Polecenia warte grzechu

0

POLECENIA WARTE GRZECHU

Słów kilka o dobrej lekturze, dokumencie, fabule i teatrze. Do poczytania na wakacjach i nie tylko

Jeśli ktoś myśli, że w polskich teatrach w wakacje hula wiatr i ekipy remontowe, to grubo się myli. Istnieją teatry, które potrafią przez całe lato wyrabiać sto procent kulturalnej normy. Na myśl przychodzi mi praca niewolnicza, ale jak patrzę na scenę to jestem dziwnie spokojna. W każdym ruchu i słowie widać pasję i misję zarazem. Spójrzmy prawdzie w oczy, dla miłośników teatru lato to jedyny moment kiedy mogą nadrobić zaległości. Starożytni wołali „igrzysk i chleba” od tamtego czasu niewiele się zmieniło.

Igrzyska teatralne zapewnia silny zespół największej sceny teatralnej w Polsce. Kto żyw i spędzi chwilę w stolicy powinien zajrzeć na Letni Przegląd Teatru Dramatycznego w Warszawie, który w lipcu serwuje wszystkie premiery minionego sezonu. Znajdziecie tu także starsze spektakle i aktorów, na których warto zwrócić uwagę. Do tego grona należy wszechstronny Krzysztof Szczepaniak perełka młodego pokolenia aktorskiego. – W lipcu gram wszystkie nasze tytuły, łącznie około 15 spektakli. Najbardziej stęskniłem się za „Kinky Boots” – zdradza portalowi kobietazklasą Krzysztof Szczepaniak. Ostatnie miesiące spędził na planie programu Twoja Twarz Brzmi Znajomo, latem z radością wrócił na scenę teatralną. Radziłabym zapamiętać tę twarz, jest wybitny i dopiero na początku swojej kariery.

Kiedy etatowi aktorzy teatrów instytucjonalnych w całym kraju pakowali walizki, a w myślach zamawiali drinka z palemką na plaży w Portugalii, na scenę na Woli z impetem wkroczyła gombrowiczowska premiera. Z wypiekami na twarzy pobiegłam otworzyć letni czas teatralny premierą „Ferdydurkę” w adaptacji Macieja Podstawnego i reżyserii Magdaleny Miklasz. Pamiętam to nieprzyjemne uczucie związane z pierwszym kontaktem z dziełem Gombrowicza, bo to był „dramat w trzech aktach”. Jako dziewczę nieuświadomione w tematyce literatury i dopiero odkrywające walory słowa, potwornie bałam się kontaktu z groteską reprezentowaną przez mistrza gatunku.      Pierwsze spotkanie z „Ferdydurke” skończyło się nokautem, padłam na deski i długo nie chciałam spojrzeć nawet na okładki dzieł pisarza.  Drugie czytanie tekstu, odpowiednio później, z backgroundem społeczno- historyczno- politycznym dało mi pełen obraz autora i niezwykłą przyjemność podążania za jego tokiem myślenia. Tym chętniej pognałam do teatru.

Pierwszego plusa wystawiłam apriori za odwagę i zmierzenie się z niełatwym dziełem. Drugi plus przypadł zespołowi za znakomitą grę aktorską i trzeci za scenografię autorstwa Katarzyny Borkowskiej. Pozytywnie zaskoczyło mnie wykonanie, forma mniej. Istotnie aktorzy Teatru Dramatycznego i Teatru Malabar Hotel wzorowo zbudowali współgrające, ale zróżnicowane postacie. Marcin Bikowski jako Miętus był wyśmienity, najbardziej widoczny na scenie, przy tym zaangażowany w graną przez siebie postać w stu procentach. Józia zagrał świetny Waldemar Barwiński, uwagę przyciągała także Anna Gorajska jako Zuta, Myzdral, Kopyrda i Hurlecka. Bardzo dobre role zbudowała charyzmatyczna i zabawna Magdalena Smalara jako Młodziakowa i Pyzio i moim zdaniem jeden z najlepszych w tym spektaklu Mateusz Weber jako Syfon i Walek. Obrazu dopełnili niemniej świetni Łukasz Wójcik jako Pimko i Hurlecki, Marcin Bartnikowski w roli Młodziaka, Hopka oraz Anna Stela i jako uczennica Zosia.

Sam spektakl oceniam pozytywnie, choć pierwsza scena powtarzająca się w nieskończoność historia z trzydziestoletnim Józiem, który jest zmuszony do powrotu w szkolne ławy była nużąca. Z drugiej jednak strony przekonacie się, że na tak brawurowo zagrany powrót do szkolnej ławy warto było poczekać. Scena w szkole jest jedną z kilku, które rozbawiają publiczność do łez, pokazując jednocześnie jak jesteśmy sterowani od początku naszego życia i jak uzależniani od wielu sytuacji i spraw. Zachwyciła mnie scenografia: półmrok, a wokół miękkie, rozlazłe fragmenty bezkształtnych mas, które przybliżają nam obraz świata Gombrowicza. Brakuje jedynie płynności przejść między scenami. Każda z nich jest jakby osobną częścią, co może trochę rozpraszać.

Trudno upchnąć Gombrowicza w 1,5 godzinnym spektaklu, ale Ferdydurke rozłożone na ponad trzygodzinny spektakl z dwiema przerwami to odrobinę za dużo. Nie obeszło się bez golizny, która może nieco bulwersować, ale przede wszystkim zaskakuje brak pomysłu na uzasadnione rozebranie aktorów na scenie. Domyślam się, że reżyserce chodziło o pokazanie bezbronności człowieka w tej wielkiej, systemowej machinie, ale można było poszukać na to innych środków. Jak Polska długa i szeroka reżyserzy wciąż rozbierają aktorów, co jest już nawet przewidywalne ( niczym zwrot akcji w hollywoodzkiej produkcji ) i nic nie wnosi. Spektakl jest jednak zabawny, bo tak właśnie zagrany. Chcesz go zrozumieć? Najpierw przeczytaj książkę.

Zwróciłabym uwagę na Mateusza Webera, który w tym przedstawieniu zagrał jedną ze swoich najlepszych ról. Odkryłam w nim talent komediowy i ogromny potencjał do kolejnych projektów. – Do końca lipca zagram jeszcze osiem spektakli, w tym „Cabaret”, „Sługę dwóch panów”, „Kinky Boots”. Czeka mnie jeszcze kilka sesji dubbingowych, a potem tygodniowy odpoczynek na Sycylii- zdradza swoje zawodowo prywatne plany aktor Teatru Dramatycznego w Warszawie.

 Z drobną pomocą stołecznego teatru „wróciłam” więc do szkoły za sprawą „Ferdydurke” i był to powrót przyjemny. Spektakl wejdzie do repertuaru Teatru Dramatycznego w nowym sezonie.

W Małopolsce też nie próżnują, grają. Spektakle ma dla widzów krakowski Teatr Bagatela, w tym ulubione przez widzów przeboje, przezabawne nowości i spektakle przeniesione ze Sceny na Sarego 7. Letni sezon teatralny potrwa w Bagateli do 23 września, a w repertuarze znalazły się m. in.:  „Czego nie widać”, „Mayday”, „Najdroższy” i „Szalone nożyczki”. Teatr Wybrzeże poszedł o krok dalej i zaplanował premierowy sierpień proponując „Damy i Huzary”, „Wesołe kumoszki z Winsdoru”, „Zakochanego Szekspira” i „Lekcje niegrzeczności”.

            W kinach oprócz zamrażającej zwoje mózgowe klimatyzacji i popcornu w rozmiarze  XXL podają też całkiem niezły film. „ Na plaży Chesil” z Saoirse Ronan i Billy Howle w rolach głównych. Rzecz dzieje się w hotelu na południowym wybrzeżu Anglii w czerwcu 1962 roku, a więc przed czasami rewolucji seksualnej. Skrzypaczka Florence pochodzi z bogatej rodziny, jej mąż Edward jest zdolnym młodym historykiem. Kiedy przychodzi czas na skonsumowanie małżeństwa ona obawia się zbliżenia, on boi się, że nie podoła zadaniu. Oboje są niedoświadczeni, nie potrafią się dogadać, przeżyli w przeszłości coś, co zamyka ich we własnym świecie i blokuje na tyle, że nie potrafią rozwiązać problemów, ani o nich  rozmawiać. Jest to kino angażujące, problematyczne, daje do myślenia. Popcorn będzie tylko przeszkadzał.

             Godne polecenia są dwa filmy dokumentalne, które weszły na ekrany polskich kin: „Whitney” i „Mc Queen” obydwa opowiadają historię wielkich artystów: wspaniałej piosenkarki Whitney Houston i geniusza mody Aleksandra Mc Queena. Pierwszy obraz bazuje na emocjach, ale nie pokazuje wszystkiego, nie ocenia, nie oskarża, nie dotyka rodzinnych tematów i tylko dlatego nie jest pełnym obrazem niezwykłej artystki. Reżyser Kevin Macdonald przyjął cel pokazania gwiazdy poprzez krótkie amatorskie filmy i komentarz rodziny. Jest to jedyny film o Whitney Houston, który uzyskał zgodę na publikację, co wiele tłumaczy. Ukradkiem ocierałam łzy widząc pierwszy występ Whitney, emocje jakie targają nią w relacjach damsko męskich i potworne zmęczenie po koncercie. To obraz wart poświęcenia na niego dwóch godzin.

Aleksandra Mc Queena poznajemy dzięki filmom amatorskim i opowieściom przyjaciół oraz współpracowników. Klatka po klatce widzimy co go inspiruje, kogo kocha i jak miłość wpływa na jego pracę, jak dochodzi do własnej marki i jakie demony w nim drzemią. Nadzwyczajny artysta, który odszedł przedwcześnie, a film pozwala poznać go bliżej.

I na koniec wakacyjna półka z książkami. Położyłabym na niej najnowszą powieść Marioli Zaczyńskiej. Dziennikarka z zawodu, pisarka z powołania opowiada historię przyjaźni dojrzałych kobiet. Tych co to są po przejściach, tych, które mają tajemnice, tych, które nazywają się przyjaciółkami i nimi są, choć nie zawsze dają to odczuć. Wiele jest w tej książce emocji, od przyjaźni, przez miłość, nienawiść, tęsknotę, zazdrość. Druk okraszony dawką humoru rozbawi kobiety z klasą, a może nawet podpowie jak się przyjaźnić w dojrzałym wieku?

Teatr, książka, film moje zawodowe zboczenie, którym zarażam innych. To jest choroba zakaźna, nieuleczalna, ale nie ma się czego bać, bowiem działa cuda.

Radiowiec, dj-ka, prezenterka telewizyjna, konferansjerka, event host

Zostaw komentarz


CAPTCHA Image
Reload Image