Hepburn z papierosem

6 (nie)oczywistych powodów, dla których warto rzucić palenie

Audrey Hepburn, Greta Garbo, Cameron Diaz, Charlize Theron, a z naszego polskiego podwórka Beata Tyszkiewicz i Maria Czubaszek. Wszystkie damy, wszystkie palące. Niektórym z nich udało się rzucić palenie na zawsze. Gdy patrzy się na ich zdjęcia z papierosami, ma się wrażenie, że ten zabójczy atrybut dodaje im jakby powabu, wdzięku, kokieterii.

I być może tak jest. Wielu zwykłym, szarym kobietom papieros dodaje pewności siebie. To udowodnione! I dobrze, można i w ten sposób. Tyle tylko, że palenie naprawdę realnie skraca życie. Już nawet nie warto wspominać o nowotworach, o tym nawet małe dziecko w piaskownicy wie. Wróc, teraz powinno się już mówić małe dziecko przed komputerem, bo rzadko kiedy uświadczysz gdzieś piaskownicę, a co dopiero bawiące się w niej dzieci.

Specjaliści z warszawskiego Centrum Onkologii potwierdzają, że na skutek palenia przedwcześnie umiera 70 tys. Polaków. Nowotwór płuc zabija 20 tys. polskich palaczy w ciągu roku. Być może jak na 38 milionowy naród nie jest to dużo. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że taka śmierć jest nie tylko przedwczesna, ale przede wszystkim zwykle długa i bolesna.

Warto zatem pomyśleć o tym, by ten nałóg rzucić. Prezentujemy Wam kilka powodów, dla których zdecydowanie warto to zrobić. Nie są chyba one tak oczywiste jak nowotwór, przyspieszona śmierć, szara i brzydka cera, żółte zęby i nieświeży oddech, które dla kobiet już powinny być wystarczjącą zachętą, by przestać palić.

Sprawdźcie dlaczego Wasze codzienne życie nabierze kolorów po jakimś czasie od rzucenia tego zabójczego nałogu!

1. Odzyskasz smak i węch

Substancje smoliste, które zawierają papierosy stępiają wszystkie zmysły. Powoli, ale regularnie. Przede wszystkim smak i węch, choć wielu palaczy z czasem zaczyna też gorzej widzieć. Co więcej u wieloletnich palaczy dochodzi do rogowacenia języka (leukoplakia języka), co powoduje już nie stępienie, ale zanik zmysłu smaku i węchu. Jeżeli więc rzucisz palenie, świat stanie się dużo bardziej kolorowy, smaczniejszy, żywszy. Za darmo;)

2. Będziesz miała trzy razy więcej energii

Dym tytoniowy zawiera od 4 do 6 tysięcy różnych związków chemicznych, które są szkodliwe na wszystko, ale przede wszystkim które szkodzą Twoim płucom i sercu. Oskrzela palacza nie tylko zaczynają przyswajać mniej tlenu, czyli na co dzień funkcjonują wolniej i mniej wydolnie, ale zaczynają się też 2 razy szybciej starzeć. Na domiar złego palenie przyspiesz też zanik mięśni. Jeżeli rzucisz palenie, zaczniesz lepiej oddychać, czyli zaczniesz być lepiej dotleniona. Cała, cały Twój organizm, a więc lepsze dotlenienie to nie tylko ładniejsza skóra, lepsze spanie, ale także sprawniejsze funkcjonowanie mózgu – lepsze i szybsze myślenie oraz dużo więcej energii. Nagle okaże się, że robisz dużo więcej i wcale nie jesteś zmęczona! Ha, co więcej, będziesz miała znacznie lepszy humor i będziesz się znacznie lepiej czuła, bo – patrz punkt 3.

3. Palacze mają więcej problemów z zakresu zdrowia psychicznego

Papierosy tylko pozornie uspokajają, pomagają utrzymać nerwy na wodzy, dodają animuszu. Tak naprawdę prowokują do nawyku tłumienia uczuć poprzez zapalenie zamiast naturalnego rozładowywania emocji. Udowodniono, że osoby palące mają więcej poważnych problemów z zakresu zdrowia psychicznego – znacznie częściej przytrafia się im depresja, lęki, a nawet schizofrenia i narkomania. Prosty rachunek: niepalenie = naturalnie lepsze samopoczucie.

4. Zachowasz w portfelu około 5,5 tys. złotych rocznie

Tyle mniej więcej zostanie w Twoim porfelu, jeżeli wypalasz mniej więcej jedną paczkę dziennie. Albo nawet więcej, bo Sejm właśnie głosuje za podniesieniem cen alkoholu i papierosów. A to nie koniec wydatków poniesionych z powodu palenia. Niektórzy mężczyźni być może będą to mieli w nosie, ale kobieta zawsze chce ładnie wyglądać, być zadbana, ładnie pachnieć. Do ceny paczki dodaj więc jeszcze kilka złotych na dentystę – papierosy dramatycznie psują zęby i dziąsła, kilka złotych na wybielanie zębów, które nikotna doprowadza do żółknięcia, plus dodaj jeszcze kilka złotych na specyfiki, które spróbują zniwelować nieświeży oddech. No i perfumy. Bo jeżeli palisz, to naturalnie pachniesz… po prostu brzydko (Twój pot ma brzydszy zapach). Poza tym masz stępiony zmysł węchu, więc zużywasz więcej perfum niż byś mogła, nie paląc.

Tak więc około 6 tysięcy w portfelu więcej – pomyśl, co mogłabyś za to mieć?! Egzotyczne wakacje, wymarzone perfumy, lepsze ciuchy, operację wzroku, super kursy, które mogą polepszyć Twoje perspektywy zawodowe. Wybór zależy od Ciebie!

5. Zaczniesz się nieziemsko wysypiać

Dowiedziono, że nikotyna skraca fazę snu głębokiego. Uważana jest za średni stymulant, dlatego też, podobnie jak każdy inny, podwyższa ciśnienie krwi i zmusza serce do zwiększonej częstotliwości bicia. Mówiąc wprost – pomimo że uznawana jest za coś, co pomaga nam się zrelaksować, działa wręcz przeciwnie. Upośledza również nasz układ nerwowy, dlatego jeżeli palicie i źle śpicie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że to przez papierosy. Tu mamy dla Was jednak zdecydowanie dobrą wiadomość!

Eksperci z Ministerstwa Zdrowia podkreślają, że korzyści z rzucenia palenia są widoczne niemal od razu. W ciągu 20 minut zmniejsza się tętno i ciśnienie krwi, w ciągu 12 godzin stężenie tlenku węgla we krwi spada do normalnego poziomu. Dlatego rzuć i niemal od razu zacznij lepiej sypiać;)

6. Odzyskasz odporność

Nie chodzi tu nawet o zwykłe przeziębienia, katarek i kaszel, które są niemal nieodłącznym towarzyszem palacza. W grę wchodzą przede wszystkim różne zakażenia i zarażenia bakteriami i wirusami: na basenie, w saunie, od partnera podczas stosunku. Czasem możemy nawet o nich nie wiedzieć! Dopiero po jakimś czasie okazuje się, że jesteśmy chorzy. Dzieje się tak dlatego, że nikotyna i inne substancje smoliste upośledzają nasz układ immunologiczny, a więc powodują, że stajemy się słabsi, mniej odporni i mniej zdolni do zwalczania chorób.

macron

3 najgłośniejsze skandale seksualne ostatnich lat

1. Roman Polański razy kilka

Nie może się nie pojawić w tym zestawieniu niestety wciąż na miejscu pierwszym. Nie cichną echa wokół pierwszych zarzutów o gwałt w 1972 roku na 13-letniej Samancie Geimer, byłej niemieckiej aktorce, a wciąż pojawiają się kolejne oskarżenia. Geimer oskarżyła Polańskiego w 1977 roku. Wybitny reżyser przyznał się wówczas przed sądem w Los Angeles do podania dziewczynce środka odurzającego, alkoholu i wykorzystania nieletniej. Zgodnie z ustawodawstwem stanu Kalifornia, kontakt seksualny z nieletnią traktowany jest jako gwałt, w związku z tym oskarżonemu groziło nawet 50 lat więzienia. Polański nie doczekał w Stanach ogłoszenia wyroku, uciekł do Francji.

Gdzie w 2010 roku został ponownie oskarżony o gwałt. Tym razem sprawę zgłosiła brytyjska aktorka, Charlotte Lewis, która wyznała, że została przez Polańskiego zgwałcona w 1983 roku, gdy miała 16 lat. W 2017 roku dołączyła do niej Marianne Barnard, która zeznała, że Polański molestował ją w 1975 r., gdy miała lat 10. Według jej wersji polski reżyser molestował ją podczas sesji zdjęciowej na plaży w Will Rogers. Dziewczynka miała najpierw pozować nago w futrze, po czym miało dojść do molestowania. Po zeznaniach Barnard zapoczątkowała petycję on-line wnioskującą o usunięcie Polańskiego z Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Na czym być może się nie skończy, dlatego że kilka dni temu ten jeden wielki skandal wokół osoby Polańskiego na nowo się rozżarzył. Francuskie media ujawniły, że o kolejny gwałt reżysera „Dziecka Rosemary” oskrżyła aktorka i modelka, Valentine Monnier. Do gwałtu miało dojść w 1975 roku. Monnier miała wtedy 18 lat. Sytuację opisała w ostatnim wywiadzie dla Le Parisien. Według jej wersji do gwałtu miało dojść w szwajcarskim mieście Gstaad, gdzie spędzała ferie zimowe. Poznała tam Polańskiego wraz z jego przyjaciółmi i została zaproszona na wieczór do jego posiadłości. Według jej zeznań została tam namawiana do zażycia nieznanej substancji, po czym została pobita i zgwałcona. Polański oczywiście stanowczo zaprzeczył oskarżeniom.

źródło: polityka.pl

Nie zmienia to jednak faktu, że wiszące od dawna nad głową reżysera czarne chmury chyba w końcu spłyną spektakularną ulewą. Sprawa Monnier wyszła bowiem na jaw tuż przed premierą nowego filmu Polańskiego „Oficer i szpieg”. Oficjalna premiera przebiegła więc w atmosferze skandalu. Francuskie aktywistki próbowały zakłócić pokaz filmu poprzez skandowanie haseł przeciwko Polańskiemu oraz apelowały, by w końcu ukarać go za rzekome przestępstwo. Żona reżysera musiała odwołać wywiady w zachodnich mediach, których odmawiają również aktorzy, biorący udział w najnowszym filmie, a gildia francuskich artystów poważnie rozważa wykluczenie reżysera.

2. Nobla nie będzie

W kwietniu 2018 roku ze stanowiska szefowej komitetu przyznającego literackiego Nobla zrezygnowała Sara Danius. Dezyzja ta była kulminacją trwającego od kilku miesięcy skandalu wokół męża poetki Katariny Frostenson, członkini Akademii. Fotograf Jeana-Claude Arnault utrzymywał bardzo bliskie związki z Akademią, dlatego gdy podczas światowej kampanii #meetoo osiemnaście kobiet na łamach szwedzkiego dziennika Dagens Nyheter opublikowało swoje oświadczenia o molestowaniu przez Arnaulta, literacki świat na moment zamarł.

źródło: straitstimes.com

Według zeznań Arnault miał brutalnie molestować kobiety na przestrzeni 20 lat. I co gorsza dla Akademii miało się to dziać w mieszkaniach do niej należących, w Sztokholmie i w Paryżu, a także w prowadzonym przez fotografa i jego małżonkę prestiżowym klubie literackim o nazwie Forum. Co więcej skadal seksualny wiązał się także ze skandalem finansowym – Forum częściowo finansowała Akademia. Po tych doniesieniach szefowea komitetu przyznającego literackiego Nobla natychmiast wstrzymała zaplanowane dla Forum wypłaty i wszczęła wewnętrzne śledztwo, w którym stwierdzono finansowe nadużycia. Ponadto Arnault został również oskarżony o bycie źródłem przecieków z obrad noblowskich. Dochodzenie wykazało, że mąż Frostenson był źródłem przecieku o Nagrodzie Nobla dla Wisławy Szymborskiej (1996), Elfriede Jelinek (2004), Harolda Pintera (2005), Jean-Marie Gustave’a Le Clezio (2008), Patricka Modiano (2014), Swiatłany Aleksijewicz (2015) oraz Boba Dylana (2016).

źródło: tvp.info

W ostatecznym rozrachunku z członkostwa w 18-osobowej Akademii zrezygnowało osiem osób. Formalnie pozostają one nieaktywnymi członkami, dlatego że istniejące procedury nie przewidują rezygnacji ze stanowiska – jeśli ktoś wycofuje się z prac, jego krzesło pozostaje puste aż do jego śmierci. Ze stanowiska zrezygnowała Sara Danius. Akademia Szwedzka zrezygnowała z przyznania literackiego Nobla w roku 2018. Dlatego na przyznanie tegoż Nobla naszej polskiej pisarce, Oldze Tokarczuk, musieliśmy poczekać do tego roku;)

3. Macron zdradza swoją 20 lat starszą od niego żonę z… ochroniarzem?

Ponad rok temu we farncuskich mediach zawrzało. W grę wchodził nie tylko homoseksualny romans głowy państwa, ale również zdrada tajemnic państwowych.

źrodło: tvp.info

Wszystko zaczęło się od zeszłorocznej pierwszomajowej manifestacji, na której Alexandre Benalla, 28-letni były już wiceszef kancelarii prezydenta Macrona, przebrał się za policjanta i pobił dwóch uczestników demonstracji. Dziennikarze zaczęli kopać głębiej. Zaczęto insynuować, że Benalla i Macrona łączyło płomienne uczucie. Tym bardziej, że nie był to pierszy raz, kiedy prezydenta Francji podejrzewano o związki z mężczynami. Na tym jednak nie koniec, bo liberalna Francja byłaby chyba w stanie taki skandal łatwo puścić płazem. Na Macrona rzucono jednak znacznie poważniejsze oskarżenie jakoby przekazywał swojemu domniemanemu kochankowi tajemnice państwowe, m.in. kody nuklearne. Sprawa cały czas jest w toku, paryska prokuratura wszczęła w sprawie Banalli śledztwo wstępne.

Na razie ujawniono, że po zwolnieniu z Pałacu Elizejskiego Benalla prowadził interesy w krajach afrykańskich, posługując się dwoma paszportami dyplomatycznymi. Za finansowaniem jego podóży miał stać francusko-izraelski biznesmen, odpowiadający za niejasne transakcje w Afryce. W lutym tego roku były bliski współpracownik obecnego prezydenta Francji został osadzony w tymczasowym areszcie. Skandal wokół tych wydarzeń i doniesień doprowadził do złożenia przez opozycję dwóch wniosków o wotum nieufności wobec rządu Macrona, który przetrwał dzięki większości.

źródło: tygodnik.tvp.pl
Portret kobiety w ogniu

„Portret kobiety w ogniu”: sentymentalna feminoutopia?

Zmysłowy i delikatny, a równocześnie żarzący się emocjami od pierwszej sceny. Wyróżniony w Cannes za scenariusz, dodatkowo otrzymał tam Queerową Palmę. Niby historia, którą kino opowiada od zawsze – historia rodzącej się miłości to motyw stary niczym sam świat – ale w filmie francuskiej reżyserki Céline Sciammy jest coś takiego, co zatrzymuje widza w kinowym fotelu jeszcze dłuższą chwilę po skończonym seansie.

Barokowe niuanse

„Portret kobiety w ogniu” to film niezwykle dwoisty. Świetnie obrazuje to już sam tytuł: z jednej strony portret to coś statycznego, to zamrożenie chwili, bezruch, uporządkowanie, coś przewidywalnego; z drugiej ogień kojarzy się z dynamiką, gwałtownością, czymś nieobliczalnym, żywiołem. Taki właśnie jest ten film. Z jednej strony jest technicznym, malutkim filmowym majstersztykiem skomponowanym analogicznie do powstającego w filmie portretu młodej, francuskiej arystokratki. To jak reżyserka wraz z autorką zdjęć, Claire Mathon, gra kolorami, światłem i kontrastem, zasługuje na wielkie brawa. Niesamowite ujęcia, które uchwyciły mimiczne dramaty bohaterek, tworzą charakterystyczny dla tego filmu nastrój. Nastrój zmysłowości, napięcia, intymności, emocjonalności. Ten film to nie tylko przepiękne krajobrazy, to także niesamowite kostiumy i wnętrza, które oddane zostały z zachowaniem najmniejszych szczegółów i eksponowane, podobnie jak w „Faworycie” Lanthimosa, za pomocą naturalnego światła świec. Momentami w trakcie seansu razi nas więc odbijające się od tafli morza słońce, to zaś w kolejnej scenie wpatrujemy się w mrok domu oświetlanego jedynie ogarkiem. Film Sciammy to film o malarstwie i tak też jest przez nią zrobiony – malarsko. Można by się było nawet pokusić o stwierdzenie, że jest nie tyle montażem ujęć i scen, ile montażem zachwycających obrazów.

Blaski świecy

I na razie tyle dobrego o tym filmie – technicznie jest świetny. Czy spełnia drugi, konieczny dla mnie warunek, by cały film ocenić jako bardzo dobry, a więc czy jest merytoryczny? Czy jest o czymś? Czy opowiada spójną historię wartą poznania? No właśnie, i tak i nie. Albo inaczej – z fabularnego punktu widzenia według mnie warto oglądnąć ten film nie ze względu na jego główną historię, bo nie jest niczym odkrywczym, ale ze względu na kryjące się za nią niedopowiedzenia, motywy i wynikające z niej konkluzje.

Ale po kolei. Fabuła w skrócie: jedna z bretańskich wysp, około połowy XVIII wieku, a więc mniej więcej rok 1740. Heloiza (Adèle Haenel), córka arystokratycznej francuskiej rodziny, ma zostać wydana za mąż za mediolańskiego magnata. W celu stworzenia portretu przyszłej panny młodej, który miałby trafić przed oblicze jej przyszłego małżonka, na wyspę przybywa malarka, Marianne (Noémie Merlant). W takim zadaniu nie byłoby niczego trudnego, gdyby nie to, że portret młodej Heloizy ma namalować w sekrecie przed modelką, a więc bazując jedynie na swoich obserwacjach podczas spędzanego z nią czasu. Nad początkową nieufnością górę bierze ciekawość i fascynacja, która pozwala kobietom na bliższe poznanie. W zaciszu nadmorskiego zameczku rodzi się uczucie, które odciśnie piętno nie tylko na tytułowym portrecie. To podstawowa warstwa filmu. Ta według mnie mniej ciekawa.

Bo znacznie ciekawsze jest to, co się za nią kryje. A więc nie tylko umyślnie przemilczana kwestia tego, dlaczego Heloiza ma wyjść za mediolańskiego bogacza, skoro jeszcze nie dawno jej codziennym strojem była mnisia szata. Co z matką Heloizy, która być może i postępuje na pozór bezwzględnie, ale dlaczego wydaje się równie nieszczęśliwa, uwięziona, targana równie gwałtownymi i skrywanymi emocjami. Znacznie ciekawsze jest podjęcie przez Sciammę wątku aborcji dokonywanych w tamtych czasach i związanych z nim relacji klasowych. A także kwestia wielkiej nieobecności mężczyzn w tym filmie. By odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest (bo oczywiście jest to zabieg świadomy), ciekawiej nie podążać za głównym, naocznym wątkiem, który proponuje odpowiedź: „by opowiedzieć historię miłości pomiędzy dwiema kobietami”, ale wolę doszukiwać się przesłania związanego z rolą kobiet w historii. Z tym, że rola i udział kobiet w historii została ukryta, nieopowiedziana, zapomniana. W epoce, o której opowiada film żyło wiele malarek. Robiły kariery jako portrecistki, a nawet jako ogólnie utalentowane malarki, ale pozostały anonimowe, o ich imionach przeciętny odbiorca sztuki nie ma pojęcia. Nie to co o Michale Aniele, Tycjanie, Caravaggiu, Rembrandcie czy Vermeerze. Mówi o tym sama Marianne, malująca portret Heloizy – tylko dlatego że jest kobietą nie może malować nagich mężczyzn, a więc nie może studiować ludzkiej anatomii po to, by szkolić się w malarstwie. Podobnie zresztą jeżeli chodzi o wystawianie – swój świetny obraz podpisuje nazwiskiem ojca, by dotarł do szerszej publiczności.

Dużo ciekawszy jest też wątek pozorów i konwenansów. Ale nie ujęty w taki sposób, o jakim mówi większość recenzji tego filmu, że kobiety żyły wtedy pod ich dyktando. Znacznie bardziej smakowite i wyrafinowanie przewrotne wydaje mi się to, że to właśnie na pozór zamknięta w konwenansach arystokratka Heloiza okazuje się wcale nie tak niewinna, a nawet zdecydowanie świadoma czynów swoich i rządzących światem zasad. Z kolei wydająca się bardziej wyemancypowaną kobietą malarka Marianna wcale nie postępuje wbrew ogólnie przyjętym zasadom.

Feminoutopia

Niektórzy recenzenci zarzucają filmowi Sciammy, że jest odrealniony, zbyt sentymentalny, że z jednej strony naturalistycznie prezentuje nam owłosione ciała kobiet, nitki śliny łączące się przez pocałunek, a równocześnie akcję historii umieszcza w odległej od cywilizacji idylli. I nie sposób się z takimi uwagami nie zgodzić. Wszystko w sposobie opowiadania Sciammy byłoby pięknie wiarygodne, gdyby nie to, że romans bohaterek nigdy nie został skonfrontowany społecznie. Żyją przez jakiś czas oddalone od cywilizacji, całkowicie mogące robić, co tylko zechcą, bez żadnej kontroli, bez żadnych doraźnych zobowiązań. Na obronę reżyserskiej wizji można jednak szepnąć, że końcówka historii w moich oczach całkowicie ją uwiarygadnia. Zdecydowanie nie kończy się bowiem cukierkowo. Można wręcz uznać, że to zakończenie filmu jest konfrontacją bohaterek ze społecznym porządkiem, z którym nie tylko przegrywają, ale na który się godzą.

dorothy-day-2

Czy amerykańska feministka i komunistka zostanie „świętą naszych czasów”? – Dorothy Day

Uważana za jedną z najciekawszych kobiet XX wieku. Porównywana do Gandhiego. W młodości doświadczyła aborcji i małżeństwa-pomyłki. By zrozumieć, czym jest głód i bezdomność, żywiła się tylko solonymi orzeszkami i pomieszkiwała na lodowatym poddaszu. Najpierw obracała się w kręgu artystycznej bohemy, potem żarliwie zaczęła należeć do Boga.

Młoda i gniewna

Urodziła się 8 listopada 1897 roku w Brooklynie (Nowy Jork) w stosunkowo zamożnej rodzinie protestanckiej. Była trzecim z piątki dzieci Johna i Grace. W wieku 16 lat skończyła liceum i otrzymała stypendium na Uniwerytecie w Illinois. Zaczęła wtedy swoją dziennikarską działalność. Wstąpiła do Partii Socjalistycznej. Wyznawała pogląd, że religia to opium dla ludu. Zniechęcała ją hipokryzja i materializm wielu ludzi uważających się za dobrych chrześcijan.

W 1916 roku porzuciła edukację i wróciła do rodzinnego miasta. Zafascynowana życiem najbiedniejszych, obsesyjnie przemierzała najgorsze dzielnice Nowego Jorku, by przyglądać się życiu bezdomnych, głodnych i chorych. Została zatrudniona w socjalistycznej gazecie „New York Call” jako reporterka. Z czasem zaczęła też pisywać do magazynów feministycznych The Masses i The Liberator o socjalizmie i feminizmie. Była gorącą zwolenniczką prawa wyborczego kobiet, które czynnie manifestowała. Jej kariera zaczęła nabierać tempa. Dla dziennika „The Call” przeprowadziła nawet wywiad z Lwem Trockim!

W 1917 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Jako zdeklarowana pacyfistka Dorothy nie mogła odpuścić i tej kwestii. Wraz z innymi sufrażystkami, które swoją kampanię na rzecz uzyskania przez kobiety praw wyborczych nazwały Silent Sentinels, zaczęła pikietować pod Białym Domem. Kobiety zostały aresztowane i skazane na 30 dni. Dorothy odsiedziała 15 dni, podczas których zdążyła jeszcze wziąć udział w strajku głodowym. Nowojorskie feministki chciały w ten sposób uzyskać status więźni politycznych. Zarzucono im, że jako kobiety oczywiście tylko mówią zamiast naprawdę pracować na rzecz innych. Dorothy do tego stopnia oburzyła się tego rodzaju pomówiniami, że zaraz po wyjściu z aresztu zatrudniła się w szpitalu.

źródło: thoughtco.com

Zawirowania

Ta decyzja doprowadziła ją do trudnych doświadczeń i wyborów. W szpitalu poznała bowiem Lionela Moisego, uroczego awanturnika, swojego pierwszego kochanka, w którym zakochała się równie żarliwie jak w komunizmie. Zaszła w ciążę. Bała się, że Lionel ją zostawi. Mówi się, że to za jego namową w końcu dokonała aborcji. Zostawił ją zaraz po zabiegu. Stać go było tylko na pożegnalny list. Paradoksalnie, ten wielki ideowiec, który twierdził, że „idea doskonałej miłości wyklucza posiadanie dzieci”, życzył jej, by wyszła za mąż za jakiegoś bogacza. Dokładnie tak zrobiła.

W 1921 roku wyszła za mąż za zamożego wydawcę, Berkeleya Tobey’a, z którym wyjechała do Europy. Nie było to jednak szczęśliwe małżeństwo. Dorothy zakończyła je po roku. Po powrocie poznała Forstera Battinghama, biologa, kolejnego szalonego idealistę, który instytucję rodziny uważał za przeżytek. W 1924 roku zamieszkała z nim z jego rustykalnym domku na plaży w Staten Island. Tam zaczęła się modlić i uprawiać rosarium, w którym miała figurę Matki Boskiej. W wieku 30 lat zaszła w kolejną ciążę. Urodziła córkę, Tamar, którą ochrzciła. Sama przyjęła chrzest w 1927 roku. Forster, zatwardziały ateista, nie mógł pogodzić się z tym, że dla Dorothy wiara katolicka zaczęła stawać się czymś fundamentalnym w codziennym życiu. Para rozstała się, jednak dla Dorothy nie był to już taki cios jak za pierwszym razem.

Nawracanie siebie i innych

Powróciła do dokładnie takich samych aktywności jak za czasów młodości, tylko że tym razem protestowała, pisała i agitowała na rzecz katolicyzmu. Oddała się swojej wierze w tak samo gorliwy sposób jak wcześniej feminizmowi i komunizmowi. Do końca życia codziennie uczęszczała we Mszy Świętej. W soboty brała udział w adoracji i nabożeństwie dziękczynnym. W każdej wolnej chwili rozważała Pismo Święte. Szczególnie lubiła lektury pism św. Teresy z Avili. Katolicyzm wiązał się dla niej z aktywnym działaniem. Dlatego nie mogła pogodzić się z tym, że podczas szalejącego Wielkiego Kryzysu Kościół nie spełniał swojego ewangelicznego zadania.

Na szczęście zrządzeniem losu poznała emigranta z Francji, Petera Maurina, samouka, wizjonera i filozofa. Obydwoje mówili potem, że modlili się o znalezienie bratniej duszy i trafili na siebie. Założyli wspólnie miesięcznik, „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik), którego pierwszy numer ukazał się 1 maja 1933 roku w nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy po cencie za sztukę.

źródło: Universty of Michigan Library Digital Collections

Pismo zaczęło cieszyć się uzananiem i poczytnością, dlatego że nie był to zwykły katolicki miesięcznik. Obok tekstów piętnujących wyzyskujący robotników kapitalizm drukowano na przykład wiersze prześmiewające bogactwo biskupów. Wokół pisma zaczęli gromadzić się wolontariusze. Zalążkiem zapoczątkowanego chwilę później ruchu społecznego o tej samej nazwie jak gazeta, było mieszkanie Dorothy przy Piętnastej Ulicy. Organizowano tam wieczorne modlitwy, kolacje dla bezdomnych oraz dyskusje filozoficzne. W przeddzień wybuchu II wojny światowej „The Catholic Worker” sprzedawał się w 150 tysiącach egzemplarzy, a w 1937 r. dom Doroty w Nowym Jorku wydawał obiady dla 400 osób dziennie!

W stronę świętości

Dorothy nieprzerwanie pisała i brała udział w protestach przeciw wojnom, za co w latach 1917-1973 wielokrotnie trafiała do więzienia.Organizowała demonstracje przeciw prześladowaniom Żydów w hitlerowskich Niemczech i nawoływała, by Ameryka przyjmowała uchodźców, co było poglądem zdecydowanie niepopoluarnym i przysporzyło jej wiele problemów. W latach 50-tych trafiła do więzienia za ignorowanie ćwiczeń na wypadek ataku atomowego, a w latach 60-tych wystąpiła przeciw wojnie w Wietnamie. Organizowała demonstracje przeciw interwencji w Indochinach i w czasie II soboru watykańskiego głodowała z grupą kobiet w intencji potępienia przez sobór wszelkiej wojny.

Do organizowanej i zarządzanej przez nią wspólnoty zaczęły napływać dary. Dzięki nim otwierano coraz to nowe domy pomocy ubogim i głodującym. Pod koniec lat 30-tych w całych Stanach było już ponad trzydzieści takich ośrodkόw. Dzisiaj jest ich 130 i kilka w innych krajach. Wraz z Peterem odważyła się na kolejny krok, po domach pomocy zaczęła organizować samowystarczalne farmy na amerykańskich wsiach.

Peter Maurin podczas prac na farmie św. Izydora w Aitkin, w Minnesocie w 1941 roku.
źródło: Courtesy of the Department of Special Collections and University Archives, Marquette University Libraries, fot. Mary Humphrey

W listopadzie 1965 roku doszło do największej tragedii w historii jej ruchu. Podczas jednego z protestów grupa współpracowników Day paliła karty powołania do wojska. Ktoś w tłumie nagle zakrzyknął: „Spalcie siebie, a nie karty!”. Nie wiadomo, czy Roger LaPorte, członek wspólnoty, uznał to za wyzwanie czy współnotowe zawezwanie do czynu. Oblał się benzyną i podpalił. Zmarł w szpitalu.

Dorothy Day dobrze znała się z Matką Teresą, ale miała też wielu wrogów i przeciwników. Jako feministka nigdy nie zyskała sympatii radykalnych feministek. Niektóre grupy katolików potępiały ją za bezkompromisowy pacyfizm i niezbyt lubiły za podkreślanie wagi dobrowolnego ubóstwa. Jeszcze w latach 30-tych stała się osobistym wrogiem wpływowego kaznodziei, ojca Charlesa Coughlina.

Zmarła 29 listopada 1980 roku. Swoje życie opisała w powieści „The Eleventh Virgin” (Jedenasta dziewica), którą wydała drukiem w 1924 roku, i w której szczególnie podkreślała, że aborcja odcisnęła duże piętno na jej życiu.

“Myślałam,że jestem wolną i wyemancypowaną młodą kobietą i odkryłam,że wcale tak nie jest. Wolność to modna kreacja, pułapka, w którą my kobiety staramy się schwytać mężczyznę na którym nam zależy”.

fim Boże Ciało

4 powody, dla których koniecznie musicie obejrzeć „Boże ciało” w reżyserii Jana Komasy

To film idealny na początek listopada. Film o życiu i śmierci, stygmatyzowaniu, przebaczeniu, pozorach, powołaniu i niszczących go zasadach. Absolutna perełka najnowszego polskiego kina. Tegoroczny polski kandydad do Oscara, za którego wyjątkowo będę mocno trzymała kciuki.

1. W końcu film nie o byle czym

Scenariusz do tego filmu napisał młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Mateusz Pacewicz. Pomijając mały skandalik, który związany jest z nie poinformowaniem prawdziwego bohatera o tym, że historia jego życia jest właśnie nagrywana (jest to bowiem film oparty na faktach), scenariusz nie ma w zasadzie żadnych minusów. To z jednej strony bardzo kameralny dramat, ale z drugiej dotykający niezwykle uniwersalnych problemów. Po krótce: jest to historia chłopaka z poprawczka, który przez przypadek zaczyna udawać księdza na podkarpackim odludziu. Przybysz znikąd pomaga małej społeczności w uporaniu się z traumami. Tyle jeżeli chodzi o podstawową fabularną warstwę filmu. Kryje się za nią jednak znacznie więcej. Wielu krytyków twierdzi, że to najdojrzalszy film Jana Komasy, który dotyka wielu, wileu ważnych kwestii. Przede wszystkim jednak reżyser w bardzo wymowny sposób pokazuje nam, jaką rolę mógliby i powinni spełniać księża w społeczeństwie, jednak ze względu na instytucjonalny charakter Kościoła, a co za tym idzie niesprawiedliwe, utarte schematy i zasady, jej nie spełnia. Wręcz przeciwnie – sprawia, że wiara ludzi staje się fasadowa i na pokaz, fałszywa, a wręcz służy za pretekst do czynienia krzywdy. Brawo, bo historia, która mogła zostać przestawiona w sposób banalny, nadęty, wpisujący się w ostatnio modną strategię walenia czym się da w polski kościół, taka nie jest. Jest prawdziwa, skomplikowana, zróżnicowana, obiektywna, kolorowa i wzruszająca.

2. Cudna rola pierwszoplanowa

Fot.: materiały prasowe Kina Świat

Jan Komasa ma talent nie tylko do kręcenia dobrych filmów, ale i do szlifowania młodych aktorskich talentów. Wcześniej odkrył Jakuba Gierszała w „Sali samobójców”, potem Zofię Wichłacz w „Mieście 44”, a teraz prezentuje fenomenalnego Bartosza Bielenię. Ten młody aktor Teatru Starego w Krakowie wciela się w swoją główną rolę całkowicie. Dzięki jego naturalnej grze postać Daniela jest przekonywująco prawdziwa. To charakter z krwi i kości. Bartosz Bielenia wygrywa ten film całkowicie swoją dziwną, z jednej strony dziecięcą, z drugiej nieco demoniczną urodą; raz za pomocą aktorskiej powściągliwości, za chwilę za pomocą gwałtownej ekspresji. Wraz z aktorem wchodzimy w odgrywanie roli księdza i wciśnięci w kinowy fotel szczerze mu kibicujemy. Za oceanem okrzyknięto Bielenię aktorkim objawieniem. Nie ma się co dziwić. Oby udało mu się łapać teraz same dobre propozycje fimowe, bo zdecydowanie na nie zasługuje!

3. Mistrzowie mikroekspresji

Bielenia to diament tego filmu, ale okalają go liczne perełki. Praca, jaką wykonał szeroko pojęty drugi plan, zasługuje na długie owacje. I mam tu na myśli nie tylko bardzo dobrą pracę kamerą, piękne na swój charakterystyczy sposób zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jra, ale przede wszystkim drugoplanowe kreacje aktorskie. Chapeau bas dla Aleksandry Koniecznej. To, co, jak i czym zagrała w tym filmie, w zasadzie nie mając za wiele tekstu… bajka! Podobnie bardzo dobra Eliza Rycembel! No i postacie męskie – Łukasz Simlat i Leszek Lichota, i Zdzisław Wardejn! I Tomasz Ziętek! Wszyscy, każdą sceną, gestem i ekspresją, zapracowali na sukces tego filmu.

4. Ktoś przyłożył się do napisania dialogów

Przeciętny widz nie zdaje sobie sprawy z roli dialogów w filmie, ale de facto to dzięki nim aktorzy mogą faktycznie grać, a cały film staje się prawdziwą opowieścią. W tym przypadku, znowu, brawo! Dialogi są całkowicie naturalne, prawdziwe, wyjęte z naszego dnia codziennego. Jednocześnie proste, ale oddające pełną dramatyczność chwili. Albo komediowość, bo i tej w tym filmie nie brak. Jak w prawdziwym życiu. Tragedia miesza się z uśmiechem. Łzy z przyjemnością. Zabawa z bólem.

Ten film jest aktorskim popisem. Nie tylko ze względu na obsadę, ale także dlatego, że w bolesny sposób pokazuje nam, jak każdy z nas w codziennym życiu gra, odgrywa jakąś rolę. Przed sobą i przed innymi. Lepiej lub gorzej. Z bardziej pozytywnymi skutkami lub tylko krzywdząc siebie i innych. „Boże ciało” to jeszcze jeden theatrum mundi. Rodem z zapyziałego Podkarpacia, które w wymiarze uniwersalnych problemów ludzkich niczym nie różni się od każdego innego miejsca na ziemi.

10/10

Olga Boznańska w swojej pracowni

Olga Boznańska – królowa zagraconej pracowni czy rozchwiana emocjonalnie melancholiczka?

Pół-Polka, pół-Francuska. Ekscentryczna mademoiselle de Boznańska nigdy nie wyszła za mąż, choć jej legenda osnuta jest wokół niespełnionych miłości. Sławny oryginał, który całe życie poświęcił sztuce. Otoczona psami, „hodująca” myszy i szczury, rozdarta pomiędzy Kraków i Paryż. Na czym polegał fenomen Boznańskiej?

Urodziła się 15 kwietnia 1865 roku w stosunkowo zamożnej rodzinie zamieszkującej w Krakowie. Ojciec był posiadaczem ziemskim i inżynierem z wykształcenia; matka, Francuzka, Eugenia Mondan, dyplomowana nauczycielka, przyjechała do Galicji nauczać francuskiego. Mieli dwójkę córek. Starsza, panna Olinka, została sławną na całą Europę starą panną-malarką, młodsza, Izabela, o chorobliwie bladej cerze i nieobecnym spojrzeniu, pianistką-samobójczynią.

Talenty dziewczynki odziedziczyły zdecydowanie po mamie, która postanowiła je od najmłodszych lat w dziewczynkach rozwijać. Olga z początku uczyła się u prywatnych, najlepszych nauczycieli, potem uczęszczała na kursy, z racji płci nie mogąc należeć do grona studentów Akademii Sztuk Pięknych. Miała 20 lat, kiedy wyjechała na dalszą naukę do Monachium. Okres ten uważała do końca życia za najważniejszy. Mawiała potem, że to w Monachium nauczyła się malować i żyć, choć to właśnie tam objawiły się pierwsze stany lękowe, strach przed tłumem i obcymi ludźmi.

Niektórzy krytycy twierdzą, że w jednym ze swoich obrazów ewidentnie zawarła „program” swojego życia. W oranżerii przedstawia młodą dziewczynę stojącą w cieplarni, blisko ściany, w otoczeniu bujnych roślin i kwiatów w doniczkach. Kobieta zdaje się z niepokojem i zaciekawieniem patrzeć na kogoś, kto właśnie wszedł. Mówi się, interpretując dzieło biograficznie, że już wtedy 25-letnia autorka obrazu widziała się jako samotną, żyjącą w swoim twórczym świecie, tylko dla siebie samej artystkę.

Olga Boznańska, W oranżerii, 1890, Muzeum Narodowe w Warszawie,
źródło: niezlasztuka.net

Ekscentryczna, zamknięta w sobie i ze swoimi obrazami, a jednak intrygująca i czarująca. Olga nie stroniła od relacji, była adorowana przez wielu mężczyzn. Podobno była bardzo zakochana w Paulu Nauenie, polskim malarzu i nauczycielu. Według obiegowej opinii Olga też była jego uczennicą. Nie było to prawdą, chociaż oboje znali się i przyjaźnili, a nawet wzajemnie się portretowali. Z jednym z portretów Nauena autorstwa Boznańskiej wiąże się nawet mały skandal.

W drugim tygodniu stycznia 1894 roku, zaraz po święcie Trzech Króli, monachijski Związek Artystów i Przyjaciół Sztuki „Kunstverein” wystawił obraz Portret mężczyzny. Tajemnicą Poliszynela było oczywiście, że portretowanym mężczyzną jest zaprzyjaźniony z autorką malarz. W kilka dni po wystawieniu obrazu ukazała się w felietonie „Kuriera Bawarskiego” druzgocąca krytyka sportretowanego mężczyzny:

„W głównej sali wystawowej, na przedniej ścianie, wisi wcale nieźle namalowany portret męski. Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie, i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka – krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami, skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się «interesującą», tchnie nędzą naszych czasów”.

Plotkom i komentarzom nie było końca. Paul Nauen wniósł sprawę o zniesławienie… i wygrał. Gazeta musiała publicznie przeprosić. Skandal pomógł jednak Boznańskiej, tym bardziej, że to dzieło uznaje się za nie tylko przełomowe dla jej kariery, ale i przełomowe w historii modernistycznego polskiego malarstwa portretowego. Portret uznany jednogłośnie przez ówczesną krytykę artystyczną za arcydzieło, został w 1896 roku zakupiony przez Muzeum Narodowe w Krakowie i był pierwszym obrazem Boznańskiej pozyskanym do zbiorów narodowych. 

Olga Boznańska, Portret malarza Paula Nauena, 1893, Muzeum Narodowe w Krakowie

W trakcie dekady spędzonej w Bawarii, Boznańska stała się w pełni ukształtowaną malarką. Udoskonaliła swoją technikę i zdobywała grono klientów, których portretowała, bowiem to właśnie portret stał się jej artystyczną domeną. Jej wielki talent miał jednak rozkwitnąć na dobre w Paryżu, dokąd wyjechała w 1898, mając 33 lata i listownie zrywając zaręczyny z młodszym od niej malarzem, Józefem Czajkowskim.

W artystycznej stolicy świata zaczęła wszystko od nowa. Zatraciła się w pracy, wypijając hektolitry herbaty i odpalając jednego papierosa od drugiego. Swoje prace pokazywała na licznych wystawach, zdobywała coraz to nowe nagrody, poszerzała grono nowych klientów. Choć chowała się w swojej zakurzonej pracowni, znała biegle cztery języki. Dlatego bez skrępowania mogła dziękować za odbierane nagrody, a tych przybywało. W 1900 roku dostała złoty medal na wystawie w New Gallery w Londynie. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała wyróżnienie. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu, a rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki.

Olga Boznańska, Bretonka, 1890, Muzeum Narodowe w Krakowie

Wybuch pierwszej wojny światowej negatywnie wpłynął na sukcesy, a w związku z tym i dochody Olgi Boznańskiej. Przestały napływać zlecenia, Paryż opustoszał, wreszcie zmienił się. Coraz trudniej było pozyskać środki na utrzymanie siebie i pracowni. Rodzice zmarli, a więc nie mogli dopomóc, coraz trudniej było wiązać koniec z końcem. Jedno było jednak niezmienne – malowanie, które pozwoliło jej przetrwać XX-wieczne nawałnice. Boznańska nigdy nie ulegała modom ani nie podążała za nowymi trendami, dlatego też z czasem stawała się dla wszystkich coraz większym dziwadłem. Nosiła się „po staremu”; w dzielnicy, w której żyła, całe rzesze artystów kreowały zupełnie nowe kierunki w sztuce, bawiąc się do upadłego, pijąc w kawiarniach i kabaretach Montparnasse’u. A ona? Osobliwie niemodna w swojej sukni i wielkim kapeluszu wychodziła z pracowni, by samodzielnie donieść wiadra z wodą do nieopalanej pracowni, po której biegały myszy.

W 1934 roku do tragicznego stanu materialnego doszedł fatalny stan psychiczny Boznańskiej. Izabela, młodsza siostra, nie radząc sobie z uzależnieniem od morfiny i niespełnionym śnie o zostaniu pianistką, popełniła samobójstwo. Wybitną malarkę ratowały w tym czasie znajomi i przyjaciele. Alarmowali, że Boznańska żyje niemal w skrajnej biedzie. Od lat 30-tych Państwo Polskie wykupiło kilkanaście płócien i przyznało malarce liczne nagrody. Pomimo powszechnego uznania, Boznańska zmarła w niewiele lepszym stanie 26 października 1940 roku w Paryżu.

Olga Boznańska w pracowni, EAST NEWS, źródło: polityka.pl
aborcja

Dziewięć rozmów o aborcji

„-Ile lat by miało?

-Pięć lat. Zastanawiam się, co by było, gdybym urodziła. Może jednak dałabym sobie radę, może wtedy wpadłam w histerię? Może zawsze tak jest, że kobiety się boją i nie wyobrażają sobie przyszłości, ale radzą sobie z tym strachem i rodzą. A ja sobie z nim nie poradziłam. Wciąż mam w głowie taką wątpliwość: a gdybym wybrała inaczej?

Aborcja od zawsze była kwestią dyskusyjną, sporną, kontrowersyjną. Ostatnio wiele mówi się w Polsce na jej temat. I tematy pokrewne, w jakiś spośób z nią związane, jak choćby tak głośna zeszłych i przyszłych dni afera o edukację seksualną w szkołach. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że wiele się o nich rozmawia, ale nie; słowo rozmowa zdecydowanie tu nie pasuje. Bowiem bardzo niewielu ludzi, którzy wypowiadają się na ten temat, ma odpowiednią wiedzę, wrażliwość, poczucie z jednej strony empatii, a z drugiej etyki i moralności. Mam wrażenie, że w dyskusji publicznej szasta się tylko frazesami. W grę wchodzą pieniądze i polityka, ale nie dobro kobiety i dziecka. Kobiety i dziecka – rówocześnie i równorzędnie, a nie jak chciałyby niektóre strony stojące po dwóch stronach barykady albo samej kobiety i jej macicy, albo tylko poczętego życia.

Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie. Nawet nie na poziomie systemu, w szkołach, ale nas samych – dorosłych kobiet. Dlatego czytajmy, słuchajmy, dowiadujmy się. A emocje odłożmy na bok. Dopiero na sam koniec włączmy empatię. Nie, emocje a empatia to nie to samo.

Dlatego dziś polecamy bardzo dobrą książkę Wydawnictwa Czerwone i Czarne „9 rozmów o aborcji”. Książka została wydana dwa lata temu, w 2017 roku, ale wciąż jest bardzo aktualna. I aktualną pozostanie, bo jest zapisem, jak sam tytuł wskazuje, rozmów z ośmioma kobietami o ośmiu aborcjach, których dokonały w różnych życiowych momentach (rozmowa ostatnia to rozmowa z dyrektorką wykonawczą Federacji Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). A więc jest zapisem uniwersalnego kobiecego doświadczenia – możliwością zajścia w ciążę, samej ciąży, strachu związanego z tym stanem i później życia z dzieckiem, bólem, poczuciem winy i osamotnienia…

-Dlaczego zdecydowałaś się opowiedzieć mi swoją historię?
-Może dlatego, że mam 18-letnią córkę? Może dlatego, że aborcja zrujnowała mi po latach życie osobiste i jest przyczyną mojej depresji? Poza tym chcę opowiedzieć kobietom, jakie mogą być skutki takiej decyzji, ale też jak można wyciągnąć wnioski dla siebie. Z mojej historii można wziąć dla siebie całość, część, a można nie wziąć nic.

Co ważne, pomimo że książka została zlecona do realizacji dwóm dziennikarkom związanym z kojarzącymi się raczej lewicowo tytułami prasowymi, jest w głównej mierze obiektywna za sprawą opisywanych w niej kobiet, ich doświadczeń, ich aborcji. Bowiem na pierwszy rzut oka niemal wszystko jest w tych rozmowach różne. I to bardzo ważny punkt w początkach rozmowy o aborcji w ogóle – że kobiety dokonują tego zabiegu z przeróżnych przyczyn – choć chyba można zaryzykować tezę, że większość z nich sprowadza się do strachu i niepewności o przyszły los swój i dziecka, zarówno ten materialny, jak i zdrowotny, a w końcu po prostu bytowy.

-Co Cię bardziej przerażało – że dziecko może urodzić się zdeformowane, czy to, że musiałabyś zmienić sposób życia, czy też, że nie możesz go utrzymać?
-Bardziej do mnie przemawiała ta materialna i zawodowa sytuacja, bo miałam konkretną wizję, co się stanie. A myśl o tym, że dziecko może urodzić się poważnie chore, była tak straszna, że pozostawała już poza moją wyobraźnią.
-Dlaczego?
-Bo będę musiała przez całe życie siedzieć z nim w domu, w dużej biedzie, że trzeba będzie się tym dzieckiem opiekować, będziesz je kochać, nigdy nie będziesz chciała go opuścić i to cię skaże na opiekę 24 godziny na dobę. Więc to jest koniec twojego życia. Bałam się tej straty. Straty swojego życia.

Jednym z najważniejszych aspektów aborcji, o jakich mówi ta książa, jest rozbieżność pomiędzy tym, co przy aborcji teoretyczne, a tym jak wygląda to w praktyce. Mam tu na myśli przede wszystkim sytuacje, chyba najgorsze z najgorszych w całym zagadnieniu, bo dotyczące zdrowia przyszłych maluchów i ich funkcjonowania na świecie, a więc wad genetycznych. Sam fakt, że dziecko ma na przykład wodogłowie, że cierpi i przy narodziach oraz przez całe życie cierpieć będzie, jest dla matki zawsze nie do zniesienia. Decyzja o tym, co z tym faktem zrobić, jest kolejną etyczną, moralną, religijną, po prostu codzienną katorgą. Ta książka pokazuje jednak jeszcze kolejną odsłonę tego dramatu – pomimo że przesłanka o wadach genetyczych uprawnia do legalnej aborcji, w praktyce nie jest ona realizowana. A jeżeli tak, to bardzo często w nieludzki, niehumanitarny, nieempatyczny sposób. Nasz system zdrowia to w wielu przypadkach jedna wielka pomyłka, pomyłka organizacyjno-wykonawcza. A dodajmy do tego jeszcze etykę i empatię. Niby temat na zupełnie inny artykuł, ale te rozmowy z kobietami jasno pokazują, jak ważna w ich przypadkach była dobrze zorganizowana pomoc ze strony szpitali, ze strony lekarzy, pielęgniarek i psychologów. A raczej jej brak.

Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierwanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: „Nie sądzę, aby panią przyjęli.” Nie daję się wciągnąć w dyskusję. „Potrzebuję tego skierowania” – powtarzam. A w myślach: „Nic więcej od ciebie nie chcę.” Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Na wstępie swojej książki autorki piszą, że za każdą z historii związanych z aborcją stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi im o syndrom postaborcyjny. Chodzi im o to, że „aborcja to trauma, bo zawsze są z nią związane dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa.” Pełna zgoda. Ale piszą też później, że strach związany z aborcją „bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło”.

Być może tak jest, być może tak właśnie aborcję kodują Polacy. Ale nie należy ich za to piętnować. W moim odczuciu autorki za pomocą całej książki sugerują bowiem, że aborcja złem nie jest. Nigdy. Że jest na tyle skomplikowanym procesem, związanym właśnie z przeróżnie ujętą traumą, że nie można jej nazwać czymś złym. I o ile na samym początku pełna zgoda, o tyle już na drugą część twierdzenia nie można tak łatwo przystać. O czym według mnie ta książka też zdecydowanie świadczy – że aborcja to owszem niezwykle skomplikowana sprawa, zawsze, za każdym razem to jednostokowy dramat kobiety, ale w niektórych przypadkach można konkluzyjnie nazwać konkretną aborcję czynem po prostu złym. Ale to już musicie przeczytać i wysnuć konkluzje same. Nie ocenić, a już na pewno niepiętnująco, ale przeczytać, pomyśleć, dowiedzieć się, wczuć i nie szastać frazesami, że „Jak można…”, „Ja bym nigdy…”, „Zawsze kobieta powinna mieć prawo…”

źródło: herbatazksiazka.pl
Olga Tokarczuk

Kim jest polska Noblistka? – kilka faktów z życia Olgi Tokarczuk, które powinnaś znać (teraz już koniecznie!)

Z dumą powtarzamy pojawiającą się nieustanie od wczoraj w mediach frazę: druga po Wisławie Szymborskiej polska laureatka Literackiego Nobla! Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy – m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland „Pokotu”. Laureatka Nagrody Bookera w 2018 roku za powieść „Bieguni”, dwukrotna laureatka Nagrody Nike za „Biegunów” (2008) i „Księgi Jakubowe” (2015). Skąd wzięło się zjawisko literackie: Olga Tokarczuk i jaka była jej droga na literacki szczyt?

1. Nadtrojańska wyobraźnia

Olga Tolarczuk urodziła się w 1962 roku (57 lat) w Sulechowie (województwo lubuskie), wychowała w Klenicy, skąd przeniosła się z rodzicami do Kietrza nad Troją. Tam ukończyła liceum i dostała się na warszawską psychologię. Jeszcze jako nastolatka próbowała swoich sił w poezji. W 1979 roku zadebiutowała na łamach pisma „Na przełaj” swoim pierwszym opowiadaniem. Potem na długo zamilkła i do pisania powróciła dopiero po wielu latach.

W czasie studiów opiekowała się osobami z problemami psychicznymi jako wolontariuszka i żywo zainteresowała pracami Junga. Oba fakty miały później znaczący wpływ na jej twórczość. Po studiach pracowała jako pokojówka w londyńskim hotelu. Podczas uroczystej gali w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie, gdy obierała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie, zdradziła, że ma na sobie kolczyki, które kupiła właśnie w tamtym czasie, w 1987 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. „Dziś wracam w tych kolczykach jako zdobywczyni nagrody Bookera”, mówiła dziennikarzom. Po powrocie do Polski pracowała jako psychoterapeutka we Wrocławiu i Wałbrzychu.

źródło: TVP Info, fot. Beata Zawrzel

2. Pierwsze koty za płoty

Powróciła w wieku 31 lat z powieścią „Podróż ludzi Księgi”, która nie została zbyt dobrze przyjęta przez wydawców. Podobnie jak z „Harrym Potterem” Rowling, nikt nie chciał jej wydać. Gdy jednak powieść o XVII-wiecznej podróży z Paryża ku podnóżom Pirenejów została już wydana w oficynie Przedświt, przyznano jej nagrodę…. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za debiut. Dwa lata później już bez większch problemów wyszła druga powieść Olgi Tokarczuk „E.E.” – tytuł od imion głównej bohaterki powieści, Erny Eltzner. Tym razem czas i miejsce akcji pisarka umieściła w znanym sobie otoczeniu, wczesnym XX-wiecznym Wrocławiu.

Trzecią powieść Tokarczuk, wydaną w 1996 roku, od razu okrzyknięto „szczytowym osiągnięciem nowszej polskiej prozy mitograficznej”. „Prawiek i inne czasy” to opowieść o mitycznej wiosce położonej rzekomo w samym środku Polski. Jest ona archetypicznym mikrokosmosem, w którym w pomniejszonej skali można obserwować prawa rządzące wszechświatem. Powieść zdobyła uznanie krytyków nie tylko w Polsce. Po jakimś czasie zaczęto się o niej rozpisywać dużo szerzej. „The Prague Post” oznajmiał, że „Prawiek i inne czasy to znakomite dzieło o rzadko dziś spotykanej randze i głębi”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał: „W tej napisanej z rozmachem powieści Olga Tokarczuk wykorzystuje tradycję magicznego realizmu do kreacji świata, który jest przesiąknięty dawnymi mitami tak samo mocno, jak jest zakorzeniony w teraźniejszości”.

3. Poświęcenie literaturze

W momencie gdy Tokarczuk zaczęła być coraz szerzej kojarzona, a jej książki sprzedawane w coraz większych ilościach, pisarka postanowiła w jeszcze większym stopniu oddać się pisaniu. Zrezygnowała z pracy i przeprowadziła do Nowej Rudy. Do momentu powstania jej najbardziej utytułowanej książki „Biegunów”, powstało kilka tomów opowiadań, esej oraz powieść „Dom dzienny, dom nocny”, którą niektórzy krytycy określili mianem „najambitniejszego projektu prozatorskiego Tokarczuk”. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej osobistych opowieści, akcja utowru rozgrywa się bowiem w miejscu, gdzie autorka mieszka, na pograniczu polsko-czeskim, i inspirowana jest opowieścią o średniowiecznej świętej Kummernis (Wilgefortis) – kobiecie, którą Bóg wybawił przed niechcianym małżeństwem, dając jej męską twarz. W czasie, kiedy do ulubinych form literackiego wyrazu Tokarczuk należały opowiadania, została też pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

4. „Bieguni” – ten tytuł każdy powinien kojarzyć

Nad tą powieścią Tokarczuk pracowała trzy lata. Wydana została w październiku 2007 roku i od razu uzyskała bardzo duży rozgłos. Powieść została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS, a także nagrodzona Nagrodą Literacką „Nike” 2008. Zaczęto ją tłumaczyć na różne języki. m.in. angielski. Właśnie to tłumaczenie – angielski tytuł „Flights” (autorka tłumaczenia Jennifer Croft) – zostało nominowane do prestiżowej nagrody Booker Prize, którą Tokarczuk otrzymała wraz z tłumaczką w 2018 roku, zyskując ogromną międzynarodową sławę.

„Bieguni” to studium psychologii podróży. Tytuł książki jest zarazem nazwą dawnej prawosławnej sekty uważającej, iż pozostawanie w jednym miejscu naraża człowieka na ataki Złego, a więc ciągłe przemieszczanie się służy zbawieniu duszy. Sama Tokarczuk w wywiadach wspominała, że większość notatek do tej powieści robiła w czasie podróży. „Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” – napisała we wstępie do „Biegunów”. 

5. H jak hejt

Od 2015 Olga Tokarczuk organizuje w Nowej Rudzie i okolicach Festiwal Góry Literatury. Pomaga jej w tym Karol Maliszewskiego, Stowarzyszenie Kulturalne „Góra Babel” oraz Gmina Nowa Ruda. W programie festiwalu znajdują się: akcje edukacyjne, debaty, koncerty, panele, pokazy, spotkania, Noworudzkie Spotkania z Poezją, warsztaty: filmowe, kulinarne, literackie; wystawy.

Po „Biegunach” wydała też kolejne powieści, m.in. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, dlatego na jej opus magnum fani musieli chwilę poczekać. W 2015 roku ukazały się jednak w końcu „Księgi Jakubowe”, nad którymi Tokarczuk pracowała 6 lat. Ponad 900- stronicowa opowieść osnuta wokół postaci Jakuba Franka, XVIII-wiecznego żydowskiego mistyka, zamieszkującego wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, który ogłosił się Mesjaszem i dał początek frankizmowi, judaistycznej herezji, wywołała ogólnopolską awanturę.

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak wystawił Teatr Powszechny w Warszawie,
premiera miała miejsce 13 maja 2016
źródło: powszechny.com

Powieść nominowana została do Nagrody „Nike”, którą w 2015 roku Olga Tokarczuk po raz drugi otrzymała. Po gali wręczenia nagrody autorka wypowiedziała się dla TVP Info, komentując swoją książkę i nagrodę w ten sposób: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„.

Po tych słowach w internecie zawrzało. Słowa Tokarczuk wywołały ogromną falę nienawiści, którą pisarka została zalana. Nie warto cytować krążących wtedy po sieci komentarzy, bo zasługują one na wieczne zapomnienie i potępienie, ale trzeba zaznaczyć, że naszej obecnej Noblistce niejednokrotnie grożono nawet śmiercią.

Pozytywnym akcentem wyciszajacym szum wokół „Ksiąg Jakubowych” była zdobyta w rok później kolejna nagroda. Tokarczuk wraz z tłumaczem powieści na język szwedzki, Janem Henrikiem Swahnem, w październiku 2016 roku zostali pierwszymi laureatami Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern (czyli Domu Kultury i Teatru Miejskiego) w Sztokholmie.

Najnowsze utwory Olgi Tokarczuk to wydana w 2017 roku „Zagubiona dusza” i rok późniejsze „Opowiadania bizarne”.

kampania społeczna

„Wysłałam CV. Nie oddzwaniają, bo jestem kobietą?” – #nieinteresujsię

Wszyscy walczą teraz o swoje prawa. Albo czyjeś. Szczególnie przed wyborami. O prawa imigrantów, środowisk LGBT, zwierząt… Oczywiście, jak to we współczesnej Polsce, poziom dyskusji na te tematy jest żenująco niski. Dlatego tak bardzo cieszą kampanie społeczne realizowane na naprawdę wysokim poziomie. Konkretne i merytoryczne. Które badają problem, diagnozują go, uświadamiają społeczeństwo i przeciwdziałają jego negatywnym skutkom. Jedną z takich tegorocznych kampanii jest akcja GoWoman-#nieinteresujsię!

„Rozmowa dwóch 40-letnich mężczyzn we wrocławskiej kawiarni:

– Widziałeś, Anka wróciła do pracy.

– Ja byłem w szoku, że wróciła. Myślałem, że tym razem już nie wróci. A ta w zaparte wróciła do pracy. Nie wiem tylko po co. Bo zabiera innym etat. Mogliby zatrudnić jakąś laskę, najlepiej blond studentkę.

– Z dużymi… uszami – śmiech – Popracuje trochę i zaraz zajdzie w czwartą ciąże…

– Ostatnio przepracowała ponad rok… może dwa. Ciekawe, ile teraz będzie pracować?

– Dawaj założymy się! Ja stawiam, że do maja poinformuje o kolejnej ciąży. Daje 100 zł!

– Ok, ja mówię, że wytrzyma do września. Zakład?

– Zakład!

Podali sobie dłonie

– Ta Anka tylko rodzi dzieci, ona się tylko do rodzenia nadaje; widziałeś jej du…

Okropny szyderczy śmiech

– Po tylu dzieciach, bym jej palcem nie dotknął, ale z ryja całkiem niezła.

– Ja nie wiem… że szef się na to godzi. Powinna w domu siedzieć przez 15 lat. Gary, pieluchy, kapcie dla męża, w tym jest pewnie dobra.

– Człowieku, kto wie, czyje to są dzieci.

Okropny szyderczy śmiech

– Zaraz pójdzie na zwolnienie, bo dziecko chore, potem kolejne i kolejne. To jakaś chora udawana ambicja. Po co jej praca jak ma 500+.

– Żeby jakaś mega była jeszcze w robocie, a ta wraca i musi się wdrażać… Trzeba ją traktować jak królową, bo “maDka”… Rzygam tym.”

To tylko jeden z autentycznych przykładów i historii opisanych na stronie gowoman.pl. Stronie, której pomysłodawczni zapoczątkowała też kampanię społeczną. Pomysł na GoWomen zrodził się w 2017 roku, w którym to seria nieprzyjemnych zdarzeń, zwróciła moją uwagę na problem, o którym mało się mówi – mówi twórczyni kampanii Ewelina Salwuk-Marko.

źródło: gowoman.pl

Problemem tym jest dyskryminacja kobiet ze względu na płeć w miejscu pracy, a dokładnie ze względu na to, do czego jako kobiety jesteśmy uwarunkowane i mamy pełne prawo – do ciąży i macierzyństwa. Pracodawca nie ma prawa wymagać (a może się to objawiać w przeróżny sposób) od kobiety, by zadeklarowała się, że nie zajdzie w ciążę, a tym bardziej nie ma prawa wyciągać z powodu ciąży jakichkolwiek konsekwencji.

Niejednokrotnie tak się jednak dzieje. Okazuje się też, że od jakiegoś czasu plagą stało się pytanie kierowane tylko do kobiet w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej: „Czy ma Pani zamiar zajść w najbliższym czasie w ciążę?”. „Bo jeżeli tak, no to cóż, pani cv ląduje w koszu” – choć żaden pracodawca na głos tego nie powie. A nie powie dlatego, że groziłaby mu kara nie niższa niż 3000zł, tak jak mówi o tym art 123. ustawy z dnia 20 kwietnia 2014 roku o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Więc nie powie, ale po cichu tak myśli i zrobi.

Jedna z młodych, wykształconych, nowoczesnych, chcących realizować się na wielu polach kobiet powiedziała dość. I zapoczątkowa kampanię. Kampanię, która ma na celu przede wszystkim dwa zadania. Po pierwsze odpowiedzieć na trzy pytania:

  1. Ile kobiet w Polsce, nie zostaje zatrudnionych ze względu na płeć?
  2. Ile pracodawców obawia się, że zatrudniając kobietę, ta zaraz zajdzie w ciążę?
  3. Ile kobiet ma ogromne umiejętności i doświadczenie zawodowe, a ich CV ląduje w koszu ze względu na obawę pracodawcy o ciążę?

Po drugie pokazać społeczeństwu, że istnieje taki problem dyskryminacji na rynku pracy. „Chcemy dotrzeć do jak największej liczby osób. Pobudzić do refleksji i edukować.”

źródło: gowoman.pl

Kampania skierowana jest przede wszystkim do kobiet i pracodawców. Na stronie kampanii widnieje postulat: „Chcemy, aby kobiety zastanowiły się nad swoim życiem i przyszłością, tym samym nabrały pewności siebie, co do realizacji siebie w sferze zawodowej. Kampania kierowana jest do pewnych siebie, przedsiębiorczych, pracowitych kobiet, które chcą realizować się na szczeblach kariery zawodowej. Także do kobiet matek, które chcą podążać ścieżką kariery.

Kampanię kierujemy też do pracodawców, aby nie obawiali się zatrudniać kobiety. Są rewelacyjnymi fachowcami i świetnie się sprawdzają na wysokich stanowiskach.”

Kampania powstała już jakiś czas temu, chcemy o niej jednak przypomnieć teraz i wesprzeć ją nie tylko dlatego, że jest tego zdecydowanie godna i warta uwagi, ale również by opowiedzieć się za jej postulatami, które są tak ważne. Paradoksalnie bowiem wielu z nas narzeka na program 500+. Niektórzy przedstwiają ekonomiczne wyliczenia, które mówią o tym, że świadczenie to jest niekorzystne przede wszystkim dla kobiet, że zatrzymuje je w domu, hamuje chęć rozwoju zawodowego. Z drugiej strony jak kobieta może się nie zniechęcić, jeśli usłyszy takiego 40-letniego wymuskanego mężczyznę, który w całym swoim życiu nie miał dylematu pt. „praca a dziecko”, żeby siedziała w domu, skoro ma to 500+ i że tylko do „rodzenia dzieci się nadaje”.

I po to właśnie ten tekst – żebyście się nie zniechęcały. Chcecie zachodzić w ciąże – zachodźcie! Cieszcie się maluchem, a potem wracajcie do pracy i realizujcie się na obu płaszczyznach. A jeżeli stwierdzicie, że wolicie przez jakiś czas poświęcić się tylko dziecku, że dwie role przez początkowy okres życia dziecka to za dużo, też dobrze! Tylko nie przejmujcie się gadaniem! Albo raczej przejmujcie i zwalczajcie! I pamiętajcie – równie warta i ważna jest kobieta pracująca bez dzieci, jak i pracująca mama, a także kobieta, która wybrała tylko ścieżkę macierzyństwa.

A tamtym Panom, i wszystkim innym, którzy przeprowadzają takie rozmowy jak ta z wrocławskiej kawiarni, życzymy niegroźnego zachłyśnięcia się kawą;p

źródło: gowoman.pl
Katarzyna Dolak-Mazurek

„Z przyjacielem pijesz wino i gadasz do rana, z coachem pijesz wodę i gadasz godzinę” – wywiad z Katarzyną Dolak-Mazurek, pedagogiem i coachem od związków

Aleksandra Kałafut: Podtytuł Pani książki brzmi „Praktyczny poradnik dla złamanych serc”. Według mnie to w ogóle świetny poradnik dla wszystkich chcących stworzyć związek i szczęśliwie w nim trwać.

Katarzyna Dolak-Mazurek: Ludzie tak już mają, że gdy jest im dobrze, to nie szukają pomocy, nie zmieniają. A wszystko to w myśl, po co zmieniać skoro działa. I ja to rozumiem. Sama tak robię! (śmiech) Podtytuł o złamanych sercach, wskazuje na sytuacje, które przymuszają nas do szukania pomysłu na lepszy związek. A dlaczego? Bo partner zrobił nam przykrość i zastanawiamy się dlaczego? Albo związek nie jest taki fajny jak dawniej. Albo osoba ma złe doświadczenia w szukaniu partnera. I to są wszystko osoby, których serce zostało zranione, a w książce znajdą sposób na wyleczenie.

A.K.: Mówi Pani o sytuacjach przymuszających nas do myślenia o lepszym starym czy nowym związku? Bo to że partner zrobił nam przykrość, nie jest jeszcze chyba powodem, żeby myśleć o rozstaniu?

K. D.-M.: Lepszy związek, to taki, w którym się dobrze się czujemy. Ja i partner. Może to być nowy związek, jeśli sytuacja wymaga. Ja jednak namawiam do naprawiania tego co już mamy. Jeśli chodzi o przykrość ze strony partnera, to wszystko zależy, co to dla nas oznacza. Dla kogoś rękoczyny mogą być tylko nieporozumieniem, a dla innej osoby powodem do rozwodu.  Tutaj należy zastanowić się, co dla nas jest przykrością, którą można wyjaśnić i dogadać się, a co jest zachowaniem niedopuszczalnym. Bywa, że również w stałym związku, ludzie łamią sobie serca. A kiedy tak się dzieje? Gdy mówią sobie przykrości, gdy dochodzi do przemocy, gdy nie mają dla siebie szacunku. Są osoby, które przy najmniejszym niepowodzeniu w związku, chcą się wyprowadzać, grożą rozstaniem lub rozwodem. Tylko, że to już jest opowieść o pracy z wewnętrznym dzieckiem.

A.K.: Bardzo często podkreśla Pani, że w związku, przede wszystkim na początku, trzeba być czujnym. To chyba niezbyt popularna teoria. Na początku to raczej motyle w brzuchu, porywy serca…

K. D.-M.: Porywy serca i te motyle, to jeden z piękniejszych stanów, w jakich człowiek ma okazję się znaleźć. I ja bardzo namawiam, aby poddać się temu, bo to coś unikatowego. Nawet poeci mają trudność z oddaniem towarzyszących temu emocji. To trzeba przeżyć!

Pisząc o tym, że trzeba być czujnym, chcę zwrócić uwagę, aby w czasie „latania pod sufitem”, nie podejmować tzw. życiowych decyzji. Zwłaszcza tych dotyczących związku. Nie deklarować miłości do grobowej deski, bo od motyli do miłości droga jest zaskakująco daleka. Mam na myśli czujność dotyczącą partnera, jego zachowania, tego czy jesteśmy z nim bezpieczni. Czy traktuje nas należycie. I jak my sami postępujemy w nowo tworzącym się związku. Zadbanie o powyższe już na początku, pozwoli na długo cieszyć się motylami (śmiech).

A.K.: Pisze Pani też o tym, że presja społeczna potrafi zatruć życie i że tak naprawdę jedynymi osobami, które dadzą odpowiednie wsparcie bazujące na potrzebach osoby, która go potrzebuje, są psycholog, coach, terapeuta. Nie rodzina, nie znajomi… To chyba opinia znowu idąca całkowicie pod prąd powszechnego myślenia?

K. D.-M.: Na tym właśnie polega coaching. Uczy jak myśleć po swojemu 🙂 Otoczenie, w jakim się wychowujemy, zazwyczaj w dobrej intencji, daje nam swoje dobre rady. Rady, które wcale u nas nie muszą działać. Jestem zdania, że jeśli komuś odpowiada taki sposób na życie, dobrze mu z tymi radami i jest szczęśliwy, to jest w porządku. Jeśli jednak złości nas wścibstwo i wtrącanie się, to najlepiej poszukać pomocy u specjalisty.

Zapytano mnie kiedyś jak to jest, że wmawia się ludziom, że powinni pytać obcego (czyt. coacha) o zdanie? Jeszcze zanim zostały zebrane i nazwane metody coachingowe i terapeutyczne, ludzie zawsze szukali pomocy u tych, co wiedzą więcej i mówią inaczej… Był to zazwyczaj ktoś ze starszyzny. Ci odważniejsi lub w większej potrzebie szli do zielarek mieszkających w lesie. Duchowni również pełnili rolę doradców i powierników. A różnica między coachem i przyjacielem jest zasadnicza:

  • z przyjacielem pijesz wino i gadasz do rana, z coachem pijesz wodę i gadasz max godzinę;
  • przyjaciel chce dla Ciebie najlepiej i doradza Ci najlepiej jak umie, ze swojego punktu widzenia, coach wyciąga z Ciebie to jak możesz sobie pomóc, nie doradza, aczkolwiek może podzielić się opinią;
  • rozmowa z przyjacielem jest przyjemnością, rozmowa z coachem jest przyjemnością doprawioną wysiłkiem znalezienia rozwiązań;
  • coach nie obrazi się na Ciebie, gdy będziesz mówił tylko o sobie;
  • łatwiej zniesiesz informację o tym, że robisz coś ze szkodą dla siebie, od coacha niż od przyjaciela;
  • przyjaciel może być zakłopotany tym, że nie umie Ci pomóc, coach jeśli sam nie jest w stanie, to znajdzie Ci pomoc;
  • coach powie Ci to, czego nie chcesz usłyszeć od przyjaciela i nie obrazisz się za to, no i zawsze po skończonym procesie coachingowym, możesz udawać, że nie znasz człowieka (śmiech).

A.K: Posłużę się tytułem podrozdziału Pani książki – jak zakochują się kobiety a jak mężczyźni? 

K. D.-M.: Panie zakochują się w tym, co słyszą. Panowie w tym, co widzą. Potem obie strony weryfikują, jak słowa i wygląd mają się do czynów. Jeśli wszystko lub większość się zgadza, to ludzie chętnie ze sobą zostają. Bywa tak, że zakochujemy się w naszym wyobrażeniu osoby. Dlatego tak ważnym jest, aby z decyzjami o wspólnym życiu poczekać do momentu, gdy już ochłoniemy z pierwszych emocji.

A czasem jest jeszcze inaczej. Ludzie są ze sobą, bo się lubią, bo są przyjaciółmi, bo mają fajny seks. I to jest wystarczająca więź, żeby stworzyć udany związek. Stan zakochania jest pięknym uczuciem. Jednak nie należy odrzucać osoby, do której nie czujemy mięty i nie ma motyli w brzuchu. Porywy serca zaskakują i mogą przyjść później.

A.K.: A co jeżeli nie przyjdą? Przyjaźń to jednak nie miłość, fajny seks to jednak nie wszystko, więc czy aby na pewno wystarczą?

K. D.-M.: Wg mnie miłość to przyjaźń doprawiona namiętnością. Namiętność bywa kapryśna, a przyjaźń jest tym, co ludziom pozwala utrzymać związek. Jeśli porywy miłości nie przyjdą same, to można samemu sprawić, że się pojawią. Wszystko zależy od tego, jak bardzo chcemy być ze sobą:)

A.K.: Pani poradnik jest dość nietypowy jeszcze pod jednym względem. Mówi Pani wprost,  dosadnie i bez pardonu: Jesteś sam, nie potrafisz się zakochać, stworzyć dobrego związku? To Twoja… może nie wina, ale to Ty jesteś za to odpowiedzialny, bo to od Ciebie wszystko zależy! Przestań siedzieć w kącie, zajmij się sobą, odpowiedź sobie na kilka najważniejszych pytań i do dzieła, nikt za Ciebie niczego nie zrobi!

K. D.-M.: Jestem daleka od obwiniania kogokolwiek. Jednak źródła niepowodzeń, moim zdaniem, należy szukać najpierw u siebie, a później u innych. A z doświadczenia wiem, że u innych znaleźć jest… łatwiej. Chodzi o to, aby mieć świadomość swojej mocy sprawczej. Czyli to co się przysłowiowo mówi, że człowiek jest kowalem swojego losu, działa i ma sens. Gdy nie wychodzi nam w miłości, to oznacza, że za bardzo chcemy, aby nas kochano. Jesteśmy zaborczy albo pozwalamy na pomiatanie naszymi uczuciami. To, jak kochamy albo jak bronimy się przed miłością, jest w nas. I dlatego na początku każdej pracy na sesjach, zaczynam od budowania miłości do siebie. Dzięki temu, wiadomo jakiego partnera szukać i jak dbać o związek, żeby być szczęśliwym. Tak po prostu.

A.K.: Miałam taką koleżankę, która po bardzo rozczarowującym rozstaniu stworzyła sobie listę, której punkty odliczała zaraz po przyjściu z kolejnych randek: czy mężczyzna jest przystojny, czy ma stałą pracę, czy ma rodzeństwo, czy jest dowcipny, wykształcony, czy uprawia sporty i słucha podobnej muzyki. Czy o to chodzi? Czy nie odbieramy czasem zakochaniu, a potem miłości i związkowi tego, co w tym wszystkim najtrudniejsze, czyli pracy nad sobą, ale w tym kontekście, żeby właśnie dostosować się do drugiej osoby pod pewnymi względami? Pod pewnymi dostosować, ale też umieć się pięknie różnić?

K. D.-M.: Robienie listy, jest ciekawym sposobem na sprawdzenie na kim nam zależy. Jakie mamy oczekiwania. Często jest tak, że ludzie chcą partnera, ale nie wiedzą jaki ma być. A to wbrew pozorom ważne. Czy jest przystojny lub bogaty? No właśnie. Dla niektórych osób to istotne, dla innych nie. Listę warto zrobić również dla siebie. Taką, która będzie odpowiadała na pytanie: Co ja dam partnerowi?

Jest jeszcze jedna kluczowa zasada, która rządzi naszymi wyborami partnera. Otóż są to przekonania i opinie jakie mamy na temat związków. Te, które możemy umieścić na liście, to są te, których jesteśmy świadomi. Pozostałe są ukryte lub nie chcemy o nich pamiętać. Chodzi o wzorce wyniesione z domu. I jeśli ich nie zmienimy, to zawsze będziemy trafiać na partnera, jakiego „znamy”.  Różnorodność w związku jest rozwojowym wyzwaniem. I faktycznie wpływa korzystnie na związek. Dzieje się tak jednak dopiero, gdy jesteśmy w zgodzie z samym/ samą sobą. I tego uczę na sesjach – miłości do siebie.

A.K.: A portale randkowe? Dobro czy zło dla poszukujących miłości?

K. D.-M.: Tutaj opinie są bardzo podzielone. Niektórzy z moich klientów chwalą sobie taką możliwość. Inni natomiast mają złe doświadczenia. Moim zdaniem portale randkowe są dobrym miejscem na poznanie nowych osób. Są ciekawą propozycją dla nieśmiałych, którzy na początku wolą być mniej widoczni. Jednak portale randkowe mogą być także źródłem frustracji. Dzieje się tak dlatego, że zdarzają się osoby oczekujące, że portal znajdzie miłość ich życia za nich. Należy więc pamiętać, że portal randkowy jest opcją, a nie jedyną możliwością.  

A. K.: A o co chodzi z postępowaniem kota?

K. D.- M.: W zachowaniu kota lubię jego dążenie do celu. Nieważne, że dostanie po głowie, gdy wejdzie na stół i ukradnie jedzenie. Nieważne, że właściciel wścieka się, gdy futrzak „śpiewa pieśń ludu swego”, bo akurat o trzeciej nad ranem chce pokazać, że ma pustą miskę. On zawsze próbuje dopiąć swego. Używam określenia „metoda na kota”, aby pokazać, w jaki sposób osiągnąć sukces w sprawie. Proszę sobie wyobrazić związek, w którym kobieta nie zawsze ma ochotę na seks. Natomiast partner owszem, ochotę ma zawsze. I jak tu elegancko namówić panią? Otóż próbowaniem i namawianiem. To nic, że za pierwszym razem powie, że boli ją głowa, a za drugim coś innego. Nie należy się zrażać i za jakiś czas spróbować znowu. Ale nie na zasadzie chamskiej odzywki, tylko z taktem. Gwarantuję, że w końcu się zgodzi.  Sposób można wykorzystać również w innych sytuacjach.  

A.K.: „Jak jeden raz to nie zdrada, jak chłop w wojsku nie zdrada, na delegacji nie zdrada, na wczasach i po francusku nie zdrada, po pijaku to już w ogóle” – wielu wyznawców takiej „teorii” spotkała Pani w swoim życiu?

K.D.-M.: Niestety tak. I prywatnie i zawodowo. Wszystko zależy od dorobienia swojej filozofii do działania. Takie podejście w filmach pokazywane w zabawny sposób, jest wzorem wyniesionym ze środowiska, w jakim się wychowywaliśmy.

A.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę;)

ucieczka na urlop

3 sposoby na pożyteczne spędzenie długiego weekendu

Jeżeli nie zaplanowałyście wcześniej żadnego fancy wyjazdu, nie wykupiłyście oferty w spa albo po prostu zostajecie w domu, bo ktoś jednak w majówkę musi pracować – nie martwcie się i nie irytujcie, możecie spędzić te dni jeszcze przyjemniej niż reszta!

1. Zrób porządek z balkonem/ogrodem

Pierwsze nieodzowne czynności przy przywracaniu naszym balkonom i ogrodom pozimowego blasku do najprzyjemniejszych nie należą, prawda. Ale gdy już tylko uwiniecie się z wyczyszczeniem płytek, umyciem okien, wygrabieniem starych liści i wymianą na nowe tego, co takiej wymiany zdecydowanie potrzebuje, pozostają same przyjemności. Ulubiona muzyka w uszach i lećcie do sklepu wybierać piękne donice, podłoże i kwiaty. Warto jeszcze przed zakupami usiąść przy pysznej kawie i zaplanować kwietne kompozycje. Może w tym roku niebieskie lobelie, ciemnofioletowe bratki i pudrowa pelargonia? Jeden, dwa dni przyjemnego wysiłku, ale już niebawem ogrodnicze dzieło będzie cieszyło Wasze oczy. Gdy w końcu zrobi się już cieplej, z dumą i kieliszkiem wina w ręku będziecie mogły odpoczywać sobie po pracy aż do jesieni. A sąsiedzi, którzy wyjechali na te kilka dni przez okrągłe pięć miesięcy będą zazdrościć:)

2. Zawodowo przygotuj się do wakacji

Majówka to idealny czas na zaplanowanie i przygotowanie się do wakacyjnego wyjazdu. Jeżeli już masz kupione bilety i nocleg – świetnie! Jeżeli nie, poczekaj do końca majówki, a polecisz w podróż w najdalsze zakątki Europy, a nawet świata za grosze. Przewoźnicy doskonale bowiem wiedzą, i na tym właśnie zarabiają, że wszyscy chcą nagle wyjechać na ten jedyny w swoim rodzaju weekend. A potem… a potem nagle, magicznie po 5 maja ten sam lot kosztuje pięć razy taniej. Warto o tym wiedzieć, a za zaoszczędzone pieniądze kupić jeszcze więcej kwiatów na Wasz balkon:) Gdy będzie już lśnił czystością, usiądźcie sobie i posprawdzajcie, jakie są specjały kuchni w miejscu, do którego się wybieracie. Co zwiedzić, jakie atrakcje warto zobaczyć, może na podróżniczych forach ludzie polecają miejsca, o których w empikowych przewodnikach nie przeczytacie, a które uczynią Wasze wakacje jedynymi w swoim rodzaju? A wieczorem do pachnącej kąpieli idźcie z dobrym reportażem podróżniczym. Wydawnictwa, takie jak choćby Wydawnictwo Czarne czy Dowody na Istnienie, oferują ogromną gamę świetnych książek, dzięki którym Wasz wakacyjny wyjazd będzie świadomym doświadczaniem innej kultury.

3. Zażyj trochę kultury!

Wiecznie zabiegana, tu praca, dom, dzieci, obowiązki domowe, prezentacja na jutro… A kiedy zrobiłaś coś dla siebie? Coś dla swojego rozwoju, kultury? Wiadomo, że trudno się zebrać. Zmęczona tym wszystkim chętnie byś sobie tylko leżała w spokoju. I leż! Na kanapie, przed telewizorem, ale jeden wieczór. A drugi poświęć kulturze. Majówka to idealny czas, żeby spędzić chwilę nie tylko ze sobą, z rodziną, ale i z kulturą. Sprawdź, co grają w kinie. W Krakowie akurat odbywa się fenomenalny Off Camera! Idź do teatru. Może akurat trafił się jakiś dobry koncert i są jeszcze bilety. A może muzeum? Kiedy ostatnio byłaś w muzeum? I nie, wcale nie, nie jest nudno! Dzisiaj wystawy w polskich muzeach robione są pierwsza klasa! Przeciekawe! Oferta kulturalna w całej Polsce jest niesamowicie bogata. Skorzystaj w choć jeden wieczór i dokulturalnij się;)

katusze

Rodzina Państwa Bille cz.15

Żywoty świętych.

Dziewczynki siedzą w ogrodzie sióstr, wokoło chropowatych stołów z niemalowanego drzewa. Drobne kropelki żywicy lepią się do palców. W cieniu olbrzymiego ligustra kryje się gipsowy posąg Najświętszej Dziewicy. Słońce pieści jej aureolę z pozłacanej miedzi. Lipy sieją wokoło swe delikatne kwiatki. Wiaterek rozwiewa włosy pięćdziesięciu główek. Siostra Aniela czyta głośno. Między dziewczynkami krążą piękne ilustracje.

Oto Blandyna. Rudawe lwy ogryzają jej palce u nóg. Oto Dionizy. W obu rękach niesie głowę. Oto Jerzy. Niedbałem uderzeniem lancy powala smoka. A tu Paweł, Piotr, Koletta, Cecylja, Barbara, Dionizja…

W drżącem świetle słonecznem wyraźnie odbijają postaci świętych dziewic, przybranych w białe lniane szaty. Postaci ich wynurzają się z gęstwiny krzewów, zarysowują na skrzyżowaniu ścieżek, biegnących ku małemu sadowi, w którym wiśnie zaczynają dojrzewać. Dziewice te gorąco kochały Jezusa. I dla niego śmierć poniosły. Niektóre z nich były niezmiernie bogate. Inne niezwykle piękne. Mogły poślubić pięknych rycerzy. Mogły stroić się w złote bransolety i kolje z pereł. Wystarczyło szepnąć słowo…

Ponieważ nie szepnęły tego słowa – bito je, krępowano im ramiona, wypalano te śliczne oczy. A potem ucięto im ich śliczne główki…

Siostra Aniela zapewnia:

-Kościół, który wyrósł na krzyżu, karmi się cierpieniem swoich dzieci. Kościół podobny jest winnicy, która ugina się pod ciężarem winnych gron dopiero wtedy, gdy przedrze ją żelazo.

Cud! Dziewice nie umarły! Dziewice przechadzają się po niebie: strojne są w białe róże. Suknie ich podtrzymują piękne srebrne pasy. Święte dziewice widzą przez szczeliny wszystko, co się dzieje na ziemi. Świeży ich oddech porusza liśćmi platanów i topoli. Oczy ich sieją blask. Dziewice krzyżują ramiona. Czasami śmieją się. Rzekłbyś, chór anielskich harf.

A więc dziewczynki rozumieją teraz, że i cierpienie może być błogosławieństwem. Słychać uderzenie skrzydeł. Szum sukien. Anioł Stróż mówi cichym głosem. Nie widzimy go, ale wargi jego mają zapach łąki, poziomek i słońca.

Pnące róże owijają pień poważnej sosny i czynią starość jej radosną. Z rowu, zarosłego białemi pokrzywami, bezustannie dochodzi cichy szmer. Widać szczyt muru. Ozdabiają go odłamki białego i czerwonego szkła. O, jakie dalekie jest miasto! Bezbożne miasto nie przenika do ogrodu klasztornego. Obecność jego zdradza zaledwie kilka cienkich smug dymu. Czyż za chwilę nie ujrzymy liktorów o zachmurzonych brwiach, zakutych w zbroję, strojnych w kaski, ozdobione czarnymi piórami? Czyż nie usłyszymy potężnego chrzęstu  ich broni? To znaczyłoby umrzeć!… Dobrze, więc umrzeć – mniejsza o to! Umrze się, szepnąc imię Jezusa; przecież niedługo nastąpi przebudzenie! białe chmury pieszczą stopy! białe róże… pasy srebrne…muzyka harf…

Zuzanna Lievin siedzi nieruchomo. Skrzyżowała ramiona. Źrenice jej błyszczą przedziwnie. Siostra Aniela zamilkła. Właśnie zadzwoniono na pauzę.

Zuzanna zebrała kilka przyjaciółek. Zaproponowała im:

-A gdybyśmy się tak nauczyły się cierpieć…

Wszystkie przyklasnęły tej myśli. Uczyniono kilka prób. Janka Sorel miała przez pięć minut stać na lewej nodze. Marta Dupin poprosiła jedną z koleżanek o wyrwanie jej kilku włosów. Zniosła to z uśmiechem. Tylko powieki drżały jej lekko. Klementynę Jacquot uszczypnięto do krwi. Nie była w stanie powstrzymać okrzyku bólu. Potraktowano ją z pogardą. Emma zniosła te same katusze z niewypowiedzianem bohaterstwem. Zuzanna Lievin chciała własnoręcznie zadać jej cierpienie. Zacisnęła zęby, by móc uszczypnąć silniej. Emma nie pisnęła nawet. Zuzanna zawołała:

-Jesteś dzielna!

Pochwała ta była bezcenna.

Sama zaś Zuzanna zakasała rękaw, wyjęła z fartuszka szpilkę. Uśmiechnęła się. Była spokojna. Dziewczynki zadrżały. Zamknęły oczy. Gdy otworzyły je, Zuzanna wciąż się uśmiechała. Wyciągnęła ramię, na którem błysnęła kropelka krwi.

Zuzanna po raz drugi zbliżyła szpilkę. Wołano na nią:

-Dosyć!

-Błagam cię!

-To boli!

Opuściła powieki, powiedziała głosem uroczystym:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Bo wy nie wiecie jeszcze wszystkiego. Siostra Aniela nie powiedziała wam. Czy znacie historję Agnieszki?

-Nie.

-A więc Agnieszka była to dziewczynka niewiele co starsza od nas – o, nie tłoczcie się! Powiedziano jej: “Moja dziewcznko, będziesz służyła fałszywym bogom!”. Odrzekła: “Tak, tak, liczcie na to!” wtedy zaprowadzono ją do miejsc zakazanych…

-Dokąd?

-Do miejsc zakazanych… Nie mówię chyba do głuchych. Było tam tylu młodzieńców. Ale Agnieszka nie patrzyła na nich. Kpiła sobie poprostu z tych młodzików. Więc…

-Więc?…

-Wtedy poddano ją rozmaitym katuszom, a wreszcie ucięto głowę. No i tak…

Dziewczynki milczały. Może w duszy pragnęły, by złośliwie osy zadawały im śmiertelne ukłucia. Platany, topole, podobne do świętego Sebastjana, z rezygnacją przyjmowały grad strzał słonecznych. Gipsowy posąg Najświętszej Panienki wyciągał ramiona, wzywając błogosławieństwa niebios…

Gdy noc zapadła, Emma nie myślała o śnie. Z niewymownem bohaterstwem gryzła palce. Marzyła o Zuzannie. Co za szczęście, gdyby jutro mogła jej pokazać prawdziwą, wielką ranę!

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 9, str. 11/ nr 10, str. 14.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved