website-logo

Rodzina Państwa Bille cz. 17

Rozdział VII

“PIASKI”

Gustawowi Kahu.

Pan Bille obtarł czoło. Miał na sobie żałobny krawat. Powiedział:

-No, już po wszystkiem.

Pani Bille opuściła szyldkretowe lorgnon na zeszyt z rachunkami. Westchnęła, odsunęła rachunki. Zwróciła na męża wzrok pytający. Gryzła zębami pióro. Powiedziała:

-Siadaj, Gaspardzie, i opowiedz mi wszystko.

Pan Bille nasępił się. W małej jadalni pachniało już jesienią. Bery i gruszki zimowe ozdabiały gzyms dębowego kredensu.

Umieściwszy się na stoliku do robót, Mitenka przechyliła głowę, by śledzić lot muchy. Z oddali dochodziło wołanie roznosiciela.

Pan Bille zaczął:

-Rozmawiałem długo z Loriot’em… Twoja siostra nie przywiązuje wielkiej wagi do “Piasków”. Podobnie, jak my, jest zdania, że obecnie sprzedaż z licytacji byłaby niepożądana dla nas wszystkich. A wreszcie, przykrą jest jej myśl, że posiadłość ta przejdzie w obce ręce.

Pani Bille złożyła dłonie.

-A mnie? czy ja na coś liczę? Trzeba było powiedzieć Loriot’owi…

-Uspokój się, kochanie. Powiedziałem to, co należało powiedzieć. Jednym słowem, postanowiliśmy rzecz tę polubownie załatwić. We czwartek pojedziemy do “Piasków”. Loriot przywiezie ze sobą swego przyjaciela, architekta, który natychmiast przeprowadzi ocenę. Jest to pomyślne dla obu stron…

-A dlaczegóż to Loriot ma przywieźć architekta?

-A, jeśli nie ufasz swojej rodzinie…

-Dobrze już, dobrze!

Nie pozostawało nic innego, jak zakończyć sprawę pocałunkiem. Ból był świeży. Ta nieznośna scheda przypominała bezustannie stratę nie do powetowania. Pani Bille przytknęła chustkę do ust.

-Moja biedna Matka!…

-Odwagi, Juljo, odwagi!

-Posiadłość, majątek – cóż to znaczy, dobry Boże, cóż to znaczy?

Oczy jej były zaczerwienione. Utkwiła je w zagłębieniu posadzki.

2.

Nastał czwartek. Od świtu mżył chłodny deszcz. Wyruszono powozem, pod ochroną przewiewnej płóciennej budy. Architekt miał przyzwoite maniery. podał rękę damom i okrył je swoim parasolem.

Pan Bille denerwował się długo, otwierając zamek. Gdy pchnięto furtkę, wszyscy rzucili się ku domowi. Panował w nim nieuchwytny zapach pleśni. Szeroko otwarte okiennice ukazały sprzęty nader stare; poruszano się na palcach, dotykano nieruchomych zegarów i nienalanych lamp. Architekt szedł pierwszy. Robił jakieś uwagi w notatniku. od czasu do czasu głos jego skrzypiał, jak pozytywka:

-O, niech panie spojrzą na ten ładny kufer w stylu Henryka III-go! Ten pokój jest bardzo piękny! A oto i jadalnia – prawie nowa!

Pani Bille szepnęła:

-Matka kazała ją odrestaurować przed dwoma laty.

-Właśnie, mój Boże, właśnie.

Gładził brodę. Była szpakowata i starannie utrzymana. Powiedział:

-Ach, gdyby tak budowano dzisiaj!

Badania prowadzono starannie. Bille i Loriot nieustannie zadawali pytania. Architekt bronił się:

-Nie jestem znawcą, panowie!

-Mniejsza o to, zna się pan lepiej od nas!

Utyskiwano na dzieci. Stefan i Emma bawili się w chowanego, plącząc się od czasu do czasu pod nogami, jak rozbiegane gąsięta. Pan Loriot mówił grubym głosem. Wszyscy zeszli do ogródka. Ścieżki zaczęły już porastać trawą. Za olbrzymim śmietnikiem drżały na deszczu dwie zdziczałe kozy. Herbaciane róże kwitły jeszcze, osypując się za każdym podmuchem wiatru. Na tle sczerniałego trawnika płatki ich wyglądały, jak plamy po mlecznej kawie.

Całe towarzystwo wróciło do mieszkania. W dalszym ciągu ostukiwano listwy, badano odrzwia, częściowo odłupane, poruszano wszystkie klamki, otwierano wielkie szafy, pachnące dojrzałemi owocami, lawendą i staremi sukniami.

Udano się aż na strych. Na woskowanym parawanie znać było gdzieniegdzie sylwetki zwierząt i chińskie kwiaty. Sto butelek szampana tworzyło rodzaj piramidy.

-Ileż tu wspomnień – szepnęła pani Bille.

Zeszli na dół. Pan Bille zaproponował:

-A możebyśmy co przekąsili?

Pobiegł do powozu. (“Weź-że parasol”, nadaremnie wołała za nim Julja). Podniósł budę, wyjął ze skrzyni “Camembert”, butelkę “vin gris”, dwa chleby złociste i owinięte w bibułkę. Biegł do jadalni na łeb na szyję, z kołnierzykiem podniesionym, z wilgotnemi uszami; damy przesuwały krzesła, zdejmowały rękawiczki, w milczeniu podnosiły woalki.

Loriot zaproponował:

-A możebyśmy tak zrobili rachunki?

Architekt wyciągnął notatnik.

-Ale przedewszystkiem pomyślmy o przyjemności – zawołał pan Bille. – Panie pozwolą…

Podał ser. Architekt uderzał końcem ołówka w róg stołu. Nadbiegły dzieci. Proszono Stefana, żeby przestał sapać. Włosy małej rozsypały się. Pani Bille wzięła ją na kolana.

-Moja droga, będę miała nielada kłopot z uporządkowaniem ich…

-Wspaniałe to twoje wino! – chwalił Loriot. – No, panie oceniaczu, niech nam pan powie swoje zdanie.

Architekt podniósł głowę. Oczy wszystkich spoczęły na notatniku.

Pan Bille lał wino z wysoka, starając się pokazać, że trochę musuje.

-Dość, dość! – zawołał architekt.

Powoli zabrał się do picia – naprzód małemi łykami, następnie wielkimi haustami. Wydął wargę. Oczy jego sypały drobne iskierki. Szepnął: “Wspaniałe!” Powtórzył wyraz ten raz jeszcze, akcentując każdą zgłoskę: “Wspaniałe!”

Pan Bille opowiedział historję wina: Wdowa z okolic Vesoul. Nie prowadzi handlu winem, ale corocznie odsprzedaje przyjaciołom nadwyżkę swego zbioru. Dwadzieścia baryłek, nie mniej, nie więcej krąży po świecie.

-Niech pan sobie wyobrazi: samotny wzgórek, bardzo słoneczny. Naświetlanie stanowi to u wszystkiem – nieprawdaż? A co zabawne, to to, że w okolicy wino się nie udaje, absolutnie nie udaje.

Powstano od stołu.

-Rachunki? – rzucił brutalnie Loriot.

Architekt przybrał uroczysty wyraz twarzy. Chwilę wahał się. Słychać było szum deszczu. Wreszcie oznajmił:

-Dobry Boże, moi panowie, przypuszczam, że dziewięć tysięcy czterysta, a może dziewięć tysięcy sześćset…

Pan Bille spytał:

-Z całem umeblowaniem?

Architekt uśmiechnął się, kiwnął głową:

-Oczywiście – z całem umeblowaniem.

Loriot zdobył się na gest:

-Powiedzmy – dziewięć tysięcy. I nie mówmy już o tem. Zgoda?

Państwo Bille obrzucili się szybkiem spojrzeniem. Oboje starali się ukryć swoje zadowolenie.

Pan Bille przyjaźnie poklepał szwagra po ramieniu.

-Zrobione. Wiesz przecie, że ja i drobnostkowe wyliczenia…

Założono konie, ponieważ noc zaczęła zapadać. Panie umieściły się w głębi powozu. Nader tkliwie objęły się ramieniem. Od czasu do czasu słychać było szmer pocałunku.

-A co dla mnie? – spytał Loriot głosem tubalnym.

Architekt uśmiechnął się lekko. Co za dystyngowany człowiek! Stefan bawił się włosami Emmy, które dotykały jego twarzy. Pan Bille końcem bata drażnił konia po uszach. Przejeżdżając Bois Gentil spostrzegli sarnę. Wszyscy pytali: “Widzieliście ją?” A potem droga ciągnęła się dalej – szara, dżdżysta. Pusta butelka, którą przezornie zabrano ze sobą, czyniła hałas iście piekielny.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 11, str. 12-13.