Wiatr w Żagiel. Unosić się nad taflą wody

0

Spotkać kitesurfera w Warszawie w trakcie sezonu jest jak wygrana w totolotka bez wysyłania losu. Victor Borsuk wpadł do domu jak po ogień, ale między pakowaniem walizek znalazł chwilę na rozmowę. Mistrz Azji i Europy w kitesurfingu, pedagog z silnym uzależnieniem od wody. Wszędzie go pełno, rozsadza go pomysłowość, znak rozpoznawczy promienny uśmiech i otwartość, na którą stać ludzi z pasją. Ambasador kitesurfingu w Polsce, niepoprawny optymista, o kobietach z klasą w swoim kite’owym życiu opowiada Victor Borsuk… zdecydowanie mężczyzna z klasą.

Dagmara Kowalska: Wiesz, że przyglądam się temu co robisz i mam nieodparte wrażenie, że w Twoim życiu kobieca strona wiedzie prym? Po pierwsze Szwecja, w której dorastałeś, no jakby nie było jest kobietą. Po drugie mama czyli pierwsza kobieta i główny kibic w Twoim życiu. Po trzecie woda, i znów mamy żeńską końcówkę… Hmm, dużo tych kobiet w Twoim życiu. Jak mi powiesz, że od kobiety zaczęła się Twoja kite’owa pasja, to padnę trupem!

Victor Borsuk: (Śmiech) Coś w tym jest. Moi rodzice rzucili przynętę, ale to moja mama mnie zachęcała do kitesurfingu, to ona mnie wspierała w sportowych decyzjach. Zawsze mówiła: Działaj, zobaczymy co będzie. Generalnie miała otwarty umysł, nie bała się puszczać 15 latka samego w podróż czy np. solo do wody. Zwykle mamy są przerażone, boją się o swoje dzieci… U mnie było inaczej. Jak spadłem z drzewa i rozbiłem sobie łuk brwiowy, mama nie panikowała, tylko powiedziała, że do wesela się zagoi i, że nic mi nie jest. I wiesz co? Miała rację (śmiech). Całe życie wychowywała mnie w takim duchu. Obaj z bratem wyrośliśmy na normalnych facetów. Jak zrobiliśmy sobie jakąś krzywdę, mama nie wpadała w panikę, nie chuchała, nie dmuchała. Reagowała błyskawicznie tylko wtedy, gdy obrażenia „powypadkowe” były poważne. To nauczyło nas, by nie biegać do rodziców z otartym kolanem i zabiegać o ich atencję. Przychodziliśmy dopiero kiedy było naprawdę poważnie. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to było fajne.

Źródło: https://instagram.com/victorborsuk

D.K.: Czy Twoi rodzice pływają na kite’cie czy obserwują z bezpiecznej odległości?

V.B.: Moja mama kocha wodę, ale nie pływa. Część praktyczną zostawiła chłopakom 😉 Natomiast tata jest kitesurferem i to jednym z pierwszych. Uczył go kolega, który wcześniej pobierał nauki od pierwszych kite’surferów w Polsce. Jak podrosłem tata zaczął uczyć mnie, taki to był szkoleniowy wianuszek. Śmiesznie, bo jak sobie teraz odtworzę te naukę, to było w niej wiele braków. Wiedza o kitesurfingu była wówczas w Polsce bardzo mała.

D.K: Wiemy już jak zacząłeś, a jak pasja się rozwijała? Wyobrażam sobie, że musiałeś opuszczać zajęcia szkolne, żeby dojść do perfekcji w tym zawodzie, hobby…?

V.B.: To jest zawód, pasja, hobby wszystko na raz i właśnie to jest w tym najfajniejsze. Zacząłem pływać na kite’cie hobbystycznie, rodzice wprowadzili mnie w ten świat. Jak już tam byłem bardzo szybko zacząłem wnikać głębiej. Na początku byłem przerażony. Parę razy mnie podtopiło, zrzuciło z deski-to bardzo częste sytuacje, zwłaszcza na początku przygody z kite’m. I nagle, nie wiadomo kiedy i jak okazało się, że ja strasznie lubię przełamywać w sobie bariery strachu i nie lubię niedokończonych projektów. Jak zacząłem na poważnie, to tak się wkręciłem w kitesurfing, że zajął mi całe życie. Każdą wolną chwilę spędzałem na analizowaniu filmów i na treningach na drążku obrotowym. W pewnym momencie zacząłem się bardzo szybko rozwijać. Początki były żmudne i trudne, bo pół roku zajęło ki nauczenie się pływania, ale od momentu wejścia na deskę przyspieszyłem 30 krotnie. Ojciec zobaczył, że mam pełną zajawkę, więc pewnego dnia zadał mi pytanie czy chcę być zawodowcem. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Mówię do taty. – Z czym się to zawodowstwo wiąże? Odpowiedział, że będę więcej wyjeżdżał i będę musiał więcej uczyć się w domu. (Śmiech) I jak to w umyśle nastolatka, choć na więcej godzin nad zeszytami w domu nie miałem specjalnie chęci, to przeanalizowałem temat, doszedłem do wniosku, że trzeba spróbować i wziąłem się za to na poważnie. Pamiętam jak ojciec wpakował nas w samochód i zawiózł na pierwszy Puchar Świata do Austrii. Spaliśmy tam w wynajętej kwaterze i to były zawody, na których oczywiście każdą konkurencję przegrałem. Wróciłem jednak z doświadczeniem rywalizacji z najlepszymi kitesurferami na świecie i to poszerzyło moje horyzonty. Od tego momentu poleciała lawina, nagle pojawił się mój obecny wspólnik – Piotr Szewlakow, z którym organizuję obozy na całym świecie. Wtedy spotkał nastolatka, który strasznie kochał kitesurfing. Zainwestował i dał mi pierwsze kite’y.  Dzięki niemu nie musiałem sobie finansować nowego sprzętu, mogłem w końcu wystartować w Pucharze Polski. W pierwszym roku też wszystko przegrałem (śmiech), ale w kolejnym sezonie byłem czwarty, a w następnym już sięgnąłem po tytuł Wicemistrza Polski w kitesurfingu. Nie wydarzyłoby się to wszystko, gdyby nie ogromne wsparcie rodziców. Kiedyś mama opowiedziała mi o przełomowym momencie w mojej sportowej karierze. Rodzice siedzieli w pokoju, ok 2:00 w nocy oglądali film. W pewnym momencie zbiegłem na dół, oni zdziwieni pytają czy wszystko jest w porządku? Na co ja odpowiedziałem, że wszystko jest dobrze, tylko przyśniła mi się jedna ewolucja i muszę ją szybko przećwiczyć. W nocy rzuciłem się na drążek obrotowy, przećwiczyłem ewolucję, nie było mnie dobre pół godziny. Później wróciłem do góry z informacją, że mi się udało i poszedłem spać. Ja dzisiaj tego nie pamiętam, ale mama powiedziała mi, że ten moment potwierdził moją przyszłość.

D.K.: Urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą i na dodatek szczęściarzu wychowywałeś się w Szwecji i Polsce (kolejne dwie kobiety w Twoim życiu). Na wsparcie rodziców mogłeś liczyć, a jak zachowało się środowisko kitesurferów?

V.B.: Kitesurferzy to grupa ludzi, których łączy wspólna pasja … No popatrz, znowu kobieta (śmiech), ale tak rzeczywiście było. Wszyscy sobie pomagaliśmy, wzajemnie się nakręcaliśmy, rozmawialiśmy nie tylko o kite’cie. Kiedy zaczynałem przygodę z tym sportem był on bardzo niszowy. Sprzętu było mało, był drogi, szanowaliśmy każdy element i wspólnie wszystko naprawialiśmy. Jeden potrafił naprawić jedno, drugi coś innego. Pamiętam jak w 30 osób wyciągaliśmy takiego wielkiego balona i szukaliśmy dziurki wpychając go do wody w Zatoce. To było świetne uczucie, robić coś razem, a potem cieszyć się, że uratowaliśmy koledze sprzęt. Czasem mnie pytają o to czym jest dla mnie kitesurfing. Odpowiadam, że najważniejsza jest wolność jaką daje latawiec, ale równie ważna jest fantastyczna atmosfera w grupie surferów. Ludzie, którzy mają pasję generują w życiu zupełnie inną energię. Dlatego zakochujemy się w różnych sportach, bo to nas łączy w bardzo fajny sposób.

D.K.: W której ojczyźnie nauczyłeś się pływać?

V.B.: Mieszkałem w Szwecji do piątego roku życia. Nie miałem szans na kontakt z wodą, byłem za mały. Za to ciekawostka, byłem dzieckiem ekshibicjonistą (śmiech). W ten sposób, bez wstydu chowane są dzieci w Szwecji. Wróciliśmy do Polski zaraz po wydarzeniach Okrągłego Stołu i na dzień dobry zderzyłem się z inną kulturą. Dość zabawne było nasze pojawienie się w przedszkolu. Miałem 5 lat, mój brat był rok młodszy, kiedy na hasło drzemka rozebraliśmy się do waleta, zostawiliśmy rzeczy, przeszliśmy przez całe przedszkole żeby wziąć piżamy. Założyliśmy je i poszliśmy do łóżek. Całe przedszkole zatkało. Ani dziewczynki ani chłopcy, ani nawet nauczyciele nie wiedzieli co powiedzieć i jak się zachować. Pamiętajmy, że był początek lat 90 tych XX wieku rozbieranie się do naga przy wszystkich nie było modne, zwłaszcza w małych miastach, a  ja w ten sposób zaprezentowałem się grupie. Dobrze, że nikt nie zemdlał.

D.K.: W moim przedszkolu też był jeden chłopak, który często rozbierał się do naga i znienacka całował koleżanki w usta J Stare dzieje, wróćmy do teraźniejszości. Jak dużo kobiet uprawia kitesurfing, windsurfing i surfing?

V.B.: Prawda jest taka, że nie ma statystyk, ale z moich obserwacji wynika, że 1/3 z uprawiających kitesurfing to są kobiety. W surfingu może być podobnie, z lekkim przechyłem w kierunku statystyk pół na pół. Natomiast na Pucharze Świata 1/3 startujących są kobiety, mamy wiele utalentowanych zawodniczek, np. Karolinę Winkowską trzykrotną Mistrzynię Świata. Jest Asia Litwin, którą trenowałem przez wiele lat i doprowadziłem do wicemistrzostwa świata. W moim kite’owym życiu było trochę kobiet … Tak naprawdę to dużo moich sukcesów czy rozwoju zawdzięczam kobietom, które spotkałem na swojej drodze. Jedną z takich kobiet była też Ola Tomkowicz, bardzo zaradna babeczka. Miałem wtedy 17 lat, ona ok. 33 i już była wicemistrzynią świata we wspinaczce ściankowej. Otworzyła biznes z odzieżą sportową, który rozwinął się do tego stopnia, że po 30 roku życia została rentierką i mogła się skupić na kolejnej pasji, którą stał się kitesurfing. Wtedy pojawiłem się ja– młody, ambitny, uczyłem się wszystkich ewolucji oglądając filmy w Internecie, klatka po klatce. Oli bardzo to imponowało, chciała ze mną trenować. Zaczęliśmy wspólną pracę: ja goły i wesoły, ale młody i pełen werwy do uczenia się nowych rzeczy i ona zafascynowana tym sportem, bez problemów finansowych. Jak wiatr i woda połączyliśmy siły: ja trenowałem zagranicą, a ona miała trenera, który był skoncentrowany na jej rozwoju. Na efekty nie czekaliśmy długo. Ola znalazła się na podium Pucharu Świata, potem zdobyła tytuł Mistrzyni Polski w kitesurfingu. W wieku 33 lat zaczęła przygodę ze sportem niszowym i ciężką praca dotarła na szczyt. Ona to w ogóle była niesamowita, potrafiła się podciągać na drążku, na jednej ręce !?! To było wielkie wow! Tak naprawdę dzięki niej zacząłem się bardzo szybko rozwijać w tym sporcie. Śmieszne było to, że  Ola zamieniła się w kolejną kobietę czyli Asię Litwin, która w wieku 15 lat właśnie rozpoczynała karierę kite’ową. Nauczyłem ją jak się przygotować do zawodów, jak się na nich zachować, jak o nich myśleć i radzić sobie ze stresem. Miałem wtedy 21 lat i szczęście, że ojciec Asi zabierał mnie na każde jej zawody. To była kolejna kobieta, dzięki której ja się rozwijałem, ale i ona zdobywała kolejne puchary.

D K.: Tak to jest w Twoim zawodzie, że Ty jesteś miarą sukcesów własnych i sukcesów Twoich uczniów.

V.B.: Tak, to są tak samo moje sukcesy, więc można powiedzieć, że miałem też parę sukcesów kobiecych ( śmiech).

D.K.: Słucham Cię z przyjemnością i staram się wyobrazić sobie kobietę z klasą na kitesurfingu. No wiesz… kobieta z klasą kojarzy się raczej stereotypowo: szpilki, elegancka ołówkowa spódnica lub piękna sukienka podkreślająca kobiece kształty, do tego super torebka, okulary przeciwsłoneczne … i kluczyki do sportowego auta. A na kite’cie, o zgrozo kobiety chodzą na boso.. a to jest bardzo daleko od klasy. Jesteś w stanie obalić te stereotyp.?

V.B.: (Śmiech) No jasne! Mogę powiedzieć uczciwie. Mężczyźni na kite’cie potrafią wystąpić w obdartych piankach i rozerwanych nogawkach. Dla nas ważne jest żeby wejść na wodę, byle jak, byle popływać. A kobiety zaczynają od wyboru pianki. I nagle się okazuje, że stroje do pływania na kite’cie są przepiękne, idealnie dopasowane, mają elementy różu czy np. czerwieni. Kobiety zakładają starannie dobrane pianki i wyglądają mega seksownie. Nawet jeśli chodzą na boso, zwracają uwagę, żeby stopy były zadbane, a paznokcie pięknie pomalowane. Zauważyłem pewną magię, np. kolor pianki musi pasować do koloru paznokci na stopach i dłoniach. I powiem Ci, że to działa, bo kobiety surferki już na brzegu wyglądają mega sexi i robią wielkie wow! Całości dopełnia obcisła pianka, która ukrywa mankamenty, a podkreśla atuty kobiet. Wybór sprzętu też jest ważny i przypomina trochę decyzję o zakupie auta. To jednak kolor determinuje podstawę do wyboru sprzętu. Poza tym kitesurfing jest drogim sportem, jeśli masz zajawkę, musisz mieć na to środki. Okazuje się, że taka kobieta z klasą w ciągu dnia chodzi w szpilkach i pięknych sukienkach, realizuje ciekawe projekty, a wieczorem pakuje się w auto, przyjeżdża nad morze i wskakuje na kite’a. Klasę widać w tym sporcie na każdym kroku… na każdym ślizgu też .

D.K.: OK, przekonałeś mnie. W międzyczasie pomyślałam sobie, że klasę można mieć nawet na bosaka, na plaży w t-shircie i kąpielówkach. Klasa to nie ubiór, klasa to styl życia. A gdyby tak któraś z naszych czytelniczek chciała przekonać się na własnej skórze jak smakuje ten sport, to od czego powinna zacząć?

 

V.B.: Ja mam bardzo prostą odpowiedź, bo od wielu lat słyszę to pytanie i dotąd trudno mi było jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Na co dzień spróbowanie kitesurfingu jest dosyć skomplikowane. Trzeba wybrać szkołę, umówić się na lekcje, pojechać na Hel, wynająć przyczepę, czy domek, to jest długa i kosztowna procedura. Znam wiele osób, które od lat pytają mnie gdzie mogą spróbować swoich sił na kite’cie. Postanowiłem więc zrobić obozy dla dorosłych (zacząłem od dzieci kilka lat temu). Przygotowuję ćwiczenia z balansu na balance boardach, sztuczną falę, na której można się nauczyć balansowania całym ciałem, do tego dochodzi zabawa za motorówką kiedy uczymy się wstawać na deskę. Zajęcia podstawowe z kitesurfingu dla dorosłych trwają tydzień od soboty do soboty. Wszystko w Jastarni na Borsuk Campach, gdzie można dojechać bezpośrednio pociągiem z Warszawy. W skład ceny obozu wchodzi nocleg w domkach holenderskich, 4 godzinne zajęcia ze sportów wodnych plus wieczorem impreza dla dorosłych. Wszystko to kosztuje 1290 złotych, czyli ¼ normalnej ceny. Za tę kwotę można połknąć kite’owego bakcyla.

D.K.: I tego się można nauczyć w każdym wieku. 33 letnia dziewczyna, o której wspomniałeś wcześniej złapała zajawkę na kite’a i udało jej się sięgnąć po najwyższe trofea…. Ciągle jestem pod wrażeniem tej historii.

V.B.: Ale to nie jest górna granica wieku do nauki. Moja najstarsza kursantka miała 65 lat, a najmłodsza 9.

D.K.: Na koniec zapytam Cię o plany. Kiedy wystartujesz w zawodach?

V.B.: Na razie jestem w fazie rozkoszowania się kite’m i leczenia zaległych kontuzji. Starty musiałem odłożyć na później. W przyszłości marzy mi się bycie ambasadorem kitesurfingu w Polsce. Mówisz rajd samochodowy- myślisz Hołowczyc, mówisz skoki narciarskie- myślisz Małysz, mówisz kitesurfing – myślisz Borsuk. Bardzo chciałbym do tego doprowadzić. Mój sport nadal jest sportem niszowym, ludzie boją się spróbować, nie wiedzą dokąd pójść, żeby rozpocząć przygodę.  Często nawet nie wiedzą czym jest kitesurfing. Moim zadaniem jest wypromować ten sport do tego stopnia, żeby każdy miał szansę spróbować z czym to się je i zapewnić rozwój tej dyscypliny. Marzy mi się wielu zawodników, o których biją się sponsorzy, bo im bardziej ten sport będzie rozpoznawalny, tym bardziej będzie można sport i pasję przekuć w zawód. Chciałbym tego dla wszystkich.

D.K.: Już Ci się udało… Mówisz kitesurfing, a ja widzę Victora Borsuka. Przekonanie reszty Polaków będzie kaszką z mlekiem. Dziękuję za inspirującą rozmowę. Kobietki z klasą, jedziemy na Hel.

V.B.: Zapraszam, miejsca wystarczy dla wszystkich.

Rozmawiała
Dagmara Kowalska

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image