Karolina

Można wytańczyć albo wyśpiewać marzenia, a wyjogować?

Wywiad z Karoliną Erdmann - kiedyś pracoholiczką korporacji, dziś założycielką Yoga Beat Studio w Warszawie oraz Magdaleną Gnot, pomysłodawczynią aplikacji Fitnoteq i projektu  "Joga dla mężczyzn"

"W moim treningu jest miejsce zarówno na te dynamiczne, płynne, głośne elementy jogi, ale również momenty przeznaczone wyciszeniu, koncentracji na oddechu, jak i maksymalnej relaksacji. Yoga Beat to duży wysiłek dla ciała, ale też cudowna terapia dla głowy." - mówi kobieta, która z dnia na dzień rzuciła swoje dotychczasowe życie, wyjechała do Stanów praktykować yogę. Wróciła i wpadła na autorski pomysł programu yogi dla kobiet. Poznajcie Karolinę Erdmann!

Czy kluczem do sukcesu jest spontaniczność i szaleństwo? Rzucenie stabilnej pracy w korporacji i wyjechanie w siną dal, na odległy kontynent, żeby się trochę porozciągać? Bo tak przecież Pani zrobiła?;D

Karolina Erdmann: Tak, tak to właśnie wygląda. Myślę, jednak, że kluczem do sukcesu jest wsłuchiwanie się we własne potrzeby. Stabilna praca w korporacji bardzo mnie ograniczała i tym samym unieszczęśliwiała. Dlatego zaczęłam poszukiwać swojej drogi – padło na USA. Wiedziałam, że ta decyzja wiele zmieni w moim życiu. Byłam pewna, że będą to zmiany na lepsze. Tak się też stało, wyjazd wywrócił moje życie do góry nogami. Cieszę się, że podjęłam tak odważną decyzję, bo dzięki niej teraz spełniam się i jestem szczęśliwa.

Jak to się stało, że trafiła Pani do znanej joginki, modelki i twórczyni metody Strala Yoga, Tary Stiles? Proszę wybaczyć, ale nie była Pani trochę osobą znikąd, zwykłym śmiertelnikiem, nie było trudno się Pani dostać na jej kurs? A może po prostu słono kosztował?

Karolina Erdmann: Obserwowałam Tarę Stiles już przez długi czas. Jednym z moich marzeń było wyjechać do Stanów i wziąć udział w jej szkoleniu. Przed tym pomysłem hamowały mnie praca i inne zobowiązania na miejscu, w Polsce. Kolejne sytuacje zbliżały mnie jednak do myśli, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu. Podświadomie czułam, że wyjazd i kurs u Tary to odpowiedni kierunek. Sprawdziłam dostępność miejsc i okazało się, że zostało kilka wolnych. Zapisałam się, zapłaciłam. Miałam ten plus, że moja znajoma mieszka w okolicy i mogłam na czas kursu zatrzymać się u niej. 

Dlaczego joga? Dlaczego nie fitness, taniec, bieganie?

Karolina Erdmann: Yoga Beat to nie taka sama joga, jaką zna wiele osób. Jestem bardzo dynamiczną osobą i taka jest moja metoda treningowa. Łączy w sobie wiele elementów, które wynikają z mojego doświadczenia i wsłuchiwania się w potrzeby ciała i umysłu. Joga daje naprawdę szerokie spektrum możliwości. To nie tylko medytacja i spokojne trwanie w pozycji, ale także silne bodźce dla naszego ciała, które wzmacniają, poprawiają sylwetkę, pozwalają pozbyć się niechcianej tkanki tłuszczowej. A to przecież te same efekty, których oczekujemy po fitnessie, tańcu czy bieganiu. 

Można chyba śmiało powiedzieć, że wprowadziła Pani strala jogę do Polski. Cóż kryje się za tą przedziwną nazwą?

Karolina Erdmann: Strala Yoga to joga z dużą ilością naturalnego ruchu i swobody. Zawiera się na nią wiele dynamicznych sekwencji, które płynnie przechodzą pomiędzy sobą. Strala była moją ogromną inspiracją, ale wciąż czymś niewystarczającym. Dlatego też dodałam kilka swoich zasad i elementów, tworząc własną interpretację jogi, czyli moją metodę − Yoga Beat. Zależało mi na tym, aby mój trening był pełny − dawał nam wszystko, czego potrzebuje nasze ciało i umysł. Dlatego yoga beat zawiera dynamiczne pozycje i wzmocnienia, które nie tylko modelują sylwetkę, mobilizują oraz uelastyczniają ciało, ale także wpływają relaksująco na nasz umysł. 

Joga kojarzy się raczej z wyciszeniem, spokojnym oddechem, relaksacyjną muzyką, a w Pani szkole chyba nie do końca tak właśnie wyglądają zajęcia. Podobno można się głośno śmiać, trening zawiera elementy fitnessu i muzyka też jakaś taka bardziej energiczna?

Karolina Erdmann: W moim treningu jest miejsce zarówno na te dynamiczne, płynne, głośne elementy, ale również momenty przeznaczone wyciszeniu, koncentracji na oddechu, jak i maksymalnej relaksacji. Yoga Beat to duży wysiłek dla ciała, ale też cudowna terapia dla głowy. Nie wyobrażam sobie treningu, który od A do Z wymaga od nas wykorzystania stu procent sił. Uważam, że musi znaleźć się w nim miejsce na uświadomienie sobie gdzie i po co jestem, a także podziękowanie sobie za to, co robię dla siebie.  Zależy mi na tym, aby ludzie, wychodząc z moich zajęć, byli fizycznie zmęczeni i wewnętrznie spokojni. Na treningu zużywamy energię zgromadzoną w naszym ciele, jednocześnie budując siłę, z którą wychodzimy pokonywać codzienne wyzwania.

Wspomniała Pani kiedyś, że inspiruje Panią to, co wokół; to, co Panią otacza i że część inspiracji czerpie Pani z podróży po świecie. Który kraj czy kultura były dla Pani najbardziej inspirujące? Gdzie poleciłaby Pani wybrać się komuś, kto właśnie złapał "zajawkę na jogę"? 

Karolina Erdmann: W głównej mierze tu nie chodzi o konkretny kraj czy kulturę, ale o podróżowanie samo w sobie. Ogromną wartość ma dla mnie to, że mogę wyjechać, odciąć się od codzienności, dać sobie chwilę głębszego oddechu oraz przestrzeni na poukładanie wielu spraw wewnątrz siebie. Takie warunki sprzyjają byciu ze sobą tu i teraz, a przecież o to właśnie walczy joga. Podczas podróży bardzo cenię sobie obcowanie z naturą − to mnie uspokaja, pozytywnie nastraja, inspiruje. Wiele szkoleń odbywałam w Stanach Zjednoczonych, jednak nie zainspirowały mnie one same w sobie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie natomiast zmysłowość Meksyku. W grudniu z kolei wyruszam na Bali. Czuję, że to będzie totalna otchłań jogowych inspiracji!

Jaka jest Pani historia, pani Magdaleno? Skąd się wzięła joga w Pani życiu?

Magdalena Gnot, pomysłodawczyni projektu joga dla mężczyzn: Od wielu lat poszukuję swojej jogi. Próbowałam wszystkich statystycznych i dynamicznych praktyk jogicznych i zdecydowanie dynamiczna Vinyasa jest moją ulubioną praktyką. Ten rodzaj jogi nie tylko wzmacnia i uelastycznia ciało, ale relaksuje i odpręża. Tak zrodziła się moja miłość do jogi, którą cenię szczególnie ze względu na jej zbawienny wpływ na nasze ciało, ale także umysł. 

Skąd u kobiety pomysł na trening jogi dla mężczyzn? Chciała im dać Pani trochę popalić?;) 

Magdalena Gnot: Tworząc programy prozdrowotne dla dużych firm, dowiedziałam się, jak duży procent pracowników szczególnie płci męskiej ma problemy z górnym i dolnym odcinkiem kręgosłupa. Mężczyźni jako główną aktywność fizyczną wybierają: bieganie, trening siłowy oraz crossfit. Zapominają jednak o tym, jak istotne po treningu jest rozciąganie. Dlatego postawiłam na jogę, która niesie liczne korzyści m.in. pomaga wydłużyć mięśnie oraz wyeliminować napięcia, wzmacnia mięśnie posturalne stabilizujące kręgosłup. Myślę również, że mężczyźni mogą polubić yogę beat, ponieważ jest to jej dynamiczna odmiana zawierająca w sobie oprócz tradycyjnych asan również liczne uniesienia, wykopy czy podpory.

Joga dla mężczyzn nie brzmi chyba zbyt męsko? Czy panowie uwielbiający właśnie siłownię, spływający po plecach pot i napinanie mięśni odnajdą się w tego typu aktywności?

Magdalena Gnot: W naszej aplikacji treningowej Fitnoteq mamy kilka odmian yogi: klasyczną, dynamiczną oraz yogę beat. Yoga Beat to dynamiczna forma jogi, która polega przede wszystkim na połączeniu tradycyjnych, wzmacniających i poprawiających elastyczność asan z fitnessowymi ćwiczeniami o większej intensywności. Proszę mi wierzyć, że pot będzie spływał bardziej niż na siłowni. Yoga niesie liczne korzyści dla mężczyzn m.in. pomaga wydłużyć mięśnie oraz wyeliminować napięcia, poprawia wytrzymałość stawów poprzez wzmocnienie tkanki mięśniowej, a także wzmacnia mięśnie głębokie, utrzymujące kręgosłup. Monotonne ruchy wykonywane podczas ćwiczeń na siłowni mogą prowadzić do zmniejszenia zakresu ruchu w stawach. Choć powszechnie wiadomo, że po treningu należy wykonać rozciąganie, to jednak wielu mężczyzn nie podchodzi do tego elementu z należytą uwagą. Joga to sposób na uelastycznienie ciała i znaczne zwiększenie mobilności. Dlatego tak ważne jest włączenie tego rodzaju aktywności fizycznej do planu treningowego.

Czy zestaw ćwiczeń dla kobiet i mężczyzn zdecydowanie się różni? Dlaczego i na czym polegałaby różnica?

Magdalena Gnot: Trening Yoga Beat Men oraz Yoga Beat Women różni się tylko kilkoma elementami. Kobiece ciało jest genetycznie dużo bardziej elastyczne, dlatego mężczyźni muszą włożyć wiecej pracy, aby osiągnąć podobne rezultaty.  Yoga Beat Men zostały wybrane stosunkowo proste pozycje, które budują siłę, zwiększają elastyczność i są głeboko terapeutyczne. Trening dla mężczyzn wzmacnia mięśnie posturalne, czyli utrzymujące stabilność całego ciała oraz dodatkowo skupia się na rozluźnieniu problematycznych obszarów np. spiętej obręczy barkowej i sztywnych biodrach. Trening Yoga Beat Men można również wykonywać wspólnie ze swoją partnerką. Wykonywanie asan we dwoje to także szansa na osiąganie lepszych wyników i większej satysfakcji z wysiłku fizycznego. Jak pokazują wyniki badań opublikowane w Prevention Magazine, aż 94% par trzymało się planu treningowego, gdy wykonywało go razem. Ćwiczenia uwalniają także endorfiny i dopaminę, które odpowiadają za uczucie szczęścia i satysfakcji. Gdy dzielimy się tym szczęściem z drugą osobą, zaczynamy je kojarzyć ze spędzaniem wspólnych chwil.

Gdyby miała Pani przekonać do jogi przeciętnego Kowalskiego, który na oczy maty do ćwiczeń nie widział, a jego ulubioną rozrywką jest komputer albo telewizor, jakby go Pani próbowała zachęcić?

Magdalena Gnot:  Mężczyźni lubią wyzwania i yogę można potraktować jako nowe wyzwanie w planie treningowym. Chcemy dać panom okazję do sprawdzenia, jak wiele korzyści płynie z jej regularnego praktykowania. Joga ma zbawienny wpływ nie tylko na nasze ciało, ale także umysł. Pomaga zwiększyć koncentrację i zniwelować efekty codziennego stresu. Co więcej, z naszą aplikacją ćwiczenia można wykonywać w zaciszu domowym. 

shutterstock_1316255549

Nie tylko Harry wybrał miłość - o rodzinnych dramatach Windsorów, które zaprowadziły Elżbietę na tron

Historia Windsorów, brytyjskiej rodziny królewskiej, jest pełna wzlotów i upadków. Władcy mieli stanowić moralny wzór do naśladowania, chronić podstawowe wartości i stać na straży tradycji, co - jak pokazuje historia - nie zawsze było łatwe do wykonania. Szczególnie ciężko zostali naznaczeni potomkowie króla Jerzego V ( dziadka królowej Elżbiety II). Pięciu braci i ich siostra nigdy nie doświadczyli rodzicielskiej czułości: swoich rodziców widywali rzadko i jedynie po to, by otrzymać naganę za niewłaściwe zachowanie. Król i królowa nie mogli publicznie okazywać żadnych emocji i uczuć, musieli zachowywać się dostojnie, tego wymagali także od swoich dzieci. Jerzy V prywatnie był człowiekiem nerwowym, wybuchowym, spiętym i apodyktycznym, jego żona Maria była małomówna i zamknięta w sobie. Żadne z nich nie dążyło do bliższych relacji z własnymi dziećmi. Król nie był zadowolony ze swoich potomków: synowie nie spełniali jego oczekiwań, odczuwał rozczarowanie, wstyd i frustrację z ich powodu. Dwaj starsi synowie, jako najbliżsi kandydaci do tronu, wychowywani byli bardzo surowo, młodsze rodzeństwo posiadało odrobinę więcej swobody. Los najbardziej doświadczył trzech braci: najstarszego Davida, drugiego z kolei Alberta i najmłodszego Jana. Ich życie pełne było tragicznych wydarzeń, które kiedyś ukrywane, dziś wychodzą na światło dzienne.

Edward Windsor (1894-1972), wuj Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Edward VIII, był najstarszym synem Jerzego V i Marii Teck. Król Jerzy nie lubił Davida (tego imienia używano prywatnie), uważał go za chłopca nieposłusznego i krnąbrnego, wymagającego silnej dyscypliny, wątpił w jego zdolności przywódcze i z niepokojem myślał o nim jako o następcy tronu. Książę w wieku 12 lat został wysłany do szkoły marynarki, a dwa lata później rozpoczął naukę w bazie morskiej w Dortmuth. Brał udział w działaniach wojennych, jego kompani zapamiętali go jako żołnierza o szalonej odwadze, który nie boi się śmierci. W wieku 17 lat zachorował na świnkę, którą przeszedł bardzo ciężko. Współcześni historycy podejrzewają, iż świnka wywołała u królewskiego syna zapalenie jąder i bezpłodność, które zaważyły na jego późniejszych wyborach życiowych. Książę do końca życia cieszył się młodzieńczym wyglądem, a jednocześnie określano go jako człowieka niedojrzałego i dziecinnego (co może być objawem zaburzeń hormonalnych), nigdy nie doczekał się potomstwa mimo licznych romansów i wieloletniego małżeństwa z amerykańską rozwódką Wallis Simpson. W obawie przed nadwagą jadł bardzo niewiele (w literaturze pojawiają się sugestie, iż książę cierpiał na anoreksję). Według opinii niektórych historyków Edward VIII abdykował nie tylko z powodu chęci poślubienia ukochanej, lecz także dlatego, iż będąc świadomym swojej bezpłodności nie chciał zostać królem, który nie jest w stanie zapewnić następcy tronu. Książę po swojej abdykacji został zmuszony do opuszczenia kraju, do końca życia utrzymywał się z renty wypłacanej przez królewską rodzinę i sprzedaży dóbr odziedziczonych po zmarłym ojcu. Sympatyzował z Adolfem Hitlerem i nazistami, prawdopodobnie ujawniał sekrety rządu brytyjskiego, dlatego został uznany za zdrajcę kraju. Jego brat, król Jerzy VI i bratanica, królowa Elżbieta II, nie chcieli kontaktować się z nim i nie wyrażali zgody na jego powrót. Zmarł w roku 1972 na raka krtani, który spowodowany był wieloletnim paleniem tytoniu i piciem alkoholu.

Albert Windsor (1895-1952), ojciec Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Jerzy VI, urodził się jako drugi syn króla Jerzego V. Bertie, jak nazywano go pieszczotliwie, okazał się dzieckiem chorowitym o słabej kondycji fizycznej i psychicznej. Był nieśmiały i lękliwy, często wybuchał płaczem. Przez całe życie męczyły go silne bóle żołądka, prawdopodobnie na tle nerwowym. Miał koślawe kolana, które leczono za pomocą niewygodnych i sprawiających ból szyn. Podczas nauki pisania okazało się, że jest leworęczny, co w tamtych czasach traktowane było jako choroba: biciem zmuszano Alberta do pisania prawą ręką. Okrutna dyscyplina oparta na karach fizycznych stosowana przez jego pierwszą niańkę oraz paniczny strach przed apodyktycznym ojcem wywołały u chłopca kolejny problem - jąkanie się. Albert miał duże trudności z pisaniem i wysławianiem się, osiągał kiepskie wyniki w nauce. Mimo to posłuszny, uległy i bojaźliwy Bertie był lepiej tolerowany przez ojca niż jego niezależny i zafascynowany nowoczesnością starszy brat. Młody Albert wsławił się jako dobry żołnierz, był odważny i opanowany, jednak jego problemy ze zdrowiem nie pozwoliły mu kontynuować kariery żołnierskiej. Był również człowiekiem konsekwentnym: Elżbietę Bowes-Lyon, w której się zakochał, trzykrotnie prosił o rękę i dopiero za trzecim razem został przyjęty. Elżbieta darzyła sympatią jego przebojowego brata Edwarda, jednak ten nie był zainteresowany ożenkiem. Albert i Elżbieta stworzyli ciche, ale spokojne i zgodne małżeństwo. Ambitna Elżbieta była głową domu, co nieśmiałemu Albertowi odpowiadało. Mimo traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa książę stał się czułym i troskliwym ojcem dla swoich córek. Królem Jerzym VI został po abdykacji swojego brata; pełnienie roli władcy przerażało go, ale czuł się zobowiązany wobec swojego kraju. Żona pomagała mu w publicznych wystąpieniach, zatrudniła dla niego logopedę, który pomagał królowi radzić sobie z jąkaniem pojawiającym się podczas silnego stresu (epizod ten stał się głównym wątkiem filmu "Jak zostać królem"). Palił bardzo dużo - papierosy miały go rozluźniać. Jerzy VI był władcą rozważnym, zasłynął aktem odwagi, gdy wraz z rodziną pozostał w zamku mimo wielokrotnego bombardowania przez nazistów. Zmarł na raka płuc i gardła, które były spowodowane nadużywaniem tytoniu.

Jan Windsor (1905-1919), oficjalnie książę Zjednoczonego Królestwa, urodził się jako najmłodsze, szóste dziecko królewskiej pary. Od chwili jego narodzin pieczę sprawowała nad nim czuła i łagodna niania Charlotte Bill, do której był bardzo przywiązany. Johnny, jak go nazywano, był chłopcem wesołym i pogodnym, uwielbiał zabawy ze starszym rodzeństwem i łatwo nawiązywał kontakty. Jego początkowa edukacja była dość swobodna: jako piąty syn był daleko w kolejce do tronu, dlatego nie przywiązywano większej wagi do jego zachowania. Niestety w wieku czterech lat pojawiły się u niego pierwsze napady padaczkowe, które z czasem nasiliły się, niszcząc jego zdrowie fizyczne i psychiczne. Dla rodziny królewskiej chore dziecko było powodem wstydu: w ówczesnych czasach medycyna stała na niskim poziomie i niemożliwe było jakiekolwiek leczenie, a za wszelkie choroby wrodzone potomka obwiniani byli rodzice. Książę Jan został wykluczony z życia rodzinnego: przestał brać udział w uroczystościach, nie pojawił się na koronacji swojego ojca, nie pozował już do fotografii rodzinnych, nie widywał swojego rodzeństwa. Nękany częstymi napadami Jan nie rozwijał się prawidłowo, nauka pisania i czytania przychodziła mu z dużym trudem, dlatego nie został wysłany do szkoły. Z czasem pojawiły się u niego objawy autyzmu: nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, niewiele mówił, lubił zabawy polegające na powtarzaniu tych samych czynności (np. wrzucanie monet do skarbonki). W roku 1916 jedenastoletni Jan został umieszczony wraz ze swoją ukochaną nianią Lalą na farmie w miejscowości Wolfarton, gdzie spędzał samotnie kolejne dni swojego życia. Oczywiście okoliczni mieszkańcy nie mieli świadomości tego, że chłopiec jest królewskim synem. Na farmę zapraszano niekiedy dziewczynkę cierpiącą na astmę, która pełniła rolę towarzysza zabaw chorego chłopca. Król i królowa odwiedzali syna zwykle raz w roku, jednak surowy ojciec i powściągliwa matka byli dla niego obcymi ludźmi. Jan zmarł w wyniku ciężkiego napadu padaczki w roku 1919, został pochowany podczas prywatnej ceremonii na lokalnym cmentarzu. Jego śmierć nie została odnotowana w królewskich dokumentach. Przez wiele lat historycy nie wiedzieli o istnieniu księcia Jana, dopiero współczesne badania rodziny królewskiej przywróciły pamięć o najmłodszym dziecku Jerzego V. Jego losy ukazuje film dokumentalny "Jan: tragiczny sekret Windsorów" oraz miniserial brytyjski "The Lost Prince".

Troje pozostałych dzieci króla Jerzego V cieszyło się bardziej spokojnym życiem, choć i tutaj nie brakowało osobistych tragedii. Księżniczka Maria, jedyna córka Jerzego V, otrzymała edukację domową (w jej czasach nie istniały szkoły dla dziewcząt), wyszła za mąż w wieku 25 lat, doczekała się dwóch synów. Zajmowała się działalnością charytatywną, podczas wojny pracowała jako pielęgniarka. Zmarła w podeszłym wieku na zawał serca. Książę Henryk po zakończonej edukacji ożenił się i został ojcem dwóch synów. Pełnił funkcję gubernatora Australii, jednak nie udało mu się nawiązać dobrych relacji z mieszkańcami wyspy i został z tego stanowiska ostatecznie odwołany. Ciężko przeżył tragiczną śmierć swojego trzydziestoletniego syna w katastrofie lotniczej. Zmarł jako starszy człowiek. Książę Jerzy, podobnie jak jego bracia, służył w marynarce wojskowej. Ożenił się z księżniczką grecką, z którą doczekał się dwóch synów i córki. Zginął w wypadku lotniczym w wieku 40 lat, dwa miesiące po narodzinach swojego najmłodszego dziecka.

Monarchia brytyjska bardzo zmieniła się od czasów Jerzego V. Członkowie rodziny królewskiej mogą dziś kierować się głosem serca w wyborze małżonka, osobiście sprawują opiekę nad potomkami, a królewskie dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie traktowane są na równi ze swoimi rówieśnikami. Królewska etykieta obowiązuje członków rodziny jedynie podczas oficjalnych uroczystości, natomiast w swoim prywatnym czasie mogą zachowywać się swobodnie. Czasy upiornych nianiek, wzbudzających grozę ojców i surowej dyscypliny monarchia brytyjska ma już, na szczęście, za sobą.

Literatura:

Marcus Kiggell, Denys Blakeway: The Queen's Story, Headline Book Publishing 2002

Iwona Kienzler: Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, Wydawnictwo Lira 2019

Matthew Glencross, Judith Rowbotham, Michael D. Kandiah: Windsor Dynasty. 1910 to the Present, Palgrave Macmillan 2016

Projekt bez tytułu (24)

Harry & Meghan - poważna decyzja i niepoważny komunikat - komentarz Ireny Kamińskiej - Radomskiej

Nie można tak sobie wyjść z rodziny. Więzy krwi pozostają. I nie tylko. Trudno się jednak dziwić książętom Sussex, których poufale określa się jako Harry i Meghan, że zdecydowali się uniezależnić. Książę Henryk założył rodzinę, czuje się odpowiedzialny za żonę i syna. W dotychczasowych warunkach, będąc następcą tronu w świecie wszechobecnych mediów, nie był w stanie zapewnić żonie i dziecku podstawowej wartości, jaką jest bezpieczeństwo.

Księżna Meghan, jeszcze przed ślubem, była uprzedzana przed trudnościami, jakie spotykają członków rodziny królewskiej. Mimo że w dużym stopniu była na to przygotowana psychicznie, to rzeczywistość przekroczyła wszelkie oczekiwania. Informatorzy z brukowców (nie użyję określenia dziennikarze) ośmielili się nawet złamać prawo do tajemnicy korespondencji. Książę, mając w pamięci straszne doświadczenia z dzieciństwa, bał się o los swojej żony. Porównanie nowej sytuacji do losu matki miało poważne podstawy. W swojej mocnej wypowiedzi książę ośmielił się wyrazić opinię, że jego żona traktowana jest nie jak człowiek, a towar.

Para książęca pozbawiona została jakiejkolwiek prywatności. Można sobie tylko wyobrazić skalę problemów, skoro księżna przed ślubem była znaną aktorką i na co dzień miała do czynienia z mediami, a nowym wyzwaniom nie była w stanie sprostać.  

Ostatnich 6 tygodni książęta spędzili w Kanadzie. Wypoczęli psychicznie i zaraz po powrocie obwieścili światu, że zamierzają wykuć nową ścieżkę w swym życiu, bardziej niezależną. Być może nie powinni tego robić za pośrednictwem mediów społecznościowych. Z punku widzenia etykiety dworskiej – na pewno nie powinni. Ale z drugiej strony, skoro postanowili rozpocząć nowy rozdział w życiu, ta forma jest jak najbardziej odpowiednia.

Na razie to tylko obwieszczenie. Teraz zaczną się dyskusje, negocjacje z królową, księciem Karolem i Księciem Wilhelmem dotyczące szczegółów odejścia. Nie wątpię, że będą satysfakcjonujące dla obu stron, bo to przecież rodzina.

eye-3339668_1920

Dobrze jest tam, gdzie nas nie ma


Słuchając ludzi i obserwując ich zachowania, poczyniłam pewne spostrzeżenie.


Wydaje nam się, że jak zdobędziemy to, czego chcemy, ale jest po za naszym zasięgiem, to wszystko zmieni się na lepsze. Przekonanie, że lepiej jest tam, gdzie nas nie ma, świetnie komponuje się z powodem do zdrady.

Szukanie nowości, innych atrakcji niż te dla nas dostępne, bywa tak pociągające, że nie liczymy się z konsekwencjami. Albo wcale nie mamy ochoty się z nimi liczyć. Jeśli zdarzyło ci się kiedyś być na kacu, to przypomnij sobie, jak się czułaś. Jeśli nie pijesz alkoholu, to przypomnij sobie stan, gdy miałaś określone oczekiwania, a rzeczywistość rozczarowała. Albo zrobiłaś coś dla kogoś, a wyszło jak zwykle – miałaś potem „moralniaka”.

Dokonując jakiejkolwiek zmiany, również w związku, musisz wziąć pod uwagę, że zmieni się nie tylko jeden, niepasujący nam element, ale cały układ, w jakim jesteście. Jest teoria o nazwie „efekt motyla”, mówiąca, że niewinny trzepot skrzydeł motyla może wywołać tsunami w innej części świata. Szukając atrakcji gdzie indziej, wysyłasz sygnał, że obecny stan ci nie odpowiada. Mimo że może ci się wydawać, że niewinne uśmiechy i kokietowanie kolegów nic nie znaczą. Jesteś w błędzie. To znaczy, że jesteś do wzięcia.

A co się stanie, jeśli twój partner zrobi to samo?

zdjęcie główne

Irena Kamińska - Radomska wzruszająco o Świętach, wierze i wdzięczności.

O Świętach po Świętach

Czytałam piękny artykuł o doświadczeniu młodego księdza, który w wigilię Bożego Narodzenia, już pod wieczór, szedł przez wyludnione ulice do Kościoła. Tam nie było żywej duszy. Ksiądz wsłuchiwał się w ciszę i szukał bliskości Boga. Tak, te Święta to Święta narodzin Chrystusa, nie kogoś innego. W pierwszej chwili wzruszyłam się, wyobrażając sobie wrażenia autora artykułu. Potem pomyślałam o mojej Wigilii, naszej Wigilii. Pełnej ludzi, krzątaniny i gwaru. Czy w wysiłkach mojej córki i jej rodziny, żeby kolejna wieczerza szykowana w jej  domu była udana, nie było miłości i bliskości Narodzonego? Czy to zabieganie było pozbawione wartości nadrzędnych?

Mimo, że nie wszyscy goście byli wierzący, stanowczo zaprzeczę. Każdy z nas starał się zrobić wszystko, żeby pozostałym biesiadnikom było miło. Żeby każdy poczuł się dowartościowany. Żeby nie było gości lepszych i gorszych.

Każdy z gości przyniósł coś z własnych wiktuałów na stół. Nawet ja coś przyrządziłam, mimo że w kuchni mam dwie lewe ręce. Nikt nie powiedział, że moje makówki były niesłodkie. Doceniam to. Doceniam też, że gospodarze nie dali znać po sobie, że to kłopotliwe sprzątać po piesku, który ze szczęścia, że może być razem z zaproszonymi, podlewał każdy kąt. Normalnie tego nie robi. Mimo że to Wigilia, mimo odświętnych strojów, trzeba było wziąć się za mopa do podłóg.

Lubię pomagać przy stole, ale zięć, wiedząc, że ostatnimi czasy przepracowywałam się, nie pozwolił mi wstać od stołu. To też doceniam. Doceniam każdy serdeczny uśmiech, dowcipy, opowiastki i to, że komuś było smutno, bo zabrakło wśród nas kogoś bliskiego.

W tym wszystkim, co można było zwyczajnie docenić, tak jak w ciszy Kościoła, można było znaleźć bliskość Boga, czy ktoś wierzy, czy nie.  

IKR

reklama

Wstrząsający wywiad z autorką książki "Alkoholizm. Piekło kobiet" Moniką Sławecką

Kiedy słuchałam Moniki na jednym z ze spotkań kobiecych wiedziałam, że muszę z nią porozmawiać. Mówi o problemie globalnym w taki sposób jakby mówiła osobno do każdej z nas. Sam temat jest wstrząsający i niestety po raz kolejny uderza w nas kobiety, ale nie tylko w sensie samej choroby lecz również tym jak jest on postrzegany przez społeczeństwo. Kobieta pijąca to kobieta, która się nie szanuje, nie zna wstydu. Przecież to kobieta która "powinna" być idealna matką, żoną, przyjaciółką. I właśnie to słowo "powinna" ma tu kluczowe znaczenia, bo często to ono prowadzi nas do picia. Koniecznie przeczytajcie co na ten temat ma do powiedzenia autorka książki opowiadającej historie kobiet, które zmagają się z alkoholizmem.

Joanna Wenecka-Golik: Monika, poznałyśmy się przypadkiem na jednym ze spotkań kobiecych. Mówiłaś o swojej książce Alkoholizm - piekło kobiet. Porwałaś do dyskusji całą widownię kobiet, a kiedy Ty mówiłaś wszystkie wpatrywałyśmy się w Ciebie tak jakbyś miała nam do przekazania jakąś misję. Tak to dobre wyrażenie. Gdy się Ciebie słucha ma się wrażenie, że masz misję do spełnienia. Zgadzasz się z tym? Czy też to czujesz?

Monika Sławecka: Ojej, piękna słowa i mocno zobowiązujące. Chyba nie jestem w stanie przyjąć na siebie ciężaru takiej odpowiedzialności. Problem picia w naszym kraju jest galopujący. Pijemy więcej jak w słynnym okresie PRL-u, który wielu z nas kojarzy się właśnie z zakrapianymi dniami i nocami. Co alarmujące, według statystyk odpowiedzianych za zdrowie społeczne, codziennie jest sprzedawanych 3 miliony tzw. „małpek”. Największa sprzedawalność przypada na czas przed pójściem do pracy i w trakcie powrotu do domu. Znając te fakty i obserwując środowisko warszawskie, z którego się wywodzę, musiałam coś z tym zrobić. Sumienie nie pozwoliłoby mi żebym zignorowała tak poważny temat, a że kobiety właściwie na każdej płaszczyźnie życia zmagają się z brakiem taryfy ulgowej, postanowiłam skupić się na nich i ich historiach, przeżyciach, traumach.

JW-G: W którym momencie Twojego życia zdecydowałaś, że kolejną swoją książkę poświęcisz tematowi alkoholizmu u kobiet?

W zeszłym roku, na dzień przed swoimi urodzinami dowiedziałam się, że mój cudowny, przystojny, inteligentny brat zapił się na śmierć. Do dzisiaj nie mogę pogodzić się z jego stratą. Mając szansę napisać książkę w temacie, który sama wybiorę, decyzja była prosta. Poszukiwanie bohaterek, przekonanie ich do rozmowy a następnie zmierzenie się wraz z nimi z ich traumami, wywoływało często skrajne emocje u obu stron. Papier przyjmuje wszystko, łącznie z brutalną prawdą. Faktów, nie da się wyprzeć stąd później trud zmagania się z rzeczywistością.

JW-G: No właśnie Alkoholizm u kobiet, czy jest taki sam jak u mężczyzn? Jaki obraz kobiety rodzi Ci się w głowie kiedy słyszysz „alkoholiczka”?

Skojarzenie mocno pejoratywne. Alkoholizm rezonuje na całe nasze otoczenie, bliskich. Skoro kobieta jest przewodniczką stada, cudownym, czystym naczyniem w którym rośnie życie, myśl, że jest uzależnione od substancji toksycznej wręcz trucizny sprawia, że spychamy ją na margines społeczeństwa. A jak wiemy łatwo dzisiaj potępić drugiego człowieka. Myślimy i działamy niezwykle dynamicznie i skrótowo, często zapominając o tym co w życiu najistotniejsze czyli drugim człowieku.

JW-G: A jak się zaczyna ta choroba u kobiet. Są jakieś standardowe zachowania? Kiedy powinna nam się zaświecić czerwona lampka, że przestajemy już panować nad tym ile pijemy?

To jest moment w którym przestajemy kontrolować nasze picie, zaczynamy zawalać obowiązki dnia codziennego, pijemy dla lepszego samopoczucia, pijemy, bo towarzystwo jest nudne i przewidywalne. Najbardziej przeraził mnie schemat myślenia u niektórych osób z którymi się spotkałam: że alkohol to antydepresant. Przestańmy tak myśleć! Alkohol to wspaniały manipulant, przyczajone zło, zabija powoli, ale skutecznie. Najpierw infekując tak naprawdę psychikę a następnie cały organizm, niszcząc go od środka nieodwracalnie.

JW-G: Monika, przecież lampka wina przed snem to jeszcze nic. Przecież to tylko dla odprężenia, a wino tak elegancko się pije….

Ja się zgadzam! Cała kultura śródziemnomorska opiera się na spożywaniu alkoholu do posiłku, ale wszystko jest utrzymane w granicach normy. Czy przypominacie sobie Państwo sytuacje z podróży po Francji, Włoszech, gdzie spotkaliście się z osobami, na które alkohol wpływał destruująco? Może w pojedynczych przypadkach, ale przypadek potwierdza regułę.

JW-G: Czy według Ciebie alkoholizm wśród kobiet jest tematem tabu? Czym to jest spowodowane, jak myślisz? 

Wstydem. Wstydzimy się swojego zachowania po alkoholu, wstydzimy się za nasze pijane koleżanki, matki, ba! nawet szefowe. Dlatego stałyśmy się mistrzyniami kamuflażu, a w tym zawsze będziemy wyprzedać mężczyzn. Jednak przez tę zdolność, wpadamy w coraz większe sidła choroby.

JW-G: Dlaczego kobiety piją?

Trudno jest mi się wypowiadać za każdą obywatelkę tego kraju. Natomiast z mojego doświadczenia wynika, że kobiety piją… bo lubią. W drodze emancypacji zaczęłyśmy sięgać po alkohol w nadmiarze. Pijemy ze względu na ogromną ilość obowiązków, bodźców, żeby się wyciszyć, żeby się nagrodzić, bo czujemy się samotne. Tak naprawdę każde usprawiedliwienie czy wymówka na nasze picie jest dobra. Zastanówmy się tylko, czy jest dobre dla nas? Odpowiedzmy sobie tak szczerze, w duchu, na następujące pytania: czy alkohol daje nam szczęście, rekompensuje nam coś? Czy dzięki niemu jesteśmy fajniejsze? Czy przez alkohol zalazłam się kiedyś w sytuacji zagrażającej mojemu zdrowiu i życiu? Odpowiedzi na te proste pytania, wiele nam podpowiedzą.

JW-G: Pamiętam, że na naszym spotkaniu tak dobrze opisywałaś to jak nie możemy liczyć na mężczyzn w przypadku choroby. Zazwyczaj my otaczamy ich opieką a co się dzieje, kiedy my potrzebujemy pomocy - jako alkoholiczki? I jak powiedzieć drugiej połowie o tym, że mam problem. Jest jakiś dobry sposób? 

W filmie „Niebezpieczne związki” Glen Close wypowiada kwestie: „Mężczyźni potrafią cieszyć się szczęściem, jakie dostają, a my cieszymy się szczęściem, jakie dajemy”. Ten genialny cytat proszę przełożyć sobie na życie, a wiele spraw wyda się nam łatwiejszych do zrozumienia. Nie znam dobrego sposobu na powiedzenie bliskiej osobie o problemie alkoholowym, ze względu na to, że najczęściej ta choroba jest tak mocno zawoalowane, że to otoczenie wysyła silne sygnały, a później ostrzeżenia i jasne komunikaty. Osoba uzależniona od alkoholu to osoba słaba, z niskim poczuciem własnej wartości, która nie ma siły na walkę ze swoją słabością, dlatego tak ważna jest samoświadomość i kochanie siebie samej. Kobiety z założenia muszą być silne. Biorą na siebie niewyobrażalną ilość odpowiedzialności i obowiązków. Świat nam rzadko przebacza błędy. Statystyki mówią 9 na 10 małżeństw gdzie kobieta zmaga się z chorobą alkoholowa, kończy się rozwodem. W przypadku sytuacji odwrotnej… 1 na 10. Czy te fakty nie powodują od razu otrzeźwienia?

JW-G: Toksyczny związek - to chyba częsty powód do picia? 

Częsty. Znam, niestety, z autopsji. Dziewczyny, uciekajcie od toksycznych mężczyzn, tam nie czeka na Was nic dobrego!

JW-G: Ostatnio rozmawiałam z Panią Psycholog z Krakowa o alkoholizmie u kobiet i użyła bardzo ciekawego stwierdzenia. Kiedy zapytałam ją jakie kobiety najczęściej sięgają po alkohol odpowiedziała tzw. Kobiety wspierające czyli kobiety, które za wszelką cenę chcą wspierać swoich mężczyzn, dzieci, rodziców ale same nie mają nikogo kto by je wspierał. Mają silne poczucie robienia wszystkiego na 100% i spełniania się w każdej roli. A co Ty o tym myślisz?

Zgadzam się w 100 procentach, mówiłam o tym powyżej. Nagradzanie się alkoholem za zmaganie z trudami dnia codziennego, wpędziło w chorobę chociażby jedną z bohaterek mojej książki- Ilonę Felicjańską aktualnie Montanę. W pewnym momencie swojego życia straciła przez picie wszystko. Dzisiaj dziękuje za tę lekcję, ale wiele z nas nie poradziłoby sobie równie dobrze, jak Ilona.

JW-G: Pijąca matka =? Czyli czy dziecko, którego matka piła ma szanse na normalne życie?

To jest bardzo poważne pytanie, dlatego nie będę używała hipotez tylko podam fakty. Nasze życie dzieli się na trzy zależności:  w 20 procentach przemawiają za nas geny, kolejne 20 procent to wychowanie, a reszta to wpływ nas samych na zdrowie i funkcjonowanie jako niezależna komórka społeczna.

JW-G: Monika a co Ty czułaś kiedy docierały do Ciebie historie poszczególnych kobiet? Przypuszczam, że spore obciążenie. Chociaż to juz twoja druga książka pełna emocji i bólu. Czy można się do tego przyzwyczaić?

Jak pokazuje historia wielu lekarzy, policjantów, strażaków itp. do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dlaczego świadomie biorę to na siebie? Bo interesuje mnie człowiek, ciemne oblicze naszej natury, bo temat alkoholizmu wśród kobiet jest mało medialny i zepchnięty na margines. Proszę mi wierzyć, że historie kobiet, które zgromadziłam w swojej książce, pokazują, jak piękny jest człowiek pełen słabości i wątpliwości.

JW-G: Historia, która wstrząsnęła Tobą najbardziej? Była taka? 

Każda historia jest dla mnie równie ważna, bo stoi za nią realny, czujący człowiek. Na pewno wielki ból wywołał we mnie fakt, że jedna z bohaterek książki nie dożyła autoryzacji wywiadu. Organizm się poddał wobec uzależnienia. Nie było z tego wraku czego ratować.

JW-G: Monika napisałaś mi, że zależy Ci aby wywiad ukazał się przed świętami. Wiem, że masz w tym swój cel. Powiedz jaki? Na co powinnyśmy zwrócić uwagę w ten świąteczny i pozornie spokojny czas świąt? 

Święta to dla kobiet czas szczególnie obciążający, wymaga od nas tak naprawdę ogromnej ilości pracy i poświęcenia. Skoro rodzina, partner nie wynagradzają mi tego, zrobi to butelka wina. Kochane, kochani, przystopujcie na czas świąt, pomyślcie i zadbajcie o siebie! Bez Was reszta się nie liczy, a to, że ryba będzie trochę za sucha albo nie podacie 12 potraw nie sprawi, że zawali się świat.. Zróbcie sobie jakiś prezent, którym same siebie nagrodzicie. Nie czekajcie aż zrobią to inni! Możecie się nie doczekać. Bez sensu gorycz, czy niesprawiedliwość tego świata, topić w butelce.

JW-G: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Według mnie bardzo potrzebną. Osobiście dziękuję Ci też za książkę, którą napisałaś. Wierzę, że pomoże podnieść koronę niejednej z nas.

Ładna klamra, pięknymi słowami mnie przywitałaś i takimi żegnasz. Dziękuję. To bardzo ważne by doceniać pracę drugiego człowieka, karmić go dobrymi słowami. Jak mantrę powtarzam znajomym, przyjaciołom, że za dobro należy wynagradzać, a za zło… karać, hehe.

shutterstock_292678880

Rozstanie - i co dalej?

Koniec związku nigdy nie jest łatwy. To pełen skrajnych emocji stan. Czujemy ból, żal, smutek i gniew. Wszystko naraz. Wydaje się, że złamane serce to koniec świata i po skończonym związku nie ma już nic. Prawda jest jednak taka, że to normalny stan, który należy przeżyć świadomie. To swojego rodzaju żałoba za czymś co było i co straciliśmy. Przeszukiwanie wspólnych zdjęć i płacz to zupełnie zdrowa reakcja, która minie – chociaż dzisiaj w to nie wierzysz.

Według badań opublikowanych w The Journal of Positive Psychology potrzeba 11 tygodni, aby poczuć się lepiej po zakończonym związku. Tymczasem inne badania wykazały, że potrzeba aż 18 miesięcy, żeby pogodzić się ze stratą i otworzyć na nową miłość.

Pamiętaj tylko, że przełamanie złamanego serca i przejście do następnego etapu jest procesem, który dla każdego wygląda inaczej. W związku z tym nie trzymaj się żadnych ustalonych ram czasowych. Istnieje wiele czynników, które wpłyną na to jak szybko Ty poradzisz sobie ze zmianą, w tym czas spędzony razem, wspomnienia i to co jeszcze dzisiaj Was łączy. Ale przejdziesz przez to i będziesz dużo mocniejsza niż dziś.

Dlaczego rozstanie tak bardzo boli?

Relacje z innymi stanowią podstawę życia danej osoby. W rezultacie gdy tracisz związek, który uważałaś za ważny dla swojego funkcjonowania to tak jakbyś straciła część siebie. Czasami czujesz się jakbyś straciła poczucie sensu i celu w życiu. Jeśli nie byliście małżeństwem to przecież mieliście plany. Może ślub, dzieci. A co teraz? Co dalej masz ze sobą zrobić? Możesz nawet czuć, że straciłaś dużą część siebie i w pewnym sensie tak się stało. Nie będziesz już tą sama osobą, którą byłaś w związku z nim. Ale jeśli pozwolisz by poczucie straty trwało zbyt długo to ryzykujesz rozpaczliwymi próbami naprawienia związku, abyś mogła odzyskać byłego i siebie samą. Jeśli zdecydowaliście się na rozstanie lepiej nie brać innych opcji pod uwagę, ale skoncentrować się na tym jak przetrwać rozstanie.

Jak przetrwać rozstanie

Przede wszystkim uświadom sobie, że rozstanie to nie cel, ale proces. Musisz uzbroić się w ogromne pokłady cierpliwości. Najlepsze co możesz teraz zrobić i nawet powinnaś to skoncentrować się na sobie. Pomyśl kim jesteś, kim byłaś w trakcie związku i czy na pewno byłaś sobą. Zastanów się też dlaczego Twój związek się nie udał. Nazwij to i wyciągnij wnioski na przyszłość. Uczenie się na podstawie tego doświadczenia nie tylko sprawi, ze będziesz silniejsza, ale także pomoże Ci dowiedzieć się czego chcesz od swojego życia i siłą rzeczy od Twojego przyszłego związku. Zrób to, żeby kolejna relację zbudować bardziej świadomie na podstawie Twoich oczekiwań i potrzeb. Żebyś nie stała już więcej razy przed dylematem czy to jest miłość czy to jest przyzwyczajenie. A oto kilka kroków, które pomogą Ci uporać się z rozstaniem i zacząć życie od nowa, po Twojemu.

Nie spiesz się

Rozstanie to proces. To nie jest czas na to by się spieszyć. Chociaż jeśli byliście razem kilka czy kilkanaście lat pewnie czujesz teraz oddech biegnącego czasu na karku. Bo przecież myśl, że straciłaś tyle czasu na to co i tak się skończyło wcale nie pomaga. Z czasem zrozumiesz, że to nie był czas stracony, a doświadczenia, które „wyniosłaś” z tego związku pomogą Ci w dalszym życiu. Wracając jednak do pośpiechu unikaj jak ognia randek, w których i tak będziesz teraz szukać „jego”. To nie jest czas na szukanie sobie zastępstwa. Możesz skrzywdzić nie tylko siebie ale i innych. Żałobę trzeba przeżyć. Zakładanie maski nie uleczy Twojego bólu. Musisz uczciwie i skutecznie zmierzyć się ze swoimi uczuciami. To nie będzie łatwe i będzie wymagało sporo pracy, ale wyjdziesz z tego mocniejsza i bardziej świadoma.

Pozwól się poczuć

Nikt nie lubi doświadczać bólu. Ale faktem jest, że musisz pozwolić sobie go poczuć jeśli zamierzasz go pokonać. Ignorowanie Twoich uczuć i udawanie, że ich niema lub próbowanie ich w jakiś sposób znieczulić  tylko opóźni proces powrotu do zdrowia. Bądź szczera w odniesieniu do bólu i odrzucenia, które odczuwasz. Bycie smutnym, zranionym to nie wstyd.

Możliwe, że byliście ze sobą bardzo długo i zerwanie wiąże się z silnymi emocjami. Tylko wtedy, gdy rzetelnie spojrzysz na to, jak czujesz się po rozstaniu, będziesz w stanie zdrowo nad nimi zapanować.

Zapytaj o pomoc

Rzadko zdarza się, aby ludzie podejmowali decyzję o zakończeniu związku w tym samym czasie. Kiedy dochodzi o rozstania jedna strona czuje się zraniona i zszokowana. W związku z tym uczucie szoku, odrzucenia, zranienia, a nawet zdrady mogą być trudne do opanowania szczególnie w pojedynkę.

Porozmawiaj ze znajomymi o swoich uczuciach. Uważaj jednak by nie zamknąć się w rozmowie tylko na rozstaniu. Postaraj się zainteresować życiem przyjaciela/ciółki. Chociaż Twoje myśli krążą wokół jednego to zainteresowanie życiem innych pomoże Ci w powrocie do normalności. Jeśli uznasz, że potrzebujesz większego wsparcia niż to co daje Ci przyjaciel/ółka rozważ rozmowę z terapeutą. Są przeszkoleni aby pomagać ludziom w opanowaniu emocji po rozstaniu i przejściu przez ten proces, a Ty nie będziesz mieć wyrzutów sumienia, że w czasie spotkania mówisz tylko o sobie i swoim rozstaniu.

Usuń byłego z mediów społecznościowych, nie wysyłaj kurtuazyjnych wiadomości

Nic nie oddali Cię od zdrowego myślenia bardziej niż prześladowanie Twojego byłego w mediach społecznościowych. Za każdym razem, gdy zobaczysz post z uśmiechniętą twarzą, będzie to jak zrywanie strupa z rany. Krwawienie i ból zaczną się od nowa. Przestań go obserwować i usuń z konta. Dla własnego zdrowia i komfortu. Ciekawość i pokusa sprawdzenia co robi Twój były jest wielka, ale w tym przypadku niewiedza da Ci spokój.

Nie myśl też o wysyłaniu przez najbliższe kilka miesięcy kurtuazyjnych wiadomości na święta, urodziny czy inne okazje. To oszukiwanie siebie. Najlepiej odciąć  Wasze relacje grubą linią i nie wysyłanie żadnych sprzecznych sygnałów drugiej osobie. Twoja kultura osobista nie ucierpi jeśli w tym roku nie złożysz mu życzeń świątecznych, a będziesz krok bliżej do pogodzenia się ze stratą.

Unikaj pijanej komunikacji

Nie ma nic gorszego niż upijanie się i pisanie sms-ów lub dzwonienie do byłego z pytaniami co poszło nie tak. Zwykle gdy ludzie są odurzeni tracą zahamowania i prawdopodobnie rano będziesz mocno żałowała tego co powiedziałaś. Ustal z jakąś bliską koleżanką/przyjaciółką, że możesz do niej zadzwonić za każdym razem kiedy najdzie Cię ochota na wybranie jego numeru telefonu. Pijane wybieranie numeru byłego nie przynosi oczekiwanych rezultatów, ale rano przyniesie wstyd i zażenowanie. Co więcej Twój były może pokazać Twoje wiadomości komuś innemu co jeszcze pogłębi Twoje zakłopotanie. Ze względu na siebie należy za wszelką cenę unikać takich sytuacji. Pamiętaj by nie zależnie od sytuacji unikać nadmiernego picia. To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli czujesz, że problem Cię przerasta sięgnij po książkę: Alkoholizm – piekło kobiet autorstwa Moniki Sławeckiej. Wstrząsające historie innych kobiet jak mało co szybko Cię otrzeźwią.

Zobacz związek szczerze

Przyjrzyj się obiektywnie jak naprawdę wyglądał Twój związek. Aby to zrobić musisz przestać idealizować swojego byłego i przestać rozmyślać o dobrych wspomnieniach i doświadczeniach. Chociaż patrzenie w przeszłość przez różowe okulary jest naturalne, to nie jest to rzeczywistość.

Popatrz na swój związek rzetelnie. Przecież tyle rzeczy w Twoim byłym Cię denerwowało, a związek od dawna wydawał Ci się monotonny. Oczekiwałaś czegoś więcej. Skup się teraz na tym „więcej”. Nazwij to i dąż do tego. Wyjątkowo dzisiaj skup się na negatywach swojego byłego związku. To pomaga.

Dbaj o siebie

To, ze Twój partner zakończył związek nie oznacza, że jesteś już niekochana. Jesteś i powinnaś zawsze być kochana przede wszystkim  przez samą siebie. Skoncentruj się bardzo mocno na tym co możesz zrobić, żeby poczuć się lepiej teraz. Nie myśl co będzie za rok czy dwa. Liczy się tu i teraz. Rozpieszczaj się każdego dnia chociaż przez chwilę. Nie jest to jednak czas na nadmierne picie, objadanie się fast foodami lub zaniedbywanie pracy. Nie usprawiedliwiaj się. Te rzeczy nie sprawią, że poczujesz się lepiej. Wręcz spotęgują poczucie beznadziejności. Teraz jest czas na to żeby zadbać o siebie. Idź na siłownie i wyrzuć z siebie złe emocje, a przy okazji popracuj nad figurą. Załóż aparat na zęby przecież tak długo o tym mylisz, idź do kosmetyczki. A może zrób coś dla innych i zostać Honorowym Dawcą Krwi. Ważne żebyś czuła, że idziesz do przodu, a Twoje życie zmienia się – na lepsze.  

Odkryj na nowo kim jesteś

Jeśli Twoja tożsamość była mocno uwarunkowana relacjami z byłym, teraz jest idealny czas na odkrycie kim naprawdę jesteś. Dowiedz się kim jesteś poza związkiem. Pośpiech w budowaniu nowej relacji tylko po to aby wypełnić pustkę po stracie to ogromny błąd! To idealny przepis na katastrofę i ostatecznie jeszcze większy ból.

Wiele par rozstaje się z powodu zupełnie innych potrzeb i celi. Wbrew pozorom to najlepszy finał takich relacji. Cierpią Ci, którzy tkwią w takich związkach przez całe życie. Jesteś więc szczęściarą bo udało Ci się tego uniknąć. Teraz poświęć trochę czasu na to żeby ponownie odkryć kim naprawdę jesteś i czego chcesz – TY.

Upuść gniew

Trzymanie gniewu w sobie nie jest zdrowe. Zje Cię od środka. Zamiast tego skup się na uwolnieniu emocji. Przypomnij sobie, że przebaczanie nie polega na zapominaniu. Chodzi o uwolnienie się od przywiązania do byłego. Kiedy trzymasz się gniewu i urazy lub obwiniasz siebie albo byłego o rozstanie to uczucie ciągle Cię przy nim trzyma. Zamiast tego odpuść. Nie masz już wpływu na to co się stało. Skup swoją energię na tym jak chcesz by Twoje życie wyglądało teraz.

Zamień rozstanie w pozytyw

Wbrew powszechnego przekonaniu rozstanie nie musi być złe. W rzeczywistości może być dobre zwłaszcza jeśli tkwiłaś w toksycznym związku albo już od dłuższego czasu się w nim męczyłaś. Zamiast skupiać się na tym jaka jesteś teraz nieszczęśliwa rozejrzyj się i zobacz nowe możliwości. Bycie singlem to więcej czasu. Możesz wybrać się na wycieczkę z przyjaciółką. Wreszcie będziesz miała dla niej więcej czasu. Zyskujesz weekendy, które dotychczas spędzaliście razem. Teraz możesz zapisać się na kurs, który zawsze chciałaś zrobić, albo zwyczajnie pójść na siłownię, żeby trochę popracować na ciałem. A może zastanów się nad własny rozwojem. Zawsze marzyłaś o swoim biznesie? Teraz jest ten czas. Szukaj sposobów aby być wdzięcznym, że związek się skończył zamiast rozmyślać  „co by było gdyby”. Kiedy to zrobisz zaczniesz widzieć światło w tunelu ,a bycie singlem nie będzie Ci się wydawało okropną rzeczą. Zobaczysz, dużo kobiet bardzo ceni sobie ten stan. Pamiętaj jednak , że lepiej pozostać świadomą swoich potrzeb singielką niż szukającą pocieszenie u innego desperatką.

Pamiętaj, że są tam inni

Chociaż dzisiaj o tym nie myślisz – i słusznie!- to kiedyś będziesz mieć inny, jeszcze lepszy związek. Jeśli tylko bycie singielką zbytnio Ci się nie spodoba. Nie możesz tylko uwierzyć w to, że ta osoba było Twoja bratnią duszą i teraz to już zawsze będziesz sama. Nie ma czegoś takiego jak idealna osoba, ta jedyna połówka. Wszystko to kwestia wspólnych celi, oczekiwań i chemii.

Słowo od nas

Twojego własnego „ja” nie definiuje stan, w którym się znajdujesz. Niezależnie czy jesteś w związku czy nie najważniejsze jest to kim jesteś i czego Ty chcesz. Ile znaczysz dla siebie samej. Poczucia wartości nie buduje się przez związek. Taka relacja jest z góry skazana na niepowodzenie. Do związku trzeba wejść świadomie, z podniesiona głową i z pewnością, że jesteś w z nim bo tego chcesz, a nie dlatego że musisz, albo się przyzwyczaiłaś.

shutterstock_469991750

Na jaki temat tak milczysz kochanie?

Nadchodzi taki moment, że w związku nastaje cisza.

Pół biedy, gdy jest ona wywołana chorobą gardła drugiej strony. A cała bieda, gdy coś wisi w powietrzu. Tak zwana cisza przed burzą. Są osoby, które na trudne sytuacje reagują ekspresyjnie. I to jest dobre, bo wyrzucają z siebie zbędne emocje. Są również takie, które sztukę milczenia opanowały do perfekcji. Albo nie odzywają się, bo nie. Albo nie odzywają się, bo nic się nie stało. A wzdychają ciężko, bo powietrze im szkodzi. Tutaj to ja bym uważała. Jest takie powiedzenie: „Strzeż się nie tego psa, co ujada, ale tego, co siedzi cicho”. Nie wiadomo, kiedy rzuci się do gardła. Z ludźmi jest podobnie. Siedzisz cicho, nie powiesz o co ci chodzi, bo powinien się domyślić. Akurat. To domyślanie się to jakaś zmora. Powinno się tego zakazać. Jest też inny rodzaj ciszy, którą sama bardzo lubię. To jest wtedy, gdy ludzie są obok siebie, ale nie odzywają się, bo pracują, czytają, zajmują się swoim hobby, ćwiczą itd. Nic nie mówią, żeby sobie nie przeszkadzać w zajęciach, ale doskonale wiedzą, że są razem i nie potrzebują słów. Czasem wystarczy tylko spojrzenie, uśmiech, „puszczenie oczka” i wiadomo o co chodzi.

Milczenie jest złotem. Tak mówią. Milczymy z wielu powodów. Bo boli nas gardło, nie mamy nic do powiedzenia, jesteśmy obrażeni na świat i nie chce nam się ust otwierać, boimy się oceniania naszej wypowiedzi, sytuacja wymaga milczenia albo jest taka, że lepiej ją przemilczeć. Możesz dopisać coś jeszcze, bo pewnie co osoba, to inne powody. Milczenie sprawdza się, gdy mamy do czynienia z osobą w emocjach, wyrzucającą nieparlamentarne słowa pod adresem naszym i całej ludzkości. Wchodzenie w dyskusję w takim momencie to klasyczny „strzał w stopę” i gotowa kłótnia. Jest też ryzyko milczenia w podanej sytuacji. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozemocjonowana osoba jeszcze bardziej się rozzłości, bo my nic nie mówimy. Zalecam wtedy odzywać się tylko tak, aby miała poczucie, że ją słyszycie. Nie mówię o ignorowaniu, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Jeśli mówimy coś w emocjach do kogoś, trudno jest się kontrolować. Jednakże, mając świadomość, że słowa tną jak brzytwa, czasem lepiej ugryźć się w język i nie mówić tego, czego będziecie długo żałować. Ktoś może powiedzieć, że przecież należy być sobą, być autentycznym, mówić szczerze. Tak, zgadzam się z tym. Tylko, że w złości i w porywach emocjonalnych raczej nie bywamy sobą, tutaj odzywają się pierwotne instynkty, które mają za nic poprawność polityczną.

Wystarczy być, czyli rozumiemy się bez słów. Moim zdaniem jest to cudowna umiejętność. Wystarczy jedno konkretne spojrzenie lub gest i druga osoba wie, o co chodzi. Ten sposób porozumiewania się dotyczy osób, które znają się już na tyle, że potrafią czytać z mowy ciała drugiej osoby. Długoletnie pary tak mają, przyjaciele spędzający ze sobą sporo czasu lub dobrzy znajomi. Generalnie osoby, które są emocjonalnie blisko związane. Umiejętność taka świetnie podtrzymuje więź i tworzy między osobami specyficzny, trochę tajemy sposób porozumiewania.

A gdy już zawiodą wszystkie sposoby na poznanie przyczyny milczenia, można zadać magiczne pytanie:

Kochanie, a na jaki temat milczysz?

Cherry Bee, zdj©cie Klaudia Baąazy (1)

Prezenty w stylu retro - oryginalnie i z klasą.

Grudzień to czas, kiedy intensywniej zaczynamy myśleć o świątecznych podarunkach.

Jeśli zastanawiasz się, co poza starymi samochodami lub meblami, ucieszyłoby retro-maniaczkę, (ale i nie tylko!), to ten przegląd prezentów jest dla Ciebie!

Czy stacjonarnie można dostać prezent, który ucieszy wielbicielkę przeszłych dekad?

Oczywiście! Nie mam tutaj na myśli tylko i wyłącznie sklepów ze starociami lub giełd, chociaż są one niewątpliwie kopalnią pomysłów, ale także sklepy, które znajdziemy w każdym większym mieście.

Zacznijmy od perfum.

Na rynku nieustannie dostępne są zapachy, które skomponowane były na początku XX wieku.

Wszyscy znamy Chanel nr5, ale poniżej przedstawię Ci kilka innych , które przetrwały próbę czasu.

1. „L’heure Bleue“ Guerlain z 1912r.

2. „Emeraude“ Coty z 1921r.

3. „Shalimar“ Guerlain z 1925r.

4. „L’air du Temps“ Nina Ricci z 1948

5. „Youth Dew“ Estee Lauder z 1953

Książki to kolejny z prezentów, który często znajdujemy pod choinką i który z łatwością znajdziemy stacjonarnie. Na polskim rynku pojawia się coraz więcej publiacji, które na pewno zaciekawią każdą retro-maniaczkę! Mamy pozycje, które dotyczą histori, historii ubioru, obyczajowości, mody...

Wybrałam dla Was tylko kilka pozycji, które ostatnio pojawiły się w księgarniach.

1. „Modowe rewolucje. Niezwykła historia naszych szaf“ oraz „Polskie piękno. Sto lat stylu“ Karolina Żebrowska

2. „Dziewczyny. Moda ulicy lat 70. i 80. XX wieku“ Agnieszka Janas

3. „Moda kobieca w okupowanej Polsce“ Joanna Mruk

4. „Krótka historia jednego zdjęcia. Kobiety“ Paulina Tyczkowska, Jakub Kuza

Kupowanie odzieży na prezent może być ryzykowne. Dodatki lub dekoracje do domu z drugiej strony są wspaniałym pomysłem!

Coraz więcej polskich firm oferuje dobrej jakości produkty inspirowane przeszłością.

Dlaczego zatem nie wesprzeć naszych rodzimych firm i nie podarować komuś bliskiemu pięknej apaszki lub  biżuterii? Stacjonarnie produkty te znaleźć możemy na wszelakich targach i kiermaszach, pełna oferta natomiast znajduje się online.

1. Jedwabna apaszka od Natabo

2. Biżuteria od I love retro


3. Świece ręcznie robione od KARiTe

4.Mydełka od Emilia Kryger

5. Ręcznie haftowane obrazy od Troszkę Roztrzepana

Kolejnym nietypowym pomysłem na świąteczny podarunek, są cieszące się coraz większą popularnością vouchery.

Firmy, które mają w swojej ofercie retro produkty lub usługi, także zachęcają nas do kupna bonów prezentowych.

Poniżej znajdziecie kilka przykładów.

Bon na wybrany warsztat praktyczny, który odbędzie się podczas lutowego wydarzenia Holy Bee Retro Uniwersytetu w Warszawie. Warsztaty te wyprzedają się bardzo szybko, więc taki bon na pewno sprawi ogromną radość.

Wiesz, że bliska Ci osoba marzy o sesji w stylu retro? Masz szansę spełnić to marzenie z fotografką Pauliną Siwiec!

Ofertuje ona różne pakiety cenowe oraz opcje sesji, które pozostaną na długo w pamięci i albumach.

A jeśli sesja zdjęciowa, to dlaczego nie metamorfoza albo lekcja praktyczna makijażu i fryzur retro?

Beauty by Rockagirl ma w swojej ofercie ogromny wybór fryzur, których można nauczyć się podczas warsztatów indywidualnych lub które może wykonać.

edf

Jestem pewna, że bez względu na to który z wyżej wymienionych produktów zostanie przez Was wybrany na prezent, sprawi on obdarowanej osobie ogromną radość.

Wesołych Świąt!

shutterstock_162783695

8 konkretnych porad psychologa na to jak zmniejszyć przedświąteczny stres.

Święta - dla większości z nas to ciepły i pełen radości czas, ale nadmiar obowiązków i spraw do załatwienia powoduje, że często jest też bardzo stresujący.

Oto osiem wskazówek, które pomogą zmniejszyć stres podczas przygotowań do świąt i w trakcie ich trwania.

1. Podziel się obowiązkami i planowaniem

Prezenty do kupienia, dekoracje, jedzenie i rozrywka. To tylko niektóre zadania z przedświątecznej listy. Ważne jest, żebyś nie brała sobie na głowę tego wszystkiego sama! Już zanim zaczniesz będziesz przytłoczona i wyczerpana. Zacznij więc od przygotowania listy przedświątecznych zadań i ZWRÓĆ SIĘ O POMOC. Deleguj nawet najdrobniejsze sprawy tam gdzie możesz. Pamiętaj, że nastolatkowie są wystarczająco duzi, aby pomagać, a partnerzy POWINNI dzielić obciążenia. Zachęcaj swoja rodzinę, aby przygotowania świąteczne były pracą zespołową - z korzyścią dla wszystkich.

2. Zarządzaj budżetem.

Finanse to główne źródło stresu dla wielu rodzin. Prezenty i uroczystości zwiększają wydatki. Czasami zupełnie niepotrzebnie. Być może warto przemyśleć sposób wręczania prezentów aby zmniejszyć obciążenia finansowe? Dobrym rozwiązaniem wydaje się być losowanie, kto komu kupuje i ustalenie wcześniej maksymalnej kwoty za prezent. Nie tylko osiągniemy limit wydatków, ale popracujemy również nad kreatywnością. Możesz też ograniczyć prezenty tylko dla dzieci. Niezależnie jaką opcję wybierzesz przygotuj listę wcześniej i kup prezenty z wyprzedzeniem, aby uniknąć stresu tłumów i paniki.

3. Zapomnij o "ideale"

Możemy mieć wysokie oczekiwania dotyczące Świąt Bożego Narodzenia i tego, jak to się potoczy. Skrupulatne dekoracje, ręcznie robione prezenty, harmonijna kolacja jak z reklam rzadko jest możliwa ( jeśli w ogóle!) w tak pracowitym czasie jak święta.

Uprość swoje oczekiwania - wobec siebie i innych. Z czego możesz zrezygnować by świat się nie zawalił? Czy musisz uczestniczyć w każdym wydarzeniu? Kiedy stawiamy sobie wysokie oczekiwania dotyczące "robienia wszystkiego i bycia wszystkim" ryzykujemy stres, niepokój i rozczarowanie. Pomyśl o tym, że Święta maja być przyjemnością również dla Ciebie. Pomyśl o swoim dobru i prawdziwym sensie świąt. Z pewnością ich celem nie jesteś Ty przemęczona i rozgoryczona. Takie podejście udzieli się tez pozostałym domownikom. Ty zmęczona = najbardziej oberwie się najbliższym.

4. Zrób to po swojemu

Bożonarodzeniowe tradycje są korzystne dla naszego szczęścia, poczucia więzi i dobrego samopoczucia. Jednak nie w każdej rodzinie. Nieporozumienia i spory rodzinne są wzmacniane przez wysiłek, alkohol, i oczekiwanie, że powinnismy spędzić święta razem, nawet jeśli będziemy się unikać przez resztę roku.

Jeśli wiesz, że Twoje rodzinne napięcia są wysokie, zastanów się nad tym czy warto mimo wszystko brnąć w rytuały, które tylko pogorszą sprawę. Może warto zrobić coś inaczej? A może to rok, w którym zarezerwujesz wycieczkę i spędzisz Święta Bożego Narodzenia gdzieś indziej?

5. Wyraź wdzięczność

Wyjdź na chwilę z aury świąt. Zatrzymaj się i przekieruj swoje myśli na to co przyjemne każdego dnia w ciągu roku. Zastanów się co jest najfajniejsze w Twoim świecie. Wyrażanie wdzięczności za najmniejsze rzeczy - kawę z przyjaciółką, samotna kąpiel z lampka wina, śmiech dzieci, ciepło w domu kiedy za oknem mróz - podnosi nas z codziennych zmartwień i zmniejsza stres. Delektuj się małymi pozytywami w okresie poprzedzającym Święta Bożego Narodzenia i nie pozwól by NIEPOTRZEBNY stres wygrał!

6. Uznaj emocje

Zima to bardzo emocjonująca pora roku. Jesteśmy zestresowani, nękani, radośni, samotni, nostalgiczni, mamy nadzieję i jesteśmy smutni. Jazda falami emocji jest męcząca, ale ISTNIEJE prosta strategia zarządzania swoimi emocjami tak aby Cie nie przytłoczyły.

Jeśli stajesz się rozdrażniona w ostatnich tygodniach przed Bożym Narodzeniem, poświęć chwilę aby poczuć swoje uczucia. Brzmi jak masło maślane, ale to prawda! Zauważ je! Jesteś zła? Przytłoczona? Zmartwiona? Smutna? Zrozumienie emocji i ich przyczyny działa oczyszczająco i pozwala nabrać dystansu do tego co się wkoło nas dzieje. Jednym słowem byle do marca!

7. Znajdź czas dla siebie

Pozostałe do Świąt dni to czas, który powinnaś przeznaczyć na SAMOOPIEKĘ Wiemy, jesteś zajęta i czujesz wyrzuty sumienia kiedy odkładasz sprawy na bok i koncentrujesz się na sobie, ale nie możesz troszczyć się tylko o innych jeśli sama toniesz. Zaplanuj kilka godzin w tygodniu tylko dla siebie. Idź na kawę z kimś z kim lubisz, obejrzyj film, który niekoniecznie musi podobać się innym - ważne, że Tobie się podoba! Potraktuj siebie jak zestresowanego przyjaciela - uprzejmie. Staniesz się odświeżona, gotowa do pracy i bardziej znośna dla otoczenia.

8. Po prostu bądź.

Kiedy juz nadejdzie dzień świąt ciesz się nim. Świadomie. Przy tylu wydarzeniach łatwo jest przyłapać się na konieczności kontrolowania wszystkiego tak by sprawnie działało. Zwolnij, zatrzymaj się, oddychaj i zauważ co się wkoło dzieje. Ciesz się usmiechami dzieci, świąteczną atmosferą i wspaniałym jedzeniem. I na koniec pogratuluj sobie dotarcia do tego punktu. Zasługujesz na to!

Źródło: potential.com

shutterstock_1007313259

Daj sobie pomóc a jemu pozwól być mężczyzną

Musisz chcieć

Jedna z klientek opowiedziała mi, że nie rozumie dlaczego mężczyźni, którzy się z nią spotykają są niezadowoleni, gdy ona nie chce od nich przyjmować pomocy lub pieniędzy.

Zastanówmy się dlaczego?

Za czasów epoki „kamienia drapanego”, plemiona, grupy ludzkie żyły we wspólnocie. Dbano w nich o bezpieczeństwo, pożywienie i potomstwo. Każda z osób miała przypisane określone funkcje, które wypełniała. Jedni zajmowali się polowaniem, drudzy pilnowaniem bezpieczeństwa i potomstwa.

Współcześnie polowanie nadal ma rację bytu i dotyczy środków finansowych. W naszej kulturze myśliwymi są zazwyczaj panowie, i w tym kontekście został poruszony problem. Zatem, „przynoszą zwierzynę” po to, aby się nią dzielić. Odbywa się to właśnie w taki sposób, że kupują prezenty swoim wybrankom, część zarobionych pieniędzy przeznaczają do wspólnego budżetu. Angażują się również we wspólną pracę dla domu, związku, zajmują się dziećmi.

A co się dzieje, gdy kobieta nie chce przyjmować od mężczyzny tego, co on chce jej dać? Bo uważa, że jest w stanie sama wszystko zrobić? Oczywiście, że jest w stanie, jeśli ma dwie zdrowe ręce i głowę na karku. Tylko skoro jest w związku, to powinna również dać szansę wykazać się drugiej stronie. Inaczej wygląda to tak, jakby mężczyzna miał być ładnym dodatkiem. Miałby leżeć i pachnieć. Dla przypomnienia. Panowie z natury stworzeni są do działania, do zdobywania, jeśli nie zostanie to docenione, przestaną się starać.

Miałam klienta, bardzo inteligentnego i przystojnego młodego człowieka, który był traktowany przez kobiety właśnie jak ozdoba. Chwalono się nim jak trofeum. Nawet gdy próbował „przynosić zwierzynę”, był traktowany jak kot, który przyniósł mysz i był za to karcony.

Wyobraź sobie, że ty jesteś w podobnej sytuacji. Dajesz prezent, który zostaje odrzucony, oferujesz pomoc lub współpracę i zostajesz odepchnięta z informacją: „dam sobie radę”. Jak się wtedy poczujesz?

Postawa kobiety mówiąca – jestem „Zosia samosia”, powoduje, że mężczyzna zwyczajnie przestaje się starać. Skoro kobieta sama sobie radzi, to niech radzi sobie ze wszystkim. Zatem albo jedziecie razem wygodnym samochodem, albo sama ciągniesz tę taczkę, której nie ma kiedy załadować.

Będąc w związku lub będąc na początku poszukiwań, staraj się sama i daj szansę wykazać się partnerowi.

A sama to sobie odpocznij!

156J9667

"Dzięki tej decyzji od dziewięciu lat jestem szczęśliwą żoną i mamą" - o kompleksowym wsparciu w czasie rozwodu opowiada Anna Klaus-Zielińska

Pani Anna Klaus-Zielińska, twórczyni innowacyjnego projektu Wise Mind w kilku cyklicznych artykułach opowie nam o tym jak ważne jest kompleksowe wsparcie dla kobiet, które podjęły decyzję o rozwodzie i jak ważne jest by kobiety, które boją się jej podjąć wiedziały, że taka pomoc istnieje.

Joanna Wenecka-Golik: Pani Anno stworzyła Pani, no właśnie jak to nazwać? Projekt? Działalność? Wpierającą kobiety w czasie rozwodu. Proszę przybliżyć naszym czytelniczkom co to jest Wise Mind i skąd pomysł na jego stworzenie.

Anna Klaus-Zielińska: Wise Mind to projekt skupiający specjalistów z różnych dziedzin; prawników, mediatorów, psychologów, psychologa dla dzieci i młodzieży, psychoterapeutę i doradcę majątkowego. Wszyscy razem tworzą zespół który kompleksowo wspiera osoby w procesie rozstania i rozwodu. Pomysł zrodził się z naszych osobistych doświadczeń - większość z nas jest po rozwodzie. W tamtym, trudnym okresie sami szukaliśmy wsparcia i doradztwa u wielu specjalistów - ja np w trakcie rozwodu spotykałam się z psychologiem, a zaraz potem rozpoczęłam roczną psychoterapię. Z perspektywy czasu, oceniam decyzję o sięgnięciu po kompleksowe wsparcie jako najlepszą z możliwych. Jestem też przekonana, że decyzji tej zawdzięczam to, że od dziewięciu lat jestem szczęśliwą żoną i mamą. Tak więc wracając do pani pytania - stworzyłam miejsce, którego lata temu ja, i specjaliści z którymi pracuje, sami szukaliśmy, i o którego przydatności jesteśmy osobiście przekonani.

JW-G: W jednej z rozmów telefonicznych wspomniała Pani, że najwięcej wniosków rozwodowych wpływa w styczniu? Dlaczego tak jest? Może to Pani jakoś uzasadnić czy to przypadek?

AK-Z: Tak, to prawda. Dokładnie w pierwszej połowie stycznia - zwykle między trzecim a ósmym stycznia jest składanych w większości krajów europejskich najwięcej wniosków rozwodowych. Druga, podobnie duża fala wniosków nadchodzi pod koniec wakacji. Czy to przypadek? Nie. Oba te okresy; wakacje, ale szczególnie święta to czas wielkich oczekiwań i nadziei. Myślimy sobie; na codzień jest jak jest, mało rozmawiamy, i mijamy się sporym łukiem, ale magia choinki i kolęd spowoduje że.. no właśnie co? Sami do końca nie wiemy. Oglądamy kolorowe reklamy z idealnymi rodzinami gdzie mama ma długie blond włosy, wpatrzony w nią tata sweter z reniferem a dzieci (koniecznie dwoje) uśmiechnięte pieką pierniczki. Gdzieś tam z tyłu głowy lubimy mieć myśl że u nas też tak będzie; wyjątkowo, blisko, ciepło, serdecznie i harmonijnie. A potem nadchodzą święta i nawet nie jest tak jak zawsze, tylko znacznie gorzej, bo stres, bo sprzeczne oczekiwania i potrzeby których nie umiemy komunikować, bo nakładają się na to nieprzegadane kwestie dotyczące ról i obowiązków w domu ( kto i co sprząta, kto robi zakupy, kto gotuje, kto zajmuje się dziećmi?). Sytuacji nie poprawiają zwykle odmienne wzory spędzania świąt które mamy wyniesione ze swoich rodzin generacyjnych ("u mnie w domu zawsze mama robiła dziesięć makowców i cztery rodzaje pierogów i okna były umyte już tydzień przed wigilią" - "a u mnie w ogóle się nie piekło ciast - były symboliczne ryby na kolacje, a w pierwszy dzień świąt jechaliśmy na narty - domu nikt nie sprzątał bo nas w nim przez cały świąteczny tydzień i tak nie było"). I jak to pogodzić?

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jedna kwestia - w trakcie świąt zwykle spędzamy ze sobą dużo więcej czasu niż w normalnym tygodniu czy miesiącu. Jesteśmy nijako skazani na siebie i swoje towarzystwo. Już nie da rady się mijać w biegu. Do pracy nie wyjdę. Sklepy zamknięte. Znajomi spędzają czas z rodziną. Siadam więc z parterem w domu na kanapie/ przy stole. I nagle uderza cisza i pustka. To mocne bardzo doświadczenie.

JW-G: Jak już kobieta podejmie decyzję to zwykle skupia się tylko na jednej sferze i kieruje kroki do prawnika lub samodzielnie pisze pozew..

AK-Z: Tak, oczywiście, czasem jest to bardzo dobre rozwiązanie. Ale proszę pamiętać że prawnik jest reprezentantem jednej strony –wszystkie informacje i ogląd sytuacji jaki posiada jest subiektywnym oglądem tej jednej strony właśnie. W trakcie całego procesu komunikuje się z reprezentantem drugiej strony, też posiadającym siłą rzeczy fragmentaryczną wiedzę. W takiej sytuacji trudno o dobrą, efektywną komunikację, natomiast łatwo o zaostrzenie konfliktu który czasem ciągnie się latami oddziałując nie tylko na małżonków i ich dzieci, ale również na dalszą rodzinę i bliskich przyjaciół. Tworzą się koalicje, stronnictwa, są tematy tabu i frustrujące sytuacje społeczne. Cierpi wiele osób.

JW-G: Co zatem Państwo doradzacie kobiecie, która nie wie od czego zacząć cały ten "rozwód"?

AK-Z: W Wise Mind doradzamy naszym klientom jednorazowe skorzystanie z doradztwa prawnika – który przedstawi wszystkie aspekty prawne związane z procesem rozwodu, a następnie – udanie się na mediacje.

JW-G: Czyli przechodzimy do dbania o drugą sferę zmian rozwodowych – komunikację?

AK-Z: Dokładnie. Jeżeli para podjęła decyzje o rozwodzie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa ich wzajemna komunikacja nie była dobra.  Niewypowiedziane, trudne emocje, narastając latami, często prowadzą do całkowitego zablokowania komunikacji i procesów decyzyjnych. I nagle teraz, małżonkowie muszą się porozumieć co do szeregu mniejszych i większych kwestii związanych z rozstaniem – podziału majątku, kredytu, wysokości alimentów. No i przede wszystkim – jesli mają dzieci – muszą stworzyć wspólnie plan wychowawczy.

JW-G: Dużo tego...

AK-Z: I są to wszystko tematy złożone i trudne, a pamiętajmy że poruszamy je w szczególnej sytuacji wielkiego poruszenia emocjonalnego, poczucia bycia w kryzysie  lub w trakcie doświadczania wielkiej złości na partnera.Tym bardziej nie do przecenienia jest tu rola mediatorów (zwykle pracują w parze żeby lepiej czuwać nad przebiegiem procesu). Mediatorzy są bezstronni i nie angażują się w żaden sposób w konflikt. Czuwają na straży niezakłóconego procesu komunikacji – pomagają nam dostrzec nasze potrzeby i wyrazić je w taki sposób żeby nie ranić drugiej osoby. Wreszcie, mediatorzy pomagają nam znaleźć kompromis z którego obie strony są zadowolone.Dodać należy że ugoda mediacyjna ma moc ugody sądowej.

JW-G: Czyli miałybyśmy tu pierwszy wymiar dobrego rozwodu – dobra komunikacja?

AK-Z: Tak, to paradoks, prawda? Para, która do tej pory miała problem z komunikacją, nagle uczy się porozumiewać bez przemocy, w duchu wzajemnego szacunku.

JW-G: Tylko że oni już się rozstają, ta umiejętność do niczego im się nie przyda..

AK-Z: Tu bym się mocno nie zgodziła. Rozstają się jako para, ale jeżeli mają dzieci to komunikować się jako rodzice będą musieli jeszcze bardzo, bardzo długo. Dlatego wzory dobrej komunikacji które sobie wypracują w trakcie mediacji będą dla ich dziecka bezpiecznym gruntem, na którym można spokojnie wzrastać. Jak pokazują różne badania, dzieci których rodzice dobrze współpracują po rozwodzie, zwykle wracają do dobrostanu emocjonalnego w przeciągu dwóch lat.

JW-G: A jeżeli para nie ma dzieci?

AK-Z: Wtedy nabyte w trakcie rozwodu kompetencje komunikacyjne można potraktować jako zasób rozwojowy. I zacząć się temu przyglądać głębiej – jak ja się z tym czuję że nagle potrafię głośno i wprost powiedzieć czego potrzebuje?

JW-G: Pani Anno proszę przybliżyć sylwetkę Pani klientek, jakie to są kobiety? Różne czy są jakieś schematy?

Myślę, że najczęściej pojawiającym się wzorem jest chwytanie się przez kobiety różnych złudzeń i fantazji dotyczących tego, że mąż/ parter się zmieni. Że dojrzeje, że weźmie na siebie część obowiązków domowych, że przestanie poniżać, że przestanie uciekać w nałogi, że zacznie odpowiedzialnie funkcjonować w roli ojca.. Czekamy, czekamy, tłumaczymy go przed rodziną i znajomymi, liczymy na wielki przełom który nastąpi; pewnie w wakacje, pewnie w te święta. Powiem brutalnie; raczej nienastąpi. Proszę mnie źle nie zrozumieć; nikogo nie namawiam do rozwodu. Ale samo trwanie w takim związku nic dobrego nikomu (a szczególnie dzieciom) nie przyniesie. Trzeba iść na terapię par, zacząć pracować nad komunikacją i definicjami ról w rodzinie. Jednym słowem trzeba COS robić. A jeśli te działania nie przyniosą poprawy relacji - trzeba podjąć decyzję o rozstaniu i przeprowadzić je w sposób spokojny i z poszanowaniem potrzeb i uczuć wszystkich stron. I nie bać się rozwodu. Rozwód to tylko wynik. Wynik nieudanego związku.

JW-G: A jak kobieta już trzyma rozwód, jest wolna. Jak zazwyczaj wygląda jej dalsze życie? Ma Pani kontakt z tymi kobietami?

AK-Z: Tak, niektóre z klientek jeszcze jakiś czas po rozwodzie nas odwiedzają. Spotykają się z psychologiem dla dzieci i młodzieży budując się w poczuciu wartości własnej jako mamy, korzystają z porady doradcy majątkowo / podatkowego bo zakładają swoje firmy. Sporo osób przechodzi po rozwodzie psychoterapię lub coaching.. To bardzo dobry życiowo moment na taką decyzję. Mamy szansę lepiej poznać i zrozumieć siebie, swoje potrzeby, i priorytety. Z czego w nowym związku nie będziemy w stanie zrezygnować, a co możemy odpuścić? Jakie obszary dotyczące ról mieliśmy w poprzednim związku niedoprecyzowane?  Jakie konflikty to generowało? Czego w związku z tym oczekuje od nowego związku? Jakie błędy popełniłam? CO ta informacja mi daje w perspektywie nowego związku? I kluczowe; jakie mam zasoby? Na czym mogę budować to moje nowe życie? Na te i inne pytania możemy sobie odpowiedzieć na psychoterapii lub sesjach coachingowych. To ciężka praca, ale z własnego doświadczenia wiem, że warta każdego wysiłku.

JW-G: Przypadek klientki, który najbardziej utkwił w Pani pamięci?

AK-Z: Każda Klientka jest wyjątkowa, i każda pisze swoją unikalną historię. Ale szczególnie pamiętam naszą najstarszą klientkę. Pani tuż po sześdziesiątce , szczupła, wysportowana (w młodości trenowała lekką atletykę). Przyszła i opowiedziała historię czterdziestoletniej wielkiej samotności w związku, który był w jej życiu pierwszym i jedynym. Do samotności się przyzwyczaiła, a gdy dzieci się wyprowadziły wszystkie swoje uczucia przelewała w grę na pianinie. I tak by pewnie już zostało, że pusty dom, samotność i muzyka, gdyby nie to, że pewnego dnia, mąż Pani to pianino umyślnie uszkodził, tak że grać już na nim nie mogła. Moja klientka podjęła wtedy decyzję do której zbierała się odkąd dzieci wyprowadziły się z domu - chcę tę część życia która mi została, spędzić na własnych warunkach. I jeśli w samotności, to z poczuciem że to samotność z wyboru.Pani po rozwodzie przeprowadziła się do Hiszpanii.

JW-G: Serdecznie dziękuję za rozmowę.

AK-Z: Dziękuję bardzo

W kolejnym miesiącu zapraszamy na kontynuację tematu. Porozmawiamy o emocjach, które występują w czasie rozwodu.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved