greenbookmain

Sposób na „Green Book”

Najlepszym filmem roku został „Green Book” w reżyserii Petera Farrelly. Czy słusznie? Przyjrzyjmy się temu oscarowemu już filmowi nieco bliżej.

Peter Farrelly znany z tworzenia luźnych, niezobowiązujących komedii, takich jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę”, został już w Hollywood zaszufladkowany jako autor dzieł, które do tych najwybitniejszych nie należą. Można więc szczerze powiedzieć, że nikt nie spodziewał się po nim najlepszego filmu tego roku. Szczerze też trzeba przyznać, że “Green Book” idealnie wpisał się w klucz Akademii.

Film opowiada historię Tonego „Warga” (Viggo Mortensen) – mieszkającego na Bronksie w Nowym Jorku, typowego Włocha, który ma dużą rodzinę, żadnej pracy się nie boi (to chyba amerykańska odmiana Włochów, bo Ci włoscy Włosi z prawdziwych Włoch z tą pracą mają jednak różnie:) Tony ma dość spory problem z ludźmi o ciemnym kolorze skóry. Wydarza się więc oczywiście sytuacja, gdy będzie musiał spotkać się twarzą w twarz ze swoimi uprzedzeniami – ponieważ pilnie potrzebuje pracy, zgadza się zostać kierowcą Dr Donego Shirleya (Mahershala Ali) – ekstrawaganckiego, niezwykle zdolnego muzyka, który ściśle trzyma się swoich zasad. Żeby było zabawniej, tych dwoje nie będzie na siebie skazanych jedynie na odległość kilku dzielnic Nowego Jorku, ale na wielotygodniowe tournée. Nietypowe narodziny przyjaźni, pozytywna energia, zabawne i wartościowe dialogi, czyli feel good movie w pełnej okazałości.

źródło: filmweb.pl

Ten film oparty na faktach został okrzyknięty nową, odwróconą wersją „Nietykalnych” z 2011 roku. Dawno nie było w kinach czegoś, co na taką skalę wywoływałoby uśmiech od ucha do ucha, roztapiało serca, wpędzało w zadumę, a jednocześnie dodawało otuchy, że życie jest jednak takie dobijające. Obserwujemy rozwijającą się relację pomiędzy dwoma różnymi światami. Reprezentant jednego świata pozbywa się szklanek, z których pili wodę czarnoskórzy pracownicy, reprezentant drugiego jest zdystansowanym, zachowawczym artystą. Cała historia odziana w dobrze znany historii kinematografii motyw kina drogi. Ponieważ akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych lat 60-tych, gdy dyskryminacja rasowa była czymś normalnie obecnym w ówczesnym społeczeństwie, każda sytuacja, z jaką spotykają się bohaterowie staje się wybrzmiewać mocniej i dosadniej.

Temat rasizmu sprowadzony jest tutaj przede wszystkim do poziomu relacji międzyludzkich. Tony oraz Don wyruszają w trasę koncertową po najbardziej rasistowskiej części Stanów, przemierzają Południe, a tytułowa zielona książka ma się okazać pomocą dla przemieszczających się po kraju Afroamerykanów. Mimo przewodnika, który podsuwa im, gdzie mogą bez wytykania palcami zjeść i spać, naszych bohaterów czeka sporo przeciwności. Podróż staje się symboliczną wędrówką w głąb każdego z nich (i być może także w głąb nas samych – widzów). Obydwaj zaczną dostrzegać coś wcześniej dla nich obcego. Tony zobaczy w Doktorze po prostu pełnoprawnego człowieka, a Doktor uświadomi sobie, że jego poczucie samotności jest większe niż do tej pory myślał

źródło: moviesroom.com

Film niezwykle poprawny politycznie przekazuje szlachetne wartości z humorem i wdziękiem. Przewidywalne elementy aż tak nie przeszkadzają, ponieważ dajemy się porwać klimatowi lat 60-tych, w tym świetnej muzyce i roztaczających się przed bohaterami podróżniczych krajobrazach.

“Green book” to umiejętna żonglerka pomiędzy humorem a poważną tematyką. Świetnie napisane dialogi dodają historii dynamizmu, ale i głębi, wyrafinowanej prostoty. Nie dziwi, więc fakt, że film otrzymał również Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Świetnie rozpisane, uzupełniające się postaci, które stanowią swoje zupełne przeciwieństwa, a w tym gdzieś obecność widza, który śledzi proces oswajania. Aktorzy stanowią crème de la crème całego filmu i trudno osądzić, który wypadł lepiej. Jakimś cudem Akademia potrafiła o tym zadecydować i przyznać statuetkę Mahershalemu Aliemu w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy. Co ciekawe, nie jest to pierwsza statuetka aktora, ponieważ w 2017 roku, jako jeden z niewielu w historii, otrzymał tę samą nagrodę za kreację stworzoną w “Moonlight” (najlepszy oscarowy film 2017 roku). Oglądanie tej dwójki na ekranie to czysta przyjemność. “Green Book” to uniwersalny film z duszą i sercem, który bawi i uczy, a dzięki temu zyskuje tytuł tego najlepszego. W tym przypadku zdecydowanie „mniej znaczy więcej”.

oscarymain

Największe oscarowe faux pas w historii

Mamy Oscarowy tydzień, więc i u nas garść celebryckich wspomnień, a co, czemu nie! Przecież nikomu nie zaszkodzi, kiedy delikatnie uśmiechniemy się, czytając, że pięknej, zgrabnej, utalentowanej aktorce z przystojnym, bogatym mężem u boku też czasem może delikatnie powinąć się noga. A jak jej na czerwonym dywanie może, to czemu nam na szarym chodniku nie? 🙂

Pierwsze rozdanie tej najbardziej znanej na świecie nagrody odbyło się równo 90 lat temu. Biorąc pod uwagę, że noc wręczenia Oscarów jest jednym z najgoręcej wyczekiwanych medialnych wydarzeń, że biorą w niej udział najsławniejsi na świecie aktorzy, filmowcy i dziennikarze, a sama nagroda pokryta jest 24-karatowym złotem, w osłupienie wprawia dziś fakt, że pierwsza gala trwała… 15 minut, a niektórzy goście zaczęli ją opuszczać jeszcze przed jej zakończeniem. I bynajmniej nie miało to nic wspólnego z modowymi wpadkami, przemówieniami-manifestami czy niesmacznymi żartami prowadzących, o których opowiemy Wam co nieco w tę słoneczną na szczęście środę.

Film, który dostał Oscara, ale… go nie dostał – tzw. “La La Land/ Moonlight mistake”

27 luty 2017 roku. Zapamiętajcie tę datę, bo jest naprawdę wyjątkowa i przeszła do historii wręczania Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej jako jedna z największych kompromitacji. Wyobraźcie sobie Dolby Theatre skąpane w światłach reflektorów, czerwony dywan i kotary, cała śmietanka amerykańskiego aktorstwa na widowni, tu Jessica Biel błyśnie biżuterią od Tiffany, tam Emma Stone zakręci frędzlami od Givenchy Haute Couture. Szampan w dłoni gości, popcorn w misce widzów przed telewizorami, oczy całego świata zwrócone na scenę, na której słynna ekranowa para Bonnie i Clyde – Faye Dunaway i Warren Beatty – za moment wręczą Oscara za najlepszy film 2017 roku. Wszyscy wstrzymują oddech, a Faye Dunaway z uśmiechem ogłasza, że najważniejsze wyróżnienie tego wieczoru otrzymuje… “La la land”! To siódma statuetka dla tego musicalu tej nocy, także nikt już nawet nie jest specjalnie zaskoczony, cała ekipa znowu zbiera się, żeby tłumnie wyjść na scenę. Wzruszenia, radości, podziękowania. W pewnym momencie do mikrofonu przedziera się producent musicalu – Jordan Horowitz. Mina wskazuje na to, że coś nie tak, w ręku trzyma biały kartonik, który pokazuje do kamery i woła: “To błąd. Moonlight, to wy zdobyliście Oscara za najlepszy film”.

fot. Mark Ralston/ AFP/ Getty Images

Nie wiadomo, jak doszło do błędu, który nigdy wcześniej w historii Oscarów nie miał miejsca. Okazało się, że nie było to do końca winą odczytujących werdykt, ponieważ mieli na kartce napisane: “Emma Stone, La La Land”. Nie było to też winą Emmy Stone, która w momencie wypowiadania przez Bonnie: “La La Land”, kartę z informacją o wygranej nagrodzie w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa miała już w ręku. Najprawdopodobniej więc Clyde otrzymał duplikat koperty z werdyktu sprzed 10 minut. Przeczuwał, że coś jest nie tak, w zasygnalizowaniu problemu ubiegła go jednak jego filmowa partnerka i wyszedł skandal na cały świat.

Wyrzekam się Oscara. Z egoistycznych pobudek – Marlon Brando i Indianie

W 1973 roku nikt nie ośmieliłby się sprzeciwić postaci trzęsącej filmowym Manhattanem. Dlatego i Amerykańska Akademia Filmowa nie ośmieliła się wręczyć nagrody za pierwszoplanową rolę męską komu innemu niż Ojcu Chrzestnemu. Jak jednak na Don Corleone przystało, postanowił on wzgardzić złotą nagrodą i jej nie przyjąć. Na znak protestu przeciwko dyskryminacji Indian i ich fałszywemu przedstawianiu w westernach nie wyszedł na scenę i nie przyjął Oscara. Zamiast niego przemówiła młoda “Indianka” Sacheen Littlefeather. W trakcie czytania orędzia przygotowanego przez odtwórcę roli Dona Corleone, Marlona Brando, dostała aplauz i została też wygwizdana. Wściekły John Wayne powstrzymywany był nawet przez ochronę, by nie narobić na gali porządnej jatki rodem z prawdziwego westernu. Jak to mówią: gdy kota nie ma, myszy harcują. Choć ten kot schował na moment głowę w piasek, kiedy okazało się, że w przepięknym indiańskim stroju nie wystąpiła przed kamerami rdzenna Amerykanka, a aktorka Maria Cruz.

Nie szata zdobi człowieka, szczególnie na Oscarach powinni o tym wiedzieć

Działo się w tych latach 70-tych, oj działo! Rok po zwróceniu uwagi na sprawę rdzennych mieszkańców Ameryki przez Marlona Brando, a więc w 1974 roku,  jeden z uczestników gali również postanowił zwrócić uwagę… Tym razem nie za bardzo wiadomo na co, prawdopodobnie na siebie, a dokładniej na swoje co nieco. W momencie kiedy brytyjski aktor, David Niven, miał właśnie oznajmiać, kto dostaje Oscara za najlepszy film, po scenie przebiegł… goły mężczyzna. Zidentyfikowano go chwilę później jako fotografa Roberta Opla. 33-letni Opel dobrze znany był w prominentnym światku artystycznym jako aktywista na rzecz homoseksualizmu. Tak też, jako protest przeciwko ograniczaniu swobody seksualnej przez amerykański rząd, interpretuje się jego znak Victorii, z którym dumnie przemierzał scenę. Nie do końca wiadomo, jak dostał się na tył sceny; mówi się nieoficjalnie, że jego “przebieżka” przed kamerami była wyreżyserowana, nie mniej całe zamieszanie nie zbiło z tropu odpowiedzialnego za przeczytanie werdyktu Davida Nivena. Ze stoickim spokojem skomentował on oscarowego nudystę: “Czyż nie jest fascynującym, że prawdopodobnie jedyny śmiech, jaki jest w stanie wywołać ten mężczyzna, jest spowodowany pokazaniem “małego” (dosł. showing his shortcomings)”. Było to o tyle podwójnie nieświadomym docinkinkiem, iż Opel zaczynał się wtedy bawić w bycie… komikiem. Nikomu jednak nie było do śmiechu, kiedy pięć lat później został zastrzelony przez dilerów w swojej galerii promującej sztukę gejowską… którą otworzył dzięki staniu się na moment sławnym z tego niesławnego epizodu.

Wcale nie wypada obejrzeć filmu, zanim się go nagrodzi

Oscarom od lat wiele się zarzuca. A to dramatyczni prowadzący, a to polityczni zwycięzcy, a to nadmuchane, za długie przemówienia, jakiś okruszek na dywanie i za mało bąbelków w szampanie… a czasem zdecydowanie za dużo. Ale aktorom czy organizatorom wiele można wybaczyć, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi. Absolutnie nie do wybaczenia jest jednak skrajna niekompetencja, bo chyba nie lenistwo czy głupota, którą pochwalili się w 2014 roku dwaj członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej, którzy, przypomnijmy, będąc odpowiedzialnymi za wybór zwycięzców, nie obejrzeli filmu, który wskazali jako najlepszy w roku 2013. Według nich świadomie powstrzymali się przed obejrzeniem “Zniewolonego”, ponieważ dotarły do nich głosy, że jest… zbyt mocny i niepokojący. A zagłosowali właśnie na niego ze względu na społeczne znaczenie tego filmu. Szkoda, że nie wzięli pod uwagę, jak duże znaczenie społeczne ma wykonywanie swoich podstawowych obowiązków, za które się jest odpowiedzialnym.

Jednym z największych modowych faux pas zaprezentowanych na gali oscarowej było przebranie łabędzia, które w 2001 roku zaprezentowała na sobie Björk. Na przezroczysty kombinezon nałożoną miała gęsto marszczoną tiulową sukienkę, która zakończona była szyją łabędzia, a w ręce trzymała torebkę imitującą łabędzie jajo.

Na szczęście nadajemy z pięciosekundowym opóźnieniem

Gala wręczenia Oscarów w  roku 2011 była co najmniej dziwna. Prowadzącemu wraz z Anne Hathaway to wydarzenie Jamesowi Franco zarzucono nie tylko niemal paraliżujące go upalenie, ale bezlitośnie wyśmiano go za udawanie Marilyn Monroe. Z kolei odbierająca statuetkę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą Melissa Leo była tak zszokowana faktem nagrodzenia jej, że w historię anegdot o wręczeniu Oscarów wpisała się tylko jednym – bo cała jej przemowa była raczej nudna i zbyt emocjonalna – przekleństwem. Rozglądając się po całej widowni, której ilość jakby nagle ją przeraziła, rzuciła: “ Jak oglądałam Kate Winslet dwa lata temu odbierającą Oscara, wyglądało to k…wsko łatwo!”. Na szczęście nauczeni wieloma wpadkami z poprzednich lat organizatorzy, woleli od 2003 roku dmuchać na zimne. Od tego czasu transmisja z tego wydarzenia opóźniana jest o 5 sekund, żeby cenzorzy, tak jak w tym przypadku, mogli odpowiednio zareagować.

Uroczystość wręczenia Oscarów odbywa się co prawda co roku, każda z nich jest jednak zupełnie niepowtarzalna. A to ktoś się potknie i wejdzie na słupek, jak Jennifer Lawrence, a to zacznie robić na scenie pompki, jak Jack Palance, a to gonić po krzesłach i skakać po scenie, jak Roberto Benigni. W zasadzie – co Oscary to faux pas, ale to powoduje, że jeszcze bardziej je kochamy 🙂

pierścionek art nouveu

Secesja znowu pożądana

Secesja w modzie i sztuce użytkowej to świat wyjęty z baśni, w dodatku niezwykle pięknej i bogatej. Styl znany w świecie jako art nouveau to przede wszystkim złoto, miękkie falujące linie i roślinne motywy – kwiaty muskane wiatrem, rozwibrowane życiem, upstrzone przez ważki i motyle. Inspiracje miejscową naturą i bogactwem lokalnej tradycji.

Kobieta Art Nouveu

Secesyjna kobieta to ponętna rusałka, czarodziejka i muza z plakatów Alfonsa Muchy albo budząca pożądanie, półnaga, lecz obleczona w złoto bohaterka dzieł Klimta. Czy nie jest trochę tak, że stęskniłyśmy się za własną kobiecością? Nie chcemy już nosić odpowiedników męskich garniturów, a po godzinach mamy ochotę wkładać zwiewne sukienki i coraz bogatsze akcesoria, które od kilku sezonów nie znikają z modowych wybiegów. Na sukniach znów oprócz licznych kwiatów zawitały koronki, a złoty total look wypadł już z kategorii absurdu. Kiedy technologia sprawiła, że jednym cięciem można szybko otrzymać proste geometryczne wzory wrócił zachwyt nad przemyślanym dziełem natury, gdzie każda linia, choć z pozoru nieidealna, jest częścią unikatowych i malowniczych struktur.


lookrecyadreamjewelry.com

W modzie widać wyraźne odniesienia do przeszłości, folkloru i oczywiście rękodzieła. W cenie są oryginalne wzory najlepiej w pojedynczych egzemplarzach. Jeśli prostota, to bliska naturze, wykonana lokalnie i od podstaw ręcznie, nie wypluta przez maszynę i importowana przez masowego dostawcę z drugiego końca globu. Na Instagramie furorę robią konta wypełnione rękodzielniczymi cudami, a zbiory ziół i polnych kwiatów, które można tam znaleźć, mogłyby zaimponować samemu Wyspiańskiemu, który pieczołowicie dokumentował polską florę. W końcu doceniliśmy urok wakacji w agroturystyce i polskie zioła są nie mniej atrakcyjnym tematem fotorelacji niż śródziemnomorskie palmy. Co więcej, koronki i polne kwiaty to dziś przewodni temat wielu uroczystości w stylu boho.

Wielkie wyjście z szafy

Secesja oszałamia przepychem i mnogością inspiracji, ale również zgodnym nurtem płynie z większością trendów modowych i lifestylowych. Jak to więc możliwe, że sam termin nie zrobił zawrotnej kariery choć od kilku sezonów przewija się na najznamienitszych wybiegach?  Wystarczy krótki test za pomocą najpopularniejszej internetowej wyszukiwarki, aby przekonać się, że art nouveau cieszy się niewspółmiernie mniejszą popularnością niż nieco późniejszy styl art deco. 

Może źródeł tej dysproporcji szukać należy w architekturze, w której motywy art nouveau to nieliczne perełki w porównaniu z bogactwem inspiracji art deco? Jednym z nielicznych i wciąż niedoścignionym mistrzem architektury art nouveau był Gaudi. O tym jak karkołomne były jego przedsięwzięcia, świadczyć może wciąż budowana katedra Sagrada Familia w Barcelonie, trwająca nieprzerwanie od ponad stu lat.

Wróćmy jednak do mody – drobnych akcesoriów, strojów i biżuterii. Być może powód schowania secesyjnych wzorów do lamusa jest inny? Może to jeszcze pokłosie dwudziestowiecznej fascynacji mechaniką, geometrią i pościgiem za nowoczesnością. Znamienny portret z automobilem Tamary Łępickiej, choć powstał w 1929 roku, symbolizuje wartości długo jeszcze popularne – kult nowoczesności, maszyn, nawet w tym wydaniu bardziej glamour. Choć więc czerpiące z natury, to jednak zgeometryzowane i nieco statyczne art deco przez lata łatwiej było zaadoptować do ery nowoczesnych technologii i wzornictwa skłonnego do maksymalnej syntezy.


lookrecyadreamjewelry.com

Tęsknota za kwiatem paproci

Sentymentalne rusałki, rustykalne wzory, przepych materiałów i ornamentów przez dekady były przedmiotem krytyki, by ująć rzecz delikatnie. Wydaje się jednak, że odkąd wkroczyliśmy w nowe milenium cuda technologii jakby nam spowszedniały. W dobie szklanych biurowców, dress code’u, sztucznych tworzyw i dobrze zaopatrzonych hipermarketów zatęskniliśmy za naturą, a miarą prawdziwego luksusu stało się wszystko, co unikatowe, co sprzyja “życiu slow”.

Więc jeśli od dziecka marzyłaś w skrytości o sukience z koronek, spektakularnej złotej biżuterii albo kwiatach od stóp do głowy, to może być właśnie Twój czas.

emma stone w Faworycie

„Faworyta” w niełasce Amerykańskiej Akademii Filmowej

Ten barokowy projekt, jakim jest najnowszy film uznanego, choć hermetycznie tworzącego Lanthimosa, powstawał przez 9 lat! Niemal dekada filmowych starań o każdy scenograficzny detal, zdecydowanie zasłużenie dała „Faworycie” aż 10 nominacji do Oscara. Obok „Romy”, „Czarnej pantery”, „Vice” i „Narodzin gwiazdy” to największy oscarowy faworyt. Na ile statuetek zasłuży według Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, dowiemy się już w nocy z 24 na 25 lutego.

Po dość spektakularnym ostatnim wypadku przy pracy – „Zabiciu świętego jelenia”, szokującym horrorze odzianym w płaszczyk klasycznego dramatu zemsty – Lanthimos zabrał się za historyczną opowieść o wczesnej XVIII-wiecznej Anglii targanej wojennym konfliktem z Francją. I wyszło fenomenalnie! „Faworyta” to opowieść o mechanizmach władzy, trudnej miłości, konwenansach i ich fałszywości, zasadach i ich łamaniu. Lanthimos, twórca „Kła” i „Lobstera” nie byłby sobą, gdyby z obrazu panowania schorowanej królowej Anny Stuart nie wyciągnął na pierwszy plan odpruwających się z głównego ściegu historii pojedynczych nici i szwów.

Miłościwie nam nie-panująca

Nie bez powodu na warsztat zostaje wzięta postać królowej Anny. Na podstawie losów jej postaci Lanthimos znakomicie pokazuje, że władza to nie tylko przywileje, ale i wyrzeczenia. To nie tylko podręcznikowe fakty, ale przede wszystkim jednostkowe emocje, ambicje, słabości i pragnienia. To igranie z wrogami i maskowanie się przed przyjaciółmi.

źródło: charlie.pl

Anna, pomimo że dzierży berło Anglii i tytułowana jest z bożej łaski Wielkiej Brytanii, Francji i Irlandii królową tak naprawdę nie panuje nad niczym, nawet nad swoimi licznymi królikami, które zastępują jej stracone w przeszłości dzieci. Jest zagubioną i cierpiącą z powodu podagry kobietą, o której względy bezwzględnie zaczynają rywalizować dwie pociągające, ambitne i  cynicznie bezwzględne kobiety. Okazuje się, że władzę nad królestwem sprawuje de facto księżna Marborough, żona Johna Churchilla, jednego z najwybitniejszych dowódców wojskowych w historii świata jak uznają później historycy. Jednak do czasu. Na pierwszy plan walki o emocjonalne uzależnienie królowej wysuwa się kolejna postać. Uboga kuzynka księżnej, Abigail Hill, przypadkowo odkrywa łączący dwie najważniejsze kobiety w państwie sekret, który pomoże jej w zdobyciu (!) królowej, a tym samym w odzyskaniu szlacheckiego tytułu, pieniędzy i pozycji na dworze.

W oparach orzeźwiającej satyry

Fałszywe uśmiechy i łzy, wzajemne kopanie pod sobą dołków, samookaleczanie, nie-rzucanie się z okna, otrucie – Lanthimos fenomenalnie za pomocą teatralnej ironii i groteski rozgrywa relacje między bohaterami, pokazując jak bardzo władza potrafi być czymś iluzorycznym i krótkotrwałym. Świat „Faworyty” to istne theatrum mundi. W sensie głębszym, ale i dosłownym, ten film to bowiem mistrzostwo jeżeli chodzi o scenografię i kostiumy. Na pierwszy plan wysuwają się tu teatralne zainteresowania Lanthimosa, którymi zajmował się jeszcze przed „Kłem”. Niesamowite wnętrza i bogate stroje na poważnie wiernie obrazują epokę, lecz jednocześnie panujący ówcześnie klimat perukowej przesady zostaje przez Greka ironicznie obśmiany. Sceny gonitwy gęsi, obrzucania pomidorami czy tańca na balu to cudne ironiczne perełki. Za pomocą tak charakterystycznych filmowych narzędzi swojego stylu jak surowość, wręcz surrealistyczność obrazu, wyolbrzymienie jak w soczewce fragmentów rzeczywistości, kontrastowanie oraz fenomenalne granie światłem i muzyką, Lanthimos na swój nowatorski sposób pokazuje XVIII-wieczny angielski świat rozsypujących się konwenansów i triumfujących ułomności.

źródło: filmweb.pl

And the Oscar goes to…

Kobiece trio Olivia Colman (królowa Anna) – Rachel Weisz (lady Sarah) – Emma Stone (Abigail) to aktorski popis, obok którego nie da się przejść obojętnie. Ich celowa sztuczność, teatralność, manieryczność przerywane wybuchami prawdziwych emocji tłumionymi przez etykietę i ukrywaniem swoich prawdziwych motywacji czarują tak samo jak świat, w którym ich gra musi się opłacić. Panowie w tym filmie zakładają peruki, panie – co chwila nową maskę. Każda z trzech głównych bohaterek z jednej strony gra zupełnie inaczej i zupełnie kogo innego, z drugiej strony okazuje się, że są kobietami ulepionymi z jednej gliny. Poniżają i są poniżane, wykorzystują i są wykorzystywane, w jednym momencie grają rolę ofiary, by zaraz później przeistoczyć się w kata. U Lanthimosa nie ma postaci czarno-białych, nie ma też wygranych, wszyscy przegrywają.

„Faworyta” to pierwszy film greckiego reżysera, do którego nie napisał samodzielnie scenariusza. To też jego pierwsza kreacja hollywoodzka. Pierwszy film oparty na historycznym podłożu. Pierwszy tak współcześnie opowiadający o dawnych kobietach, które nie były wolne od kwestii głośno dziś omawianych dotyczących orientacji seksualnej, niespełnionego macierzyństwa, wpływu poronień na psychikę kobiety czy polityki. Jednym słowem – barokowe szaleństwo godne nie jednego Oscara!

klejnoty

Klejnoty marzeń dawniej i dziś

Najcenniejsze jest zawsze to, czego nie można kupić. Rekordowe kwoty padają za kamienie tak rzadkie, że dostępne tylko dla nielicznych, ale również za dzieła dawnych epok i twórców. Wszak czas, to najbardziej bezcenna rzecz na świecie i raz miniony nigdy nie powróci.

Blask dawnych epok

Chociaż z każdym rokiem przybywa wytwórców biżuterii, co sezon pojawiają się setki nowych kolekcji, a na dodatek całe to bogactwo staje się dostępne za pomocą kilku kliknięć, to biżuteria dawna nie ma konkurencji. Komisy i antykwariaty to miejsca cenione nie tylko przez znawców i miłośników historii, ale również poszukiwaczy unikatowego piękna. Obecnie najbardziej ceni się jubilerstwo przypadające na okres międzywojenny. To prawdziwy rozkwit złotniczego rzemiosła. Czas, kiedy liczył się kunszt wykonania oraz cenny materiał. Jednocześnie biżuteryjne ozdoby nie były już zarezerwowane dla głów koronowanych i nielicznych osób o zawrotnych majątkach.

Sny na jawie

Początek XX-ego stulecia to triumf przepychu i fantazji w duchu belle epoque. W złotnictwie królują dwa nurty o odmiennym pochodzeniu, oba ozdobne i niezwykle kobiece. Biżuteria edwardiańska nawiązuje do klejnotów Marii Antoniny i stylu dworskiego. Szlachetne materiały odgrywają rolę równie istotną, co misterne koronkowe wzory i ich kunsztowne wykonanie. Ideał sztuki secesyjnej eksponuje zaś przede wszystkim niezwykłą wyobraźnię artysty i jego fascynację naturą. Giętkie linie, jasne, pełne blasku barwy i ornamenty tworzą istnie bajeczne ogrody, wypełnione bujną roślinnością oraz owadami. To bogactwo fantazji dla mistrzów secesji jest cenniejsze niż drogie kruszce i wielokaratowe kamienie.

Ideał nowoczesności

Jednak fascynacja sztuką secesyjną i stylem edwardiańskim nie przetrwała długo. Wszystko zmieniła paryska wystawa z 1925 r. zatytułowana Exposition Internationales des Arts Decoratifs et Industriels  Modernes, która oficjalnie zapoczątkowała styl art deco. Na pierwszy plan wysunęły się geometria i funkcjonalność. Wiodącą inspiracją dla artystów od sztuk złotniczych po architekturę były wynalazki techniczne. Dominowała prostota i rygor kompozycji, a nowoczesne piękno wyrażało się przede wszystkim w proporcjach i kunszcie wykonania. Oprócz szlachetnych kamieni powszechnie stosowano również te półszlachetne, a nawet tańsze, wówczas bardzo nowoczesne zamienniki. Wszystko najchętniej w wyrazistych, mocno skontrastowanych kolorach.

źródło: lookrecyadreamjewelry.com

Kunsztowne, a przy tym bardzo funkcjonalne art deco odcisnęło piętno na całym następnym stuleciu i wciąż ma wierne grono miłośników i naśladowców. Ponadczasowość i nowoczesność w biżuterii doceniona przez wyzwolone kobiety lat 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku będzie od tamtej pory panować w biżuterii. Do dziś najbardziej pożądane jest jubilerstwo tamtych czasów, a na aukcjach dominuje biżuteria vintage w stylu art deco. 

Alchemiczna materia

Nowy modny styl oprócz rewolucji we wzornictwie szlachetnych ozdób przyniósł popularyzację biżuterii wśród kobiet o mniej zasobnych portfelach. Szalone lata 20-te i 30-te z licznymi balami i wystawnymi sukniami o głębokich dekoltach aż prosiły się o ozdoby. Bezcenne klejnoty przestały być w biżuterii konieczne, a w ciężko doświadczonej przez wojenną historię Polsce, były rzadkie i nie do końca mile widziane. Rozpoczął się triumf biżuterii sztucznej, nowoczesnej i bardziej dostępnej. Rozmaite stopy, szkiełka i sztuczne tworzywa początkowo imponowały nowatorstwem, a przystępną ceną i ogromem możliwości ugruntowały swoją pozycję na rynku.

Skradzione naturze

Kamienie naturalne, jako drogie i nie tak doskonałe jak syntetyki, a dodatkowo okryte złą sławą dzięki rabunkowym formom wydobycia, przez lata były cenione wyłącznie przez koneserów. Ich powrót do powszechnej świadomości zawdzięczamy dwóm czynnikom. Pierwszy z nich to ogólnoświatowa moda na wszystko, co naturalne, eco, slow. Cenimy przedmioty powstałe przy maksymalnym ograniczeniu chemikaliów oraz takie, które nie stracą uroku po jednym sezonie, a być może służyć będą kolejnym pokoleniom.

Oprócz tego co rusz dobiegają nas informacje o wyczerpujących się złożach. Niektóre z kamieni, albo ich odmiany jak różowy diament, błękitny turmalin lub złocisty szafir, z natury występują w bardzo ograniczonej ilości. Inne zasoby, jak choćby tanzanitu, korali czy rodzimego bursztynu, przez lata stosowanych w masowej produkcji, coraz szybciej topnieją. Malejącej dostępności towarzyszy ciągły wzrost cen surowca, a spragnieni zysku producenci nie kryją, że złoża są na wyczerpaniu i mamią zawrotną stopą zwrotu, kiedy surowca zabraknie.

źródło: lookrecyadreamjewelry.com

Korona za unikat

Biżuteria od plemion pierwotnych i czasów starożytnych, przez pałace monarchów, aż po wizerunki współczesnych fashionistek była i jest sposobem wyrazu. Pozawerbalnym sygnałem dla otoczenia – kim jestem, co dla mnie ważne, z czym się utożsamiam. Mogła świadczyć o statusie społecznym i majątkowym, przynależności do grupy lub odwrotnie – o oryginalności i indywidualizmie.

Te ostatnie zdają się być obecnie najbardziej cenione. Biżuteria może pomóc w wyrażeniu naszej indywidualnej osoby nawet na kilka różnych sposobów. Po pierwsze poprzez wyjątkowe kamienie stworzone ręką natury w jedynym egzemplarzu. Poprzez niepowtarzalne wzory vintage, które przetrwały z minionych epok do dziś tylko w pojedynczych sztukach. Wreszcie może być stworzona specjalnie z myślą o nas, czerpiąc obficie z wszystkiego, co najpiękniejsze w sztuce złotniczej.

Jedno jest pewne – prawdziwy klejnot to taki, który budzi zachwyt nie tylko urodą, ale przede wszystkim swoją wyjątkowością.

podrecznaMain

Nolite te bastardes carborundorum

Być może nie uwierzycie, że tak się złożyło, ale to naprawdę był przypadek. Miesiąc temu znajoma polecała mi serial. „Serial, który ogląda cały świat”, bo tak właśnie brzmi reklama usytuowana zaraz nad samym tytułem…książki, po którą sięgnęłam. Bo choć jestem równie serialowa, jak i książkowa, to tym razem książka, na podstawie której nakręcono serial, zyskała pierwszeństwo.

Z kolei na kilka dni przed pisaniem tekstu, który właśnie czytacie, przygotowywałam dla Was małe wprowadzenie i krótką historię „Kobiety współczesnej” z 1927 roku. Opisywałam Wam, o co na przestrzeni pięciu lat funkcjonowania tego międzywojennego kobiecego pisma walczyły Pełczyńska i Grocholska. O wolność kobiety, jej równouprawnienie, niezależność, prawo do decydowania o sobie. Wspominałam, że zabierały głos w sprawach, które dziś wydają nam się z jednej strony niewiarygodne, a z drugiej zaskakująco znajome. Głośno protestowały, kiedy w czasach „trudności gospodarczych” ówczesny polski rząd robił zakusy na podstawowe prawa kobiet: kiedy kobieta miała mieć od męża pozwolenie na pracę, kiedy jako nauczycielka automatycznie zwalniana była z pracy z chwilą zamążpójścia, kiedy w żeńskich szkołach chciano zrezygnować z przedmiotów ogólnokształcących na rzecz nauki gotowania, prowadzenia domu i zajmowania się dziećmi.

Nie uwierzycie, ale właśnie o tym jest polecona mi książka kanadyjskiej pisarki. Niemal dokładnie o tym! To niesamowite, jak postulaty świadomych i wykształconych kobiet z 1927 roku, nakładają się na wizję antyutopijnego świata stworzoną przez Margaret Atwood w 1985 roku w „Opowieści podręcznej”.

Bowiem na oczach bohaterki Atwood, tytułowej „podręcznej”, kobiety pozbawiane są swojej podmiotowości. Niemal w jednym momencie tracą pracę, prawo do posiadania własnego mienia, między innymi w postaci pieniędzy, nie mogą podejmować żadnych decyzji, stają się totalnie uzależnione od mężczyzn. A to tylko początek rozpoczynającej się rewolucji.

Na bliżej niesprecyzowanym terenie północnych Stanów powstaje monoteokratyczne państwo Gilead. Ze względu na ogromny problem z płodnością przez wiele wcześniejszych lat zarządzający Gileadem organizują funkcjonowanie państwa w ten oto sposób, iż “rekrutuje się”, to znaczy wyłapuje, porywa i zniewala kobiety zdolne do zajścia w ciążę:

“[Główna bohaterka] musiała znaleźć się w pierwszej fali kobiet rekrutowanych do celów reprodukcyjnych i przydzielanych tym, którzy potrzebowali takich usług i jako członkowie elity mogli sobie na nie pozwolić. Reżim stworzył natychmiast taką pulę reproduktorek: unieważniono drugie małżeństwa i wszelkie związki nieformalne jako cudzołożne, aresztowano kobiety i pod pozorem braku kwalifikacji moralnych odebrano im dzieci, które adoptowali następnie bezdzietni prominenci.”

Imperium Gileadu koloruje świat na swój sposób. Dygnitarze nowego systemu mogą wybierać wśród “reproduktorek” te, które według nich spełniają najwięcej kryteriów, by jak najszybciej zajść i dotrzymać zdrową ciążę. Tak zwane Podręczne mają może z kolei o jeden “przywilej” więcej od Mart – kobiet prowadzących domy tychże Komendantów, to znaczy mogą wyjść na spacer, żeby zrobić zakupy i ukradkiem oglądać choć przez moment zewnętrzny świat. Marty nie muszą z kolei – w przeciwieństwie do Podręcznych – odbywać regularnych, mechanicznych stosunków z właścicielami domów, w których “mieszkają”. Co nie zmienia faktu, że i jedne i drugie nie mogą czytać, nie mogą się ze sobą porozumiewać, nie mogą prawie niczego dotykać, nie mają swoich imion, żadnych przedmiotów osobistych… nie mają podmiotowości ani godności.  Reżim nie tylko podzielił świat na grupy, przyporządkował im też kolory. I tak oto odziani w czarne garnitury Komendanci Wiernych przemieszczają się w swoich długich, czarnych limuzynach, podczas gdy obok zasiadają ubrane na niebiesko Żony i na biało zawoalowane Córki. Doglądające domu i sumiennie uczęszczające na uroczystości Wybawienia zielone Marty pilnują płodnych czerwonych Podręcznych. Strażnicy, jak i żołnierze, wiadomo w mundurach, a Gospożony należące do niższej kasty, a więc muszące równocześnie spełniać rolę żon i gospodyń, wyubierane w szare byle co. Każdy z kolorów przyporządkowany jest do konkretnej roli społecznej, ponieważ jak przystało na każde państwo totalitarne, Gilead to państwo przydatnego obywatela. Każdy za coś odpowiada, każdy ma swoje zadanie do wypełnienia.

 Lecz to, co chyba jeszcze bardziej w tej powieści niepokoi, to natychmiastowość zmiany, nagłość przekształcenia świata dotychczasowego w specyficzną totalitarną teokrację. Jeszcze bardziej przeraża fakt, iż korzenie, podwaliny dla tego typu świata tkwią w niedoskonałości naszego dzisiaj. Jak w wykładzie na temat Gileadu na końcu książki zostało to ujęte:

“Przyczyny tego spadku urodzin nie są dla nas do końca zrozumiałe; nie bez wpływu na to była z pewnością znaczna dostępność środków antykoncepcyjnych, jak również – w okresie pregileadzkim – legalność dokonywania aborcji. W niektórych więc przypadkach bezpłodność była zamierzona – i stąd różnice w statystykach aryjczyków i niearyjczyków – ale w innych nie. Nie muszę chyba Państwu przypominać, że były to czasy szerzenia się syfilisu i niesławnej epidemii AIDS, które objąwszy szerokie kręgi młodych, seksualnie aktywnych ludzi, zmniejszyły pulę reprodukcyjną. Duża śmiertelność niemowląt, poronienia, wady wrodzone były powszechne i miały tendencję zwyżkową. Były to skutki wypadków w elektrowniach atomowych, strajków, sabotaży, typowych dla tego okresu przecieków z magazynów broni chemicznej i biologicznej, liczne występowanie wysypisk odpadów toksycznych, których były wtedy tysiące, legalnych i nielegalnych, w niektórych bowiem wypadkach spuszczano te ścieki po prostu do kanalizacji, a wreszcie niekontrolowanego użycia środków owadobójczych, herbicydów i innych aerozoli.”

Jak widać Atwood porusza tu ważny wątek ekologiczny, choć według mnie jest on tylko punktem wyjścia do głębszej etycznej analizy naszego współczesnego świata i rządzących nim praw. I choć mówiąc o “Opowieści podręczej”, wspomina się zwykle feministyczne zapatrywania samej autorki i historyczny kontekst czasu, w jakim ta powieść powstała (“głęboki reaganizm”, a więc mało liberalny czas w Stanach), to nie przypisywałabym Atwood aż tak wąskiego spojrzenia na opisywany przez nią problem. W sposób jawny i oczywisty krytykuje ona tyranię, ograniczanie praw i wolności człowieka, jednocześnie podśmiechuje się z religii i pokazuje do jak niszczących skutków może prowadzić jej polityczne użycie, lecz w moim odczuciu równie na serio głosami bohaterów  mówi o współczesnej samotności i egoizmie. Główna bohaterka, Frida, wspomina, że początkowo nie wiedziała, co ma myśleć o swoim związku w dawnym życiu, nie była pewna, czy jest darzona głębszym uczuciem czy jest tylko przygodą, ponieważ ludzie traktowali się przedmiotowo – “w tamtych czasach mężczyźni i kobiety dokonywali przymiarek, zwyczajnie, jak się przymierza ubranie, odrzucając to, co nie pasuje.” Równie smutną diagnozę przedstawia Komendant, który przyczyn upadku poprzedniego systemu upatrywał w tym, że:

“ (…) główny problem wcale nie dotyczył kobiet, tylko mężczyzn. Bo już nic dla nich nie zostało. Nie mieli nic do roboty. (…) Nie mówię o seksie. To tylko część zagadnienia, seks stał się zbyt dostępny. Każdy mógł go sobie kupić. Nie było się po co wysilać, o co walczyć. Mamy statystyki z tamtych czasów. Wiesz, na co się głównie skarżyli mężczyźni? Że nic nie czują. Uciekali od seksu. Uciekali od małżeństwa.”

I to właśnie w tej powieści jest równie przerażające – nieczucie, wypranie z emocji, bierność. Nowostworzony świat nie tylko z nieczucia wynikał, lecz również na nim się opierał. A kobiety zadziwiająco łatwo zaczęły się do takiego stanu rzeczy przyzwyczajać. Co prawda za każde naruszenie zasad były surowo karane, lecz historia uczy nas, że w każdego tego rodzaju ustroju istniały ruchy oporu nie tylko w mniejszym bądź większym stopniu zorganizowane, lecz przede wszystkim oparte na zwykłych międzyludzkich empatycznych relacjach. Historia uczy nas jednak tak samo, że “w gruncie rzeczy każde imperium – czy to powstałe drogą przemocy, czy w jakikolwiek inny sposób – w celu podporządkowania sobie tubylców posługiwało się ich ziomkami”. Nie inaczej jest u Atwood – to kobiety same dla siebie stają się tak naprawdę największymi katami. Nie próbują w codziennych relacjach okazać sobie choć krztyny zrozumienia, wsparcia, pociechy, wręcz przeciwnie strofują i pilnują się nawzajem. Nie bez powodu też jak widać odpowiedzialnymi za wdrożenie nowego systemu stały się przede wszystkim kobiety. “Ciotki”, które wstępowały do służby w organizacji albo z autentycznej wiary w to, co nazywały “wartościami tradycyjnymi”, albo – jak to za często bywa – dla jakichś korzyści, były najlepszym i najefektywniejszym sposobem kontrolowania kobiet, przede wszystkim w sprawach reprodukcji.

Na sam koniec najbardziej chyba bolesne zdanie tej książki: “Człowiek się łatwo przystosowuje – mawiała moja matka.  To zdumiewające, do czego ludzie potrafią przywyknąć, jeśli tylko mogą to sobie jakoś powetować.” Pomimo że główna bohaterka doskonale pamięta swoje “wcześniejsze”, normalne życie, męża i dziecko, studia i pracę, zdaje się zaskakująco szybko o tym wszystkim zapominać. Tym bardziej kiedy na drodze jej zniewolonego życia pojawia się nowy mężczyzna. Nagle “miłość” zdaje się wszystko przyćmiewać, wyzwala od znieczulenia i sprawia, że egzystencja nawet w najgorszych warunkach staje się znośna. Trochę to naiwne? A na pewno w kontekście całej książki denerwujące. Bo cała Frida jest w ogóle denerwująca. De facto bierna, nieciekawa, nieintrygująca… lecz może właśnie taka miała być, ponieważ tym bardziej boli czytelnika ukazanie przez jej oczy świata, którego miejmy nadzieję nigdy nie będziemy świadkami.

P.S. Tytuł jest znaczącą frazą z powieści, ale nie zdradzę Wam, o co chodzi, dlaczego to łacina i co dokładnie oznacza! Same rozwikłajcie zagadkę, sięgając po książkę:)

P.S.1 Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood (Wydawnictwo Wielka Litera, tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz, data wydania: 28.04.2017, liczba stron: 368)

P.S.2 Polecam Wam też serdecznie do obejrzenia dobre, szersze omówienie książki:

retromain

Taki kabaret tylko w Krakowie!

Czasami mieszkamy w jakimś miejscu, w ogóle nie znając jego zakątków, a które zdecydowanie warto odwiedzić i poznać. Wiadomo, że Kraków jako miasto królewskie, wiekowe i zabytkowe, a równocześnie wciąż tętniące życiem i rozwijające się w szybkim wielkomiejskim tempie, ma takich urokliwych zakamarków mnóstwo. Jednym z nich jest miejsce gdzieś pomiędzy Starym Miastem a Kazimierzem, które sprawia, że odbywamy podróż w czasie. Przekraczając próg Klubu Cabaret, przenosimy się do czasów międzywojnia, które olśniewa blaskiem kandelabrów przyćmionych dymem z cygaretek i ulatniających się z kieliszków bąbelków szampana.

Z bogatej oferty wydarzeń Cabaretu udało mi się jeszcze przed Świętami załapać na program Retromania, który zdecydowanie przenosi w rytmy lat 50-tych ubiegłego wieku. Dzięki  kameralnemu towarzystwu i fenomenalnej oprawie na godzinę można zanurzyć się w zupełnie innym świecie. Wyobraźcie sobie wnętrze w stylu lat 20. XX wieku. Na ścianach lustra w złoconych oprawach, wiszące epokowe abażury z charakterystycznymi frędzlami, czerwone i czarne zasłony. Przyciemnione światło, lecący w tle chrypiący głos Louisa Armstronga, sala ze stolikami nakrytymi obrusami. Nic tylko, zamówić wino i usiąść z pojawiającym się samoistnie na ustach uśmiechem.

Wtem stare, wyglądające na pamiętające czasy Zielonego Balonika, reflektory zostają skierowane na wyznaczone miejsce na sali, muzyka zaczyna grać głośniej. Zza kurtyny wyłania się młoda dziewczyna, która czaruje głosem. I robi się coraz milej, coraz bardziej epokowo, co piosenka to inny absolutnie urzekający strój i głos – to błyszczące cekiny i kokarda we włosach, to czarny kapelusz i opinająca sukienka. Serduszko zaczyna mi pukać w rytmie cza-cza, by zaraz potem melancholijnie rozmyślić się nad tym, że „był kiedyś w naszym życiu taki ktoś, kogo już nigdy nie zapomnimy”, pomimo że czas jesieni i pokoju numer osiem, o którym śpiewała Sława Przybylska już dawno minął. Przyznam się Wam, że nie spodziewałam się takiego poziomu śpiewania. Piękne, czyste głosy Małgorzaty Śliwy, Diany Kaczor, Magdaleny Różowicz i Barbary Lorenzetti bez problemu poradziły sobie z oryginałem Marii Koterbskiej czy śpiewającej o miłości w Portofino Anny German. Jedyny z występujących panów, Grzegorz Brus, męski głos-perełka z iście kabaretowym zacięciem, piosenką „Wio, koniku!…” wywołał u gości jakimś cudem jeszcze szerszy uśmiech na twarzy.

Wisienką na torcie tego cudnego wieczoru stało się zdarzenie losowe, lecz z szatańskim rozmysłem zaplanowane przez zacnego kawalera, który postanowił w tym dniu i w tym miejscu się… oświadczyć! Okazało się, że siedząca obok przy stoliku elegancko ubrana para młodych ludzi i czający się gdzieś po kątach fotograf-widmo nie byli tacy odświętni bez przyczyny. Wyobraźcie więc sobie teraz cały entourage ze świecami, wspaniałą oprawą muzyczną, strojami, przepyszną kolacją, winem i czerwonymi kwiatami i jedyne słowo na świecie, jakie ten młody mężczyzna chciał wtedy usłyszeć. Uwaga, spoiler, tak, dziewczyna oczywiście powiedziała upragnione przez dwoje: „Tak!” i popłakała się ze wzruszenia. Czemu zdecydowanie nie ma się co dziwić, każdemu obecnemu wtedy gościowi i ekipie scenicznej zakręciła się w oku łezka.

Nie opowiadam Wam więcej. Bo szkoda języka. Mówiąc po naszemu – weźcież i chodźcież! Cabaret to wyjątkowe miejsce na mapie tego krakowskiego grodu. Troszkę nasze krakowskie, ale i bardzo francuskie, cudne i fantastyczne! Rzadko zachwalam, ale ten lokal to perełka. Ma bogatą ofertę spektakli i programów wokalnych, więc zdecydowanie jest w czym przebierać. Jeżeli nie wiecie, co zrobić ze sobą w jeden z noworocznych styczniowych i lutowych wieczorów, już wiecie – przenieście się w zupełnie inny, zaczarowany świat!

Klub Cabaret

Kraków, ul. Krakowska 5

fajans_main

Ale fajans!

Często zdarza się, że gdy czytamy teksty z danej epoki, mamy poczucie ich całkowitego niezrozumienia. Zwykle dzieje się tak, ponieważ nie znamy kontekstu bądź po prostu nie rozumiemy pojedynczych słów. Co w niektórych przypadkach jest zupełnie oczywiste i łatwo wytłumaczalne – przeróżne słowa wychodzą przecież z użycia lub zmieniają swoje znaczenie, a nie każdy ma obowiązek bycia na co dzień erudycyjnym etymologiem i nie musi w try miga rozwiązywać klasycznego już szkolnego problemu, o co chodziło Mickiewiczowi z tym burzanem, świerzopem i dzięcieliną.

Fragment bramy Isztar, Muzeum Pergamońskie, Berlin,
źródło: commons.wikimedia.org

Fajans to nic innego jak specyficzny rodzaj ceramiki, podobny do porcelany, lecz mniej szlachetny. Wytwarzany jest z zanieczyszczonego kaolinu (cokolwiek to znaczy) wypalanego w piekielnej niemal temperaturze 1000 stopni Celsjusza, choć efekt jest zwykle niebiańsko biały lub jasnokremowy, dlatego staje się idealną bazą pod kolorowe malowidła.


Tyle z technicznych informacji, przejdźmy do tych znacznie ciekawszych, bo związanych z podróżą fajansu niemal po całym świecie. Ta ceramiczna ozdoba znana była już bowiem w starożytnym Egipcie i Persji, gdzie produkowano barwnie polewane cegły, z których zbudowany był na przykład jeden z najbardziej znanych zabytków starożytnego Babilonu – brama Isztar.
A jak to zwykle bywa z rozprzestrzenianiem się mód i trendów, fajans szybko znalazł swoich amatorów w rejonach Azji Mniejszej, a potem z dzisiejszej Turcji przepłynął na kupieckich statkach do Hiszpanii i Włoch.

I tak oto w tym miejscu docieramy do rozwiązania zagadki, która sięga swoimi korzeniami czasów renesansu – jaki romans łączy fajans i majolikę? Czy te dwa terminy określają ten sam typ ceramiki? Otóż – i trochę nie, i bardzo tak. Obydwa określenia są jednak pochodzenia włoskiego. Około 1400 roku niejaki Luca Della Robia, włoski ceramik z Faenzy, wynalazł nowy gatunek szkliwa, który doskonale pokrywał chropowatą powierzchnię naczyń przewożonych przez Morze Śródziemne. Okazało się, że błyszczące, kolorowe szkliwo tak spodobało się ówczesnym użytkownikom przeróżnych przedmiotów, że fajans – nazwa od nazwy miasta, gdyby ktoś nie zauważył podobieństwa:) – zdecydowanym krokiem przekroczył granicę północnych Włoch i zyskał sobie fanów niemal w całej Europie. Sprawa jest etymologicznie prosta również ze słowem „majolika” – pierwotnie oznaczało ceramikę hiszpańską, która miała być przetransportowana do Włoch, a na swoją podróż oczekiwała na – Majorce. Podobno nazwy tej użył po raz pierwszy Cyprian Piccolpasso, który w 1548 roku, prawdopodobnie z braku lepszego zajęcia, stworzył opracowanie techniki wyrobów ceramicznych. Oprócz odgeograficznego pochodzenia nazwy, majolikę i fajans łączy również technika wyrobu i skład surowców szkliwa, które wypieka się w znacznie niższych temperaturach niż wyroby porcelanowe i kamionkowe. Kolorowa, zwykle fioletowa, granatowa i zielona, majolika produkowana była przede wszystkim w Orvieto, Sienie i Florencji.

   Fajansowa spluwaczka, 1740-1750, Delft, źródło: muzeum.gliwice.pl

Fajans zaczęto sprowadzać do Francji, Niemiec, Belgii i Holandii, a z czasem miejscowi inwestorzy otworzyli tam własne ośrodki ceramiczne, do których zaczęli sprowadzać się majolikowi rzemieślnicy i artyści. Najsłynniejszymi ośrodkami fajansu stały się niemieckie Hanau, francuski Lyon, Nevres, Strasburg i Marsylia oraz holenderska perełka Delft. To tam od XVII wieku zaczęto produkować tzw. fajans wschodni. Dlaczego akurat w tym mieście i dlaczego akurat wschodni? – moglibyście zapytać. Otóż z bardzo prozaicznego powodu. Delft był wtedy główną siedzibą Zjednoczonej Kompanii Wschodnioindyjskiej, która importowała bardzo duże ilości dalekowschodniej ceramiki. Na początku więc sprzedawane na holenderskim rynku wazy, talerze, filiżanki, świeczniki, wazony przedstawiały oryginalne rodzajowe scenki chińskie i japońskie.

Dopiero w połowie wieku dzięki dwóm niemającym ze sobą nic wspólnego wybuchom wszystko się zmieniło. Najpierw w październiku 1654 roku wyleciał w powietrze magazyn prochu, który zniszczył znaczną i znaczącą część miasta, bo niemal całkowicie starł z powierzchni ziemi kilka manufaktur i browarów, których szczątki trzeba było zagospodarować. Z kolei po jakimś czasie od tego zdarzenia wybuchła w Chinach wojna domowa i do Holandii przestały nagle docierać tak delikatne i prestiżowe przedmioty jak rozchwytywana porcelana.

Fajansowe wyroby na targu w Szanghaju, Chiny, 2016

W związku z tym jakoś tak się złożyło, że zaczęto w Delft w miejsce wysadzonych fabryczek i piwiarni otwierać warsztaty specjalizujące się w sztuce wyrabiania fajansu. Nie był to jednak fajans byle jaki i taki jak wszystkie. Mistrzowie holenderscy, wzorując się na ceramikach chińskich i japońskich, postanowili ozdabiać białe szkliwo wyrobów tylko jednym – kobaltowym – kolorem. Z Dalekiego Wschodu zaczerpnęli też wzory, tematy i rozmach. Od tej pory produkowano nie tylko tace i półmiski, patery i talerze, ale także kafle, świeczniki, wachlarze, kałamarze, pojemniki, wazony, a fajans holenderski stał się rozpoznawalny na całym świecie, bijąc na głowę rozpoznawalność fajansu francuskiego czy angielskiego… jednak do pewnego momentu.

Nasz holenderski bohater przebył bowiem niedaleką podróż do sąsiedniej Anglii i tam zaczął królować na dobre! Do tego stopnia, że pod koniec XVIII wieku masowa angielska produkcja fajansu niemal całkowicie wyparła z rynku tradycyjny styl z Delft/Dalekiego Wschodu.
W Rzeczpospolitej fajans nie był zbyt popularny. Dopiero od XVIII wieku, kiedy bardziej delikatna ceramika zaczęła zastępować cynowe garnce i kufle, fajans zagościł na szlacheckich stołach. Wcześniej jego pół-zastosowanie miało u nas miejsce, a i owszem mocium Panie, w kaflarstwie. Szkliwo ołowiowo-cynowe wykorzystywane było przede wszystkim od momentu rozbudowy Wawelu za panowania Zygmunta Starego, choć ze względu na częściowe tylko użycie tlenku cyny do szkliwa i fragmentaryczne pokrycie płytek nie możemy mówić w tym przypadku stricte o fajansie.

Ceramiczny pantofelek, w XVIII wieku zwyczajowy prezent ofiarowywanym narzeczonej, Delft,
1740- 1770,  źródło: muzeum.gliwice.pl

Polski okres „rozkwitu” fajansowej popularności przypada na późny XVIII i początek XIX wieku. Najsłynniejszymi polskimi wytwórniami fajansu były wtedy manufaktury Radziwiłłów w Białej Podlaskiej, manufaktura Wolffa i Bernardiego oraz Manufaktura Prószkowska na Śląsku. Warto wspomnieć też przede wszystkim o Królewskiej Manufakturze Fajansu i Majoliki w Belwederze. Założona przez ostatniego króla Polski produkowała fajanse o bardzo wysokim poziomie artystycznym. Bo czego jak czego, ale jak artystycznego byle czego to król by nie zniósł. Dlatego też zlecił sprowadzenie do swojej manufaktury fachowców niemieckich, francuskich i holenderskich, dzięki czemu zakład mógł nie tylko kopiować ichniejsze style i wzory, ale mieszać tradycję zagraniczną z polską. Najbardziej wartościowym wyrobem królewskiej fabryki był bogato zdobiony złotem serwis fajansowy dekorowany w stylu orientalnym, który został zawieziony jako dar sułtanowi tureckiemu w 1789 roku.

Fajansowy talerz z serwisu sułtańskiego,
kolekcja Zamku Królewskiego w Warszawie,
   źródło: porcelana.info/belweder-warszawa-sygnatury/

Obecnie fajans stracił niestety na swojej wartości, przede wszystkim tej artystycznej. Co prawda istnieją w Polsce fabryki fajansu, m.in. w Kole, Włocławku i Ćmielowie, ale używa się go już w mniejszym stopniu do wyrobów użytku domowego, na przykład talerzy, a w zamian wytwarza się z niego urządzenia sanitarne, takie jak umywalki czy muszle.


I może i smutno zakończylibyśmy historię podróży fajansu po Europie, gdyby nie to, że dzięki małej popularności tej ceramiki w Polsce, mamy zdecydowanie większą szansę na wygranie licytacji przepięknych waz i pater, zdybanie ich na jakiejś zakurzonej półce w sklepie ze starociami czy na odbycie przeuroczej wycieczki do Holandii i zakupienie ślicznej dekoracji do domu, która będzie nam umilała poranki i wieczory. Choć już co prawda nie w takim stopniu jak pani Bille, która hałasując fajansowym dzbanem, mogła wyrwać męża z czeluści snu.

roma_main

„Roma” – wielka wygrana tegorocznych Oscarów!

Alfonso Cuarón powraca do kin ze swoim nowym dziełem. „Roma” to film, który porównany został do dzieł geniusza włoskiego neorealizmu – Federica Felliniego. Reżyser trzeciej filmowej części Harrego Pottera i „Grawitacji” popisuje się teraz wyraziście i w pełni. Zabiera widza w nostalgiczną podróż ku własnemu dzieciństwu, przenosi do swojej ojczyzny – pełnego kontrastów Meksyku. Odpowiedzialny za reżyserię, scenariusz oraz zdjęcia Cuarón gwarantuje widzowi wizualne doznania i ich poseansową kontemplację.

Przez „Romę” prowadzi nas główna bohaterka – Cleo. Skromna, nieśmiała służąca, która pracuje dla rodziny z klasy średniej. Wydarzenia rozgrywające się w jej życiu nadają tempa fabule, natomiast punkty kulminacyjne sprowadzają się do wydarzeń w Meksyku lat 70-tych. Reżyser portretuje meksykańską klasę średnią, stopniowo zacierając granice między bohaterami.

Cuarón stworzył obraz wyrafinowany, elegancki, estetyczny, kameralny, a jednocześnie z wielkim rozmachem. Emocjonalną podróż w głąb tragicznych wydarzeń narodowych połączył z jednostkową historią o kobietach. Cleo i jej pracodawczyni – Sofi, w sposób wyjątkowy i subtelny zbliżają się do siebie, odkrywając siebie na nowo.  Ich wspólny ból po utracie ukochanych mężczyzn (którzy sami odeszli) jednoczy je. Reżyser stworzył bohaterki, które emanują szczerością i autentyzmem, co najmocniej przejawia się w zdjęciach. Każdy kadr jest osobnym obrazem, który nacechowany jest wyjątkowością detali. Długie ujęcia kręcone jedną kamerą, 360-stopniowe panoramy i ogrom przestrzeni, ani na chwilę nie dają poczucia wyobcowania, choć takie ogranie miejsca sprawia, że film staje się enigmatyczny.

Monochromatyczne barwy, które zastosował reżyser dają wybrzmieć głębi i emocjom. Pomimo szerokości obrazu, reżyser skupia naszą uwagę na detalach i nawet w najbardziej prozaicznej czynności odnajduje piękno. Scena inicjalna, w której Cleo zmywa podłogę, a wylewana woda łączy się w artystyczną mozaikę, nakreśla styl i klimat filmu.

gigazine.net

Motyw roli kobiety i jej pozycji w społeczeństwie wybrzmiewa tak wyraźnie również dlatego, że Cuarón umieścił w swoim filmie niewielu mężczyzn. Powodują problemy, unikają odpowiedzialności, chowają się za papierosowym dymem w nowym samochodzie.

Historyczne tło filmu oddaje dynamiczną sytuację w Meksyku tamtego czasu. Postrzegany w szerszym kontekście film staje się szczerym wyrazem relacji międzyludzkich, gdzie nie ma narodowych i klasowych podziałów, a jedynie wzajemna akceptacja i bliskość. Z filmu emanuje szczera nadzieja budowania wspólnoty opartej na solidarności. Empatyczny i czysty wizualnie obraz to głęboki oddech i chwila analizy własnego wnętrza oraz próba odnalezienia indywidualnej wrażliwości.

Warto zwrócić uwagę na przewijający się w całym filmie motyw wody, która staje się symbolem oczyszczenia; najbardziej wymowny wyraz ma tutaj zarówno scena inicjalna, jak i końcowa. Początkowo Cleo tylko zmywa podłogę i mimo poczucia bliskości i akceptacji przez pracodawczynię oraz dzieci, cały czas jest jedynie służącą. Relacje Cleo oraz rodziny stają się jednak coraz silniejsze, by doprowadzić do niesamowicie emocjonującej sceny końcowej. Główna bohaterka przełamuje swoje lęki, zapomina o własnej sferze komfortu, biegnie w wzburzone morze pełne spienionych fal, by uratować dwoje ze swoich podopiecznych. Film w sposób wyjątkowy i nienachalny staje się obrazem o kobiecości, miłości, bólu, trudzie życia codziennego, a to wszystko w przepięknej estetyce.

culturewhisper.com

Kino zaangażowane, które przez skromność wyrazu daje przestrzeń do indywidualnej wędrówki. Dopieszczona estetyka, wrażliwość na szczegóły, kameralne i oszczędne środki wyrazu, ale bogactwo treści i symboliki składają się na poczucie wszechogarniającego piękna i siły, jaką ma kino.

grafika-glowna

Mały krok dla Damiena Chazelle, ale wielki w stronę Oscara

Uznanie widowni Damien Chazelle zyskał dzięki osławionymi już „La La Land” oraz „Whiplash”. Reżyser ten już jakiś czas temu wypracował sobie swój własny styl, można się więc było spodziewać, że najnowszy film będzie kolejnym dziełem muzycznym. Młody reżyser zdecydował się odbić w innym kierunku. „Pierwszy człowiek” przedstawia historie Neila Armstronga – pierwszego człowieka, który swój ślad zostawił na księżycu i nie jest to na pewno musical czy opera rockowa.

www.kino.krakow.pl

Można było się spodziewać patetycznej historii z podniosłą muzyką o genialności ludzkiego umysłu; o tym jak nasz gatunek jest wybitny, a właściwie – jak Amerykanie sprawili, że ludzkość stała się wielka. Końcowy efekt (na jego korzyść) okazuje się minimalistyczny, dogłębny i w pewien sposób metafizyczny. Film przedstawia irracjonalność podjętego przez NASA eksperymentu, ale i ukazuje siłę ludzkiej determinacji. W latach 60-tych technologia, doświadczenie i wiedza nie były na najbardziej zaawansowanym poziomie, a naukowcy i astronauci, mimo ogromnego ryzyka wierzyli, że uda im się spełnić ich kosmiczny sen. Chazelle dobrze oddaje nieprzemyślanie tych działań, zwłaszcza w scenach poświęconych próbom wzniesienia się poza atmosferę ziemską. Jednocześnie daje widzowi poczucie pasji i zaangażowania. Naukowcy z NASA przypominają małych chłopców, którzy bawią się na drzewie i za wszelką cenę chcą wejść na najwyższa gałąź, nie myśląc o tym, że mogą spaść, ani tym bardziej o tym w jaki sposób zejdą na ziemie. W historii tej najbardziej fascynująca i zastanawiająca zdaje się być kwestia, jak przy pomocy niewielu narzędzi zdołali oni obliczyć praktycznie niemożliwe założenia, a później wcielili je w życie.

www.wyborcza.pl

„Pierwszy człowiek” to minimalistyczny w swojej formie i obrazie hołd dla astronautów, którzy próbowali, ale ponieśli klęskę. Opowiadając historię Armstronga, reżyser daje widzowi poznać historie innych bohaterów, podkreślając, że na ogromny sukces w skali świata, złożyło się kilka istnień i na pewno nie był to sukces jednostkowy.

Ryan Gosling, który zazwyczaj nie próżnuje w przedstawianiu emocji, w roli spokojnego Neila Armstronga odnalazł się bardzo dobrze. Pierwszego człowieka na księżycu poznajemy od strony całkiem normalnego człowieka, który ma dom w uroczej dzielnicy z zielonym trawnikiem, piękną żonę i dzieci. Poza tym wszystkim Chazelle decyduje się oprzeć historię wielkiego astronauty na traumie po utracie ukochanej córeczki, a funkcjonowanie w kosmosie staje się próbą radzenia sobie z tragicznym doświadczeniem. 

Wielkie plany podbicia galaktyki zestawione zostają z scenami jedzeniem płatków na śniadanie, zabawą z dziećmi, podlewaniem trawnika czy kłótniami z żoną. Przesłanie o zwykłości Neila Armstronga wydaje się być szlachetne, niestety wątki melodramatyczne przeważają na tyle, że pod koniec mogą wydawać się sztuczne i przerysowane. Relacja z żoną Janet Shearon (Claire Foy) jest przedstawiona bardzo wyjątkowo i subtelnie. Okazuje się ona największym wsparciem we wszystkich trudnościach, a co najważniejsze -posiada własną osobowość i wyrazisty charakter (mimo umiejscowienia jej w domu, by opiekowała się dziećmi, gdy mąż podbija galaktykę). Gosling jest Armstrongiem nieco wycofanym, zamkniętym w sobie i właściwie bez emocji. Mimo różnic w wyglądzie fizjonomicznym, charakterowo jest to jednak kreacja wiarygodna.

www.multikino.pl

W „Pierwszym człowieku” wyróżniają się muzyka (Justin Hurwitz) oraz zdjęcia. Metafizyczne, z pierwiastkiem magii, ale jednocześnie minimalistyczne i chłodne. Kosmos nie jest przedstawiony jako rozgwieżdżona, lśniąca przestrzeń, ale jako ciemna pustka. Księżyc to szara, podziurawiona kula, a jednak wszystko to w swej prostocie staje się majestatyczne i dodatkowo podkreślone przez motywy muzyczne. Muzyka pozwala tej prostocie wybrzmieć.

„Pierwszy człowiek” nie jest najlepszym filmem Damiena Chazelle. To raczej niewielki podskok niż krok do przodu w jego karierze. Jednakże wątki melodramatyczne, podniosły temat oraz Ryan Gosling mogą zapowiadać, że Akademia Filmowa przyzna nominacje przynajmniej w kilku kategoriach. Miejmy nadzieje, że wyników „Pierwszego człowieka” nie przyćmi inny „Moonlight”.

kobiety-muzyki-grafika-glowna

Muzyczne królowe sceny

Muzyka dla wielu z nas stanowi nieodłączny element codzienności – wspiera nas w drodze do pracy, dodaje energii podczas treningu, gwarantuje świetną zabawę podczas przyjęć i imprez. Dla niektórych jest ona jednak czymś znacznie ważniejszym. Choć według badań ośrodka The Annenberg Inclusion Initiative kobiety stanowią rażącą mniejszość w światowym przemyśle muzycznym, nie oznacza to, że brakuje w nim wokalistek, dla których śpiewanie to nie tylko zawód, spływająca na nie sława i pieniądze, lecz prawdziwa pasja, powołanie i życiowa droga, którą zdecydowały się iść mimo przeszkód.

Edith Piaf

Francuska wokalistka, która otwiera nasze zestawienie, to niewątpliwie jedna z ikon muzyki. Słuchaczy hipnotyzowała nie tylko jej charyzmatyczna osobowość, ale też niebywały kontrast między drobną sylwetką a niskim, nieco chropowatym głosem. Będąc u szczytu kariery pomagała młodym piosenkarzom, ułatwiając im artystyczny start – trudne początki nie były jej obce, zaczynała bowiem od śpiewania na ulicy. Choć jej życie pełne było dramaturgii i dotkliwych zawodów miłosnych, zawsze było ono przepełnione muzyką, której wokalistka oddała się w całości.

Aretha Franklin

Niekwestionowana królowa soulu, która pozostawiła po sobie wiele legendarnych i ponadczasowych utworów i przyczyniła się do zwiększenia popularności tego gatunku muzycznego. Burzliwe życie osobiste nie przeszkodziło jej w osiągnięciu zawrotnej kariery, a wszelkie potknięcia szybko szły w zapomnienie, kiedy Aretha nagrywała kolejny genialny utwór, wpisując się tym samym na listę najwybitniejszych artystek wszech czasów.

Janis Joplin

Janis Joplin to niewątpliwie gwiazda, która zgasła za szybko. Nietuzinkowa, niezwykle charakterystyczna osobowość doskonale współgrała z tworzoną przez nią muzyką. Mimo że jej kariera trwała zaledwie kilka lat, nie przeszkodziło jej to w znalezieniu się na 46. miejscu w rankingu 100 Największych Artystów Wszech Czasów stworzonym w 2004 roku przez magazyn Rolling Stone. Przedwczesna śmierć pozbawiła nas możliwości cieszenia się jej niezwykłym talentem, jednak twórczość, którą po sobie pozostawiła, na stałe zapisała ją wśród klasyków psychodelicznego rocka.

Whitney Houston

Piękna, utalentowana i nieszczęśliwa. Historia życia wokalistki, podobnie jak wielu innych wybitnych artystów, naznaczona była samotnością, brakiem zrozumienia i uzależnieniami. Jej piosenki nie opuszczały list przebojów już od momentu debiutu w 1985 roku. Choć Whitney była kobietą kryjącą wiele tajemnic, jej ponadczasowa spuścizna czyni z niej artystkę, która będzie pamiętana przez pokolenia.

Mariah Carey

Mariah stale gości na okładkach plotkarskich czasopism, lubiących kreować ją na kapryśną diwę i celebrytkę. Być może właśnie dlatego zapominamy często o jej wybitnym talencie i przyprawiającym o dreszcze głosie, którego skala wynosi pięć oktaw. Autorka wielkich hitów i postać, której sława z pewnością nie przeminie wraz z końcem jej kariery.

grafika-glowna-1

Danse Macabre

Podobno wszystko już było. Nie ma dzisiaj takiego artysty, który wymyśliłby cokolwiek innowacyjnego. Na przestrzeni setek lat rozwoju muzyki, sztuki, kinematografii wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić. Nawet twierdzenie, że nie da się stworzyć czegoś nowego, bo wszystko już było, zostało w sztuce przerobione. W kinie mieliśmy już Hitchcocka, Polańskiego, „Drogę bez powrotu”, Tarantino, Kubricka, Nolana, Dolana, Finchera, „Krąg”…

A propos. Wielu dzisiejszych twórców postanawia sięgnąć po produkcje sprzed lat, aby przerobić je na swoją modłę. Wspomniany „Krąg” jest amerykańską wersją japońskiego dzieła. Szwedzki horror „Pozwól mi wejść” również doczekał się duplikatu. A tym razem po czyjś twór sięgnął Luca Guadagnino. I tak powstała tegoroczna „Suspiria”. 

Najnowszy film włoskiego reżysera to przeróbka słynnego horroru Daria Argienta o tym samym tytule (polska nazwa to ?Odgłosy?) z 1977 roku. Podobnie jak w oryginale, amerykańska baletnica przyjeżdża do słynnej Akademii, aby się w niej uczyć  (u Daria jest to wiedeńska szkoła, u Luci Guadagnino ? berlińska). Szybko okazuje się, że dzieją się w niej przedziwne i przerażające rzeczy. Szczególnie intrygujące jest zaginięcie Patricii ? dziewczyny, którą główna bohaterka Susanna ma zastąpić. Okazuje się, iż zaginiona była pacjentką miejscowego psychiatry, który pragnie dowiedzieć się prawdy o zaginięciu podpopiecznej.

źródło: filmweb.pl

Co się przytrafiło Patricii? Co kryją mury szkoły baletowej? Co odkryje lekarz? Kim tak naprawdę jest Susie ? amerykańską baletnicą z ogromnym talentem czy kimś innym odgrywającym dużo bardziej znaczącą rolę?

?Suspiria? jest filmem bardzo niejednoznacznym. Wywołuje szereg emocji ? od ciekawości przez obrzydzenie i niepokój, po strach i niedowierzanie. Z jednej strony jest wulgarna i przesadzona, innym razem ? głównie za sprawą scen tańca ? zmysłowa i intrygująca. Sama tajemnica i motyw sabatu czarownic bardzo wciągają i nie odpuszczają do samego końca.

Jeżeli zaś chodzi o postacie, najbardziej przyciągające są Madame Blanc (Tilda Swinton) oraz Susanne (Dakota Johnson). Ta druga gra według mnie bardzo szablonowo i bez emocji. Nie ma tego ?czegoś?. A Tilda zdecydowanie to ma.

źródło: filmweb.pl

Zdobyła ona rozgłos rolą Złej Czarownicy w ?Opowieściach z Narnii?, czyniąc ją na pewien sposób kultową. Jednak z takimi postaciami jest pewien problem ? widząc twarz aktora/aktorki, którzy ją odgrywają, najczęściej widzimy właśnie tę postać. Tak jest z Danielem Radcliffe?em, znanym głównie z roli Harry?ego Pottera ? ciężko aktorowi pozbyć się łatki ?czarodzieja z blizną?. Jego koleżanka, Emma Watson poradziła sobie z etykietką Hermiony, grając m.in. w ?Bling Ring?; przestając być ?grzeczną uczennicą w szkole magii?. Miley Cyrus też wzbudziła mnóstwo kontrowersji, zrywając z wizerunkiem dziewczynki Disneya i słynnej Hannah Montany. Przykłady można by mnożyć.

Z panią Swinton natomiast jest tak, iż widząc ją w pierwszej chwili, widzi się Złą Czarownicę. Ale wystarczy chwilę pośledzić jej postać na ekranie, by dostrzec kompletnie inne wcielenie. W tym przypadku ? bezwzględną, zimną, wyrachowaną Madame Blanc. Aktorka ma niebywały talent do odgrywania negatywnych postaci ? w ?Suspirii? dała tego kolejny popis.

źródło: filmweb.pl

Sam film jest pełen kontrastów i pozostawia mieszane uczucia. Dla mnie jest produkcją zrobioną z rozmachem i mającą w sobie pewien urok. Wiem, że nie każdemu się spodoba. Jednak, jeśli lubisz krwawe horrory, skomplikowane intrygi, sabaty czarownic, a przy tym szukasz czegoś nieoczywistego, to ?Suspiria? jest dla ciebie!

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved