ubrania-dzieciece3

Czym kierować się kupując ubrania dla dzieci?

Inwestując w odzież dziecięcą jako rodzice stajemy przed wieloma dylematami. Dzieci bardzo szybko wyrastają z ubrań, więc często jest nam trudno wydać większą kwotę na rzecz, która posłuży relatywnie krótko naszym pociechom.

Z drugiej jednak strony mamy na uwadze delikatną skórę dziecka, skłonność do alergii i przegrzewania podczas dynamicznej zabawy. Wówczas jakość produktów staje się nieoceniona – najważniejsze jest przecież zdrowie. Dodatkowo jak wiadomo, dzieci nie chodzą na żadne kompromisy – nie przekonamy naszej córki do założenia nawet na chwilę najpiękniejszej sukienki, jeżeli będzie jej niewygodnie.

Kilka najważniejszych zasad, które pozwolą ci kupować rozsądnie

Warto mieć na względzie kilka ważnych zasad dotyczących kupowania odzieży dziecięcej. Po pierwsze warto najpierw przejrzeć garderobę naszego dziecka i przemyśleć czego ono naprawdę potrzebuje. Zwłaszcza warto tu mieć na uwadze ubrania niemowlęce, które właściwie po kilku razach przestają pasować na naszego rosnącego bobasa. Po drugie – stawiajmy na jakość, a nie na ilość. Lepiej kupić w wyższej cenie kilka sztuk ubranek z porządnego materiału niż kilkanaście sztuk, które rozlecą się po pierwszym praniu. W takim wypadku te drugie będą jednorazowym zakupem, a nie o to przecież nam chodzi. Po trzecie – znajdźmy sklep z ubraniami dla dzieci online. Dlaczego? Ponieważ będziemy mogli na spokojnie przejrzeć w nim składy materiałów, rozmiary, a także porównać ceny. Bez dziecka uwieszonego na ramieniu i bez impulsywnego kupowania. Zamówienie zostanie nam dostarczone pod same drzwi, a w razie gdyby nam się coś nie spodobało – możemy odesłać rzeczy bez podawania przyczyny. Po czwarte – stawiajmy na naturalne tkaniny, aby uniknąć alergii. Skóra dziecka jest niezwykle delikatna i wymaga szczególnego traktowania. Najlepszymi materiałami będzie ekologiczna bawełna, wiskoza oraz len.

Moda dziecięca – które elementy garderoby są najbardziej użyteczne?

Dobór ubrań dziecięcych warto przemyśleć pod kątem tego w jakim miesiącu dziecko się urodzi. Przyszłe mamy jeszcze w ciąży często kupują odzież dla swoich nienarodzonych maluchów. Nie ma w tym nic złego, ale często są to jednak zakupy kompulsywne i zwyczajnie nieprzemyślane. Kupujemy to co się nam podoba i co akurat jest w sklepach modne. Często po narodzinach dziecka nie zdążymy mu danego elementu garderoby przymierzyć lub tez okazuje się on skrajnie niepraktyczny. W przypadku noworodków najlepiej sprawdzają się body z długim oraz krótkim rękawem, wykonane z miękkiej bawełny wysokiej jakości. Dodatkowo mogą się przydać dresowe spodenki ze stopkami oraz ciepłe sweterki bez kaptura, jeśli dziecko urodzi się zimą. Wszystkie stroje przypominające zwierzątka z ogonkami i uszkami przy kapturze są urocze, ale raczej nie będziemy ubierać w nie dziecka na co dzień. Są to raczej gadżety przydatne podczas sesji fotograficznych, a nie odzież użytkowa.

Ubrania dla starszych dzieci

Jeżeli chodzi o starsze dzieci to łatwiej jest wybierać garderobę, ponieważ wiemy co nasze pociechy lubią nosić i w czym jest im wygodnie. Niemniej jednak zawsze sprawdzają się wysokiej jakości t-shirty bawełniane, bluzki z długim rękawem, dresowe komplety oraz solidne, miękkie jeansy – zarówno dla chłopca jak i dziewczynki. Mając tego typu przygotowaną bazę łatwiej zdecydować się na dodatkowe elementy na specjalne okazje.

Kupując ubrania dla dzieci warto po prostu kierować się zdrowym rozsądkiem i jakością. Ta uniwersalna zasada zaoszczędzi nam frustracji i pozwoli wydawać pieniądze odpowiedzialnie.

Projekt bez tytułu (48)

Savoir-vivre czy survival? Przemyślenia Ireny Kamińskiej-Radomskiej prosto z planu Projekt Lady

Pytanie w tytule jest pozbawione sensu. Nie może być stawiane jako alternatywa, ponieważ nie ma mowy o savoir-vivrze bez survivalu.

Skoro program Word podkreśla mi te pojęcia, to wydaje mi się sensowne wyjaśnienie, co oznaczają, a potem wyjaśnię, jak mają się względem siebie.

Nie może też obyć się bez przykładów, które łączą savoir-vivre z survivalem i najbardziej zapadają w pamięć.

Savoir-vivre, jak niejednokrotnie pisałam, w wolnym tłumaczeniu oznacza grzeczność, kulturę osobistą, a bardziej wiernie – to wiedzieć jak żyć. Oczywiście w zgodzie z zasadami. Survival zaś mówi i uczy, jak przeżyć w trudnych, czasem wręcz ekstremalnych warunkach.

Z całą pewnością można powiedzieć, że nie może być savoir-vivre’u bez survivalu, ponieważ trzeba żyć, żeby wiedzieć, jak żyć. Mówiąc krótko – nie można stosować pewnych przyjętych form grzeczności, jeśli ich zastosowanie będzie nawet w najmniejszym stopniu zagrażało naszemu zdrowiu i życiu.

Przypatrzmy się zatem pewnym konkretnym zachowaniom. Niejednokrotnie spotykam się z pytaniem, co zrobić z ośćmi, jeśli znajdą się już w ustach. Niektórzy twierdzą, ze należy zastosować taką samą zasadę, jak przy pozbywaniu się pestek, czyli na łyżeczkę, którą wprowadzaliśmy do ust owoc, wypluwamy pestkę i odkładamy na brzeg talerza. Otóż nie. W przypadku pestek, oczywiście tak jest, natomiast odnośnie do ości, nie radziłabym manewrować widelcem, bo może się to skończyć tragicznie. Ość wyjmujemy z ust bezpośrednio ręką. Żeby zaś widok manewrowania w ustach nie psuł innym apetytu, wystarczy zakryć je drugą dłonią, a jeszcze lepiej zrobimy, jak zakryjemy usta serwetką (przy czym nie wypluwamy ości do serwetki).

Inny przykład – również z zakresu etykiety przy stole – dotyczy zachłyśnięcia się. Jeśli się to zdarzy, nie ma co zwlekać z opuszczeniem sali i przepraszaniem rozmówców. Trzeba natychmiast zrobić wszystko, by się ratować. Jeśli gospodarz albo któryś z gości zauważy, co się dzieje, należałoby pośpieszyć z pomocą.

Takich sytuacji może być wiele, kiedy nie ma co myśleć o formalnościach. Zresztą te zachowania wcale nie przeczą grzeczności, ponieważ wczuwanie się w sytuację jest podstawą kultury. Niektóre natomiast zasady savoir-vivre’u ratują wręcz nam życie. Jest na przykład reguła, która mówi, że pijąc cokolwiek z naczynia, należy spoglądać do środka. Kiedyś ten nawyk uratował mi zdrowie, a może nawet i życie. Podczas przyjęcia ogrodowego piłam koktajl. Przed kolejnym zanurzeniem ust w kieliszku spojrzałam do środka, a tam pływała sobie osa. Uśmiechnęłam się do siebie z refleksją, jak to dobrze znać zasady.

IKR

shutterstock_1723170616

Alkoholawirus – o tym się nie mówi

Dawno nie pisałam, bo cóż pisać. Trochę przygnębiające to nasze otoczenie ostatnio. Pandemia, zamknięte szkoły i przedszkola, a teraz powodzie. Jak się w tym odnaleźć? Nie wiem. Do tego dochodzi strach o pracę i o to, co będzie jesienią, kiedy koronawirus uderzy znowu, ale tym razem w asyście innych sezonowych wirusów. Przyznajcie, że trochę to przerażające. Szukałam jakiegoś fajnego „babskiego” filmu na Netflix-ie, bo myślę sobie, poprawi mi nastrój i trafiłam na film: „Zabawa, zabawa”. No nie poprawił mi humoru, ale przeraził jeszcze bardziej. To film o trzech kobietach, trzech pokoleniach i jednym co łączy je wszystkie…alkohol. Alkoholizm kobiecy. Dlaczego mnie przeraził? Bo nie zobaczyłam w nim stereotypowych „menelek” spod przysłowiowego sklepu, ale zobaczyłam siebie i otaczające mnie kobiety. Robiące karierę, matki, młode bawiące się dziewczyny…nagle zobaczyłam jak alkoholizm potrafi być cwany, sprytny i cholernie przebiegły. Swojego czasu przeprowadzałam wstrząsający wywiad z autorką książki „Alkohol-piekło kobiet” Moniką Sławecką i myślałam, że ten temat mam już za sobą, ale film uderzył z podwójną mocą. Skończyłam oglądać i poszłam z psem na spacer. Spotykam sąsiada, pijany tak, że muszę się odsuwać, żeby się na mnie nie przewrócił. Wracam do domu, widzę dwóch sąsiadów popijających coś na schodach domu. Myślę sobie, że jestem w jakimś alkoholowym matrixie. Nie to nie inna rzeczywistość, to nasza rzeczywistość, która w tak przygnębiającym momencie jak dzisiaj jeszcze bardziej zyskuje na mocy. Pijemy, bo mamy towarzystwo, pijemy, bo jesteśmy samotne, pijemy, żeby odreagować sytuację w pracy, z mężem. Pamiętam jak kiedyś poszłam do psycholog bo nie mogłam poradzić sobie z różnicami w moim małżeństwie. Mój mąż oczekiwał ode mnie wsparcia w jego problemach, dzieci potrzebowałaby mnie, bo naturalnie są jeszcze małe, czułam bardzo silny obowiązek bycia idealną mamą i żoną. Wydawało mi się, że muszę sobie zasłużyć na bycie kochaną. Słowa bardzo mądrej psycholog otrzeźwiły mnie na miejscu (jak to zdanie paradoksalnie dzisiaj brzmi). Brzmiały tak: 80% kobiet tak zwanych „wspierających” kończy jako alkoholiczki. Później było spotkanie z Moniką Sławecką, którą poznałam na cyklicznych krakowskich spotkaniach „Porozmawiajmy o zdrowiu” i temat się powtórzył. Jedno pytanie powtarzało się kilkakrotnie: Alkoholizm jakie są objawy? Najbardziej wstrząsające były statystyki, mówiące o tym jak mało kobiet wychodzi z alkoholizmu i jak łatwiej w tym temacie mają mężczyźni nie tylko genetycznie, ale i społecznie. Wnioski są takie: łatwiej się uzależniamy, trudniej wychodzimy z nałogu – prawie zawsze jesteśmy odrzucone przez społeczeństwo. Mężczyzna alkoholik jest chory, kobieta alkoholiczka się nie szanuje. Nie doznajemy litości. To wszystko skłoniło mnie do podsumowania swojego życia, przeanalizowaniu tego ile w nim jest alkoholu i ile jest go o wśród moich znajomych. Wniosek jest jeden – zbyt dużo. Zwłaszcza w okresie pandemii. Mam wrażenie, że ograniczono nam możliwości dotychczasowych rozrywek, ładowania baterii, a alkohol jest łatwy do zdobycia i szybko rozładowuje. Doszło nam jeszcze dużo nowych obowiązków, zdalna nauka, opieka nad dziećmi 24/h. To może przytłoczyć. Zachęcam Was, nie chciejcie być idealne dla swoich mężów, dzieci. I chociaż brzmi to dość zwyczajnie, nikt idealny nie jest i każdy ma słabości. Ważne, by sobie na nie pozwalać przed samym sobą. Ukrywanie ich powoduje, że czujemy się jeszcze gorzej i próbujemy sobie radzić z nimi, popijając lampkę wina, wieczorem samotnie albo whisky z colą, bo to teraz też jest na topie. Kiedyś usłyszałam od faceta, że powinnam brać tabletki uspakajające, kiedy tylko czuję, że narasta we mnie złość i wiecie co? O większą bzdurę trudno. Każda z nas ma prawo do frustracji, złości i poczucia, że ma się dość. Ważne, żeby tego nie tłumić i nie wstydzić się, że czasami talerz poleci. Przyznaję się przed Wami, że ja stłukłam już dwa talerze, miskę na owoce, ramkę ze zdjęciem ślubnym i jajko. Szkoda tylko, że później trzeba to samemu sprzątać 🙂 ale wolę to niż udawanie, że jest super, kiedy jest dno. Tak, że drogie Panie rzucamy talerzem, trzaskamy drzwiami i idziemy na spacer, ale nie pijemy. Uważajcie, bo nie będziecie wiedzieć, kiedy ta lampka wina stanie się nieodłącznym elementem Waszego życia. Polecam film „Zabawa, zabawa” z Agatą Kuleszą.

shutterstock_115539511

Dzień Savoir-Vivre’u – Irena Kamińska-Radomska o zasadach

Dzisiaj z rana zadzwonił do mnie dziennikarz radiowy z prośbą o krótkie nagranie i uświadomił mi tym samym, że to ważny dla mnie dzień. Pytał oczywiście o grzeczność, a przede wszystkim, po co nam zasady. 

Jak w każdej innej sferze zasady są pewnym kodem, tak jak język którym porozumiewamy się. Zanim wejdziemy w głębszą relację z drugim człowiekiem, podświadomie dokonujemy jego oceny. W pierwszym momencie oceniamy wizerunek, a w drugiej kolejności maniery sprzężone z językiem, jakim się posługuje. 

Savoir-vivre jest niezbędny dla naszego poczucia bezpieczeństwa, stawia nas na gruncie przewidywalności. Wyobraźmy sobie taką sytuację: 

Podchodzi do nas gość na bankiecie (nazwijmy go Radek) i zaje nam pytanie: jak podoba się państwu muzyka w tle? 

Jeden z uczestników spotkania (Krzysztof) odpowiada: to drzewo za oknem to chyba klon. A może jesion.

Radek: Chce pan przez to powiedzieć, że trudno ocenić styl tej muzyki?

Krzysztof: Czytał pan powieść Paula Coelho „Zahir”?

Radek: Widzę, że lubi pan metafory. 

Krzysztof: Nie. Idę sobie nalać.

Z całego dialogu wynika, że Krzysztof mówił „od rzeczy”, był nieprzewidywalny. Z ulgą przyjmujemy jego odejście od naszego towarzystwa, ale nie robimy porozumiewawczych min, które oznaczają, że Krzysztof jest co najmniej dziwny. Kulturalna osoba nie ocenia w ten sposób i nie krytykuje towarzystwa nawet niewerbalnie. 

Krzysztof zachował się nieprzewidywalnie. To nas niepokoi. W takim samym położeniu stawia nas każde pogwałcenie zasad, w jakich nas wychowano.

Również dzisiaj rozmawiałam z klientem. To znajomy jeszcze z czasów szkolnych. Zapytałam o jego dzieci, wiedząc, że ma ich troje. W odpowiedzi usłyszałam, że jego „najstarsza córka to stara d…”. Zaniemówiłam. Zabrakło mi tchu. Wydusiłam tylko z siebie: „Jak można…” i nie chciałam już dalej rozmawiać. Do tej pory mam niesmak. Jak można o własnym dziecku wyrazić się w takich słowach? Zresztą nie tylko o własnym. Czyżby wszystkie kobiety traktował w takich kategoriach? 

I pomyśleć, że ktoś się z nim związał. Wychowuje wraz z nim dzieci i znosi upokorzenia albo walczy. Oby prawdziwe było to drugie rozwiązanie. Życzę jego żonie (partnerce?), żeby nie zaprzestawała w walce o człowieczeństwo w swojej rodzinie, życzę jej dużo wytrwałości i cierpliwości w swoich wysiłkach nie tylko w dniu poświęconym grzeczności. Jeśli nawet nie uda jej się zmienić swego męża, udoskonali siebie poprzez swe wysiłki i przykład dawany dzieciom. A jak pisał wspomniany Coelho, zmiana jednego człowieka powoduje zmianę całego społeczeństwa. 

IKR

shutterstock_344500055

Nie wchodź dwa razy do tej samej rzeki, o nie!


Gdy związek się rozpada, zazwyczaj uwaga otoczenia skupia się na osobie, która została porzucona. Uważam, że osobie, która odchodzi ze związku, też nie jest łatwo. Chociaż niektórzy twierdzą, że to niemożliwe. Jednakże wyobraź sobie, jak trudne jest podjęcie decyzji o opuszczeniu stałego układu jakim jest związek. Wiąże się to z wielką zmianą, bo osoba odchodząca tak naprawdę nie wie, czy dobrze robi. Jak to mówią, najlepiej jest tam, gdzie nas nie ma.

Przykład: Para bez dzieci, byli ze sobą przez około sześć lat. Mężczyzna poznał inną i się zakochał. Odszedł do niej. Kobieta, po trudach rozstania, zaczęła układać sobie życie od nowa. I wtedy, cytując klientkę: „wyskoczył jak Filip z konopi z pytaniem, czy do niego wrócę, bo się pomylił!”.
Na początku, zaraz po rozstaniu, kiedy porzucony nie ma jeszcze bariery ochronnej i nie uodpornił się na urok byłego lub byłej, jest bardzo możliwe, że da drugą szansę, spróbuje od nowa. I co się wtedy dzieje? Bałagan się dzieje. Po pierwsze, z jednej strony jest chęć bycia z tym człowiekiem, a z drugiej obawa, czy to na pewno już na stałe? A może to powrót na chwilę i zaraz znowu odejdzie? Po drugie, wydaje ci się, że wybaczyłaś i zrozumiałaś. Wydaje ci się, że powinno być między wami zaufanie, a nie
ma. Ciągle masz przed oczami partnera z tą drugą osobą. Ciągle przypominają się łzy i żal. Po trzecie, chciałoby się wrócić do tego związku, który istniał przed problemami. A tak się nie da. Wydarzyło się między wami dużo złego. I najpierw trzeba to wyjaśnić i naprawić, żeby zacząć budować od nowa. Marzeniem takich osób jest często, aby związek był taki, jak dawniej. Otóż, nie ma jak dawniej, bo jesteście tu i teraz, a nie dawniej. Możecie przenieść ulubione zwyczaje z przeszłości, jednak doświadczenie i życie was zmieniło. A już z pewnością bardzo zmieniło was rozstanie. I startujecie od początku. Jeśli więc jesteś w pierwszym etapie po rozstaniu, czyli jeszcze nie dotarło do ciebie, co się dzieje, to na propozycję „spróbowania jeszcze raz”, zareagujesz z radością. Gwarantuję. Zanim jednak podejmiesz taką decyzję, zadaj sobie jedno ważne pytanie: „Co ja z tego powrotu będę mieć ?”.

Osobiście jestem zwolenniczką radykalnych cięć. Jeśli już porzucasz, to niech to będzie decyzja ostateczna. A jeśli ci się nie wiedzie w nowym związku, to nie proś o litość. Jeśli to ty zostałaś porzucona, to odczekaj parę miesięcy, zanim dasz drugą szansę.

shutterstock_1211071171

W podziwie dla kobiet „siedzących w domu”

Wiecie co?

To już 9 tydzień kiedy jestem pełnowymiarową „gospodynią domową”. Mam dwóch synów, męża i owczarka niemieckiego ( aktualnie się leni ). Piorę, sprzątam, gotuję ( codziennie dwa dania!), prasuję i zajmuję się dziećmi. Codziennie to samo, w kółko. Nieprawdopodobne jest to uczucie gdy wykonujesz ciągle te same prace a one się nie kończą. I do tego jeszcze nikt nie doceni Twoich starań o to by było czysto, pysznie i miło. Tak jakby pachnące koszulki same wskakiwały do szafy a obiad przywozili kurierzy z Pyszne.pl. Niektóre z Was się uśmiechną, a może nawet popatrzą z pogardą czytając ten artykuł bo wiele z Was żyje tak na co dzień i jest to normalne. I właśnie do Was się teraz zwracam – podziwiam Was! Ja dotychczas łączyłam pracę z domem i dzięki dobremu „ożenkowi” nie musiałam robić tych rzeczy sama. Przy dzieciach pomagała mi niania, w domu pomoc domowa a jedliśmy z mężem głównie na mieście w czasie pracy. Byłam nauczona, że jeśli wykonuję jakieś zadanie to na końcu czeka mnie jakaś gratyfikacja, zazwyczaj zarobek czy zadowolenie klienta albo po prostu satysfakcja. Dzisiaj jestem w sytuacji gdzie praca mojego męża jest ważniejsza od mojej, musi skupić się na prowadzeniu firmy, która jest naszym głównym źródłem utrzymania. W czasie kryzysu nie jest to łatwe. Wyprowadziliśmy się tym czasowo z naszymi dziećmi na wieś. Dlatego wszystkie obowiązki domowe spadły na mnie. Ten wpis postanowiłam poświęcić właśnie kobietom, które zajmują się domem, dziećmi i poświęcają się temu w 100%. Mając doświadczenie z obydwóch stron moim zdaniem, te kobiety maja trudniej. Często same się na to decydują i czerpią satysfakcję z takiego życia, ale bezwzględnie jest to praca 24/h, która nigdy się nie kończy. I to praca ciężka… . Na myśl przychodzą mi teraz te wszystkie rozmowy między nami kobietami gdzie pada pytanie: czym się zajmujesz? I wstyd przyznać się, że niczym, bo siedzę w domu, zajmuję się domem. I ja się teraz pytam jak to niczym?! Pasowałoby odpowiedzieć zupełnie inaczej: WSZYSTKIM, zajmuję się wszystkim.

Chodząc do pracy, robiąc karierę jest łatwiej. Naprawdę. Są trudności i czasami mamy ochotę zamknąć się w domu, ale to jest na chwilę, później wracamy do zadań, projektów, rozwoju osobistego. Zawsze też mamy wybór. W domu, zajmując się dziećmi, dbając o dom często tego wyboru nie ma. Nie ma L4, urlopów ani gratyfikacji. Dzień za dniem leci, każdy taki sam. Jest jeszcze jedna kwestia, o której wspomniałam powyżej. „Praca mojego męża jest ważniejsza”. I chociaż w moim kontekście chodzi o tymczasową sytuację związaną z koronawirusem to takiego samego stwierdzenia można użyć w odniesieniu do sytuacji panującej w wielu domach. Jeśli mężczyzna pracuje i utrzymuje rodzinę to często używa się stwierdzenia, że to jego praca jest ważniejsza, a ja nazwałabym to inaczej:W podziwie dla kobiet „siedzących w domu”… Nie ważniejsza a bardziej zauważalna i doceniana. Często praca mężczyzny wymaga od niego dużo mniej wysiłku niż praca kobiety zajmującej się domem. Stereotyp faceta wracającego z pracy i leżącego na kanapie na szczęście odchodzi już do lamusa, ale wciąż jeszcze panuje ten przeklęty stereotyp, że kobieta zajmująca się domem po prostu „siedzi w domu’. Ona nie siedzi! Ja się o tym w ostatnim czasie przekonałam. Mam wrażenie, że wydeptuję codziennie te same ścieżki: pralka, suszarka, kuchnia. Jestem sprzątaczką, kucharką, psychologiem dziecięcym, mediatorem, słuchaczem dla mojego męża, a między czasie usiłuję pisać na bloga i fanpage, które prowadzę. Oczywiście świetnie by było gdybym to wszystko robiła z uśmiechem na twarzy a między czasie znajdowała jeszcze czas na bycie kochanką. Dużo tych ról prawda?  Powiem Wam jedno, mija mi 9 tydzień kwarantanny i ja bym już bardzo chciała wrócić do pracy, żeby trochę odpocząć.

JW-G

shutterstock_576616186

Uzależniona – kilka słów o filmie i kobiecej satysfakcji

Kwarantanna to czas, w którym dużo czytam, ale też oglądam. Szukam ciekawych filmów o różnej tematyce.  Czasami myślę sobie, że jak tak dalej pójdzie oglądnę całego Netflix-a ( wiem, wiem to niemożliwe!). Bardzo lubię kiedy filmy skłaniają mnie do przemyśleń, lubię znajdować w nich inspirację do działań w realnym życiu. Nie piszę tutaj o horrorach czy kryminałach, bez obaw! Jeden film w ostatnim czasie wywarł na mnie szczególne wrażenie. Myślę, że znacznie wpłynął na postrzeganie przeze mnie seksualności kobiety i postrzegania jej w środowisku mężczyzn. „Uzależniona” to film o kobiecie uzależnionej od seksu. Zaczyna się dość niewinnie. Główna bohaterka to na pozór szczęśliwa mama i żona. Zabójczo przystojny mąż, matka chętna zawsze pomóc, wspaniała praca i dzieci. Idealnie. Od samego początku jednak można wyczuć, że coś jest nie tak. Co? Tej na pozór usatysfakcjonowanej kobiecie zaczyna brakować „czegoś”. Jakiejś nieznanej emocji, której chociaż jeszcze nie zna to bardzo pragnie. Choć jej życie seksualne z mężem jest bardzo bogate to ona pragnie czegoś jeszcze i pragnie tego więcej… .

Oglądałam ten film wspólnie z moim mężem, bardzo lubię słuchać jego komentarzy na temat tego co kobietom „wypada” a czego nie.  Mój mąż jest 100% mężczyzną, który nierzadko kobiety postrzega jako te słabsze, te gorzej sobie radzące. Lubię go jednak słuchać bo jego komentarze jeszcze bardziej motywują mnie do „walki” o swoje racje i sprawiają, że narasta we mnie bunt przeciwko tej męskiej ideologii samczej przewagi. To zaskakujące jak bardzo to co nas denerwuje może dawać siłę do działania. I oglądając ten film nieraz wyraził swoją dezaprobatę dla bohaterki o imieniu Meghan.

Jest scena gdzie Meghan tuż po seksie z mężem ma ochotę na więcej. On jednak zasypia. Ona wychodzi z łóżka, siada przed komputerem, włącza film, który sądząc po odgłosach jest bardzo gorący. Odpala więc wibrator i kończy to czego mąż nie dokończył.

Mój mąż nie krył oburzenia. Moja reakcja była natychmiastowa.

To Wam wolno a nam nie?!

I tu jest problem, który chcę poruszyć. Postrzeganie seksualności kobiety wciąż jest jeszcze mocno zdeformowane. Bardzo powoli wychodzimy z naszymi potrzebami „z ukrycia” lub może trafniej będzie jeśli napiszę „wychodzimy spod kołdry i zapalamy światło”. Rozmawiamy o nich częściej, ale wciąż za mało odważnie. Wiele z nas czeka na inicjatywę faceta bo przecież nam nie wypada, bo jeszcze on pomyśli, że jestem jakaś niewyżyta. A może jestem? A może czegoś właśnie mi brakuje. Pamiętam też rozmowę z moim wspomnianym już współmałżonkiem o erotycznych książkach przy okazji czytania „Dotyk Crossa”. Stwierdził, że robią wodę z mózgu kobietom bo jak powiedział „naczytają się i później im się wydaje, że tak będzie w życiu”. Nieprawda. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że tego rodzaju książki są niejako impulsem do uwolnienia z siebie seksualności, o które może nawet same nie wiedziałyśmy. Nasze życie wygląda różnie, jedne z nas zajmują się dziećmi, inne robią karierę, jeszcze inne łączą jedno i drugie. Dążmy jednak do pełnej satysfakcji, a nie zagłuszajmy jej.  Każda z nas zasługuje na satysfakcjonujące życie, po które musi sama sięgnąć. Nikt za nas tego nie zrobi. Musimy mówić i domagać się tego czego chcemy. Mamy takie prawo wbrew temu czego nierzadko uczyły nas nasze matki. Mamy prawo do miłości na naszych warunkach, mamy prawo do emocji i własnych potrzeb – nie mniejsze niż mężczyźni. Nie namawiam, żeby krytykować mężczyzn, nie jestem feministką. Myślę, że możemy brać z nich przykład i uczyć się od nich tego, że jak coś chcę to to biorę, a nie zastanawiam się zbyt wiele co i kto sobie pomyśli. To doprowadzi nas wreszcie do równości płci, ale takiej zdrowej. Bo zawsze powtarzam nie dążę do równouprawnienia. Cieszy mnie kiedy wiem, że nie muszę odgarniać w zimie śniegu przed domem, ani nosić drzewa do kominka bo zawsze robi to mój mąż. Ostatnio miałam też okazję zobaczyć jak On smaży naleśniki i powiem Wam było to bardzo ciekawe doświadczenie! Podział ról w domu moim zdaniem jest OK, jeśli tylko obydwie strony czują się tym podziałem USATYSFAKCJONOWANE.

Na koniec życzę Wam dużo miłości, odwagi i prawdziwej SATYSFAKCJI z życia tego codziennego i tego seksualnego. Dodam jeszcze, że „Uzależniona” kończy się bardzo zaskakująco, ale dla mnie ten film był początkiem czegoś nowego.

JW-G

Projekt bez tytułu (33)

Różowe okulary

Wbrew pozorom, to w czasach dobrobytu człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Gubi się w natłoku przeróżnych form uprzyjemnienia sobie życia. Gdyby nawet chciał na siłę zapomnieć o tych przyjemnościach, media naprowadzą go na właściwą drogę. Wtedy zobaczy, że nie ma jeszcze dezodorantu, który pozwoli mu pachnieć przez 7/24, przypomni sobie, że nie ma jeszcze fotela, który pozwoli mu obejrzeć wygodnie ulubione seriale, zapoznać się z wydarzeniami dnia i – gdyby wpadł do niego przyjaciel – zapewnić mu nocleg w komfortowych warunkach. Wystarczy przycisnąć guziczek po wypiciu ostatniego piwa i zjedzeniu reszty chipsów. Och, jak miło. Wszystkie potrzeby życiowe zostały zaspokojone. Nie trzeba myśleć, jest wesoło, nic nie trzeba. Jak jest dobrze, to jest dobrze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Prawda?

Otóż nieprawda. To powiedzenie ma niewątpliwie ukrytą mądrość, ale zapewne nie dotyczy cynicznie opisanego przypadku. Okazuje się, że właśnie w trudnych czasach zaczynamy myśleć i działać bardziej w kategoriach tego, co ważne: robimy odkładane porządki, remont, prasowanie… Oczywiście żartuję. Chodzi mi o troskę o najbliższych, zakupy dla osób starszych, które nawet nie muszą o nic prosić. Każdy, kto może, szyje maseczki, rozsyła je, komu trzeba. Ci, którzy muszą wychodzić, przestrzegają zaleceń zachowania bezpiecznej odległości, niekoniecznie myśląc tylko o sobie, ale także z troski o innych – o tych, którzy są w grupie największego zagrożenia, o osoby schorowane, starsze, o służbę zdrowia. Dbając też o to, żeby wreszcie ta pandemia zmierzała ku końcowi, by wrócić do normalnej rzeczywistości. Normalnej, czyli takiej sprzed kryzysu. Pewnie, że nie wszyscy zachowują zdrowy rozsądek i oczekiwaną ostrożność. Zawsze znajdą się wyjątki, które denerwują. Ale tym razem – mimo trudnej sytuacji – warto założyć jaśniejsze okulary, żeby dostrzec to wszystko, co dzieje się, jak trzeba.

Teraz, kiedy piszę te słowa, zaczął nawet padać deszcz, na który wszyscy czekali. Zwykle wolę słoneczną pogodę, ale w tych okolicznościach, kiedy Wisłę można przejść suchą stopą, każda kropla jest na wagę złota. I dzisiaj cieszy mnie dudnienie w parapety.

Jutro z kolei mam urodziny. Wiem, że nie spotkam się z najbliższymi, ale czuję, że nikt nie zapomni zadzwonić.  Już się na to cieszę. A jeśli nawet zapomni… To pomyślę, że  pewnie spędza czas z rodziną i jest tak szczęśliwy, że zapomniał o bożym świecie.

Czytam teraz książkę z różnymi portretami psychologicznymi. Sporo się potwierdza w odniesieniu do mojego charakteru. Lektura uświadomiła mi, że za bardzo się wszystkim przejmuję i co najgorsze – od razu zauważam, co jest nie tak. Chyba dlatego jestem surową mentorką w Projekcie Lady. Muszę trochę popracować nad dostrzeganiem jaśniejszych kolorów i to właśnie czynię. IKR

Koszule damskie – wybierz model dla siebie

Koszula to bardzo uniwersalny element stroju. W zależności od okazji i pory roku można ją nosić zarówno w stylizacjach sportowych, jak i eleganckich. W naszym poradniku przedstawiamy kilka uniwersalnych modeli, odpowiednich dla każdego – bez względu na wiek czy rodzaj sylwetki.

Eleganckie koszule damskie

Eleganckie koszule damskie są kojarzone ze ścisłym biurowym dress codem, rozmową kwalifikacyjną lub egzaminem. Wraz z żakietem i cygaretkami lub ołówkową spódnicą, tworzą klasyczny, prosty outfit, który w powyższych sytuacjach sprawdzi się doskonale. Do eleganckich koszul damskich zalicza się modele wykonane z lejących tkanin, takich jak np. satyna, ale też gładkie modele bawełniane, o prostym lub taliowanym kroju. Do klasyków można też zaliczyć koszule damskie w cienkie paski lub drobne kropki – chodzi o to, by wzór nie zdominował nadmiernie ubioru, a wg powszechnie panującej zasady – mniej znaczy więcej, zwłaszcza w eleganckich zestawieniach. (Koniecznie zobacz modne propozycje na: https://www.bonprix.pl/kategoria/365/koszule/). Najlepiej żeby koszula była wkasana w spodnie lub spódnicę (dzięki temu dobrze podkreślisz talię), a rękawy odwinięte. W zależności od sposobu wykończenia koszuli pod szyją, można zapinać ją na wszystkie guziki, bądź jeden z nich – tuż pod szyją – zostawić niezapięty. Te proste elementy sprawią, że strój będzie ponadczasowy i z klasą. Niekwestionowany prym wśród eleganckich koszul damskich wiedzie biała koszula damska. Panie zakładają ją na egzaminy, świąteczne spotkania w gronie rodziny i inne ważne okoliczności.

Źródło: materiały bonprix.pl

Wskazówka

Białą koszulę damską można subtelnie ożywić cienką apaszką z subtelnym wzorem.

Nieustannie zmieniające się trendy dają oczywiście wiele możliwości, dlatego ten uniwersalny element damskiej garderoby, jakim jest biała koszula, można nosić również z casualowymi outfitami – w ten sposób powstanie modne przełamanie.

Koszule dżinsowe damskie – w modzie od lat

Modele te zaskarbiły sobie sympatię trendsetterek już w latach 80. Kilka sezonów temu ponownie wróciły do łask i na dobre zadomowiły się w ofertach sklepów odzieżowych. Koszule dżinsowe damskie to chyba nieodłączny element mody street wear. Panie noszą je chyba do wszystkiego – rurek, szortów, spódnic, sukienek. Ten typ koszul damskich, doskonale wygląda noszony również z T-shirtem, tworząc w ten sposób wygodny, młodzieżowy look. Koszula dżinsowa damska doskonale wygląda również wtedy, gdy jej dolna część jest zawiązana na supełek. Wtedy najlepiej ją założyć do spodni lub spódnicy z wysokim stanem.

Źródło: materiały bonprix.pl

Można także stworzyć tzw. jeans total look i do koszuli dżinsowej założyć spodnie z tego samego materiału. Takie zestawienie warto uzupełnić trampkami, sneakersami lub innym, sportowym obuwiem. Jakie modele spośród koszul dżinsowych damskich są obecnie najchętniej wybierane przez panie? Z pewnością, w kolorze jasnego lub granatowego dżinsu, zapinane na napy. Koszule dżinsowe damskie, o nieco dłuższym kroju, sięgające średnio do połowy ud, sprawdzą się jako tunika, dlatego można do nich nosić getry lub rajstopy.

Wśród koszul damskich, modele białe i dżinsowe są doskonałym wyborem na wiele okazji – zarówno o podniosłym charakterze, jak i tych nieformalnych. Wybierz model wpisujący się w Twój gust i stwórz moden zestawienie.  Koszula damska to odzież zawsze modna i odpowiednia dla kobiet w każdym wieku.

Zrzut ekranu 2020-04-14 o 19.44.41

Dres czy dress code? – Irena Kamińska-Radomska o córce, maseczkach i ubiorze


Wczoraj dzwoniła do mnie córka, Dominika. Mówiła, że wybiera się na zakupy. Miała coś zanieść babci i musi już kończyć, bo chciała jeszcze wybrać maseczkę. Ucieszyłam się, że się chroni, ale przy okazji zdziwiłam się, że zamierzała tę maseczkę wybrać. I słyszę w tle pytanie mego zięcia, czy może być czarna. W odpowiedzi słyszę: „nie, nie będzie mi pasowała do stroju. Wtedy zapytałam: czyżbyś miała różnorodne maseczki? No jasne, po czym odwraca się do swego męża i mówi, że ta z ludowym motywem też nie będzie ok. Wybrała w końcu beżową, bo pasuje do jej stroju, a strój oczywiście do urody. Dobrze, że myśli o takich drobiazgach, bo to znaczy, że daje radę, psychicznie nie poddaje się. Moim papierkiem lakmusowym na to, czy jest ogólnie dobrze, są kwiaty na balkonach, a przed chwilą dostałam na WhatsApp-a zdjęcia jej pięknego balkonu, więc jestem już całkiem spokojna.

No może przesadziłam. Cały czas się trochę boję.

Nie pierwszy raz piszę w czasach pandemii. Uważam, że gdyby większość ludzi znała i przestrzegała zasady, koronawirus rozprzestrzeniałby się nieco wolniej. Nikt nie kichałby w towarzystwie, zakrywano by usta przy kaszlu, bardziej przestrzegano by zasad higieny. Zawsze uważałam, że bez względu na wszystko, należałoby stosować zasady. I powtarzam to podczas swoich szkoleń i wykładów, że trzeba być w porządku wobec wszystkich, również wobec siebie. A wracając do dress code’u, w domu można sobie odpocząć od zasad ubioru, jakie przyjęte są w pracy. Jeśli ktoś od lat codziennie musi chodzić na obcasach, w niewygodnych
sukienkach czy sztywnych kołnierzykach, to może spokojnie je odstawić.

Ale czy w domu można całkiem wrzucić na luz i nie wychodzić z piżamy?

Takiego zdania już nie podzielam.
Nie podzielam też zdania, że w towarzystwie najbliższych nie musimy się starać. Wręcz przeciwnie. Przecież najbliższa rodzina to najważniejsi ludzie w naszym życiu. Wybierzmy
zatem wygodne stroje – oczywiście mogą być typu „casual”, czyli dżinsy, koszulka trykotowa albo dla kobiety sama długa koszula typu męskiego, w której zwykle wygląda uroczo. Warto zrobić sobie odpoczynek od strojów do pracy, ale nie róbmy odpoczynku od piękna.
IKR

shutterstock_1702626652

Związek w koronie

Koronawirus to nie tylko zaraza, która dotyka nas cieleśnie, ale w większości z nas dotyka nas mentalnie, psychicznie. Mamy już dość tej sytuacji. Została ograniczona nam wolność czyli jedna z naszych podstawowych wartości. A jak wpływa to na nasze związki? O tym porozmawialiśmy z naszą ekspertką od rozwodów – Anną Klaus- Zielińską – założycielką Wise Mind.

Joanna Wenecka-Golik: Pani Anno, co z Państwa punktu widzenia dzieje się w tej chwili z naszymi związkami? Czy jak pokazują nam telewizyjne reklamy przeważnie siedzimy uśmiechnięci na kanapach i rodzinnie gramy w planszówki, zagryzając domową szarlotką?

Anna Klaus- Zielińska: Na pewno są domy w których tak się dzieje. Do nas odzywają się Panie, które przeżywają w swoich czterech ścianach zupełnie inną rzeczywistość. W rodzinach w których nie było komunikacji, nie było poszanowania granic i uważności na drugą osobę, często za to była pogarda czy poniżanie, nie mówiąc już o przemocy, teraz żyje się tylko trudniej…

JW-G: Związki w których jest przemoc zostawmy poproszę na razie na boku, chciałabym do nich wrócić jeśli Pani powoli w dalszej rozmowie. Dopytałabym natomiast o relacje których naokoło nas najwięcej; dwójka ludzi, zajętych codziennością, nie mających czasu na nic, a już najmniej na uważną rozmowę o sobie. Ja myślę tak; jeżeli nie było komunikacji, to mamy wreszcie czas, żeby zacząć rozmawiać, więc czemu jest trudniej?

AK-Z: Znowu, nie w każdym związku jest trudniej. Są relacje w których dwoje ludzi od jakiegoś czasu za dużo ze sobą nie rozmawiało, bo faktycznie, w codziennym kołowrotku nie mieli na to zbyt wiele czasu. Natomiast przez lata bycia razem nauczyli się uważności na siebie nawzajem. Wypracowali też (albo mieli „wyniesioną“ z domu) kompetencję pozwalającą na bycie w dobrym kontakcie ze swoimi potrzebami i emocjami, a idąc dalej – na mówienie o nich bez poczucia winy czy ukrytej agresji.

Jeżeli umiem spokojnie powiedzieć; „ chciałabym teraz posiedzieć parę godzin sama –  potrzebuję tego, czuję się przeciążona ciągła odpowiedzialnością za naukę dzieci, jestem zła bo mam poczucie że zbyt dużo w tej kwestii jest scedowane na mnie“.

A partner potrafi to przyjąć i możemy razem zacząć myśleć nad rozwiązaniem, które weźmie pod uwagę potrzeby nas obojga, to kolejne tygodnie czy miesiące narodowej kwarantanny w naszym życiu związkowym wiele nie napsują.

JW-G: A w jakim życiu związkowym w takim razie napsują?

AK-Z: W takim, w którym partnerzy zamiast rozmawiać o  trudnych emocjach regulowali je sobie przeważnie „na zewnątrz“ relacji. Czyli bardzo intensywną pracą, spotkaniami towarzyskimi, sportem, zakupowym szaleństwem czy używkami. A trudne tematy odkładały się i odkładały, czasem latami. Były skrzętnie omijane, chowane za kanapą, obstawiane doniczkami, bądź pudrowane.. Zależy w jakiej rodzinie i jaki temat.

JW-G: I w taką przypudrowaną rzeczywistość wkracza nam teraz koronawirus, i co robi?

AK-Z: Najkrócej i najprościej – urealnia. Jesteśmy teraz dostępni dla siebie 24 godziny na dobę, obcięto nam całkowicie możliwość „upuszczania“ ciśnienia na zewnątrz – trudno w takiej sytuacji nosić maski lub ustawicznie powstrzymywać się od wylewania zadawnionych żali i pretensji.

JW-G: A na to jeszcze nakładają się wielu osobom obawy o zdrowie, o źródło utrzymania…

AK-Z: Sofokles mówił: „Człowiekowi który się boi, wszystko szeleści“. Boimy się teraz niemal wszyscy; o bezpieczeństwo swoje i najbliższych, o przyszłość, o to jaki świat zostawi po sobie epidemia.

Mamy w związku z tym większą podatność na zranienie, raczej drugą osobę oceniamy niż próbujemy zrozumieć.

Przez ustawiczny kontakt mamy ze sobą więcej punktów styku – szukamy podświadomie powodów do zaczepki żeby rozładować napięcie które się w nas gromadzi. Drobne napięcia są eskalowane i przerzucane na kolejnych członków rodziny. Mąż robi żonie awanturę o brak ulubionego napoju w lodówce, kobieta krzyczy na syna za zbyt głośną muzykę, a skarcony chłopiec idąc przez kuchnię szturchnie boleśnie młodszą siostrę. Wszyscy czują się w tej sytuacji źle, ale nie mając narzędzi by porozmawiać o swoich obawach, lękach i i związanych z tym potrzebach – tylko nawzajem się krzywdzą eskalując konflikty. Dochodzimy do wniosku że żyjemy w prawdziwym piekle.

JW-G: Czytałam, że w Państwach które już się uporały z koronawirusem, odsetek rozwodów wzrósł dwukrotnie w porównaniu z analogicznym okresem z zeszłego roku.

AK-Z: Mamy zachwianą mapę świata zgodnie z którą interpretujemy rzeczywistość – więcej teraz znaków zapytania niż pewników, a z taką sytuacją mało kto z nas czuję się komfortowo.

Żyjemy w stałej niepewności. Ewolucyjnie w takich sytuacjach mamy wdrukowane; walcz albo uciekaj. Uciec w tym momencie nie możemy, więc walczymy, albo planujemy ucieczkę.

I coraz mocniej nabieramy przekonania, że nasz związek jest bez szans.

JW-G: Ile macie teraz Państwo takich klientek, z poczuciem że ich małżeństwo nie ma szans?

AK-Z: Od dwóch – trzech tygodni jest wyraźnie więcej Pań które piszą i dzwonią z pytaniem co mają robić. Opisują trudności jakie mają w związku, mówią o silnych emocjach. W Wise Mind uruchomiliśmy darmowe poradnictwo psychologiczne i prawne które cieszy się dużym zainteresowaniem. Po świętach ruszamy też z dyżurami mediatorów, ale mam poczucie że prawdziwe zapotrzebowanie na naszą pomoc zacznie się dopiero po korona wirusie. Jak ludzie wyjdą z domów, przestaną się bać o zdrowie czy życie, rozejrzą się wokół siebie i zaczną podejmować decyzje bazując na doświadczeniach z ostatnich, niezwykle trudnych tygodni.

JW-G: I co Pani wtedy doradzi swoim klientkom?

AK-Z: Staram się wogóle mało radzić, za to działać tak, żeby Panie pewne rzeczy same dostrzegły.

W moim poczuciu ten dziwny czas to nie jest w ogóle dobry moment na podejmowanie życiowych decyzji. To dobry czas na weryfikacje i urealnienie – związku i siebie w relacji.

JW-G: Czyli dobry czas na pracę nad związkiem?

AK-Z: Dokładnie. Zachęcam – porozmawiajmy o tym, co się teraz dzieje. Na początek zacznijmy od siebie i swoich uczuć; „Martwi  mnie że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, „Smuci mnie poczucie że nie lubimy już ze sobą spędzać czasu“.

Możemy też zacząć od mówienia o swoich obawach związanych z epidemią i być otwartym na to, jak to widzi druga strona. To jest ok że Ty się nie boisz, ale też jest ok że ja się boje.

Bądzmy dla siebie wyrozumiali – starajmy sie mniej oceniać partnera a bardziej starać się go zrozumieć.

JW-G: A co zrobić gdy raz po raz słyszymy zaczepki, drobne złośliwości? „Mówisz jak twoja matka“,  „dobrze ci wychodzi tylko wydawanie moich pieniędzy“, „jedz dalej tyle ciasteczek a  zaraz się w drzwi nie zmieścisz“?

AK-Z: Czasami takie zaczepki są wołaniem. Wołaniem o nawiązanie kontaktu, o zainteresowanie, o uważność, o czułość. „Zauważ mnie“, „zainteresuj się mną“.

Słyszymy słowa, które ranią, a pod spodem jest lęk i frustracja.

Jeżeli tylko mamy na to zasoby i zgodę możemy się nad tą frustracją partnera pochylić, rozbroić jego złośliwość żartem, zaopiekować się tym, co pod spodem.

Powtarzam – jeśli mamy na to zasoby, bo w sytuacji w ktorej się znajdujemy, o zasoby z których można czerpać jest bardzo ciężko. Z drugiej strony, dobry związek, moze być w trudnych, a ja wolę określenie pełnych wyzwań czasach które nadchodzą, naszym największym zasobem. Więc może warto teraz o niego szczególnie zadbać..

JW-G: Miałyśmy jeszcze Pani Anno, porozmawiać o przemocy w związkach która w okresie epidemii nabiera szczególnych rozmiarów?

AK-Z: Tak, i o temacie który się z tym wiąże –  uzależnieniach jako regulatorach emocji. Ale to dłuższy temat, i proponuje o tym porozmawiać następnym razem.

shutterstock_1552842989

Narzekaj, usprawiedliwiaj i obwiniaj – sposób jak zostać najgorszą wersją samej siebie

Samorozwój to proces nauki i ulepszania siebie, który powinien towarzyszyć nam przez całe życie. Małe dzieci, nastolatki, studenci, ludzie przed trzydziestką, po trzydziestce, czterdziestolatki, pięćdziesięciolatki, sześćdziesięciolatki — każdy powinien dbać o swój samorozwój. Czytanie książek to banał, jednak spójrzmy na proces czytania, jak na tworzenie swojego banku wiedzy, z którego możemy korzystać, kiedy tylko chcemy. Ten bank wiedzy kształtuje naszą osobowość, sposób myślenia, pragnienia, cele i marzenia. Dbajmy o to, by nasz bank wiedzy zawierał dużo wartościowych treści. Bardzo często można odnaleźć je właśnie w książkach.
Stanie w miejscu jest wygodne, nie zmusza nas do wychodzenia poza swoją bańkę komfortu. Odpowiedz sobie na pytanie, czy pragniesz komfortu za wszelką cenę, czy gotowa jesteś na włożenie odrobiny pracy w to, by rozwijać się i osiągać sukces.
Jeśli mimo wszystko pragniesz stać w miejscu, jest na to świetny sposób: narzekaj, usprawiedliwiaj i obwiniaj. Narzekanie sprawia, że nie doceniasz tego, co ważne i piękne w twoim życiu Dzięki narzekaniu kształtujesz swoje postrzeganie rzeczywistości tak, by widzieć tylko złe aspekty.
Usprawiedliwiaj się. Zamiast działać, tworzyć, schudnąć, przeczytać książkę, zdobyć pracę, nauczyć się języka obcego… usprawiedliwiaj siebie i wmawiaj sobie, że masz powody, by tego nie robić. Po co chudnąć 10 kilogramów? Przecież lepiej usprawiedliwić siebie bólem głowy, stawów, brzucha itd.
Obwinianie to kolejny sposób na to, jak utknąć w miejscu. Nie jestem szczupła, bo ktoś kupił mi czekoladki. Nie osiągnęłam sukcesu, bo miałam złych rodziców. Obwinianie innych sprawia, że nie ponosimy konsekwencji swoich czynów. Popełnianie błędów może być twórcze i stanowić ważną część procesu uczenia się. Jednak nie będzie tak, gdy skupimy się na obwinianiu innych o własne porażki. Co nam przyjdzie z tego, że obwinimy męża o naszą otyłość? Czy dzięki temu schudniemy? Czy staniemy się zdrowymi, szczupłymi ludźmi? Nie.

Narzekanie, usprawiedliwianie i obwinianie to trzy sposoby na to, by nie ruszyć z miejsca.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved