shutterstock_1625951251

WAŻNE pytania i odpowiedzi na temat KORONAWIRUSA - czyli co powinnaś wiedzieć na pewno

1.Czym tak naprawdę jest ten wirus? Należy wiedzieć, że oficjalnie oznaczono go jako 2019-nCoV, ale powszechnie znany jest jako wirus z Wuhan. W tym położonym w środkowych Chinach mieście ujawnił bowiem swoją zjadliwość. Pierwotnym źródłem zakażenia były prawdopodobnie zwierzęta sprzedawane tam na targu. To z nich 2019-nCoV przeniósł się na ludzi. Co więcej, potem zaczął mutować i zyskał zdolność przenoszenia się między nami. Warto dodać, że podobnie jak wirus SARS, który w 2002 roku również przeniósł się na ludzi ze zwierząt, dał też początek epidemii w Chinach. Obecny koronawirus przypomina go aż w 80 procentach. Ale jego zdolność mutowania sprawia, że może okazać się groźniejszy. To dlatego Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła PHEIC, czyli Stan Zagrożenia Zdrowia Publicznego o Znaczeniu Międzynarodowym. A komunikaty takie wydawane są niezwykle rzadko.

2. Jakie są objawy zarażenia? Należy wiedzieć, że zarażenie koronawirusem przypomina (zwłaszcza na początku) inne sezonowe infekcje, szczególnie grypę. U większości chorych występuje wysoka gorączka (powyżej 38, a nawet 39 stopni Celsjusza). Do tego dochodzi kaszel i duszności. Warto wiedzieć, że część chorych miała też inne symptomy, na przykład kołatanie serca, bóle mięśni czy uczucie ucisku w klatce piersiowej. Warto dodać, że w efekcie zakażenia wirusem z Wuhan dochodzi do ciężkiego masywnego zapalenia płuc. Do jego stwierdzenia konieczne jest nie tylko osłuchanie pacjenta, ale też badanie obrazowe i zaawansowane testy diagnostyczne. 2019-nCoV ma widoczne wypustki, które nieco przypominają koronę. Stąd też jego nazwa. Kiedy się namnoży uszkadza pęcherzyki płucne prowadząc do wcześniej wspomnianego ciężkiego zapalenia płuc. Jego objawy możemy zobaczyć na przykład na zdjęciu rtg. A samą obecność wirusa można stwierdzić po zrobieniu specjalistycznych testów genetycznych z materiału pobranego z górnych i dolnych dróg oddechowych. Należy wiedzieć, że badań takich nie prowadzi się jednak w zwykłych przychodniach. Natomiast możemy jednak w nich zrobić testy potwierdzające lub wykluczające, czy infekcja, z którą się zmagamy nie jest na przykład grypą (służy do tego tzw. Influenza A/B Test, koszt od około 35 zł).

3. Dlaczego 2019-nCoV jest tak groźny? Należy wiedzieć, że przede wszystkim chodzi o jego nieprzewidywalność. Chociaż badacze z Rzymu wyizolowali wirusa z krwi chorego i przekazali go wszystkim ważnym ośrodkom naukowym, aby można było pracować nad lekami i szczepionkami, nadal nie wiemy, w jakim kierunku 2019-nCoV dalej zmutuje. Jeżeli będzie zachowywał się tak, jak inne koronawirusy, po gwałtownym wzroście zachorowań w ciągu najbliższych tygodni, powinno dojść do wygasania ognisk zakaźnych. Bo pamiętajmy o tym, że koronawirusy odpowiadają zazwyczaj za sezonowe infekcje. Ale czy będzie tak i tym razem? Zobaczymy. Trzeba powiedzieć, ze najgorsze jest to, że wirus z Wuhan ma długi okres inkubacji (wylęgania). Od momentu zarażenia się nim do wystąpienia objawów choroby mija nawet 14 dni (choć zwykle jest to 5-6). A w czasie tym nieświadoma osoba może przenosić wirusa na inne osoby.

4. Czy maseczka stanowi skuteczną ochronę? Należy wiedzieć, że 2019-nCoV roznosi się drogą kropelkową (przez katar, kaszel) i wraz z wydychanym powietrzem (w nim też są drobinki wydzielin). Do organizmu kolejnej osoby najłatwiej dostaje się przez błony śluzowe czyli spojówki oczu, wnętrze nosa, usta. Zazwyczaj maseczki jednorazowe nie są w stanie nas przed nim uchronić. Ich stosowanie ma sens jedynie w przypadku personelu medycznego (który bardzo często maski zmienia) oraz osób, które już są zainfekowane (aby na przykład kaszląc nie zarażały innych). Warto dodać, że tylko profesjonalne maski mają dużą skuteczność (są bardzo drogie). Ale i tak nie są wystarczającą zaporą dla wirusa.

5. Kto choruje najciężej? Należy wiedzieć, że chociaż wirus ten może zainfekować każdego, kto się z nim zetknie, to warto pamiętać o tym, że najciężej infekcję przechodzą osoby, które mają osłabiony układ odporności, szczególnie osoby cierpiące na choroby przewlekłe. Warto dodać, że najwięcej pacjentów w ciężkim stanie (i ofiar śmiertelnych) odnotowano wśród seniorów ze źle kontrolowaną cukrzycą i chorobami układu krążenia.

6. Gdzie się zgłosić w razie infekcji? Ogólnie pamiętajmy o tym, że nawet jeśli wystąpią u nas lub kogoś z naszych bliskich wymienione wcześniej objawy, nie powinniśmy wpadać w panikę. Musimy wiedzieć, ze w Polsce do końca marca trwa sezon na infekcję dróg oddechowych. Bardzo mocno w tym roku daje o sobie znać też grypa (której nie wolno lekceważyć, ponieważ jej powikłania także są niebezpieczne, nawet śmiertelne). Trzeba też powiedzieć, ze jeśli mieliśmy możliwość kontaktu z zainfekowanym 2019-nCoV (kimś, kto wrócił z Chin lub innego kraju, w którym są liczne ogniska zapalne, albo z kimś, kto wie, że z zarażonym miał kontakt), wówczas zgłośmy się na szpitalny oddział zakaźny. I tylko wtedy! Natomiast w pozostałych przypadkach udajmy się do lekarza POZ, bowiem wtedy zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest, że mamy klasyczną infekcję. Wówczas wędrówka na oddział zakaźny niepotrzebnie naraża nas na kontakt z innymi chorobami. Po za tym specjalistycznych oddziałów jest mniej, więc dłużej poczekamy na przyjęcie. I zadajmy siódme pytanie: jak inaczej możemy się bronić? Istotne jest to, aby zadbać o odporność. To nie jest czas na diety odchudzające czy eliminujące jakieś składniki (co może prowadzić do niedoborów witamin). Ważne również jest to, abyśmy ubierali się stosownie do pogody (przegrzanie i przemarznięcie osłabiają). Ale też powinniśmy leczyć każdą infekcję i unikać dużych skupisk ludzi, bowiem tam najłatwiej o zarażenie. Aby ograniczyć ryzyko przeniesienia wirusa, trzeba dbać o higienę i unikać przecierania oczu czy okolicy ust, jeśli nie mamy pewności, że nasze ręce są czyste. Warto dodać, że dokładne i częste mycie rąk mydłem nawet o 25 procent obniża ryzyko zainfekowania się wirusami przenoszonymi wodą kropelkową. Jeśli nie możemy umyć rąk, a na przykład chwytaliśmy klamkę w miejscu publicznym czy sklepowy wózek, korzystajmy wówczas z żeli dezynfekujących na bazie alkoholu.

received_424266881716086

Dorota Kaczor, prezeska krakowskiej Sztukarni, o tym jak dziewczyńska moc pomaga w realizacji marzeń

Spotykamy się w ulubionej krakowskiej kawiarence Szymborskiej. Dorota leci prosto z zajęć z dzieciakami. Wolę myśleć, że właśnie dlatego z jej torebki wystają maski z uszami królika i koguta, szeroka szara taśma, „kreatywne patyczki”. „I mam jeszcze książkę!” – pokazuje mi tytuł „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety” dr Renee Engeln. „Szukałam jakiejś naukowej podstawy, która potwierdziłaby moje codzienne obserwacje” – dopowiada, gdy widzi moją zafascynowaną minę.

Aleksandra Kałafut: Czemu „Sztukarnia”?

Dorota Kaczor: Pomysł narodził się już lat temu kilka, kiedy skończyłam Akademię Teatralną i chciałam robić coś swojego. Nie tylko grać i prowadzić u kogoś zajęcia, tylko mieć coś swojego, co będzie takim miejscem, gdzie mogę bez ograniczeń realizować swoje pomysły. Ale miałam 26 lat i czułam się po prostu niegotowa od strony organizacyjnej, bałam się wziąć odpowiedzialność za fundację i jej działania. Miałam w głowie tylko nazwę, ale w sumie nic poza tym. Zaczęłam się interesować tematem, oglądać filmiki z kobietami, które prowadzą fundacje, czytać - a to zmotywowało mnie do podjęcia kolejnych studiów i tak wylądowałam na zarządzaniu kulturą… z tej potrzeby zdobycia dodatkowych umiejętności, z potrzeby profesjonalizacji zawodu. No bo niestety na uczelniach artystycznych nie podejmuje się raczej tematu pracy w zawodzie, samoorganizowania się, tworzenia samodzielnie miejsca pracy. Albo temat jest traktowany po macoszemu, albo w ogóle go nie ma, więc wychodzisz ze szkoły artystycznej i zderzasz się z rzeczywistością. Nie masz pojęcia jak założyć w sądzie organizację pozarządową, co to jest ZUS czy PIT. Dlatego drugie studia dały mi takie poczucie sprawczości, że mogłabym założyć fundację. Ale cały czas brakowało mi takiego ostatniego puzzla do ułożenia układanki - wspólniczki. Tym puzzlem okazała się Karolina. Razem studiowałyśmy, ale tak naprawdę bliżej poznałyśmy się na ostatnich zajęciach na ostatnim roku…

Aleksandra: Naprawdę? Na ostatnich ostatnich?

Dorota: Tak. Zgrupowali nas wtedy do jednej grupy, takich leni, którzy jeszcze nie zrobili zadania. I Karola wykazała się dużą życzliwością w stosunku do mnie, pomogła mi. Później umówiłyśmy się na kawę, zaczęłyśmy rozmawiać, że może nauczyłybyśmy się pisać wnioski, zaczęły uczyć się po studiach, jak coś praktycznie robić. Tak wyglądały początki Fundacji; w sumie od września do kwietnia tak roboczo pisałyśmy wnioski, korzystając z osobowości prawnej jednej z krakowskich fundacji. Bo żeby napisać wniosek musiałyśmy mieć numer KRS, którego jeszcze wtedy nie posiadałyśmy, bo nie byłyśmy jeszcze organizacją. A nie chciałyśmy od razu zakładać fundacji, tylko wolałyśmy najpierw sprawdzić jak to wygląda naprawdę, czy będzie nas to wszystko cieszyło i interesowało. Po pół roku pisania i uczenia się stwierdziłyśmy, że jesteśmy gotowe. W kwietniu zaczęły się formalności, które zajęły trzy miesiące i w czerwcu zarejestrowałyśmy Fundację. Teraz mamy 9 miesięcy i jak przystało na taki wiek - raczkujemy (śmiech).

Aleksandra: Wspomniałaś o inspiracji kobietami, które założyły już jakąś własną inicjatywę. Jakieś konkretne wzory?

Dorota: Nie, raczej wyszukiwałam wszystkiego, co mi może pomóc. Nie pamiętam nazw oragnizacji, ale w Internecie znalazłam filmik o tym, jak od początku do końca założyć fundację, jak wygląda też jej późniejsze prowadzenie. Jest takie powiedzenie Kubusia Puchatka, że jak znajdziesz drogę i nią pójdziesz, to ona za tobą nadąży. Więc jak zaczęłam się interesować, to też zaczęłam dostrzegać różne rzeczy. Jak zaczęłyśmy fundacyjne działania, to dostrzegłyśmy, że są instytucje, które pomagają, na przykład Biuro Inicjatyw Społecznych, Centrum Obywatelskie, Centrum Kolpinga czy placówki od marszałka województwa, dzięki którym chodziłyśmy i nadal uczęszczamy na szkolenia, mamy doradztwo prawne i finansowe… może nie zawsze teraz natychmiast, kiedy chcemy, ale zawsze są otwarci na nasze potrzeby.

Aleksandra: Czyli jako młoda działaczka i liderka społeczna, która ma już kilka miesięcy pracy na swoim, jesteś jak ten Kubuś Puchatek – to obrana droga ma za Tobą nadążyć…

Dorota: Każdy ma inne początki. Nam się tak akurat trafiło, że te początki nie są najprostsze… Zazwyczaj początki nie są proste, ale słyszałam, że są łatwiejsze niż my mamy. Nie ominęły nas problemy natury prawnej, jak sprawa z nazwą Fundacji, natury kadrowej czy finansowej. W jakieś sprawy zainwestowałyśmy, licząc na to, że się zwróci, a się nie zwróciło, to są sprawy, które każdemu się przytrafiają, ale wiadomo, że chciałybyśmy, żeby od razu było ok, a nie ostro pod górkę. Chociaż nie mogę narzekać, bo dużo rzeczy się udało, ale dużo też jeszcze przed nami.

Aleksandra: Czym się już możecie pochwalić?

Dorota: Przede wszystkim organizujemy zajęcia stałe: warsztaty teatralne i plastyczne. Za chwilę rusza przygotowawczy kurs do szkoły teatralnej. Miałyśmy wielopokoleniowe warsztaty rękodzieła, podczas których babcie i dziadkowie wspólnie z wnuczkami posługiwali się techniką linorytu, robiłyśmy też zajęcia z haftu matematycznego. Eksploatujemy spektakl „My z  ZNP”, który wystawiliśmy w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, graliśmy go w Kowarach w grudniu, za chwilę gramy go w Krakowskim Forum Kultury i mam nadzieję, że będziemy grać go też szerzej w Polsce. W najbliższym czasie, 11 maja, wystawiamy monodram mojego autorstwa realizowany przez Sztukarnię we współpracy ze wspomnianym Krakowskim Forum Kultury. No i przede wszystkim zrealizowaliśmy mega dla mnie ważny spektakl z młodzieżą wraz z Fundacją Europa dla Młodych w ramach wygranego grantu „Miasto Młodzieży”. Młodzież samodzielnie złożyła wniosek pod naszymi skrzydłami, byliśmy tą stroną organizacyjną, i zagraliśmy spektakl pt. „Młodzi młodym” i traktował o współczesnej kondycji młodzieży.

Aleksandra: I jak z tą kondycją młodzieży? Dlaczego ten spektakl był dla Ciebie taki ważny?

Dorota: Do projektu zgłosiło się 11 osób, docelowo wystąpiło 8. Poza aktorami wystąpiła też Ewa Jurkowska…

Aleksandra: Ta Ewa Jurkowska? Wybitna nastolatka, która swoim głosem oczarowała jury „Mam talent”?

Dorota: Ta sama. Można powiedzieć, nieskromnie mówiąc, że jest to dziewczynka, którą może nie odkryłam, ale odkurzyłam, taki mały diamencik.

Aleksandra: To znaczy?

Dorota: Prowadziłam kiedyś w Domu Kultury w zastępstwie za koleżankę zajęcia wokalne. I Ewa na nie przyszła. Miała wtedy 12 lat. Zaśpiewała piosenkę i po prostu zrobiła na mnie takie wrażenie… dziewczyna, która się nigdy wcześniej nie uczyła śpiewać…poszłam do biura i powiedziałam panu kierownikowi, że ta dziewczynka będzie miała recital w najbliższym miesiącu. Pan kierownik zbladł, mówiąc, że to dziecko przyszło na zajęcia, a nie żeby mieć recital. A ja mówię, że nie, ma mieć recital, bo po prostu jest wybitnie zdolna. Tak się potem porobiło, że niestety musiała wyjechać, ale spotkałyśmy się tydzień przed spektaklem, przypadkiem na jednym z konkursów. Zobaczyła mnie, podbiegła i ze łzami w oczach powiedziała, że śpiewa, że była w programie i że byłam pierwszą osobą, która jej powiedziała, że to jest wartościowe i że dzięki mnie śpiewa, więc to było dla mnie takie piękne i ważne. Nigdy nie sądzisz, że to, że komuś coś powiesz, będzie miało takie znaczenie. Ja pamiętam, że powiedziałam jej, że powinna śpiewać, że jest wybitnie zdolna, ale nie masz świadomości, że takie słowa trzy lata temu powiedziane do dwunastolatki, dzisiaj piętnastolatce tak pomogły. Bardzo się wzruszyłam i zapytałam, czy by nie zaśpiewała na naszym występie dwa dni później. I przyjechała i zaśpiewała. Więc ona była taka wisienką na torcie, a tym tortem była młodzież (14-17 lat). Sami pisali teksty. Najpierw zapytałam, o czym by chcieli mówić ze sceny i powieliły się te same tematy: o otaczającej rzeczywistości, o współczesnej egzystencji, o samotności, o bezsensie.

Aleksandra: Młodzież, której przede wszystkim to leży na sercu…smutne to i ujmujące... Jak dokładnie opisali otaczającą ich rzeczywistość?

Dorota: Nie mówili, pisali. I nie wiedzieli, co ktoś inny napisał. Można było napisać prozę, wiersz, opowiadanie, monolog, co się chciało. I powstały z tego piękne rzeczy, a potem pracowaliśmy nad tym, jaka pasowałaby do tego muzyka, jakie malarstwo, ruch sceniczny. Młodzież pisała o samotności, o współczesnej obsesji piękna, o byciu nie dość doskonałym, jak na dzisiejsze realia, o korporacjach i zabieganych rodzicach. Co ciekawe to były sprawy, o których równie dobrze mogłybyśmy my napisać, które mogłyby być naszym głosem. Czytałam te teksty i miałam wrażenie, że oni mówią w moim imieniu, a jestem od nich dwa razy starsza. I to wszystko zaistniało w kameralnej przestrzeni Teatru Bez Rzędów w grudniu i spotkało się z mocnym odbiorem widowni, z którą potem rozmawiałam. Pytałam nauczycieli i rodziców, czy wiedzą, że w ich dzieciach są takie światy, że taką mają wrażliwość, że tak widzą otaczającą je rzeczywistość. I to było bardzo ujmujące, bo rodzice byli równocześnie zachwyceni i zszokowani, niesamowicie dotknięci tym, że ich dzieci tak dojrzale potrafią o tym pisać, również literacko. Te teksty były bardzo mocne. Jeden na przykład o ludziach pracujących w korporacjach pozamykanych jak szczury w klatkach.

Aleksandra: Jak zareagowali rodzice?

Dorota: Była pani, która wypowiedziała się w ten sposób, że to bardzo trafiony tekst, że ona sama pracuje w miejscu, które ten młody człowiek opisał, po prostu obserwując swoich rodziców.

Aleksandra: Masz momenty zwątpienia tak jak ta zdolna młodzież?

Dorota: Mam takie dni, kiedy myślę, że po co to wszystko, że tylko dokładam, że zużywam czas, energię, prywatne pieniądze, że moja Fundacja nic nie zmieni. Ale pozwalam sobie na taki dzień, żeby sobie pobyć w tym marazmie, ale na następy dzień wstaję, robię kawę, biorę oddech i mówię sobie: „Dobrze, małymi kroczkami, to dzisiaj następny etap, jakoś wierzę w to wszystko cały czas”. Także mam momenty zwątpienia, ale mam też momenty satysfakcji i je pielęgnuje niemal jak urodziny dziecka.

Aleksandra: Z tego, co opowiadasz płynie raczej pozytywny wniosek, że środowiska kulturalne i okołokulturalne sobie raczej pomagają?

Dorota: Ja się mile zaskoczyłam, ponieważ zakładając Fundację liczyłam się z tym, że będę jednym z przedsiębiorców, prowadzącym biznes i tak będę postrzegana. Jednak ja odczułam, że jest jakaś taka większa sympatia do organizacji pozarządowych, że mają jakiś rodzaj misji, za którą raczej nie pobierają pieniędzy, a jeżeli już to i tak z powrotem przeznaczają je na rozwój. I to mnie najbardziej zaskoczyło, że organizacje pozarządowe między sobą współpracują, sieciują się, wymieniają doświadczenia. Nie musimy się zwalczać, możemy razem tworzyć kulturalną mapę Krakowa.

Aleksandra: A jakie masz doświadczenia związane z pracą z kobietami? Bo z jednej strony potrafimy się mocno wspierać, ale nikt nie podłoży tak umiejętnie nogi jak kobieta kobiecie…

Dorota: W ogóle mam taką obserwację, że jest mnóstwo kobiet w organizacjach pozarządowych, że to jakaś totalna domena kobiet. Nie mówię, że nie ma mężczyzn, ale liczebna przewaga kobiet jest zauważalna na pierwszy rzut oka. Być może dlatego, że NGO-sy mają taką właśnie działalność misyjną, non-profitową; może jakoś łatwiej i bardziej się odnajdują w takich działaniach. Jestem zachwycona tym, jak dziewczyny potrafią być oddane różnym sprawom i to naprawdę nie tylko sprawom niepełnosprawnych dzieci, co jest bardzo istotne, ale też temu, żeby nie zalewać betonem kolejnego osiedla. Każdemu coś tam w duszy gra i stara się załatwić tę sprawę, która jest dla niego istotna, czy to jest ochrona króliczków czy pomoc osobom starszym, czy działalność kulturalna jak w naszym przypadku i próba uwrażliwiania młodych ludzi na kulturę. Więc ja się spotkałam z dziewuchami, które idą ręka w rękę. Teraz niedawno powstało na przykład Dziewczyńskie Centrum Mocy i mocno trzymam za nie kciuki. Zaangażowałyśmy się też w inicjatywę „Nie wstydź się różu”. Ja poznałam ten projekt przez Kasię Dziadosz. Dziewczyny zorganizowały akcję mającą na celu pokazanie, że każda dziewczyna może być feministką, oczywiście w takim znaczeniu tego słowa, w jakim naprawdę ono znaczy, tym pozytywnym, niewykluczającym, pokazującym, że mamy takie same prawa, że jesteśmy równi, że powinnyśmy być tak samo traktowane jak mężczyźni. Dziewczyny chcą pokazać, że każda dziewczyna i tipsiara, i z różowymi, i z przepalonymi od prostownicy włosami, i nie uznająca innego koloru niż czarny, każda, absolutnie każda z nas może walczyć o godność kobiety. I dlatego nie wstydź się różu, nie wstydź się, że jesteś dziewczyńska i że chcesz mieć równe prawa. Ten casus jest akurat bardzo ciekawy, bo inicjatywa spotkała się z dużym hejtem feministek. W ostatnim czasie złożyłyśmy też taki ekologiczny projekt, żeby posprzątać Zakrzówek, bo mieszkamy obok i fajnie by było iść z dzieciakami go posprzątać. A jak się nie uda dostać grantu, to i tak można wziąć wory i iść po prostu posprzątać. Także każda z nas zajmuje się tym, co jej leży na sercu, jak możemy to się włączamy jako Fundacja. Ja na razie spotkałam super babki. I praktykantki, i prezeski fundacji, i panie, które prowadzą szkolenia, wszystkie! I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Aleksandra: Tego też Ci w takim razie życzymy na koniec. Niech dziewczyńska moc będzie z Tobą i Sztukarnią!

woman-2609115_1280

Intymne wyznania i trudne wyzwania - rozmowa z bulimiczką

BOHATERKA STYCZNIA

Regina: A no dzień dobry, dzień dobry! W końcu się udało zobaczyć! I to tylko dzięki sprawom służbowym, bo tak to człowiek Cię nigdzie nie wyciągnie!

Aleksandra: Straszne to nasze młode, niepoważnie przez naszych rodziców traktowane życie, nie?  Oni myślą, że non stop tylko się spotykasz ze znajomymi albo śpisz, a ty biegasz i biegasz, a tak naprawdę to nie wiesz po co... i ani chwili dla siebie!

Regina: A weź! O tym za chwilę. To co zamawiamy?

Aleksandra: Dziś chwila rozpusty i skoro wybrałyśmy pizzę, to ja wszystkie warzywa po kolei. A dla Ciebie?

Regina: Hmmm, ciężko wybrać… Szynka parmeńska, rukola, pomidorki cherry. I parmezan!

A: Widzę, że rozpusta na całego! Ale wolno Ci takie rzeczy jeść? Kiedyś to przecież pamiętam, że nawet margherity się wystrzegałaś! Czyżby się udało i całkiem sobie z tym wszystkim poradziłaś, czy rzutuje Ci to jeszcze jakoś na codzienne życie?

R: No, niestety to zostaje na całe życie. Ogólnie to przecież uwielbiam jeść, gotować, przyprawiać, kombinować ze smakami, więc jestem też trochę przy kości. No i ogólnie to lubię to u siebie. Kryzys zaczyna się jak na przykład moja wychudzona kuzynka albo szwagier zaczynają mi dogadywać. Bardzo chętnie bym poszła wtedy wymiotować, żeby im pokazać, że mogę być szczupła, z czystej przekory. Ćwiczyć się okazało, że nie mogę, bo stan zdrowia mi nie pozwala. Więc ostatecznie to dla mnie najprostsze wyjście. Tylko jedna rzecz mnie w sumie powstrzymuje, a mianowicie moje zdrowie. Cały czas jestem na lekach. I w tym miejscu cieszę się, że muszę brać leki, bo żeby działały muszę normalnie jeść. Są okresy, kiedy trzymam dietę i wszystko jest w porządku, ale nagle mam atak obżarstwa i jem wszystko, WSZYSTKO!

A.: Wiesz jak to trochę brzmi, że tylko leki Cię powstrzymują przed takimi rzeczami?! Jakbyś cały czas się z tym czynnie zmagała! Z dnia na dzień… A Twoja kuzynka wciąż Ci tak dogaduje? Ona w ogóle wie, jaką walkę stoczyłaś z bulimią?

R.: Ogólnie zdarzają mi się jakieś napady raz na około 8 miesięcy, takie jednorazowe. Ale najczęściej jest mi wtedy niedobrze albo podejrzewam, że coś mi zaszkodziło. A ona nic nie wie. Jest w stanie za każdym razem wypominać mi: „Jezu, jakaś Ty gruba!”. A ona sama chuda jak kościotrup bez żadnego wysiłku.

A.: A nie myślałaś, żeby jej o tym powiedzieć? W końcu raz, że jesteście bliskimi kuzynkami, przyjaźnicie się (choć wiem, że różnie między Wami bywało, ale jak wydoroślałyście przyszedł chyba lepszy czas), więc dwa byłoby Ci chyba łatwiej jakby wiedziała, no bo chyba przecież nie komentowałaby w taki sposób, tego jak wyglądasz.

R.: Myślę, że niczego by to nie zmieniło. Tym bardziej, że kiedyś miałam dowody na to, że robi to samo. I jeśli siedzimy (siedziałyśmy) w tym razem i zna to od podszewki, więc wątpię, żeby przestała po jakiejkolwiek rozmowie.

A.: Naprawdę?! Nie wiedziałam, że też tak miała! To jest niewiarygodne, jak bardzo człowiek się zamyka sam w sobie z takim problemem, jak nie potrafi o nim rozmawiać! Nawet z jedną z bliższych Ci osób… i to jeszcze mającą ten sam problem…

R.: To jest normalne uzależnienie, jak narkotyki, nie mówi się nikomu, nawet jak się już przestało brać.

A.: Nazwałaś się kiedykolwiek wprost bulimiczką? Przyznałaś się sama przed sobą, że naprawdę nią jesteś?

R.: Wtedy bardzo trudno było mi się do tego przyznać, bo jak byłam młodsza nie rozumiałam takich osób. W ogóle po czasie, trochę pod wpływem osób wtajemniczonych, przyznałam, że mam problem. I dopiero po kilku latach byłam/jestem w stanie podejść do tego obiektywnie i teraz uważam i przyznaję, że jestem. Jestem bulimiczką, bo z tego jak i z alkoholizmu się nie wyrasta, to gdzieś siedzi w Tobie i pilnujesz się, żeby nie spróbować po raz kolejny.

A.: A nie miałaś nigdy takiej pokusy, żeby wszystkim w domu i wszystkim, którzy Ci tak mówią, wykrzyczeć w twarz, że to jest choroba, zaburzenie, że bulimia nie jest Twoją winą i że powinni Cię w tym wspierać, a nie jeszcze bardziej dołować.

R.: Miałam nie raz. Ale to nie jest mentalność, która by to zrozumiała. Według nich to jest wymyślanie. Choroba to rak, grypa, a nie wymiotowanie, bo chce się być chudym.

A.: Zgodzę się i jednocześnie totalnie nie zgodzę z tą małomiasteczkową mentalnością, o której mówisz, bo bulimia to jest wydumany problem.Ale „wydumany” w tym sensie, że jej przyczyny są wydumane. Chodzi mi o to, że zwykle bulimia bierze się stąd, że dziewczyny UWAŻAJĄ, że są za grube, za brzydkie, za mało atrakcyjne, a dla wszystkich innych wcale tak nie jest! Przecież jak Cię pamiętam z końca gimnazjum byłaś normalną, zgrabną dziewczyną!

R.: Zaczęłam tyć początkiem liceum. Ale zgodzę się, że to siedzi w głowie, to przede wszystkim choroba umysłu, dopiero potem ciała. Jak zaczynałam tę „przygodę” to ważyłam 65kg. Teraz ważę około70/73 i jest mi z tym dobrze i nie uważam się za grubą. Po prostu krąglejszą, ale jeszcze w normie. Tylko w wyjątkowych przypadkach czuję się źle, jak gdzieś jestem na przykład na weselu, chrzcinach, urodzinach, jakiejś imprezie i wszystkie kobiety są wystrojone i szczupłe i wiem, że jestem porównywana. I to jest przekora z mojej strony, bo wiem, że mogłabym być równie szczupła, ale z drugiej strony żal mi takich osób, że ich życie kręci się wyłącznie wokół tego, kto jest szczupły a kto gruby. Tak jakby tłuszcz zaprzeczał temu, że ktoś jest wartościową osobą. Czy jakby Skłodowska-Curie miała dodatkowe 30 kilogramów niczego by nie odkryła? Albo jakby przytyła już po ich odkryciu to co, to by znaczyło, że mózg jej proporcjonalnie zanikł kosztem tłuszczu?!

A.: No wiadomo, że nie. Ale w ogóle pamiętasz skąd to się wzięło, jakie były wymierne przyczyny Twojej bulimii? Że niby liceum, zmiana środowiska i ten beznadziejny czas, kiedy do końca jeszcze nie wiesz, kim jesteś, kim chcesz być i dlatego porównujesz się ze wszystkimi? A każde słowo krytyki boli wielokrotnie więcej niż teraz?

R.: Dokładnie. Poza tym ludzie w wieku 16-18 są niesamowicie podatni na wpływy. I moim zdaniem nie mają wypracowanego poczucia własnej wartości. To się dopiero rozwija w miarę kształtowania się osobowości i charakteru, z wiekiem. Jakby mi ktoś teraz powiedział coś,  przez co załamywałam się w liceum, to bym go wyśmiała. Bo niby jakim prawem i dlaczego? Czy zna mnie aż tak niesamowicie dobrze, żeby się wypowiadać na mój temat? A jeśli nie, to znaczy, że to co mówi, to bujdy na resorach.

A.: Ale pamiętasz dokładnie dlaczego rzuciłaś się w bulimię? Jakiś komentarz, spojrzenie Cię do tego sprowokowały? Bo coś z tego musiałaś mieć w głowie wchodząc do łazienki i po raz pierwszy prowokując wymioty.

R.: Chyba nikt mi nic nie powiedział, albo nie zapamiętałam. Raczej to było właśnie to porównywanie się do innych, poznałam masę nowych osób, dziesiątki dziewczyn. One wszystkie były ładne, szczupłe i faceci się za nimi oglądali. Chyba to było takie decydujące, żeby jakiś chłopak się za mną obejrzał. Strasznie mi brakowało miłości, przytulania, bliskości. Chciałam być taka jak te „sławne dziewczyny z liceum”. Potem się okazało, że jedna z nich, do której szczególnie się porównywałam, miała to samo co ja, bo spotykałyśmy się w łazience. Takie błędne koło.

A.: Serio? Ale tak w łazience w szkole?

R.: Tak, bo jak się nie zje nic cały dzień, to się wygląda podejrzanie, ktoś zwróci uwagę, że może coś jest nie tak, więc lepiej zjeść i w tajemnicy zwymiotować. Jesz normalnie, jesteś szczupła, to pewnie po prostu masz dobre geny. A jak nie jesz i jesteś szczupła to od razu jest podejrzenie o głodówkę i anoreksję.

A.: A jeszcze szczególnie w liceum! Moja ciocia jest nauczycielką wychowania fizycznego właśnie  w liceum i opowiadała, że od lat panuje jakaś epidemia mdlejących, słabowitych dziewcząt, które nie radzą sobie z przeróżnymi presjami i uciekają się do tego typu praktyk.

R.: No, organizm jest wtedy strasznie osłabiony. Ja miałam problemy nawet ze wstawaniem z łóżka, spacerem czy sprzątaniem.

A.: Ale świetnie nauczyłaś się kryć! To Ci trzeba przyznać… ja nic a nic bym nie zauważyła, gdybyś się kiedyś pokątnie nie przyznała później.

R.: Bo tak trzeba! Jakbyś zauważyła to byś mi nie dała żyć. Więc dla świętego spokoju…

A.: A nie uważasz, że ukrywanie przez bliskimi osobami takich ważnych spraw powoduje, że w sumie nie dajesz im się poznać, pomóc, no jakby nie było, te doświadczenia i problemy, to ważna część Ciebie i Twojej małej historii?

R.: Trudne pytanie. Chyba nie uważam, żeby ta jedna sprawa zmieniała obraz mojej osoby w oczach bliskich. To też ma trochę taki intymny wydźwięk. Dla mnie to też był jakiś rytuał. Oczyszczenie, jakbym pozbywała się nagromadzonego stresu. Coś jak medytacja dla niektórych, chwila dla siebie. Wiem, jak to brzmi, ale tak się właśnie czułam. Jakbym o tym opowiadała wszystkim, to czułabym się przytłoczona, jakbym to robiła na pokaz.

A.: Brzmi dla mnie – osoby, która nigdy osobiście nie miała z tym do czynienia – przedziwnie. Że to jakby medytacja. Ale mieści mi się to w głowie, że można to tak traktować. Jak rytuał. Tym bardziej oczyszczający. I zgodzę się, że ta jedna sprawa nie zmienia Twojego obrazu w oczach bliskich, ale trochę go modyfikuje. Tym bardziej, że masz w swoim życiorysie więcej takich perełek, które ukrywasz… Co było najpierw bulimia czy samookaleczanie?

R.: Mniej więcej w tym samym czasie, z różnicą chyba kilku tygodni. Ale bulimia wcześniej. I w sumie jak zaczęłam się okaleczać, to przestałam tak często wymiotować. Brrr, do tej pory jak myślę o okaleczeniu, to czuję zimno żyletki pod skórą. Teraz to uczucie wydaje mi się obrzydliwe, a wtedy działało oczyszczająco. Psychicznie oczywiście.

A.: Ale czemu? To niby akt oczyszczenia, ale jakiego, skoro doskonale wiesz, że po cięciu nic się nie zmieni… będzie dokładnie to samo, DOKŁADNIE, dopóki FAKTYCZNIE czegoś się nie zmieni.

R.: Życie mnie wtedy wyjątkowo przytłaczało. Miałam wtedy drugi raz w życiu epizod z molestowaniem, tata zaczynał pić, mama się na mnie darła o wszystko, bo sama była sfrustrowana, byłam niechcianym, nie takim dzieckiem, jakiego chcieli, bo nosiłam glany, zaczęłam farbować włosy… A cięcie się… było jakbym zamykała to życie w jednej chwili i przenosiła się gdzieindziej. Było na tyle nierealne, że pozwalało mi oderwać się od rzeczywistości. A ból fizyczny pozwalał oderwać się od bólu psychicznego.

A.: Epizody z molestowaniem?!

R.: Aha, pierwszy jak miałam 12 lat, drugi jak miałam 16/17.

A.: Dasz radę mi tak tu przy pizzy opowiedzieć?

R..: Pierwszy raz jak grałam z kolegami w jakąś grę podwórkową na drodze, było już koło 21 i zrobiło się ciemno. Pobiegłam gdzieś szukać patyka do gry i zaszedł mi drogę sąsiad babci, taki podstarzały alkoholik i zaczął mnie łapać za piersi z głupim uśmieszkiem i pytaniem, czy trzeba było tak daleko samej uciekać. Drugi raz byłam u babci, a ona spała. Siedziałam przy stole z wujkiem, a on nagle zaczął mi wkładać rękę w spodnie. A jak mu powiedziałam, żeby przestał, to mi odpowiedział: „Proszę, Reginko, tylko trochę”. Wyjęłam mu te ręce, ale siedziałam dalej, bo byłam w szoku, nie wiedziałam, jak mam się dalej zachować. Wtedy na wakacjach była tam moja kuzynka, która miała 8 lat. Wzięłam ją do nas do domu do końca wakacji, bo się o nią bałam. Wujek ostatecznie się stoczył, pije non stop i jest już całkiem oderwany od rzeczywistości. Nic nie pamięta. Na szczęście nic wielkiego się nie stało, ale mam uraz do mężczyzn. Jadę autobusem i jeżeli jakiś za mną stoi, to mam atak paniki.

A.: Dzięki Bogu, Ci stereotypowi wujkowie, podpici i rubaszni, chyba się wykruszają.  Mam nadzieję, że nasze pokolenie wujków i cioć będzie już miłe i serdeczne, dużo mniej o ile nie w ogóle niepatologiczne w taki sposób.

R.: Ja jestem ciocią od 8 miesięcy przecież i w głowie mi się nie mieści, jak można traktować tak swoją rodzinę. Dzieci! Molestować nieletnich! Robić im taką krzywdę! Najlepsze z tego jest to, że ja o tym nie pamiętałam w ogóle do pewnego momentu! Dopiero po około trzech latach sobie przypomniałam. Jak rozmawiałam z przyjaciółką i wspomniała o jakimś wydarzeniu z udziałem starszego faceta, które wzbudziło w niej obrzydzenie. I mi to wróciło, uderzyło jakby dostała obuchem w głowę. Po 7 latach od pierwszego razu i po trzech od drugiego przypomniałam sobie.

A.: Oczywiście nie powiedziałaś wtedy ani później rodzicom?

R.: Nigdy. Mój tata jest bardzo nerwowy i jeśli powiem, że pobiłby ich na śmierć, albo przynajmniej tak, że miałby potem poważne problemy, to nie przesadzę.

A.: A nie wpłynęło to jakoś drastycznie na Twoje związki, relacje z mężczyznami już w dorosłym życiu? Bo mówisz, że w autobusie masz czasem atak paniki jak jakiś mężczyzna za Tobą stanie. A nie masz tak, że przez te złe doświadczenia w ogóle odsunęłaś się od chłopaków albo masz jakieś problemy w relacjach?

R.: Właśnie może to dziwne, ale nie. W liceum nie miałam żadnych chłopaków, dopiero jak poszłam na studia. I w sumie ani w długich związkach nie miałam problemów ani w jakichś bardziej krótkotrwałych relacjach. Tylko jedną taką sytuację pamiętam. Jak mój drugi chłopak trochę więcej wypił i zapalił, to miał bardzo podobne oczy do tego wujka. I raz się o to bardzo pokłóciliśmy, bo mu to powiedziałam.

A.: No a rodzice? Tata od pewnego momentu pił i wiem, że nie było z nim łatwo i trudno by Ci było z czymkolwiek takim do niego iść, ale mama? Czemu z tym do niej nie poszłaś? Z tym wszystkim po kolei, począwszy od tego „wydarzenia”, kiedy miałaś 12 lat.

R.: Bo moi rodzice, zarówno tata jak i mama są bardzo konserwatywni. Do tego mama jest w stu procentach podległa tacie, jak to bywa w małżeństwie na wsi i wszystko, co wie mama, od razu wie też tata. A biorąc pod uwagę to, że miałam piekło w domu za pierwszy tatuaż, to po takiej akcji jak molestowanie czy bulimia musiałabym się chyba z domu wyprowadzić. Jasne, że by mnie nie wyrzucili, ale byłabym TĄ. Jak mówiłyśmy -  mentalność wsi i małych miasteczek, wszystko jakimś cudem się rozchodzi i wszyscy wiedzą. No i z mamą mam kontakt dopiero od trzech lat.

A.: W sumie to czemu dopiero od tego czasu? Ona była inna, Ty byłaś inna – obie bardziej emocjonalne, mniej wyrozumiałe dla siebie nawzajem?

R.: Wszystko na raz. Ja byłam niedojrzała, nie szanowałam zdania matki, a ona – Matka – chciała mieć pełną kontrolę. Dopiero jak dorosłam – mam na myśli moje 22 lata – zrozumiałam, że mama miała rację, a ona z kolei, że jestem już dorosła i będę sama decydować o swoim życiu. Chociaż dalej zdarza się jej mnie sprawdzać! Ale to już jak chyba każdej matce!

A.: Smutne to… że nie była w stanie Ci pomóc. I z drugiej strony, że też tej pomocy wcale u niej nie szukałaś. Że ma córkę, o której tak wiele nie wie. I to istotnych rzeczy. I pewnie vice versa.

R.: Wiesz, nie mam jej za złe. Już nie. Już inaczej na to patrzę niż wtedy. W końcu nikt nie dostaje instrukcji na bycie dobrą matką, taka instrukcja nie istnieje, a każde dziecko też jest inne… Dobra! Już po 21! Muszę uciekać!

A.: Minęły dwie godziny, a  dopiero dotknęłyśmy wierzchołka góry lodowej…

R.: No jak znajdziesz jeszcze w najbliższym czasie i dla mnie chwilę, to może dokończymy, znowu zaczynając coraz to nowe i nowe tematy!

grafika-glwna

Porządna włoska robota

W jednej z dzielnic Buenos Aires zostaje zamordowana kobieta. Wszystkie podejrzenia spadają na męża, który trafia do szpitala psychiatrycznego. Jednak trójka naukowców nie jest przekonana o jego winie. Ich zdaniem ofiarę dopadło... coś nie z tego świata. Jakiś czas wcześniej u sąsiada małżeństwa zaczynają się dziać niepokojące rzeczy - dziwne hałasy o nietypowych porach, poprzestawiane przedmioty... Czy to Walter? A może coś innego?

Jest jeszcze dochodzenie w sprawie śmierci dziecka. Rzekomo był to wypadek, ale policja zaczyna mieć wątpliwości, kiedy...

No, właśnie?

źródło: www.helios.pl

Kto zabił Clarę? Kto jest odpowiedzialny za śmierć chłopca? Co się dzieje z Walterem? I kim - albo czym - są tytułowe "nocne istoty"? Umarli wstający z grobów, tajemnicze zaginięcia oraz żądne krwi upiory, które sprawią, że nawet dorośli chowają się pod kołdrę w dziecinnym przekonaniu, iż wtedy nic ich nie dopadnie - ten film to połączenie "Paranormal Activity" z "Drogą bez powrotu". Z jednej strony mamy grupę badaczy szukających śladów nadnaturalnych zjawisk, a z drugiej mnóstwo krwi. Mamy klimat rodem z dobrego kryminału, ale też rzeź i masakrę.

Seans przypomina rollercoaster - na początku jedziesz spokojnie, aby w pewnym momencie akcja wbiła Cię w fotel. Obrazy odciskają się w Twojej głowie i łatwo się ich nie pozbędziesz.

Całość została nakręcona tak, aby maksymalnie zaszokować widza - gruchot kości, przerażające, zdeformowane monstra i przede wszystkim pełno trupów.

Nie jest to najbardziej ambitny z horrorów. Nic subtelnego w stylu Hitchcocka, zero cenzury i delikatności. Ale trzeba mu przyznać - jest niebywale mocny i niewiarygodnie przerażający!

Agnieszka Szachowska

779694_1.1

Winni złego filmu

Policjant Asger, odsunięty ze służby z powodu śmiertelnego postrzelenia świadka, pracuje jako dyspozytor linii 112. Któregoś dnia dzwoni do niego kobieta, która została porwana. Wszystko wydaje się być jasne: eks-mąż porywa byłą, a ponieważ ma broń i był skazany, oczywiste jest, że to on jest ten najgorszy. Ale w życiu rzadko coś jest takie proste. Asger przekona się o tym, kiedy dodzwoni się do niego córka feralnego małżeństwa, a także, kiedy spełni się najgorszy z możliwych scenariuszy?

Kto tu tak naprawdę jest zły? Co wydarzyło się w domu dzwoniącej? Co się stanie z kobietą i jej dziećmi? A z mężem? Jak Asger wybrnie z tej afery?

Nie potrafię zrozumieć zachwytu nad tym filmem. ?85 minut czystej adrenaliny?, ?Mocny?, ?Wciągający? - moim zdaniem, żadne z tych słów nie pasuje do tej produkcji.

?Winni? nie są  ?Połączeniem? z 2013 roku. Nie ma tej akcji, tego napięcia, tego czegoś, co sprawia, iż chce się oglądać dalej. Jest mocno przeciętny, zarówno, jeśli chodzi o grę aktorską (na poziomie amatorów), fabułę, jak i  generalnie jeżeli chodzi o całokształt. Momenty kulminacyjne, kiedy dowiadujemy się całej prawdy, są przeciągane w czasie, przez co naprawdę ma się ochotę wyjść z sali. Gdyby nie momenty, w których w końcu się jej dowiadujemy, a które są dla kinomana ciosem w policzek, film można by przekreślić grubą kreską. Nieliczne minuty przyspieszonego tętna i pewnego rodzaju szoku sprawiają, że film nie jest taki tragiczny. Ale ? nadal ? bardzo wiele rzeczy jest do poprawki! Są debiuty udane i nieudane. Ten ? niestety ? należy do tych drugich?

Agnieszka Szachowska

bozonarodzeniowe-kierunki-grafika-glowna

5 magicznych miast wartych odwiedzenia przed Świętami

Dla jednych symbol nadmiernego konsumpcjonizmu, dla innych najbardziej magiczny i wyczekiwany czas w roku. Choć zakupowy szał, trwający obecnie już nawet dwa miesiące, dla znacznej części społeczeństwa dołączył do bożonarodzeniowych tradycji zostawiając główną ideę świąt daleko w tyle, istnieją wciąż miejsca, w których ten wyjątkowy czas zachował swój niepowtarzalny charakter. Poznajcie 5 europejskich miast, które zagwarantują Wam nadzwyczajny bożonarodzeniowy klimat.

Londyn

W stolicy Wielkiej Brytanii nie brakuje świątecznych jarmarków. Mnóstwo jest zarówno tych tradycyjnych, jak i tych, na których znajdziecie cząstkę innych europejskich państw. Zimową scenerię i niesamowitą atmosferę zapewnia co roku Hyde Park, w którym atrakcje przyprawiają o zawrót głowy. Winter Wonderland uchodzi bowiem za jedno z największych i najbardziej charakterystycznych wydarzeń w sezonie, przyciągając liczne grono turystów z całego świata. Oprócz wszechobecnych w sezonie jarmarków, Londyn oferuje również koncert tradycyjnych kolęd w kościele St Martin in the Fields ? w blasku świec zatłoczone i tętniące życiem miasto zwalnia i celebruje to wyjątkowe wydarzenie.

Wiedeń

Choć Wiedeń warto odwiedzić o każdej porze roku, to właśnie okres przedświąteczny cieszy się tu szczególnym upodobaniem wśród turystów. Nie bez powodu ? wiedeńskie jarmarki zapracowały sobie bowiem na ich sympatię. Obowiązkowym punktem celebrowania świąt w tym niesamowitym mieście jest niewątpliwie skosztowanie Glühwein ? tradycyjnego grzańca. Zrobić to możecie w wielu miejscach ? na placu Freyung, na terenie kampusu Uniwersytetu Wiedeńskiego czy na placu Marii Teresy? jarmarki czają się tu na każdym kroku. A wszystko to okraszone pięknymi wiedeńskimi zabytkami i bożonarodzeniową muzyką!

Berlin

To miasto słusznie nazywane jest czasem świąteczną stolicą Europy ? Berlin uwielbia Boże Narodzenie! Zabytki i liczne atrakcje turystyczne schodzą w tym okresie na drugi plan, ustępując miejsca świątecznej scenerii. W wielu częściach miasta pojawiają się jarmarki, wśród których trudno wskazać tylko jeden, najbardziej godny polecenia. Dla miłośników teatralnych przedstawień obowiązkowym punktem będzie z pewnością ten, który znajduje się na Gendarmenmarkt ? gwarantowana podróż do magicznej, świątecznej krainy i solidna porcja artystycznych wrażeń!

Tallinn

Miejsce tego miasta w zestawieniu może nieco dziwić ? nie jest to bowiem popularny kierunek turystyczny, a większość Europejczyków ma prawdopodobnie problem z przywołaniem choć jednego tallińskiego krajobrazu. Jedno jest pewne ? świąteczny Tallinn was nie rozczaruje! Miasto pełne urokliwych budynków i uliczek zachwyca niepowtarzalną atmosferą, a zwieńczenie niesamowitego klimatu stanowi jarmark, który znajdziecie tu w okresie zimowym. Świąteczna tradycja zatacza tu zresztą piękne koło ? to właśnie w tym mieście miało miejsce pierwsze publiczne wystawienie bożonarodzeniowej choinki!

Wrocław

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć polskiego miasta, które zdecydowanie zasłużyło sobie na obecność w tak znakomitym gronie! Wrocław to niewątpliwie miejsce, pod którego urokiem pozostaje każdy, kto choć raz tu zawita. Świąteczna atmosfera dodatkowo podsyca wrażenia! Okazały jarmark to nie tylko okazja do zakupu tradycyjnych, świątecznych ozdób czy potraw, ale prawdziwy wehikuł, który przenosi w czasy dzieciństwa i zachwytu. Wrocławski rynek staje się tłem bajkowej scenerii, a magia świąt oczaruje tu każdego bez względu na wiek!

 

Weronika Kurowska

grafika-glowna

Tańczyć każdy może, a w przypadku Pro-Am zawsze lepiej niż gorzej!

Jeden ze słynniejszych angielskich tancerzy tańców latynoamerykańskich oraz trener wielu innych tancerzy światowej sławy Walter Laird twierdził, że taniec jest jedną z najbardziej naturalnych form ludzkiej aktywności, która niesie za sobą wiele korzyści; jak choćby tylko taką, że jest najlepszym i najprostszym sposobem zawierania znajomości i nawiązywania kontaktów towarzyskich. Turnieje typu Pro-Am są tego barwnym dziejącym się obecnie na całym świecie, od Florydę przez Paryż, Moskwę i Hongkong aż po Australię, przykładem. O tym, jak wygląda tego rodzaju turniej odbywający się w Warszawie, opowie nam Patrycja Matyja - menadżerka Akademii Tańca Ireneusza Sulewskiego, a uroki i troski życia tancerki odmaluje wicemistrzyni Europy Pro-Am - Joanna Wargala.

Aleksandra Kałafut: Jako pierwsi w Polsce zapoczątkowali Państwo organizację turniejów Pro-Am. Gdyby mogła Pani opowiedzieć o samych początkach - skąd pomysł, czym w ogóle jest system szkolenia Pro-Am?

Patrycja Matyja: Pro-Am to nic innego jak ruch w tańcu, w którym Pro, czyli tancerz profesjonalista, tańczy i trenuje ze swoim uczniem Am ? amatorem.

K.: Jak wielu uczestników wzięło udział w tegorocznej edycji Turnieju Pro-Am Polish Cup?

M.: W październikowej edycji naszego turnieju wzięło udział ponad 100 par!

K.: Liczba, która zdecydowanie robi wrażenie! A czy nie jest tak, że to raczej kobiety chętniej angażują się w tego typu inicjatywy i aktywności? Podobno system ten cieszy się największym zainteresowaniem wśród kobiet 30+?

M.: Zdecydowanie tak, w Pro-Am w dalszym ciągu królują Panie i to właśnie w wieku 30+, ale ? uwaga - Panowie się rozkręcają i jest ich coraz więcej ?.

K.: Turnieje tej rangi odbywają się na świecie w bardzo ekskluzywnych warunkach. Wyobrażam sobie, że organizacja takiego przedsięwzięcia to ogrom czasu, pracy i energii wielu ludzi?

M.: Przygotowania do turnieju trwają około 6 miesięcy, więc zdecydowanie pracy jest sporo... Jest to turniej międzynarodowy, w związku z tym poruszamy wszystkie taneczne kontakty, aby zaprosić jak największą liczbę par. Zależy nam, aby każdy turniej był coraz lepszy, ciekawszy, żeby wszystko przebiegało sprawniej niż poprzednim razem. Akademia Tańca to doświadczony team, więc praca nad tym przedsięwzięciem jest dla nas czystą przyjemnością.

K.: A jak wygląda kwestia sędziowania? Kto odpowiedzialny jest za wybór jury?

M.: Jury wybieram wspólnie z Ireneuszem Sulewskim, właścicielem Akademii Tańca, i oczywiście sędzią głównym tego turnieju. Zdecydowanie przy wyborze sędziów zawsze stawiamy na doświadczenie i profesjonalizm.

K.: A czy zawodowi tancerze mają jakieś szczególne zachcianki, niczym słynące z takich życzeń i humorków gwiazdy Hollywood? W końcu to taneczne gwiazdy najwyższego formatu?

M.: Zdecydowanie nie. Na turniejach i poza nimi panuje bardzo rodzinna atmosfera, dla trenerów to też ogromne wyzwanie poprowadzić swojego ucznia, który tak naprawdę w tej dziedzinie ufa mu bezgranicznie.

K.: Czy turniejowi towarzyszą jeszcze jakieś dodatkowe atrakcje?

M.: Na każdym turnieju gościmy także najlepsze Polskie Pary, które uświetniają go swoimi pokazami! Jest też oczywiście czas na taniec, ale dla gości, czyli wspólna zabawa.

K.: Podobno marzeniem każdego tancerza jest posiadanie własnej szkoły tanecznej?

M.: Tak, jest to prawda... ale z biznesowego punktu widzenia nie jest to takie proste. Do szkoły tańca trzeba podejść jak do każdego innego biznesu, a to dla tancerzy?artystów nie zawsze jest oczywiste... trzeba znaleźć złoty środek na to, aby się tego nauczyć i pogodzić te dwa światy ? artystyczny i biznesowy.

K.: Czy poziom takich turniejów odbiega znacznie od całkowicie profesjonalnie tanecznych potyczek? Czy poziom amatorów startujących w turniejach Pro-Am znacząco różni się od poziomu ich zawodowych partnerów?

M.: Dużym zaskoczeniem może być fakt, że na ten moment nie ma już tak dużych różnic, a to pokazuje, że naprawdę trening, chęci i pasja do tego, co się robi, może zdziałać cuda!

K.: Państwa turniej był nie tylko pierwszy, ale jest też wyjątkowy o tyle, iż goszczą u Państwa tancerze znani w wielu rozrywkowych programów telewizyjnych, między innymi Tomasz Barański czy Żora Korolyov?

M.: Tak, zgadza się. To tancerze rozpoznawalni z programu ?Taniec z gwiazdami?, który dał naprawdę ogromną siłę i pokazał ludziom, że można spełniać swoje marzenia o tańcu. Dlatego tancerze z tego programu bardzo chętnie wspierają nasze turnieje bądź sami biorą w nich udział.

K.: Oby więcej takich inicjatyw znanych szerszej publiczności! Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

Aleksandra Kałafut: Jak zaczęła się Pani przygoda z tańcem i z turniejami Pro-Am? Gdzie i jak znalazła Pani swojego partnera?

Joanna Wargala: Moja przygoda z tańcem zaczęła się stosunkowo niedawno, a dokładnie 2 lata temu podczas pobytu w USA. Wtedy właśnie splot wielu wydarzeń sprawił, że po powrocie do Polski trafiłam na event, na którym spotkałam swoich znajomych. Przybyli na niego prosto z Turnieju Tańca Pro-Am. Swoimi turniejowymi fryzurami i makijażami wyróżniali się z tłumu. Niedługo później udałam się do Szkoły Tańca Gracja, gdzie zaczęłam ćwiczyć z tancerzem klasy S. To właśnie tam i tak zaczęła się moja taneczna przygoda.

K.: No właśnie, jak to jest z tymi partnerami? Czy zawsze tańczy Pani z tylko jednym partnerem czy się Państwo mieszają?

W.: Ja mam dwóch partnerów tanecznych. Wynika to z faktu, że w mistrzostwach Europy lub świata, a także w przypadku najsłynniejszego Festiwalu Tańca w Blackpool, obowiązuje wymóg tańczenia z profesjonalistą posiadającym licencję WDC. Ponieważ mój pierwszy partner tańczy w kategorii Amator, musiałam szukać wsparcia ze strony innego tancerza ? profesjonalisty z prawdziwego zdarzenia. Na szczęście trafiłam na wspaniałego trenera z ogromnymi sukcesami. Jestem dumna, że mam możliwość tańczenia z Markiem Fiksą, którego w świecie tancerzy nie trzeba przedstawiać.

K.: A czy ma znaczenie w jakim kraju rozgrywane są mistrzostwa? Czy energia danego miejsca udziela się tancerzom? Może w Hiszpanii zdecydowanie lepiej tańczy się pasodoble, a w Brazylii sambę?

W.: W zasadzie nie ma dla mnie znaczenia, w jakim kraju odbywa się turniej. Najważniejszy jest parkiet i energia, którą otrzymujemy od zgromadzonej publiczności. To dla niej tańczymy i jej przychylność staramy się zdobyć. Niemniej, już po zawodach, czas o wiele przyjemniej spędza się w pięknych i słonecznych miejscach.

K.: To znaczy, że jednak wracają Państwo uwagę na publiczność podczas tańca? Nie są to takie emocje i skupienie, że widzą się Państwo z partnerem tylko nawzajem?

W.: Oczywiście. Publiczność stanowi bardzo ważny element naszego występu. Wychodząc na parkiet, staramy się zawsze znaleźć na nim miejsce, które w kierunkach naszej choreografii pozwala nam tańczyć przed jak największą liczbą publiczności. Tak naprawdę najważniejsza jest dla mnie właśnie energia płynąca ze strony osób oglądających nasz taniec.

K.: Czy taki międzynarodowy turniej tańca to rewia mody? Czy istnieje w ogóle coś takiego jak moda taneczna? Czy panują w niej jakieś sezonowe trendy - konkretne fasony sukienek, wybrany kolor albo dodatki?

W.: Oczywiście, że tak. Wszystkie wiodące marki, które specjalizują się w strojach tanecznych prześcigają się w pomysłach, aby parkietowy ?look? wyróżniał ich ambasadorów. Osobiście tańczę w strojach marki RP Atelier. Mam szczęście, że na każdy duży turniej RP przygotowuje ona dla mnie nową stylizację. Niepisaną zasadą jest, że każda para finałowa wychodzi w nowej kreacji na ostatnią rundę zawodów.

K.: Gdy się na Państwa patrzy w tańcu, ma się wrażenie, że są Państwo uosobieniem wdzięku i gracji. Czy bycie tancerką pomaga na co dzień w byciu kobietą z klasą?

W.: Taniec zajął bardzo szczególne miejsce w moim sercu. Rzeczywiście utrzymanie kondycji na poziomie pozwalającym na rywalizowanie z najlepszymi parami na świecie wymaga zaangażowania. Oczywiście płynie z tego tytułu szereg profitów, takich jak sylwetka, umiejętność wykonania makijażu czy też dużo większa otwartość na kolorystkę w stylizacjach dnia codziennego.

K.: Taniec to nie tylko piękne stroje, muzyka i olśniewający entourage turniejów. Taniec to też sport, wymagający ciężkiej pracy i poświęcenia. Udaje się Pani połączyć pasję z innymi aktywnościami? Rodziną, czasem dla siebie?

W.: To prawda, że jest to dla mnie nie lada wyzwanie, ale kiedy mam do czynienia  z prawdziwą pasją to nawet dobę potrafię wydłużyć.

K.: A czy jakiś turniej kosztował Panią wyjątkowo dużo? Musiała się Pani zmierzyć z bólem, lękiem, presją, z własnym ciałem? a może partnerem?

W.: Najbardziej wymagającym wydarzeniem był mój pierwszy turniej w Blackpool. Tak jak już wspomniałam wcześniej, jest to prawdziwy Festiwal Tańca. Wyróżnia go duża ilość tancerzy na światowym poziomie, fakt, że rywalizuje tam ponad 100 par  oraz jest to, że odbywa się w pięknej sali przy akompaniamencie muzyki granej przez najsłynniejszą orkiestrę turniejową na świecie. Było to niebywałym wyzwaniem dla mnie, czyli kobiety, która jeszcze niecały rok wcześniej nie znała żadnego kroku podstawowego. Nieocenione w tej sytuacji było wsparcie ze strony mojej rodziny, męża i przyjaciół. Wróciliśmy z Blackpool ze srebrnym medalem, który zajmuje wyjątkowe miejsce wśród moich trofeów.

K.: Miała Pani taki moment, że była po prostu tym wszystkim zmęczona, że miała Pani kryzys, chciała Pani to wszystko rzucić?

W.: W tańcu, tak jak w życiu, mamy lepsze i gorsze dni, ale na chwilę obecną taniec jest pasją, która daje mi bardzo dużo pozytywnej energii. Zamierzam pozostać w tym pięknym, artystycznym świecie na dłużej.

K.: A czy trudno jest być tancerką z dietetycznego punktu widzenia? Czy odżywia się Pani w jakiś szczególny sposób? Czegoś absolutnie nie wolno Pani kosztować, a coś jest zdecydowanie wskazane?

W.: W moim przypadku taniec jest przede wszystkim pasją, a więc nie podchodzę aż tak rygorystycznie do diety. Oczywiście w trakcie przygotowań do turnieju staram się dbać o to, by moje posiłki były jak najlepiej zbilansowane. Znajduję w niej jednak  miejsce również na drobne przyjemności.

K.: Każdy z tańców ma swój własny charakter, tak jak i każdy tancerz ma swój własny temperament. Czy wszystkie tańce lubi Pani tak samo i z jednaką chęcią je Pani wykonuje, czy są takie tańce, w których czuje się Pani znacznie lepiej albo znacznie gorzej?

W.: Uwielbiam tańczyć wszystkie moje choreografie. Z punktu widzenia mojego temperamentu najbliższe mojemu sercu jest jednak pasodoble i jive.

K.: Czy odkryła Pani coś dzięki tańcowi, co zmieniło Pani życie? Cokolwiek? Może to był widok bezbrzeżnego oceanu w Stanach, ciepły pain du chocolate w Paryżu, a może jakaś emocja, jakaś Pani reakcja, muzyka, osoba, inspiracja?

W.: Od dziecka miałam dużą wrażliwość muzykalną. Skończyłam szkołę muzyczną II stopnia w klasie wiolonczeli i fortepianu. Taniec pozwolił mi na wykorzystanie tej wrażliwości i wyrażenie jej moim ciałem. Oczywiście przede mną jeszcze długa droga, aby uzyskać poziom prezentowany przez najlepszych, ale cudownie jest mieć cele i dążyć do ich realizacji.  

K.: Dawniej damy i dżentelmeni nie rozmawiali o pieniądzach, bo po prostu należeli do tej klasy społecznej, która miała ich mnóstwo. Obecnie nie jest żadnym faux pas rozmawianie o zarobkach, bo to zwyczajnie życiowa sprawa. Tak więc pozwoli Pani, że zapytam, czy z tanecznej pasji da się przyzwoicie żyć? Bez problemu utrzymać rodzinę, nie zamartwiać się kwestiami finansowymi?

W.: Myślę, że na poziomie mistrzów świata i zawodowców taniec zdecydowanie przynosi wymierne profity, które pozwalają na zaspokajanie swoich potrzeb. W przypadku tancerek i tancerzy Pro-Am taniec jest przede wszystkim pasją i każda z nas jest już w określonym i jasno sprecyzowanym miejscu na ścieżce swojej kariery zawodowej.

K.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

el-royale-grafika-glowna

Droga do piekła w El Royale

Hotel El Royale znajduje się na granicy stanów Nevada i Kalifornia. Spotykają się w nim: ojciec Flynn - ksiądz, Daniele Sweet - piosenkarka, Emily - zblazowana hipiska, Laramie Sullivan - sprzedawca oraz Miles Miller - dozorca, barman i generalnie człowiek od wszystkiego. Każdy z nich skrywa mroczną tajemnicę, o której nikt nie powinien wiedzieć, jednak w pewną burzową noc wszystko wyjdzie na jaw?

Fot.: http://quentin.pl/2018/10/zle-sie-dzieje-w-el-royale-recenzja.html

Sullivan okazuje się być policjantem działającym pod przykrywką. Ksiądz wcale nie jest księdzem, tylko złodziejem, który po odsiedzeniu wyroku wraca do El Royale po ukryte w podłodze pokoju pieniądze. Jednak, z powodu Alzheimera, nie pamięta, w którym? Zawiera więc układ z Daniele, obiecując jej połowę łupu w zamian za pomoc. W torbie z gotówką znajduje się też taśma, obciążająca bardzo ważną, ale zmarłą osobistość. Miles jest byłym żołnierzem, który walczył w Wietnamie. W dodatku na życzenie szefostwa monitoruje i podsłuchuje gości, zaś nagrania przekazuje zleceniodawcom. Żałuje wszystkiego, co zrobił i chce uzyskać rozgrzeszenie, zanim będzie za późno? Z kolei Emily wyrywa swoją siostrę Rose z rąk sekty, której przewodniczy Billy Lee. I to jego najbardziej powinni bać się goście hotelowi. Mężczyzna udaje się bowiem do El Royale, aby odebrać Rose. I przy okazji rozpętać niezłe pandemonium?

https://www.slashfilm.com/bad-times-at-the-el-royale-release-date/

Film utrzymany jest w style retro ? budki telefoniczne, winyle, szafa grająca. Wydaje się też być wzorowany na klimaty ? la Agatha Christie. Ogląda się go nieco jak przedstawienie teatralne. Przynajmniej takie odnosi się wrażenie przede wszystkim podczas pierwszych scen, lecz także później, kiedy pojawiają się plansze zapowiadające wizje z kolejnych pokoi.

Sama fabuła jest bardzo ciekawa, czasami za bardzo zagmatwana, jednak w wystarczającym stopniu wciągająca. Nie jest to thriller taki, jak ?Siedem? albo ?Gothica?, nie obezwładnia widza i nie każe mu zapomnieć o całym świecie. ?Źle się dzieje w El Royale? jest dosyć specyficzny ? kiedy sądzisz, że w gruncie rzeczy film jest nudny i szkoda na niego czasu, dostajesz cios prosto w twarz. Pełno w nim zaskakujących zwrotów akcji, których nie spodziewa się absolutnie nikt. Nie jest to najlepszy film, jaki obejrzysz w swoim życiu. Ale jest na tyle interesujący, że warto poświęcić mu czas!

Bartosz Mrozowski

Słuszny głos w paskudnej sprawie

Film Wojtka Smarzowskiego był na ustach wszystkich na długo przed swoją kinową premierą, a nawet przed debiutem na Festiwalu w Gdyni. Wzbudzał wiele kontrowersji: od znikającego i pojawiającego się ponownie zwiastunu do negatywnych opinii księdza Sakowicza ?Załuskiego, który w zasadzie rozpętał największą burzę odnośnie tego filmu? Niektóre miasta, na przykład.: Kraśnik albo Ostrołęka zbojkotowały film i tamtejsze kina go nie wyświetlą. O produkcji wypowiedzieli się aktorzy i Andrzej Pągowski ? grafik, który stworzył plakat do filmu. Ale swoją opinię wyrazili również księża, dziennikarze, a nawet Cejrowski. Nie zawsze były one pochlebne? Jednak krytyka i atmosfera skandalu nie zaszkodziły filmowi pod kątem frekwencji ? ?Kler? obejrzało już ponad 2 miliony widzów.

Cóż mogę powiedzieć? Każdy zobaczy w tym filmie to, co zechce zobaczyć. Ktoś zobaczy problem, o którym trzeba mówić, a ktoś inny zobaczy nagonkę na instytucję. Zaznaczmy ? Kościół tworzą ludzie tacy, jak my. Wszyscy dokonujemy jakichś wyborów w życiu ? od takich w stylu: ?Co zjem dziś na śniadanie?? do ?Kim będę w przyszłości? Jaką wybiorę szkołę/studia/ścieżkę kariery??  Księża i zakonnice wybrali stan duchowny. Nie każdy z nich przestrzega chrześcijańskich zasad, to prawda. Ale prawdą jest też, iż część z nich owszem. Nie należy generalizować. Nie każdy student imprezuje i nadużywa alkoholu. Nie każdy Polak jest złodziejem, marudą, pijakiem. Tak samo nie każdy ksiądz jest pedofilem. Nie każdy jest alkoholikiem, łamiącym celibat. Nie każda siostra zakonna pozwala, aby podopieczni w sierocińcu krzywdzili młodszych od siebie. Są tacy, którzy się na to zgadzają, ale są też tacy, którzy się temu sprzeciwiają. Natomiast w  ?Klerze? został przedstawiony jeden model osoby duchownej ? cynicznej, manipulanckiej, dbającej tylko o swoje interesy. Ale został też ukazany problem pedofilii w Kościele i kwestia tuszowania przewin sprawców. A tego chyba nikt się nie spodziewał?

Źródło: www.pap.pl

Każdy, kto oglądał zwiastun, odniósł zapewne wrażenie, że będzie to komedia skupiająca się na pijaństwie i korupcji Kościoła. Nic bardziej mylnego! ?Kler? jest dramatyczną historią o pedofilii i okrucieństwie, jakiego dopuszczają się osoby duchowne wobec dzieci, a także o tym, jak instytucja tuszuje takie sprawy. Jest mocny, poruszający i zdecydowanie nie powinny oglądać go osoby o słabej psychice! Wiele scen zagnieżdża się w głowie widza i nie chce jej opuścić. Dzieło Smarzowskiego ogląda się z zapartym tchem i przeżywanym raz po raz szokiem. ?Kler? jest głosem osób skrzywdzonych przez Kościół, łamiącym tabu i niezwykle potrzebnym!

https://www.youtube.com/watch?v=N9Asxqvr2m8

 

Im mniej tym lepiej, wtedy jest na pewno dobrze. Pierwsza wizażystka w Polsce opowiada o swoich zasadach makijażu oraz o kobietach z klasą

Kiedy w Niemczech po ukończeniu prestiżowych studiów otrzymała dyplom wizażystki ? nikt w Polsce nie słyszał o takim zawodzie. Od samego początku stawiała na profesjonalizm. Nieustannie zdobywała wiedzę na uczelniach we Włoszech, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych. Dziś sama uczy kolejne pokolenia w Europejskiej Akademii Estetyki Artystycznej i produkuje własną linię kosmetyków.

Jolanta Wagner ? przepiękna Kobieta z klasą, mądra, silna, zdecydowana, ale jednocześnie niezwykle empatyczna i otwarta - opowiedziała mi o początkach swojej kariery, złotych zasadach wizażu oraz zdradziła, kto jest dla niej prawdziwą kobietą z klasą...

Kamila Mruszczyk: Niedługo obchodzi Pani 30-lecie pracy artystycznej.  Skąd inspiracja, by zostać wizażystką i wprowadzić ten nieznany zawód naszego kraju?

Jolanta Wagner: Poznawałam ten zawód w bardzo dziwnych czasach. Wokół mnie kończyły się dyktatury, upadł mur berliński, zmieniono ustroje, a ja rozpoczynałam nowy etap w moim życiu. W tym czasie przebywałam w Niemczech z moim mężem. Nigdy nie marzyłam, by zostać wizażystką. To była kwesta przypadku. Znajomi powiedzieli mi, że powstała szkoła wizażu i warto, bym spróbowała, więc spróbowałam i ukończyłam tę szkołę. Z zawodu jestem również germanistką. Poświęciłam się całkowicie nauce. Kiedy przyjeżdżałam do Polski, z telewizji dowiadywałam się, co się dzieje na świecie, a potem znów wracałam do swojego świata wizażu. Wiele zainwestowałam w swoją edukację i narzędzia do pracy. Pamiętam, że kupiłam profesjonalny kufer wizażysty, który kosztował tyle, co mały fiat. A po latach rozpowszechniałam zawód wizażysty do Polski.

KM: Założyła Pani Europejską Akademię Estetyki Artystycznej i prowadzi warsztaty dla przyszłych wizażystów. Jakie predyspozycje musi posiadać dobry wizażysta? Zdradzi Pani receptę na sukces w tym zawodzie?

JW: Ciężka praca. Nie ma takiej recepty, są też osoby, które się do tego nie urodziły, to  trzeba czuć. Ja przez pierwsze 10 lat bardzo ciężko pracowałam i bardzo musiałam zdobywać rynek, bo nikt nie znał tego zawodu. Teraz jest z kolei nadpodaż. Jeśli osoba, przed rozpoczęciem nauki mówi, że chce zostać gwiazdą, to wiem, że nie jest na dobrej drodze. Ci najlepsi są skupieni, skromni i mają świadomość tego, jak wiele jeszcze muszą się nauczyć. Nie oznacza to, że nie powinni doceniać swoich umiejętności, lecz ważne, by nie mylić poczucia własnej wartości z samouwielbieniem. Lubię dowiadywać się, że moi uczniowie osiągają sukcesy, że nie stracili głowy i w dalszym ciągu podążają drogą, którą im wskazałam.

KM: Jak na kanwie trzech dekad zmieniły się techniki makijażu oraz kosmetyki? Mam wrażenie, że to zupełne antypody?

JW: Nie było żadnych kosmetyków, nie było czym wykonywać makijażu. W tej chwili to jest komfort - ja sobie sama produkuje kosmetyki, które są najbardziej profesjonalne, potrzebne i najlepsze. Robię takie kosmetyki, jaki chcę uzyskać efekt na twarzy. Nie dodaję do nich żadnych dodatków, bo nie ma takiej potrzeby.

Samo wykonanie makijażu nie jest wielką filozofią, jeżeli się już to zna. Gdy wiemy, co trzeba wykonać na twarzy, że musi być dobry podkład, znamy budowę oczu, wiemy, który makijaż do nich pasuje, to już jest później proste. Tego uczy się wizażysta: jak są oczy zbudowane i osadzone względem siebie, a także głębokość i  wielkość oczu. Sama budowa oka już wskazuje na to, czy użyjemy cieni ciemnych czy jasnych, czy możemy powiększyć czy zmniejszyć oko. Jeżeli ktoś nie ma wiedzy, a bierze się za robienie makijażu, czy zamierza zostać wizażystą, to to jest niewyobrażalne. Błądzi i dla niego to jest trudne. Należy podchodzić do tego zawodu z pokorą i przyswoić technikę, na improwizację czy przesadzanie z makijażem, tylko dlatego, by osiągnąć efekt "wow" nie ma miejsca.

Makijaż dopasowuje się do budowy twarzy ? to złota zasada dobrego wizażysty.

Pierwszy krok w makijażu to nałożenie podkładu.

Wizażysta da sobie radę z każdym podkładem, kobieta, która nie ukończyła kursu nie. Ja od momentu, kiedy spotkałam się z kamuflażem 30 lat temu, nigdy już nie używałam podkładów. Dlatego, że kamuflaż to jest sam pigment i to ja sobie dozuję, czy chcę mało czy dużo, a jest taka zasada w kamuflażu, że im mniej, tym lepiej, tak jak w całym makijażu.

"Im mniej tym lepiej, wtedy jest na pewno dobrze".

Przy pierwszych próbach stosowania kamuflażu powinien przeszkolić profesjonalista, by doradził nam jaki kolor kamuflażu jest dla nas idealny oraz w jaki sposób go stosować np. nakładamy kamuflaż na wilgotną gąbkę (w jak najmniejszej ilości), wówczas niezwykle prosto i szybko wygładzimy całą twarz. Ona będzie idealnie równa, a to jest także efekt liftingujący. Nie widzę na świecie lepszego podkładu niż kamuflaż. Kamuflaże są bardzo tanie, bo kosztują niecałe 50 zł, a to wystarcza na rok czasu, codziennego wykonywania makijażu.

Oczy

Kobieta bez pomocy specjalisty nie jest w stanie sklasyfikować własnych oczu.

Warto poprosić wizażystę o pomoc, gdyż przekaże nam pewne zasady, które się wykonuje. Są osoby, które nie mogą mieć cieni ciemnych, a są takie, które nie mogą jasnych. Błyszczące cienie powiększają, bo połysk powiększa, a mat pomniejsza - pogłębia ciemny kolor. Wykonanie niektórych makijaży może być bardzo trudne, szczególnie przy opadających powiekach, ale różne są przypadki, małe, duże oko, głębiej osadzone, wypukłości. Wykonanie pewnych modyfikacji oka, by dążyć do ideału to już jest prawdziwa sztuka.

Brwi

Brwi są bardzo trudne, jeżeli nie mają odpowiedniego kształtu i są w różnych kierunkach. Wówczas taka osoba, już sobie sama nie da rady i wizażysta ma problemy. Brwi są najbardziej oprócz ust wrażliwym elementem. Chodzi o to, że kobiety nie akceptują żadnej zmiany. Tak przyzwyczają się do swoich brwi, że czasami widzę, że wizażystka pięknie wyrysowała brwi i kobieta w nich wygląda tak ślicznie, a ona mówi: "Nie! to strasznie wygląda, to jest za szerokie, to jest za ciemne". Brwi są niezwykle wrażliwym akcentem na twarzy. Prawie żadna kobieta nie akceptuje poprawek. Zazwyczaj, gdy zabieramy się za malowanie brwi lub krzywych, małych ust to wiemy, że będzie ciężko.

Jest taka zasada: szerokie brwi, ciemne brwi muszą pasować kolorystyką i nasyceniem do włosów, natomiast szerokie brwi są oznaką młodości i zdrowia. Najbardziej promowane brwi na świecie należały do Audrey Hepburn ? bardzo szerokie, proste, ciemne brwi. To są po prostu brwi młodzieńcze. Stąd dużo błędów, bo kobiety w późniejszym wieku też chcą, by im takie robić, a źle wyglądają.

KM: Ale też nie każdemu pasuje taki kształt.

Tak, brwi dopasowujemy do kształtu czaszki, a kolorystykę do włosów. To jest bardzo trudne. Dlatego ja napiszę całą książkę o brwiach. W mojej książce opiszę, że każdy kształt twarzy narzuca inny kształt, grubość, szerokość brwi.

Teraz jest moda na ciemne i szerokie, ale ja się modą nie kieruję nigdy. Dla mnie jest najistotniejszy kształt twarzy i kolorów włosów i czy to tej kobiety to będzie pasowało, natomiast moda jest taka. Czytelniczki muszą wiedzieć, czy chcą wyglądać ładnie czy modnie. Z brwiami trzeba ostrożnie, bo teraz jest taka moda, że bardzo podkreślamy brwi i one są prawie najistotniejsze. Do tej pory były usta ? ciemna czerwień, wino, jeżyna. Obecnie ta szala się przeważyła na brwi. Ten pogląd powstał 10 lat temu w Stanach i to już się rozszerzyło na cały świat.

KM:To prawda, że gdy patrzymy na twarz to kierujemy automatycznie wzrok na brwi, a później usta?

JW: Nie, najpierw na usta. Jak będą przemalowane to najpierw brwi, ale po co? Usta są erotycznym punktem, jeżeli są piękne zawsze najpierw na nie patrzymy. Później idzie wzrok na oczy, czyli to się rozlewa. Dlatego na okładce, gdy malujemy modelkę to musimy jej zrobić dobre usta, dobre usta równa się dobra okładka (mówimy o portrecie). Piękne usta i piękne oczy, a brwi nie mogą dominować (brwi są przyporządkowane do oczu). Jeżeli oczy są dobrze zrobione plus łuk brwiowy jest piękny, to jest coś fantastycznego, czyli równowaga na twarzy. Trzeba promować, że moda naprawdę nas niszczy. Musimy bardzo rozsądnie podchodzić do mody. Ja moim studentkom w ogóle nie pozwalam wprowadzać mody. Uczę tak, by wykonać makijaż odpowiedni do budowy twarzy i typu urody, nosek, usta, brwi i kolorystyka. Jeżeli wprowadzimy tu harmonię to jest bardzo ładnie. A od makijażu wprowadza się garderobę i jest prosto, ładnie.Wszędzie dążymy do harmonii.

Modelowanie i róż

Jeżeli chodzi o makijaż dzienny to nigdy się nie modeluje twarzy, stosujemy tylko róż. Róż dopasowujemy do kształtu czaszki. Teraz jest moda na robienie rumieńca lub jabłuszek - takiego zdrowego rumieńca, muśnięcie, które odświeża i dodaje młodzieńczości.

Generalnie róż stawia nas na nogi. Modelowanie twarzy stosujemy tylko na scenę, do fotografii, nawet jeżeli chcemy uzyskać naturalny wizerunek w filmie, to już nie polecam, bo wtedy wychodzą ciemniejsze plamy na twarzy.

Gdy wydałam podręcznik, nikt nie wiedział, co to jest modelowanie twarzy. Jak zaczęłam tego uczyć, to wszystkie kobiety w Polsce chciały modelować sobie twarz. Przychodziły do mnie i prosiły, żeby nauczyła je, a ja pytałam: "Ale po co to Pani?", przecież tylko modelujemy do sesji zdjęciowych.

Nakładanie różu nie jest też prostą sprawą. Często widzę, jak podczas malowania modelki robią tzw. "dziubek", wciągają powietrze, a to nie jest dobry sposób. To musi być przede wszystkim dopasowane do kształtu twarzy.

Usta

Fundamentem makijażu są usta. Oprócz brwi, które tak są teraz w modzie, usta będą zawsze najważniejsze i mają bardzo intensywny kolor. Już od trzech, czterech lat dominują pomadki bardzo intensywne czerwienie, karminy, wiśnie, śliwki, jeżyna, do prawie czarnawych. Te ostatnie są dla młodych kobiet. Wszelkie odcienie czerwieni są najpiękniejsze dla kobiet. U nas była bardzo długa moda przez 15 lat, którą kobiety wchłonęły, mianowicie usta cieliste i bardzo jaśniutkie, co było bardzo niekorzystne dla nich. Jak widzę kobietę, która ma ładne usta, ładnie obrysowane, z pięknym kolorem czerwieni, to ten uśmiech jest piękny, zęby olśniewające. Czerwień jest zimna, więc im zimniejsza, tym piękniej zęby wyglądają. Jak maluję kobietę i widzę, że oczy są już dobre i na twarzy wszystko jest, a jak nie ma ust - nie ma kobiety. Dodaję usta i jest cudnie! Najbardziej podobają mi się kobiety u których widzę "niewymuszoną elegancje". Ma pomalowane usta, swoją ulubioną pomadką, bo to jest tak, że jak już raz znajdziemy ten nasz kolor, to nie możemy już bez niego żyć. Kolejną sprawą jest gładka cera. Usta nie mają szansy wyglądać dobrze, gdy cera nie jest odpowiednio zadbana. Zasada "Im intensywniejsza pomadka, tym lepszy podkład". Wtedy to jest zjawisko!

Kolejny mit to ten, który mówi, że "jasna pomadka powiększa usta, a ciemniejsza zmniejsza" nieprawda!

KM: Jaz kolei słyszałam, że jeżeli mocno malujemy oczy, to usta już delikatnie, najlepiej transparentnie.

JW: To jest bardzo błędna zasada. Oczy robi się na przykład na twarzy kwadratowej ? to jest twarz zrównoważona. Równowaga oznacza, że na na górnej części twarzy jest tyle samo światła, co na dolnej. A zapytam, zna Pani na pewno aktorkę Sophię Loren?

KM: Oczywiście, że znam!

JW: Właśnie, ona ma zawsze zrobione i to i to. Sophia Loren zawsze ma podkreślone oczy i usta, bo ma twarz kwadratową. Musi mieć taką samą intensywność na oczach i ustach. Tak samo jest z prostokątem. Wszystko dobieramy do kształtu twarzy i kolorystyki i przy tym musi współgrać harmonia, byśmy wyglądały pięknie, ale nie przemalowane.

KM: Mamy już jesień, jakie są główne trendy i zasady makijażu na tę porę roku?

To jest też schematyczne i bardzo proste. Zawsze idziemy w ciemniejsze kolory, bo wszyscy chowamy od razu jasne rzeczy i ciemniejmy, także jeśli chodzi o makijaż. Powstaje większy kontrast: jaśnieje skóra i wówczas wprowadzamy barwy ciemniejsze. Pasujący makijaż do naszych oczu, ale już ciemniejszy i usta ciemniejsze. Jeśli chodzi o trendy, zawsze dopasowuję makijaż indywidualnie bez względu jaka panuje moda. Obecnie są na czasie ciemne i szerokie brwi, do tego są dosyć podkreślone oczy i intensywne usta. Każda kobieta na co postawi to już jest jej indywidualny wybór, natomiast wizażysta powinien kierować się kształtem czaszki. Do budowy oka, do kształtu czaszki dobiera kształt brwi i usta. Ustom dedykujemy wszelkie czerwienie. Trochę brązu wchodzi w makijażu oka i na usta również, ale zimą generalnie dobrze wyglądamy w takich odcieniach czerwieni. Jednej kobiecie będzie pasowała ceglasta pomadka, innej wiśnia itd. takie nasycone kolory. Zimą jeszcze mocniej, czyli jak jest śnieg, czujemy się blado, jasna skóra podkreśli nam usta i troszeczkę różu. Wystarczy chociażby pomalować rzęsy i brwi ładnie i już jest piękna kobieta.

KM: Jak wykonać mistrzowski makijaż przekonamy się już 6-go października podczas 19 Mistrzostw Makijażu Kobiety Dojrzałej organizowanych przez Panią na "Targach kosmetycznych i fryzjerskich" w Amber Expo w Gdańsku. Uczestniczki wykonają makijaż koktajlowy. Jak go Pani zdefiniuje?

JW: Makijaż kobiety dojrzałej to sztuka sama w sobie. Kobieta dojrzała ma już bardziej wiotką skórę,  opadającą powiekę, nierówne brwi, mięsień ust jest bardziej wiotki, usta już nie są takie ładne. Skóra jeszcze nie jest zła u kobiety dojrzałej. Bardzo istotne jest, by wizażystka umiała wymodelować opadająca powiekę, a to jest bardzo trudne, żeby umiała pomalować skórę tak, by nie podkreślić zmarszczek, żeby ta skóra wyglądała świeżo, czyli równomiernie rozłożyć podkład i rozświetlić miejsca postarzające. U kobiety dojrzałej nie dajemy połysku na oczach, bo on podkreśla zmarszczki, wygląda groteskowo. Tu chodzi o jakość wymodelowania opadającej powieki, co jest tak trudne, że już naprawdę więcej nie trzeba. Zrobienie także ładnie łuków brwiowych. Dla mnie oko musi być odmłodzone, czyli uniesione, kąciki zewnętrzne do góry i taki makijaż, który przykryje opadająca powiekę. Usta. Na spotkanie popołudniowe najlepiej podkreślić usta, ale żeby one nie błyszczały strasznie, bo kobiecie w wieku dojrzałym maluje się usta o pięknym kształcie, bo powstają asymetrie. Wykonanie perfekcyjnego makijażu kobiecie dojrzałej w wieku 45- 50 to ciężka, umiejętna praca, ale też wielka satysfakcja.

KM: Dlatego są te mistrzostwa. I odbywają się już po raz 19

JW: Tak to najstarsze Mistrzostwa w Polsce na rynku, bardzo prestiżowe. Po wygraniu tych mistrzostw wizażystka ma przed sobą karierę. Rozwój zawodowy nabiera tempa i sięga po kolejne szczyty.

KM: Oprócz Mistrzostw Makijażu Kobiety Dojrzałej odbywa się Polski Kongres Wizażystów "Ślub zgodny z trendami." Prowadzi Pani warsztaty pt.:

"Wybór koncepcji makijażu odpowiedni do typu urody Panny Młodej. Wiązanka ślubna ? dopasowanie do budowy ciała i kolorystyki Panny Młodej."

JW: To jest kongres dla wizażystów i tam uczymy, przypominamy, ukierunkowujemy wizażystki, jak mają obsługiwać klientki w makijażu ślubnym, bo jest bardzo dużo niedomówień, niedouczeń i chcemy pokazać taką klasyczną część, bo jednak ślub to jest wydarzenie klasyczne. Chcemy pokazać jak można zrobić prosto, skromnie i z ogromną klasą. Głównie o to mi chodzi, bo niektóre panny młode to mylą ślub z karnawałem. One się tak szykują, że po prostu przerysowują. Panna młoda ma wyglądać pięknie, ale ma to być ona.

KM: Kim jest dla Pani Kobieta z klasą?

JW: To jest bardzo złożone. Tego nie można sklasyfikować. Na pewno takich kobiet brakuje. W moim odczuciu nie jest to kobieta wystrojona, przestrojona i przemalowana. Głównie myślę, że klasa wynika z zachowania i stylu bycia. To jest klasa. Wspaniałe jest, jeżeli jeszcze wizerunek zewnętrzny jest ładny, czysty, estetyczny. Myślę, że kobieta z klasą nigdy nie jest zbyt modna. Dla mnie kobieta z klasą to generałowa Andersowa czy pani Penderecka.

KM: Dlaczego one?

JW: Robiły rzeczy wielkie, zostając w cieniu, ale z tego cienia powstawał wielki błysk.

Sposób wypowiedzi, ten ogromny szacunek do swojego partnera, który robił rzeczy wielkie czy robi nadal. To są bardzo wykształcone kobiety, mają ogromną osobowość. Pani Penderecka, przecież ona takie ogromne rzeczy organizuje, jak ona się zachowuje, jak ona jest zawsze dobrze ubrana, uczesana, jak ona spogląda. Generałowa to samo. Bardzo doceniam, gdy kobiety się pięknie wysławią.

To niezwykła cecha, która przykuwa uwagę i sprawia, że kobieta staje się wyjątkowa.

KM: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów.

JW: Dziękuję.

lady

Akademia tańca Reliese... Staramy się bardziej

Kochają taniec, tworzą mistrzów. Od ponad 25 lat szkolą pewnych siebie i świadomych tancerzy, którzy osiągają spektakularne sukcesy w życiu i na parkiecie. Mają na swoim koncie ponad 100 tytułów Mistrza Polski, ponad 30 tytułów Mistrza Świata, Mistrza Europy i Pucharów Świata IDO.

Wprowadzają nowe mistrzowskie dyscypliny, oferują profesjonalną edukację taneczną dla dzieci, młodzieży i dorosłych od 3 do 100 lat, ale także wyjątkowo dbają o kobiety. Stworzyli zajęcia, podczas których kobiety będą mogły angażować nie tylko ciało, ale także umysł. Przełamać granice i obudzić w sobie uśpione możliwości i pragnienia kobiety.

Dyplomowany instruktor, Prezes Zarządu Polskiej Federacji Tańca założyciel i właściciel Akademii, kierownik artystyczny formacji Reliese, ale przede wszystkim wielki pasjonat, oddany całym sercem tańcowi i swoim wychowankom ? Prezes Piotr Patłaszyński opowiedział  o tańcu, zajęciach w Akademii Reliese, dlaczego starają się bardziej, a niekwestionowany Król Disco Dance w Polsce, trener,choreograf Mistrzów Polski w kategorii wiekowej Dorosłych, członek Zarządu i sędzia I kategorii Polskiej Federacji Tańca, wykwalifikowany pedagog z ogromnym poczuciem humoru ? Dyrektor Generalny Leszek Cichocki oprowadził mnie po Akademii Reliese i wyjaśnił, dlaczego adres ul. Przasnyska 6B będzie najbardziej tętniącym miejscem na mapie Warszawy.

Kamila Mruszczyk: Panie Prezesie wielkie otwarcie Akademii tuż tuż. Co proponujecie przyszłym kursantom?

Piotr Pałtaszyński: Przychodzimy z grupami, które już mamy więc od początku będzie się działo. Będzie dwudziestu trenerów. Chcemy, by nie było  to zwykłe miejsce, tylko Akademia Tańca - miejsce, w którym ludzie będą chcieli spędzać czas. Jeżeli mama przyprowadzi dziecko, to nie musi jechać za zakupy do galerii, tylko może odpocząć, zrelaksować się, wypić kawę, poczytać. Chcemy stworzyć taką przestrzeń fit i relaksu. Będą obywały się spotkania z masażystami, dietetykami, porady. Spotkania, sesje tematyczne ze specjalistami - czas, by poświęcić się rozwojowi osobistemu, coś dla duszy i ciała.

KM: Oprócz nauki tańca, zapewniacie treningi mentalne...

PP: Jako nieliczni, a nawet powiedziałbym jedyni pracujemy z trenerami mentalnymi. Dzieci od małego uczą się i wiedzą, co to są wizualizacje, afirmacje, uczą się tego przed zawodami. Prowadzimy je bardzo ekologicznie, tak jak powiedziałem pracuje z nami kilkudziesięciu Mistrzów świata. Wyniki są dla nas rzeczą uboczną w stosunku do rozwoju osobowościowego.

Bardziej nam zależy, by tancerz, który przychodzi tutaj miał pełną wiedzę JAK to się robi.

Dyrektor Cichocki wprowadził taką dewizę: "My nie uczymy tańczyć, my uczymy JAK tańczyć", to jest ogromna różnica.

KM: Jakie zajęcia oferujecie dla dzieci i dorosłych?

PP: Ruszamy z formacjami jazz dance, modern, show dance, a także disco dance na poziomie dzieci, juniorów i dorosłych zarówno już tańczących, jak i początkujących. Będziemy mieli taniec jazzowy, cheerleading, dla dzieci baby balet, baby disco, Firssteps. Dzieci będą mogły tańczyć w grupach, a także pracować nad choreografiami solo czy duetów, czyli szeroki wachlarz. Dla dorosłych oferujemy pierwszy taniec, taniec towarzyski, tańce latino, pole dance, bungee jump, zajęcia teatralno - taneczne, technika wyrazu scenicznego, ?żelazka?, a także strefa fit.

KM: To co wyróżnia Akademię Tańca Reliese, to po pierwsze kadra - trenerami są mistrzowie świata, a po drugie są to Wasi wychowankowie.

PP: Zajęcia taneczne będą prowadzić trenerzy, którzy pracują z nami od lat, przez kilka lat pracowaliśmy bardzo intensywnie nad tym, żeby to byli nasi wychowankowie. To jest też prowadzenie długości szkoły, czyli przychodzi do nas dziecko w wieku lat 4, jest potem w zespołach tanecznych od 7 do 18 lat ma zapewnioną edukację taneczno ? treningową i jeśli chce się z nami związać jako trener, to ma tu miejsce pracy. Poruszyliśmy tematy jak wyciszyć grupę przed startami, stosujemy fragmenty metody Silvy, staramy się by trenerzy jak i uczestnicy wiedzieli jak w tym kierunku pracować.

KM: Metody, które opracowaliście przekładają się na osiągnięcia Waszych podopiecznych, co jest najlepszym świadectwem, że odnosicie niesamowite sukcesy, ale przede wszystkim, że zajęcia są skuteczne, wartościowe i szalenie rozwijają osobowość, bo  tancerze odnajdują się w różnych miejscach na scenie i życiu.

PP: Mamy fajne osiągnięcia jeśli chodzi o edukację, bo solista Teatru Wielkiego, to jest nasz wychowanek, następnie chłopak, który z najwyższą średnią wyszedł ze szkoły baletowej w tym roku w Polsce to również nasz wychowanek. Cały czas robimy tak, że na zgrupowania przysyłają  do nas swoich  trenerów z całej Polski i Europy -  my nie mamy żadnego problemu, aby przyjmować konkurencję, dlatego czym więcej złapią coś fajnego, z fajnym systemem, tym będzie nam łatwiej współpracować na lata. Mnie będzie jako Prezesowi Federacji Tańca łatwej prowadzić kadrę narodową.

KM: Ciągle się rozwijacie, udało się Wam wprowadzić nawet nową dyscyplinę...

PP: Patrzymy bardzo szeroko, udało nam się po około 4, 5 latach pracy wprowadzić cheerleading, który jest kojarzony jako "dziewczyny z pomponami", ale jeszcze mało kto  wie, że za 6 lat będzie to dyscyplina olimpijska! Założyliśmy oficjalny Polski Związek Sportowego Cheerleandingu - związek sportowy, który będzie miał też tutaj swoje treningi, a Mistrzostwa Polski odbywają się już na terenie kraju. Przyjeżdża kilkaset osób, a w październiku w Łodzi rozegrane zostaną Akademickie Mistrzostwa Świata, także robimy wszystko z przytupem.

KM: O działanie z przytupem zapytam też Dyrektora generalnego Leszka Cichockiego. Wiemy już dużo o programie i rozwoju dla dzieci, ale przecież taniec i ruch towarzyszy nam przez całe życie. 😉 Jakie zajęcia przewidujecie dla kobiet?

Leszek Cichocki: Mamy zamiar prowadzić zajęcia TBC, płaski brzuch, jędrne pośladki, jump na linach, lady dance dla kobiet. Wprowadziłem takie hasło "My nie prowadzimy kursów tańca, my prowadzimy naukę tańca", czyli w jak sposób nauczyć się JAK tańczyć, by umieć tańczyć. Do tego jest potrzebne trochę gry aktorskiej, trzeba podejścia psychologicznego od strony człowieka, aby ta osoba rozumiała o czym tańczy, to nie jest nauczenie muzyki, postawienia kroku od prawej do lewej. Podam przykład: Jeśli jest choreografia modern to możemy porównać z pisaniem wypracowania: piszę się: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Zakończenie w tańcu ma za zadanie spowodować,  że widz wychodząc, bądź uczestnik widząc siebie w lustrze mówi: "Ja chcę jeszcze raz, ja chcę to jeszcze raz przeżyć".

Kształtowanie osobowości, podejmowanie różnych decyzji... ileś lat temu zdaliśmy sobie sprawę jak ważne jest to, nawet jak wybieramy zdjęcia, jak układamy choreografię, by choreografia pasowała do człowieka, żeby pokazał swoje emocje, charakter.

Nawet dorosłe osoby, dla których są dedykowane min. zajęcia sensualne "Lady dance?. Panie przychodzą i nie zdają sobie sprawy, że w taki sposób, w wieku ponadgimnazjalnym mogą się poruszać, tak, a nie inaczej. W domu czasami nie wypada, dzieci, jest głośno...

KM: Kobiety dojrzałe odkrywają siebie na nowo...

LC: Kobiety często mają takie ograniczenia. Tutaj jest sala, fajny nastrój, lustra, jest trener wie jak to robić. Wie, bo przecież uczył się na sobie, to jest osoba dorosła, małolaty nie prowadzą tego typu zajęć, to są kobiety z doświadczeniem i nie ma tu nic niesmacznego, to jest bardzo ważne. A fajnie jest się zobaczyć w lustrze w trochę innej odsłonie, gdzie nie ma tego oporu.  Poprzez co, osoby dorosłe, które w nawiązywaniu kontaktów nie stoją do kogoś bokiem, nie spuszczają wzroku, nie drepczą, tylko stają, rozmawiają, przekazują swoje emocje, są pewni siebie.

KM: Kobiety będą mogły również zrelaksować się w specjalnej strefie.

LC: Mamy plan strefę relaksu, by rodzic mógł usiąść, miał możliwość wypicia dobrej kawy, porozmawiania z innymi osobami, zrelaksowania się, nie przy sali dudniącej tylko w części relaksu. Będą książki, kawa. Na sali będą zamontowane kamery, by rodzice  mogli podglądać jak tańczą dzieci. Robimy wszystko, by nasi podopieczni czuli się bezpiecznie i komfortowo. Każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie zarówno dzieci jak i dorośli.

KM: Dziękuję bardzo za rozmowę.

LC: Dziękuję i zapraszamy Czytelniczki Kobiety z klasą na otwarcie Akademii Reliese 15.09 września. Przez cały weekend będą trwały pokazy zajęć, więc będzie można zobaczyć, co oferujemy na żywo, także skonsultować z naszymi trenerami, by wybrać odpowiednie zajęcia dla siebie oraz dzieci i młodzieży.

W weekend oferujemy również zniżki!

KM: Zapraszamy serdecznie! Ja z pewnością będę!

AKADEMIA TAŃCA RELIESE ? STARAMY SIĘ BARDZIEJ

profilowe(2)

Mistrzowskie podniebienie...niebo w gębie

Znaki szczególne: szeroki uśmiech, przyjazne nastawienie do życia, wysportowana sylwetka, naturalny luz. Czy taki jest każdy kucharz, zastanawiam się czekając na gościa. Tam gdzie nadmorska bryza spotyka się z bryzą znad Zatoki na kempingu Chałupy 6 umawiam się Mateuszem Zielonką zwycięzcą 6. edycji MasterChefa. Zobaczyłam go z daleka, nie znamy się, ale jakoś naturalnie uśmiecham się, podnoszę rękę w geście powitania - przecież to dobry znajomy z telewizji. Spontanicznie mówię ?Cześć Mistrzu?, a w odpowiedzi dostaję promienny uśmiech, wesołe ?hej? pomieszane z odrobiną skrępowania. Uczy się żyć z ogromną popularnością, którą przyniósł mu udział w programie telewizyjnym. Cierpliwie pozuje do zdjęć z fanami, bo ma na to sposób. Wychodzi na chwilę ze swojej skóry, a po wszystkim do niej wraca, ma dystans. Mateusz Zielonka w nadmorskiej opowieści o damskich podniebieniach i preferencjach smakowych kobiet z klasą.

Nazywają go surferem, on uwielbia snowboard i deskorolkę, surfuje najczęściej w kuchni między talerzami. Na szybki przepis ?z głowy? nie liczcie, najpierw miesza składniki, próbuje, dopieszcza, by na końcu danie ubrać w recepturę. Mieszka we Wrocławiu, spotkanie nad morzem byłoby niemożliwe gdyby nie przypadek. Przypadek? Co ja piszę, nie ma przypadków! Niewykorzystanie tej sytuacji byłoby marnotrawstwem, a tego nasz gość nie lubi, nie tylko w kuchni. Będzie pysznie! Smacznego.

Dagmara Kowalska: Twoja historia nadaje się na książkę, niekoniecznie kucharską;) Jak się zaczęła Twoja przygoda z kuchnią?

Mateusz Zielonka: Nie pamiętam dokładnie kiedy to się zaczęło, ale pamiętam, że w dzieciństwie byłem niejadkiem. Moja mama miała duże problemy żeby wmusić we mnie odrobinę pożywienia. Biegała za mną po całym ogrodzie i domu, a posiłek wyglądał jak karmienie gęsi, na siłę, bez przyjemności. W naszym rodzinnym albumie jest nawet zdjęcie, na którym karmi mnie moja młodsza siostra (śmiech). Sytuacja się zmieniła, kiedy sam zacząłem otwierać lodówkę i mieszać różne produkty. Pierwszą potrawą była wymyślona i opatentowana przeze mnie chocotubka. Wkładałem marsa albo snickersa do mikrofalówki, podgrzewałem zawartość papierka i wchodziła chocotubka czyli płynna czekolada z orzechami i karmelem (śmiech). To były moje pierwsze kroki w kuchni.

D.K.: Świetne i meeega niezdrowe (śmiech)!

M.Z.: Nie da się ukryć, na szczęście to było dawno i nikt już tego nie pamięta. Historia, którą Ci opowiedziałem jest tylko potwierdzeniem, że zawsze lubiłem coś pomieszać, coś zmienić, np. podsmażyć suchą krakowską albo wymieszać musztardę z ketchupem i majonezem i zdziwić się, że wyszedł sos tysiąca wysp ? To było dla mnie niewiarygodne i odkrywcze.

D.K.: To co mówisz jest potwierdzeniem, że zmysł kulinarny drzemał w Tobie od dziecka, trzeba było tylko.. otworzyć lodówkę 😉 Dla porównania ja tego zmysłu nie mam, do dziś po przepis na sos tysiąca wysp sięgam do Internetu 😉 Ile miałeś lat kiedy na to wpadłeś?

  1. Z.: Wydaje mi się, że miałem jakieś 12 lat kiedy sam zacząłem smażyć i przyrządzać różne potrawy. W moim domu wszyscy trochę gotują. Babcia i mama są znakomitymi kucharkami, a moja siostra jest mistrzynią wypieków. Tata też ma kilka swoich popisowych dań, którymi nas zaskakuje od czasu do czasu. Myślę, że tradycja gotowania jest głęboko zakorzeniona w naszej rodzinie. Mam przebłyski wspomnień kiedy wracałem ze szkoły do domy, odgrzewałem sobie jedzenie, a potem włączam programy kulinarne. Na nich się wychowałem, bo miałem niezwykłą zdolność wychwytywania słów i zapamiętywania kluczowych składników, czynności, które potem przydają się w kuchni. Z programu kulinarnego nauczyłem się marynowania mięsa i smażenia ryb. To we mnie zakotwiczyło. Tak właśnie zdobywałem kulinarną wiedzę.

D.K.: Kto był twoim kulinarnym testerem?

  1. Z.: Na początku sam zjadałem to, co przyrządziłem, ponieważ w mojej rodzinie każdy ma swój ulubiony smak, wszystkim nie dałem rady dogodzić. Mama i siostra lubią sobie w kuchni poeksperymentować, wolą kuchnię bardziej nieoczywistą. Z kolei mój tato nie znosi nowości, uwielbia kuchnię tradycyjną np. klasycznego polskiego schabowego z zasmażaną kapustą. Dopiero po moim udziale w programie otworzył się na nowe smaki. Zabawne było to, że na początku całe moje otoczenie miało duży dystans do potraw, które wyszły spod mojej ręki. Jak się okazało, że to co robię ma sens, próbowali dań bez strachu.

D.K.: Do Masterchefa zgłosiła Cię Twoja dziewczyna, jak sądzę, to jej podniebienie testujesz najczęściej? Coś mi mówi, że dzięki temu wiedziałeś też jak oczarować damską część jury programu.

M.Z.: O tak. Po czasie kuchennych rewolucji zacząłem gotować dla znajomych, dla mojej dziewczyny Oli i przyjaciół i to rzeczywiście Ola mnie wysłała do programu. O tym, że będę gotował przed milionami widzów dowiedziałem się po wysłaniu przez nią formularza zgłoszeniowego. Od lat nie mam w domu telewizora, nie miałem pojęcia czym jest Masterchef, nie śledziłem kolejnych sezonów. Poszedłem na pre-casting, wróciłem, obejrzałem w Internecie cztery odcinki programu i dopiero dotarło do mnie co mnie czeka. Pomyślałem sobie wtedy: kurczę, co ja robię? Będę musiał się uzewnętrzniać przed całą Polską, przekonywać jurorów do swoich smaków, pokazywać siebie! Byłem przerażony i trochę zmieszany, no ale skoro powiedziałem A, musiałem powiedzieć też B i dzisiaj nie żałuję. Dodałem sobie otuchy, myśląc: raz kozie śmierć, idź, zobaczysz co będzie. Nawet nie wiesz jak wiele razy świadomie chciałem zrezygnować z programu. Cały czas zadawałem sobie pytanie, co ja tutaj robię? Wiesz co mnie zatrzymało? Zdobyta na snowbordzie chęć rywalizacji, która do końca nie pozwoliła mi odpuścić podczas konkurencji kulinarnych.

D.K.: Zadanie kulinarne potraktowałeś jak konkurencję sportową? Niezły sposób na wygraną (śmiech).

M.Z.: Nazywałem to food games (śmiech). Program Masterchef był dla mnie kulinarną wersją hitu kinowego ?Igrzyska śmierci?. Na planie działo się niemal dokładnie to samo, co na ekranie kinowym. W filmie wszelkimi sposobami eliminowano najsłabszych uczestników morderczej gry, a w programie gotowaliśmy i też eliminowaliśmy się nawzajem tyle, że w przyjaznej, rodzinnej atmosferze. Lubiliśmy się, byliśmy nastawieni do siebie pozytywnie, ale jednak  walczyliśmy o przetrwanie i dojście do finału, to było najbardziej ekscytujące. Mobilizująco działał na mnie sam proces rywalizacji.

  1. K.: Clou każdego programu była ocena surowego składu jurorskiego. Jak reagowały na Twoje kulinarne popisy Magda Gessler i Anna Starmach? Wydaje mi się, że niełatwo je oczarować.

M.Z.: Tak, to było wyjątkowo surowe jury. Pamiętam, że Ani Starmach zasmakował mój finałowy deser. To była panna cotta z oscypka, białej czekolady, sorbetu malinowego, mięty i kruszonki z orzechów włoskich. Mocno przekombinowany, nieoczywisty smak wędzonki połączony ze słodkością białej czekolady był strzałem w dziesiątkę i tą wariacją zaimponowałem Ani Starmach. Natomiast jeśli chodzi o Magdę, to było ciężko, ma wyrafinowane podniebienie, trudno ją oczarować. Z kolei Michel Moran, z nim pozornie było łatwiej, ponieważ wiedziałem, że lubi klasyczne przepisy kuchni francuskiej. Jedna z moich propozycji wyjątkowo nie przypadła mu do gustu, to były raki z truskawkami (śmiech). Natomiast Magda mówiła, że to połączenie było ciekawe. Widzę tutaj pewną zależność, moim zdaniem kobiety lubią kuchnię eksperymentalną, nieoczywistą, a mężczyźni trochę się przed nią bronią. Zauważyłem też, że to się powoli zmienia. 

D.K.: Czyli jednak miałam rację, kobiece podniebienia różnią się od męskich. Z moich obserwacji wynika, że kobiety wolą dania z nutką słodyczy.

  1. Z.: O widzisz? W takim razie chyba mam coś z kobiety, bo ja też uwielbiam mieszankę słonego ze słodkim i odrobiną kwaskowatości, ale czy to jest smak zarezerwowany dla kobiet, to Ty mi musisz powiedzieć (śmiech).
  2. K.: Ja bym powiedziała, że tak. Ciekawe co powiedziałaby Ola- tester Twoich kulinarnych umiejętności?
  3. Z.: Jest bardzo tolerancyjna i dopinguje mnie w tworzeniu różnego rodzaju kombinacji smakowych. Czy mówiłem, że w kuchni jest moją największą fanką?

D.K.: Pewnie nie tylko w kuchni 😉 Spróbujmy określić jakie połączenia smakowe lubią kobiety. I jak powinien wyglądać talerz podany kobiecie.

M.Z.: Kobiety zdecydowanie lubią ładne talerze, piękną dekorację, wiadomo nie od dziś, że jemy także oczami. Smak jest bardzo ważny, ale jednak pierwsze wrażenie musi być piorunujące. Zupełnie jak z wizytą u jubilera ważne są te wszystkie diamenciki, pierścionki, świecidełka, im bardziej świeci, tym bardziej się podobają. Mężczyźni skupiają się na smaku i treściwości potrawy, a dla kobiet ważny jest także zapach i wygląd potrawy. Wprawdzie słyszałem opinie, o tym, że kucharze są lepsi niż kucharki ze względu na bardziej rozwinięte kubki smakowe, ale nigdzie nie znalazłem potwierdzenia naukowego tej tezy. Za to nie trzeba tytułów naukowych, żeby zauważyć, że kobiety kochają kwiaty, wnioskuję więc, że węch jest u was trochę bardziej rozwinięty.

D.K.: Są jednak pewne granice dla kobiet, zwłaszcza na talerzu. Jak myślisz, czego kobieta z klasą nie skosztowałaby za żadne skarby świata?

M.Z.: Pierwsze co przyszło mi na myśl to flaki, popisowa zupa mojej babci. Kiedyś to był rarytas, a dziś kobiety na sam dźwięk słowa flaki robią nieciekawą minę. Już dawno nie jadłem tej potrawy, ale pamiętam, że wyglądem nie zachęcała do skosztowania. Jest grudkowata, ciągnąca się i żylasta. Zupełnie nie dla kobiet z klasą.

  1. K.: Flaki, czernina, fugu czyli japońskie danie z trującej ryby to jest próg nie do przeskoczenia dla babek z klasą.

M.Z.: Cała kuchnia azjatycka jest problematyczna dla kobiet. Kiedy na talerz wchodzą chrabąszcze, chrząszcze czy zarodki kurze 50 lub 100 letnie nie ma mocnych, ale w Azji zajadają się nimi kobiety i mężczyźni. W przypadku tych potraw obstawiam, że chętniej  jednak spróbują ich mężczyźni, niż kobiety. Ja sam jeszcze nie próbowałem owadów, natomiast przy najbliższej okazji chętnie sprawdzę jak smakują. O wrażeniach opowiem Ci następnym razem. Poczekaj, bo myślę, że jest jedna dziewczyna z klasą, która jestem pewien, dałaby się namówić na zjedzenie czegoś nieoczywistego. To oczywiście moja dziewczyna (śmiech).

  1. K.: Wychodzi na to, że smak i chęć próbowania nowych rzeczy w kuchni wcale nie zależy od płci, tylko od tego jacy jesteśmy. Trzeba być otwartym na nowe smaki?
  2. Z.: Kuchnia na pewno nas otwiera, a my nie powinniśmy się zamykać na żadne smaki, bo paradoksalnie tak jak np. ten oscypek z białą czekoladą nie brzmi zachęcająco, to w rzeczywistości jest naprawdę bardzo ciekawym i wyrafinowanym deserem.

D.K.: Jadłabym, bo uwielbiam połączenia nieoczywiste, nawet trochę dziwne jak np. żółty ser z dżemem truskawkowym albo kremem czekoladowym.

M.Z.: A widzisz! W mojej potrawie nie ma sera. Sekret polega na tym, że z oscypka uwalniam aromat i łączę go z białą czekoladą. Sera nie ma, więc wydawałoby się, że to wymarzony deser, bo wegański. nic bardziej mylnego.  (śmiech). Zauważyłaś zabawną prawidłowość? Wegetarianie nie jedzą mięsa, ale ryby bez problemu, jajka też, a to są przecież kurze zarodki. Trzeba to zmienić i poukładać od nowa. Mam nawet pewien pomysł, żeby wprowadzić mięso na kartki, bo zdecydowanie za dużo go spożywamy i przejść na dietę jarską z elementami mięsnymi. Ona jest dla nas zdrowsza, bez względu na płeć.

D.K.: Prawie na koniec tej przyjemnie smacznej rozmowy poproszę o super przepis dla kobiet z klasą. 

M.Z.: Ostatnio świetny się okazał serek z pistacji z gorzką czekoladą i gruboziarnistą solą morską. Obrane ze skórki pistacje blenduję z podgrzaną śmietanką 30%i dodaje odrobinę żelatyny oraz cukru. Odstawiam do ostygnięcia i wycinam odpowiednie formy np. ringiem okrąg. Osobno podgrzewam śmietankę z gorzką czekoladą tworząc ganache. Polewam piankę pistacjową czekoladą, posypuję grubo ziarnistą solą morską i w pobliżu układam plasterek kiszonej mandarynki. To przepis na szybko, a na spokojnie zapraszam wszystkie kobiety do knajpy Surfer we Wrocławiu, gdzie można spróbować mojej popisowej panna cotty z oscypkiem. Niebo w gębie, słowo daję. Zajrzyjcie też na mój Instagram, gdzie wrzucam swoje kulinarne przygody. Łączę je ze sportem i lifestylem. Mam nadzieję, że to co serwuję na Instagramie jest zjadliwe 😉

D.K.: Lepiej pomyśl o dzieleniu się przepisami, które mógłby być inspiracją dla tysięcy kobiet z klasą

M.Z.: Odbieram to jako reprymendę i obiecuję wrzucać przepisy na Instagram. (śmiech)

D.K.: Jakie masz plany kulinarno ? sportowe?

M.Z.: W najbliższym czasie będziemy nagrywać program w Portugalii. Trochę posurfuję, trochę pojeżdżę po wybrzeżu. Plan jest taki, żeby połączyć smaki portugalskie z polskimi. Ciekaw jestem co z tego wyjdzie.

D.K. Obiecaj, że będziesz testował kulinarne wariacje na tamtejszych kobietach z klasą.

M.Z.: Z przyjemnością. (śmiech)

Dagmara Kowalska

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved