website-logo

Młodociani w przemyśle i rzemiośle

Nadmiernie wydłużony dzień pracy młodocianego w przemyśle i rzemiośle świadczy już samo przez się o obciążeniu pracą nadnaturalnem, młodocianego organizmu, o przeciążeniu pracą.

Naprawdę, jeżeli u robotników dorosłych przedłużony dzień pracy powoduje wyczerpanie, niedokrwistość, łatwe zapadanie na gruźlicę, to cóż dopiero u młodziutkich istot w wieku najintensywniejszego rozwoju, – pomiędzy 11-tu a 18-tu laty!

Poza przedłużeniem godzin pracy jest jeszcze inne zjawisko w pracy młodocianych, z którem pragniemy zapoznać naszych czytelników.

Jest to charakter pracy młodocianych na fabryce i w warsztacie. Wiemy, że w czasach bardzo  odległych, w średniowieczu (XVIII wiek), w dobie ustroju cechowego, dzieci pracowały w charakterze terminatorów. Zależnie od woli rodziców, skłonności i zdolności, od rozwoju i sił fizycznych, dzieci szły do pracy w tym lub innym cechu i odpowiednio były szkolone. Później, wraz ze stopniowym zanikiem cechów, rozwojem techniki i przemysłu, w stuleciu 18-tym – dzieci zostały wyrzucone na wielki rynek pracy i odtąd datuje wyzysk pracy dziecinnej straszliwy, nie powstrzymany. W kopalniach, cegielniach, przędzelniach pracowały dzieci, poczynając od piątego roku życia, a siedmioletnie pracowały powszechnie na fabrykach. Przemysł pochłaniał setki tysięcy tych maleństw, bo był to robotnik prawie bezpłatny, posłuszny, zupełnie bezbronny.

Mały ten rzut oka wstecz potrzebny jest nam, ażeby zdać sobie sprawę z tego, co się dziś dzieje z pracą dziecinną. Robotnik-dziecko, robotnik-młodociany (jak najmłodszy!) jest bardzo pożądany, bo bardzo mało płatny lub bezpłatny, potulny i bezbronny. To też młodociani pracują powszechnie – w fabrykach wielkich, średnich i małych, a również w warsztatach, w charakterze zwyczajnych robotników niekwalifikowanych, stopniowo, w ciągu pracy, przyuczają się do szeregu czynności w danej fabryce. Ażeby usprawiedliwić fakt, że taki zwyczajny pracownik młodociany płatny jest cztery, pięć razy mniej od takiegoż robotnika dorosłego niekwalifikowanego, korzysta się z dawnych tradycyj i reminiscencyj cechowych, nadaje się takim młodocianym nazwy “uczni, praktykantów, terminatorów”, płaci się im przez trzy – cztery lata parę, kilka do kilkunastu najwyżej złotych tygodniowo, bierze się od nich całą pełnię pracy zwyczajnego wytwórcy, a po skończonej “praktyce” bardzo często zwalnia się ich, ażeby nie płacić im wyżej stawki. Te pozory “szkolenia” zawodowego młodocianych, niejednokrotnie bardzo opłacają się fabrykom. Rzadki wprawdzie, ale jaskrawy przykład przedstawia olbrzymia fabryka bawełniana Manufaktura Widzewska w Łodzi, gdzie cały pierwszy rok pracy t. zw. terminatora (do ostatniego czasu przynajmniej) bywał bezpłatny.

W żadnej grupie produkcji niema dziś szkolenia w tym sensie, ażeby po 3-ch czy 4-ch latach „praktyki” w fabryce, młodociany mógł być uważany za ostatecznie wykwalifikowanego w danym zawodzie rzemieślnika. Są duże fabryki metalowe w Warszawie, gdzie chłopak piętnastoletni staje z miejsca do pewnej maszyny, po krótkim czasie (do paru miesięcy) wyucza się pracować przy niej i obsłużyć ją całkowicie, a do końca „praktyki” (3-4 lata) nic prócz tej maszyny nie pozna. Są inne, gdzie taki sam chłopak, po pół roku zapozna się ze wszelkimi rodzajami pracy w danym oddziale, podług opinji majstra pracuje samodzielnie, ale pobiera stawki płacy „ucznia” jeszcze przez 2,5 lata. Są jeszcze inne fabryki (np. amunicji, bagnetów), gdzie chłopak z miejsca pracuje samodzielnie, ponieważ czynności są bardzo proste, a jednak przez trzy – cztery lata jest „uczniem” i odpowiednio do tego ma płacę. Można sobie wyobrazić, jak odżywia się taki chłopak, zarabiając od 1,5 do 2 zł. dziennie.

Jeszcze większy, straszniejszy wyzysk pracy dziecinnej znajdujemy w małych warsztatach rzemieślniczych. Tu bardzo często praca jest całkiem bezpłatna, za „utrzymanie”, a czasem rodzice jeszcze dopłacają za t.zw. „naukę”. Tymczasem chłopak zdolny po krótkim czasie wytwarza już samodzielne wartości, za które majster odbiera zapłatę.

Są warsztaty w Warszawie, gdzie pracują tylko młodociani i niepłatni (lub płatni 5, 6zł. tygodniowo) robotnicy; warsztaty te wykonywują często duże, czasem nawet rządowe obstalunki. Właściciele warsztatów takich dorabiają się pieniędzy na tej prawie bezpłatnej pracy dzieci, a gdy te „praktykę” skończą, zwalnia się je, a przyjmuje nowy zastęp dzieciaków.

Krótki ten zarys warunków pracy młodocianych wystarczy, aby pojąć, że pod pozorem „dobrodziejstwa nauki” praktykuje się w tej dziedzinie bezprzykładny zaiste wyzysk pracy młodocianych.

Młodociani robotnicy, przeciążeni pracą nadmierną, głodni, marnują szereg lat na t. zw. „terminowaniu”, nie wynosząc stąd żadnych skończonych kwalifikacyj.

Że po dniu ciężkiej pracy i przy tak złych warunkach egzystencji nie mogą być należycie wykorzystywane godziny przepisanej ustawowo wieczorowej nauki w szkołach dokształcających, jest już chyba zupełnie jasnem. Niejednokrotnie wykładowcy stwierdzają, że uczniowie ich (robotnicy) są wieczorem tak znużeni, iż śpią siedząc, a czasem zasypiają urywając w połowie rozpoczęte zdanie.

Częstokroć przedsiębiorcy usprawiedliwiają ten wyzysk pracy dziecinnej, to masowe „jechanie na dzieciach” – tem, że przedsiębiorstwo może istnieć tylko dzięki korzystaniu z taniej pracy młodocianych.

Możemy dopuścić, że pewna część przedsiębiorstw znalazła by się rzeczywiście w trudnej sytuacji, gdyby pozbawić je tak taniego robotnika.

Ale jeżeli względy państwowe nakazują dbałość o rozwój i rozkwit zakładów przemysłowych, to przecież nie mniej winno być państwo zainteresowane rozwojem i rozkwitem młodego pokolenia obywateli i wytwórców w Polsce, nie mniej winno dbać o zabezpieczenie im lepszych warunków pracy, o ochronę od nadmiernego wyzyskiwania ich sił.

Nim zaś zainteresują się tem sfery rządzące, należy społeczeństwu pilnie wejrzeć w tę dziedzinę i zabrać głos.

Istnieją i powstają wciąż organizacje społeczne, mające na celu opiekę nad dziećmi i młodzieżą.

Organizacje te winny się zainteresować losem licznych zastępów dzieci i młodzieży dorastającej robotniczej, poznać warunki ich pracy zarobkowej, i nauki w szkole, pomyśleć o wielkiej szkodzie, jaką im przynosi nadmierne przeciążenie pracą w złych warunkach, – zrzeszyć w swych szeregach jaknajwięcej ludzi, zdolnych do trzeźwego wejrzenia w przyszłość i pojmujących konieczność obrony dzieci prze wyzyskiem.

Józef Leszczyc.

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str. 3-4.