Książka kontra film

0

Coś Cię wierci? Coś Cię kręci? Nie możesz sobie znaleźć miejsca? W nic już nie wierzysz, a najmniej w to, że marzenia się spełniają? Ba!, że marzenia można uszyć na miarę i niespiesznie, wygodnie się w nich przechadzać przez życie? Siadaj wygodnie na sofie, coś Ci opowiem.

Malkontent słowo klucz do wielu ludzkich istnień. Jakby się dokładnie rozejrzeć dokoła pasuje do życia większości z nas (okropnie brzmią takie zamknięte wyrażenia , prawda?). Nic tylko narzekamy:

– że się nie da

– że nie wychodzi

– że życie jest jak papier toaletowy z PRL długie, szare i do d…. !

Narzekamy i jakoś niewiele w nas chęci, by wziąć się z życiem za rogi i powalczyć o marzenia. A dlaczego? Bo tak łatwiej. Posiedzieć sobie na kanapie i ponarzekać na los. Setki książek napisano o tym, że marzenia się spełniają, że uporem i konsekwencją dojdziesz do wszystkiego, że potęga podświadomości jest wytrychem do wszystkich zamków i lekiem na całe zło. I tu na białym koniu wjeżdża tytuł, który wywróci nasz świat do góry nogami.

Wydawnictwo Prószyński przysłało mi książkę, tym razem „Marzenia na miarę” autorstwa Doktora Nikt . Wzięłam do ręki i myślę …. no ładnie się ta lektura zaczyna od greckiego biedaka, którego los pokarał tak mało rozwojowym i optymistycznym, a z drugiej strony przypadkowym nazwiskiem. O, jakże się pomyliłam. Okazało się bowiem, że w tej książce, czy raczej szczegółowym pamiętniku, relacji życia nic nie jest przypadkowe, a konsekwencja autora doprowadziła go na szczyt. Nieprzypadkowy jest nawet kolor okładki (niebieski: jeden z kolorów Grecji) nazwisko czy raczej pseudonim też było zaplanowane. Doktor Nikt intryguje. Opisywane zdarzenia są stuprocentowym przypadkiem, zrządzeniem losu, mimo, że na pierwszy rzut oka opisywane zdarzenia wydają się być absolutnie niewiarygodne, wyssane z palca, na milion procent fantazją, wymysłem.

Główny bohater, Dr Nikt był słabym uczniem, pochodził z biednej greckiej rodziny, dorastał w czasie, w którym nie było perspektyw na wspinanie się po szczeblach kariery. Doskonale zobrazuje to fakt, że w domu rodzinnym przyszłego doktora nie było nawet toalety, ale były marzenia i upór, i to one poprowadziły go do sukcesu. Historia Doktora Nikt jest zbiorem losów Nikosa Sikloglou, który w 1974 roku z 300 dolarami w kieszeni, bez wizy, bez znajomości języka angielskiego wyruszył na podbój świata. Miał marzenie, chciał zostać lekarzem mimo, że świadectwo maturalne pozostawiało wiele do życzenia. Dotarł do Nowego Jorku prowadzony, jak pisze, przez mitologicznych bogów (ten wątek pojawia się w książce bardzo często) na każdym etapie zyskał „niezwykłą” pomoc. Wyobraźcie sobie najbardziej niewiarygodne zdarzenia, które mogą się przytrafić człowiekowi w obcym mieście – te właśnie przydarzyły się głównemu bohaterowi książki. A jednak biedny Grek dopiął swego. Bez grosza przy duszy, a studiował medycynę na uniwersytecie La Sapienza, równolegle uczył się na Cornell University College w Nowym Jorku. Ostatni rok medycyny ukończył w Harvard Medical School, a potem na nowo wyizolował neocyty, co doprowadziło do wyeliminowania groźnej choroby zwanej talasemią. Dziś ten sam biedny Grek, bez gotówki, znajomości języka angielskiego i perspektyw ma gabinet stomatologiczny przy Piazza di Spagna.

Książka uczy, że marzeniom trzeba pomóc. Nie wystarczy tylko marzyć, trzeba wykonać ogromną pracę, żeby pragnienia się spełniły. Główny bohater o marzeniach mówi: – Z precyzją maniaka określimy cel naszej podróży, żeby później nie oskarżać taksówkarza, że zabrał nas nie tam, gdzie chcieliśmy. I w tym tkwi cały sekret, potęga marzeń. Jeśli marzyć to tylko według planu. Sam Dr Nikt jest skromny, uśmiechnięty i ma ogromną słabość do kobiet (poczytacie o tym w książce) oraz  pewne plany względem polskiej służby zdrowia. Jeśli znów sobie coś wymarzył, jeszcze o nim usłyszymy.

Tak się tym razem poukładało, że drugą książkę, którą chcę wam polecić też napisał lekarz brytyjskiej służby zdrowia, a ściślej mówiąc były lekarz. „Będzie bolało” Adama Keya zdrowia bawi, śmieszy, obrzydza, w końcu boli. To jest niepoukładany świat lekarza stażysty, który po szkole trafia do szpitala i tam dopiero poznaje swój zawód od praktycznej strony. „Będzie bolało” jest napisana w formie pamiętnika, data, wydarzenie, emocje  Wpisy są chronologiczne, ale niesystematyczne… pisane pomiędzy 97 godzinnymi dyżurami. Adam Key nie przebiera w słowach, nazywa rzeczy po imieniu, pisze o plusach i minusach swojego zawodu … i robi to w bardzo lekki sposób. Tak samo opowiada o skomplikowanej cesarce, jak o hydrauliku, który lepiej od lekarza wiedział jak jest ułożone dziecko w brzuchu przypadkiem spotkanej kobiety.

Zabawny, sarkastyczny, niepozostawiający miejsca na wyobraźnię sposób pisania autora przeprowadza nas przez szpitalne korytarze, dyżurki, sale operacyjne, dylematy lekarskie. Sześć lat studiów, potem kolejnych sześć lat na wielu oddziałach brytyjskich szpitali od najniższego szczebla albo cię wzmocni lekarzu stażysto, albo będziesz szukał roboty. Po przeczytaniu tej książki runie cały wasz wyimaginowany sposób postrzegania lekarzy, szpitali, opieki zdrowotnej. Rozpadnie się na kawałki idealny świat szpitala w Leśnej Górze z ekspertami od wszystkiego i Doktora House’a, który niczym detektyw wytropi najdziwniejsze choroby. Okaże się, że szpital to takie samo miejsce, jak każde inne. Lekarze nie są super bohaterami, zdarzają im się pomyłki i gorsze dni. Tu nikt nie pyta o to jak się czuje lekarz po stracie pacjenta, nie ma seansów z psychoterapeutą, urlopy i dni wolne są za krótkie, nie wspominając o weekendach, których w ogóle nie ma. 

Ups… miałam was zachęcić do czytania, a na razie wygląda na to, że książka Adama Keya to droga przez mękę brytyjskich lekarzy i zapewne czytelników. Wszem i wobec oświadczam, że w tym pamiętniku znajdziecie sytuacje zabawne, absurdalne, niewiarygodne, zaskakujące. Będziecie się na przemian śmiać i płakać, współczuć i zrywać boki. Proponowałabym jednak podczas lektury nie spożywać posiłku – może grozić samoistnym cofnięciem treści żołądka. Ponad wszelką wątpliwość jednak stwierdzam po przeczytaniu „Będzie bolało”, że zawód dziennikarza nie jest stresogenny, w zasadzie nic się u nas nie dzieje, totalne nudy, a blok programowy to nie blok operacyjny – więc nawet jeśli coś pójdzie nie tak to wszyscy przeżyją. Szacunek Adamie i dziękuję za tę książkę.

FILMOWO

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego na podstawie książek powstają filmy, a książki pisane na podstawie filmów są rzadkością? Tu na prowadzenie wysuwa się logika: po co pisać książkę, kiedy reżyser wszystko pokazał na ekranie? Przed nami dobra wiadomość dla kinomaniaków i wszystkich, u których administracja włącza kaloryfery dopiero w listopadzie czeka nas gorąca filmowa jesień. Począwszy od rodzimego podwórka, aż po wielkie hollywoodzkie produkcje mamy wysyp filmów z napisem MUST SEE.

Raz kozie śmierć, zaczynam od kontrowersyjnego tematu, za który wziął się reżyser od tzw. „trudnego kina”. Wojciech Smarzowski reżyser nagrodzonego trzema statuetkami 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni filmu „Kler”, pokazuje przerysowane przywary ludzkie, sytuacje z jakimi mamy do czynienia w domach, na ulicach i różnych instytucjach. Reżyser z widzem się nie pieści, wali między oczy. Filmy są naturalistyczne do bólu i granic dobrego smaku. Najnowszy film, na który czekają miliony widzów to „Kler”, rzecz o losach trzech księży katolickich, których połączyło jedno wydarzenie. W każdą rocznicę katastrofy, duchowni spotykają się, by uczcić swoje ocalenie. Przy okazji poznajemy trzy typy osobowości, trzech różnych księży, żyjących na różne sposoby i w różnych warunkach. Na ekranie Łukasz Braciak, Robert Więckiewicz, Arkadiusz Jakubik oraz Janusz Gajos. Założę się, że o filmie będzie głośno. W kinach od 28 września.

7 uczuć Marka Koterskiego przyciągnie fanów „Dnia świra”, bo to nic innego jak wejście w dziecięcy świat Adasia Miauczyńskiego. Będzie o emocjach, które trzeba naprawić w przeszłości, żeby poprawić jakość przyszłości. Bohater filmu na nowo uczy się siedmiu podstawowych uczuć. Na ekranie zobaczymy Michała Koterskiego, Marcina Dorocińskiego, Katarzynę Figurę, Gabrielę Muskałę,

Światowe kino kontynuuje dobre tytuły. „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” brzmi znajomo? No jasne! To film na podstawie scenariusza napisanego przez J.K. Rowling. Pojawi się magia, znany nam skądinąd Albus Dumbledore i masa przygód, która gwarantuję, wciągnie nie tylko młodych, ale także dojrzałych widzów. Zwłaszcza, że na ekranie pojawią się: Eddie Redmayne, Johny Deep, Jude Low. Premiera 18 listopada.

O dobre samopoczucie jesienną porą zadbają Tom Hardy i Michelle Williams w filmie „Venom”, a kawał pięknej, muzycznej historii przypomni milleniasom obraz „Bohemian Rhapsody”, który opowie jak z mało znanego piosenkarza stać się historią światowej muzyki. Z cyklu przeżyjmy to jeszcze raz, od 2 listopada w kinach zobaczymy opowieść o Freddy’m Mercury

W grudniu wciągnie nas podwodny świat  „Aquamana” czyli król mórz, legendy. Misją, tego niechętnie sprawującego rządy na Atlantydzie władcy, jest ochrona całego świata. Miota się on jednak między światem ponad powierzchnią wód nieustannie pustoszącym morza, a mieszkańcami Atlantydy dążącymi do wszczęcia buntu.

Pierwsza dekada przyszłego roku zadowoli miłośników fantastyki z hollywoodzką obsadą. Brie Larson jako „Kapitan Marvel” powinna wystarczyć za wszystkie zapowiedzi i recenzje. Dorzućmy w pakiecie Samulea L. Jacksona i Jude’a Low’a i już wiemy co macie w planach na 8 marca. Kobieta o nadludzkich mocach ląduje na ziemi, pytanie brzmi kim jest i skąd przyleciała i co ją łączy z naszą planetą.

Jesień, zimno, plucha ogólnie nieprzyjemnie – a dla kina to czas żniw. Gotowi na jesienną porcję dobrego kina. No to smacznego. Tylko… bez popcornu, proszę!

Radiowiec, dj-ka, prezenterka telewizyjna, konferansjerka, event host

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image