Odkryłam Nepal i samą siebie gdzieś po drodze

0

Od 8 lat jestem związana z Nepalem, od 7 lat jestem żoną Nepalczyka. Zupełnie tego nie planowałam. Wyjechałam na trekking do Nepalu z koleżanką, a wróciłam z mężem  – w skrócie. Ten trek to było moje marzenie od wielu lat – odkąd na studiach poznałam studentów z Nepalu i zobaczyłam zdjęcia Himalajów – i wreszcie jesienią 2010 roku udało mi się je zrealizować. Było niesamowicie: krajobrazy zapierające dech, Himalaje na wyciągnięcie ręki, surowy górski klimat i w ogóle dość surowe trekkingowe warunki na trasie czy w teahousach. Ale pięknie, choć szło mi się ciężko, to jednak było warto. Niestety w Gokyo – a celem było wejście na Gokyo Ri – złapała mnie choroba wysokościowa. Ból całego człowieka, jadłowstręt. Tamtego dnia mój organizm powiedział, sorry nie idę dalej. Sujan – nasz przewodnik – zarządził zejście na dół. Trochę to trwało, ale po kilku godzinach byliśmy niżej, Sujan wcisnął we mnie miseczkę zupy czosnkowej i kubek herbaty. Poszłam spać i następnego dnia obudziłam się zdrowa. I tak się zaczęło. Chyba od momentu tej mojej choroby poczuliśmy się bliżej siebie. Dużo rozmawialiśmy schodząc do Lukli. A potem już w Kathmandu i Pokharze każdy dzień razem mimo tego, że trek się skończył.

W kwietniu 2011 r. kolejny trek i cały miesiąc w Nepalu. Poznałam rodzinę Sujana: rodziców, siostry, kuzynów. W czerwcu Sujan przyjechał do Polski, 2 lipca wzięliśmy ślub. Moja suknia z nepalskimi elementami – wspaniała. Czy to możliwe pojechać z dalekiej Polski do Nepalu i odnaleźć tam siebie, miłość i sens życia? Tak! Ten pierwszy jesienny wyjazd, moje spotkanie z absolutem i potęgą gór, ale też z pogodą ducha i wielką życzliwością Nepalczyków zaowocowały w moim życiu zmianą wszystkiego. Po powrocie zmieniłam pracę, potem pobraliśmy się. W lecie 2011 powstała strona www.odkryjnepal.pl (www.exploringnepal.net). Od kwietnia 2012 r. oficjalnie działa w Nepalu nasza firma: Exploring Nepal Treks & Adventures Pvt. Ltd. Dziś po 8 latach od tego mojego pierwszego treku mam nie tylko nepalskiego męża, prowadzimy razem firmę, ale dołączyli do nas synowie: Adaś w lutym 2013 i Jaś w lutym 2017 roku. Także klan Pandeyów rośnie J Ponadto po trzęsieniu ziemi w Nepalu w roku 2015 założyliśmy Fundację „Mała Polska w Nepalu” i pomagamy Nepalczykom w potrzebie.

Żyjemy trochę jak nomadowie – choć od czasu urodzenia się Jasia ja nieco mniej. Dzielimy swój czas między Polskę i Nepal. Co sezon do Nepalu jedzie Sujan – organizuje nasze wyprawy i zajmuje się całą logistyką na miejscu. Bywa mi trudno, kiedy zostaję sama z dwójką dzieci w Polsce. Ba, bywa mi ciężko kiedy jesteśmy wszyscy razem w  Nepalu. Jednak wyjazd na trek, w Himalaje i życie w Nepalu to dwie różne rzeczy. Rodzina męża choć pewnie na początku patrzyła na mnie podejrzliwie, teraz jest życzliwa, otwarta – dużo razem żartujemy, poznajemy siebie nawzajem i szanujemy swoje obyczaje, które są przecież tak różne. Lubię ich. Przejęli niektóre moje obyczaje, ja nauczyłam się obchodzić nepalskie święta. Akceptuję rzeczywistość, dzieci są trzyjęzyczne. Ten Nepal gdzieś już we mnie jest i będzie zawsze. Choć cały czas czuję się też mocno związana z moją kulturą. Pamiętam nasze pierwsze święta Bożego Narodzenia w Nepalu – zaprosiłam całą rodzinę Sujana. Były barszcz, śledzie, ryby, kapusta, opłatek, kolędy i prezenty. I choinka też. Czy to znaczy, że żyjemy sielankowo? Nie. Nepal jest tak różny od Polski, Kathmandu od Warszawy, że na początku było mi bardzo trudno. Wiele rzeczy dziwiło. Najtrudniej było mi przyzwyczaić się do dużego zanieczyszczenia, kurzu i pyłu, stert śmieci na ulicach, brudnych jak ścieki rzek w mieście i tłumów ludzi …mrowia ludzi. Ale nasz dom jest prowadzony w dużym stopniu po europejsku. Sujan postarał się o wszystko, czego do życia może potrzebować Polka. Ale nasza rodzina tak egzotyczna jest “skazana” na podróżowanie między Polską i Nepalem. 

W jakiś sposób tęsknię za Nepalem, kiedy jestem w Polsce. Na przykład za naturalnymi relacjami z ludźmi. W Polsce żeby się z kimś spotkać trzeba wykonać kilka telefonów, umówić się, potwierdzić, nie spóźnić się, nie przyjść za wcześnie i takie tam. W Nepalu nie obowiązuje taka etykieta. Nie obowiązują godziny właściwe na spotkania i wizyty – ludzie odwiedzają się spontanicznie, bez zapowiedzi, ot tak. Na początku mnie to nieco męczyło, zaskakiwało i jakoś drażniło. A potem sobie przypomniałam, że kiedyś w Polsce było podobnie. Nepalczycy wciąż są serdeczni taką dziewiczą serdecznością, ciekawi taką niemal dziecięcą ciekawością, pogodni i naturalni. Pamiętam, że na początku bycia tam całą rodziną dziwnie się czułam wychodząc z Adasiem na zakupy czy spacer – z wózkiem dziecięcym. Wszyscy się na nas patrzyli. Dla mnie to było trudne, dla nich po prostu ciekawy i niecodzienny widok. Szybko się zorientowałam, że wózek dziecięcy nie przyjmie się w Nepalu z dwóch powodów: brak chodników i ścieżek do spacerowania (wąskie i kręte uliczki, duży ruch samochodów i motocykli) plus zwyczaj noszenia dziecka w chuście lub po prostu na rękach. Dziecko jest tam blisko mamy. I tyle. Kiedy więc jechaliśmy do Nepalu kilka lat później z drugim synem Jasiem, wzięłam dla niego solidne nosidło.

Były też momenty kryzysowe. Na przykład trzęsienie ziemi. To wydarzenie pozostanie we mnie na zawsze – może nie tyle tych 56 sekund samego trzęsienia, ile to wszystko co działo się potem. Panika, bezradność, strach o siebie i bliskich, realne braki jedzenia, wody, prądu … sprzątanie po kataklizmie i powrót do rzeczywistości. W tych kilku słowach zawiera się tyle emocji, że trudno to sobie wyobrazić. To trudne przeżycie Nepalczycy przekuli w coś pozytywnego – bardzo szybko się podnieśli. Owszem, była rozpacz, trzeba było pożegnać zmarłych – nigdy nie zapomnę ogromnej liczby stosów pogrzebowych w świątyni Pashupatinath. Ale potem szybko wrócili do codziennego życia. To taka umiejętność, której ja się uczę. Może w ogóle my Polacy mamy tendencję do zatrzymywania się i takiego długiego celebrowania tragedii.

Po trzęsieniu ziemi nasze życie zmieniło się bardzo. Założyliśmy Fundację „Mała Polska w Nepalu” i przez pierwszy rok po kataklizmie skupiliśmy się na jej działalności i na pomaganiu Nepalczykom. Trochę zapomnieliśmy w tym czasie o sobie, naszych wzajemnych relacjach, o naszej firmie. Pochłonęło nas pomaganie, budowa szkoły zawalonej podczas trzęsienia ziemi, organizowanie pobytu wolontariuszy w Nepalu, nagłaśnianie naszych działań w Polsce. To także był czas, który zweryfikował przyjaźnie i szczerość chęci pomagania wielu osób, organizacji czy firm, które się pojawiły na naszej drodze. Dziś z perspektywy czasu wiem, że najważniejsza jest nasza rodzina, nasze dzieci – to my i one w pierwszej kolejności muszą być zaopiekowane. Potem jest czas i przestrzeń na działalność pomocową dla innych.

I chyba tak staramy się żyć teraz: trzymać zdrowy balans między potrzebami rodziny, pracą firmy i działaniami fundacyjnymi. A Nepal wciąż ma wiele miejsc, które mnie osobiście kuszą. Odkrywamy także nowe kierunki: Bhutan i Tybet. Ludzie, którzy wyjeżdżają z nami do Nepalu mówią, że pokazujemy im nie tylko turystycznie ciekawe miejsca, ale kraj prawdziwy, tętniący życiem, z jego blaskami i cieniami – trochę jakbyśmy wpuszczali ich do naszego świata, naszego domu. Myślę, że to jest najbardziej wartościowe w nas i najbardziej nas odróżnia od innych tego typu par czy firm rodzinnych: opowiadamy o Nepalu historię prawdziwą i sami jesteśmy jej częścią.

Magdalena Pietruszka- Pandey

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image