobne do siebie, że tłoczące się u progu dzieci powitały je okrzykami i drwinami. Gdy zajęły już miejsca, żadna z nich nie żałowała wystrojenia się w jasny stanik, lub szpilki ze sztucznemi brylantami, które ładnie odbijały od ponsowych aksamitnych plis, błyszczących haftów, i gazowych motyli.

Powszechna wesołość zdawała się zapalać nowy potok światła; po arenie, chrapiąc, uwijały się koniki, na grzbietach ich, siedziały istotki drobne, strojne, ruchliwe, trzymając się za grzywy, pędziły śród nieustannego trzaskania z biczów. Następnie wielki słoń poważnie zasiadł do obiadu; pod brodą miał zawiązaną serwetę i posługiwał się trąbą z niesłychaną ostrożnością. Potem dwa niedźwiedzie skrzeczały na konrabasie. Wachlarze były w ciągłym ruchu. Dyskretnie tłumiły niewczesną radość, którą wzbudzały nazbyt ekscentryczne piruety. Uderzano nimi po palcach, gdy het, pod pułapem, zawieszeni na drżących linach, przewijali się zwinni, wspaniali akrobaci w zielonych trykotach, i ze swobodnym uśmiechem poprzez przepaść posyłali publiczności uprzejme powietrzne pocałunki.

Pan Bille poddaje się urokowi chwili. Te trykoty odmłodziły mu duszę. Uprzejmie zaprasza panie na lody. Panie nie kryją swego uwielbienia dla jego uprzejmości.

D.c.n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” maj 1927, nr 6, str. 13.

bille8

Rodzina Państwa Bille cz.8


Emmie śpieszyło się z wyzdrowieniem. W myśli obliczała sobie: gdyby angina przeciągnęła się do czwartku, to ten tydzień jakośby przeszedł. Pan Bille nie omieszkał powiedzieć:

-Dwa dni nic nie znaczą. Pójdzie na pensję dopiero w poniedziałek.

Wbrew woli jednak zaczynała się poprawiać. To ja martwiło. Pozwolono jej bawić się w ogródku. Oczywiście, zachowując pewne ostrożności, jedynie, gdy świeci słońce. Usiadła poważnie, jak dorosła dama, otulona w wielki wełniany szal, który w rodzinie Billów przechodził z pokolenia w pokolenie. Co dziesięć minut pani Bille pytałą ją:

-Jak się czujesz?

Emma , nie tracąc poważnej miny, odpowiadała, z roztargnionym wzrokiem:Z gardłem już się skończyło.

-Boli mię tylko ot tu…

I palcem dotykała skroni.

Gdy się do niej odwracano plecami, zbierała kamyki, rzucała niemi w kury, czasami nawet odrzucała szal, aby wygodniej móc z kotem biegać po trawniku.

We wtorek pan Bille zapytał:

-No, panienko, weźmiemy się już chyba do nauki?!

Odrzekła:

-Ależ naturalnie, papo!

Powiedziała to głosem niepewnym. Naznaczono ostateczny termin na czwartek. Była to porażka. Trzeba było coś przedsięwziąć.

Obiad jadła bez apetytu. Nawet widok nóżek baranich nie zdołał jej ożywić. Stanowczo nie chciała jeść zielonego groszku i okazała się łaskawszą jedynie dla ciastek z truskawkami, które – było to rzeczą powszechnie wiadomą – przecież specjalnie lubiła.

Po obiedzie poszła do swego pokoju, nie omieszkawszy otworzyć przedtem drzwi. W ten sposób mogła słyszeć rozmowę.

Nie mówiono o niej. To ją martwiło. Położyła się cichutko, wzdychając głęboko.

Państwo Bille zabawiali się długo rozmową o niejakiej pannie Reginie, która “weszła na złą drogę”, następnie raz jeszcze przewertowali proces, który Severin’owie wytoczyli dawnemu merowi, panu Latapie. Ostatecznie słuszność była po stronie Severin’ów. Ale ten Latapie miał zdolność wykręcania każdej rzeczy…

Nagle zadźwięczał głos Emmy. Głos ten był jasny i radosny. Emma mówiła:

-Dzień dobry, Gastonie! Oddaj mi mój scyzoryk! W tym pokoju jest dzik… Do, re, mi, fa, sol…

-Jezus Marja! – zawołała pani Bille. – Emma mówi do siebie!

Weszła do pokoju, za nią kroczył pan Bille. Oboje zawołali naraz:

-Co ci się stało, kochanie?! Moja pieszczotko, odpowiedz, błagam cię!

Emma udała, że się budzi. Krzyknęła przerażona. Szczęśliwie udało jej się nawet rozpłakać.

-Coś mi się śniło – tłumaczyła.

Rodzice opuścili pokój dopiero wtedy, gdy mała uspokoiła się już zupełnie.

-Główka jej pracuje bezustannie – mówił pan Bille.

Jednak nie łatwo było utrzymać się w tej roli. Żołądek dopominał się o swoje prawa. Emma poszła do kuchni po chleb. Wywalczyła sobie jednak ulgę.

-Wrócisz do szkoły dopiero w poniedziałek – powiedział pan Bille.

I natychmiast dodał:

-O ile, oczywiście, nie będziesz się czuła bardzo zmęczona.

Emma się czuła wciąż bardzo wyczerpana. Nie kryła się z tem.

Co wieczór bezsensowna jej gadanina raniła uszy pani Bille. Nanowo pojawił się ohydny “włochaty”. Sprowadzono lekarza. Emma została skazana na dłuższy wypoczynek.

Pewnego dnia do państwa Bille przyszła w odwiedziny pani Toussel. Przyprowadziła ze sobą swoje dwoje dzieci.

Dziewczynki natychmiast zaczęły szeptać sobie jakieś tajemnice.

Nazajutrz Janka Toussel bezsensowną gadaniną zakłóciła spokój rodziny Toussel’ów.

Pomysł ten okazał się niefortunny. Podstęp został zdemaskowany. Pan Bille postanowił zastosować surowe środki. Czekał pory obiadowej, dla większego wrażenia. I wtedy oznajmił:

-Pójdziesz jutro na pensję. Słyszysz? Ju-tro.

Emma udała, że nie rozumie. Jadła półgębkiem. Znalazłszy się w łóżku, zaczęła półgłosem nucić gawota. Pan Bille przerwał jej:

-Poczekaj chwilę: zaraz przyjdę ci wtórować.

Skończyły się piękne dni… Emma z rezygnacją poddała się losowi… Zresztą, rok zdążył zrobić już parę ładnych kroków w kierunku wakacji! Nazajutrz wcześnie wyszła z domu, i szła przez szeroką ulicę, pełną ludzi. Przed cukiernią Chanteville’a, dwu chłopców z ołówkami założonymi za ucho stanęło przed nią na baczność, składając jej ukłon wojskowy. Za parkanem kwitły wielkie maki: kasztany rozrosły się również. Emma spotykała koleżanki. Ściskały jej dłoń. Mówiły:

-Dzień dobry, Emmo! Tak długo chorowałaś!

Nauczycielka stała w oknie. Kiwnęła ręką, mówiąc:

-Nareszcie, oto i nasza mała zmartwychwstała!

Emma przeszła próg i nagle znalazła się w klasie. Zawieszono dwie nowe mapy. Książki były otwarte na nieznanych jej ustępach. Nie gniewano się na nią. Mówiono do niej z uśmiechem:

-Jesteśmy przecie sprytną dziewczynką. I szybko dogonimy koleżanki.

Wieczorem, ponieważ była już zdrowa zupełnie, Emma poprosiła o drugą porcję truskawek.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 5, str. 14/ nr 6, str. 12-13.

bille7

Rodzina Państwa Bille cz. 7

Był to dzień wielkiego zmęczenia. Emma przymykała oczy. I natychmiast doznawała ulgi. Od czasu do czasu pani Bille zbliżała się do okna.

-Co za czas! – mówiła.

Dla Emmy ciekawość ta była niezrozumiała. Obojętną była jej pogoda – zarówno jak deszcz. Łykała z trudnością. Pani Bille zauważyła grymas na jej twarzy i litowała się nad nią:

-Kochanie moje biedne!

Około jedenastej wyjrzało słońce. Odsłonięto jeden róg firanki. Wilgotny ogród  błyszczał w słońcu, jak szklany. Pogoda utrzymała się do wieczora. Emma wsłuchiwała się w każdy dźwięk kroków, w każde dudnienie wozu.

Nazajutrz  deszcz ustał. Pani Bille zbliżyła się do łóżka, chcąc przykryć Emmę jeszcze jedną kołdrą.

-Nie odkrywaj się, córeczko, mamy dziś chłodny wiatr.

Emma zdziwiła się. Spojrzała w pochmurne niebo. Jak białe kłaki waty, tłoczyły się na niebie obłoki. Pośród nich różowe słońce wyglądało jak rana, jeszcze nie zagojona.

Ogarnął ją lęk. Spytała:

-Czy ja umrę?

-Głuptasek jesteś, – odpowiedziała pani Bille.

Wieczorek znowu zjawił się doktór. Znowu włożył jej w usta łyżeczkę. Badał długo. Emma dusiła się.

-Wszystko jest na dobrej drodze – powiedział po długim milczeniu.

Emma mogła już jeść. Ale apetyt nie wrócił jej jeszcze. Zastawiono obiad, jak dla lalek, z tysiącem uprzejmych zaproszeń. Żuła kromkę chleba. Pytano:

-Smakuje?

Przyjęła kilka wizyt. Po pierwsze kapitana Conseil. Przyniósł jej lalkę ubraną za marynarza.

-Sapristi! – zawołał tubalnym głosem. – Jak ci się podoba ten tutaj?

-Pan ją psuje – mówiła pani Bille.

Przyszła również i pani Toussel. Wołano na nią od progu:

-Niech pani nie wchodzi ze względu na dzieci!

Odrzekła:

-Mój Boże, widziałam gorsze rzeczy!

Zbliżyła się do Emmy, z biustem podanym naprzód, i zawołała, udając gniew:

-No, panienko, cóż ma właściwie znaczyć takie zachowanie?

Stopniowo Emmie wracały siły. Nie skarżyła się na swoją chorobę. Często zamykała oczy, udając sen, który szanowały wszystkie głosy, wszystkie kroki, stając się odrazu dyskretniejsze, cichsze, przytłumione. Chwilami wpatrywała się w ścianę. Kwitły na niej aksamitne róże, otaczające złote liry, których pełno było, aż do samego sufitu. Częstokroć ta jednostajność nużyła ją. Marzyła, by zobaczyć jakiś owad, plamkę, lub inny kwiat. Palcem dotykała papieru. Wodziła nim od jednego końca do drugiego. Bała się zgubić w tym labiryncie.

Pozwolono jej czytać. Wszystkie książki mówiły o rzeczach pochodzących z zewnątrz. To ją prawie nie interesowało. A wreszcie – książki zahaczały się o fałdy prześcieradła, uciskały kolana, od czasu do czasu spadały na ziemię, wywołując okrzyki z ust matki.

-Chciałabym rysować – oznajmiła.

Pan Bille pośpieszył dostarczyć jej pastele. Natychmiast przyszedł jej pomysł. Król w otoczeniu dworzan, wchodzi do ozdobionego sztandarami miasta. Dwa pociągi, dążące naprzeciw siebie, każą się domyślać jakiejś olbrzymiej i niezwykłej katastrofy.

Kwiaty również zaszczycała swoimi względami. Fantazja jej tworzyła całe naręcza kwiatów o wytwornie rozgałęzionych łodygach, przez co uwydatniało się piękno każdego kielicha. I na wszystkich rysunkach wiatr jednakowo rozwiewał końce powiewnych wstęg, któremi były związane. Pan Bille mówił:

-To dziecko zdumiewa mię. Ależ ona ma naprawdę wybitne zdolności do rysunków!

Apetyt powrócił. Emma wchłaniała zapachy kuchenne. Z niecierpliwością wyczekiwała na swój kotlet. Mgliste słońce, tam, za oknem, podobne było do soczystej mirabelli. Poniżej pieniły się obłoki, jak wielki półmich doskonałej piany ubitych białek.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 5, str. 13-14.

bille6

Rodzina Państwa Bille cz. 6

Rozdział IV-ty.

ANGINA

Pani Bille zeszła do ogrodu. Wzięła ze sobą robótkę. Usiadła pod rudawym orzechem. Emma przykucnęła obok niej na składanym stołku i zatknęła grzebień we włosy lalki. Lalka ta miała na imię Pawełek lub Ludka, zależnie od tego, czy Emma ubierała ją w beret, czy kapelusz z piórami.

Wybiła szósta. Emma podniosła rękę do czoła. Szepnęła:

-Och!

-Co ci się stało? – spytała pani Bille.

-Głowa mię boli – odrzekła.

Pani Bille odrzuciłą robótkę.

-Musisz być bardzo chora. Czy tylko głowa cię boli?

Ręka Emmy zamyśliła się, zawahała, następnie dotknęła podbródka.

-I tu mię boli.

-Gardło! Obawiałam się tego. A nic mi nie mówiłaś! Wracajmy!

Wstała, ujęła Emmę za rękę, skierowały się ku domowi. Szybko odrzuciła kołdrę. Rozbierając dziewczynkę, nie przestawała wyrzekać.

“Gdzie ona to złapała? Może u Toussel’ów? W tym domu dzieciom pozwalano na niemożliwe zabawy – a może onegdaj, na obiedzie u Severin’ów? O, nieprędko odwiedzi Severin’ów! Ludzie ci żyli w bezustannych przeciągach. To napewno z tego powodu, chociaż…

Klucz zgrzytnął. Pan Bille powrócił do domu. Pani Bille wybiegła na jego spotkanie.

-A, jesteś wreszcie! niebardzo się śpieszyłeś!

-A po cóż?

-Twoja córka zachorowała.

-O Boże! – jęknął pan Bille.

Natychmiast zaczął chodzić na palcach. Wśliznął się do pokoju. Mówił głosem pieszczotliwym:

-I cóż, pieszczoszko? i cóż?

Emma drżała z zimna, nasunąwszy kołdrę prawie pod brodę. Bille złożył na jej czole delikatny pocałunek ( w ten sposób mierzył temperaturę).

-Domyślam się, co jej jest, – mówiła pani Bille. – Miała już coś podobnego. Przygotuję grog. Będzie płukała gardło co pół godziny sokiem cytrynowym.

W tej chwili zastukała piekarka. Opowiedziano jej zdarzenie. Uniosła w górę ramiona.

-Mała państwa Ledus złapała to onegdaj. Sprowadzono doktora. Zaordynował ciepłe okłady. I wywar z języka wołowego. Po dwóch dniach przeszło, jak ręką odjął.

-To musi być coś w powietrzu – oznajmił pan Bille. Zdanie to zadowoliło wszystkich. Powtórzono je z ulgą.

Emmę poddano kuracji, przepisanej przez piekarkę. Nie przyniosła jej ulgi. Przygnębiona, z przymkniętymi oczyma, z rezygnacją zniosła napar i gorące okłady. Państwo Bille jedli obiad w milczeniu. Wreszcie pan Bille odsunął deser.

-Nie daje mi to spokoju. Pójdę po doktora.

-Masz rację – powiedziała pani Bille.

Została sama z Emmą. Uważnie śledziła każdy jej ruch. Emma bezustannie poruszała palcami lewej ręki. Co to mogło znaczyć?

Wreszcie powiedziała te dziwne wyrazy:

-Włochaty… żołnierz… włochaty…

Nagle zadudnił powóz. Pani Bille szybko otworzyła drzwi. To wracał pan Bille w towarzystwie lekarza. Ten ostatni nie słuchał wyjaśnień. Powiedział:

-Zbadamy chorą.

Przeszedł próg, zmarszczył czoło, wziął za puls, wyjął zegarek.

Upłynęło trzydzieści sekund. Oznajmił:

-Ma gorączkę.

Pani Bille odwróciła się. Rozległo się ciche:

-Wychowaliśmy ją!

W tej chwili Emma spojrzała na doktora. Uśmiechnęła się blado.

-Włochaty… – szepnęła.

Pan Bille pochwycił żonę za ramię.

-Mój Boże! – szepnęli – oboje.

Doktor podniósł głowę.

-Nie bójcie się państwo. Dziewczynka majaczy. Jest to objaw zupełnie naturalny. Krótko mówiąc (łyżeczką przytrzymał język) mamy do czynienia z anginą. Bardzo niewiele nalotu… Czy mogę prosić o pióro, papier?…

Z za okna dochodziło uderzenie kopyt końskich.

Miało oznaczać:

-Śpiesz się! Śpiesz!

Pan Bille przyniósł kałamarz, postawił go na okrągłym stoliku.

Pani Bille chciała przysunąć krzesełko.

-Fotel – poprawił pan Bille.

Wszyscy usiedli. Pióro skrobało. Dziecko dziwacznie łączyło wyrazy, opowiadając jakąś niezwykłą historję.

-Słyszy pan? – szepnęła pani Bille.

Doktór pisał dalej. Za każdym razem, gdy pani Bille wyrażała nową troskę, podnosił lewy łokieć i nie odwracając się, mówił tonem wyższości:

-Tego niepodobna uniknąć, proszę pani, niepodobna uniknąć!

2.

Najpierw Emma zobaczyła małego pieska. Pies ten był podobny do psa państwa Toussel. Miał podobnie, jak tamten czarno-ognistą szerść, ale długie uszy i zawinięty ogonek przypominały trochę suczkę kapitana Conseil. Pies ten był niezwykle zręczny. Przyjmował kształty wprost niewiarygodne. Chwilami ukazywał się Emmie w postaci jamnika, trzymającego piłkę pomiędzy wiotkiemi łapkami. Potem zobaczyła go jako wodołaza, biegnącego po mchu polanki w lasku Gentil. Nagle pies się zmienił. Kolejno był podobny do wszystkich zwierząt z podręcznika zoologji. Pies ten był żyrafą. Pies ten był wielbłądem. Cudem unikał niezwykłych niebezpieczeństw. Emma dzieliła jego losy. To nosiła go na ręku, przeskakując wraz z nim za jednym zamachem, rzeki szerokie, jak morze. To znowu jechała na nim, jak na koniu, mijając zarośla, które raniły jej bose stopy. I nagle ujrzała olbrzymie ptaki. Ptaki te zniżały się, dotykając ją swemi wielkiemi, lepkiemi i kosmatemi skrzydłami. Nagle, pies zniknął. Poznała pokój. Lampka nocna rzucała na sufit pięć małych, bladych księżyców. Sprzęty stały na dawnych miejscach.

-Chce mi się pić – szepnęła.

Poczuła na ustach zimne dotknięcie łyżeczki. Przełknęła parę łyków czegoś słodkiego.

Otworzyła oczy. Ujrzała cudowne zjawisko: nad oknem uwijał się tłum małych człowieczków. Jeden z nich podobny był do kapitana Conseil. Drugi był portretem wuja Loriot.

Każdy z nich miał w ręku czarodziejską laseczkę. Główki ich dzwoniły, jak puste orzechy. Od czasu do czasu któryś z nich spadał, i słychać było ciche “ft, ft, ft”, gdy lecąc zaczepiał o firanki. Meble posuwały się w ich kierunku. Emma śmiała się z całego serca. Odpowiedziało jej tysiąc ostrych śmieszków. Rzekłbyś, dźwięk pękniętych dzwoneczków. I mały piesek zjawił się znowu. Miał na szyi naszyjnik z dzwoneczkami. Zdawało się, że w tym naszyjniku kryje się śmiech wszystkich owych człowieczków.

O świcie gorączka spadła. Deszcz uderzał o szyby. Emma spojrzała w okno: jego źrenice były otoczone błękitną aureolą. Lampka nocna rzucała na sufit coraz bledsze księżyce…

D. c. n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 4, str. 8-9.

bille5

Rodzina Państwa Bille cz. 5

Rozdział III-ci.

KĄPIEL.

Emma wyszukała odpowiednią trzcinę. Przedziurawiła oba jej końce szydłem, przewlekła przez otwory różową wstążeczkę, którą cukiernik obwiązał placek z truskawkami, zgięła trzcinę jak mogła najsilniej. Utworzył się wcale znośny łuk. Krótkie gałązki, ozdobione piórami kurzemi, zaostrzone scyzorykiem, stanowiły strzały dość niepewne by można było celować niemi w zuchwałe wróble, które nakształt gęstej chmury unosiły się nad grządkami bobu i zielonego groszku. Prawdę mówiąc nie była to zabawa odpowiednia dla małej dziewczynki! A jednak pomysł ten pochodził od osoby wytwornej, szanowanej, której pani Bille co rano nader starannie własnoręcznie okurzała kark, piersi, ramiona.

Djana Łowczyni, którą los umieścił na kuli zegarowej, pochylała swe drobne piersi z bronzu nad areokarją. Oczy jej szukały celu, którego niepodobna było dojrzeć. Do nóg jej tulił się lubieżnie chart. Emma zaniedbała cukiernika i lalki. Ukryta w cieniu czerwonych orzechów, wzgardziła cudowną galopadą poprzez zagony kapusty i fryzowanej cykorji.

Tydzień zbiegł jakoś do czwartku. Zrana pani Bille wydała rozporządzenie:

– Kasiu, przygotuj rzeczy małej. O dziesiątej pójdziecie do kąpieli.

Emmę ogarnęła tkliwość – otoczyła ramionami szyję Kasi.

Kasia rozłożyła numer „Pont sur Loir”. Położyła na gazetę ręczniki, mydło, gąbkę, parę pływaków korkowych, parę papierowych łódek, a nawet starą gumową lalkę. Emma śledziła te przygotowania. Z pod fartuszka wyciągnęła łuk i strzały.

– Proszę cię – jeszcze i to!

Kasia podskoczyła.

– Po co? To nie ma sensu.

-Moja Kasieńko…

Kasia włożyła łuk, zrobiła paczkę. Była to poczciwa dziewczyna. Niedbale zawiązała sznurek. Rzuciła okiem w lustro, szukając pochlebnej odbitki. Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

Emma zawołała:

– O, wyglądasz bardzo ładnie!

Ruszono w drogę.

Szły w upał, w lekkich sukienkach, przez które przenikały krople słońca. Emma pociągała nogami, podnosiła tumany kurzu. Spotkała panią Conseil.

– Idę do kąpieli – oznajmiła.

Okoliczność ta napełniała ją dumą.

Katarzyna burczała:

-Idź spokojnie. Zgrzejesz się. Kąpiel ci zaszkodzi.

Minęły katedrę. Zegar wydzwonił godzinę. Dziesięć uderzeń spadło ciężko, jak żelazo.

-Mój Boże! A to będzie ci przyjemnie w tej wodzie! – westchnęła Kasia.

Przeszły próg zakładu kąpielowego. W poczekalni było pełno ludzi.

Emma zażądała:

– Łazienka z geranjami.

Lubiła tę kabinę obszerną i jasną, której firanki, niezupełnie zasunięte, pozwalały dojrzeć czerwone i różowe krzewy. Co więcej, przyzwyczaiła się do niej. Lubiła pisać na jej ścianach. A co się tyczy kurków do wody – odczuwała do nich wyjątkową i osobliwą słabość.

Chłopiec potrząsnął głową.

– Zajęta.

– Poczekamy – postanowiła Emma.

Kasia rozgniewała się.

– Co to – to nie! dobre sobie!

– To się nie rozbiorę!

– Poskarżę się Mamie!

– Nic mnie to nie obchodzi!

Czekano.

Obie usiadły na ławeczce. Kasia wpatrywała się w zawiniątko. W ten sposób mogła odczytać niektóre ustępy felietonu. Emma przyglądała się wchodzącym i wychodzącym. Ludzie wchodzili ze wzrokiem mętnym, z miną zmęczoną, z trudem dźwigając zawiniątka. Wychodzili z twarzami zaróżowionemi, wilgotnemi włosami, w lekkich jasnych ubraniach, które na wietrze szybko opadały. Zjawiła się stara dama. Miała niebieskie okulary i podpierała się laską.

– Numer piąty wolny! – zawołał posługacz.

– Też kaprysy – szemrała służąca.

– Nic mię to nie obchodzi – powtórzyła Emma i weszła pierwsza.

Poznała kabinę. Palcami dotknęła swoich napisów. Co tydzień pisała ołówkiem „sentencję”. Można było wyczytać: „Jaki Pan taki kram”, „Ludwik XVI umarł na szafocie”, „Ludwiś jest świnią”. Szybko rozwierała paczkę, wyjęła korki, szerokim ruchem wrzuciła do wanny. Łódki miały czekać, aż się tam zainstaluje. Lalka poszła w ślad za korkami. I natychmiast popłynęła nieruchoma, jakby martwa. Zrzuciwszy fartuszek, Emma zabrała się do odkręcania kurków. Były to dwa wspaniałe łabędzie z zółtej miedzi. Oddawna nadała im imiona: Onezyna wlewała gorącą wodę, Celestyn wyrzucał strumienie wody zimnej; w istocie, była to para poczciwych koleżków, trochę hałaśliwych, ale posłusznych na najmniejsze skinienie palca. Wreszcie Emma zrzuciła koszulkę, klasnęła w dłonie, i oznajmiła, że chętnie pobawi się w dzikusa. Kasia schwyciła ją za ramiona.

– Wejdziesz do wody.

Wrzuciła ją nieomal. Rozległ się plusk. Mignęły różowe paluszki nóg.

– Uraziłaś mnie! Bydlę!

Zaczęto spuszczać łodzie. Padały jedne po drugiej, jak wielkie białe skoczki. Emma zasłaniała oczy wilgotnemi rękami. A jednak flota zajmowała ją. Ruchem ręki zmuszała ją do trzymania się ścian wanny. Powoli pogłaskała Onezynę. Później przyszła kolej na Celestyna. Woda leciała dwoma cienkiemi sznurkami. Za firanką, pochylone wiatrem, kwiaty geranium, podobne do mikroskopijnych człowieczków, wymieniały bezustannie ukłony. Kasia wzięła dziennik. Szybko odnalazłszy odcinek powieściowy, rozkoszowała się każdym zdaniem.

„Noc była ciemna. Markiz konno pędził przez las. Co się stanie z Margarytą? Myślał. I silniej kłuł ostrogami boki rumaka”.

– Kasiu!

– Co?

– Podaj mi łuk!

– A to po co?

– Tak sobie.

– Masz.

„Nagle spostrzegł zamek. Okna ziały mrokiem. Boże! Szepnął, przykładając dłoń do serca. Wtem usłyszał kroki. jakiś cień mignął w aleji”.

– Nie dałaś mi strzał.

– Masz, oto są, te twoje strzały.

Kasia z wściekłością wrzuciła je do wanny.

– Zamoczyłaś pióra. Nie będą leciały!

– Proszę cię, nie zawracaj mi głowy! Daj mi spokój. Mam dość twoich głupstw!

„Rozległ się wystrzał. Kula przeszyła kapelusz markiza. W tej samej chwili okrzyk rozdarł powietrze. Do mnie! wołała Genowefa!”

Emma obrzuciła Kasię szybkim spojrzeniem. Byłą pogrążona w czytaniu. Marszczyła czoło. Grdyka jej podnosiła się i opadała z regularnością metronomu. Powoli bardzo powoli Emma uniosła się w wannie. Wychyliła tułów, wyciągnęła kolanko, wypięła drobną pierś. Podniósłszy podbródek, -ujęła strzałę, potrzymała ją w palcach, pogardliwie wpatrzyła się w jakiś nieistniejący cel. Nagle Kasia krzyknęła:

– Oszalałaś?! Zaraz mi tu…

Emma broniła się.

– Daj mi spokój. Nie robię nic złego. Czy nie jestem tak piękna, jak tamta dama? Prawda, że jestem piękna, jak tamta dama?

Kasia wstała. Była gotowa wykonać jakiś brutalny gest. Emma spokojnie skrzyżowała ramiona.

– Jeżeli się zbliżysz – ochlapię cię wodą. Będziesz cała mokra. Ale nie na tem koniec – powiem mamie, że chłopiec od kupca cię całował.

– To nieprawda! Nieprawda! – ryknęła Kasia.

– Tak, to nieprawda. Wiem o tem równie dobrze jak ty. A jednak Mamusia mi uwierzy, bo ja jestem jej córką, a tobie nie uwierzy, bo ty jesteś tylko służącą!

d.c.n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

„Kobieta współczesna” 1927, nr 3, str. 17-18.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved