website-logo
received_424266881716086

Dorota Kaczor, prezeska krakowskiej Sztukarni, o tym jak dziewczyńska moc pomaga w realizacji marzeń

Spotykamy się w ulubionej krakowskiej kawiarence Szymborskiej. Dorota leci prosto z zajęć z dzieciakami. Wolę myśleć, że właśnie dlatego z jej torebki wystają maski z uszami królika i koguta, szeroka szara taśma, „kreatywne patyczki”. „I mam jeszcze książkę!” – pokazuje mi tytuł „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety” dr Renee Engeln. „Szukałam jakiejś naukowej podstawy, która potwierdziłaby moje codzienne obserwacje” – dopowiada, gdy widzi moją zafascynowaną minę.

Aleksandra Kałafut: Czemu „Sztukarnia”?

Dorota Kaczor: Pomysł narodził się już lat temu kilka, kiedy skończyłam Akademię Teatralną i chciałam robić coś swojego. Nie tylko grać i prowadzić u kogoś zajęcia, tylko mieć coś swojego, co będzie takim miejscem, gdzie mogę bez ograniczeń realizować swoje pomysły. Ale miałam 26 lat i czułam się po prostu niegotowa od strony organizacyjnej, bałam się wziąć odpowiedzialność za fundację i jej działania. Miałam w głowie tylko nazwę, ale w sumie nic poza tym. Zaczęłam się interesować tematem, oglądać filmiki z kobietami, które prowadzą fundacje, czytać – a to zmotywowało mnie do podjęcia kolejnych studiów i tak wylądowałam na zarządzaniu kulturą… z tej potrzeby zdobycia dodatkowych umiejętności, z potrzeby profesjonalizacji zawodu. No bo niestety na uczelniach artystycznych nie podejmuje się raczej tematu pracy w zawodzie, samoorganizowania się, tworzenia samodzielnie miejsca pracy. Albo temat jest traktowany po macoszemu, albo w ogóle go nie ma, więc wychodzisz ze szkoły artystycznej i zderzasz się z rzeczywistością. Nie masz pojęcia jak założyć w sądzie organizację pozarządową, co to jest ZUS czy PIT. Dlatego drugie studia dały mi takie poczucie sprawczości, że mogłabym założyć fundację. Ale cały czas brakowało mi takiego ostatniego puzzla do ułożenia układanki – wspólniczki. Tym puzzlem okazała się Karolina. Razem studiowałyśmy, ale tak naprawdę bliżej poznałyśmy się na ostatnich zajęciach na ostatnim roku…

Aleksandra: Naprawdę? Na ostatnich ostatnich?

Dorota: Tak. Zgrupowali nas wtedy do jednej grupy, takich leni, którzy jeszcze nie zrobili zadania. I Karola wykazała się dużą życzliwością w stosunku do mnie, pomogła mi. Później umówiłyśmy się na kawę, zaczęłyśmy rozmawiać, że może nauczyłybyśmy się pisać wnioski, zaczęły uczyć się po studiach, jak coś praktycznie robić. Tak wyglądały początki Fundacji; w sumie od września do kwietnia tak roboczo pisałyśmy wnioski, korzystając z osobowości prawnej jednej z krakowskich fundacji. Bo żeby napisać wniosek musiałyśmy mieć numer KRS, którego jeszcze wtedy nie posiadałyśmy, bo nie byłyśmy jeszcze organizacją. A nie chciałyśmy od razu zakładać fundacji, tylko wolałyśmy najpierw sprawdzić jak to wygląda naprawdę, czy będzie nas to wszystko cieszyło i interesowało. Po pół roku pisania i uczenia się stwierdziłyśmy, że jesteśmy gotowe. W kwietniu zaczęły się formalności, które zajęły trzy miesiące i w czerwcu zarejestrowałyśmy Fundację. Teraz mamy 9 miesięcy i jak przystało na taki wiek – raczkujemy (śmiech).

Aleksandra: Wspomniałaś o inspiracji kobietami, które założyły już jakąś własną inicjatywę. Jakieś konkretne wzory?

Dorota: Nie, raczej wyszukiwałam wszystkiego, co mi może pomóc. Nie pamiętam nazw oragnizacji, ale w Internecie znalazłam filmik o tym, jak od początku do końca założyć fundację, jak wygląda też jej późniejsze prowadzenie. Jest takie powiedzenie Kubusia Puchatka, że jak znajdziesz drogę i nią pójdziesz, to ona za tobą nadąży. Więc jak zaczęłam się interesować, to też zaczęłam dostrzegać różne rzeczy. Jak zaczęłyśmy fundacyjne działania, to dostrzegłyśmy, że są instytucje, które pomagają, na przykład Biuro Inicjatyw Społecznych, Centrum Obywatelskie, Centrum Kolpinga czy placówki od marszałka województwa, dzięki którym chodziłyśmy i nadal uczęszczamy na szkolenia, mamy doradztwo prawne i finansowe… może nie zawsze teraz natychmiast, kiedy chcemy, ale zawsze są otwarci na nasze potrzeby.

Aleksandra: Czyli jako młoda działaczka i liderka społeczna, która ma już kilka miesięcy pracy na swoim, jesteś jak ten Kubuś Puchatek – to obrana droga ma za Tobą nadążyć…

Dorota: Każdy ma inne początki. Nam się tak akurat trafiło, że te początki nie są najprostsze… Zazwyczaj początki nie są proste, ale słyszałam, że są łatwiejsze niż my mamy. Nie ominęły nas problemy natury prawnej, jak sprawa z nazwą Fundacji, natury kadrowej czy finansowej. W jakieś sprawy zainwestowałyśmy, licząc na to, że się zwróci, a się nie zwróciło, to są sprawy, które każdemu się przytrafiają, ale wiadomo, że chciałybyśmy, żeby od razu było ok, a nie ostro pod górkę. Chociaż nie mogę narzekać, bo dużo rzeczy się udało, ale dużo też jeszcze przed nami.

Aleksandra: Czym się już możecie pochwalić?

Dorota: Przede wszystkim organizujemy zajęcia stałe: warsztaty teatralne i plastyczne. Za chwilę rusza przygotowawczy kurs do szkoły teatralnej. Miałyśmy wielopokoleniowe warsztaty rękodzieła, podczas których babcie i dziadkowie wspólnie z wnuczkami posługiwali się techniką linorytu, robiłyśmy też zajęcia z haftu matematycznego. Eksploatujemy spektakl „My z  ZNP”, który wystawiliśmy w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, graliśmy go w Kowarach w grudniu, za chwilę gramy go w Krakowskim Forum Kultury i mam nadzieję, że będziemy grać go też szerzej w Polsce. W najbliższym czasie, 11 maja, wystawiamy monodram mojego autorstwa realizowany przez Sztukarnię we współpracy ze wspomnianym Krakowskim Forum Kultury. No i przede wszystkim zrealizowaliśmy mega dla mnie ważny spektakl z młodzieżą wraz z Fundacją Europa dla Młodych w ramach wygranego grantu „Miasto Młodzieży”. Młodzież samodzielnie złożyła wniosek pod naszymi skrzydłami, byliśmy tą stroną organizacyjną, i zagraliśmy spektakl pt. „Młodzi młodym” i traktował o współczesnej kondycji młodzieży.

Aleksandra: I jak z tą kondycją młodzieży? Dlaczego ten spektakl był dla Ciebie taki ważny?

Dorota: Do projektu zgłosiło się 11 osób, docelowo wystąpiło 8. Poza aktorami wystąpiła też Ewa Jurkowska…

Aleksandra: Ta Ewa Jurkowska? Wybitna nastolatka, która swoim głosem oczarowała jury „Mam talent”?

Dorota: Ta sama. Można powiedzieć, nieskromnie mówiąc, że jest to dziewczynka, którą może nie odkryłam, ale odkurzyłam, taki mały diamencik.

Aleksandra: To znaczy?

Dorota: Prowadziłam kiedyś w Domu Kultury w zastępstwie za koleżankę zajęcia wokalne. I Ewa na nie przyszła. Miała wtedy 12 lat. Zaśpiewała piosenkę i po prostu zrobiła na mnie takie wrażenie… dziewczyna, która się nigdy wcześniej nie uczyła śpiewać…poszłam do biura i powiedziałam panu kierownikowi, że ta dziewczynka będzie miała recital w najbliższym miesiącu. Pan kierownik zbladł, mówiąc, że to dziecko przyszło na zajęcia, a nie żeby mieć recital. A ja mówię, że nie, ma mieć recital, bo po prostu jest wybitnie zdolna. Tak się potem porobiło, że niestety musiała wyjechać, ale spotkałyśmy się tydzień przed spektaklem, przypadkiem na jednym z konkursów. Zobaczyła mnie, podbiegła i ze łzami w oczach powiedziała, że śpiewa, że była w programie i że byłam pierwszą osobą, która jej powiedziała, że to jest wartościowe i że dzięki mnie śpiewa, więc to było dla mnie takie piękne i ważne. Nigdy nie sądzisz, że to, że komuś coś powiesz, będzie miało takie znaczenie. Ja pamiętam, że powiedziałam jej, że powinna śpiewać, że jest wybitnie zdolna, ale nie masz świadomości, że takie słowa trzy lata temu powiedziane do dwunastolatki, dzisiaj piętnastolatce tak pomogły. Bardzo się wzruszyłam i zapytałam, czy by nie zaśpiewała na naszym występie dwa dni później. I przyjechała i zaśpiewała. Więc ona była taka wisienką na torcie, a tym tortem była młodzież (14-17 lat). Sami pisali teksty. Najpierw zapytałam, o czym by chcieli mówić ze sceny i powieliły się te same tematy: o otaczającej rzeczywistości, o współczesnej egzystencji, o samotności, o bezsensie.

Aleksandra: Młodzież, której przede wszystkim to leży na sercu…smutne to i ujmujące… Jak dokładnie opisali otaczającą ich rzeczywistość?

Dorota: Nie mówili, pisali. I nie wiedzieli, co ktoś inny napisał. Można było napisać prozę, wiersz, opowiadanie, monolog, co się chciało. I powstały z tego piękne rzeczy, a potem pracowaliśmy nad tym, jaka pasowałaby do tego muzyka, jakie malarstwo, ruch sceniczny. Młodzież pisała o samotności, o współczesnej obsesji piękna, o byciu nie dość doskonałym, jak na dzisiejsze realia, o korporacjach i zabieganych rodzicach. Co ciekawe to były sprawy, o których równie dobrze mogłybyśmy my napisać, które mogłyby być naszym głosem. Czytałam te teksty i miałam wrażenie, że oni mówią w moim imieniu, a jestem od nich dwa razy starsza. I to wszystko zaistniało w kameralnej przestrzeni Teatru Bez Rzędów w grudniu i spotkało się z mocnym odbiorem widowni, z którą potem rozmawiałam. Pytałam nauczycieli i rodziców, czy wiedzą, że w ich dzieciach są takie światy, że taką mają wrażliwość, że tak widzą otaczającą je rzeczywistość. I to było bardzo ujmujące, bo rodzice byli równocześnie zachwyceni i zszokowani, niesamowicie dotknięci tym, że ich dzieci tak dojrzale potrafią o tym pisać, również literacko. Te teksty były bardzo mocne. Jeden na przykład o ludziach pracujących w korporacjach pozamykanych jak szczury w klatkach.

Aleksandra: Jak zareagowali rodzice?

Dorota: Była pani, która wypowiedziała się w ten sposób, że to bardzo trafiony tekst, że ona sama pracuje w miejscu, które ten młody człowiek opisał, po prostu obserwując swoich rodziców.

Aleksandra: Masz momenty zwątpienia tak jak ta zdolna młodzież?

Dorota: Mam takie dni, kiedy myślę, że po co to wszystko, że tylko dokładam, że zużywam czas, energię, prywatne pieniądze, że moja Fundacja nic nie zmieni. Ale pozwalam sobie na taki dzień, żeby sobie pobyć w tym marazmie, ale na następy dzień wstaję, robię kawę, biorę oddech i mówię sobie: „Dobrze, małymi kroczkami, to dzisiaj następny etap, jakoś wierzę w to wszystko cały czas”. Także mam momenty zwątpienia, ale mam też momenty satysfakcji i je pielęgnuje niemal jak urodziny dziecka.

Aleksandra: Z tego, co opowiadasz płynie raczej pozytywny wniosek, że środowiska kulturalne i okołokulturalne sobie raczej pomagają?

Dorota: Ja się mile zaskoczyłam, ponieważ zakładając Fundację liczyłam się z tym, że będę jednym z przedsiębiorców, prowadzącym biznes i tak będę postrzegana. Jednak ja odczułam, że jest jakaś taka większa sympatia do organizacji pozarządowych, że mają jakiś rodzaj misji, za którą raczej nie pobierają pieniędzy, a jeżeli już to i tak z powrotem przeznaczają je na rozwój. I to mnie najbardziej zaskoczyło, że organizacje pozarządowe między sobą współpracują, sieciują się, wymieniają doświadczenia. Nie musimy się zwalczać, możemy razem tworzyć kulturalną mapę Krakowa.

Aleksandra: A jakie masz doświadczenia związane z pracą z kobietami? Bo z jednej strony potrafimy się mocno wspierać, ale nikt nie podłoży tak umiejętnie nogi jak kobieta kobiecie…

Dorota: W ogóle mam taką obserwację, że jest mnóstwo kobiet w organizacjach pozarządowych, że to jakaś totalna domena kobiet. Nie mówię, że nie ma mężczyzn, ale liczebna przewaga kobiet jest zauważalna na pierwszy rzut oka. Być może dlatego, że NGO-sy mają taką właśnie działalność misyjną, non-profitową; może jakoś łatwiej i bardziej się odnajdują w takich działaniach. Jestem zachwycona tym, jak dziewczyny potrafią być oddane różnym sprawom i to naprawdę nie tylko sprawom niepełnosprawnych dzieci, co jest bardzo istotne, ale też temu, żeby nie zalewać betonem kolejnego osiedla. Każdemu coś tam w duszy gra i stara się załatwić tę sprawę, która jest dla niego istotna, czy to jest ochrona króliczków czy pomoc osobom starszym, czy działalność kulturalna jak w naszym przypadku i próba uwrażliwiania młodych ludzi na kulturę. Więc ja się spotkałam z dziewuchami, które idą ręka w rękę. Teraz niedawno powstało na przykład Dziewczyńskie Centrum Mocy i mocno trzymam za nie kciuki. Zaangażowałyśmy się też w inicjatywę „Nie wstydź się różu”. Ja poznałam ten projekt przez Kasię Dziadosz. Dziewczyny zorganizowały akcję mającą na celu pokazanie, że każda dziewczyna może być feministką, oczywiście w takim znaczeniu tego słowa, w jakim naprawdę ono znaczy, tym pozytywnym, niewykluczającym, pokazującym, że mamy takie same prawa, że jesteśmy równi, że powinnyśmy być tak samo traktowane jak mężczyźni. Dziewczyny chcą pokazać, że każda dziewczyna i tipsiara, i z różowymi, i z przepalonymi od prostownicy włosami, i nie uznająca innego koloru niż czarny, każda, absolutnie każda z nas może walczyć o godność kobiety. I dlatego nie wstydź się różu, nie wstydź się, że jesteś dziewczyńska i że chcesz mieć równe prawa. Ten casus jest akurat bardzo ciekawy, bo inicjatywa spotkała się z dużym hejtem feministek. W ostatnim czasie złożyłyśmy też taki ekologiczny projekt, żeby posprzątać Zakrzówek, bo mieszkamy obok i fajnie by było iść z dzieciakami go posprzątać. A jak się nie uda dostać grantu, to i tak można wziąć wory i iść po prostu posprzątać. Także każda z nas zajmuje się tym, co jej leży na sercu, jak możemy to się włączamy jako Fundacja. Ja na razie spotkałam super babki. I praktykantki, i prezeski fundacji, i panie, które prowadzą szkolenia, wszystkie! I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Aleksandra: Tego też Ci w takim razie życzymy na koniec. Niech dziewczyńska moc będzie z Tobą i Sztukarnią!

woman-2609115_1280

Intymne wyznania i trudne wyzwania – rozmowa z bulimiczką

BOHATERKA STYCZNIA

Regina: A no dzień dobry, dzień dobry! W końcu się udało zobaczyć! I to tylko dzięki sprawom służbowym, bo tak to człowiek Cię nigdzie nie wyciągnie!

Aleksandra: Straszne to nasze młode, niepoważnie przez naszych rodziców traktowane życie, nie?  Oni myślą, że non stop tylko się spotykasz ze znajomymi albo śpisz, a ty biegasz i biegasz, a tak naprawdę to nie wiesz po co… i ani chwili dla siebie!

Regina: A weź! O tym za chwilę. To co zamawiamy?

Aleksandra: Dziś chwila rozpusty i skoro wybrałyśmy pizzę, to ja wszystkie warzywa po kolei. A dla Ciebie?

Regina: Hmmm, ciężko wybrać… Szynka parmeńska, rukola, pomidorki cherry. I parmezan!

A: Widzę, że rozpusta na całego! Ale wolno Ci takie rzeczy jeść? Kiedyś to przecież pamiętam, że nawet margherity się wystrzegałaś! Czyżby się udało i całkiem sobie z tym wszystkim poradziłaś, czy rzutuje Ci to jeszcze jakoś na codzienne życie?

R: No, niestety to zostaje na całe życie. Ogólnie to przecież uwielbiam jeść, gotować, przyprawiać, kombinować ze smakami, więc jestem też trochę przy kości. No i ogólnie to lubię to u siebie. Kryzys zaczyna się jak na przykład moja wychudzona kuzynka albo szwagier zaczynają mi dogadywać. Bardzo chętnie bym poszła wtedy wymiotować, żeby im pokazać, że mogę być szczupła, z czystej przekory. Ćwiczyć się okazało, że nie mogę, bo stan zdrowia mi nie pozwala. Więc ostatecznie to dla mnie najprostsze wyjście. Tylko jedna rzecz mnie w sumie powstrzymuje, a mianowicie moje zdrowie. Cały czas jestem na lekach. I w tym miejscu cieszę się, że muszę brać leki, bo żeby działały muszę normalnie jeść. Są okresy, kiedy trzymam dietę i wszystko jest w porządku, ale nagle mam atak obżarstwa i jem wszystko, WSZYSTKO!

A.: Wiesz jak to trochę brzmi, że tylko leki Cię powstrzymują przed takimi rzeczami?! Jakbyś cały czas się z tym czynnie zmagała! Z dnia na dzień… A Twoja kuzynka wciąż Ci tak dogaduje? Ona w ogóle wie, jaką walkę stoczyłaś z bulimią?

R.: Ogólnie zdarzają mi się jakieś napady raz na około 8 miesięcy, takie jednorazowe. Ale najczęściej jest mi wtedy niedobrze albo podejrzewam, że coś mi zaszkodziło. A ona nic nie wie. Jest w stanie za każdym razem wypominać mi: „Jezu, jakaś Ty gruba!”. A ona sama chuda jak kościotrup bez żadnego wysiłku.

A.: A nie myślałaś, żeby jej o tym powiedzieć? W końcu raz, że jesteście bliskimi kuzynkami, przyjaźnicie się (choć wiem, że różnie między Wami bywało, ale jak wydoroślałyście przyszedł chyba lepszy czas), więc dwa byłoby Ci chyba łatwiej jakby wiedziała, no bo chyba przecież nie komentowałaby w taki sposób, tego jak wyglądasz.

R.: Myślę, że niczego by to nie zmieniło. Tym bardziej, że kiedyś miałam dowody na to, że robi to samo. I jeśli siedzimy (siedziałyśmy) w tym razem i zna to od podszewki, więc wątpię, żeby przestała po jakiejkolwiek rozmowie.

A.: Naprawdę?! Nie wiedziałam, że też tak miała! To jest niewiarygodne, jak bardzo człowiek się zamyka sam w sobie z takim problemem, jak nie potrafi o nim rozmawiać! Nawet z jedną z bliższych Ci osób… i to jeszcze mającą ten sam problem…

R.: To jest normalne uzależnienie, jak narkotyki, nie mówi się nikomu, nawet jak się już przestało brać.

A.: Nazwałaś się kiedykolwiek wprost bulimiczką? Przyznałaś się sama przed sobą, że naprawdę nią jesteś?

R.: Wtedy bardzo trudno było mi się do tego przyznać, bo jak byłam młodsza nie rozumiałam takich osób. W ogóle po czasie, trochę pod wpływem osób wtajemniczonych, przyznałam, że mam problem. I dopiero po kilku latach byłam/jestem w stanie podejść do tego obiektywnie i teraz uważam i przyznaję, że jestem. Jestem bulimiczką, bo z tego jak i z alkoholizmu się nie wyrasta, to gdzieś siedzi w Tobie i pilnujesz się, żeby nie spróbować po raz kolejny.

A.: A nie miałaś nigdy takiej pokusy, żeby wszystkim w domu i wszystkim, którzy Ci tak mówią, wykrzyczeć w twarz, że to jest choroba, zaburzenie, że bulimia nie jest Twoją winą i że powinni Cię w tym wspierać, a nie jeszcze bardziej dołować.

R.: Miałam nie raz. Ale to nie jest mentalność, która by to zrozumiała. Według nich to jest wymyślanie. Choroba to rak, grypa, a nie wymiotowanie, bo chce się być chudym.

A.: Zgodzę się i jednocześnie totalnie nie zgodzę z tą małomiasteczkową mentalnością, o której mówisz, bo bulimia to jest wydumany problem.Ale „wydumany” w tym sensie, że jej przyczyny są wydumane. Chodzi mi o to, że zwykle bulimia bierze się stąd, że dziewczyny UWAŻAJĄ, że są za grube, za brzydkie, za mało atrakcyjne, a dla wszystkich innych wcale tak nie jest! Przecież jak Cię pamiętam z końca gimnazjum byłaś normalną, zgrabną dziewczyną!

R.: Zaczęłam tyć początkiem liceum. Ale zgodzę się, że to siedzi w głowie, to przede wszystkim choroba umysłu, dopiero potem ciała. Jak zaczynałam tę „przygodę” to ważyłam 65kg. Teraz ważę około70/73 i jest mi z tym dobrze i nie uważam się za grubą. Po prostu krąglejszą, ale jeszcze w normie. Tylko w wyjątkowych przypadkach czuję się źle, jak gdzieś jestem na przykład na weselu, chrzcinach, urodzinach, jakiejś imprezie i wszystkie kobiety są wystrojone i szczupłe i wiem, że jestem porównywana. I to jest przekora z mojej strony, bo wiem, że mogłabym być równie szczupła, ale z drugiej strony żal mi takich osób, że ich życie kręci się wyłącznie wokół tego, kto jest szczupły a kto gruby. Tak jakby tłuszcz zaprzeczał temu, że ktoś jest wartościową osobą. Czy jakby Skłodowska-Curie miała dodatkowe 30 kilogramów niczego by nie odkryła? Albo jakby przytyła już po ich odkryciu to co, to by znaczyło, że mózg jej proporcjonalnie zanikł kosztem tłuszczu?!

A.: No wiadomo, że nie. Ale w ogóle pamiętasz skąd to się wzięło, jakie były wymierne przyczyny Twojej bulimii? Że niby liceum, zmiana środowiska i ten beznadziejny czas, kiedy do końca jeszcze nie wiesz, kim jesteś, kim chcesz być i dlatego porównujesz się ze wszystkimi? A każde słowo krytyki boli wielokrotnie więcej niż teraz?

R.: Dokładnie. Poza tym ludzie w wieku 16-18 są niesamowicie podatni na wpływy. I moim zdaniem nie mają wypracowanego poczucia własnej wartości. To się dopiero rozwija w miarę kształtowania się osobowości i charakteru, z wiekiem. Jakby mi ktoś teraz powiedział coś,  przez co załamywałam się w liceum, to bym go wyśmiała. Bo niby jakim prawem i dlaczego? Czy zna mnie aż tak niesamowicie dobrze, żeby się wypowiadać na mój temat? A jeśli nie, to znaczy, że to co mówi, to bujdy na resorach.

A.: Ale pamiętasz dokładnie dlaczego rzuciłaś się w bulimię? Jakiś komentarz, spojrzenie Cię do tego sprowokowały? Bo coś z tego musiałaś mieć w głowie wchodząc do łazienki i po raz pierwszy prowokując wymioty.

R.: Chyba nikt mi nic nie powiedział, albo nie zapamiętałam. Raczej to było właśnie to porównywanie się do innych, poznałam masę nowych osób, dziesiątki dziewczyn. One wszystkie były ładne, szczupłe i faceci się za nimi oglądali. Chyba to było takie decydujące, żeby jakiś chłopak się za mną obejrzał. Strasznie mi brakowało miłości, przytulania, bliskości. Chciałam być taka jak te „sławne dziewczyny z liceum”. Potem się okazało, że jedna z nich, do której szczególnie się porównywałam, miała to samo co ja, bo spotykałyśmy się w łazience. Takie błędne koło.

A.: Serio? Ale tak w łazience w szkole?

R.: Tak, bo jak się nie zje nic cały dzień, to się wygląda podejrzanie, ktoś zwróci uwagę, że może coś jest nie tak, więc lepiej zjeść i w tajemnicy zwymiotować. Jesz normalnie, jesteś szczupła, to pewnie po prostu masz dobre geny. A jak nie jesz i jesteś szczupła to od razu jest podejrzenie o głodówkę i anoreksję.

A.: A jeszcze szczególnie w liceum! Moja ciocia jest nauczycielką wychowania fizycznego właśnie  w liceum i opowiadała, że od lat panuje jakaś epidemia mdlejących, słabowitych dziewcząt, które nie radzą sobie z przeróżnymi presjami i uciekają się do tego typu praktyk.

R.: No, organizm jest wtedy strasznie osłabiony. Ja miałam problemy nawet ze wstawaniem z łóżka, spacerem czy sprzątaniem.

A.: Ale świetnie nauczyłaś się kryć! To Ci trzeba przyznać… ja nic a nic bym nie zauważyła, gdybyś się kiedyś pokątnie nie przyznała później.

R.: Bo tak trzeba! Jakbyś zauważyła to byś mi nie dała żyć. Więc dla świętego spokoju…

A.: A nie uważasz, że ukrywanie przez bliskimi osobami takich ważnych spraw powoduje, że w sumie nie dajesz im się poznać, pomóc, no jakby nie było, te doświadczenia i problemy, to ważna część Ciebie i Twojej małej historii?

R.: Trudne pytanie. Chyba nie uważam, żeby ta jedna sprawa zmieniała obraz mojej osoby w oczach bliskich. To też ma trochę taki intymny wydźwięk. Dla mnie to też był jakiś rytuał. Oczyszczenie, jakbym pozbywała się nagromadzonego stresu. Coś jak medytacja dla niektórych, chwila dla siebie. Wiem, jak to brzmi, ale tak się właśnie czułam. Jakbym o tym opowiadała wszystkim, to czułabym się przytłoczona, jakbym to robiła na pokaz.

A.: Brzmi dla mnie – osoby, która nigdy osobiście nie miała z tym do czynienia – przedziwnie. Że to jakby medytacja. Ale mieści mi się to w głowie, że można to tak traktować. Jak rytuał. Tym bardziej oczyszczający. I zgodzę się, że ta jedna sprawa nie zmienia Twojego obrazu w oczach bliskich, ale trochę go modyfikuje. Tym bardziej, że masz w swoim życiorysie więcej takich perełek, które ukrywasz… Co było najpierw bulimia czy samookaleczanie?

R.: Mniej więcej w tym samym czasie, z różnicą chyba kilku tygodni. Ale bulimia wcześniej. I w sumie jak zaczęłam się okaleczać, to przestałam tak często wymiotować. Brrr, do tej pory jak myślę o okaleczeniu, to czuję zimno żyletki pod skórą. Teraz to uczucie wydaje mi się obrzydliwe, a wtedy działało oczyszczająco. Psychicznie oczywiście.

A.: Ale czemu? To niby akt oczyszczenia, ale jakiego, skoro doskonale wiesz, że po cięciu nic się nie zmieni… będzie dokładnie to samo, DOKŁADNIE, dopóki FAKTYCZNIE czegoś się nie zmieni.

R.: Życie mnie wtedy wyjątkowo przytłaczało. Miałam wtedy drugi raz w życiu epizod z molestowaniem, tata zaczynał pić, mama się na mnie darła o wszystko, bo sama była sfrustrowana, byłam niechcianym, nie takim dzieckiem, jakiego chcieli, bo nosiłam glany, zaczęłam farbować włosy… A cięcie się… było jakbym zamykała to życie w jednej chwili i przenosiła się gdzieindziej. Było na tyle nierealne, że pozwalało mi oderwać się od rzeczywistości. A ból fizyczny pozwalał oderwać się od bólu psychicznego.

A.: Epizody z molestowaniem?!

R.: Aha, pierwszy jak miałam 12 lat, drugi jak miałam 16/17.

A.: Dasz radę mi tak tu przy pizzy opowiedzieć?

R..: Pierwszy raz jak grałam z kolegami w jakąś grę podwórkową na drodze, było już koło 21 i zrobiło się ciemno. Pobiegłam gdzieś szukać patyka do gry i zaszedł mi drogę sąsiad babci, taki podstarzały alkoholik i zaczął mnie łapać za piersi z głupim uśmieszkiem i pytaniem, czy trzeba było tak daleko samej uciekać. Drugi raz byłam u babci, a ona spała. Siedziałam przy stole z wujkiem, a on nagle zaczął mi wkładać rękę w spodnie. A jak mu powiedziałam, żeby przestał, to mi odpowiedział: „Proszę, Reginko, tylko trochę”. Wyjęłam mu te ręce, ale siedziałam dalej, bo byłam w szoku, nie wiedziałam, jak mam się dalej zachować. Wtedy na wakacjach była tam moja kuzynka, która miała 8 lat. Wzięłam ją do nas do domu do końca wakacji, bo się o nią bałam. Wujek ostatecznie się stoczył, pije non stop i jest już całkiem oderwany od rzeczywistości. Nic nie pamięta. Na szczęście nic wielkiego się nie stało, ale mam uraz do mężczyzn. Jadę autobusem i jeżeli jakiś za mną stoi, to mam atak paniki.

A.: Dzięki Bogu, Ci stereotypowi wujkowie, podpici i rubaszni, chyba się wykruszają.  Mam nadzieję, że nasze pokolenie wujków i cioć będzie już miłe i serdeczne, dużo mniej o ile nie w ogóle niepatologiczne w taki sposób.

R.: Ja jestem ciocią od 8 miesięcy przecież i w głowie mi się nie mieści, jak można traktować tak swoją rodzinę. Dzieci! Molestować nieletnich! Robić im taką krzywdę! Najlepsze z tego jest to, że ja o tym nie pamiętałam w ogóle do pewnego momentu! Dopiero po około trzech latach sobie przypomniałam. Jak rozmawiałam z przyjaciółką i wspomniała o jakimś wydarzeniu z udziałem starszego faceta, które wzbudziło w niej obrzydzenie. I mi to wróciło, uderzyło jakby dostała obuchem w głowę. Po 7 latach od pierwszego razu i po trzech od drugiego przypomniałam sobie.

A.: Oczywiście nie powiedziałaś wtedy ani później rodzicom?

R.: Nigdy. Mój tata jest bardzo nerwowy i jeśli powiem, że pobiłby ich na śmierć, albo przynajmniej tak, że miałby potem poważne problemy, to nie przesadzę.

A.: A nie wpłynęło to jakoś drastycznie na Twoje związki, relacje z mężczyznami już w dorosłym życiu? Bo mówisz, że w autobusie masz czasem atak paniki jak jakiś mężczyzna za Tobą stanie. A nie masz tak, że przez te złe doświadczenia w ogóle odsunęłaś się od chłopaków albo masz jakieś problemy w relacjach?

R.: Właśnie może to dziwne, ale nie. W liceum nie miałam żadnych chłopaków, dopiero jak poszłam na studia. I w sumie ani w długich związkach nie miałam problemów ani w jakichś bardziej krótkotrwałych relacjach. Tylko jedną taką sytuację pamiętam. Jak mój drugi chłopak trochę więcej wypił i zapalił, to miał bardzo podobne oczy do tego wujka. I raz się o to bardzo pokłóciliśmy, bo mu to powiedziałam.

A.: No a rodzice? Tata od pewnego momentu pił i wiem, że nie było z nim łatwo i trudno by Ci było z czymkolwiek takim do niego iść, ale mama? Czemu z tym do niej nie poszłaś? Z tym wszystkim po kolei, począwszy od tego „wydarzenia”, kiedy miałaś 12 lat.

R.: Bo moi rodzice, zarówno tata jak i mama są bardzo konserwatywni. Do tego mama jest w stu procentach podległa tacie, jak to bywa w małżeństwie na wsi i wszystko, co wie mama, od razu wie też tata. A biorąc pod uwagę to, że miałam piekło w domu za pierwszy tatuaż, to po takiej akcji jak molestowanie czy bulimia musiałabym się chyba z domu wyprowadzić. Jasne, że by mnie nie wyrzucili, ale byłabym TĄ. Jak mówiłyśmy –  mentalność wsi i małych miasteczek, wszystko jakimś cudem się rozchodzi i wszyscy wiedzą. No i z mamą mam kontakt dopiero od trzech lat.

A.: W sumie to czemu dopiero od tego czasu? Ona była inna, Ty byłaś inna – obie bardziej emocjonalne, mniej wyrozumiałe dla siebie nawzajem?

R.: Wszystko na raz. Ja byłam niedojrzała, nie szanowałam zdania matki, a ona – Matka – chciała mieć pełną kontrolę. Dopiero jak dorosłam – mam na myśli moje 22 lata – zrozumiałam, że mama miała rację, a ona z kolei, że jestem już dorosła i będę sama decydować o swoim życiu. Chociaż dalej zdarza się jej mnie sprawdzać! Ale to już jak chyba każdej matce!

A.: Smutne to… że nie była w stanie Ci pomóc. I z drugiej strony, że też tej pomocy wcale u niej nie szukałaś. Że ma córkę, o której tak wiele nie wie. I to istotnych rzeczy. I pewnie vice versa.

R.: Wiesz, nie mam jej za złe. Już nie. Już inaczej na to patrzę niż wtedy. W końcu nikt nie dostaje instrukcji na bycie dobrą matką, taka instrukcja nie istnieje, a każde dziecko też jest inne… Dobra! Już po 21! Muszę uciekać!

A.: Minęły dwie godziny, a  dopiero dotknęłyśmy wierzchołka góry lodowej…

R.: No jak znajdziesz jeszcze w najbliższym czasie i dla mnie chwilę, to może dokończymy, znowu zaczynając coraz to nowe i nowe tematy!

grafika-glwna

Porządna włoska robota

W jednej z dzielnic Buenos Aires zostaje zamordowana kobieta. Wszystkie podejrzenia spadają na męża, który trafia do szpitala psychiatrycznego. Jednak trójka naukowców nie jest przekonana o jego winie. Ich zdaniem ofiarę dopadło… coś nie z tego świata. Jakiś czas wcześniej u sąsiada małżeństwa zaczynają się dziać niepokojące rzeczy – dziwne hałasy o nietypowych porach, poprzestawiane przedmioty… Czy to Walter? A może coś innego?

Jest jeszcze dochodzenie w sprawie śmierci dziecka. Rzekomo był to wypadek, ale policja zaczyna mieć wątpliwości, kiedy…

No, właśnie?

źródło: www.helios.pl

Kto zabił Clarę? Kto jest odpowiedzialny za śmierć chłopca? Co się dzieje z Walterem? I kim – albo czym – są tytułowe „nocne istoty”? Umarli wstający z grobów, tajemnicze zaginięcia oraz żądne krwi upiory, które sprawią, że nawet dorośli chowają się pod kołdrę w dziecinnym przekonaniu, iż wtedy nic ich nie dopadnie – ten film to połączenie „Paranormal Activity” z „Drogą bez powrotu”. Z jednej strony mamy grupę badaczy szukających śladów nadnaturalnych zjawisk, a z drugiej mnóstwo krwi. Mamy klimat rodem z dobrego kryminału, ale też rzeź i masakrę.

Seans przypomina rollercoaster – na początku jedziesz spokojnie, aby w pewnym momencie akcja wbiła Cię w fotel. Obrazy odciskają się w Twojej głowie i łatwo się ich nie pozbędziesz.

Całość została nakręcona tak, aby maksymalnie zaszokować widza – gruchot kości, przerażające, zdeformowane monstra i przede wszystkim pełno trupów.

Nie jest to najbardziej ambitny z horrorów. Nic subtelnego w stylu Hitchcocka, zero cenzury i delikatności. Ale trzeba mu przyznać – jest niebywale mocny i niewiarygodnie przerażający!

Agnieszka Szachowska

grafika-glowna

Mały krok dla Damiena Chazelle, ale wielki w stronę Oscara

Uznanie widowni Damien Chazelle zyskał dzięki osławionymi już „La La Land” oraz „Whiplash”. Reżyser ten już jakiś czas temu wypracował sobie swój własny styl, można się więc było spodziewać, że najnowszy film będzie kolejnym dziełem muzycznym. Młody reżyser zdecydował się odbić w innym kierunku. „Pierwszy człowiek” przedstawia historie Neila Armstronga – pierwszego człowieka, który swój ślad zostawił na księżycu i nie jest to na pewno musical czy opera rockowa.

www.kino.krakow.pl

Można było się spodziewać patetycznej historii z podniosłą muzyką o genialności ludzkiego umysłu; o tym jak nasz gatunek jest wybitny, a właściwie – jak Amerykanie sprawili, że ludzkość stała się wielka. Końcowy efekt (na jego korzyść) okazuje się minimalistyczny, dogłębny i w pewien sposób metafizyczny. Film przedstawia irracjonalność podjętego przez NASA eksperymentu, ale i ukazuje siłę ludzkiej determinacji. W latach 60-tych technologia, doświadczenie i wiedza nie były na najbardziej zaawansowanym poziomie, a naukowcy i astronauci, mimo ogromnego ryzyka wierzyli, że uda im się spełnić ich kosmiczny sen. Chazelle dobrze oddaje nieprzemyślanie tych działań, zwłaszcza w scenach poświęconych próbom wzniesienia się poza atmosferę ziemską. Jednocześnie daje widzowi poczucie pasji i zaangażowania. Naukowcy z NASA przypominają małych chłopców, którzy bawią się na drzewie i za wszelką cenę chcą wejść na najwyższa gałąź, nie myśląc o tym, że mogą spaść, ani tym bardziej o tym w jaki sposób zejdą na ziemie. W historii tej najbardziej fascynująca i zastanawiająca zdaje się być kwestia, jak przy pomocy niewielu narzędzi zdołali oni obliczyć praktycznie niemożliwe założenia, a później wcielili je w życie.

www.wyborcza.pl

„Pierwszy człowiek” to minimalistyczny w swojej formie i obrazie hołd dla astronautów, którzy próbowali, ale ponieśli klęskę. Opowiadając historię Armstronga, reżyser daje widzowi poznać historie innych bohaterów, podkreślając, że na ogromny sukces w skali świata, złożyło się kilka istnień i na pewno nie był to sukces jednostkowy.

Ryan Gosling, który zazwyczaj nie próżnuje w przedstawianiu emocji, w roli spokojnego Neila Armstronga odnalazł się bardzo dobrze. Pierwszego człowieka na księżycu poznajemy od strony całkiem normalnego człowieka, który ma dom w uroczej dzielnicy z zielonym trawnikiem, piękną żonę i dzieci. Poza tym wszystkim Chazelle decyduje się oprzeć historię wielkiego astronauty na traumie po utracie ukochanej córeczki, a funkcjonowanie w kosmosie staje się próbą radzenia sobie z tragicznym doświadczeniem. 

Wielkie plany podbicia galaktyki zestawione zostają z scenami jedzeniem płatków na śniadanie, zabawą z dziećmi, podlewaniem trawnika czy kłótniami z żoną. Przesłanie o zwykłości Neila Armstronga wydaje się być szlachetne, niestety wątki melodramatyczne przeważają na tyle, że pod koniec mogą wydawać się sztuczne i przerysowane. Relacja z żoną Janet Shearon (Claire Foy) jest przedstawiona bardzo wyjątkowo i subtelnie. Okazuje się ona największym wsparciem we wszystkich trudnościach, a co najważniejsze -posiada własną osobowość i wyrazisty charakter (mimo umiejscowienia jej w domu, by opiekowała się dziećmi, gdy mąż podbija galaktykę). Gosling jest Armstrongiem nieco wycofanym, zamkniętym w sobie i właściwie bez emocji. Mimo różnic w wyglądzie fizjonomicznym, charakterowo jest to jednak kreacja wiarygodna.

www.multikino.pl

W „Pierwszym człowieku” wyróżniają się muzyka (Justin Hurwitz) oraz zdjęcia. Metafizyczne, z pierwiastkiem magii, ale jednocześnie minimalistyczne i chłodne. Kosmos nie jest przedstawiony jako rozgwieżdżona, lśniąca przestrzeń, ale jako ciemna pustka. Księżyc to szara, podziurawiona kula, a jednak wszystko to w swej prostocie staje się majestatyczne i dodatkowo podkreślone przez motywy muzyczne. Muzyka pozwala tej prostocie wybrzmieć.

„Pierwszy człowiek” nie jest najlepszym filmem Damiena Chazelle. To raczej niewielki podskok niż krok do przodu w jego karierze. Jednakże wątki melodramatyczne, podniosły temat oraz Ryan Gosling mogą zapowiadać, że Akademia Filmowa przyzna nominacje przynajmniej w kilku kategoriach. Miejmy nadzieje, że wyników „Pierwszego człowieka” nie przyćmi inny „Moonlight”.

Natalia Ryba

grafika-glowna-3-1

Ognia!

Motyw wojny, żołnierza i wojska jest bardzo chętnie ekranizowany. „Szeregowiec Ryan”, „Łowca jeleni”, „Bękarty wojny”, „Full Metal Jacket” – przykłady można by mnożyć w nieskończoność, dodatkowo zaznaczając, że każdy z reżyserów przedstawia temat w nieco odmienny sposób. Tym razem swoją wersję stworzył Donovan Marsh w „Oceanie ognia”.

Film ten opowiada o załodze marynarki, która wyrusza w podróż po rosyjskich wodach. Szybko okazuje się, iż czyha na nich ogromne niebezpieczeństwo, bowiem minister obrony narodowej Rosji Durow przeprowadza zamach stanu i porywa rosyjskiego prezydenta. Kiedy nad światem zawisa widmo kolejnej wojny, Amerykanie muszą zrobić wszystko, by temu zapobiec. Oznacza to odbicie zakładnika, unieszkodliwienie szaleńca i… ujście z życiem.

                                                                     źródło: www.filmweb.pl

„Ocean ognia” to opowieść o odwadze, męstwie, lojalności i wierności. Istnieje jasny podział na dobrych i złych, wszystko jest czarno-białe. To nie jest film dla koneserów, jest rozrywkową produkcją skonstruowaną pod typowych filmowych zjadaczy chleba. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – strzelaniny, braterstwo, wojsko, nieco humoru. Z jednej strony brakuje tylko romantycznej historii miłosnej, ale tak naprawdę tylko by przeszkadzała. To film typowo wojenny, skupiający się na konkretnych celach, wyższych niż życie prywatne bohaterów. Tu nie ma rozterek, dramatów, jest chłodna kalkulacja i misja do wykonania. Krótko, rzeczowo, po wojskowemu.

Dużo tu patosu, rozwlekanych w czasie akcji, które sprawiają, iż jest to film bardziej przeciętny niż mógłby być. Nadrabia za to dużą dawką emocji i niezłymi efektami specjalnymi. Jednak – mogło być lepiej. Jeżeli lubisz wojenne klimaty, gry a la strzelanki albo ogólnie filmy akcji, to jest coś w sam raz dla ciebie! A nawet, jeśli wolisz inne gatunki, ale cenisz całkiem udane produkcje, to warto wybrać się na „Ocean ognia”!

Agnieszka Szachowska

779694_1.1

Winni złego filmu

Policjant Asger, odsunięty ze służby z powodu śmiertelnego postrzelenia świadka, pracuje jako dyspozytor linii 112. Któregoś dnia dzwoni do niego kobieta, która została porwana. Wszystko wydaje się być jasne: eks-mąż porywa byłą, a ponieważ ma broń i był skazany, oczywiste jest, że to on jest ten najgorszy. Ale w życiu rzadko coś jest takie proste. Asger przekona się o tym, kiedy dodzwoni się do niego córka feralnego małżeństwa, a także, kiedy spełni się najgorszy z możliwych scenariuszy?

Kto tu tak naprawdę jest zły? Co wydarzyło się w domu dzwoniącej? Co się stanie z kobietą i jej dziećmi? A z mężem? Jak Asger wybrnie z tej afery?

Nie potrafię zrozumieć zachwytu nad tym filmem. ?85 minut czystej adrenaliny?, ?Mocny?, ?Wciągający? – moim zdaniem, żadne z tych słów nie pasuje do tej produkcji.

?Winni? nie są  ?Połączeniem? z 2013 roku. Nie ma tej akcji, tego napięcia, tego czegoś, co sprawia, iż chce się oglądać dalej. Jest mocno przeciętny, zarówno, jeśli chodzi o grę aktorską (na poziomie amatorów), fabułę, jak i  generalnie jeżeli chodzi o całokształt. Momenty kulminacyjne, kiedy dowiadujemy się całej prawdy, są przeciągane w czasie, przez co naprawdę ma się ochotę wyjść z sali. Gdyby nie momenty, w których w końcu się jej dowiadujemy, a które są dla kinomana ciosem w policzek, film można by przekreślić grubą kreską. Nieliczne minuty przyspieszonego tętna i pewnego rodzaju szoku sprawiają, że film nie jest taki tragiczny. Ale ? nadal ? bardzo wiele rzeczy jest do poprawki! Są debiuty udane i nieudane. Ten ? niestety ? należy do tych drugich?

Agnieszka Szachowska

bozonarodzeniowe-kierunki-grafika-glowna

5 magicznych miast wartych odwiedzenia przed Świętami

Dla jednych symbol nadmiernego konsumpcjonizmu, dla innych najbardziej magiczny i wyczekiwany czas w roku. Choć zakupowy szał, trwający obecnie już nawet dwa miesiące, dla znacznej części społeczeństwa dołączył do bożonarodzeniowych tradycji zostawiając główną ideę świąt daleko w tyle, istnieją wciąż miejsca, w których ten wyjątkowy czas zachował swój niepowtarzalny charakter. Poznajcie 5 europejskich miast, które zagwarantują Wam nadzwyczajny bożonarodzeniowy klimat.

Londyn

W stolicy Wielkiej Brytanii nie brakuje świątecznych jarmarków. Mnóstwo jest zarówno tych tradycyjnych, jak i tych, na których znajdziecie cząstkę innych europejskich państw. Zimową scenerię i niesamowitą atmosferę zapewnia co roku Hyde Park, w którym atrakcje przyprawiają o zawrót głowy. Winter Wonderland uchodzi bowiem za jedno z największych i najbardziej charakterystycznych wydarzeń w sezonie, przyciągając liczne grono turystów z całego świata. Oprócz wszechobecnych w sezonie jarmarków, Londyn oferuje również koncert tradycyjnych kolęd w kościele St Martin in the Fields ? w blasku świec zatłoczone i tętniące życiem miasto zwalnia i celebruje to wyjątkowe wydarzenie.

Wiedeń

Choć Wiedeń warto odwiedzić o każdej porze roku, to właśnie okres przedświąteczny cieszy się tu szczególnym upodobaniem wśród turystów. Nie bez powodu ? wiedeńskie jarmarki zapracowały sobie bowiem na ich sympatię. Obowiązkowym punktem celebrowania świąt w tym niesamowitym mieście jest niewątpliwie skosztowanie Glühwein ? tradycyjnego grzańca. Zrobić to możecie w wielu miejscach ? na placu Freyung, na terenie kampusu Uniwersytetu Wiedeńskiego czy na placu Marii Teresy? jarmarki czają się tu na każdym kroku. A wszystko to okraszone pięknymi wiedeńskimi zabytkami i bożonarodzeniową muzyką!

Berlin

To miasto słusznie nazywane jest czasem świąteczną stolicą Europy ? Berlin uwielbia Boże Narodzenie! Zabytki i liczne atrakcje turystyczne schodzą w tym okresie na drugi plan, ustępując miejsca świątecznej scenerii. W wielu częściach miasta pojawiają się jarmarki, wśród których trudno wskazać tylko jeden, najbardziej godny polecenia. Dla miłośników teatralnych przedstawień obowiązkowym punktem będzie z pewnością ten, który znajduje się na Gendarmenmarkt ? gwarantowana podróż do magicznej, świątecznej krainy i solidna porcja artystycznych wrażeń!

Tallinn

Miejsce tego miasta w zestawieniu może nieco dziwić ? nie jest to bowiem popularny kierunek turystyczny, a większość Europejczyków ma prawdopodobnie problem z przywołaniem choć jednego tallińskiego krajobrazu. Jedno jest pewne ? świąteczny Tallinn was nie rozczaruje! Miasto pełne urokliwych budynków i uliczek zachwyca niepowtarzalną atmosferą, a zwieńczenie niesamowitego klimatu stanowi jarmark, który znajdziecie tu w okresie zimowym. Świąteczna tradycja zatacza tu zresztą piękne koło ? to właśnie w tym mieście miało miejsce pierwsze publiczne wystawienie bożonarodzeniowej choinki!

Wrocław

W naszym zestawieniu nie mogło zabraknąć polskiego miasta, które zdecydowanie zasłużyło sobie na obecność w tak znakomitym gronie! Wrocław to niewątpliwie miejsce, pod którego urokiem pozostaje każdy, kto choć raz tu zawita. Świąteczna atmosfera dodatkowo podsyca wrażenia! Okazały jarmark to nie tylko okazja do zakupu tradycyjnych, świątecznych ozdób czy potraw, ale prawdziwy wehikuł, który przenosi w czasy dzieciństwa i zachwytu. Wrocławski rynek staje się tłem bajkowej scenerii, a magia świąt oczaruje tu każdego bez względu na wiek!

 

Weronika Kurowska

grafika-glowna-4

Po drugiej stronie lustra

Przypomnij sobie czasy liceum ? widziałaś się z koleżankami codziennie, omawiałyście egzaminy, studia, chłopców? Tęsknisz do tych dni? A może wręcz przeciwnie? Może byłaś taka, jak Maria?

Ta 18-latka jest cicha, nieśmiała, skromna i bezlitośnie gnębiona przez rówieśników. W domu również nie ma co liczyć na wsparcie ? ojciec-perfekcjonista i słuchająca go we wszystkim żona nie są najlepszymi powiernikami nastolatki.

Źródło: www.filmweb.pl

Któregoś dnia w życie dziewczyny wkracza Airem ? jej ? odbicie w lustrze. Airem jest absolutnym przeciwieństwem Marii ? to bezczelna i pewna siebie uwodzicielka. I to jej najbardziej jedynaczka potrzebuje po tym, jak zostaje upokorzona na balu maturalnym. Z wciąż rozbrzmiewającymi drwinami i szyderczym śmiechem znajomych w uszach Maria zgadza się zamienić miejscem z bliźniaczką.

Zamiana przyniesie tylko okrucieństwo i przemoc. Zło, które wyrządzi kopia dziewczyny, paskudne rodzinne tajemnice, oszustwa i bezwzględna brutalność ? tak teraz będzie wyglądać życie w miasteczku.

?Oblicze mroku? nie jest horrorem. Nie licząc motywu odbicia w lustrze, spokojnie można by ten film uznać za obyczajowy. W gruncie rzeczy jest to jednak dramat o przemocy, potrzebie akceptacji i miłości. To również opowieść o tym, iż zawsze chcemy tego, co jest idealne oraz o tym, że karma powraca w najmniej oczekiwanej formie. Film ogląda się z niesłabnącą ciekawością i lekkim przestrachem.

Źródło: www.fdb.pl

India Eisler fenomenalnie wcieliła się w rolę dwubiegunowej postaci ? z jednej strony mamy delikatną, przestraszoną ofiarę, a z drugiej głodnego zemsty potwora. Wydaje się, iż Maria została stworzona specjalnie po to, aby India mogła dać popis swoich aktorskich możliwości!

Na tym filmie nie będziesz się bać, ale wzruszać – wielokrotnie ściśnie ci się serce, a łzy napłyną do oczu. Po obejrzeniu zaczniesz się zastanawiać, czy naprawdę warto mieć to, co najlepsze i piękne? Może czasami nie? Może czasami lepiej jest schować próżność do kieszeni?

Agnieszka Szachowska

grafika-glowna-2

Nie-słaba płeć

Po śmierci męża Veronici, Harry?ego, gangsterzy, którym ten ukradł pieniądze, zgłaszają się po dług do pogrążonej w żałobie kobiety. Matka Alice swoimi przemądrzałymi wywodami próbuje pomóc córce uporać się ze śmiercią męża i ponurą wizją przyszłości. Linda, zostając wdową, traci sklep przez długi zmarłego ukochanego i musi poradzić sobie z byciem samotną matką. Kiedy ich życie wisi na włosku, bo bandyci nie cofną się przed niczym, by zrujnować im przyszłość, trzy kobiety muszą wziąć sprawy w swoje ręce. A to oznacza jedno ? skok rabunkowy na mieszkanie kandydata na burmistrza Chicago.

Źródło: film.wp.pl

?Wdowy? są filmem bardzo nieoczywistym ? tutaj słabe jednostki okazuję się silniejsze niż z założenia dużo silniejsi ich przeciwnicy; najtwardsi pokazują swoje słabe punkty, a najskrzętniej skrywane sekrety wychodzą na jaw. I kiedy sądzisz, że nic cię nie zaskoczy, akcja wbija cię w fotel. Pełno tu strzelanin, pościgów, zawrotnej akcji. Fani kryminałów z lekko dramatycznym zacięciem będą zachwyceni!

Nie można również zapomnieć o grze aktorskiej. Jest ona utrzymana na naprawdę dobrym poziomie i tylko jedna osoba wysuwa się przed szereg ? Liam Neeson.

Są tacy aktorzy, którzy stanowią gwarancję udanego filmu. Nawet, jeżeli produkcja jest okropna, gra aktorska tej konkretnej osoby ratuje całość przed całkowitą porażką. Tak jest na przykład z Johnny?ym Deppem, a w tym przypadku także ? z Liamem Neesonem. Idąc na jakąkolwiek produkcję z Liamem, masz zapewniony genialny seans! A idąc na ?Wdowy?, możesz być pewny, iż będzie jeszcze lepszy!

Agnieszka Szachowska

grafika-glowna

Tańczyć każdy może, a w przypadku Pro-Am zawsze lepiej niż gorzej!

Jeden ze słynniejszych angielskich tancerzy tańców latynoamerykańskich oraz trener wielu innych tancerzy światowej sławy Walter Laird twierdził, że taniec jest jedną z najbardziej naturalnych form ludzkiej aktywności, która niesie za sobą wiele korzyści; jak choćby tylko taką, że jest najlepszym i najprostszym sposobem zawierania znajomości i nawiązywania kontaktów towarzyskich. Turnieje typu Pro-Am są tego barwnym dziejącym się obecnie na całym świecie, od Florydę przez Paryż, Moskwę i Hongkong aż po Australię, przykładem. O tym, jak wygląda tego rodzaju turniej odbywający się w Warszawie, opowie nam Patrycja Matyja – menadżerka Akademii Tańca Ireneusza Sulewskiego, a uroki i troski życia tancerki odmaluje wicemistrzyni Europy Pro-Am – Joanna Wargala.

Aleksandra Kałafut: Jako pierwsi w Polsce zapoczątkowali Państwo organizację turniejów Pro-Am. Gdyby mogła Pani opowiedzieć o samych początkach – skąd pomysł, czym w ogóle jest system szkolenia Pro-Am?

Patrycja Matyja: Pro-Am to nic innego jak ruch w tańcu, w którym Pro, czyli tancerz profesjonalista, tańczy i trenuje ze swoim uczniem Am ? amatorem.

K.: Jak wielu uczestników wzięło udział w tegorocznej edycji Turnieju Pro-Am Polish Cup?

M.: W październikowej edycji naszego turnieju wzięło udział ponad 100 par!

K.: Liczba, która zdecydowanie robi wrażenie! A czy nie jest tak, że to raczej kobiety chętniej angażują się w tego typu inicjatywy i aktywności? Podobno system ten cieszy się największym zainteresowaniem wśród kobiet 30+?

M.: Zdecydowanie tak, w Pro-Am w dalszym ciągu królują Panie i to właśnie w wieku 30+, ale ? uwaga – Panowie się rozkręcają i jest ich coraz więcej ?.

K.: Turnieje tej rangi odbywają się na świecie w bardzo ekskluzywnych warunkach. Wyobrażam sobie, że organizacja takiego przedsięwzięcia to ogrom czasu, pracy i energii wielu ludzi?

M.: Przygotowania do turnieju trwają około 6 miesięcy, więc zdecydowanie pracy jest sporo… Jest to turniej międzynarodowy, w związku z tym poruszamy wszystkie taneczne kontakty, aby zaprosić jak największą liczbę par. Zależy nam, aby każdy turniej był coraz lepszy, ciekawszy, żeby wszystko przebiegało sprawniej niż poprzednim razem. Akademia Tańca to doświadczony team, więc praca nad tym przedsięwzięciem jest dla nas czystą przyjemnością.

K.: A jak wygląda kwestia sędziowania? Kto odpowiedzialny jest za wybór jury?

M.: Jury wybieram wspólnie z Ireneuszem Sulewskim, właścicielem Akademii Tańca, i oczywiście sędzią głównym tego turnieju. Zdecydowanie przy wyborze sędziów zawsze stawiamy na doświadczenie i profesjonalizm.

K.: A czy zawodowi tancerze mają jakieś szczególne zachcianki, niczym słynące z takich życzeń i humorków gwiazdy Hollywood? W końcu to taneczne gwiazdy najwyższego formatu?

M.: Zdecydowanie nie. Na turniejach i poza nimi panuje bardzo rodzinna atmosfera, dla trenerów to też ogromne wyzwanie poprowadzić swojego ucznia, który tak naprawdę w tej dziedzinie ufa mu bezgranicznie.

K.: Czy turniejowi towarzyszą jeszcze jakieś dodatkowe atrakcje?

M.: Na każdym turnieju gościmy także najlepsze Polskie Pary, które uświetniają go swoimi pokazami! Jest też oczywiście czas na taniec, ale dla gości, czyli wspólna zabawa.

K.: Podobno marzeniem każdego tancerza jest posiadanie własnej szkoły tanecznej?

M.: Tak, jest to prawda… ale z biznesowego punktu widzenia nie jest to takie proste. Do szkoły tańca trzeba podejść jak do każdego innego biznesu, a to dla tancerzy?artystów nie zawsze jest oczywiste… trzeba znaleźć złoty środek na to, aby się tego nauczyć i pogodzić te dwa światy ? artystyczny i biznesowy.

K.: Czy poziom takich turniejów odbiega znacznie od całkowicie profesjonalnie tanecznych potyczek? Czy poziom amatorów startujących w turniejach Pro-Am znacząco różni się od poziomu ich zawodowych partnerów?

M.: Dużym zaskoczeniem może być fakt, że na ten moment nie ma już tak dużych różnic, a to pokazuje, że naprawdę trening, chęci i pasja do tego, co się robi, może zdziałać cuda!

K.: Państwa turniej był nie tylko pierwszy, ale jest też wyjątkowy o tyle, iż goszczą u Państwa tancerze znani w wielu rozrywkowych programów telewizyjnych, między innymi Tomasz Barański czy Żora Korolyov?

M.: Tak, zgadza się. To tancerze rozpoznawalni z programu ?Taniec z gwiazdami?, który dał naprawdę ogromną siłę i pokazał ludziom, że można spełniać swoje marzenia o tańcu. Dlatego tancerze z tego programu bardzo chętnie wspierają nasze turnieje bądź sami biorą w nich udział.

K.: Oby więcej takich inicjatyw znanych szerszej publiczności! Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.

Aleksandra Kałafut: Jak zaczęła się Pani przygoda z tańcem i z turniejami Pro-Am? Gdzie i jak znalazła Pani swojego partnera?

Joanna Wargala: Moja przygoda z tańcem zaczęła się stosunkowo niedawno, a dokładnie 2 lata temu podczas pobytu w USA. Wtedy właśnie splot wielu wydarzeń sprawił, że po powrocie do Polski trafiłam na event, na którym spotkałam swoich znajomych. Przybyli na niego prosto z Turnieju Tańca Pro-Am. Swoimi turniejowymi fryzurami i makijażami wyróżniali się z tłumu. Niedługo później udałam się do Szkoły Tańca Gracja, gdzie zaczęłam ćwiczyć z tancerzem klasy S. To właśnie tam i tak zaczęła się moja taneczna przygoda.

K.: No właśnie, jak to jest z tymi partnerami? Czy zawsze tańczy Pani z tylko jednym partnerem czy się Państwo mieszają?

W.: Ja mam dwóch partnerów tanecznych. Wynika to z faktu, że w mistrzostwach Europy lub świata, a także w przypadku najsłynniejszego Festiwalu Tańca w Blackpool, obowiązuje wymóg tańczenia z profesjonalistą posiadającym licencję WDC. Ponieważ mój pierwszy partner tańczy w kategorii Amator, musiałam szukać wsparcia ze strony innego tancerza ? profesjonalisty z prawdziwego zdarzenia. Na szczęście trafiłam na wspaniałego trenera z ogromnymi sukcesami. Jestem dumna, że mam możliwość tańczenia z Markiem Fiksą, którego w świecie tancerzy nie trzeba przedstawiać.

K.: A czy ma znaczenie w jakim kraju rozgrywane są mistrzostwa? Czy energia danego miejsca udziela się tancerzom? Może w Hiszpanii zdecydowanie lepiej tańczy się pasodoble, a w Brazylii sambę?

W.: W zasadzie nie ma dla mnie znaczenia, w jakim kraju odbywa się turniej. Najważniejszy jest parkiet i energia, którą otrzymujemy od zgromadzonej publiczności. To dla niej tańczymy i jej przychylność staramy się zdobyć. Niemniej, już po zawodach, czas o wiele przyjemniej spędza się w pięknych i słonecznych miejscach.

K.: To znaczy, że jednak wracają Państwo uwagę na publiczność podczas tańca? Nie są to takie emocje i skupienie, że widzą się Państwo z partnerem tylko nawzajem?

W.: Oczywiście. Publiczność stanowi bardzo ważny element naszego występu. Wychodząc na parkiet, staramy się zawsze znaleźć na nim miejsce, które w kierunkach naszej choreografii pozwala nam tańczyć przed jak największą liczbą publiczności. Tak naprawdę najważniejsza jest dla mnie właśnie energia płynąca ze strony osób oglądających nasz taniec.

K.: Czy taki międzynarodowy turniej tańca to rewia mody? Czy istnieje w ogóle coś takiego jak moda taneczna? Czy panują w niej jakieś sezonowe trendy – konkretne fasony sukienek, wybrany kolor albo dodatki?

W.: Oczywiście, że tak. Wszystkie wiodące marki, które specjalizują się w strojach tanecznych prześcigają się w pomysłach, aby parkietowy ?look? wyróżniał ich ambasadorów. Osobiście tańczę w strojach marki RP Atelier. Mam szczęście, że na każdy duży turniej RP przygotowuje ona dla mnie nową stylizację. Niepisaną zasadą jest, że każda para finałowa wychodzi w nowej kreacji na ostatnią rundę zawodów.

K.: Gdy się na Państwa patrzy w tańcu, ma się wrażenie, że są Państwo uosobieniem wdzięku i gracji. Czy bycie tancerką pomaga na co dzień w byciu kobietą z klasą?

W.: Taniec zajął bardzo szczególne miejsce w moim sercu. Rzeczywiście utrzymanie kondycji na poziomie pozwalającym na rywalizowanie z najlepszymi parami na świecie wymaga zaangażowania. Oczywiście płynie z tego tytułu szereg profitów, takich jak sylwetka, umiejętność wykonania makijażu czy też dużo większa otwartość na kolorystkę w stylizacjach dnia codziennego.

K.: Taniec to nie tylko piękne stroje, muzyka i olśniewający entourage turniejów. Taniec to też sport, wymagający ciężkiej pracy i poświęcenia. Udaje się Pani połączyć pasję z innymi aktywnościami? Rodziną, czasem dla siebie?

W.: To prawda, że jest to dla mnie nie lada wyzwanie, ale kiedy mam do czynienia  z prawdziwą pasją to nawet dobę potrafię wydłużyć.

K.: A czy jakiś turniej kosztował Panią wyjątkowo dużo? Musiała się Pani zmierzyć z bólem, lękiem, presją, z własnym ciałem? a może partnerem?

W.: Najbardziej wymagającym wydarzeniem był mój pierwszy turniej w Blackpool. Tak jak już wspomniałam wcześniej, jest to prawdziwy Festiwal Tańca. Wyróżnia go duża ilość tancerzy na światowym poziomie, fakt, że rywalizuje tam ponad 100 par  oraz jest to, że odbywa się w pięknej sali przy akompaniamencie muzyki granej przez najsłynniejszą orkiestrę turniejową na świecie. Było to niebywałym wyzwaniem dla mnie, czyli kobiety, która jeszcze niecały rok wcześniej nie znała żadnego kroku podstawowego. Nieocenione w tej sytuacji było wsparcie ze strony mojej rodziny, męża i przyjaciół. Wróciliśmy z Blackpool ze srebrnym medalem, który zajmuje wyjątkowe miejsce wśród moich trofeów.

K.: Miała Pani taki moment, że była po prostu tym wszystkim zmęczona, że miała Pani kryzys, chciała Pani to wszystko rzucić?

W.: W tańcu, tak jak w życiu, mamy lepsze i gorsze dni, ale na chwilę obecną taniec jest pasją, która daje mi bardzo dużo pozytywnej energii. Zamierzam pozostać w tym pięknym, artystycznym świecie na dłużej.

K.: A czy trudno jest być tancerką z dietetycznego punktu widzenia? Czy odżywia się Pani w jakiś szczególny sposób? Czegoś absolutnie nie wolno Pani kosztować, a coś jest zdecydowanie wskazane?

W.: W moim przypadku taniec jest przede wszystkim pasją, a więc nie podchodzę aż tak rygorystycznie do diety. Oczywiście w trakcie przygotowań do turnieju staram się dbać o to, by moje posiłki były jak najlepiej zbilansowane. Znajduję w niej jednak  miejsce również na drobne przyjemności.

K.: Każdy z tańców ma swój własny charakter, tak jak i każdy tancerz ma swój własny temperament. Czy wszystkie tańce lubi Pani tak samo i z jednaką chęcią je Pani wykonuje, czy są takie tańce, w których czuje się Pani znacznie lepiej albo znacznie gorzej?

W.: Uwielbiam tańczyć wszystkie moje choreografie. Z punktu widzenia mojego temperamentu najbliższe mojemu sercu jest jednak pasodoble i jive.

K.: Czy odkryła Pani coś dzięki tańcowi, co zmieniło Pani życie? Cokolwiek? Może to był widok bezbrzeżnego oceanu w Stanach, ciepły pain du chocolate w Paryżu, a może jakaś emocja, jakaś Pani reakcja, muzyka, osoba, inspiracja?

W.: Od dziecka miałam dużą wrażliwość muzykalną. Skończyłam szkołę muzyczną II stopnia w klasie wiolonczeli i fortepianu. Taniec pozwolił mi na wykorzystanie tej wrażliwości i wyrażenie jej moim ciałem. Oczywiście przede mną jeszcze długa droga, aby uzyskać poziom prezentowany przez najlepszych, ale cudownie jest mieć cele i dążyć do ich realizacji.  

K.: Dawniej damy i dżentelmeni nie rozmawiali o pieniądzach, bo po prostu należeli do tej klasy społecznej, która miała ich mnóstwo. Obecnie nie jest żadnym faux pas rozmawianie o zarobkach, bo to zwyczajnie życiowa sprawa. Tak więc pozwoli Pani, że zapytam, czy z tanecznej pasji da się przyzwoicie żyć? Bez problemu utrzymać rodzinę, nie zamartwiać się kwestiami finansowymi?

W.: Myślę, że na poziomie mistrzów świata i zawodowców taniec zdecydowanie przynosi wymierne profity, które pozwalają na zaspokajanie swoich potrzeb. W przypadku tancerek i tancerzy Pro-Am taniec jest przede wszystkim pasją i każda z nas jest już w określonym i jasno sprecyzowanym miejscu na ścieżce swojej kariery zawodowej.

K.: Dziękuję bardzo za rozmowę.

el-royale-grafika-glowna

Droga do piekła w El Royale

Hotel El Royale znajduje się na granicy stanów Nevada i Kalifornia. Spotykają się w nim: ojciec Flynn – ksiądz, Daniele Sweet – piosenkarka, Emily – zblazowana hipiska, Laramie Sullivan – sprzedawca oraz Miles Miller – dozorca, barman i generalnie człowiek od wszystkiego. Każdy z nich skrywa mroczną tajemnicę, o której nikt nie powinien wiedzieć, jednak w pewną burzową noc wszystko wyjdzie na jaw?

Fot.: http://quentin.pl/2018/10/zle-sie-dzieje-w-el-royale-recenzja.html

Sullivan okazuje się być policjantem działającym pod przykrywką. Ksiądz wcale nie jest księdzem, tylko złodziejem, który po odsiedzeniu wyroku wraca do El Royale po ukryte w podłodze pokoju pieniądze. Jednak, z powodu Alzheimera, nie pamięta, w którym? Zawiera więc układ z Daniele, obiecując jej połowę łupu w zamian za pomoc. W torbie z gotówką znajduje się też taśma, obciążająca bardzo ważną, ale zmarłą osobistość. Miles jest byłym żołnierzem, który walczył w Wietnamie. W dodatku na życzenie szefostwa monitoruje i podsłuchuje gości, zaś nagrania przekazuje zleceniodawcom. Żałuje wszystkiego, co zrobił i chce uzyskać rozgrzeszenie, zanim będzie za późno? Z kolei Emily wyrywa swoją siostrę Rose z rąk sekty, której przewodniczy Billy Lee. I to jego najbardziej powinni bać się goście hotelowi. Mężczyzna udaje się bowiem do El Royale, aby odebrać Rose. I przy okazji rozpętać niezłe pandemonium?

https://www.slashfilm.com/bad-times-at-the-el-royale-release-date/

Film utrzymany jest w style retro ? budki telefoniczne, winyle, szafa grająca. Wydaje się też być wzorowany na klimaty ? la Agatha Christie. Ogląda się go nieco jak przedstawienie teatralne. Przynajmniej takie odnosi się wrażenie przede wszystkim podczas pierwszych scen, lecz także później, kiedy pojawiają się plansze zapowiadające wizje z kolejnych pokoi.

Sama fabuła jest bardzo ciekawa, czasami za bardzo zagmatwana, jednak w wystarczającym stopniu wciągająca. Nie jest to thriller taki, jak ?Siedem? albo ?Gothica?, nie obezwładnia widza i nie każe mu zapomnieć o całym świecie. ?Źle się dzieje w El Royale? jest dosyć specyficzny ? kiedy sądzisz, że w gruncie rzeczy film jest nudny i szkoda na niego czasu, dostajesz cios prosto w twarz. Pełno w nim zaskakujących zwrotów akcji, których nie spodziewa się absolutnie nikt. Nie jest to najlepszy film, jaki obejrzysz w swoim życiu. Ale jest na tyle interesujący, że warto poświęcić mu czas!

Bartosz Mrozowski

Słuszny głos w paskudnej sprawie

Film Wojtka Smarzowskiego był na ustach wszystkich na długo przed swoją kinową premierą, a nawet przed debiutem na Festiwalu w Gdyni. Wzbudzał wiele kontrowersji: od znikającego i pojawiającego się ponownie zwiastunu do negatywnych opinii księdza Sakowicza ?Załuskiego, który w zasadzie rozpętał największą burzę odnośnie tego filmu? Niektóre miasta, na przykład.: Kraśnik albo Ostrołęka zbojkotowały film i tamtejsze kina go nie wyświetlą. O produkcji wypowiedzieli się aktorzy i Andrzej Pągowski ? grafik, który stworzył plakat do filmu. Ale swoją opinię wyrazili również księża, dziennikarze, a nawet Cejrowski. Nie zawsze były one pochlebne? Jednak krytyka i atmosfera skandalu nie zaszkodziły filmowi pod kątem frekwencji ? ?Kler? obejrzało już ponad 2 miliony widzów.

Cóż mogę powiedzieć? Każdy zobaczy w tym filmie to, co zechce zobaczyć. Ktoś zobaczy problem, o którym trzeba mówić, a ktoś inny zobaczy nagonkę na instytucję. Zaznaczmy ? Kościół tworzą ludzie tacy, jak my. Wszyscy dokonujemy jakichś wyborów w życiu ? od takich w stylu: ?Co zjem dziś na śniadanie?? do ?Kim będę w przyszłości? Jaką wybiorę szkołę/studia/ścieżkę kariery??  Księża i zakonnice wybrali stan duchowny. Nie każdy z nich przestrzega chrześcijańskich zasad, to prawda. Ale prawdą jest też, iż część z nich owszem. Nie należy generalizować. Nie każdy student imprezuje i nadużywa alkoholu. Nie każdy Polak jest złodziejem, marudą, pijakiem. Tak samo nie każdy ksiądz jest pedofilem. Nie każdy jest alkoholikiem, łamiącym celibat. Nie każda siostra zakonna pozwala, aby podopieczni w sierocińcu krzywdzili młodszych od siebie. Są tacy, którzy się na to zgadzają, ale są też tacy, którzy się temu sprzeciwiają. Natomiast w  ?Klerze? został przedstawiony jeden model osoby duchownej ? cynicznej, manipulanckiej, dbającej tylko o swoje interesy. Ale został też ukazany problem pedofilii w Kościele i kwestia tuszowania przewin sprawców. A tego chyba nikt się nie spodziewał?

Źródło: www.pap.pl

Każdy, kto oglądał zwiastun, odniósł zapewne wrażenie, że będzie to komedia skupiająca się na pijaństwie i korupcji Kościoła. Nic bardziej mylnego! ?Kler? jest dramatyczną historią o pedofilii i okrucieństwie, jakiego dopuszczają się osoby duchowne wobec dzieci, a także o tym, jak instytucja tuszuje takie sprawy. Jest mocny, poruszający i zdecydowanie nie powinny oglądać go osoby o słabej psychice! Wiele scen zagnieżdża się w głowie widza i nie chce jej opuścić. Dzieło Smarzowskiego ogląda się z zapartym tchem i przeżywanym raz po raz szokiem. ?Kler? jest głosem osób skrzywdzonych przez Kościół, łamiącym tabu i niezwykle potrzebnym!

https://www.youtube.com/watch?v=N9Asxqvr2m8

 

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved