grafika-glowna-godziny

Współczesne panie Dalloway

Odpowiadając na pytanie, a raczej próbując zdefiniować zbiór cech, jakie posiada ?kobieta z klasą?, pojawia się zwątpienie. Kim właściwie jest kobieta z klasą? Mieć klasę to być człowiekiem szlachetnym, który z podniesioną głową stawia czoła wszelkim przeciwnościom. Kobieta z klasą rozumie mechanizm poszukiwania swojej głębi, ale jednocześnie jest świadoma własnego (zupełnie normalnego) braku perfekcyjności. Film na ten tydzień to propozycja, która przedstawia bohaterki skomplikowane. Ich głębia i problemy zmusza widza do refleksji. Jest to film wybrzmiewający feministycznym (w najlepszym tego słowa znaczeniu) przesłaniem: jaka jest kobieta i gdzie jest jej miejsce w świecie?

 ?Godziny? (2002) reż. Stephen Daldry

Reżyser takich dzieł jak ?Billy Elliot? czy ?Lektor? zdecydował się wziąć na warsztat już dobrą dekadę temu temat kobiet i ich roli w społeczeństwie na przestrzeni epok. Film stanowi adaptację książki amerykańskiego pisarza Michaela Cunninghama z 1998 roku, który za tę właśnie powieść otrzymał Nagrodę Pulitzera w rok później.

Źródło: https://themovierat.com/2013/01/04/bam-awards-best-supporting-actress-winners/2003_the_hours_014/

?Godziny? są przedstawieniem trzech różnych kobiet, w różnym czasie i otoczeniu, ale mających te same wątpliwości. Czy moje życie, to co mam, to wszystko, czy to wystarcza, czy daje mi poczucie szczęścia, komfortu, zrozumienia? Każda z trzech bohaterek ma w sobie lęk przed prawdziwym byciem. Byciem poza stereotypami i oczekiwaniami. Łącznikiem pomiędzy bohaterkami jest książka autorstwa Virgini Woolf ?Pani Dalloway?. W rolę autorki szukającej ucieczki od swoich lęków i emocji wcieliła się Nicole Kidman (w 2003 roku za tę role otrzymała Oscara). Żyjąca w Stanach Zjednoczonych lat 50-tych Laura Brown (Julian Moore) czyta powieść o Pani Dalloway, co będzie stopniowo zmieniało jej życie. Ostatnią bohaterką jest żyjąca w Nowym Jorku Clarissa (w tej roli genialna Meryl Streep), która jest wydawcą książek i która przez swojego przyjaciela nazywana jest Panią Dalloway właśnie).

Źródło: https://pl.pinterest.com/pin/321585229633565320/

Virginia Woolf, pisząc powieść o kobiecie, której oczekiwania względem życia nie zostały spełnione, uświadamia sobie, że jej własne życie to rutyna i bezsensowne czynności. Bezsilność względem choroby, która uniemożliwia jej powrót do Londynu, by móc zaistnieć w literackim świecie, całkowicie nią zawładnęła. Uosobienie, które nie chce sprostać narzuconym normom i schematom oraz otwarty umysł twórcy powoduje, że jej życie zakończy się w sposób tragiczny. Nicole Kidman stworzyła postać wielowymiarową, której psychologia i osobowość nie mogą zostać odczytane prostolinijnie. Mimo tego, że Wirginia Voolf żyła na przestrzeni XIX i XX wieku, wiele z jej tez i egzystencjalnych niepokoi są wciąż żywo aktualne i wykorzystywane na wielu polach nauki i sztuki.

Laura Brown wydaje się być najbardziej drastycznym przykładem. Żyjąca na przedmieściach wielkiego miasta, na cukierkowym osiedlu z idealnie przystrzyżonym trawnikiem, spędza całe dnie w domu gotując, sprzątając, opiekując się dziećmi i czekając na kochającego męża wracającego z pracy. Czytając ?Panią Dalloway?, odkrywa, że jej życie jest zupełnie inne od tego, którego pragnie. Jej bycie to jedynie puste tytułowe godziny, które mijają, bez żadnego wyrazu, emocji, poczucia sensu i spełnienia. 

Dzięki książce Laura poczuła pustkę, której wcześniej nie potrafiła nazwać.

Źródło: https://www.telemagazyn.pl/artykuly/godziny-trzy-kobiety-trzy-epoki-jeden-film-recenzja-62957.html?zdjecie=1

Wątek postaci granej przez Julian Moore nasuwa pytanie, czy wybór siebie i własnych pragnień jest ważniejszy niż wszystko inne?

Przecież w latach 50-tych kobieta była jedynie opiekunką ogniska domowego, nie powinna pragnąć niczego więcej, czegoś ponad ?to?. Druga bohaterka filmu przez długi czas zagłuszała w sobie pragnienie osiągnięcia czegoś więcej, wyjścia poza schemat. Jej decyzja wielu może wydać się drastyczna i niezrozumiała, ale jest przykładem na to, że kobieta ma w sobie siłę, by walczyć o siebie, o swoje pragnienia, o swój samorozwój; o to, czego chce, a nie tylko o co powinna.

Clarissa zdaje sobie sprawę, że wszystkie najszczęśliwsze chwile to przeszłość (którą nieustannie rozpamiętuje), że są już za nią, a otaczająca teraźniejszość jest dojmująco trywialna. Jest dojrzałą kobietą, wydawczynią książek, która żyje w Nowym Jorku na początku XXI wieku. ?Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty? ? to zdanie rozpoczynające powieść, w kontekście tej postaci nabiera znaczenia symbolicznego. Clarissa grana przez Meryl Streep, również sama kupuje sobie kwiaty, co stanowi bezpośrednie nawiązanie do powieści zarówno w kontekście dosłownym, jak i metaforycznym, ponieważ może być to odczytane jako rodzaj kobiecej niezależności. Bohaterka rozważa pustkę i poczucie wyobcowania oraz próbuje zrozumieć deterministyczną siłę, która kieruje ludzkim przeznaczeniem.

Źródło: https://film.org.pl/r/godziny-pani-dalloway-sama-wychodzi-kupic-kwiaty-102827

Bardzo istotnym czynnikiem, który przeprowadza widza przez wszystkie historie, jest muzyka Philipa Glassa. Sprawia ona, że trzy odrębne obrazy, postacie i wydarzenia stają się jednością. Muzyka stanowi łącznik pomiędzy osobnymi epokami, kulturą i rzeczywistością każdej z bohaterek. Ważnym elementem narracyjnym filmu jest też montaż. Scala on wspólnotę losów i odczuć, zwłaszcza na poziomie krótkich scen, w których kobiety wykonują podobne czynności. Nakładające się na siebie sceny i ich podobieństwo zwraca uwagę na silniejszy, wręcz metafizyczny związek pomiędzy bohaterkami. ?Godziny? pozostawiają na duszy ślad oraz prowokują do analizy własnej głębi. Jest to film pełen nostalgii, filozofii, odniesień do feminizmu i kobiecości. Jeśli ktoś gotowy jest na kino, które nie pozostawia dobrego samopoczucia, ale zmusza do wartościowych przemyśleń, to serdecznie polecam dać ?Godzinom? szansę.

grafika 1 GŁÓWNE

Przewidywalne zwycięstwo i zaskakujące debiuty

Filmy z 43-ego Festiwalu Filmów Fabularnych  w Gdyni, które koniecznie musisz obejrzeć!

Emocje związane z 5-dniową ucztą dla pożeraczy kina powoli opadają, a więc nadszedł czas podsumowań. Gdynia przyjęła słoneczną pogodą najważniejszych polskich twórców filmowych, z których część mogła wrócić do pofestiwalowego życia z prestiżowym wyróżnieniem. Najważniejszą nagrodą Festiwalu Filmowego w Gdyni jest Złoty Lew, którego otrzymuje jeden spośród 16-stu filmów zakwalifikowanych w konkursie głównym. W tym roku bez większego zaskoczenia nagrodę otrzymała „Zimna Wojna” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. Historia o przeciwnościach losu, burzliwym rozstaniu, trudnej i pięknej miłości, ale i pustce, osadzona w ramach lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Przepiękne, klimatyczne, czarno-białe zdjęcia w wykonaniu Łukasza Żala nadają filmu uduchowionego i estetycznego charakteru. Film otrzymał statuetki również za dźwięk i montaż, które zdecydowanie mu się należały.

Srebrny Lew trafił do Filipa Bajona za film „Kamerdyner”.   Liryczno-dramatyczna opowieść o wymagającym uczuciu i trudnej relacji, czasie wojny, trudnych wyborach, kwestii przynależności i tożsamości – w tym wypadku do społeczności kaszubskiej. W rolach głównych aktorzy młodego pokolenia tacy jak Sebastian Fabijański czy Marianna Zydek, jednak to jednak Janusz Gajos oraz Adam Woronowicz (nagroda za najlepszą pierwszoplanową rolę męską) skupiają na sobie uwagę. Gajos w roli kaszuba Bazyliego Miotke skrada każdą scenę, w której występuje. Ciekawą kreację aktorską zaprezentował też Łukasz Simlat. Wcielił się w rolę zamkniętego nauczyciela muzyki przeistaczającego się w okrutnego i oschłego SS-mana, który zapomina o wyznawanych wcześniej wartościach.

Decyzja jury o przyznaniu nagrody za reżyserię Adrianowi Pankowi – który w tej kategorii mierzył się z tak uznanymi nazwiskami jak Smarzowski czy Koterski –  spotkała się z bardzo entuzjastyczną reakcją publiczności. Jego film „Wilkołak”  to produkcja w stylu horroru, czyli gatunku, który w Polsce realizuje się niezwykle rzadko. Czy było strasznie? To musicie ocenić sami, wybierając się do kina. Warto jednak zaznaczyć, nie zdradzając fabularnych smaczków, że głównymi bohaterami jest grupa dzieci, która zostaje wyzwolona z obozu koncentracyjnego i od tej pory musi polegać tylko na samych sobie.

43-cia edycja Festiwalu była czasem debiutów i wielkich powrotów. Na pewno uwagę widzów powinien przykuć „Eter” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Twórca decyduje się przedstawić w nim kostiumową historię doktora z wielkimi ambicjami i potężna bronią, którą stara się opatentować – tytułowy tajemniczy eter. Kolejny interesujący powrót to Marek Koterski i jego „7 uczuć”. Reżyser po raz kolejny przywołuje kultową już postać Adasia Miauczyńskiego (w tej roli syn reżysera – Michał Koterski) i przedstawia jego perypetie w szkole podstawowej. Klasa Adasia to aktorska śmietanka, ponieważ zobaczymy tam m.in; Marcina Dorocińskiego, Gabriele Muskałę, Andrzeja Mastalerza czy Katarzynę Figurę. Jeśli więc macie ochotę na styl Koterskiego, który zaskakuje i bawi przez łzy oraz chcecie zobaczyć niemal dwumetrowego Karolaka skaczącego na skakance, polecam wybrać się do kina właśnie na to.

Interesującym debiutem tegorocznego festiwalu był „Juliusz”  w reżyserii Aleksandra Pietrzaka. Stylowa komedia w stylu stand-upu o nauczycielu plastyki, mieszanka dobrze napisanych dialogów, żartów z puentą i świetnych aktorów. Niezwykle interesującą pozycją, do której zachęcam wszystkich z naciskiem na bardziej wymagającego widza, jest film w reżyserii Jagody Szelc „Monumen”. Jest to filmowy dyplom studentów wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki, który swoim klimatem, niepokojącym stylem, brakiem jakichkolwiek barier narracyjnych sprawia, że po wyjściu z tego filmu widz spogląda na świat w bardziej metafizyczny i podejrzliwy sposób. Zanim jednak wybierzecie się na „Monument” zachęcam do zapoznania się z  „Wieżą. Jasnym dniem” z poprzedniego roku, którym to Jagoda Szelc nakreśliła swój bardzo konkretny, autorski styl.

No i nadeszła chwila na koniec na największą kontrowersję tegorocznego festiwalu – nowy film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Na czele z nazwiskami takimi jak Braciak, Jakubik oraz Gajos widz otrzymuje ważny społecznie głos o tym, co z człowiekiem robi władza, pieniądze i pożądanie. To nie jest film, który rozważa kwestię istnienia Boga lub który obraża ludzi wierzących. Jest to film o ludziach i społeczeństwie, które pozwoliło, by księża zyskali status „boskości”. Niezależnie od poglądów bardzo polecam wybrać się, zobaczyć i wtedy dopiero samemu ocenić. Film otrzymał tegoroczną nagrodę publiczności. Ten werdykt również nie był zaskoczeniem, biorąc pod uwagę tłumy jakie przybywały do kina podczas całego trwania festiwalu. Zainteresowanie było tak duże, że organizatorzy zmuszeni byli zorganizować dodatkowe pokazy.

Koniec festiwalu zbiegł się z końcem lata. Wierni fani polskiego kina zobaczyli najważniejsze, niezwykle ciekawe i kontrowersyjne pod wieloma względami premiery najbliższych miesięcy. Kilka dni po zakończeniu festiwalu dowiedzieliśmy się o tym, że „Zimna Wojna” stała się polskim kandydatem do najbardziej prestiżowej i rozpoznawalnej nagrody filmowej na świecie, do lutowych Oscarów. Znów – nie jest to wielkie zaskoczenie, na pewno jednak radość i ogromna nadzieja. Mocno trzymamy kciuki, by po raz kolejny Paweł Pawlikowski mógł wygłosić przemówienie w Dolby Theatre w Hollywood. Kibicuję zarówno „Zimnej Wojnie”, jak i kolejnemu sukcesowi przyszłorocznego festiwalu. Gdynio, widzimy się za rok! Ahoj!

zlotomain

Złoto niejedno ma imię. Wiesz, czym kierować się w zakupie biżuterii?

Bądźmy szczerzy, biżuteria zwłaszcza ta najszlachetniejsza, rzadko gości na naszych listach zakupowych. Nawet jeśli o takiej marzymy, nawet jeśli jesteśmy dumne ze swoich bezcennych kolekcji, ile tak naprawdę wiemy na temat materiału, z którego powstały?  Wydawać by się mogło, że choć nie jest to produkt pierwszej potrzeby, to jego cena i uwaga jaką przykładamy do wyrobów sztuki złotniczej, zobowiązują do wiedzy na ten temat. Jednak sprawa wcale nie jest oczywista, prawdopodobnie z dwóch głównych powodów.

Ogromna rozmaitość złotych stopów

Potocznie oraz zgodnie z obowiązującym prawem, terminem złota określa się szeroką  gamę stopów, w której złoto jest, a przynajmniej powinno być głównym składnikiem. W praktyce nie korzysta się z czystego złota, które szczególnie w przypadku biżuterii byłoby materiałem zbyt plastycznym i mało odpornym na uszkodzenia. Częściej używane było do wyrobu monet oraz większych form użytkowych, jeszcze w czasach, gdy obróbka twardych metali sprawiała ludziom większy problem niż dzisiaj. Próby łączenia złota z innymi metalami zaowocowały bogactwem kolorów oraz stopów różniących się zawartością złota w złocie. Każdy z nich poza kolorem, może znacznie różnić się ceną, własnościami fizycznymi, które wpływają na użytkowanie, ale również składem chemicznym, skąd coraz częstsze wzmianki o alergiach na złoto.

Dezinformacja ze strony sprzedawców

Chociaż restrykcyjne wymogi odnośnie oznaczeń prób złota w zasadzie się nie zmieniają, to mało komu zależy dziś na rzetelnej informacji odnośnie sprzedawanego produktu. Oczywiście mam tu na myśli masowych producentów biżuterii, którzy najpierw wylansowali modę na najdrobniejszą biżuterię, a teraz sukcesywnie obniżają zawartość złota w swoich wyrobach. Dzięki temu złota biżuteria wydaje się łatwiej dostępna cenowo, koszty produkcji maleją, a kupujących przybywa. Nie tylko ze względu na ceny, które obiektywnie nie są wcale niskie, ale również mniejszą trwałość tych wyrobów. Sytuacja staje się kuriozalna, kiedy producent wprost tłumaczy, że oferowany łańcuszek jest tak cienki, że lepiej postawić na złoto najniższej próby, gdyż bez odpowiedniej dawki domieszek złoty łańcuszek po prostu nie wytrzyma. Czy naprawdę tego oczekujemy od wymarzonej ozdoby, którą wciąż jeszcze często kupujemy jako rodzinną pamiątkę, a nawet rodzaj inwestycji?

Przede wszystkim próba

W zasadzie każdy o niej słyszał i termin wydaje się bardzo powszechny, ale przypomnijmy sobie co oznacza. Próba złota to po prostu określenie zawartości złota wyrażone w promilach. W przełożeniu na powszechniej używane na co dzień procenty:

– próba 750, inaczej złoto 18-karatowe,  zawiera 75% czystego złota,

– próba 585, inaczej złoto 14-karatowe, zawiera 58,5% złota,

– próba 333, inaczej złoto 8-karatowe, zawiera już tylko 33,3% złota.

Tradycyjnie w polskim złotnictwie najpowszechniej stosowano złoto 14-karatowe, a złoto 8-karatowe tylko w przypadku obrączek, które z założenia miały być w miarę dostępne dla każdego. Złoto 18-karatowe kojarzono gównie z biżuterią o słonecznej barwie sprowadzaną z zachodu, która ponad dwukrotnie przewyższała popularne 8-karatowe złoto zawartością szlachetnego metalu, a co za tym idzie również swoja ceną.

Mnogość barw i odcieni

Wybór tak szeroki, że potrafi przyprawić o zawrót głowy. Klasyczne żółte złoto, które od kilku lat święci triumfalny powrót to stop nie tylko złota, ale również srebra i miedzi. Dodane w równych proporcjach zapewniają żółtą barwę, choć najbardziej nasycony odcień będzie mieć złoto o najwyższej próbie. Duża zawartość miedzi powadzi do powstania złota czerwonego, lub wersji bardziej glamour złota różowego. Wciąż popularne pozostaje złoto białe, choć i tu jest wiele wariantów. Pierwsze z nich to złoto niklowe o słomkowej barwie, przypominającej cenną platynę. Niestety nikiel to popularny alergen, na który część osób musi zwracać szczególną uwagę. Bezpieczniejszą i bardziej szlachetną wersją jest złoto palladowe, zawierające cenny pallad. Zanim jednak wybierzemy tego typu złoto, koniecznie upewnijmy się co do jego koloru. Ciemno stalowy odcień tego złota nie dla każdego będzie miłym zaskoczeniem. Jeśli natomiast białe złoto kojarzy nam się z niemal śnieżną bielą, to z pewnością zostało pokryte cienką warstwą rodu. Równie szlachetnego metalu, który łamie żółty odcień złota.

Znaki i gwarancje

Każdy sprzedawca ma obowiązek udokumentowania próby swojego wyrobu i jest to pierwsza rzecz, na którą powinniśmy zwrócić uwagę podejmując decyzję. Im niższa próba tym mniejsza wartość materialna przedmiotu, choć na temat trwałości takiej biżuterii opinie są podzielone. Rzeczą oczywistą jest, że np. 20-karatowe złoto będzie cenniejsze i bardziej efektowne, a jednocześnie trudniejsze w utrzymaniu. Tak jak sweter z delikatnego kaszmiru albo cenny jedwab, którym wrażliwość tylko przydaje luksusu. Do biżuterii próby 333, a nawet niższych podchodziłabym ze sporą rezerwą. Czy taki zakup rzeczywiście się opłaca i co tak naprawdę stanowi większą część biżuterii? Jakość i zawartość materiału, którego nie jesteśmy do końca świadomi, będzie decydować o wyglądzie i trwałości przedmiotu, jak również o ewentualnych reakcjach organizmu.

Pamiętajmy, że kompetentny i uczciwy sprzedawca, to taki, który bez ogródek pokaże nam znaki probiercze, wytłumaczy cechy towaru i transakcję zwieńczy długotrwałą gwarancją, bo wie, że starannie wykonana biżuteria przetrwa długie lata. Życzę tylko takich na swojej drodze, no i oczywiście złotych łowów!

główne(1)

Biżuteria pokoleniowa. Piękno, które wiele znaczy

„Biżuteria, aby zachowała swą urodę musi być kochana, a biżuteria kochana, to biżuteria często noszona”. To parafraza słów francuskiej pisarki Amelie Nothomb, z którą nie mogę się nie zgodzić. Zwłaszcza, że sama tworzę biżuterię od ponad dziesięciu lat – szczególnie taką, która wiele znaczy i do której uczucie rodzi się często już w trakcie jej powstawania.

Dziś biżuterię możemy znaleźć prawie wszędzie, dopasować do stylu życia i zasobności portfela. Przywozimy ją w formie pamiątek z wakacji, dostajemy w drobnych upominkach albo kupujemy z myślą o konkretnej stylizacji. Biżuteria zawsze ma na celu wyrażać nas, często być symbolem pięknych chwil, pamięci lub wzruszeń. Komponując własne zestawy lub zawartość osobistej szkatułki snujemy opowieść, która wiele mówi o nas samych, naszej wrażliwości i przeżyciach.

Jest jednak rodzaj biżuterii, która zanim jeszcze powstanie wywołuje ogrom emocji. Biżuteria pokoleniowa wciąż, a może nawet coraz bardziej, jest w cenie. W świecie, gdzie ładny, modny, a nawet drogi pierścionek może mieć prawie każdy, biżuteria znów fascynuje swoim symbolicznym przekazem. Znaczeniem, które możemy utrwalić w pięknym materiale i wraz z nim przekazywać z kolejnym pokoleniom.

Ci, którzy mają taką możliwość, odkurzają dawne herby i symbole, utrwalone w pamiątkach rodzinnych. Panowie wzorem starych szlacheckich rodów zamawiają okazałe sygnety. Kto nie może poszczycić się rodowym herbem lub pieczęcią, staje przed niezwykłą okazją zapoczątkowania pięknej tradycji. Motywem przewodnim może być dosłownie wszystko – od monogramu po szlachetny kamień, od rodzinnej historii po historie zapisane w baśniach i dawnych legendach.

To, ile biżuteria znaczy dla kobiety, nie dałoby się opisać nawet w najgrubszej z książek. Nadzwyczajnej wartości nabierają kamyki przywiezione z bliższych lub dalszych zakątków świata i drobiazgi od ukochanych osób. Oprócz wartości materialnej biżuteria warta kolejnych pokoleń musi zawierać ponadczasowe piękno i kawałek dobrej historii. Szkatułki na biżuterię dziś wciąż potrafią zawierać najcenniejsze rodzinne pamiątki. Dzisiejsze kobiety wciąż odkrywają na nowo, że chcą nie tylko mieć, ale również nosić biżuterię, która łączy je z pokoleniami kobiet, które były i będą dla nich ważne. Stąd skromna pracownia złotnicza staje się miejscem niezwykłych opowieści i skarbnicą najskrytszych marzeń o biżuterii, ale również o relacjach z bliskimi. Tutaj matki chrzestne zamykają życzenia w niezwykłych medalionach, a wnuki nadają nowe życie niemodnej i zniszczonej biżuterii po ukochanej seniorce.

Czasem w proces tworzenia angażuje się kilka osób. Kobiety zamawiają projekty z myślą o swoich córkach równie często na prezent, jak i myśląc o tym, że będą one dziedziczkami ich osobistych szkatułek. Matki synów natomiast zdradzają czasami, że marzy im się synowa godna klejnotów gromadzonych przez nie przez całe życie.

Tymczasem największe wyzwanie staje przed panami. W chwili, gdy postanawiają się oświadczyć, mogą nie zdawać sobie nawet sprawy, że kwestia wyboru odpowiedniego pierścionka zaręczynowego jest stresująca tak dla nich, jak i dla wybranki. To ona będzie go nosić przynajmniej przez najbliższe miesiące, a im dłużej pierścionek przetrwa na palcu i w rodzinie, tym piękniejsza będzie ich wspólna historia. To również swego rodzaju sprawdzian. Im większą empatią wykaże się wybranek tym większa szansa, że dobrze ją zna i rozumie, a pierścionek będzie tak wyjątkowy jak ich miłość.

W morzu otaczających nas możliwości szukamy rzeczy, które nas wyróżnią. Nawet jeśli proste i skromne, będą pełne znaczeń. Oddadzą charakter i styl życia, a nawet głęboko wyznawane wartości ukryte w symbolach. Dyskretny różaniec, ornament zaczerpnięty z odległej epoki, albo kamień unikatowej urody i niezwykłego pochodzenia, to nie tylko ozdoba, ale sposób na wyrażenie siebie. Tego, co dla nas cenne w życiu i w relacjach z ludźmi. Czasem to najprostszy sposób wyrazu, w jaki sposób chcielibyśmy być odbierani przez innych, szczególnie najbliższych. Wspominani wtedy, kiedy złoty medalion albo pierścionek ze szlachetnym kamieniem trafi w ręce kolejnych pokoleń.

Prawdziwa biżuteria pokoleniowa to taka, w której motto nie jest tylko grawerunkiem na błyszczącej powierzchni, ale ideą, która leży u podstaw samego projektu i tkwi niczym dusza w maleńkim przedmiocie, który możemy mieć zawsze przy sobie. Taka biżuteria zasługuje, aby towarzyszyć nam w najbardziej wzniosłych i intymnych chwilach. Taką biżuterię często nosimy i najbardziej kochamy.

kanon książki

Od klasy do klasyki, to co każda dama powinna mieć w swojej bibliotece

Kobieta z klasą bez małej czarnej i klasycznych szpilek? Nie wyobrażam sobie! Podobnie nie składa mi się w całość obraz eleganckiej, nowoczesnej babeczki bez półki z książkowymi klasykami, evergreenami, do których wraca systematycznie, jak do zdjęć z dzieciństwa. Zjawisko to nazwałabym połączeniem idealnym. Wyobrażacie sobie Thelmę bez Loius albo Kate Winslet bez Leonardo di Caprio w „Titanicu”? Albo lepiej Romea bez Julii? No właśnie. Szekspir by się w grobie przewrócił! Istnieją w przyrodzie połączenia, z którymi się nie dyskutuje. Pozwólcie, że podeprę się terminologią szafiarek (ta zawsze do nas kobiet trafia). Na małą czarną czeka w naszej garderobie honorowe miejsce wysadzane brylantami, a przecież nie sięgamy po nią codziennie. Miło jednak wiedzieć, że jest w zasięgu ręki. Mało tego dla każdej z nas połączenie „mała czarna” może znaczyć zupełnie co innego: czasem mała czarna jest czarna, czasem czerwona, kusa lub długa, może uwodzić zwiewnością lub kusić obcisłym krojem. Niezależnie od detali, ląduje w garderobie i czeka na swój czas, bowiem pasuje do kobiety jak ulał. Podobnie jest z książkowymi klasykami: idealnie leżą, mimo, że tytuły i autorzy są różni.

W mojej garderobie są trzy małe czarne, a na półce trzy książki, do których wracam co kilka lat i za każdym razem wzruszam się w tym samym miejscu, śmieję się jak wyżej i odkrywam w nich coś nowego? Coś czego, jak Boga kocham, ostatnio tam nie było☺ Niemożliwe? Polecam spróbować. Skutków ubocznych nie ma? Chyba, że zaliczymy do nich przegapiony przystanek, zawaloną nockę czy też przypalone mięso. Ale do rzeczy.

„Pachnidło” Patricka Suskinda to książka, na pierwszy rzut oka, niepozorna. Jednak to, co potrafi zrobić z czytelnikiem zgrabnie żonglujący słowem Suskind, jest mistrzostwem świata. To bodaj pierwsza w życiu lektura tak zmysłowa, że na samą myśl sięgnięcia po nią kolejny raz, odczuwam przyjemne mrowienie. Pobudza zmysły, o których poruszenie nie podejrzewalibyśmy kilkuset połączonych ze sobą kartek papieru. Podczas czytania „Pachnidła” moja wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, istny rollercoaster. Najpierw włączamy zmysł wzroku, zaraz potem aktywuje się zmysł węchu i pozostaje z czytelnikiem do ostatniej strony. Pierwsza scena rozgrywa się w upalnej rewolucyjnej Francji na targu rybnym, nad którym unosi się fetor nieświeżych ryb pomieszany z gnijącymi warzywami oraz ludzkim potem i kurzem. W takich warunkach na świat przychodzi Jan Baptysta, wyjątkowe dziecko obdarzone niespotykanym powonieniem. Główny bohater dosłownie wodzi nas za nos, to on jest naszym przewodnikiem po świecie zapachów. Jan Baptysta uczy się ich, poznaje, ale tylko jeden, zapach młodej rudowłosej kobiety zachwyca go tak, że kiedy znika na zawsze, ten próbuje go odtworzyć wszelkimi dozwolonymi i zakazanymi sposobami. Książka na przemian budziła u mnie odrazę, zachwyt, strach, ciekawość, nienawiść, oburzenie i żal. Jest tu miejsce na miłość, morderstwo, tajemnicę, doświadczenie i tęsknotę, a opisany przez autora świat można stworzyć we własnej głowie co do najmniejszego szczegółu. Do „Pachnidła” wracam systematycznie, ale tylko do wersji książkowej. W 2006 roku powieść zekranizowano, ale film nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.

Drugim tytułem, na który patrzę z utęsknieniem jest doskonale napisana „Po zmierzchu” japońskiego mistrza słowa Harukiego Murakamiego. Nie wiem jak autor to zrobił, ale zgasił mi światło w trakcie dnia. Opisuje jedną noc, pokazaną przez pryzmat kilku bohaterów. Dziewczyna czyta książkę, młody muzyk idzie na całonocną próbę zespołu? Każda z historii jest zwyczajna, a jednak daje do myślenia. Nagle łapiesz się na tym, że ocenianie ludzi „po okładce” jest nie fair. Historia tak mnie wciągnęła, że nagle w trakcie dnia zrobiło się wokół mnie cicho i ciemno, jak w nocy. Ocknęłam się z książką w ręku i szczęką na dole, na stacji Metro Natolin, czyli cztery stacje za metą. Książka jest magiczna. Jeśli autor potrafi zgasić letnie promienie słoneczne to chapeau bas, tu musi być magia. Spróbujcie poczytać w nocy, gwarantuję zupełnie inne doznania. Wściekłam się na Murakamiego tylko z jednego powodu: jest za krótka! Za piątym razem też.

I trzecia książką, którą kupiłam już kilkadziesiąt razy jest „Cień wiatru” Carlosa Ruiza Zafona. Dostali ją w prezencie wszyscy moi przyjaciele, rodzina i znajomi, do których zaglądam na różne jubileusze. Zaprzyjaźniony księgarz kiedy widzi mnie z daleka, już nawet nie pyta po co przyszłam, on pakuje kolejną na prezent. Tak się wspiera rynek księgarski 😉

Ta książka uwiodła mnie wiele lat temu, a miłość trwa do dziś. Delektuję się wspaniałym piórem autora, który za pomocą liter wiódł mnie po gotyckiej, renesansowej i secesyjnej scenerii Barcelony. Jest to rzecz o Cmentarzu Zapomnianych Książek. I znów zmysł zapachu został uruchomiony niezwykłą umiejętnością składania liter w zdania, które otwierają wyobraźnię tak, że niepostrzeżenie przenosisz się do Barcelony. „Cień wiatru” ma niesamowity klimat. To właśnie on, bohaterowie, niebanalna fabuła powodują, że stajesz się częścią tej książki. Miałam wrażenie, że słyszę głos bohaterów, że przeżywam każdą przygodę, odkrywam tajemnice, jestem obok i jestem na Cmentarzu Zapomnianych Książek! Czułam ich zapach, słyszałam szept słów wylewających się z kart starych ksiąg, które marzą o tym, by ktoś ponownie do nich zajrzał. Niesamowite uczucie.

Historia zaczyna się kiedy 10 letni Daniel, za sprawą ojca księgarza trafia na niecodzienny cmentarz. Chłopiec bierze do ręki jedną z książek i w tym momencie zaczyna się niezwykła opowieść, pełna przygód, intryg, miłości, przyjaźni, ludzkich dramatów i tajemnic. A smak cytatów Zafona czuję do dziś: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie”, „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”.

Trzy tytuły książkowe, które towarzyszą mi od lat są jak małe czarne, nigdy nie zawodzą, ciągle zaskakują i dają poczucie dobrze spędzonego czasu 😉

P.S. Kolejność opisywanych tytułów jest przypadkowa. Miłej lektury!

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved