Uzależniona – kilka słów o filmie i kobiecej satysfakcji

Kwarantanna to czas, w którym dużo czytam, ale też oglądam. Szukam ciekawych filmów o różnej tematyce.  Czasami myślę sobie, że jak tak dalej pójdzie oglądnę całego Netflix-a ( wiem, wiem to niemożliwe!). Bardzo lubię kiedy filmy skłaniają mnie do przemyśleń, lubię znajdować w nich inspirację do działań w realnym życiu. Nie piszę tutaj o horrorach czy kryminałach, bez obaw! Jeden film w ostatnim czasie wywarł na mnie szczególne wrażenie. Myślę, że znacznie wpłynął na postrzeganie przeze mnie seksualności kobiety i postrzegania jej w środowisku mężczyzn. „Uzależniona” to film o kobiecie uzależnionej od seksu. Zaczyna się dość niewinnie. Główna bohaterka to na pozór szczęśliwa mama i żona. Zabójczo przystojny mąż, matka chętna zawsze pomóc, wspaniała praca i dzieci. Idealnie. Od samego początku jednak można wyczuć, że coś jest nie tak. Co? Tej na pozór usatysfakcjonowanej kobiecie zaczyna brakować „czegoś”. Jakiejś nieznanej emocji, której chociaż jeszcze nie zna to bardzo pragnie. Choć jej życie seksualne z mężem jest bardzo bogate to ona pragnie czegoś jeszcze i pragnie tego więcej… .

Oglądałam ten film wspólnie z moim mężem, bardzo lubię słuchać jego komentarzy na temat tego co kobietom „wypada” a czego nie.  Mój mąż jest 100% mężczyzną, który nierzadko kobiety postrzega jako te słabsze, te gorzej sobie radzące. Lubię go jednak słuchać bo jego komentarze jeszcze bardziej motywują mnie do „walki” o swoje racje i sprawiają, że narasta we mnie bunt przeciwko tej męskiej ideologii samczej przewagi. To zaskakujące jak bardzo to co nas denerwuje może dawać siłę do działania. I oglądając ten film nieraz wyraził swoją dezaprobatę dla bohaterki o imieniu Meghan.

Jest scena gdzie Meghan tuż po seksie z mężem ma ochotę na więcej. On jednak zasypia. Ona wychodzi z łóżka, siada przed komputerem, włącza film, który sądząc po odgłosach jest bardzo gorący. Odpala więc wibrator i kończy to czego mąż nie dokończył.

Mój mąż nie krył oburzenia. Moja reakcja była natychmiastowa.

To Wam wolno a nam nie?!

I tu jest problem, który chcę poruszyć. Postrzeganie seksualności kobiety wciąż jest jeszcze mocno zdeformowane. Bardzo powoli wychodzimy z naszymi potrzebami „z ukrycia” lub może trafniej będzie jeśli napiszę „wychodzimy spod kołdry i zapalamy światło”. Rozmawiamy o nich częściej, ale wciąż za mało odważnie. Wiele z nas czeka na inicjatywę faceta bo przecież nam nie wypada, bo jeszcze on pomyśli, że jestem jakaś niewyżyta. A może jestem? A może czegoś właśnie mi brakuje. Pamiętam też rozmowę z moim wspomnianym już współmałżonkiem o erotycznych książkach przy okazji czytania „Dotyk Crossa”. Stwierdził, że robią wodę z mózgu kobietom bo jak powiedział „naczytają się i później im się wydaje, że tak będzie w życiu”. Nieprawda. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że tego rodzaju książki są niejako impulsem do uwolnienia z siebie seksualności, o które może nawet same nie wiedziałyśmy. Nasze życie wygląda różnie, jedne z nas zajmują się dziećmi, inne robią karierę, jeszcze inne łączą jedno i drugie. Dążmy jednak do pełnej satysfakcji, a nie zagłuszajmy jej.  Każda z nas zasługuje na satysfakcjonujące życie, po które musi sama sięgnąć. Nikt za nas tego nie zrobi. Musimy mówić i domagać się tego czego chcemy. Mamy takie prawo wbrew temu czego nierzadko uczyły nas nasze matki. Mamy prawo do miłości na naszych warunkach, mamy prawo do emocji i własnych potrzeb – nie mniejsze niż mężczyźni. Nie namawiam, żeby krytykować mężczyzn, nie jestem feministką. Myślę, że możemy brać z nich przykład i uczyć się od nich tego, że jak coś chcę to to biorę, a nie zastanawiam się zbyt wiele co i kto sobie pomyśli. To doprowadzi nas wreszcie do równości płci, ale takiej zdrowej. Bo zawsze powtarzam nie dążę do równouprawnienia. Cieszy mnie kiedy wiem, że nie muszę odgarniać w zimie śniegu przed domem, ani nosić drzewa do kominka bo zawsze robi to mój mąż. Ostatnio miałam też okazję zobaczyć jak On smaży naleśniki i powiem Wam było to bardzo ciekawe doświadczenie! Podział ról w domu moim zdaniem jest OK, jeśli tylko obydwie strony czują się tym podziałem USATYSFAKCJONOWANE.

Na koniec życzę Wam dużo miłości, odwagi i prawdziwej SATYSFAKCJI z życia tego codziennego i tego seksualnego. Dodam jeszcze, że „Uzależniona” kończy się bardzo zaskakująco, ale dla mnie ten film był początkiem czegoś nowego.

JW-G