Projekt bez tytułu (5)

Toczki filcowe – jaki wybrać?

Damskie nakrycia głowy to temat-rzeka. Mnogość fasonów, modeli, których wybór dyktuje nam okoliczność, pora roku czy własne upodobania, może onieśmielać. W dzisiejszych czasach trudno jednak o konkretne reguły, które dyktowałyby konieczność noszenia tych, a nie innych nakryć głowy, dlatego warto słuchać własnego głosu rozsądku i stylu i wybierać takie nakrycia, które najbardziej nam się podobają i które będą komfortowe. We współczesnym świecie nakryć głowy panuje całkowity liberalizm. To Ty decydujesz, jaki model nosisz na co dzień, a jaki na wielkie wyjścia. Warto być nieco przekornym w tym temacie i nie powielać ustalonych niegdyś zasad – eksperymenty modowe są jak najbardziej na czasie i świadczą o wyczuciu modowego stylu.

Jakie modele są najbardziej popularne?

Zarówno latem jak i zimą coraz więcej osób decyduje się na oryginalne, kolorowe lub po prostu praktyczne nakrycia głowy. Latem są to najczęściej bejsbolówki, noszone także do zwiewnych sukienek czy letnich garniturów, olbrzymie kapelusze dające cień nie tylko twarzy ale i ramionom, i dekoltowi. Jesień i zima to czas, w którym do głosu dochodzą dzianinowe czapki, ale także toczki czy kapelusze. Od kilku sezonów królują czapki z pomponami – zwłaszcza te robione ręcznie przyciągają wzrok i sprawiają, że stylizacja nabiera oryginalności. W tym sezonie modne są kolory ziemi: czerń, beże, zielenie, brązy doskonale uzupełnią zimowe stroje.

Na naszych ulicach modne stają się także kapelusze i toczki! Co warte zauważenia i odnotowania – fasony te wybierane są przez coraz młodsze kobiety. Należy skończyć z myśleniem i stereotypowym kojarzeniem tego rodzaju nakryć głowy ze starszymi, eleganckimi paniami. Kapelusze wełniane noszone do puchowych płaszczyków, skórzanych ramonesek i zwiewnych sukienek zawładnęły ulicą! To prawdziwy krzyk mody.

Toczki to nie tylko nakrycie głowy, które kojarzymy z dresscodem  stewardess czy nobliwych starszych pań w drodze do teatru.  Toczki filcowe w Hatfactory pokazują, że nawet młode osoby mogą sięgnąć po ten rodzaj nakrycia głowy i czuć się modnie i nadal młodo! Choć toczki bez wątpienia kojarzą nam się z modą lat 30. XX wieku, to niemal 100 lat później nadal sprawdzą się na wielkie wyjścia czy do codziennych stylizacji. Toczki filcowe są niezwykle kobiece i gustowne. Choć połączenie ich z futrem może grozić, że zwłaszcza osoba młoda będzie wyglądać jak „przebrana”, nie ubrana, to łącząc toczek, przewrotnie, z trenczem lub parką uzyskasz całkowicie modowy look. Toczek to doskonały wybór także na wielki wyjścia, zakładając go do eleganckiego płaszcza i butów na wysokim obcasie możesz być pewna, że niejedna osoba zwróci na Ciebie uwagę. Wybór tego rodzaju nakrycia głowy sprawdzi się podczas rodzinnych imprez – chrzty, śluby czy jubileusze wymagają nieco odświętnej stylizacji- toczek sam w sobie świadczy o dużej elegancji. Jeśli nie boisz się modowych szaleństw, wybierz toczek z dopinaną woalką/fascynatorem – zasłonięcie fragmentu twarzy uczyni Cię jeszcze bardziej tajemniczą i interesującą.

Toczek to także doskonały pomysł na prezent dla Twojej mamy, babci czy siostry. Synonim elegancji i modowego szyku z pewnością zachwyci wszystkie osoby dbające o swój wygląd. Duży wybór tego rodzaju nakryć głowy znajdziesz na hatfactory.pl.

carnival-3075912_1920

„Jasiu, tanga nikt nie zatańczy tak jak my”- Irena Kamińska-Radomska o karnawale dawniej i dziś

Dawniej nawet nie wypadało, żeby podczas balu mąż tańczył ze swoją żoną. Dzisiaj miałby niemały problem, gdyby przynajmniej nie zainicjował tańców, zapraszając żonę na parkiet. Kiedyś było również nie do pomyślenia, żeby po tańcu kobieta odprowadzała mężczyznę do stolika. Ale uwaga: dzisiaj pod tym względem nic się nie zmieniło. Gdyby było odwrotnie, takie zachowanie wprawiłoby niejednego dżentelmena w osłupienie. Chyba że przyjąłby to jako dobry żart. Odnośnie do istnienia dżentelmenów – nie ma co się obruszać i napuszać. Dżentelmeni istnieją, mają się dobrze i są nie mniej liczni na tym świecie niż damy.

Jednak w tych czasach nie mają zastosowania niektóre konwenanse, które miały sens przed nastaniem równouprawnia mężczyzn i kobiet. Przynajmniej w Polsce. Dzisiaj już dziwnie i archaicznie wygląda zachowanie mężczyzny, który prosząc do tańca kobietę, zwraca się nie do niej, tylko do mężczyzny. Można by to odebrać jako pozbawienie kobiet głosu i decyzyjności. Oczywiście ma to nadal sens, kiedy kobieta zaangażowana jest akurat w żywą dyskusję, a poproszenie do tańca mogłoby być wtargnięciem w sam środek jakiegoś wywodu.

Chociaż i ten argument słabo się broni, ponieważ przyjęcia i bale w czasie karnawału (i nie tylko) to nie czas na poważne dyskusje. Wynika z tego, że mężczyzna śmiało może podejść do kobiety, z którą chce zatańczyć i to bezpośrednio ją zaprosić na parkiet. Ewentualnie może kurtuazyjnie rzucić: „pozwoli pan…”, co bardziej odbieramy jako: „pozwoli pan, że przeszkodzę lub przerwę”.

Pewne zasady wynikające z różnicy płci pozostały jednak niezmienione. To mężczyzna/młodzieniec prosi do tańca. Ta inicjatywa pozostaje domeną męską. Oczywiście są wyjątki. Przede wszystkim w momencie, kiedy zapowiedziany jest biały walc, to tylko panie proszą panów do tańca. W tych czasach również poza tym wypadkiem kobieta może bez wahania poprosić bardzo dobrego znajomego na parkiet, kiedy w tym geście nie będzie żadnego nawet cienia narzucania się. Jeśli na przykład powie: „Jasiu, tanga nikt nie zatańczy tak jak my”, Jasiek natychmiast powinien zerwać się na równe nogi i zaprosić koleżankę na parkiet.

Czy można odmówić? Każdy wolny człowiek ma prawo odmówić – zarówno kobieta, jak i mężczyzna. Prawdziwa dama wie, kiedy i jak to zrobić. Z całą pewnością i stanowczością, choć grzecznie, odmawia mężczyźnie, u którego widoczne są oznaki nietrzeźwości. Tacy „tancerze” zaczynają się „przyklejać”, mamrotać głupstwa i tym samym kompromitować siebie i partnerkę. Żeby odmowa nie była zbyt bolesna, dobrze jest podać powód – zmęczenie albo jakąś inną niedyspozycję. Ten taniec niestety trzeba już pominąć, nawet gdyby za chwilę pojawił się wyśniony królewicz z bajki. Prawdziwa dama za żadną cenę nie straci godności, a królewicz, jeśli mu zależy, pojawi się jeszcze raz. 

IKR

Moda lat 20stych – czyli skąd się wzięły współczesne biustonosze i bielizna wyszczuplająca

Nastały lata 20-te i chociaż moda dzisiaj różni się znacznie od tej sprzed stu lat, to jest czasem zadziwiająco podobna.

Kto nie wie jak wyglądają „flapper girls“ albo nie widział wydarzeń w stylu „wielkiego Gatsbiego“?

Wszyscy znamy opaski z piórkami, ale czy tak naprawdę tylko frędzle i piórka królowały w latach 20-tych minionego wieku?

Moda z początku XX wieku, to nie tylko odzwierciedlenie trendów w sztuce, jakie wtedy panowały, ale także zmian społecznych i obyczajowych.

Czy każda kobieta w latach 20tych była „flapper girl“ i nosiła cekiny i frędzle?

Karolina Żebrowska na swoim kanale i fan page’u- Domowa Kostiumologia często walczy ze stereotypami dotyczącymi mody tego okresu, więc odsyłam Was tam już teraz, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej.

Poniżej przykład wycinanki, która rozdawana była w Krakowie vs wersja Karoliny.

Dzisiaj postaram się Wam trochę przybliżyć temat przez mniej spektakularną aczkolwiek nadal piękną modę codzienną.

Zacznijmy od bielizny i najbardziej kontrowersyjnego tematu, czyli gorsetu. Często mówi się, że w latach 20tych, rewolucja unicestwiła gorsety. Nie jest to prawdą. Duża rzesza kobiet ciągle nosiła te same gorsety, które modne były w poprzednich latach. Producenci szli z duchem czasu i wprowadzali do swojej oferty nowe modele, które chętnie wybierane były przede wszystkim przez młodsze kobiety.

Gorset nie zniknął a przeszedł transformację. Kształt, jaki miał nadawać sylwetce, nie miał na celu podkreślania krągłości, a spłaszczanie jej.

Dla bardziej wymagających klientek istniały modele, które składały się z podwójnego gorsetu: pierwsza warstwa miała na celu podniesienie brzucha, a druga warstwa wygładzenie całej sylwetki.

Takie modele zdecydowanie utrudniały poruszanie się.

Pod koniec dekady popularne były mniej drastyczne rozwiązania i zaczęto nosić pasy wyszczuplające, które służyły także za pas do pończoch oraz staniki, które dały początek biustonoszom, jakie znamy dzisiaj.

Kiedy już osiągnęłyśmy wymarzone kształty, mogłyśmy sięgnąć po odzież, która często oddawała piękno art deco.

Odzież kobieca miała obniżoną talię i była prosta w kroju (rozumiemy już teraz, dlaczego gorsety spłaszczały krągłości).

Poniżej znajdziecie przykłady stylizacji na każdą porę roku. Czy uda Was się znaleźć podobieństwa do współczesnego asortymentu, jaki widzimy na sklepowych wieszakach?

Co na większe wyjścia? Nie tylko cekiny, ale także aksamit, koronki, hafty i szyfon.

A co z dodatkami?

Oczywiście nakrycia głowy ciągle królowały tak na co dzień jak i na wielkie wyjścia, ale nie ograniczały się tylko do kapeluszy lub opasek z piórkiem.

Po raz kolejny widzimy w ich projektach wpływ art deco.

Torebki także były małymi dziełami sztuki.

Misternie naszywane koraliki i cekiny, piękne wzory, metalowe, siateczkowe cuda i malutkie torebeczki koktajlowe z biglami święciły triumfy.

Jak Wam się podoba ten styl? Czy myślicie, że ta dekada zainspiruje się jeszcze mocniej tym, co było sto lat temu, czy może futurystyczne projekty z lat 60tych lub 80tych w końcu wezmą górę nad praktyczną modą?

Jedno jest pewne: warto eksperymentować i szukać swojego własnego, unikalnego stylu i tego Wam życzę na ten nowy rok!

shutterstock_1316255549

Nie tylko Harry wybrał miłość – o rodzinnych dramatach Windsorów, które zaprowadziły Elżbietę na tron

Historia Windsorów, brytyjskiej rodziny królewskiej, jest pełna wzlotów i upadków. Władcy mieli stanowić moralny wzór do naśladowania, chronić podstawowe wartości i stać na straży tradycji, co – jak pokazuje historia – nie zawsze było łatwe do wykonania. Szczególnie ciężko zostali naznaczeni potomkowie króla Jerzego V ( dziadka królowej Elżbiety II). Pięciu braci i ich siostra nigdy nie doświadczyli rodzicielskiej czułości: swoich rodziców widywali rzadko i jedynie po to, by otrzymać naganę za niewłaściwe zachowanie. Król i królowa nie mogli publicznie okazywać żadnych emocji i uczuć, musieli zachowywać się dostojnie, tego wymagali także od swoich dzieci. Jerzy V prywatnie był człowiekiem nerwowym, wybuchowym, spiętym i apodyktycznym, jego żona Maria była małomówna i zamknięta w sobie. Żadne z nich nie dążyło do bliższych relacji z własnymi dziećmi. Król nie był zadowolony ze swoich potomków: synowie nie spełniali jego oczekiwań, odczuwał rozczarowanie, wstyd i frustrację z ich powodu. Dwaj starsi synowie, jako najbliżsi kandydaci do tronu, wychowywani byli bardzo surowo, młodsze rodzeństwo posiadało odrobinę więcej swobody. Los najbardziej doświadczył trzech braci: najstarszego Davida, drugiego z kolei Alberta i najmłodszego Jana. Ich życie pełne było tragicznych wydarzeń, które kiedyś ukrywane, dziś wychodzą na światło dzienne.

Edward Windsor (1894-1972), wuj Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Edward VIII, był najstarszym synem Jerzego V i Marii Teck. Król Jerzy nie lubił Davida (tego imienia używano prywatnie), uważał go za chłopca nieposłusznego i krnąbrnego, wymagającego silnej dyscypliny, wątpił w jego zdolności przywódcze i z niepokojem myślał o nim jako o następcy tronu. Książę w wieku 12 lat został wysłany do szkoły marynarki, a dwa lata później rozpoczął naukę w bazie morskiej w Dortmuth. Brał udział w działaniach wojennych, jego kompani zapamiętali go jako żołnierza o szalonej odwadze, który nie boi się śmierci. W wieku 17 lat zachorował na świnkę, którą przeszedł bardzo ciężko. Współcześni historycy podejrzewają, iż świnka wywołała u królewskiego syna zapalenie jąder i bezpłodność, które zaważyły na jego późniejszych wyborach życiowych. Książę do końca życia cieszył się młodzieńczym wyglądem, a jednocześnie określano go jako człowieka niedojrzałego i dziecinnego (co może być objawem zaburzeń hormonalnych), nigdy nie doczekał się potomstwa mimo licznych romansów i wieloletniego małżeństwa z amerykańską rozwódką Wallis Simpson. W obawie przed nadwagą jadł bardzo niewiele (w literaturze pojawiają się sugestie, iż książę cierpiał na anoreksję). Według opinii niektórych historyków Edward VIII abdykował nie tylko z powodu chęci poślubienia ukochanej, lecz także dlatego, iż będąc świadomym swojej bezpłodności nie chciał zostać królem, który nie jest w stanie zapewnić następcy tronu. Książę po swojej abdykacji został zmuszony do opuszczenia kraju, do końca życia utrzymywał się z renty wypłacanej przez królewską rodzinę i sprzedaży dóbr odziedziczonych po zmarłym ojcu. Sympatyzował z Adolfem Hitlerem i nazistami, prawdopodobnie ujawniał sekrety rządu brytyjskiego, dlatego został uznany za zdrajcę kraju. Jego brat, król Jerzy VI i bratanica, królowa Elżbieta II, nie chcieli kontaktować się z nim i nie wyrażali zgody na jego powrót. Zmarł w roku 1972 na raka krtani, który spowodowany był wieloletnim paleniem tytoniu i piciem alkoholu.

Albert Windsor (1895-1952), ojciec Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Jerzy VI, urodził się jako drugi syn króla Jerzego V. Bertie, jak nazywano go pieszczotliwie, okazał się dzieckiem chorowitym o słabej kondycji fizycznej i psychicznej. Był nieśmiały i lękliwy, często wybuchał płaczem. Przez całe życie męczyły go silne bóle żołądka, prawdopodobnie na tle nerwowym. Miał koślawe kolana, które leczono za pomocą niewygodnych i sprawiających ból szyn. Podczas nauki pisania okazało się, że jest leworęczny, co w tamtych czasach traktowane było jako choroba: biciem zmuszano Alberta do pisania prawą ręką. Okrutna dyscyplina oparta na karach fizycznych stosowana przez jego pierwszą niańkę oraz paniczny strach przed apodyktycznym ojcem wywołały u chłopca kolejny problem – jąkanie się. Albert miał duże trudności z pisaniem i wysławianiem się, osiągał kiepskie wyniki w nauce. Mimo to posłuszny, uległy i bojaźliwy Bertie był lepiej tolerowany przez ojca niż jego niezależny i zafascynowany nowoczesnością starszy brat. Młody Albert wsławił się jako dobry żołnierz, był odważny i opanowany, jednak jego problemy ze zdrowiem nie pozwoliły mu kontynuować kariery żołnierskiej. Był również człowiekiem konsekwentnym: Elżbietę Bowes-Lyon, w której się zakochał, trzykrotnie prosił o rękę i dopiero za trzecim razem został przyjęty. Elżbieta darzyła sympatią jego przebojowego brata Edwarda, jednak ten nie był zainteresowany ożenkiem. Albert i Elżbieta stworzyli ciche, ale spokojne i zgodne małżeństwo. Ambitna Elżbieta była głową domu, co nieśmiałemu Albertowi odpowiadało. Mimo traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa książę stał się czułym i troskliwym ojcem dla swoich córek. Królem Jerzym VI został po abdykacji swojego brata; pełnienie roli władcy przerażało go, ale czuł się zobowiązany wobec swojego kraju. Żona pomagała mu w publicznych wystąpieniach, zatrudniła dla niego logopedę, który pomagał królowi radzić sobie z jąkaniem pojawiającym się podczas silnego stresu (epizod ten stał się głównym wątkiem filmu „Jak zostać królem”). Palił bardzo dużo – papierosy miały go rozluźniać. Jerzy VI był władcą rozważnym, zasłynął aktem odwagi, gdy wraz z rodziną pozostał w zamku mimo wielokrotnego bombardowania przez nazistów. Zmarł na raka płuc i gardła, które były spowodowane nadużywaniem tytoniu.

Jan Windsor (1905-1919), oficjalnie książę Zjednoczonego Królestwa, urodził się jako najmłodsze, szóste dziecko królewskiej pary. Od chwili jego narodzin pieczę sprawowała nad nim czuła i łagodna niania Charlotte Bill, do której był bardzo przywiązany. Johnny, jak go nazywano, był chłopcem wesołym i pogodnym, uwielbiał zabawy ze starszym rodzeństwem i łatwo nawiązywał kontakty. Jego początkowa edukacja była dość swobodna: jako piąty syn był daleko w kolejce do tronu, dlatego nie przywiązywano większej wagi do jego zachowania. Niestety w wieku czterech lat pojawiły się u niego pierwsze napady padaczkowe, które z czasem nasiliły się, niszcząc jego zdrowie fizyczne i psychiczne. Dla rodziny królewskiej chore dziecko było powodem wstydu: w ówczesnych czasach medycyna stała na niskim poziomie i niemożliwe było jakiekolwiek leczenie, a za wszelkie choroby wrodzone potomka obwiniani byli rodzice. Książę Jan został wykluczony z życia rodzinnego: przestał brać udział w uroczystościach, nie pojawił się na koronacji swojego ojca, nie pozował już do fotografii rodzinnych, nie widywał swojego rodzeństwa. Nękany częstymi napadami Jan nie rozwijał się prawidłowo, nauka pisania i czytania przychodziła mu z dużym trudem, dlatego nie został wysłany do szkoły. Z czasem pojawiły się u niego objawy autyzmu: nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, niewiele mówił, lubił zabawy polegające na powtarzaniu tych samych czynności (np. wrzucanie monet do skarbonki). W roku 1916 jedenastoletni Jan został umieszczony wraz ze swoją ukochaną nianią Lalą na farmie w miejscowości Wolfarton, gdzie spędzał samotnie kolejne dni swojego życia. Oczywiście okoliczni mieszkańcy nie mieli świadomości tego, że chłopiec jest królewskim synem. Na farmę zapraszano niekiedy dziewczynkę cierpiącą na astmę, która pełniła rolę towarzysza zabaw chorego chłopca. Król i królowa odwiedzali syna zwykle raz w roku, jednak surowy ojciec i powściągliwa matka byli dla niego obcymi ludźmi. Jan zmarł w wyniku ciężkiego napadu padaczki w roku 1919, został pochowany podczas prywatnej ceremonii na lokalnym cmentarzu. Jego śmierć nie została odnotowana w królewskich dokumentach. Przez wiele lat historycy nie wiedzieli o istnieniu księcia Jana, dopiero współczesne badania rodziny królewskiej przywróciły pamięć o najmłodszym dziecku Jerzego V. Jego losy ukazuje film dokumentalny „Jan: tragiczny sekret Windsorów” oraz miniserial brytyjski „The Lost Prince”.

Troje pozostałych dzieci króla Jerzego V cieszyło się bardziej spokojnym życiem, choć i tutaj nie brakowało osobistych tragedii. Księżniczka Maria, jedyna córka Jerzego V, otrzymała edukację domową (w jej czasach nie istniały szkoły dla dziewcząt), wyszła za mąż w wieku 25 lat, doczekała się dwóch synów. Zajmowała się działalnością charytatywną, podczas wojny pracowała jako pielęgniarka. Zmarła w podeszłym wieku na zawał serca. Książę Henryk po zakończonej edukacji ożenił się i został ojcem dwóch synów. Pełnił funkcję gubernatora Australii, jednak nie udało mu się nawiązać dobrych relacji z mieszkańcami wyspy i został z tego stanowiska ostatecznie odwołany. Ciężko przeżył tragiczną śmierć swojego trzydziestoletniego syna w katastrofie lotniczej. Zmarł jako starszy człowiek. Książę Jerzy, podobnie jak jego bracia, służył w marynarce wojskowej. Ożenił się z księżniczką grecką, z którą doczekał się dwóch synów i córki. Zginął w wypadku lotniczym w wieku 40 lat, dwa miesiące po narodzinach swojego najmłodszego dziecka.

Monarchia brytyjska bardzo zmieniła się od czasów Jerzego V. Członkowie rodziny królewskiej mogą dziś kierować się głosem serca w wyborze małżonka, osobiście sprawują opiekę nad potomkami, a królewskie dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie traktowane są na równi ze swoimi rówieśnikami. Królewska etykieta obowiązuje członków rodziny jedynie podczas oficjalnych uroczystości, natomiast w swoim prywatnym czasie mogą zachowywać się swobodnie. Czasy upiornych nianiek, wzbudzających grozę ojców i surowej dyscypliny monarchia brytyjska ma już, na szczęście, za sobą.

Literatura:

Marcus Kiggell, Denys Blakeway: The Queen’s Story, Headline Book Publishing 2002

Iwona Kienzler: Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, Wydawnictwo Lira 2019

Matthew Glencross, Judith Rowbotham, Michael D. Kandiah: Windsor Dynasty. 1910 to the Present, Palgrave Macmillan 2016

dorothy-day-2

Czy amerykańska feministka i komunistka zostanie „świętą naszych czasów”? – Dorothy Day

Uważana za jedną z najciekawszych kobiet XX wieku. Porównywana do Gandhiego. W młodości doświadczyła aborcji i małżeństwa-pomyłki. By zrozumieć, czym jest głód i bezdomność, żywiła się tylko solonymi orzeszkami i pomieszkiwała na lodowatym poddaszu. Najpierw obracała się w kręgu artystycznej bohemy, potem żarliwie zaczęła należeć do Boga.

Młoda i gniewna

Urodziła się 8 listopada 1897 roku w Brooklynie (Nowy Jork) w stosunkowo zamożnej rodzinie protestanckiej. Była trzecim z piątki dzieci Johna i Grace. W wieku 16 lat skończyła liceum i otrzymała stypendium na Uniwerytecie w Illinois. Zaczęła wtedy swoją dziennikarską działalność. Wstąpiła do Partii Socjalistycznej. Wyznawała pogląd, że religia to opium dla ludu. Zniechęcała ją hipokryzja i materializm wielu ludzi uważających się za dobrych chrześcijan.

W 1916 roku porzuciła edukację i wróciła do rodzinnego miasta. Zafascynowana życiem najbiedniejszych, obsesyjnie przemierzała najgorsze dzielnice Nowego Jorku, by przyglądać się życiu bezdomnych, głodnych i chorych. Została zatrudniona w socjalistycznej gazecie „New York Call” jako reporterka. Z czasem zaczęła też pisywać do magazynów feministycznych The Masses i The Liberator o socjalizmie i feminizmie. Była gorącą zwolenniczką prawa wyborczego kobiet, które czynnie manifestowała. Jej kariera zaczęła nabierać tempa. Dla dziennika „The Call” przeprowadziła nawet wywiad z Lwem Trockim!

W 1917 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Jako zdeklarowana pacyfistka Dorothy nie mogła odpuścić i tej kwestii. Wraz z innymi sufrażystkami, które swoją kampanię na rzecz uzyskania przez kobiety praw wyborczych nazwały Silent Sentinels, zaczęła pikietować pod Białym Domem. Kobiety zostały aresztowane i skazane na 30 dni. Dorothy odsiedziała 15 dni, podczas których zdążyła jeszcze wziąć udział w strajku głodowym. Nowojorskie feministki chciały w ten sposób uzyskać status więźni politycznych. Zarzucono im, że jako kobiety oczywiście tylko mówią zamiast naprawdę pracować na rzecz innych. Dorothy do tego stopnia oburzyła się tego rodzaju pomówiniami, że zaraz po wyjściu z aresztu zatrudniła się w szpitalu.

źródło: thoughtco.com

Zawirowania

Ta decyzja doprowadziła ją do trudnych doświadczeń i wyborów. W szpitalu poznała bowiem Lionela Moisego, uroczego awanturnika, swojego pierwszego kochanka, w którym zakochała się równie żarliwie jak w komunizmie. Zaszła w ciążę. Bała się, że Lionel ją zostawi. Mówi się, że to za jego namową w końcu dokonała aborcji. Zostawił ją zaraz po zabiegu. Stać go było tylko na pożegnalny list. Paradoksalnie, ten wielki ideowiec, który twierdził, że „idea doskonałej miłości wyklucza posiadanie dzieci”, życzył jej, by wyszła za mąż za jakiegoś bogacza. Dokładnie tak zrobiła.

W 1921 roku wyszła za mąż za zamożego wydawcę, Berkeleya Tobey’a, z którym wyjechała do Europy. Nie było to jednak szczęśliwe małżeństwo. Dorothy zakończyła je po roku. Po powrocie poznała Forstera Battinghama, biologa, kolejnego szalonego idealistę, który instytucję rodziny uważał za przeżytek. W 1924 roku zamieszkała z nim z jego rustykalnym domku na plaży w Staten Island. Tam zaczęła się modlić i uprawiać rosarium, w którym miała figurę Matki Boskiej. W wieku 30 lat zaszła w kolejną ciążę. Urodziła córkę, Tamar, którą ochrzciła. Sama przyjęła chrzest w 1927 roku. Forster, zatwardziały ateista, nie mógł pogodzić się z tym, że dla Dorothy wiara katolicka zaczęła stawać się czymś fundamentalnym w codziennym życiu. Para rozstała się, jednak dla Dorothy nie był to już taki cios jak za pierwszym razem.

Nawracanie siebie i innych

Powróciła do dokładnie takich samych aktywności jak za czasów młodości, tylko że tym razem protestowała, pisała i agitowała na rzecz katolicyzmu. Oddała się swojej wierze w tak samo gorliwy sposób jak wcześniej feminizmowi i komunizmowi. Do końca życia codziennie uczęszczała we Mszy Świętej. W soboty brała udział w adoracji i nabożeństwie dziękczynnym. W każdej wolnej chwili rozważała Pismo Święte. Szczególnie lubiła lektury pism św. Teresy z Avili. Katolicyzm wiązał się dla niej z aktywnym działaniem. Dlatego nie mogła pogodzić się z tym, że podczas szalejącego Wielkiego Kryzysu Kościół nie spełniał swojego ewangelicznego zadania.

Na szczęście zrządzeniem losu poznała emigranta z Francji, Petera Maurina, samouka, wizjonera i filozofa. Obydwoje mówili potem, że modlili się o znalezienie bratniej duszy i trafili na siebie. Założyli wspólnie miesięcznik, „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik), którego pierwszy numer ukazał się 1 maja 1933 roku w nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy po cencie za sztukę.

źródło: Universty of Michigan Library Digital Collections

Pismo zaczęło cieszyć się uzananiem i poczytnością, dlatego że nie był to zwykły katolicki miesięcznik. Obok tekstów piętnujących wyzyskujący robotników kapitalizm drukowano na przykład wiersze prześmiewające bogactwo biskupów. Wokół pisma zaczęli gromadzić się wolontariusze. Zalążkiem zapoczątkowanego chwilę później ruchu społecznego o tej samej nazwie jak gazeta, było mieszkanie Dorothy przy Piętnastej Ulicy. Organizowano tam wieczorne modlitwy, kolacje dla bezdomnych oraz dyskusje filozoficzne. W przeddzień wybuchu II wojny światowej „The Catholic Worker” sprzedawał się w 150 tysiącach egzemplarzy, a w 1937 r. dom Doroty w Nowym Jorku wydawał obiady dla 400 osób dziennie!

W stronę świętości

Dorothy nieprzerwanie pisała i brała udział w protestach przeciw wojnom, za co w latach 1917-1973 wielokrotnie trafiała do więzienia.Organizowała demonstracje przeciw prześladowaniom Żydów w hitlerowskich Niemczech i nawoływała, by Ameryka przyjmowała uchodźców, co było poglądem zdecydowanie niepopoluarnym i przysporzyło jej wiele problemów. W latach 50-tych trafiła do więzienia za ignorowanie ćwiczeń na wypadek ataku atomowego, a w latach 60-tych wystąpiła przeciw wojnie w Wietnamie. Organizowała demonstracje przeciw interwencji w Indochinach i w czasie II soboru watykańskiego głodowała z grupą kobiet w intencji potępienia przez sobór wszelkiej wojny.

Do organizowanej i zarządzanej przez nią wspólnoty zaczęły napływać dary. Dzięki nim otwierano coraz to nowe domy pomocy ubogim i głodującym. Pod koniec lat 30-tych w całych Stanach było już ponad trzydzieści takich ośrodkόw. Dzisiaj jest ich 130 i kilka w innych krajach. Wraz z Peterem odważyła się na kolejny krok, po domach pomocy zaczęła organizować samowystarczalne farmy na amerykańskich wsiach.

Peter Maurin podczas prac na farmie św. Izydora w Aitkin, w Minnesocie w 1941 roku.
źródło: Courtesy of the Department of Special Collections and University Archives, Marquette University Libraries, fot. Mary Humphrey

W listopadzie 1965 roku doszło do największej tragedii w historii jej ruchu. Podczas jednego z protestów grupa współpracowników Day paliła karty powołania do wojska. Ktoś w tłumie nagle zakrzyknął: „Spalcie siebie, a nie karty!”. Nie wiadomo, czy Roger LaPorte, członek wspólnoty, uznał to za wyzwanie czy współnotowe zawezwanie do czynu. Oblał się benzyną i podpalił. Zmarł w szpitalu.

Dorothy Day dobrze znała się z Matką Teresą, ale miała też wielu wrogów i przeciwników. Jako feministka nigdy nie zyskała sympatii radykalnych feministek. Niektóre grupy katolików potępiały ją za bezkompromisowy pacyfizm i niezbyt lubiły za podkreślanie wagi dobrowolnego ubóstwa. Jeszcze w latach 30-tych stała się osobistym wrogiem wpływowego kaznodziei, ojca Charlesa Coughlina.

Zmarła 29 listopada 1980 roku. Swoje życie opisała w powieści „The Eleventh Virgin” (Jedenasta dziewica), którą wydała drukiem w 1924 roku, i w której szczególnie podkreślała, że aborcja odcisnęła duże piętno na jej życiu.

“Myślałam,że jestem wolną i wyemancypowaną młodą kobietą i odkryłam,że wcale tak nie jest. Wolność to modna kreacja, pułapka, w którą my kobiety staramy się schwytać mężczyznę na którym nam zależy”.

rozmowa z seksuologiem

Problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że kobiety nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym

Wywiad z Joanną Niedzielą, seksuolożką, psycholożką, autorką bloga „Seksuolog bez tabu”

Trudno wymyślić dziś ciekawe, nieoklepane, owiane opinią tabu pytanie do seksuologa! Wychodzi pełno książek o takiej tematyce, mamy pełno przeróżnych artykułów na ogólne i szczegółowe tematy dotyczące seksu, pojawiły się naprawdę dobre blogi i strony prowadzone przez seksuologów i edukatorów seksualnych. Dlatego trochę na przekór i na odwrót zapytam: jakie pytanie Pani zadałaby seksuologowi?

Rzeczywiście wiele pytań się powtarza, dlatego zamiast zadawać kolejne, chciałabym zwrócić uwagę na kwestię patologizacji seksualności czy straszenia nią. Szczególnie mam tu na myśli seksualność kobiet, która postrzegana jest głównie przez pryzmat trudności, dysfunkcji, nakazów czy męskich potrzeb. Niewiele mówi się o rozwijaniu tej sfery życia, czerpaniu z niej przyjemności, cieszenia się nią. W konsekwencji wiele kobiet obawia się, że to, czego doświadczają czy co przeżywają, nie mieści się w normie, że coś jest z nimi nie tak. 

Naprawdę? A to ciekawe, bo ja powiedziałabym zupełnie co innego – że współczesne młode, ale i te dojrzałe, wykształcone kobiety wiedzą czego chcą, a przynajmniej doskonale wiedzą, czego nie chcą, co im się nie podoba. Zaczynają jasno mówić o swoich pragnieniach, fantazjach, są w sferze seksualnej bardzo czynne, a jeżeli mają jakieś problemy, odczuwają dysfunkcje, to od razu szukają rozwiązania – czy to w internecie, czy w książkach czy u specjalisty?

Myślę, że taki obraz rzeczywistości kreują media – obraz kobiety mającej nieziemskie orgazmy przy każdym zbliżeniu, zdrowej, wysportowanej, zawsze seksownie ubranej i wiedzącej czego chce. Tymczasem większość kobiet nie jest w stanie zbliżyć się do tego sztucznie wykreowanego ideału, co wpędza je w kompleksy. Powszechne podczas konsultacji są takie zdania jak: „chciałabym mieć orgazmy jak każda normalna kobieta” albo „kochać się tak często jak wszyscy”. To bardzo ogólne stwierdzenia, bo nie wiemy, co to dokładnie znaczy dla tej osoby. Ale to nie bierze się znikąd – to właśnie wrażenia zaczerpnięte z mediów o tym, jak “powinno” wyglądać życie seksualne większości kobiet. 

Czy Polki w porównaniu do innych Europejek są dobrze wyedukowane seksualnie? Podobno jest tak, że Polki dużo wiedzą na temat seksu, ale to i tak nie sprawia, że doznają większej i częstszej satysfakcji w łóżku?

Nie chcę się wypowiadać na temat innych krajów europejskich, mogę jednak powiedzieć, jak to wygląda w przypadku Polek, które zgłaszają się do mnie na konsultacje seksuologiczne. W bardzo wielu przypadkach nieodłącznym jej elementem jest właśnie edukacja seksualna. Bardzo często polega ona np. na wyjaśnieniu jaka jest różnica między pożądaniem responsywnym (charakteryzującym przeważającą część kobiet) a pożądaniem spontanicznym. To pomaga wielu paniom zrozumieć (i odczuć ulgę), dlaczego nie inicjują seksu z same siebie – o co często obwiniają je partnerzy, twierdząc, że są oziębłe. Nierzadko pojawia się także temat orgazmu. Tu z kolei rozmawiamy o konieczności nauki jego doświadczania (np. podczas treningu masturbacyjnego), a także o tym, że kluczową rolę w drodze na szczyt odgrywa stymulacja łechtaczki a nie pochwy. Warto wiedzieć, że podczas penetracji regularnie szczytuje niewielki procent kobiet – i jest to normalne. Myślę, że w ogóle kluczową sprawą jest zmiana tego, jak postrzegamy seks. Seks to nie tylko stosunek waginalny – warto czasem z niego zrezygnować, aby poszerzyć seksualne horyzonty i doświadczyć czegoś nowego. Odpowiadając na Pani pytanie – widzę ogromne braki w edukacji seksualnej kobiet, ale także mężczyzn. Dlatego gorąco apeluję – sięgnijmy chociaż po jedną książkę na temat seksualności. To bardzo często wystarcza, aby zrozumieć, czego doświadczamy czy rozwiać nasze obawy i wątpliwości. Nie bójmy się też zgłaszać po pomoc do specjalistów.

Interesujące to naukowo brzmiące określenie: pożądanie responsywne. Opowiedzmy o nim nieco więcej, skoro charakteryzuje przeważającą część kobiet.

Terapeutka seksualna dr Christine Hyde, wyjaśniając, czym jest pożądanie responsywne, użyła analogii z otrzymaniem zaproszenia na imprezę. Kiedy zaprasza nas dobra przyjaciółka, zazwyczaj takie zaproszenie akceptujemy bez większego namysłu. Jednak im bliżej do imprezy, niekoniecznie mamy na nią ochotę – musimy się przecież ładnie ubrać, umalować, dojechać tam, znaleźć opiekunkę do dziecka… Ostatecznie mimo wszystko postanawiamy wybrać się na imprezę, bo przecież to nasza dobra przyjaciółka. I co się okazuje? Że świetnie się na niej bawimy. Podobnie jest z pożądaniem responsywnym. Kobieta nabiera ochoty na seks, wraz z pogłębianiem się zaangażowania w stosunek zainicjowany przez partnera/kę, mimo że wcześniej sama z siebie nie odczuwała na niego ochoty. Nie mam tu jednak na myśli zmuszania się do seksu, to zupełnie co innego. W bardzo wielu przypadkach, w których kobiety zgłaszają się do mnie z powodu obniżonej ochoty na seks, okazuje się, że problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym. Mają do siebie pretensje, że nigdy nie inicjują seksu samodzielnie, bo nie czują takiej potrzeby. Okazuje się jednak, że ten seks sprawia im przyjemność i się w niego angażują, gdy zainicjuje go druga osoba. Dlatego tak ważna jest komunikacja w związku. Warto też podkreślić, że oba rodzaje pożądania są jak najbardziej zdrowe i normalne. 

Problem właśnie tylko z tym, że zdecydowana większość badanych w przeróżnych ankietach chciałaby, aby to ta druga strona była bardziej pomysłowa i to ona inicjowała nowości w łóżku. Więc mamy mały impas – my nie inicjujemy, a chcemy, żeby inicjował nasz partner, tylko on może oczekiwać tego od nas… Co wtedy? Próbujemy się przełamać?

Głównym problemem wielu par jest brak komunikacji w sferze seksualnej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest powszechne przekonanie, że o seksie się nie rozmawia, tylko się go uprawia. Znaczenie ma jednak także wstyd, obawa przed tym, jak odbierze nas druga osoba i co o nas pomyśli, a także brak pomysłu jak taką rozmowę w ogóle zacząć. Komunikacja jest jednak podstawą satysfakcjonującego życia seksualnego. To właśnie dzięki niej mamy szansę uzgodnić, kto inicjuje seks w związku i z czego to wynika. Brak rozmowy prowadzi do wielu nieporozumień, bo np. mężczyzna może pomyśleć, że skoro partnerka nie inicjuje, to pewnie jest oziębła, a ona z kolei, że skoro on nie inicjuje, to pewnie nie jest już dla niego atrakcyjna… W odpowiedzi na liczne pytania moich czytelników, obserwatorów w social mediach, jak i klientów na temat tego, jak o seksie rozmawiać, stworzyłam narzędzie, które takie rozmowy ma ułatwić. Jest nim Seksomównik – zbiór haseł, dzięki którym mamy możliwość porozmawiać na wiele istotnych tematów dotyczących życia intymnego. 

Wychodzi na to, że jak zwykle kobiety mają w życiu trudniej, nawet jeżeli chodzi o tak podstawowe odruchy, mechanizmy, o tak podstawową sferę jak seksualność. Nawet jeżeli idzie o orgazm  – u mężczyzn to coś wrodzonego, naturalnego, a kobiety muszą się go nauczyć…

To prawda, męski orgazm jest zjawiskiem fizjologicznym zazwyczaj pojawiającym się w momencie wytrysku (orgazm i wytrysk nie zawsze jednak idą ze sobą w parze). Kobiety natomiast, tak jak już mówiłam, muszą nauczyć się go doświadczać. Warto jednak zaznaczyć, że panie mają za to większe predyspozycje fizjologiczne, aby po jednym orgazmie osiągnąć w krótkim czasie kolejny (lub nawet kilka) – apetyt rośnie u nich w miarę jedzenia. Wracając do nauki szczytowania – nie jest ono możliwe bez poznania swojego ciała i jego reakcji, tego jaki rodzaj dotyku sprawia nam przyjemność, gdzie są nasze strefy erogenne, czy warunków, które mu sprzyjają. Bardzo ważna jest także umiejętność zatracenia się w chwili obecnej, odpuszczenie ciągłej kontroli, poddanie się doświadczanej przyjemności, bycie w kontakcie z ciałem. Warto także wiedzieć, że dużo częściej do orgazmu prowadzi stymulacja łechtaczki, a nie pochwy. Przez długi czas uważano, głównie za sprawą Freuda, że orgazmy łechtaczkowe są niedojrzałe czy po prostu gorsze. Jest tu zupełna nieprawda. Orgazm jest jeden, różne są natomiast drogi jego osiągania – żadna nie jest lepsza, ani gorsza. Na szczyt może zaprowadzić nas nawet sama wyobraźnia. 

Przeglądałam niektóre statystyki większość Polek deklaruje zadowolenie z seksualnych doznań, ale realnie okazuje się, że ponad połowa z nich udaje orgazm albo żeby skrócić nudny stosunek, albo nie urazić partnera?

Kobieca seksualność często postrzegana jest z perspektywy męskich potrzeb. Wiele pań nie domaga się zaspokojenia ich własnych (np. doprowadzenia ich do orgazmu oralnie, dłonią czy wibratorem, jeśli partner osiągnął orgazm wcześniej), bo nie mówi się głośno o tym, że mają do tego takie same prawo jak mężczyźni. W ankiecie, którą przeprowadziłam na moim instagramowym profilu (@seksuologbeztabu), do udawania orgazmu przyznały się 1223 osoby, a zaprzeczyło 1168. Wynika z tego, to co Pani powiedziała, że połowa (51%) kobiet chociaż raz w życiu z jakiegoś powodu symulowała szczytowanie. Spytałam także o powody, dla których panie to robiły. I rzeczywiście pojawiły się wśród nich takie odpowiedzi, jak chęć skrócenia nudnego stosunku czy nagrodzenie starań partnera. Dla mnie te dane są zatrważające. Według moich obserwacji przyczyną wielu trudności u kobiet w sferze seksualnej jest to, że nie potrafią zauważyć w niej źródła przyjemności. Jest ona głównie postrzegana jako (nierzadko przykry) obowiązek. A przecież seks powinien być zabawą, okazją do poznania siebie, odkrywania swoich potrzeb, doznawania rozkoszy – czy to podczas sesji samomiłości, czy igraszek z partnerem. Zmuszanie się do seksu może mieć wiele negatywnych konsekwencji – problemy z libido, obniżenie nastroju, pochwica, pogorszenie relacji partnerskiej itd. A przede wszystkim odbieramy sobie w ten sposób prawo do przyjemności.

Tylko 13% Polek praktykuje seks oralny? Dlaczego tylko co dziesiąta z nas?

Uprawianie seksu oralnego nie jest obowiązkiem – nie każdemu musi się on podobać i nie ma w tym nic złego. Jeśli tak jest, warto znaleźć inne techniki seksualne, które odpowiadają obydwu stronom zaangażowanym w relację intymną. Czasem się jednak zdarza, że niechęć do seksu oralnego wynika z niewiedzy na temat miłości francuskiej czy pewnych obaw z nią związanych. Myślę, że z jednej strony powodem może być to, że seks oralny przez długi czas uważany był za zboczenie czy grzech. Dla wielu kobiet nie do przyjęcia jest też pozycja, w jakiej dają rozkosz partnerowi. Klęczenie u stóp drugiej osoby kojarzy im się z uległością, poniżeniem czy wręcz odbiera im podmiotowość. Panie często mają też trudność z tym, aby w pełni oddać się drugiej osobie i być biorcą przyjemność. Często hamuje je obawa przed tym, czy aby na pewno dobrze pachną i smakują. Nierzadko wstydzą się swoich wagin i ich wydzielin, nie akceptują ich wyglądu. Ale problemem bywa także higiena drugiej osoby. Przede wszystkim warto zauważyć, że seks oralny jest techniką niezwykle intymną – można nawet pokusić się o stwierdzenie, że bardziej intymną niż penetracja. Z pewnością wymaga on otwarcia się na drugą osobę, zaufania do niej, poczucia bezpieczeństwa. Często nie jest to możliwe do osiągnięcia, gdy relacja między partnerami jest zaburzona. 

Mam wrażenie, że to jedna z najczęstszych sytuacji-problemów dla kobiet: „Kocham swojego mężczyznę, on mnie też. Czuję się przy nim bezpieczna, ufam mu, nie wstydzę się go. On w łóżku bardzo się stara (osiągając satysfakcję), zresztą ja też (już orgazmu nie osiągając). Doczytuję, dopytuję, edukuję się, próbujemy różnych pozycji, zmian tempa itd. Fizycznie jestem zdrowa. Na co dzień świetnie się dogadujemy. I dalej nic, nie jestem w stanie osiągnąć orgazmu”. Co się dzieje, jak zaradzić?

Po pierwsze należałoby poznać cały kontekst tej sytuacji. Takie stwierdzenia jak „stara się” czy „dogadują się” są bardzo ogólne. Para może się dogadywać na podstawowym poziomie codziennego funkcjonowania, jednocześnie nie rozmawiając ze sobą o swoich potrzebach, emocjach, pragnieniach. Nie wiemy też jak ich zbliżenia faktycznie wyglądają. Czy ich kluczowym elementem jest penetracja, czy sięgają też po inne techniki sztuki miłosnej, czy kobieta jest wystarczająco rozbudzona, czy jest w stanie oddać się chwili obecnej… Kolejnym pytaniem jest, czy kobieta nie osiąga orgazmu jedynie podczas seksu partnerowanego, czy także podczas samomiłości. Ważne jest także to, co robi na rzecz swojego orgazmu podczas zbliżenia z partnerem. A może robić wiele – np. pokazać drugiej osobie, jaki rodzaj dotyku jest dla niej przyjemny, sięgnąć po gadżety, doprowadzić się do orgazmu sama, czy stymulować samodzielnie łechtaczkę, gdy partner ją penetruje. Warto także wyzbyć się myślenia, że bez orgazmu seks nie jest satysfakcjonujący. Seks bardzo często jest źródłem szczęścia i spełnienia – pozwala zaspokoić potrzebę bliskości, pogłębić więź z druga osobą czy być formą relaksu. Paradoksalnie, gdy kobieta przestanie usilnie dążyć do orgazmu, ma szansę pozwolić rozkoszy na zawładnięcie jej ciałem, a w konsekwencji osiągnąć szczyt. 

Trzy największe mity na temat seksu, w które uparcie wierzą Polacy?

Pierwszym takim mitem jest przekonanie, że penetracja jest głównym i nieodłącznym elementem seksu. Takie myślenie, które jest oczywiście błędne, bo seks to cały wachlarz różnych technik i aktywności, może mieć wiele negatywnych konsekwencji. Jedną z nich jest pojawienie się różnych dysfunkcji seksualnych – np. pochwicy (skurcz mięśni uniemożliwiający odbycie stosunku) czy zaburzeń erekcji. Warto czasem z penetracji zrezygnować, aby odkryć nowe seksualne horyzonty. Zaprzestanie traktowania jej jako dania głównego zdejmuje też z wielu mężczyzn presję związaną z koniecznością sprawdzenia się. Drugim mitem, o którym warto wspomnieć, jest przekonanie, że seks czasem boli. Jeśli jakiś rodzaj seksu jest bolesny koniecznie zgłośmy się na konsultację lekarską! Seks powinien dostarczać przyjemności a nie cierpienia. Trzecim mitem jest myślenie, że seks musi zakończyć się orgazmem (mam tu na myśli szczególnie orgazm kobiecy), aby był satysfakcjonujący – o czym zdążyłam już powiedzieć. Dlatego dodam jeszcze czwarty mit, w który często wierzymy. Jest nim przekonanie, że mężczyźni mają zawsze ochotę na seks, co oczywiście nie jest prawdą. 

A czego większość kobiet nie wie na temat męskiej seksualności, choć zdecydowanie powinna?

Tego, że trudności z osiągnięciem erekcji są sygnałem ostrzegawczym, że mężczyzna może mieć jakieś problemy ze zdrowiem. Zaburzenia wzwodu (szczególnie wtedy, gdy brak jest porannych erekcji, jak i erekcji podczas masturbacji) nawet o wiele lat mogą wyprzedzać pojawienie się choroby układu krążenia. Dlatego powinny skłaniać do wizyty u specjalisty. Na trudności z uzyskaniem erekcji może mieć także wpływ styl życia – brak aktywności fizycznej, niezrównoważona dieta, stres, przemęczenie, sięganie po używki. 

W jednym z artykułów na swoim blogu pisze Pani o seksualnym self-care? Cóż to takiego i dlaczego warto się tym terminem zainteresować?

Seksualne self-care to czynności, które wykonujemy po to, aby zatroszczyć się o sferę seksualną, a w konsekwencji, by dobrze się z nią czuć. Chodzi tu przede wszystkim o działania, które podejmujemy dla przyjemności, a nie z poczucia obowiązku czy przymusu. Dla każdego z nas będzie to oczywiście coś odmiennego, ponieważ na dobre samopoczucie nie ma uniwersalnej recepty. Jedną z takich czynności może być samomiłość, którą warto potraktować jako randkę z samym sobą. Dzięki niej możemy skupić się jedynie na własnej przyjemności i o nią zatroszczyć – np. znajdując różne sposoby jej doświadczania. 

Podobno w większości badań na temat fantazji seksualnych europejskich kobiet zawsze w pierwszej 5-tce pojawiają się fantazje homoseksualne. Czy to „normalne”, że wiele kobiet heteroseksualnych  fantazjuje o innych kobietach?

Oczywiście! Fantazje erotyczne to zupełnie normalna część naszego życia seksualnego. Są wytworem naszej wyobraźni, który nas podnieca i stymuluje. A ponieważ dzieją się w głowie – stanowią bezpieczną przestrzeń do eksploracji swojej seksualności. Warto podkreślić, że nie podlegają one wartościowaniu – nie ma lepszych, ani gorszych fantazji. Nie zawsze muszą być one odbiciem ukrytych pragnień czy deficytów. Wiele osób nie chce też wcale realizować ich w rzeczywistości – i jest to zupełnie naturalne. 

Bardzo dziękuję za pouczające słowa!

Olga Boznańska w swojej pracowni

Olga Boznańska – królowa zagraconej pracowni czy rozchwiana emocjonalnie melancholiczka?

Pół-Polka, pół-Francuska. Ekscentryczna mademoiselle de Boznańska nigdy nie wyszła za mąż, choć jej legenda osnuta jest wokół niespełnionych miłości. Sławny oryginał, który całe życie poświęcił sztuce. Otoczona psami, „hodująca” myszy i szczury, rozdarta pomiędzy Kraków i Paryż. Na czym polegał fenomen Boznańskiej?

Urodziła się 15 kwietnia 1865 roku w stosunkowo zamożnej rodzinie zamieszkującej w Krakowie. Ojciec był posiadaczem ziemskim i inżynierem z wykształcenia; matka, Francuzka, Eugenia Mondan, dyplomowana nauczycielka, przyjechała do Galicji nauczać francuskiego. Mieli dwójkę córek. Starsza, panna Olinka, została sławną na całą Europę starą panną-malarką, młodsza, Izabela, o chorobliwie bladej cerze i nieobecnym spojrzeniu, pianistką-samobójczynią.

Talenty dziewczynki odziedziczyły zdecydowanie po mamie, która postanowiła je od najmłodszych lat w dziewczynkach rozwijać. Olga z początku uczyła się u prywatnych, najlepszych nauczycieli, potem uczęszczała na kursy, z racji płci nie mogąc należeć do grona studentów Akademii Sztuk Pięknych. Miała 20 lat, kiedy wyjechała na dalszą naukę do Monachium. Okres ten uważała do końca życia za najważniejszy. Mawiała potem, że to w Monachium nauczyła się malować i żyć, choć to właśnie tam objawiły się pierwsze stany lękowe, strach przed tłumem i obcymi ludźmi.

Niektórzy krytycy twierdzą, że w jednym ze swoich obrazów ewidentnie zawarła „program” swojego życia. W oranżerii przedstawia młodą dziewczynę stojącą w cieplarni, blisko ściany, w otoczeniu bujnych roślin i kwiatów w doniczkach. Kobieta zdaje się z niepokojem i zaciekawieniem patrzeć na kogoś, kto właśnie wszedł. Mówi się, interpretując dzieło biograficznie, że już wtedy 25-letnia autorka obrazu widziała się jako samotną, żyjącą w swoim twórczym świecie, tylko dla siebie samej artystkę.

Olga Boznańska, W oranżerii, 1890, Muzeum Narodowe w Warszawie,
źródło: niezlasztuka.net

Ekscentryczna, zamknięta w sobie i ze swoimi obrazami, a jednak intrygująca i czarująca. Olga nie stroniła od relacji, była adorowana przez wielu mężczyzn. Podobno była bardzo zakochana w Paulu Nauenie, polskim malarzu i nauczycielu. Według obiegowej opinii Olga też była jego uczennicą. Nie było to prawdą, chociaż oboje znali się i przyjaźnili, a nawet wzajemnie się portretowali. Z jednym z portretów Nauena autorstwa Boznańskiej wiąże się nawet mały skandal.

W drugim tygodniu stycznia 1894 roku, zaraz po święcie Trzech Króli, monachijski Związek Artystów i Przyjaciół Sztuki „Kunstverein” wystawił obraz Portret mężczyzny. Tajemnicą Poliszynela było oczywiście, że portretowanym mężczyzną jest zaprzyjaźniony z autorką malarz. W kilka dni po wystawieniu obrazu ukazała się w felietonie „Kuriera Bawarskiego” druzgocąca krytyka sportretowanego mężczyzny:

„W głównej sali wystawowej, na przedniej ścianie, wisi wcale nieźle namalowany portret męski. Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie, i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka – krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami, skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się «interesującą», tchnie nędzą naszych czasów”.

Plotkom i komentarzom nie było końca. Paul Nauen wniósł sprawę o zniesławienie… i wygrał. Gazeta musiała publicznie przeprosić. Skandal pomógł jednak Boznańskiej, tym bardziej, że to dzieło uznaje się za nie tylko przełomowe dla jej kariery, ale i przełomowe w historii modernistycznego polskiego malarstwa portretowego. Portret uznany jednogłośnie przez ówczesną krytykę artystyczną za arcydzieło, został w 1896 roku zakupiony przez Muzeum Narodowe w Krakowie i był pierwszym obrazem Boznańskiej pozyskanym do zbiorów narodowych. 

Olga Boznańska, Portret malarza Paula Nauena, 1893, Muzeum Narodowe w Krakowie

W trakcie dekady spędzonej w Bawarii, Boznańska stała się w pełni ukształtowaną malarką. Udoskonaliła swoją technikę i zdobywała grono klientów, których portretowała, bowiem to właśnie portret stał się jej artystyczną domeną. Jej wielki talent miał jednak rozkwitnąć na dobre w Paryżu, dokąd wyjechała w 1898, mając 33 lata i listownie zrywając zaręczyny z młodszym od niej malarzem, Józefem Czajkowskim.

W artystycznej stolicy świata zaczęła wszystko od nowa. Zatraciła się w pracy, wypijając hektolitry herbaty i odpalając jednego papierosa od drugiego. Swoje prace pokazywała na licznych wystawach, zdobywała coraz to nowe nagrody, poszerzała grono nowych klientów. Choć chowała się w swojej zakurzonej pracowni, znała biegle cztery języki. Dlatego bez skrępowania mogła dziękować za odbierane nagrody, a tych przybywało. W 1900 roku dostała złoty medal na wystawie w New Gallery w Londynie. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała wyróżnienie. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu, a rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki.

Olga Boznańska, Bretonka, 1890, Muzeum Narodowe w Krakowie

Wybuch pierwszej wojny światowej negatywnie wpłynął na sukcesy, a w związku z tym i dochody Olgi Boznańskiej. Przestały napływać zlecenia, Paryż opustoszał, wreszcie zmienił się. Coraz trudniej było pozyskać środki na utrzymanie siebie i pracowni. Rodzice zmarli, a więc nie mogli dopomóc, coraz trudniej było wiązać koniec z końcem. Jedno było jednak niezmienne – malowanie, które pozwoliło jej przetrwać XX-wieczne nawałnice. Boznańska nigdy nie ulegała modom ani nie podążała za nowymi trendami, dlatego też z czasem stawała się dla wszystkich coraz większym dziwadłem. Nosiła się „po staremu”; w dzielnicy, w której żyła, całe rzesze artystów kreowały zupełnie nowe kierunki w sztuce, bawiąc się do upadłego, pijąc w kawiarniach i kabaretach Montparnasse’u. A ona? Osobliwie niemodna w swojej sukni i wielkim kapeluszu wychodziła z pracowni, by samodzielnie donieść wiadra z wodą do nieopalanej pracowni, po której biegały myszy.

W 1934 roku do tragicznego stanu materialnego doszedł fatalny stan psychiczny Boznańskiej. Izabela, młodsza siostra, nie radząc sobie z uzależnieniem od morfiny i niespełnionym śnie o zostaniu pianistką, popełniła samobójstwo. Wybitną malarkę ratowały w tym czasie znajomi i przyjaciele. Alarmowali, że Boznańska żyje niemal w skrajnej biedzie. Od lat 30-tych Państwo Polskie wykupiło kilkanaście płócien i przyznało malarce liczne nagrody. Pomimo powszechnego uznania, Boznańska zmarła w niewiele lepszym stanie 26 października 1940 roku w Paryżu.

Olga Boznańska w pracowni, EAST NEWS, źródło: polityka.pl
Olga Tokarczuk

Kim jest polska Noblistka? – kilka faktów z życia Olgi Tokarczuk, które powinnaś znać (teraz już koniecznie!)

Z dumą powtarzamy pojawiającą się nieustanie od wczoraj w mediach frazę: druga po Wisławie Szymborskiej polska laureatka Literackiego Nobla! Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy – m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland „Pokotu”. Laureatka Nagrody Bookera w 2018 roku za powieść „Bieguni”, dwukrotna laureatka Nagrody Nike za „Biegunów” (2008) i „Księgi Jakubowe” (2015). Skąd wzięło się zjawisko literackie: Olga Tokarczuk i jaka była jej droga na literacki szczyt?

1. Nadtrojańska wyobraźnia

Olga Tolarczuk urodziła się w 1962 roku (57 lat) w Sulechowie (województwo lubuskie), wychowała w Klenicy, skąd przeniosła się z rodzicami do Kietrza nad Troją. Tam ukończyła liceum i dostała się na warszawską psychologię. Jeszcze jako nastolatka próbowała swoich sił w poezji. W 1979 roku zadebiutowała na łamach pisma „Na przełaj” swoim pierwszym opowiadaniem. Potem na długo zamilkła i do pisania powróciła dopiero po wielu latach.

W czasie studiów opiekowała się osobami z problemami psychicznymi jako wolontariuszka i żywo zainteresowała pracami Junga. Oba fakty miały później znaczący wpływ na jej twórczość. Po studiach pracowała jako pokojówka w londyńskim hotelu. Podczas uroczystej gali w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie, gdy obierała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie, zdradziła, że ma na sobie kolczyki, które kupiła właśnie w tamtym czasie, w 1987 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. „Dziś wracam w tych kolczykach jako zdobywczyni nagrody Bookera”, mówiła dziennikarzom. Po powrocie do Polski pracowała jako psychoterapeutka we Wrocławiu i Wałbrzychu.

źródło: TVP Info, fot. Beata Zawrzel

2. Pierwsze koty za płoty

Powróciła w wieku 31 lat z powieścią „Podróż ludzi Księgi”, która nie została zbyt dobrze przyjęta przez wydawców. Podobnie jak z „Harrym Potterem” Rowling, nikt nie chciał jej wydać. Gdy jednak powieść o XVII-wiecznej podróży z Paryża ku podnóżom Pirenejów została już wydana w oficynie Przedświt, przyznano jej nagrodę…. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za debiut. Dwa lata później już bez większch problemów wyszła druga powieść Olgi Tokarczuk „E.E.” – tytuł od imion głównej bohaterki powieści, Erny Eltzner. Tym razem czas i miejsce akcji pisarka umieściła w znanym sobie otoczeniu, wczesnym XX-wiecznym Wrocławiu.

Trzecią powieść Tokarczuk, wydaną w 1996 roku, od razu okrzyknięto „szczytowym osiągnięciem nowszej polskiej prozy mitograficznej”. „Prawiek i inne czasy” to opowieść o mitycznej wiosce położonej rzekomo w samym środku Polski. Jest ona archetypicznym mikrokosmosem, w którym w pomniejszonej skali można obserwować prawa rządzące wszechświatem. Powieść zdobyła uznanie krytyków nie tylko w Polsce. Po jakimś czasie zaczęto się o niej rozpisywać dużo szerzej. „The Prague Post” oznajmiał, że „Prawiek i inne czasy to znakomite dzieło o rzadko dziś spotykanej randze i głębi”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał: „W tej napisanej z rozmachem powieści Olga Tokarczuk wykorzystuje tradycję magicznego realizmu do kreacji świata, który jest przesiąknięty dawnymi mitami tak samo mocno, jak jest zakorzeniony w teraźniejszości”.

3. Poświęcenie literaturze

W momencie gdy Tokarczuk zaczęła być coraz szerzej kojarzona, a jej książki sprzedawane w coraz większych ilościach, pisarka postanowiła w jeszcze większym stopniu oddać się pisaniu. Zrezygnowała z pracy i przeprowadziła do Nowej Rudy. Do momentu powstania jej najbardziej utytułowanej książki „Biegunów”, powstało kilka tomów opowiadań, esej oraz powieść „Dom dzienny, dom nocny”, którą niektórzy krytycy określili mianem „najambitniejszego projektu prozatorskiego Tokarczuk”. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej osobistych opowieści, akcja utowru rozgrywa się bowiem w miejscu, gdzie autorka mieszka, na pograniczu polsko-czeskim, i inspirowana jest opowieścią o średniowiecznej świętej Kummernis (Wilgefortis) – kobiecie, którą Bóg wybawił przed niechcianym małżeństwem, dając jej męską twarz. W czasie, kiedy do ulubinych form literackiego wyrazu Tokarczuk należały opowiadania, została też pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

4. „Bieguni” – ten tytuł każdy powinien kojarzyć

Nad tą powieścią Tokarczuk pracowała trzy lata. Wydana została w październiku 2007 roku i od razu uzyskała bardzo duży rozgłos. Powieść została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS, a także nagrodzona Nagrodą Literacką „Nike” 2008. Zaczęto ją tłumaczyć na różne języki. m.in. angielski. Właśnie to tłumaczenie – angielski tytuł „Flights” (autorka tłumaczenia Jennifer Croft) – zostało nominowane do prestiżowej nagrody Booker Prize, którą Tokarczuk otrzymała wraz z tłumaczką w 2018 roku, zyskując ogromną międzynarodową sławę.

„Bieguni” to studium psychologii podróży. Tytuł książki jest zarazem nazwą dawnej prawosławnej sekty uważającej, iż pozostawanie w jednym miejscu naraża człowieka na ataki Złego, a więc ciągłe przemieszczanie się służy zbawieniu duszy. Sama Tokarczuk w wywiadach wspominała, że większość notatek do tej powieści robiła w czasie podróży. „Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” – napisała we wstępie do „Biegunów”. 

5. H jak hejt

Od 2015 Olga Tokarczuk organizuje w Nowej Rudzie i okolicach Festiwal Góry Literatury. Pomaga jej w tym Karol Maliszewskiego, Stowarzyszenie Kulturalne „Góra Babel” oraz Gmina Nowa Ruda. W programie festiwalu znajdują się: akcje edukacyjne, debaty, koncerty, panele, pokazy, spotkania, Noworudzkie Spotkania z Poezją, warsztaty: filmowe, kulinarne, literackie; wystawy.

Po „Biegunach” wydała też kolejne powieści, m.in. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, dlatego na jej opus magnum fani musieli chwilę poczekać. W 2015 roku ukazały się jednak w końcu „Księgi Jakubowe”, nad którymi Tokarczuk pracowała 6 lat. Ponad 900- stronicowa opowieść osnuta wokół postaci Jakuba Franka, XVIII-wiecznego żydowskiego mistyka, zamieszkującego wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, który ogłosił się Mesjaszem i dał początek frankizmowi, judaistycznej herezji, wywołała ogólnopolską awanturę.

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak wystawił Teatr Powszechny w Warszawie,
premiera miała miejsce 13 maja 2016
źródło: powszechny.com

Powieść nominowana została do Nagrody „Nike”, którą w 2015 roku Olga Tokarczuk po raz drugi otrzymała. Po gali wręczenia nagrody autorka wypowiedziała się dla TVP Info, komentując swoją książkę i nagrodę w ten sposób: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„.

Po tych słowach w internecie zawrzało. Słowa Tokarczuk wywołały ogromną falę nienawiści, którą pisarka została zalana. Nie warto cytować krążących wtedy po sieci komentarzy, bo zasługują one na wieczne zapomnienie i potępienie, ale trzeba zaznaczyć, że naszej obecnej Noblistce niejednokrotnie grożono nawet śmiercią.

Pozytywnym akcentem wyciszajacym szum wokół „Ksiąg Jakubowych” była zdobyta w rok później kolejna nagroda. Tokarczuk wraz z tłumaczem powieści na język szwedzki, Janem Henrikiem Swahnem, w październiku 2016 roku zostali pierwszymi laureatami Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern (czyli Domu Kultury i Teatru Miejskiego) w Sztokholmie.

Najnowsze utwory Olgi Tokarczuk to wydana w 2017 roku „Zagubiona dusza” i rok późniejsze „Opowiadania bizarne”.

Barbara Piasecka-Johnson

Barbara Piasecka Johnson – najbogatszy polski Kopciuszek w historii

W 2001 roku „Forbes” zaliczył ją do 20 najbogatszych kobiet na świecie. W 2011 według tego samego czasopisma znalazła się na 393. miejscu wśród najbogatszych ludzi na świecie tuż obok Stevena Spielberga czy Ronalda Laudera, właściciela ekskluzywnej marki Estee Lauder. Jej majątek szacowano wtedy na 2,9 miliarda dolarów. Kim była pochodząca ze Staniewicz, obecnie należących do Białorusi, polska imigrantka, która postawiła amerykańskiemu bogaczowi ultimatum – ślub albo koniec romansu?

Czeka mnie wielka przygoda!

Barbara Piasecka urodziła się w 1937 roku w Staniewiczach, które w wyniku powojennej zawieruchy znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Jak znaczna część przesiedleńców, rodzice Barbary wraz z dziećmi przenieśli się do dolnośląskiego. W domu się nie przelewa. Barbara zdaje jednak maturę i po dwóch latach przerwy zaczyna studiować najpierw polonistykę, potem rolnictwo, aż w końcu historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Rozpoczęła też pracę we wrocławskim oddziale Muzeum Narodowego, co pozwoliło jej na bliskie obcowanie ze sztuką. Jak przystało na każdego porządnego historyka sztuki, pobyt naukowy na studiach doktoranckich spędziła w Rzymie. Jej życiowa przygoda rozpoczyna się jednak jesienią 1967 roku. W wieku 30 lat podejmuje wyzwanie i udaje jej się przedostać za ocean.

Sławomir Koper, autor książki „Najbogatsze”, na podstawie dokumentów IPN dowiódł, że Barbara odziedziczyła spadek po wujku w Brazylii. Ponoć dzięki pobytowi we Włoszech, a potem w USA, miała zarobić na podróż do Ameryki Południowej i prawników, którzy mieli jej pomóc w uzyskaniu spadku w wysokości nawet 300 tysięcy ówczesnych dolarów,
źródło: Keith Meyers, The New York Times

Od zera do milionera

Od zera, a w zasadzie podobno od 100 dolarów, bo tyle miała w kieszeni, kiedy przybyła na Manhattan. Nie znała tam nikogo, po angielsku też jakoś świetnie nie mówiła. Nie mogła znaleźć pracy, w Stanach jej europejskie wykształcenie nikogo nie obchodziło. Nawiązała znajomość z Zofią Kowerdan, która w 1969 roku poleciła ją do pracy u swoich pracodawców, państwa Johnsonów. Tym sposobem Barbara została kucharką u jednego z najbogatszych ludzi Ameryki, współwłaściciela wielkiego koncernu farmaceutycznego, nie umiejąc nawet dobrze gotować. Dlatego po przypaleniu kolejnego obiadu, zmieniono jej stanowisko na pokojówkę.

U Johnsonów przepracowała niecały rok, odkładając pieniądze na kolejne studia, które podjęła na Uniwersytecie Nowojorskim. Nie wiadomo, czy już wtedy piękna Polka urzekła milionera na tyle, że rozpoczął się ich romans. Pewne w amerykańskim epizodzie Barbary jest to, iż po jakimś czasie zawiesiła naukę, by wrócić do rezydencji Johnsona jako kurator zbiorów sztuki, które zamierzał zacząć kolekcjonować. Podobno stracił dla niej głowę. Zapraszał ją na rejsy po Morzu Karaibskim, które rozpoczynały się od wręczenia bukietu róż.

źródło: East News

Instytucja małżeństwa chyba niezbyt wiele znaczyła dla postarzałego już Johna Sewarda, który miał duże doświadczenie i w oświadczynach, i w zakańczaniu małżeństw, bo gdy tylko Barbara postawiła jasne ultimatum, po rozwodzie z Esther, w 1971 roku została jego trzecią żoną.

Na bogato

Pan młody na dobry początek wniósł do kolejnego małżeństwa 330 milionów dolarów, jacht i kilka domów, między innymi posiadłość w Toskanii, do której świeżo upieczeni małżonkowie często podróżowali. Odwiedzali liczne galerie i muzea. Wzbogacili swoją kolekcję o dzieła Tintoretta, Rembrandta, El Greca i Tycjana, a także Witkacego, Moneta i Gauguina.

Krótko po ślubie Barbara zaczęła realizować swoje marzenie – budowę dworu, najdroższego domu prywatnego w tamtych czasach. Nazwała go Jasną Polaną. 36 łazienek, marmur z Carrary, podgrzewana podłoga, kominki z francuskich pałaców, kuta brama przed wjazdem do okalającego rezydencję parku, no i dzieła sztuki zakupione podczas podróży po Europie. Najpierw amerykańska socjeta traktowała Barbarę jako parweniuszkę, która zachłysnęła się milionami. Potem jednak przyznali, że zna się na sztuce, a sposób jej bycia całkowicie licuje z wydawanymi sumami. Jasna Polana nie była powiem martwym muzeum, a żywo używanym domem. Barbara nie miała żadnego problemu z tym, żeby na przykład pić kawę przy stoliku za 4 miliony. Prace nad budową rezydencji trwały siedem lat, a ich koszt szacuje się na 30 milionów dolarów. 

Sielanka?

Związek Polki i jej starszego o 40 lat amerykańskiego męża był burzliwy. Choć podobno zawsze stawiali na pierwszym miejscu tę drugą osobę ze związku i dbali o siebie. Spędzili razem 12 lat szczęśliwego małżeństwa. Basia przyjęta została jednak przez rodzinę męża bardzo zimno. Na początku traktowali ją jak maskotkę Sewarda. Doceniali, że dobrze na niego wpływa, że chce gromadzić wokół niego rodzinę, bo jak pisze w swojej książce o amerykańskim Kopciuszku z Polski Ewa Winnicka, to właśnie „z polskiego wychowania wyniosła przekonanie, że rodzina powinna być razem.

Nigdy jednak nie uznali emigrantki kaleczącej język angielski za równą sobie”. I o ile o trzecim ślubie nie zjawiło się żadne z sześciorga dzieci Johnsona, a o ceremonii nie było nawet wzmianki w kronikach towarzyskich New Jersey, o tyle o procesie podziału majątku po zmarłym w 1983 roku Sewardzie, usłyszał cały świat. Było to najbrutalniejsze tego rodzaju widowisko w amerykańskiej popkulturze. Pierwszy raz wyprano publicznie brudy bogaczy.

500 milionów dla przybłędy z Polski, dla dzieci raptem resztki

Zaraz przed śmiercią milioner zmienił testament i zapisał wszystko ukochanej trzeciej żonie. Spośród dzieci wyróżnił tylko syna Sewarda Juniora, któremu zostawił przystań jachtową i milion dolarów. Takiej zniewagi i takiego majątku rodzina nie mogła puścić płazem. Wytoczyła Barbarze proces, który był największym w historii USA pojedynkiem firm prawniczych. Trwał 2,5 roku i żyła nim cała Ameryka. 75 świadków usiłowało udowodnić, że Barbara Piasecka była oszustką, służbistką, która nie kochała męża. Ostatecznie strony doszły do porozumienia. Barbara zatrzymała blisko 350 milionów dolarów, a dzieci 42,5 mln do podziału. Honoraria adwokatów wyniosły 24 mln dolarów.

Okazała się, że Barbara zna się nie tylko na sztuce (w jej kolekcji dzieł sztuki znalazł się m.in. obraz Święta Prakseda przypisywany Vermeerowi, obrazy Artemisji Gentileschi i Fra Filippo Lippiego), ale ma też głowę do interesów. Zostawiony jej przez męża majątek pomnożyła prawie dziesięciokrotnie! W 1998 roku przebudowała Jasną Polanę na ekskluzywny klub golfowy. Kupowała i sprzedawała dzieła sztuki, zakładała fundacje wspierające artystów.

Barbara Piasecka- Johnson wraz z mężem ufundowała wiele stypendiów, m.in. młodemu Krystianowi Zimermanowi, wybitnemu pianiście i dyrygentowi.
źródło: East News

Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson

Ameryka ją rozczarowała. Po śmierci męża i batalii sądowej z jego dziećmi miała dość, pomimo że była bardzo mocnym charakterem. Żywo zaangażowała się w sprawy odradzającej się Polski, za którą tęskniła. Miała bardzo bliskie kontakty z ludźmi „Solidarności”, chciała ratować Stocznię Gdańską. 1 czerwca 1989 roku wzięła udział w słynnej mszy w kościele św. Brygidy, gdzie dała na tacę 100 000 złotych! Jak mówi Ewa Winnicka, miała ambicje, żeby być „dobrą wróżką” Polski. Nie wyszło, bo cała polska transformacja się nie udała. Do dziś jej niedogadanie się z wierchuszką Solidarności i władzami polskimi owiewa aura tajemniczości.

Już w 1974 roku założyła „The Barbara Piasecka Johnson Foundation”, która fundowała stypendia dla naukowców i artystów, zbudowała m.in. gdański Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka oraz była fundatorką Domu Matki i Dziecka w Gnieźnie. Kiedy w 1992 roku Zbigniew Religa dowiedział się o problemach z organizacją charytatywnego koncertu Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu, po krótkiej chwili zastanowienia rzucił do swoich współpracowników: „Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson. Tylko najpierw sprawdźcie, która w Jasnej Polanie jest godzina!”. Załatwiła Placida Dominga, wybitnego tenora, który miał wypełniony koncertami kalendarz na najbliższe 4 lata.

źródło: East News

W 2003 roku Barbara Piasecka-Johnson udzieliła jedynego wywiadu, w którym odniosła się do swoich biznesowo-filantropijnych doświadczeń: „Wiele stypendiów przyznałam nieodpowiednim osobom, które zmarnowały moją pomoc, nie doceniły jej. Przepadło dziewięćdziesiąt procent stypendiów, a wielu stypendystów nie widziałam na oczy. Powinnam bardziej się zastanowić, komu daję pieniądze. Inwestycje mojego dobrego serca zostały zmarnowane, nie przeze mnie, ja chciałam dobrze. Dlatego obraliśmy jeden cel: leczenie autyzmu. To najlepszy wybór”.

W 1995 roku przeprowadziła się do Monte Carlo, gdzie kupiła dom. Zaczęła coraz mocniej wierzyć w Boga, co zaskutkowało przenosinami do Asyżu, miejsca związanego ze św. Franciszkiem. W 2009 roku zachorowała na raka. Na cztery lata przed śmiercią przeprowadziła się do Sobótki, pod Wrocławiem, o czym niewiele osób wiedziało. Zmarła 1 kwietnia 2013 w wieku 76 lat.

Nie miała dzieci, a część majątku zapisała fundacji swojego imienia, którą zarządzają jej bratankowie.

sesja pokoleniowa z Ireną Kamińską-Radomską

„Potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami do żywego” – Irena Kamińska-Radomska, jakiej jeszcze nie znacie, w wywiadzie specjalnie dla kobietazklasa.pl

Pomysł na nietypowy wywiad z surową jurorką „Projektu Lady” dojrzewał w głowie naszej redaktor naczelnej już od dłuższego czasu, ale efekt przeszedł najśmielsze redakcyjne oczekiwania! Irena Kamińska-Radomska nie tylko opowiedziała o nieznanych dotąd momentach swojego życia, ale wzięła udział w rodzinnej, pokoleniowej sesji zdjęciowej.

Na całą rodzinę czekam w podkrakowskim hotelu, niedaleko uroczego dworku w Mogilanach. Piękny, lipcowy poranek już zapowiada upalne południe. Wszyscy jesteśmy umówieni na miejscu o godzinie 9.00. Do największego hotelowego pokoju (żebyśmy się pomieścili) tuż przez wyznaczoną godziną wpadają nie tylko panie makijażystka i fryzjerka, ale zespół fotografów i redaktor naczelna z naszymi gośćmi – ambasadorką portalu Ireną Kamińską-Radomską, jej mamą Heleną, córką Dominiką oraz dwoma wnukami, starszym Tomkiem i młodszym Filipem.

Robi się jeden wielki harmider, wszyscy rozkładają się z rzeczami, przygotowują do sesji. Irena najpierw upomina swojego najstarszego wnuka, że powinien przepuścić wszystkie kobiety w drzwiach; potem śmieje się, że nie powinna tego robić przy wszystkich, a jedynie zwrócić dyskretnie uwagę na osobności. Pani Helena siada z boku dużej kanapy, w dłoni trzymając jakąś książkę. Podchodzę się przywitać i podpytać cóż to za tytuł. Okazuje się, że „Jesteś najlepszą mamą na świecie” Isabelle Laurent. Na samym początku wydaje mi się, że w takim tonie Panie będą o sobie opowiadać, jako o najlepszych babciach, mamach, córkach. Ale okazuje się, że jednak nie. Ich rodzina to prawdziwa rodzina z krwi i kości…

Irena Kamińska-Radomska: Ostatnio odpowiadałam na pytania czytelników i było o babciach. Że babcie mimo zakazu rodziców rozpieszczają dzieci. W swoim artykule napisałam, że to dobrze! Że babcie to lubią i od tego są! Choć nie powinnam była tak napisać! Sama jestem tą gorszą babcią, bo nie rozpieszczam.

Dominika, córka Ireny, gdzieś w tle: Jaką babcia będzie mieć fryzurę!

Joanna, redaktor naczelna kobietazklasa.pl: Ale są babcie, które nie rozumieją, że dziecku słodycze naprawdę mogą szkodzić. Moja przyjaciółka ma takie małe utrapienie ze swoją mamą. Bo sama nie karmi dziecka drożdżówkami, po prostu nie dla drożdżówek i tyle, ale na co dzień córką opiekuje się babcia. I opowiadała mi ostatnio, że córka ciągnie ją do jednej z piekarni; wchodzą, a tam pani ekspedientka: “O cześć, Milenko, drożdżóweczka?” “Jaka drożdżóweczka?” “No, przecież Milenka to codziennie jest z babcią po drożdżówkę!”.

Irena: Ale to jeszcze lepiej jak się zasiada w jakiejś restauracji, a kelner podchodzi i pyta: “Tak jak ostatnio dwie seteczki?” Albo jeszcze gorzej “Dwie setki czystej tak jak zwykle”! (śmiech)

Aleksandra, zastępca redaktor naczelnej: Skoro już mówimy o podobieństwach i różnicach między babciami, to podpytam o podobieństwa i różnice między Wami w ogóle, bo przecież więzy krwi nie zawsze sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni… Jak rozmawiałam wcześniej z Dominiką to trochę wyszło, że jesteście na przykład nieco innymi matkami…

Irena: Ludzie mówią, że bardzo!

Aleksandra: Ale co bardzo? Że jesteście podobne? Ty z Dominiką?

Irena: Tak. Do tego stopnia, że mamy te same gesty. Na przykład jak idziemy ulicą i sobie gadamy, to ja tak trzymam ręce. I Dominika identycznie. Po prostu identycznie! Zawsze gubimy pilota na szkoleniach i prezentacjach, to jest genetyczne! (śmiech) Ale Dominika jest podobna do ojca. I całe szczęście!

Joanna: Ale z charakteru?

Irena: Nie, z charakteru pozbierała wszystko co najgorsze!

Aleksandra: Dominika, słyszysz? Mama mówi, że pozbierałaś z charakteru wszystkie najgorsze rodzinne cechy!

Dominika szczerze się zaśmiewa: Nieeeee! Nie uważam tak.

Irena: Yhym, od mamy i taty. Nie no, żartuję oczywiście. 

Aleksandra: To w czym się różnicie?

Irena: Jak my się różnimy pod względem charakteru?

Maja Kupidura Fotografia

Dominika: Filip, chcesz jakieś książki?

Bo babcia Helena jest czesana, Dominika się przebiera, Irena akurat w przerwie między sesjami, a chłopaki grzecznie siedzą na kanapie. Zostali już przeze mnie wcześniej wymaglowani i teraz grzecznie czekają na wspólną sesję, więc ich mama oczywiście dba, żeby najmłodszy się nie nudził przy pogawędce samych Pań😉

Irena: Ja jestem niesamowicie konsekwentna, a Dominika nie. To jest zasadnicza różnica między nami.

Aleksandra: Ona powiedziała dokładnie to samo.

Irena: Tak? No widzisz. Pamiętam nawet taką sytuację, jak Tomek był jeszcze mały. Dzieci intuicyjnie wyczuwają konsekwencję, nawet bardzo małe dzieci. Tomek miał Komunię i dostał różne prezenty. Widziałam, że nie do końca był z nich zadowolony, więc go zapytałam, czy ma jakieś marzenie, czego by tak naprawdę chciał? A lubił autka i zawsze chciał żółtą taksówkę. Ale nie byle jaką!

Poprosiłam zatem kolegę ze Stanów, Willa Richardsona, który akurat wracał tam na chwilę, żeby kupił żółtą taksówkę. Tylko że on akurat leciał do Waszyngtonu i mówił mi potem, że naprawdę szukał; nie, że zapomniał, tylko naprawdę szukał, ale w Waszyngtonie nie ma żółtych taksówek, bo one są oczywiście nowojorskie. Więc mówię do Tomka: “Tomek, pojedziemy do Nowego Jorku”. Już miałam kupione loty, hotel, wszystko i… niestety złamałam nogę. I to tak niefortunnie. Tomek przychodzi do mnie w odwiedziny z rodzinką, a tu noga na szynie. Ja załamana, że nie polecimy, a Tomek na to: “Ja wiem, babciu, że i tak polecimy!”. Było coś takiego, nie?

Tomek: Może i było. (śmiech)

Aleksandra: A przywiozłeś sobie, Tomku, tę taksówkę?

Tomek krzyczy do mnie z drugiego końca pokoju, próbując przekrzyczeć suszarkę: Tak, trzy!

Irena: Jedna jest u mnie w Warszawie. A jeszcze było tak, że jak wsiadaliśmy do taksówki na lotnisku, no to wiadomo jak to wygląda: ogonek ludzi, ale też taksówki podjeżdżają jedna za drugą. I tak stoimy… aaa, a to jest ważne, bo ja tego nie powiedziałam, że to nie miała być byle jaka taksówka, tylko właśnie Crown Victoria…

Tomek; Oczywiście, że Ford klasyczny!

Irena: No, właśnie! I tak sobie stoimy i ja liczę, ile jest osób w kolejce i czy nam wypadnie ta Crown Victoria. I się okazuje, że nie! Więc mówię do Tomka, że nie ma problemu, żeby się nie martwił, bo poproszę tego pana, który stoi przed nami, na którego wypadała ta nasza wymarzona taksówka, żeby nas przepuścił. Ale Tomek powiedział, że nie, że to głupio, więc wsiedliśmy do innego samochodu. Za to nazajutrz poprosiłam boya hotelowego, żeby nam złapał Crown Victorię. Do dziś mam zdjęcie miny Tomka jak do niej wsiadamy! Dla samej miny warto było lecieć tak daleko.

Dominika; Tak, to prawda, Ty zawsze potrafiłaś spełniać marzenia.

Irena: Oj, dzięki!

Robi się jeszcze większe zamieszanie, w międzyczasie rozmowy prababcia i wnuczka zamieniły się miejscami – teraz Dominika jest czesana, a prababci robiony jest delikatny makijaż. Gdzieś zza pleców słyszę jak Irena woła do Dominiki: “Iśka, gdzie dałaś rajstopy?”

Aleksandra: Iśka?

Dominika, zwracając się do Ireny i do mnie: Chyba jesteś ostatnią osobą, która tak do mnie mówi. Jak byłam mała i ktoś mnie pytał jak mam na imię, to zawsze tak odpowiadałam: Iśka-Dominiśka.

Irena: To dlatego, że Dominika mówiła tylko dwie ostatnie sylaby. Bardzo szybko zaczęła mówić, natomiast jak miała roczek, to wypowiadała tylko dwie ostatnie sylaby. Potem oczywiście miała już bardzo rozbudowane słownictwo.

Aleksandra: I mówisz, że mama jest ostatnią osobą, która tak do Ciebie mówi?

Irena: Ale to tylko jak jesteśmy w dobrych stosunkach!

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A kłócicie się?

Dominika: Eee, nieee…

Irena: My rozwiązujemy konflikty. (śmiech)

Joanna: W końcu dama się nie kłóci! (Nawiązanie do artykułu, który Irena napisała do nas kilka miesięcy temu)

Dominika: Ale myśląc nie tylko o mojej relacji z mamą – mamy to niesamowite szczęście, że my się rodzinnie chyba mało kłócimy. Ja się ani z mężem nie kłócę, ani z jego rodzicami. Być może dużo w tym mojej natury, po prostu nie lubię się kłócić.

Aleksandra: A chłopaki? 

Dominika: Między sobą oczywiście, że się kłócą. Ja się trochę bałam, każda matka boi się chwili, kiedy przy jedynaku pojawia się brat. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko dalej się potoczy. Ale Tomek był od początku bardzo dobrym bratem, nigdy się nie bałam, że mógłby zrobić krzywdę młodszemu dziecku. Mogłam być spokojna. A teraz to tak, jasne, że sobie dokuczają.

Irena: Nie, tak myślę sobie, że teraz się nie kłócimy. Były czasy trzaskania drzwiami aż tynki pękały; dziury w ścianach…

Aleksandra: Podpytywałam o to Dominikę, bo w jednym z wywiadów wspomniałaś chyba kiedyś, że Twoja córka miała dość intensywny okres buntu?

Irena: Nie! To ja miałam. Ale ona też miała!

Aleksandra: To też jest dziedziczne;)

Dominika: Ciekawe, jak będzie z chłopakami. Tomek będzie stoikiem, ale Filip ma mój charakter. Niestety!

Irena: Yhym! Ale ja to tak, wrzaski takie, że ho ho!

Aleksandra: Ale jak to tak, to przecież wbrew etykiecie!

Irena: Ale ja się nią zajmuję dopiero od dwudziestu lat!

Joanna: Myślę sobie, że to jest pytanie, na które ostatnio nie zareagowałaś w tym wywiadzie youtube’owym, a wszyscy właśnie w tym momencie czekali na odpowiedź na pytanie: “Jak się buntowałaś?”

Dominika: Ty chyba nie byłaś od rzucania, coś nie wydaje mi się.

Irena: Nie, ja niczym nie rzucałam. (do Dominiki) Jak Ty mnie znasz dobrze! Ja potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami tak, że do żywego…

Dominika: To takiej Cię nie pamiętam…

Irena: To bardziej mama będzie pamiętać. Bo ja się zmieniłam! Ja się generalnie bardzo, bardzo zmieniłam.

Dominika: Ja też się zmieniłam. I też bardzo. Nabyłam cierpliwości, mam teraz niesamowitą cierpliwość w porównaniu z tym, co było kiedyś. I opanowanie!

Irena: Jak kiedyś z Markiem, moim mężem, i Dominiką jako świeżo upieczonym kierowcą jechaliśmy do Krakowa, to Marek non stop upominał: “Tu przyspiesz! Tego wyprzedź!”. A Dominika na to: “Nie, pojadę tempem takim, jakim ja chcę”. 

Dominika: A piętnaście lat wcześniej bym się popłakała, jakby mi ktoś co chwilę taką uwagę wtrącał. Popłakałabym się z nerwów.

Irena: A Marek co chwilę coś wtrącał!

Dominika: Dlatego nie jeździsz samochodem.

Irena: Yhym! A Dominika na spokojnie, że nie, pojedzie swoją prędkością i super! Bardzo mi się to wtedy spodobało.

Aleksandra: Zanim mi uciekniesz na przerwę, Ireno, to jeszcze Cię dopytam, bo powiedziałaś, że potrafiłaś skrzywdzić słowami. To takie wredne jest…

Irena: Bolesne przede wszystkim! Tak, jak miałam kilkanaście lat…

Aleksandra: To byłaś trochę niedobrym dzieckiem!

Irena: Panną już. Ja jako dziecko byłam cudowna. Przecież ja wychowywałam Jasia, mojego brata. Byłam naprawdę dobrym dzieckiem. Dopiero okres dojrzewania był straszny.

Prababcia Helena: Pamiętam, jak Jasiu przychodził do Ciebie po pieniądze na kwiaty. Bo poznał wtedy dziewczynę, okazało się, że przyszłą żonę. I Irena zawsze mu je dawała.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Nie, to było tak, że ja miałam 2-go maja urodziny, a jego dziewczyna miała 13-go. I ja zawsze dostawałam coś fajnego na prezent, a on przychodził do mnie, czy może to wziąć i dać dziewczynie.

Dominika: Ale to jest właśnie to, że Ty byś swoim, ludziom, których kochasz, ostatnią koszulę oddała.

Połowa ekipy zbiera się do wyjścia na sesję. Wokół same kobiety, którym rodzicielstwo nie jest obcą sprawą, a więc toczy się rozmowa o własnych dzieciach, kładzeniu do łóżka, itd. Korzystam z okazji, że Dominika siedzi uziemiona na krześle, bo dopiero pół fryzury na głowie.

Aleksandra: A Ciebie mama też dużo przytulała?

Dominika: Pewnie! I też długo zasypiałaś ze mną, tak mi się wydaje.

Irena: Tak! Podwójnie długo, bo…

Dominika: Bo jak się przeprowadziłyśmy z bloków do większego mieszkania…

Irena: …to miałaś przynajmniej z dziesięć lat.

Dominika: Nie, z dziesięć nie, może dziewięć, ale też tam jeszcze przy mnie zasypiałaś. Zresztą Filip zaraz będzie miał dziewięć lat i co, też jeszcze dalej trochę wszystko z mamusią.

Znowu mały misz-masz, Dominika zagląda do chłopaków, Irena z Joanną uciekają na kolejną odsłonę sesji, a ja zagaduję seniorkę rodu, którą pani makijażystka właśnie kończy malować. Irena jeszcze podbiega, wołając do makijażystki: “Karolina, zobacz, czy dobrze usta zrobiłam, bo sobie troszkę poprawiłam”. Gdzieś z głębi dobiega mnie rozmowa Dominiki z chłopakami, czy by czegoś nie zjedli. “Dobry kolor, pani wybrała.” “Aaa, bo zmieszałam dwa. Ja zawsze łącze pudry, lakiery, nigdy nie mam takiego prostego ze sklepu, zawsze mam troszkę inne, bo zawsze mieszam dwa. Ciuchy też zwykle przerabiam, bo coś mi się nie podoba.” I Irena znika za rogiem.

Aleksandra: Jaka była mała Irenka?

Prababcia Helena: A więc, proszę Pani, śliczna. Naprawdę była piękna. I ta uroda jej oczywiście została. Nie lubiła, nie bawiła się lalkami. Ciągle chciała jakieś zwierzątko.

Aleksandra: To nie wiem, czy ktoś tu po babci czegoś takiego nie odziedziczył! (zerkam w stronę Filipa)

Dominika: O, to ja Wam dopowiem, bo właśnie mama mi opowiadała, że jako dziecko nie bała się żadnych pająków, że potrafiła jakieś dżdżownice wyciągać z ziemi, żadnych oporów nie miała… Jakieś dzikie koty głaskała… Z Filipem jest dokładnie to samo. Nie pozwolił mi posprzątać ostatnio w domu pajęczej sieci i dokarmiał pająka komarami i muchami.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A Irenka była grzecznym dzieckiem? Czy małym buntownikiem?

Prababcia Helena: Była grzeczna. I zawsze z tymi zwierzętami! Miała świnkę morską i myszki. Jak mąż jeszcze żył, to wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Przed jednymi z wakacji Irena jakiś czas wcześniej poprosiła kuzyna o dwie myszki. I niestety przyniósł parkę. Tak się te myszki rozmnożyły, że było ich chyba z czterdzieści. Mówię do córki, że „wiesz co, no nie zabierzemy tych wszystkich myszek na wakacje, weź je do koszyczka i zanieś do parku, może tam będą dzieci i rozdaj im”. I z ciężkim sercem, ale rozdała. Później jak była starsza miała drugą świnkę morską, która niestety zachorowała. Więc też jej powiedziałam, żeby ją wzięła do koszyczka i zaniosła do weterynarza. Weterynarz niestety okazał się bardzo brutalny i powiedział Irenie, że zwierzątko już prawie nie żyje. I ona się tak przejęła, przyszła cała zapłakana…

Co jeszcze? W przedszkolu brała udział w różnych teatrzykach, wystąpieniach; już wtedy widać było, że ona ma taki artystyczny talent. Później jak chodziła do szkoły podstawowej, to nauczycielki powiedziały mi, żeby ją koniecznie zapisać do szkoły aktorskiej. Jak miała 14 lat, to odbywał się casting do filmu “Ptaki ptakom”. Do tego filmu przesłuchano chyba z czterysta dzieci. Irena wygrała ten casting i zagrała w filmie. “Ptaki ptakom” to taka historyczna sprawa, tam była scena w parku Kościuszki. A ja Pani tak ręką wskazuję, jakbym była w Katowicach! (śmiech)

Mój mąż bardzo uczył dzieci rywalizacji. Ponieważ grał jako piłkarz w Polonii Bytom, wprowadził dzieci w świat sportu, między innymi na korty tenisowe w Bytomiu. I właśnie przywiozłam Pani jeden z pucharów Ireny. Pokazać?

Aleksandra: Oczywiście!

Przez najbliższe minuty oglądamy pamiątki przywiezione z domowego zacisza. Irena wpada się przebrać i na moment dołącza się do rozmowy:

To jest moje? Ale numer! Ale żeś się mamo przygotowała!

Prababcia Helena: No! Chciałam Cię zaskoczyć! 

Aleksandra: Faktycznie tata Was uczył rywalizacji?

Irena: Strasznie! Oboje jesteśmy waleczni z bratem i… to nie był dobry pomysł. (śmiech)

Aleksandra: Czemu? Rywalizacja z kortu przełożyła się na rywalizację w życiu?

Irena: Nieeeee, to nie tak, nic z tych rzeczy, że komu lepiej się w życiu powiodło. Tylko po sportowemu, jakieś biegi, gry. No i w ogóle zabijaliśmy się z bratem. Biliśmy się potwornie! Ale mamo, ja w tenisie byłam słaba! Beznadziejna!

Prababcia Helena: Ależ dlaczego?

Irena: Oczywiście! W ogóle nie umiałam grać. To znaczy ja ładnie grałam, ale w ogóle nie umiałam wygrywać. 

Prababcia Helena: To z jakiej racji dostałaś puchary?

Irena: Oj tam, nie wiem. Widocznie mało startujących było. (oczko w moją stronę)

Aleksandra: Co to niby znaczy, że nie umiałaś wygrywać?

Irena: Bo ja sobie grałam ot tak, komuś na rakietę, żeby pograć, nie wygrać. A to już zupełnie inna dyscyplina sportu, jak mówił mój pierwszy mąż.

Mama Ireny cały czas pokazuje mi puchary i przytacza wygrane tenisowe córki. Puchar, który dostaję do ręki wcale nie jest sprzed tak dawna. 

Irena: No tak, bo ja całe życie grałam, od jedenastego roku życia.

Prababcia Helena: Jedenaście lat… jak zginął mój mąż to Irena miała jedenaście lat. Strasznie to przeżyła, miała traumę. Szczególnie z jednego powodu. Napisała do ojca wcześniej list, bo wyjechał służbowo do Włoch. Był z zawodu inżynierem, skończył Politechnikę Gliwicką i pracował później w dziale kontroli w takich zakładach. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Też miał ciężkie życie. Jak miał cztery lata stracił ojca, później mamę. Oni mieszkali z Żytomierzu, czyli na Ukrainie. Wiadomo, jakie to były lata, jaki to był ustrój. Ale on nigdy nie przyjął tej czerwonej kartki zbrodniczej ideologii, więc musiał się wykazywać tylko swoimi talentami, żeby awansować w pracy. 

Ale wracając do Włoch… Dowiedziałam się o adres miejsca, do którego męża wysłali i Irena napisała list. Proszę sobie wyobrazić, że był źle zaadresowany. I dotarł aż do Johannesburga, czyli do Afryki, ale wrócił. Więc Irena się zorientowała, że ojciec nie zdążył przed śmiercią przeczytać jej listu. To było straszne…

A w szkole z góry na dół same piątki. Jak wyszłam za mąż, to zamieszkałam u męża, a mąż mieszkał z babcią i z ciocią. I Irena była bardzo przez nie lubiana. W ogóle w szkole była lubiana. Przez nauczycieli także, bo była grzeczna, zawsze taka dobrze ułożona. Jest takie powiedzenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To dla niej było tak samo! Nic nie było niemożliwe. Mam siostrę bliźniaczkę, która swego czasu bardzo przytyła. A Irena do niej: “Przytyłaś, to schudnij!”. Proste. (śmiech)

Aleksandra: A takie bycie twardą dziewczyną to od początku jej charakter czy trochę ją Państwo do tego przyuczali?

Prababcia Helena: Dobre pytanie! Śmierć ojca spowodowała, że Irena wiedziała, czuła, że musi się trochę sama wychować. Miała dwóch braci, zresztą nadal przecież ma, i starała się być twarda. Żeby nikt się nad nią nie rozczulał. Żeby nikt nie pomyślał, że jako dziewczynka ma do rozczulania większe prawo…

A jeszcze sobie przypomniałam, że często nauczyciele wysyłali ją na konkursy recytatorskie. Do dnia dzisiejszego mam te wszystkie wiersze, których ona musiała się nauczyć na pamięć.

Ja sobie nie raz żartuję, że jak ktoś razem z nią by się urodził w tym samym czasie, to by potrzebował dodatkowych 50 lat, żeby zrobić wszystko to, co ona zrobiła. Ma bardzo silny charakter. A dla ludzi z silnym charakterem istnieje wiele różnych pokus. Ale Irena potrafi sobie czegoś odmówić. Nie raz tak było, że “Aha, tego i tego muszę sobie odmówić, bo jutro mam to i to do zrobienia”.

Moja córka jest bardzo hojnym człowiekiem, który lubi obdarowywać ludzi. Ale lubi też otrzymywać! (śmiech) Można powiedzieć, że naprawdę jest wzorem do naśladowania. Jestem z niej bardzo dumna. Kiedyś było coś takiego jak adopcja serca i też w niej uczestniczyła. Wysyłała chłopakowi do Rwandy różne dary.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Jaka Dominika! (Irena wróciła z sesji i dostrzegła córkę w obrotach pani fryzjerki) Jak na weselu! Jezu, nie! (śmiech)

Prababcia Helena: Moja córka jest w tej chwili bardzo zajęta. Ale ona nie czyni tego tylko dla siebie. Można się przy niej czuć bezpiecznie, gdyby komuś się coś stało, gdyby ktoś zachorował, jestem pewna na 100%, że ona poruszy niebo i ziemię, żeby pomóc. Ja wiem, że ona wymaga od innych, ale najwięcej wymaga od siebie. Nie wiem, może ma to po mnie odziedziczone, bo jeśli ja mam jakiś cel, to też nie używam półśrodków.

Aleksandra: A Dominika, ma coś po Pani?

Prababcia Helena: Jest zapominalska. Po tacie. Dominika, jesteś tam? Co masz po mnie?

Dominika: W ogóle wydaje mi się, że jestem do Ciebie coraz bardziej podobna. Ale tak fizycznie. Nie mam tych Waszych kości policzkowych, ale inne rzeczy tak. 

Prababcia: No pomyśl, pomyśl jeszcze.

Dominika: Nie mam zdolności kulinarnych. (śmiech) Bo babcia ma zdecydowanie!

Prababcia: Tak mówią!

Tomek: Jasne, że babcia Helena ma! I Ty mamo też!

Tomek: Ale babcia Irena absolutnie nie.

Prababcia Helena: Nie? Ale wiesz z czego to mogło wyniknąć? Że to widocznie nie był jej talent. A miała mnóstwo innych, które rozwinęła. Bo nie marnowała czasu, nie biegała za chłopakami, chociaż miała ogromne powodzenie. A ja sobie myślałam, że dobrze, nie będę przeszkadzać, bo zawsze kochała to, co robiła. A że nie wyszło z gotowaniem… jak Dominika była mała, to jeszcze przed pracą nosiłam do nich obiady. Irena się skupiała na czym innym i może mądrze zrobiła, bo są tego efekty.

Dominika: Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, w podstawówce jeszcze, mama była w nielicznym gronie mam pracujących. I ja byłam z tego ogromnie dumna. Nie przeszkadzało mi to, że nie gotuje nam obiadów codziennie. Ja właśnie byłam dumna z tego, że mama robi karierę. Tylko to też nie było tak, że jej nie było całymi dniami, bo wtedy pracowała akurat w szkole.

Aleksandra: Jako?

Dominika: Jako nauczycielka.

Aleksandra: A czego?

Dominika: Najpierw uczyła rosyjskiego, a potem angielskiego. Jestem też dumna z tego, jak tak sobie myślę o tych Twoich pytaniach, że moja mama była taką nietypową mamą. Raz, że była jedną z młodszych mam, dwa że pracowała, że miała swoje zajęcia i od początku była taką kobietą, którą się chciało naśladować. Była bardzo wyemancypowana, była taką trochę walczącą feministką. Żadna tam pani domu. Ustawiała wszystko pod siebie. To był jej styl życia. I wiele ze mną na ten temat rozmawiała, że to nie jest tak, że kobieta jest podporządkowana mężczyźnie w domu, że ma swoje prawa. I przede wszystkim dawała tego przykład.

Myślę, że pod tym względem nie jestem akurat taka jak ona, bo ja jestem taką codzienną mamą: i ugotuję, i posprzątam… Mama zweryfikowała wiele swoich poglądów z młodości, ale wtedy była wojująca. Bardzo! Może to też wynika z tego, że mój ojciec był wychowany jednak… według takiego tradycyjnego podziału damsko-męskiego, takiego bardzo wyraźnego, że kobieta w domu ma dbać o męża i ma tylko zajmować się pielęgnowaniem ogniska domowego. Tego od niej oczekiwał, a ona… no dla niej coś takiego było nie do pomyślenia. Musiała walczyć o swoje.

Aleksandra: I chyba wyszło?

Dominika: Wyszło!

Aleksandra: Zatem mama nauczyła Cię walki o swoje?

Dominika: Myślę, że nie musiałam walczyć. Wychowywałam się już w innych czasach i żyjemy w innych czasach. Może właśnie to pokolenie mamy wywalczyło dla nas te prawa. Nadal nie jest idealnie, ale wiele rzeczy się zmieniło i stało się oczywistymi. Kwestie dotyczące kobiet, które teraz są oczywiste, dawniej wywoływały oburzenie i zdziwienie.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: Pani Heleno, a w Pani jeszcze wcześniejszych czasach? Jakieś przejawy wczesnej emancypacji czy na własnej skórze doświadczyła Pani wychowywania się i życia w starym porządku: mąż zarabia i decyduje, kobieta w kuchni gotuje?

Pani Prababcia: U mnie, proszę Pani, było tak, że kobieta… był taki właśnie dokładny podział: kobieta w domu, a mężczyzna musiał pracować i zarabiać. Ja miałam drugą matkę, mój ojciec się powtórnie ożenił jak miałam dziesięć lat. Macocha też nie miała łatwego życia, bo to były czasy wojny. Ale jak wyszła za ojca to z kolei było odwrotnie – to ona rządziła ojcem. I właściwie dobrze na tym wyszła. (śmiech)

Choć pracowała i zajmowała się domem, bo to były trudne lata 50-te, więc było ciężko materialnie. Później jeszcze troje braci się urodziło, więc ja pomagałam ich wychowywać. I raz nie zapomnę… jak macocha pracowała chyba szesnaście godzin, codziennie przez dwa tygodnie… a to ja byłam po zajmowaniu się rodzeństwem tak zmęczona, że raz zasnęłam. Obudziłam się rano. Więc ona mnie chyba jeszcze zaniosła do łóżka, jak przyszła z pracy. Albo tacie kazała. A jak już pracowałam, to przed pracą musiałam zaprowadzać brata do przedszkola. A on tak nie chciał tam zostawać. On płakał i ja też płakałam, bo na siódmą musiałam odbić kartę w pracy.

Po ojcu, a Irena po mnie, mam jeszcze jedną rzecz – troskę o innych, o tych, którym jest gorzej. W kamienicy, w której mieszkaliśmy, była kaplica. Ojciec opiekował się nią społecznie. Macocha się denerwowała, bo on czasem wynosił z piwnicy ziemniaki i rozdawał. Ona chciała ugotować, a tu nie ma ziemniaków. To były ciężkie czasy, ale takie trudne sytuacje wychowują, normują człowieka. Hartują. Ja kilka razy uciekałam z domu, bo macocha była apodyktyczna. Uciekałam do babci, która nas wychowywała przez siedem lat. 

Jeszcze po ojcu mam to, że jestem obowiązkowa. I dzieci mi mówią czasem, że byłam dobrą matką. Traktowałam dzieci bardzo poważnie, dla mnie nie istniał fryzjer, makijażystka. Do pracy szybko i z pracy szybko do domu, żeby się mogły uczyć. Choć niewiele mi pomagały, to trzeba przyznać! (śmiech) Irena mi pomagała dużo, ale chłopcy nie bardzo.

Aleksandra: A pani Heleno, co Pani uważa, bo niektórzy uważają, że kobiecie było wtedy mimo wszystko prościej. Były jasno wytyczone role, bo trzeba było siedzieć w domu i gotować, ale teraz de facto kobiety też muszą to robić… plus muszą pracować, zadbać o siebie, rozwijać się, mieć hobby, a współcześni mężczyźni to tak… no niekoniecznie poczuwają się do jakiejkolwiek pomocy czy choćby podziału obowiązków…

Pani Helena: Oj jest tak. Wtedy były rzeczywiście jasno wyznaczone role i to było, wydaje mi się, mądre. Ale dlaczego to się tak zmieniło? Dlatego, że kobiety nie pracowały poza domem. Bo rodzina była przeważnie wielodzietna i ktoś musiał się po prostu zająć dziećmi. Więc to raczej warunki życia tak dyktowały.

Aleksandra: A, pani Heleno, wtedy kobiety miały więcej klasy? Bo za wzór często stawia się kobiety międzywojnia i czasów wojny, a nawet po wojnie za komuny, pomimo tego, o czym teraz rozmawiamy, kobiety były eleganckie, ładnie ubrane. Pomimo zajmowania się domem i dziećmi były zadbane.

Pani Prababcia: Tak, to jest prawda. Moja córka ma taki charakter, że nie idzie z prądem, tylko pod prąd. A to jest trudniejsze. Czasami dostaje się po głowie za to, ale trzeba tak robić, żeby mówić ludziom, co jest słuszne. A to obnażanie się kobiet… Każdy skutek ma swoją przyczynę. Więc jeżeli dziewczyna czuje, że się jej nie szanuje, to raczej nie dzieje się to bez przyczyny. Dziewczyny nie powinny ulegać złym trendom. Kobiety zawsze były mocniejsze, ponieważ mężczyźni przede wszystkim koncentrowali się na zawodzie i pracy, a kobiety były i są wielofunkcyjne. Teraz okazuje się, że nadają się naprawdę do wszystkiego. Do trudnych, do ciężkich prac także.

Irena do Dominiki: Czemu tak masz na głowie?

Dominika: Oj, bo Ci się źle kojarzy! Ale to jest, wiesz, stylizacja.

Irena do mnie: Ja żadnych zdjęć z wesela nie widziałam, bo tak mi się ta fryzura nie podobała. 

Aleksandra: Sukienka chociaż była ładna?

Dominika: Byłam w ciąży, więc też tak… bez szału. (śmiech)

Aleksandra: Chciałaś tak w ciąży ślub?

Dominika: Tak, właśnie chciałam!

Irena: Mamuś, idź sobie coś zjeść, bo Ty głodna jesteś!

Pani Helena do mnie: Cieszę się, że możemy tak sobie porozmawiać jak w rodzinie. 

Irena: Mamuś, no idź!

Pani Helena znika z chłopakami, kierują się w stronę restauracji. Słyszę jeszcze tylko jak Irena woła do mamy: “Mamuś, jak chcesz, jesteś panem swojego losu”. Dominika przygląda się fryzurze, po czym podąża za synami.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 20 sierpnia.

Dziękujemy całej ekipie odpowiedzialnej za cudne efekty sesji – fotografie: Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzury: Beauty by Rockagirl, makijaż: Karolina Dobranowska – Glambymom.

Irena Kamińska z córką Dominiką

„Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka” – córka Ireny Kamińskiej-Radomskiej o łączącej je więzi

Porywam Dominikę na hotelowy taras, żeby mogła w nieskrępowany sposób odpowiedzieć na być może kilka niewygodnych pytań dotyczących jej relacji z mamą. Dominika ma już na sobie makijaż oraz sukienkę, w której wystąpi na sesji, więc mam wrażenie, jakbym przeniosła się w XVIII/XIX-wieczną przeszłość i rozmawiała z tamtejszą młodą damą. W trakcie naszej rozmowy dołącza Filip, który (o dziwo!) zamiast kręcić się wkoło nas, siada przy Dominice, wtula się w jej ramię i grzecznie słucha. W końcu to też rozmowa trochę o nim.

Aleksandra: Masz całkiem różnych synów!

Dominika: To całkowite przeciwieństwa, co już na pierwszy rzut można dostrzec. Nie tylko fizyczne, ale także pod względem temperamentu czy nawet kulinarnie – jeden lubi tylko mięso, drugi najchętniej mięsa nigdy by nie tknął…

A mają jakieś ewidentne cechy po babci?

Tak, ale też pod innym względem. Filip na pewno ma po mojej mamie kości policzkowe! Dostały mu się w drugim pokoleniu, bo ja niestety takich nie mam. Na pewno energię, tę życiową, też ma po niej. Tomek dostał jej nieco mniej, ale za to po babci potrafi się zastanowić. Bo o mamie zwykle mówi się, że jest dobrym rodzicem, babcią, specjalistą (co oczywiście jest prawdą), ale rzadziej wspomina się o jej poukładaniu. A jest niesamowicie poukładaną osobą. Rzadko coś dzieje się w jej życiu bez planu. Spontaniczność owszem, ale jak dzieje się w trakcie zaplanowanego przez nią czasu. I Tomek też taki jest – raczej najpierw sobie przemyśli, dopiero potem zrobi. Tę cechę nie tylko się dziedziczy, ale rozwija, a mama swoje poukładanie rozwinęła genialnie!

Świadczy o tym choćby jedna z licznych prozaicznych sytuacji, jakie pamiętam z dzieciństwa. Miałyśmy kotkę, która miała na imię Tili. I mama w pewnym momencie stwierdziła, że przyszedł odpowiedni dla niej czas, by poddać ją zabiegowi sterylizacji. Ale okazało się (nie wiem, czy ta opinia wciąż jest aktualna), że żeby przeprowadzić taki zabieg, to kotka powinna mieć najpierw przynajmniej raz małe kotki. Więc moja mama naprawdę zabrała się do tego konkretnie: zanim w ogóle umówiła się na zabieg, dowiedziała się, ile taka kotka może mieć kociąt w jednym miocie. Okazało się, że między cztery a pięć. Zanim doszło do konkretów, mama zrobiła wywiad środowiskowy i znalazła pięciu chętnych na te kocięta. Dopiero jak wiedziała, że ktoś na pewno się nimi zaopiekuje, zaprowadziła kotkę do kocura. Faktycznie urodziło się pięcioro kociąt i każde znalazło nowy dom. Więc widzisz, że mama wszystko planuje. I tego wciąż się od niej uczę, bo ja tego nie odziedziczyłam.

Jesteś inna, różna od mamy?

Jestem. Wydaje mi się, że tak.

A co Was przede wszystkim różni?

To, o czym już wspomniałam – mama to jest plan, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu. A u mnie wszystko rodzi się w bólu i chaosie. 

Maja Kupidura Fotografia

Czyli zawodowe pójście w ślady mamy nie było zaplanowane?

Nie. Tak się poskładało. Ale jestem zadowolona, że tak wyszło, bo dobrze mi z tym, dobrze nam się współpracuje. Być może jest to związane z tym, że odziedziczyłam po mamie pewne upodobanie do przekazywania wiedzy. To akurat mamy wspólne. I widzę tę umiejętność też u moich synów. Obaj chodzą do szkoły muzycznej i Tomek pomaga bratu przygotowywać się do przedmiotu, który nazywa się kształcenie słuchu. To bardzo ważny i trudny przedmiot. Ja nie jestem muzykiem, więc mam z tego typu sprawami mały problem, ale Tomek świetnie sobie radzi, a Filip potrafi go cierpliwie słuchać. I o dziwo w tym przypadku relacja brat-brat nie przeszkadza. Parę dni temu z kolei widziałam Filipa uczącego młodszego kolegę strzelania z łuku: „To się nazywa cięciwa”, „To się robi tak a tak”, „A tu troszeczkę napnij” – ustawiał postawę kolegi, cierpliwie dawał mu wskazówki, nie denerwował się, że mu coś nie wychodzi.

Siedzący przy mamie Filip zdecydowanie ożywia się na samo wspomnienie strzelania.

Filip: Jeszcze na tamtym obozie, o którym Ci wcześniej opowiadałem, strzelaliśmy z łuku. Trafiłem w trójkę, a potem trzy razy w jedynkę. Strzelaliśmy też z broni krótkiej i trafiłem w ósemkę, a ze snajperki chyba miałem trzydzieści dziewięć punktów.

A spotkałaś się z zarzutem, że robisz karierę trochę dzięki mamie?

Nie, szczerze powiedziawszy nie. Może dlatego że… nie jestem tak eksponowana w mediach jak ona. Jestem trenerem, to jest moje główne zajęcia i raczej nie jestem kojarzona z moją mamą. Poza tym swoją karierę trenerską zaczęłam na dużo, dużo wcześniej niż zaczął się medialny szum wokół mamy. Więc nie. A nawet jeżeli bym się spotkała z takim zarzutem, to nie brałabym tego do siebie, bo tak po prostu nie jest. Najpierw zajęłyśmy się szkoleniami i razem pracowałyśmy, a dopiero później był na przykład „Projekt Lady”.

A dobrze Ci się z mamą pracuje?

Tak.

Nie masz poczucia, że za dużo tego, bo macie intensywny kontakt w pracy plus bardzo bliskie relacje rodzinne? Czasem chyba dobrze od rodziców odpocząć

Nie powiem, było może parę razy w życiu takich myśli, że jak szefowa jest spoza rodziny, to przynajmniej jest sobota i niedziela dla siebie. A z mamą niekoniecznie. Ale nie, nie zamieniłabym się ani na moment z nikim innym ani nie wymieniłabym szefowej.

A byłaś wychowywana w domu tak jak mama wychowuje dziewczyny w „Projekcie Lady”: „Siedź prosto!”, „Nie garb się!”? Twoje chłopaki wspomniały, że odbierają babcię na co dzień zupełnie inaczej niż w sposób, który kreowany jest w mediach. Masz podobnie czy jednak dla córki mama Irena jest bardziej surowa?

Oczywiście, że w dzieciństwie mama zwracała mi uwagę! I ja się z tego bardzo cieszę! Jeżeli ktoś się spodziewa, że moje dzieciństwo było jakieś traumatyczne, że niczego mi nie było wolno, że miałam talerze pod łokciami – to nie! (śmiech) Tych talerzy czy kartek nawet nie trzeba stosować, bo jeżeli prawidłowa postawa jest pilnowana od małego dziecka, to naturalnie młody człowiek zachowuje postawę wyprostowaną. Tak że mama zwracała uwagę, ale oprócz tego potrafiłyśmy się też przewracać na ziemię i ze śmiechu trzymać za brzuchy, więc moje dzieciństwo było zdecydowanie normalne.

Maja Kupidura Fotografia

A istnieje takie pytanie, które byś się bała mamie zadać? Bałabyś się otrzymać na nie odpowiedź…

Hm, bardzo ciekawe i trudne pytanie. Nie wiem, czy wymyślę tak od razu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka. Jesteśmy przyjaciółkami, ale nie tylko. I nie chciałabym, żeby było inaczej. Jesteśmy blisko, ale jednak to nie jest relacja koleżeńska i dlatego uważam, że niektóre rzeczy powinny zostać… niewypowiedziane. To nie jest tak, że chciałabym z mamą porozmawiać o wszystkim. Myślę, że mogłabym, ale… nie.

Może to też jest trochę różnica, a trochę podobieństwo w Waszym podejściu do wychowania, bo Twoi synowie bardzo podkreślali, że są z Tobą blisko, że jesteś, że dużo rozmawiacie, ale że masz więcej luzu niż babcia.

Tak? O! To się bardzo cieszę, że tak mówili!

I że mama jest nie tylko mamą, ale też koleżanką, że Cię nie tylko kochają, ale też lubią.

Ojeeeeej! Jak pięknie! Jak mi miło! Chłopaki mają chyba faktycznie więcej luzu ze mną niż z babcią i niż ja miałam z mamą, ale może wcześniej źle sformułowałam jedną rzecz. Bo ja też moją mamę lubię (śmiech). I mamy fajną relację. To jest tak, że ja się naprawdę cieszę, jak przyjeżdżamy do siebie. Szczególnie gdy jesteśmy same, bo wtedy możemy sobie poplotkować o wszystkim i o niczym, i o kosmetykach, i o ubraniach… To są takie tematy, na które ja z chłopakami nie porozmawiam. Ani z mężem. Bo ich to nie interesuje. Dlatego cieszę się, że mam od tego mamę. Mamę, która zawsze była we mnie wsłuchana. Wydaje mi się, że jako dziecko mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem. I do tej pory czuję takie wsparcie. To, że zdarzają się takie tematy, o których nie rozmawiamy… to normalne. Cały czas czuję, że jakby mi się świat walił, to naprawdę mam się do kogo zwrócić po ratunek.

Czyli masz przed mamą jakąś tajemnicę? Nastoletnią miłość albo rozbity wazon jak miałaś pięć lat…

A to pewnie, że tak! I dalej nic nie powiem! Pewnie, że mam przed mamą trochę tajemnic.

Maja Kupidura Fotografia

A czy mama przypomina Ci babcię?

Tak. I tak, i nie. Wydaje mi się, że moja mama wiele cech dostała po swoim ojcu. Nigdy go co prawda nie poznałam, bo zginął w młodym wieku. Mama miała wtedy 11 lat. Sądzę tak przez opowiadania. Mama bardzo dużo o dziadku opowiadała, z resztą babcia też, więc widzę takie podobieństwa córki do ojca. Ale po babci mama też ma oczywiście kilka rzeczy! Na przykład obie lubią mówić. Mama wykorzystuje to w pracy na co dzień. A jak idę do babci, to po prostu nastawiam się na słuchanie.  Oj tak, obie lubią sobie porozmawiać.

Czyli Ty jesteś od słuchania.

Lubię słuchać. Ale czy ja wiem, czy bardziej jestem od słuchania. Czasami też muszę się stopować i gryźć w język.

Zmieniłabyś coś w mamie?

Jeszcze parę lat temu odpowiedziałabym bez wahania: przepraszanie.

Nigdy nie odpuściła? Zawsze musiała mieć ostatnie słowo?

Mama jest zasadnicza. Myślę, że jest to cecha, którą można dostrzec nawet przy pobieżnym zapoznaniu. Ma bardzo mocny kręgosłup moralny i hierarchię wartości nie do ruszenia. Więc jeśli te najważniejsze życiowe wartości poddawane są pod dyskusję, to w jej przypadku nie ma mowy o kompromisie. I to jest jej siła. To jest bardzo ważne, aby rodzic pełnił funkcję guru. Powinien wsłuchać się w dzieci, ale i mieć ostatnie słowo. Natomiast ja miałam dość buntowniczą naturę i czasem mnie to uciskało. Bardzo chciałam od niej usłyszeć słowa: „Przepraszam, może faktycznie miałaś trochę racji”. Dlatego świadomie postanowiłam z moimi dziećmi postępować inaczej. Ja moje dzieci przepraszam i to często… na co jakiś czas temu chłopaki zareagowały niezwykle zaskakująco.

Pewnego razu Filip coś przeskrobał, usłyszał ode mnie kilka słów, po czym wysłałam go do jego pokoju, żeby przemyślał swoje zachowanie. Chwilę później podchodzi do mnie Tomek i mówi: „Mamo, bo ja wiem, że Ty za chwilę pójdziesz przepraszać Filipa. Nie rób tego”. Bardzo się zdziwiłam i pytam Tomka, dlaczego mam tego nie robić. „Bo miałaś rację”. Zapytałam go też wtedy, co sobie myślał, jak przychodziłam go przepraszać i zdziwił mnie jeszcze bardziej, bo usłyszałam: „Że na to zasłużyłem. I że niepotrzebnie mnie przepraszasz”. Podsumowując, nawet w tej małej rzeczy, przekonałam się, że racja była po stronie mojej mamy ?

A wspomniałaś o swoim okresie buntu…

Yhym, miałam. Taki ze spóźnionym zapłonem, można powiedzieć. Po liceum.

Oddaliłyście się wtedy trochę z mamą?

Tak, też tak było. Przenośnie i dosłownie. Mama wtedy była dużo w Stanach, ja byłam w Polsce, także dość duży dystans fizyczny i emocjonalny. To był trudny moment.

Czasami mówi się, że matka z córką zaczynają się dogadywać dopiero jak zaczną mieszkać osobno. U Was też tak było?

Może i u nas było podobnie. Nie wiem. Myśmy się zawsze lubiły, bo zanim właśnie te hormony, ten bunt, dojrzewanie, to było świetnie. A potem faktycznie może i było to dla nas dobre. Teraz mieszkamy 300 km od siebie i chciałoby się bliżej. Chociaż już się do tego przyzwyczaiłyśmy, a chłopaki dzięki miejscu zamieszkania babci doświadczają wielu rozrywek w stolicy.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 27 sierpnia.

Wciąż niezmiennie jesteśmy wdzięczne całej ekipie, która spisała się cudnie przy: fotografii – Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzurach – Beauty by Rockagirl, makijażu – Karolina Dobranowska (Glambymom).

pierwsze posłanki

„Na tyłach” walki o Polskę – Zofia Moraczewska

Działaczka społeczna, polityk, „posełka” na sejm, nauczycielka, założycielka kół kobiecych, edukatorka, żona, matka, gospodyni domowa. Żywo i prężnie działająca na co dzień, dziś w cieniu wielkich męskich nazwisk, których sława nie byłaby może tak wiekopomna, gdyby nie ona i kobiety jej podobne.

(1873 – 1958)

Zofia Moraczewska, z domu Gostkowska. Informacja ta jest o tyle istotne, że jej ojciec był rektorem Politechniki Lwowskiej, a więc Zosia i jej siostry wywodziły się z bardzo charakterystycznego środowiska. Odebrała najpierw domowe, później dalsze wykształcenie w Zakładzie Wyższym Naukowym Żeńskim W. Niedziałkowskiej oraz Seminarium Nauczycielskim Żeńskim we Lwowie. Najpierw zarabiała na swój byt, wykonując pracę nauczycielki, później obowiązek utrzymania rodziny przejął mąż – Jędrzej Moraczewski.

„Zdaje mi się, że kocham”

Paradoksalnie, biorąc pod uwagę do czego obydwoje państwo Moraczewscy w przyszłości doszli, rodzice Zofii nie byli zbytnio zadowoleni z jej życiowego wyboru. Tym bardziej, że na początku ich córka doprowadziła nieomal do skandalu towarzyskiego. Przed jednym z kinderbali poznała pana Andrzeja, którego postanowiła kokietować. Zagadywała, dała bilecik oraz największy order dla dobrze tańczących, choć wszyscy wiedzieli, że z Jędrzeja to żaden tancerz. Przysiadła obok na kolacji i pierwsza wszczęła rozmowę, choć to absolutnie nie uchodziło. Tak samo jak później, gdy wybranek odwzajemnił uwagę i po dłuższym czasie znajomości zaproponował, że listownie podzieli się z nią wrażeniami z wakacji. A dorosłej pannie pod żadnym pozorem nie wolno było korespondować bez kontroli z mężczyzną. Ha, co Wy na to współczesne dwudziestolatki?! Zofia się nie zgadza. Za pierwszym razem, bo za drugim przestaje już przejmować się konwenansami;) Dużo rozmawiają, wspólnie interesują się polityką, wstępują do partii. W październiku 1896 roku biorą ślub.

Zofia i Jędrzej Moraczewscy, fot. Edward Trzemeski, 1896, Biblioteka Narodowa

Dolce far niente

Dzięki pracy Jędrzeja, który nadzoruje budowę odcinków kolei, dużo jeżdżą. Nie tylko po Galicji. W listopadzie 1899 roku przeprowadzają się do Dalmacji (wówczas część Austro-Węgier). Zamieszkują w Splicie i będzie to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu Zofii. Bo wszystko jest niedrogie, nie trzeba palić w piecu, przez okno widać morze. Zamiast pasztetów i legumin, zdrowo się odżywiają dorodnymi warzywami, owocami, świeżymi rybami i smaczną oliwą. Jędrzej dużo pracuje, dlatego Zofia codziennie rano wychodzi z książką nad morze i „całe dnie spędza dryfując po Adriatyku zatopiona w czytaniu i zachwycie”. Czas spędzony w Spalato, to chyba jedyny okres w jej życiu pełen beztroski i codziennego, śródziemnomorskiego spokoju. Niestety praca męża dobiega końca i czas wracać do domu.

„Bardzo mi dziwno”

Zofia rodzi pierwsze dziecko w 1901 roku. Niespełna rok później mały Tadzio umiera. „Lekarz od razu rozpoznaje szkarlatynę – we wsi zachorowało już kilkoro dzieci, ale państwo Moraczewscy o tym nie wiedzieli. Medyk nawet nie chce zbliżyć się do dziecka – na twarzy pojawiły się już sine plamy – z odległości kilku metrów stwierdza zgon i wychodzi.” Zofia nie najlepiej znosi stratę, Jędrzej wcale nie lepiej. wyjeżdżają na urlop do Włoch na dwa tygodnie. Rok później rodzi się Kazik.

Jędrzej dostaje awans, a więc kolejne przenosiny. I kolejna ciąża. Wanda rodzi się latem 1905 roku. Dwa lata później ukochany mąż zostaje wybrany na posła do austriackiego parlamentu. A trzydziestoletnia Zofia rodzi czwarte dziecko – „Adaś przychodzi na świat tego samego dnia, w którym zatwierdzono kandydaturę jego ojca”. Zajmuje się domem i dziećmi. Męża prawie nie widuje. Sama o swoim życiu pisze w liście do siostry:

„Mój Boże – ja sama nie wiem, co to jest – czym jest moje życie – gdzie się czas podziewa – wiem tylko – a raczej odczuwam, że gdzieś lecę bez pamięci – że ludzie, rzeczy, wrażenia, godziny przemykają mi się przed oczyma z bajeczną jakąś szybkością… Co dziś robiłam? Rano o siódmej gotowałam kawę, grzałam śmietankę i mleko. Potem rozdawałam dzieciom śniadanie, sprzątałam na gwałt w pokojach – o dziesiątej byłam już na mieście, na poczcie, nadawałam rozmaite pieniądze i listy w sprawach publicznych, przyleciałam do domu, gotowałam na gwałt sama obiad. Po obiedzie leżałam na kanapie dosłownie pięć minut, po czym zerwałam się, myłam z Hanią naczynia, garnki i wyszorowałam kuchnię. Przed chwilą rozpaliłam w piecu w sypialni, ponieważ pozimniało na dworze.

Ale Zofia nie narzeka. Odnalazła lekarstwo na nieobecność męża i oderwanie się od dzieci – sprawę społeczną.

„Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”

Cały czas zamieszkująca w Stryju Zofia organizuje przedsiębiorstwa spółdzielcze – piekarnię, masarnię i szwalnię. W piekarni jest dostawczynią, w szwalni skarbniczką. Jest też suflerką w teatrzyku amatorskim. Organizuje wykłady i spotkania patriotyczne, na których sama przemawia. Zaangażowała się w powstanie galicyjskiego czasopisma „Głos kobiet”. Wybuch wojny w niczym jej nie przeszkadza, tylko na moment zmusza do przeorganizowania. Pomimo że musiała uciekać ze Stryja i wylądowała na Śląsku, nie przeszkodziło jej to w zajęciu się finansowaniem Legionów. „Polska formacja działająca w ramach armii austriackiej pieniędzy ma na razie tylko tyle, ile uzbierają dla niej kobiety – te z Królestwa, i te z Galicji. Pieką ciasta, robią słodycze i chodzą z nimi po domach, zbierając fundusze.”

Posłanki na posiedzeniu klubu parlamentarnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w sejmie (Zofia Moraczewska siedzi trzecia od prawej), 26 listopada 1930, Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1915 roku powstaje Liga Kobiet. Od 1916 roku Zofia staje na jej czele i robi z organizacji prawdziwą potęgę. Liga zbierała olbrzymie fundusze dla Legionów. Szeregi Ligi rozrosły się do trzynastu tysięcy członkiń (Jeżeli wydaje Wam się, że to niewiele, spróbujcie stworzyć dziś taki ruch. I weźcie pod uwagę niezwykle sprzyjające organizowaniu się kobiet ówczesne warunki społeczne i kwestię rozbiorów). Pomimo represji prowadzonych przez administrację austriacką, które doprowadziły w 1917 r. do rozwiązania Ligi, Zofia zorganizowała przejście do działalności konspiracyjnej. Władze austriackie miały nawet wszcząć śledztwo w sprawie antypaństwowej działalności tworzących go kobiet. Nie zdążyły.

„Gdybym mogła zacząć życie na nowo – oddałabym wszystkie myśli i całą duszę moją tej sprawie”

Zofia Moraczewska startowała w uzupełniających wyborach z okręgów na obszarach włączonych do odrodzonego państwa w 1922 roku. Została posełką z okręgu krakowskiego i dołączyła do grona pięciu posłanek wybranych trzy lata wcześniej. Nie owijała w bawełnę. Doskonale znała się na tym, czym się zajęła, a więc kwestią edukacji, warunkami pracy kobiet i służbą zdrowia. Jej niezależność wielokrotnie doprowadziła do odchodzenia z partii, do których należała i odchodzenia z polityki w ogóle na dłuższy czas. Ale zawsze wracała. Nawet po tragedii, jaka dotknęła Moraczewskich w 1920 roku. W walkach z bolszewikami zginął ich najstarszy syn, siedemnastoletni Kazimierz.

Zofia Moraczewska za walkę o niepodległość ojczyzny i niepodległość kobiet zapłaciła najwyższą cenę. Poświęciła nie tylko całe swoje życie zawodowe, ale i rodzinne. Przeżyła swoich rodziców, siostry, męża i czwórkę dzieci.

Jędrzej zginął 5 sierpnia 1944 r., ugodzony odłamkiem pocisku w czasie niemiecko-sowieckich walk o Sulejówek. Wanda została aresztowana przez Niemców i zmarła na Pawiaku w 1942 r. Najmłodszy syn, Adam, doktor historii, działał w Związku Walki Zbrojnej. Zajmował się kontaktami z polskimi placówkami na Węgrzech. W trakcie trzeciej wyprawy został aresztowany, poddany śledztwu i wysłany z jedną z pierwszych grup więźniów do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł z wycieńczenia 31 października 1941 r.

Do końca życia mieszkała w Sulejówku. Pracowała nad biogramami działaczek kobiecych międzywojnia, m.in. Marii Piłsudskiej. Planowała wydanie „Encyklopedii polskiego ruchu kobiecego”. Zmarła w 1958 roku.

Odznaczona Krzyżem Kawalerskim (1927), Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1930) i Krzyżem Niepodległości (1931).

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved