Mistrzowskie podniebienie…niebo w gębie

0

Znaki szczególne: szeroki uśmiech, przyjazne nastawienie do życia, wysportowana sylwetka, naturalny luz. Czy taki jest każdy kucharz, zastanawiam się czekając na gościa. Tam gdzie nadmorska bryza spotyka się z bryzą znad Zatoki na kempingu Chałupy 6 umawiam się Mateuszem Zielonką zwycięzcą 6. edycji MasterChefa. Zobaczyłam go z daleka, nie znamy się, ale jakoś naturalnie uśmiecham się, podnoszę rękę w geście powitania – przecież to dobry znajomy z telewizji. Spontanicznie mówię „Cześć Mistrzu”, a w odpowiedzi dostaję promienny uśmiech, wesołe „hej” pomieszane z odrobiną skrępowania. Uczy się żyć z ogromną popularnością, którą przyniósł mu udział w programie telewizyjnym. Cierpliwie pozuje do zdjęć z fanami, bo ma na to sposób. Wychodzi na chwilę ze swojej skóry, a po wszystkim do niej wraca, ma dystans. Mateusz Zielonka w nadmorskiej opowieści o damskich podniebieniach i preferencjach smakowych kobiet z klasą.

Nazywają go surferem, on uwielbia snowboard i deskorolkę, surfuje najczęściej w kuchni między talerzami. Na szybki przepis „z głowy” nie liczcie, najpierw miesza składniki, próbuje, dopieszcza, by na końcu danie ubrać w recepturę. Mieszka we Wrocławiu, spotkanie nad morzem byłoby niemożliwe gdyby nie przypadek. Przypadek? Co ja piszę, nie ma przypadków! Niewykorzystanie tej sytuacji byłoby marnotrawstwem, a tego nasz gość nie lubi, nie tylko w kuchni. Będzie pysznie! Smacznego.

Dagmara Kowalska: Twoja historia nadaje się na książkę, niekoniecznie kucharską;) Jak się zaczęła Twoja przygoda z kuchnią?

Mateusz Zielonka: Nie pamiętam dokładnie kiedy to się zaczęło, ale pamiętam, że w dzieciństwie byłem niejadkiem. Moja mama miała duże problemy żeby wmusić we mnie odrobinę pożywienia. Biegała za mną po całym ogrodzie i domu, a posiłek wyglądał jak karmienie gęsi, na siłę, bez przyjemności. W naszym rodzinnym albumie jest nawet zdjęcie, na którym karmi mnie moja młodsza siostra (śmiech). Sytuacja się zmieniła, kiedy sam zacząłem otwierać lodówkę i mieszać różne produkty. Pierwszą potrawą była wymyślona i opatentowana przeze mnie chocotubka. Wkładałem marsa albo snickersa do mikrofalówki, podgrzewałem zawartość papierka i wchodziła chocotubka czyli płynna czekolada z orzechami i karmelem (śmiech). To były moje pierwsze kroki w kuchni.

D.K.: Świetne i meeega niezdrowe (śmiech)!

M.Z.: Nie da się ukryć, na szczęście to było dawno i nikt już tego nie pamięta. Historia, którą Ci opowiedziałem jest tylko potwierdzeniem, że zawsze lubiłem coś pomieszać, coś zmienić, np. podsmażyć suchą krakowską albo wymieszać musztardę z ketchupem i majonezem i zdziwić się, że wyszedł sos tysiąca wysp … To było dla mnie niewiarygodne i odkrywcze.

D.K.: To co mówisz jest potwierdzeniem, że zmysł kulinarny drzemał w Tobie od dziecka, trzeba było tylko.. otworzyć lodówkę 😉 Dla porównania ja tego zmysłu nie mam, do dziś po przepis na sos tysiąca wysp sięgam do Internetu 😉 Ile miałeś lat kiedy na to wpadłeś?

  1. Z.: Wydaje mi się, że miałem jakieś 12 lat kiedy sam zacząłem smażyć i przyrządzać różne potrawy. W moim domu wszyscy trochę gotują. Babcia i mama są znakomitymi kucharkami, a moja siostra jest mistrzynią wypieków. Tata też ma kilka swoich popisowych dań, którymi nas zaskakuje od czasu do czasu. Myślę, że tradycja gotowania jest głęboko zakorzeniona w naszej rodzinie. Mam przebłyski wspomnień kiedy wracałem ze szkoły do domy, odgrzewałem sobie jedzenie, a potem włączam programy kulinarne. Na nich się wychowałem, bo miałem niezwykłą zdolność wychwytywania słów i zapamiętywania kluczowych składników, czynności, które potem przydają się w kuchni. Z programu kulinarnego nauczyłem się marynowania mięsa i smażenia ryb. To we mnie zakotwiczyło. Tak właśnie zdobywałem kulinarną wiedzę.

D.K.: Kto był twoim kulinarnym testerem?

  1. Z.: Na początku sam zjadałem to, co przyrządziłem, ponieważ w mojej rodzinie każdy ma swój ulubiony smak, wszystkim nie dałem rady dogodzić. Mama i siostra lubią sobie w kuchni poeksperymentować, wolą kuchnię bardziej nieoczywistą. Z kolei mój tato nie znosi nowości, uwielbia kuchnię tradycyjną np. klasycznego polskiego schabowego z zasmażaną kapustą. Dopiero po moim udziale w programie otworzył się na nowe smaki. Zabawne było to, że na początku całe moje otoczenie miało duży dystans do potraw, które wyszły spod mojej ręki. Jak się okazało, że to co robię ma sens, próbowali dań bez strachu.

D.K.: Do Masterchefa zgłosiła Cię Twoja dziewczyna, jak sądzę, to jej podniebienie testujesz najczęściej? Coś mi mówi, że dzięki temu wiedziałeś też jak oczarować damską część jury programu.

M.Z.: O tak. Po czasie kuchennych rewolucji zacząłem gotować dla znajomych, dla mojej dziewczyny Oli i przyjaciół i to rzeczywiście Ola mnie wysłała do programu. O tym, że będę gotował przed milionami widzów dowiedziałem się po wysłaniu przez nią formularza zgłoszeniowego. Od lat nie mam w domu telewizora, nie miałem pojęcia czym jest Masterchef, nie śledziłem kolejnych sezonów. Poszedłem na pre-casting, wróciłem, obejrzałem w Internecie cztery odcinki programu i dopiero dotarło do mnie co mnie czeka. Pomyślałem sobie wtedy: kurczę, co ja robię? Będę musiał się uzewnętrzniać przed całą Polską, przekonywać jurorów do swoich smaków, pokazywać siebie! Byłem przerażony i trochę zmieszany, no ale skoro powiedziałem A, musiałem powiedzieć też B i dzisiaj nie żałuję. Dodałem sobie otuchy, myśląc: raz kozie śmierć, idź, zobaczysz co będzie. Nawet nie wiesz jak wiele razy świadomie chciałem zrezygnować z programu. Cały czas zadawałem sobie pytanie, co ja tutaj robię? Wiesz co mnie zatrzymało? Zdobyta na snowbordzie chęć rywalizacji, która do końca nie pozwoliła mi odpuścić podczas konkurencji kulinarnych.

D.K.: Zadanie kulinarne potraktowałeś jak konkurencję sportową? Niezły sposób na wygraną (śmiech).

M.Z.: Nazywałem to food games (śmiech). Program Masterchef był dla mnie kulinarną wersją hitu kinowego „Igrzyska śmierci”. Na planie działo się niemal dokładnie to samo, co na ekranie kinowym. W filmie wszelkimi sposobami eliminowano najsłabszych uczestników morderczej gry, a w programie gotowaliśmy i też eliminowaliśmy się nawzajem tyle, że w przyjaznej, rodzinnej atmosferze. Lubiliśmy się, byliśmy nastawieni do siebie pozytywnie, ale jednak  walczyliśmy o przetrwanie i dojście do finału, to było najbardziej ekscytujące. Mobilizująco działał na mnie sam proces rywalizacji.

  1. K.: Clou każdego programu była ocena surowego składu jurorskiego. Jak reagowały na Twoje kulinarne popisy Magda Gessler i Anna Starmach? Wydaje mi się, że niełatwo je oczarować.

M.Z.: Tak, to było wyjątkowo surowe jury. Pamiętam, że Ani Starmach zasmakował mój finałowy deser. To była panna cotta z oscypka, białej czekolady, sorbetu malinowego, mięty i kruszonki z orzechów włoskich. Mocno przekombinowany, nieoczywisty smak wędzonki połączony ze słodkością białej czekolady był strzałem w dziesiątkę i tą wariacją zaimponowałem Ani Starmach. Natomiast jeśli chodzi o Magdę, to było ciężko, ma wyrafinowane podniebienie, trudno ją oczarować. Z kolei Michel Moran, z nim pozornie było łatwiej, ponieważ wiedziałem, że lubi klasyczne przepisy kuchni francuskiej. Jedna z moich propozycji wyjątkowo nie przypadła mu do gustu, to były raki z truskawkami (śmiech). Natomiast Magda mówiła, że to połączenie było ciekawe. Widzę tutaj pewną zależność, moim zdaniem kobiety lubią kuchnię eksperymentalną, nieoczywistą, a mężczyźni trochę się przed nią bronią. Zauważyłem też, że to się powoli zmienia. 

D.K.: Czyli jednak miałam rację, kobiece podniebienia różnią się od męskich. Z moich obserwacji wynika, że kobiety wolą dania z nutką słodyczy.

  1. Z.: O widzisz… W takim razie chyba mam coś z kobiety, bo ja też uwielbiam mieszankę słonego ze słodkim i odrobiną kwaskowatości, ale czy to jest smak zarezerwowany dla kobiet, to Ty mi musisz powiedzieć (śmiech).
  2. K.: Ja bym powiedziała, że tak. Ciekawe co powiedziałaby Ola- tester Twoich kulinarnych umiejętności?
  3. Z.: Jest bardzo tolerancyjna i dopinguje mnie w tworzeniu różnego rodzaju kombinacji smakowych. Czy mówiłem, że w kuchni jest moją największą fanką?

D.K.: Pewnie nie tylko w kuchni 😉 Spróbujmy określić jakie połączenia smakowe lubią kobiety. I jak powinien wyglądać talerz podany kobiecie.

M.Z.: Kobiety zdecydowanie lubią ładne talerze, piękną dekorację, wiadomo nie od dziś, że jemy także oczami. Smak jest bardzo ważny, ale jednak pierwsze wrażenie musi być piorunujące. Zupełnie jak z wizytą u jubilera ważne są te wszystkie diamenciki, pierścionki, świecidełka, im bardziej świeci, tym bardziej się podobają. Mężczyźni skupiają się na smaku i treściwości potrawy, a dla kobiet ważny jest także zapach i wygląd potrawy. Wprawdzie słyszałem opinie, o tym, że kucharze są lepsi niż kucharki ze względu na bardziej rozwinięte kubki smakowe, ale nigdzie nie znalazłem potwierdzenia naukowego tej tezy. Za to nie trzeba tytułów naukowych, żeby zauważyć, że kobiety kochają kwiaty, wnioskuję więc, że węch jest u was trochę bardziej rozwinięty.

D.K.: Są jednak pewne granice dla kobiet, zwłaszcza na talerzu. Jak myślisz, czego kobieta z klasą nie skosztowałaby za żadne skarby świata?

M.Z.: Pierwsze co przyszło mi na myśl to flaki, popisowa zupa mojej babci. Kiedyś to był rarytas, a dziś kobiety na sam dźwięk słowa flaki robią nieciekawą minę. Już dawno nie jadłem tej potrawy, ale pamiętam, że wyglądem nie zachęcała do skosztowania. Jest grudkowata, ciągnąca się i żylasta. Zupełnie nie dla kobiet z klasą.

  1. K.: Flaki, czernina, fugu czyli japońskie danie z trującej ryby to jest próg nie do przeskoczenia dla babek z klasą.

M.Z.: Cała kuchnia azjatycka jest problematyczna dla kobiet. Kiedy na talerz wchodzą chrabąszcze, chrząszcze czy zarodki kurze 50 lub 100 letnie nie ma mocnych, ale w Azji zajadają się nimi kobiety i mężczyźni. W przypadku tych potraw obstawiam, że chętniej  jednak spróbują ich mężczyźni, niż kobiety. Ja sam jeszcze nie próbowałem owadów, natomiast przy najbliższej okazji chętnie sprawdzę jak smakują. O wrażeniach opowiem Ci następnym razem. Poczekaj, bo myślę, że jest jedna dziewczyna z klasą, która jestem pewien, dałaby się namówić na zjedzenie czegoś nieoczywistego. To oczywiście moja dziewczyna (śmiech).

  1. K.: Wychodzi na to, że smak i chęć próbowania nowych rzeczy w kuchni wcale nie zależy od płci, tylko od tego jacy jesteśmy. Trzeba być otwartym na nowe smaki?
  2. Z.: Kuchnia na pewno nas otwiera, a my nie powinniśmy się zamykać na żadne smaki, bo paradoksalnie tak jak np. ten oscypek z białą czekoladą nie brzmi zachęcająco, to w rzeczywistości jest naprawdę bardzo ciekawym i wyrafinowanym deserem.

D.K.: Jadłabym, bo uwielbiam połączenia nieoczywiste, nawet trochę dziwne jak np. żółty ser z dżemem truskawkowym albo kremem czekoladowym.

M.Z.: A widzisz! W mojej potrawie nie ma sera. Sekret polega na tym, że z oscypka uwalniam aromat i łączę go z białą czekoladą. Sera nie ma, więc wydawałoby się, że to wymarzony deser, bo wegański. nic bardziej mylnego.  (śmiech). Zauważyłaś zabawną prawidłowość? Wegetarianie nie jedzą mięsa, ale ryby bez problemu, jajka też, a to są przecież kurze zarodki. Trzeba to zmienić i poukładać od nowa. Mam nawet pewien pomysł, żeby wprowadzić mięso na kartki, bo zdecydowanie za dużo go spożywamy i przejść na dietę jarską z elementami mięsnymi. Ona jest dla nas zdrowsza, bez względu na płeć.

D.K.: Prawie na koniec tej przyjemnie smacznej rozmowy poproszę o super przepis dla kobiet z klasą. 

M.Z.: Ostatnio świetny się okazał serek z pistacji z gorzką czekoladą i gruboziarnistą solą morską. Obrane ze skórki pistacje blenduję z podgrzaną śmietanką 30%i dodaje odrobinę żelatyny oraz cukru. Odstawiam do ostygnięcia i wycinam odpowiednie formy np. ringiem okrąg. Osobno podgrzewam śmietankę z gorzką czekoladą tworząc ganache. Polewam piankę pistacjową czekoladą, posypuję grubo ziarnistą solą morską i w pobliżu układam plasterek kiszonej mandarynki. To przepis na szybko, a na spokojnie zapraszam wszystkie kobiety do knajpy Surfer we Wrocławiu, gdzie można spróbować mojej popisowej panna cotty z oscypkiem. Niebo w gębie, słowo daję. Zajrzyjcie też na mój Instagram, gdzie wrzucam swoje kulinarne przygody. Łączę je ze sportem i lifestylem. Mam nadzieję, że to co serwuję na Instagramie jest zjadliwe 😉

D.K.: Lepiej pomyśl o dzieleniu się przepisami, które mógłby być inspiracją dla tysięcy kobiet z klasą

M.Z.: Odbieram to jako reprymendę i obiecuję wrzucać przepisy na Instagram. (śmiech)

D.K.: Jakie masz plany kulinarno – sportowe?

M.Z.: W najbliższym czasie będziemy nagrywać program w Portugalii. Trochę posurfuję, trochę pojeżdżę po wybrzeżu. Plan jest taki, żeby połączyć smaki portugalskie z polskimi. Ciekaw jestem co z tego wyjdzie.

D.K. Obiecaj, że będziesz testował kulinarne wariacje na tamtejszych kobietach z klasą.

M.Z.: Z przyjemnością. (śmiech)

Dagmara Kowalska

Radiowiec, dj-ka, prezenterka telewizyjna, konferansjerka, event host

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image