Problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że kobiety nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym

Wywiad z Joanną Niedzielą, seksuolożką, psycholożką, autorką bloga „Seksuolog bez tabu”

Trudno wymyślić dziś ciekawe, nieoklepane, owiane opinią tabu pytanie do seksuologa! Wychodzi pełno książek o takiej tematyce, mamy pełno przeróżnych artykułów na ogólne i szczegółowe tematy dotyczące seksu, pojawiły się naprawdę dobre blogi i strony prowadzone przez seksuologów i edukatorów seksualnych. Dlatego trochę na przekór i na odwrót zapytam: jakie pytanie Pani zadałaby seksuologowi?

Rzeczywiście wiele pytań się powtarza, dlatego zamiast zadawać kolejne, chciałabym zwrócić uwagę na kwestię patologizacji seksualności czy straszenia nią. Szczególnie mam tu na myśli seksualność kobiet, która postrzegana jest głównie przez pryzmat trudności, dysfunkcji, nakazów czy męskich potrzeb. Niewiele mówi się o rozwijaniu tej sfery życia, czerpaniu z niej przyjemności, cieszenia się nią. W konsekwencji wiele kobiet obawia się, że to, czego doświadczają czy co przeżywają, nie mieści się w normie, że coś jest z nimi nie tak. 

Naprawdę? A to ciekawe, bo ja powiedziałabym zupełnie co innego – że współczesne młode, ale i te dojrzałe, wykształcone kobiety wiedzą czego chcą, a przynajmniej doskonale wiedzą, czego nie chcą, co im się nie podoba. Zaczynają jasno mówić o swoich pragnieniach, fantazjach, są w sferze seksualnej bardzo czynne, a jeżeli mają jakieś problemy, odczuwają dysfunkcje, to od razu szukają rozwiązania – czy to w internecie, czy w książkach czy u specjalisty?

Myślę, że taki obraz rzeczywistości kreują media – obraz kobiety mającej nieziemskie orgazmy przy każdym zbliżeniu, zdrowej, wysportowanej, zawsze seksownie ubranej i wiedzącej czego chce. Tymczasem większość kobiet nie jest w stanie zbliżyć się do tego sztucznie wykreowanego ideału, co wpędza je w kompleksy. Powszechne podczas konsultacji są takie zdania jak: „chciałabym mieć orgazmy jak każda normalna kobieta” albo „kochać się tak często jak wszyscy”. To bardzo ogólne stwierdzenia, bo nie wiemy, co to dokładnie znaczy dla tej osoby. Ale to nie bierze się znikąd – to właśnie wrażenia zaczerpnięte z mediów o tym, jak “powinno” wyglądać życie seksualne większości kobiet. 

Czy Polki w porównaniu do innych Europejek są dobrze wyedukowane seksualnie? Podobno jest tak, że Polki dużo wiedzą na temat seksu, ale to i tak nie sprawia, że doznają większej i częstszej satysfakcji w łóżku?

Nie chcę się wypowiadać na temat innych krajów europejskich, mogę jednak powiedzieć, jak to wygląda w przypadku Polek, które zgłaszają się do mnie na konsultacje seksuologiczne. W bardzo wielu przypadkach nieodłącznym jej elementem jest właśnie edukacja seksualna. Bardzo często polega ona np. na wyjaśnieniu jaka jest różnica między pożądaniem responsywnym (charakteryzującym przeważającą część kobiet) a pożądaniem spontanicznym. To pomaga wielu paniom zrozumieć (i odczuć ulgę), dlaczego nie inicjują seksu z same siebie – o co często obwiniają je partnerzy, twierdząc, że są oziębłe. Nierzadko pojawia się także temat orgazmu. Tu z kolei rozmawiamy o konieczności nauki jego doświadczania (np. podczas treningu masturbacyjnego), a także o tym, że kluczową rolę w drodze na szczyt odgrywa stymulacja łechtaczki a nie pochwy. Warto wiedzieć, że podczas penetracji regularnie szczytuje niewielki procent kobiet – i jest to normalne. Myślę, że w ogóle kluczową sprawą jest zmiana tego, jak postrzegamy seks. Seks to nie tylko stosunek waginalny – warto czasem z niego zrezygnować, aby poszerzyć seksualne horyzonty i doświadczyć czegoś nowego. Odpowiadając na Pani pytanie – widzę ogromne braki w edukacji seksualnej kobiet, ale także mężczyzn. Dlatego gorąco apeluję – sięgnijmy chociaż po jedną książkę na temat seksualności. To bardzo często wystarcza, aby zrozumieć, czego doświadczamy czy rozwiać nasze obawy i wątpliwości. Nie bójmy się też zgłaszać po pomoc do specjalistów.

Interesujące to naukowo brzmiące określenie: pożądanie responsywne. Opowiedzmy o nim nieco więcej, skoro charakteryzuje przeważającą część kobiet.

Terapeutka seksualna dr Christine Hyde, wyjaśniając, czym jest pożądanie responsywne, użyła analogii z otrzymaniem zaproszenia na imprezę. Kiedy zaprasza nas dobra przyjaciółka, zazwyczaj takie zaproszenie akceptujemy bez większego namysłu. Jednak im bliżej do imprezy, niekoniecznie mamy na nią ochotę – musimy się przecież ładnie ubrać, umalować, dojechać tam, znaleźć opiekunkę do dziecka… Ostatecznie mimo wszystko postanawiamy wybrać się na imprezę, bo przecież to nasza dobra przyjaciółka. I co się okazuje? Że świetnie się na niej bawimy. Podobnie jest z pożądaniem responsywnym. Kobieta nabiera ochoty na seks, wraz z pogłębianiem się zaangażowania w stosunek zainicjowany przez partnera/kę, mimo że wcześniej sama z siebie nie odczuwała na niego ochoty. Nie mam tu jednak na myśli zmuszania się do seksu, to zupełnie co innego. W bardzo wielu przypadkach, w których kobiety zgłaszają się do mnie z powodu obniżonej ochoty na seks, okazuje się, że problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym. Mają do siebie pretensje, że nigdy nie inicjują seksu samodzielnie, bo nie czują takiej potrzeby. Okazuje się jednak, że ten seks sprawia im przyjemność i się w niego angażują, gdy zainicjuje go druga osoba. Dlatego tak ważna jest komunikacja w związku. Warto też podkreślić, że oba rodzaje pożądania są jak najbardziej zdrowe i normalne. 

Problem właśnie tylko z tym, że zdecydowana większość badanych w przeróżnych ankietach chciałaby, aby to ta druga strona była bardziej pomysłowa i to ona inicjowała nowości w łóżku. Więc mamy mały impas – my nie inicjujemy, a chcemy, żeby inicjował nasz partner, tylko on może oczekiwać tego od nas… Co wtedy? Próbujemy się przełamać?

Głównym problemem wielu par jest brak komunikacji w sferze seksualnej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest powszechne przekonanie, że o seksie się nie rozmawia, tylko się go uprawia. Znaczenie ma jednak także wstyd, obawa przed tym, jak odbierze nas druga osoba i co o nas pomyśli, a także brak pomysłu jak taką rozmowę w ogóle zacząć. Komunikacja jest jednak podstawą satysfakcjonującego życia seksualnego. To właśnie dzięki niej mamy szansę uzgodnić, kto inicjuje seks w związku i z czego to wynika. Brak rozmowy prowadzi do wielu nieporozumień, bo np. mężczyzna może pomyśleć, że skoro partnerka nie inicjuje, to pewnie jest oziębła, a ona z kolei, że skoro on nie inicjuje, to pewnie nie jest już dla niego atrakcyjna… W odpowiedzi na liczne pytania moich czytelników, obserwatorów w social mediach, jak i klientów na temat tego, jak o seksie rozmawiać, stworzyłam narzędzie, które takie rozmowy ma ułatwić. Jest nim Seksomównik – zbiór haseł, dzięki którym mamy możliwość porozmawiać na wiele istotnych tematów dotyczących życia intymnego. 

Wychodzi na to, że jak zwykle kobiety mają w życiu trudniej, nawet jeżeli chodzi o tak podstawowe odruchy, mechanizmy, o tak podstawową sferę jak seksualność. Nawet jeżeli idzie o orgazm  – u mężczyzn to coś wrodzonego, naturalnego, a kobiety muszą się go nauczyć…

To prawda, męski orgazm jest zjawiskiem fizjologicznym zazwyczaj pojawiającym się w momencie wytrysku (orgazm i wytrysk nie zawsze jednak idą ze sobą w parze). Kobiety natomiast, tak jak już mówiłam, muszą nauczyć się go doświadczać. Warto jednak zaznaczyć, że panie mają za to większe predyspozycje fizjologiczne, aby po jednym orgazmie osiągnąć w krótkim czasie kolejny (lub nawet kilka) – apetyt rośnie u nich w miarę jedzenia. Wracając do nauki szczytowania – nie jest ono możliwe bez poznania swojego ciała i jego reakcji, tego jaki rodzaj dotyku sprawia nam przyjemność, gdzie są nasze strefy erogenne, czy warunków, które mu sprzyjają. Bardzo ważna jest także umiejętność zatracenia się w chwili obecnej, odpuszczenie ciągłej kontroli, poddanie się doświadczanej przyjemności, bycie w kontakcie z ciałem. Warto także wiedzieć, że dużo częściej do orgazmu prowadzi stymulacja łechtaczki, a nie pochwy. Przez długi czas uważano, głównie za sprawą Freuda, że orgazmy łechtaczkowe są niedojrzałe czy po prostu gorsze. Jest tu zupełna nieprawda. Orgazm jest jeden, różne są natomiast drogi jego osiągania – żadna nie jest lepsza, ani gorsza. Na szczyt może zaprowadzić nas nawet sama wyobraźnia. 

Przeglądałam niektóre statystyki większość Polek deklaruje zadowolenie z seksualnych doznań, ale realnie okazuje się, że ponad połowa z nich udaje orgazm albo żeby skrócić nudny stosunek, albo nie urazić partnera?

Kobieca seksualność często postrzegana jest z perspektywy męskich potrzeb. Wiele pań nie domaga się zaspokojenia ich własnych (np. doprowadzenia ich do orgazmu oralnie, dłonią czy wibratorem, jeśli partner osiągnął orgazm wcześniej), bo nie mówi się głośno o tym, że mają do tego takie same prawo jak mężczyźni. W ankiecie, którą przeprowadziłam na moim instagramowym profilu (@seksuologbeztabu), do udawania orgazmu przyznały się 1223 osoby, a zaprzeczyło 1168. Wynika z tego, to co Pani powiedziała, że połowa (51%) kobiet chociaż raz w życiu z jakiegoś powodu symulowała szczytowanie. Spytałam także o powody, dla których panie to robiły. I rzeczywiście pojawiły się wśród nich takie odpowiedzi, jak chęć skrócenia nudnego stosunku czy nagrodzenie starań partnera. Dla mnie te dane są zatrważające. Według moich obserwacji przyczyną wielu trudności u kobiet w sferze seksualnej jest to, że nie potrafią zauważyć w niej źródła przyjemności. Jest ona głównie postrzegana jako (nierzadko przykry) obowiązek. A przecież seks powinien być zabawą, okazją do poznania siebie, odkrywania swoich potrzeb, doznawania rozkoszy – czy to podczas sesji samomiłości, czy igraszek z partnerem. Zmuszanie się do seksu może mieć wiele negatywnych konsekwencji – problemy z libido, obniżenie nastroju, pochwica, pogorszenie relacji partnerskiej itd. A przede wszystkim odbieramy sobie w ten sposób prawo do przyjemności.

Tylko 13% Polek praktykuje seks oralny? Dlaczego tylko co dziesiąta z nas?

Uprawianie seksu oralnego nie jest obowiązkiem – nie każdemu musi się on podobać i nie ma w tym nic złego. Jeśli tak jest, warto znaleźć inne techniki seksualne, które odpowiadają obydwu stronom zaangażowanym w relację intymną. Czasem się jednak zdarza, że niechęć do seksu oralnego wynika z niewiedzy na temat miłości francuskiej czy pewnych obaw z nią związanych. Myślę, że z jednej strony powodem może być to, że seks oralny przez długi czas uważany był za zboczenie czy grzech. Dla wielu kobiet nie do przyjęcia jest też pozycja, w jakiej dają rozkosz partnerowi. Klęczenie u stóp drugiej osoby kojarzy im się z uległością, poniżeniem czy wręcz odbiera im podmiotowość. Panie często mają też trudność z tym, aby w pełni oddać się drugiej osobie i być biorcą przyjemność. Często hamuje je obawa przed tym, czy aby na pewno dobrze pachną i smakują. Nierzadko wstydzą się swoich wagin i ich wydzielin, nie akceptują ich wyglądu. Ale problemem bywa także higiena drugiej osoby. Przede wszystkim warto zauważyć, że seks oralny jest techniką niezwykle intymną – można nawet pokusić się o stwierdzenie, że bardziej intymną niż penetracja. Z pewnością wymaga on otwarcia się na drugą osobę, zaufania do niej, poczucia bezpieczeństwa. Często nie jest to możliwe do osiągnięcia, gdy relacja między partnerami jest zaburzona. 

Mam wrażenie, że to jedna z najczęstszych sytuacji-problemów dla kobiet: „Kocham swojego mężczyznę, on mnie też. Czuję się przy nim bezpieczna, ufam mu, nie wstydzę się go. On w łóżku bardzo się stara (osiągając satysfakcję), zresztą ja też (już orgazmu nie osiągając). Doczytuję, dopytuję, edukuję się, próbujemy różnych pozycji, zmian tempa itd. Fizycznie jestem zdrowa. Na co dzień świetnie się dogadujemy. I dalej nic, nie jestem w stanie osiągnąć orgazmu”. Co się dzieje, jak zaradzić?

Po pierwsze należałoby poznać cały kontekst tej sytuacji. Takie stwierdzenia jak „stara się” czy „dogadują się” są bardzo ogólne. Para może się dogadywać na podstawowym poziomie codziennego funkcjonowania, jednocześnie nie rozmawiając ze sobą o swoich potrzebach, emocjach, pragnieniach. Nie wiemy też jak ich zbliżenia faktycznie wyglądają. Czy ich kluczowym elementem jest penetracja, czy sięgają też po inne techniki sztuki miłosnej, czy kobieta jest wystarczająco rozbudzona, czy jest w stanie oddać się chwili obecnej… Kolejnym pytaniem jest, czy kobieta nie osiąga orgazmu jedynie podczas seksu partnerowanego, czy także podczas samomiłości. Ważne jest także to, co robi na rzecz swojego orgazmu podczas zbliżenia z partnerem. A może robić wiele – np. pokazać drugiej osobie, jaki rodzaj dotyku jest dla niej przyjemny, sięgnąć po gadżety, doprowadzić się do orgazmu sama, czy stymulować samodzielnie łechtaczkę, gdy partner ją penetruje. Warto także wyzbyć się myślenia, że bez orgazmu seks nie jest satysfakcjonujący. Seks bardzo często jest źródłem szczęścia i spełnienia – pozwala zaspokoić potrzebę bliskości, pogłębić więź z druga osobą czy być formą relaksu. Paradoksalnie, gdy kobieta przestanie usilnie dążyć do orgazmu, ma szansę pozwolić rozkoszy na zawładnięcie jej ciałem, a w konsekwencji osiągnąć szczyt. 

Trzy największe mity na temat seksu, w które uparcie wierzą Polacy?

Pierwszym takim mitem jest przekonanie, że penetracja jest głównym i nieodłącznym elementem seksu. Takie myślenie, które jest oczywiście błędne, bo seks to cały wachlarz różnych technik i aktywności, może mieć wiele negatywnych konsekwencji. Jedną z nich jest pojawienie się różnych dysfunkcji seksualnych – np. pochwicy (skurcz mięśni uniemożliwiający odbycie stosunku) czy zaburzeń erekcji. Warto czasem z penetracji zrezygnować, aby odkryć nowe seksualne horyzonty. Zaprzestanie traktowania jej jako dania głównego zdejmuje też z wielu mężczyzn presję związaną z koniecznością sprawdzenia się. Drugim mitem, o którym warto wspomnieć, jest przekonanie, że seks czasem boli. Jeśli jakiś rodzaj seksu jest bolesny koniecznie zgłośmy się na konsultację lekarską! Seks powinien dostarczać przyjemności a nie cierpienia. Trzecim mitem jest myślenie, że seks musi zakończyć się orgazmem (mam tu na myśli szczególnie orgazm kobiecy), aby był satysfakcjonujący – o czym zdążyłam już powiedzieć. Dlatego dodam jeszcze czwarty mit, w który często wierzymy. Jest nim przekonanie, że mężczyźni mają zawsze ochotę na seks, co oczywiście nie jest prawdą. 

A czego większość kobiet nie wie na temat męskiej seksualności, choć zdecydowanie powinna?

Tego, że trudności z osiągnięciem erekcji są sygnałem ostrzegawczym, że mężczyzna może mieć jakieś problemy ze zdrowiem. Zaburzenia wzwodu (szczególnie wtedy, gdy brak jest porannych erekcji, jak i erekcji podczas masturbacji) nawet o wiele lat mogą wyprzedzać pojawienie się choroby układu krążenia. Dlatego powinny skłaniać do wizyty u specjalisty. Na trudności z uzyskaniem erekcji może mieć także wpływ styl życia – brak aktywności fizycznej, niezrównoważona dieta, stres, przemęczenie, sięganie po używki. 

W jednym z artykułów na swoim blogu pisze Pani o seksualnym self-care? Cóż to takiego i dlaczego warto się tym terminem zainteresować?

Seksualne self-care to czynności, które wykonujemy po to, aby zatroszczyć się o sferę seksualną, a w konsekwencji, by dobrze się z nią czuć. Chodzi tu przede wszystkim o działania, które podejmujemy dla przyjemności, a nie z poczucia obowiązku czy przymusu. Dla każdego z nas będzie to oczywiście coś odmiennego, ponieważ na dobre samopoczucie nie ma uniwersalnej recepty. Jedną z takich czynności może być samomiłość, którą warto potraktować jako randkę z samym sobą. Dzięki niej możemy skupić się jedynie na własnej przyjemności i o nią zatroszczyć – np. znajdując różne sposoby jej doświadczania. 

Podobno w większości badań na temat fantazji seksualnych europejskich kobiet zawsze w pierwszej 5-tce pojawiają się fantazje homoseksualne. Czy to „normalne”, że wiele kobiet heteroseksualnych  fantazjuje o innych kobietach?

Oczywiście! Fantazje erotyczne to zupełnie normalna część naszego życia seksualnego. Są wytworem naszej wyobraźni, który nas podnieca i stymuluje. A ponieważ dzieją się w głowie – stanowią bezpieczną przestrzeń do eksploracji swojej seksualności. Warto podkreślić, że nie podlegają one wartościowaniu – nie ma lepszych, ani gorszych fantazji. Nie zawsze muszą być one odbiciem ukrytych pragnień czy deficytów. Wiele osób nie chce też wcale realizować ich w rzeczywistości – i jest to zupełnie naturalne. 

Bardzo dziękuję za pouczające słowa!