website-logo
Irena Kamińska z córką Dominiką

„Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka” – córka Ireny Kamińskiej o łączącej je więzi

Porywam Dominikę na hotelowy taras, żeby mogła w nieskrępowany sposób odpowiedzieć na być może kilka niewygodnych pytań dotyczących jej relacji z mamą. Dominika ma już na sobie makijaż oraz sukienkę, w której wystąpi na sesji, więc mam wrażenie, jakbym przeniosła się w XVIII/XIX-wieczną przeszłość i rozmawiała z tamtejszą młodą damą. W trakcie naszej rozmowy dołącza Filip, który (o dziwo!) zamiast kręcić się wkoło nas, siada przy Dominice, wtula się w jej ramię i grzecznie słucha. W końcu to też rozmowa trochę o nim.

Aleksandra: Masz całkiem różnych synów!

Dominika: To całkowite przeciwieństwa, co już na pierwszy rzut można dostrzec. Nie tylko fizyczne, ale także pod względem temperamentu czy nawet kulinarnie – jeden lubi tylko mięso, drugi najchętniej mięsa nigdy by nie tknął…

A mają jakieś ewidentne cechy po babci?

Tak, ale też pod innym względem. Filip na pewno ma po mojej mamie kości policzkowe! Dostały mu się w drugim pokoleniu, bo ja niestety takich nie mam. Na pewno energię, tę życiową, też ma po niej. Tomek dostał jej nieco mniej, ale za to po babci potrafi się zastanowić. Bo o mamie zwykle mówi się, że jest dobrym rodzicem, babcią, specjalistą (co oczywiście jest prawdą), ale rzadziej wspomina się o jej poukładaniu. A jest niesamowicie poukładaną osobą. Rzadko coś dzieje się w jej życiu bez planu. Spontaniczność owszem, ale jak dzieje się w trakcie zaplanowanego przez nią czasu. I Tomek też taki jest – raczej najpierw sobie przemyśli, dopiero potem zrobi. Tę cechę nie tylko się dziedziczy, ale rozwija, a mama swoje poukładanie rozwinęła genialnie!

Świadczy o tym choćby jedna z licznych prozaicznych sytuacji, jakie pamiętam z dzieciństwa. Miałyśmy kotkę, która miała na imię Tili. I mama w pewnym momencie stwierdziła, że przyszedł odpowiedni dla niej czas, by poddać ją zabiegowi sterylizacji. Ale okazało się (nie wiem, czy ta opinia wciąż jest aktualna), że żeby przeprowadzić taki zabieg, to kotka powinna mieć najpierw przynajmniej raz małe kotki. Więc moja mama naprawdę zabrała się do tego konkretnie: zanim w ogóle umówiła się na zabieg, dowiedziała się, ile taka kotka może mieć kociąt w jednym miocie. Okazało się, że między cztery a pięć. Zanim doszło do konkretów, mama zrobiła wywiad środowiskowy i znalazła pięciu chętnych na te kocięta. Dopiero jak wiedziała, że ktoś na pewno się nimi zaopiekuje, zaprowadziła kotkę do kocura. Faktycznie urodziło się pięcioro kociąt i każde znalazło nowy dom. Także widzisz, że mama wszystko planuje. I tego wciąż się od niej uczę, bo ja tego nie odziedziczyłam.

Jesteś inna, różna od mamy?

Jestem. Wydaje mi się, że tak.

A co Was przede wszystkim różni?

To, o czym już wspomniałam – mama to jest plan, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu. A u mnie wszystko rodzi się w bólu i chaosie. 

Maja Kupidura Fotografia

Czyli zawodowe pójście w ślady mamy nie było zaplanowane?

Nie. Tak się poskładało. Ale jestem zadowolona, że tak wyszło, bo dobrze mi z tym, dobrze nam się współpracuje. Być może jest to związane z tym, że odziedziczyłam po mamie pewne upodobanie do przekazywania wiedzy. To akurat mamy wspólne. I widzę tę umiejętność też u moich synów. Obaj chodzą do szkoły muzycznej i Tomek pomaga bratu przygotowywać się do przedmiotu, który nazywa się kształcenie słuchu. To bardzo ważny i trudny przedmiot. Ja nie jestem muzykiem, więc mam z tego typu sprawami mały problem, ale Tomek świetnie sobie radzi, a Filip potrafi go cierpliwie słuchać. I o dziwo w tym przypadku relacja brat-brat nie przeszkadza. Parę dni temu z kolei widziałam Filipa uczącego młodszego kolegę strzelania z łuku: „To się nazywa cięciwa”, „To się robi tak a tak”, „A tu troszeczkę napnij” – ustawiał postawę kolegi, cierpliwie dawał mu wskazówki, nie denerwował się, że mu coś nie wychodzi.

Siedzący przy mamie Filip zdecydowanie ożywia się na samo wspomnienie strzelania.

Filip: Jeszcze na tamtym obozie, o którym Ci wcześniej opowiadałem, strzelaliśmy z łuku. Trafiłem w trójkę, a potem trzy razy w jedynkę. Strzelaliśmy też z broni krótkiej i trafiłem w ósemkę, a ze snajperki chyba miałem trzydzieści dziewięć punktów.

A spotkałaś się z zarzutem, że robisz karierę trochę dzięki mamie?

Nie, szczerze powiedziawszy nie. Może dlatego że… nie jestem tak eksponowana w mediach jak ona. Jestem trenerem, to jest moje główne zajęcia i raczej nie jestem kojarzona z moją mamą. Poza tym swoją karierę trenerską zaczęłam na dużo, dużo wcześniej niż zaczął się medialny szum wokół mamy. Więc nie. A nawet jeżeli bym się spotkała z takim zarzutem, to nie brałabym tego do siebie, bo tak po prostu nie jest. Najpierw zajęłyśmy się szkoleniami i razem pracowałyśmy, a dopiero później był na przykład „Projekt Lady”.

A dobrze Ci się z mamą pracuje?

Tak.

Nie masz poczucia, że za dużo tego, bo macie intensywny kontakt w pracy plus bardzo bliskie relacje rodzinne? Czasem chyba dobrze od rodziców odpocząć

Nie powiem, było może parę razy w życiu takich myśli, że jak szefowa jest spoza rodziny, to przynajmniej jest sobota i niedziela dla siebie. A z mamą niekoniecznie. Ale nie, nie zamieniłabym się ani na moment z nikim innym ani nie wymieniłabym szefowej.

A byłaś wychowywana w domu tak jak mama wychowuje dziewczyny w „Projekcie Lady”: „Siedź prosto!”, „Nie garb się!”? Twoje chłopaki wspomniały, że odbierają babcie na co dzień zupełnie inaczej niż w sposób, który kreowany jest w mediach. Masz podobnie czy jednak dla córki mama Irena jest bardziej surowa?

Oczywiście, że w dzieciństwie mama zwracała mi uwagę! I ja się z tego bardzo cieszę! Jeżeli ktoś się spodziewa, że moje dzieciństwo było jakieś traumatyczne, że niczego mi nie było wolno, że miałam talerze pod łokciami – to nie! (śmiech) Tych talerzy czy kartek nawet nie trzeba stosować, bo jeżeli prawidłowa postawa jest pilnowana od małego dziecka, to naturalnie młody człowiek zachowuje postawę wyprostowaną. Także mama zwracała uwagę, ale oprócz tego potrafiłyśmy się też przewracać na ziemię i ze śmiechu trzymać za brzuchy, więc moje dzieciństwo było zdecydowanie normalnie.

Maja Kupidura Fotografia

A istnieje takie pytanie, które byś się bała mamie zadać? Bałabyś się otrzymać na nie odpowiedź…

Hm, bardzo ciekawe i trudne pytanie. Nie wiem, czy wymyślę tak od razu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka. Jesteśmy przyjaciółkami, ale nie tylko. I nie chciałabym, żeby było inaczej. Jesteśmy blisko, ale jednak to nie jest relacja koleżeńska i dlatego uważam, że niektóre rzeczy powinny zostać… niewypowiedziane. To nie jest tak, że chciałabym z mamą porozmawiać o wszystkim. Myślę, że mogłabym, ale… nie.

Może to też jest trochę różnica, a trochę podobieństwo w Waszym podejściu do wychowania, bo Twoi synowie bardzo podkreślali, że są z Tobą blisko, że jesteś, że dużo rozmawiacie, ale że masz więcej luzu niż babcia.

Tak? O! To się bardzo cieszę, że tak mówili!

I że mama jest nie tylko mamą, ale też koleżanką, że Cię nie tylko kochają, ale też lubią.

Ojeeeeej! Jak pięknie! Jak mi miło! Chłopaki mają chyba faktycznie więcej luzu ze mną niż z babcią i niż ja miałam z mamą, ale może wcześniej źle sformułowałam jedną rzecz. Bo ja też moją mamę lubię (śmiech). I mamy fajną relację. To jest tak, że ja się naprawdę cieszę jak przyjeżdżamy do siebie. Szczególnie jak jesteśmy same, bo wtedy możemy sobie poplotkować o wszystkim i o niczym, i o kosmetykach, i o ubraniach… To są takie tematy, na które ja z chłopakami nie porozmawiam. Ani z mężem. Bo ich to nie interesuje. Dlatego cieszę się, że mam od tego mamę. Mamę, która zawsze była we mnie wsłuchana. Wydaje mi się, że jako dziecko mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem. I do tej pory czuję takie wsparcie. To, że zdarzają się takie tematy, o których nie rozmawiamy… to normalne. Cały czas czuję, że jakby mi się świat walił, to naprawdę mam się do kogo zwrócić po ratunek.

Czyli masz przed mamą jakąś tajemnicę? Nastoletnią miłość albo rozbity wazon jak miałaś pięć lat…

A to pewnie, że tak! I dalej nic nie powiem! Pewnie, że mam przed mamą trochę tajemnic.

Maja Kupidura Fotografia

A czy mama przypomina Ci babcię?

Tak. I tak, i nie. Wydaje mi się, że moja mama wiele cech dostała po swoim ojcu. Nigdy go co prawda nie poznałam, bo zginął w młodym wieku. Mama miała wtedy 11 lat. Sądzę tak przez opowiadania. Mama bardzo dużo o dziadku opowiadała, z resztą babcia też, więc widzę takie podobieństwa córki do ojca. Ale po babci mama też ma oczywiście kilka rzeczy! Na przykład obie lubią mówić. Mama wykorzystuje to w pracy na co dzień. A jak idę do babci, to po prostu nastawiam się na słuchanie.  Oj tak, obie lubią sobie porozmawiać.

Czyli Ty jesteś od słuchania.

Lubię słuchać. Ale czy ja wiem, czy bardziej jestem od słuchania. Czasami też muszę się stopować i gryźć w język.

Zmieniłabyś coś w mamie?

Jeszcze parę lat temu odpowiedziałabym bez wahania: przepraszanie.

Nigdy nie odpuściła? Zawsze musiała mieć ostatnie słowo?

Mama jest zasadnicza. Myślę, że jest to cecha, którą można dostrzec nawet przy pobieżnym zapoznaniu. Ma bardzo mocny kręgosłup moralny i hierarchię wartości nie do ruszenia. Więc jeśli te najważniejsze życiowe wartości poddawane są pod dyskusję, to w jej przypadku nie ma mowy o kompromisie. I to jest jej siła. To jest bardzo ważne, aby rodzic pełnił funkcję guru. Powinien wsłuchać się w dzieci, ale i mieć ostatnie słowo. Natomiast ja miałam dość buntowniczą naturę i czasem mnie to uciskało. Bardzo chciałam od niej usłyszeć słowa: „Przepraszam, może faktycznie miałaś trochę racji”. Dlatego świadomie postanowiłam z moimi dziećmi postępować inaczej. Ja moje dzieci przepraszam i to często… na co jakiś czas temu chłopaki zareagowały niezwykle zaskakująco.

Pewnego razu Filip coś przeskrobał, usłyszał kilka słów ode mnie, po czym wysłałam go do jego pokoju, żeby przemyślał swoje zachowanie. Chwilę później podchodzi do mnie Tomek i mówi: „Mamo, bo ja wiem, że Ty za chwilę pójdziesz przepraszać Filipa. Nie rób tego”. Bardzo się zdziwiłam i pytam Tomka, dlaczego mam tego nie robić. „Bo miałaś rację”. Zapytałam go też wtedy, co sobie myślał, jak przychodziłam go przepraszać i zdziwił mnie jeszcze bardziej, bo usłyszałam: „Że na to zasłużyłem. I że niepotrzebnie mnie przepraszasz”. Podsumowując, nawet w tej małej rzeczy, przekonałam się, że racja była po stronie mojej mamy 😊

A wspomniałaś o swoim okresie buntu…

Yhym, miałam. Taki ze spóźnionym zapłonem, można powiedzieć. Po liceum.

Oddaliłyście się wtedy trochę z mamą?

Tak, też tak było. Przenośnie i dosłownie. Mama wtedy dużo w Stanach była, ja byłam w Polsce, także dość duży dystans fizyczny i emocjonalny. To był trudny moment.

Czasami mówi się, że matka z córką zaczynają się dogadywać dopiero jak zaczną mieszkać osobno. U Was też tak było?

Może i u nas było podobnie. Nie wiem. Myśmy się zawsze lubiły, bo zanim właśnie te hormony, ten bunt, dojrzewanie, to było świetnie. A potem faktycznie może i było to dla nas dobre. Teraz mieszkamy 300 km od siebie i chciałoby się bliżej. Chociaż już się do tego przyzwyczaiłyśmy, a chłopaki dzięki miejscu zamieszkania babci doświadczają wielu rozrywek w stolicy.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 27 sierpnia.

Wciąż niezmiennie jesteśmy wdzięczne całej ekipie, która spisała się cudnie przy: fotografii – Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzurach – Beauty by Rockagirl, makijażu – Karolina Dobranowska (Glambymom).

sesja pokoleniowa z Ireną Kamińską-Radomską

„Potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami do żywego” – Irena Kamińska-Radomska, jakiej jeszcze nie znacie, w wywiadzie specjalnie dla kobietazklasa.pl

Pomysł na nietypowy wywiad z surową jurorką „Projektu Lady” dojrzewał w głowie naszej redaktor naczelnej już od dłuższego czasu, ale efekt przeszedł najśmielsze redakcyjne oczekiwania! Irena Kamińska-Radomska nie tylko opowiedziała o nieznanych dotąd momentach swojego życia, ale wzięła udział w rodzinnej, pokoleniowej sesji zdjęciowej.

Na całą rodzinę czekam w podkrakowskim hotelu, niedaleko uroczego dworku w Mogilanach. Piękny, lipcowy poranek już zapowiada upalne południe. Wszyscy jesteśmy umówieni na miejscu o godzinie 9.00. Do największego hotelowego pokoju (żebyśmy się pomieścili) tuż przez wyznaczoną godziną wpadają nie tylko panie makijażystka i fryzjerka, ale zespół fotografów i redaktor naczelna z naszymi gośćmi – ambasadorką portalu Ireną Kamińską-Radomską, jej mamą Heleną, córką Dominiką oraz dwoma wnukami, starszym Tomkiem i młodszym Filipem.

Robi się jeden wielki harmider, wszyscy rozkładają się z rzeczami, przygotowują do sesji. Irena najpierw upomina swojego najstarszego wnuka, że powinien przepuścić wszystkie kobiety w drzwiach; potem śmieje się, że nie powinna tego robić przy wszystkich, a jedynie zwrócić dyskretnie uwagę na osobności. Pani Helena siada z boku dużej kanapy, w dłoni trzymając jakąś książkę. Podchodzę się przywitać i podpytać cóż to za tytuł. Okazuje się, że „Jesteś najlepszą mamą na świecie” Isabelle Laurent. Na samym początku wydaje mi się, że w takim tonie Panie będą o sobie opowiadać, jako o najlepszych babciach, mamach, córkach. Ale okazuje się, że jednak nie. Ich rodzina to prawdziwa rodzina z krwi i kości…

Irena Kamińska-Radomska: Ostatnio odpowiadałam na pytania czytelników i było o babciach. Że babcie mimo zakazu rodziców rozpieszczają dzieci. W swoim artykule napisałam, że to dobrze! Że babcie to lubią i od tego są! Choć nie powinnam była tak napisać! Sama jestem tą gorszą babcią, bo nie rozpieszczam.

Dominika, córka Ireny, gdzieś w tle: Jaką babcia będzie mieć fryzurę!

Joanna, redaktor naczelna kobietazklasa.pl: Ale są babcie, które nie rozumieją, że dziecku słodycze naprawdę mogą szkodzić. Moja przyjaciółka ma takie małe utrapienie ze swoją mamą. Bo sama nie karmi dziecka drożdżówkami, po prostu nie dla drożdżówek i tyle, ale na co dzień córką opiekuje się babcia. I opowiadała mi ostatnio, że córka ciągnie ją do jednej z piekarni; wchodzą, a tam pani ekspedientka: “O cześć, Milenko, drożdżóweczka?” “Jaka drożdżóweczka?” “No, przecież Milenka to codziennie jest z babcią po drożdżówkę!”.

Irena: Ale to jeszcze lepiej jak się zasiada w jakiejś restauracji, a kelner podchodzi i pyta: “Tak jak ostatnio dwie seteczki?” Albo jeszcze gorzej “Dwie setki czystej tak jak zwykle”! (śmiech)

Aleksandra, zastępca redaktor naczelnej: Skoro już mówimy o podobieństwach i różnicach między babciami, to podpytam o podobieństwa i różnice między Wami w ogóle, bo przecież więzy krwi nie zawsze sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni… Jak rozmawiałam wcześniej z Dominiką to trochę wyszło, że jesteście na przykład nieco innymi matkami…

Irena: Ludzie mówią, że bardzo!

Aleksandra: Ale co bardzo? Że jesteście podobne? Ty z Dominiką?

Irena: Tak. Do tego stopnia, że mamy te same gesty. Na przykład jak idziemy ulicą i sobie gadamy, to ja tak trzymam ręce. I Dominika identycznie. Po prostu identycznie! Zawsze gubimy pilota na szkoleniach i prezentacjach, to jest genetyczne! (śmiech) Ale Dominika jest podobna do ojca. I całe szczęście!

Joanna: Ale z charakteru?

Irena: Nie, z charakteru pozbierała wszystko co najgorsze!

Aleksandra: Dominika, słyszysz? Mama mówi, że pozbierałaś z charakteru wszystkie najgorsze rodzinne cechy!

Dominika szczerze się zaśmiewa: Nieeeee! Nie uważam tak.

Irena: Yhym, od mamy i taty. Nie no, żartuję oczywiście. 

Aleksandra: To w czym się różnicie?

Irena: Jak my się różnimy pod względem charakteru?

Maja Kupidura Fotografia

Dominika: Filip, chcesz jakieś książki?

Bo babcia Helena jest czesana, Dominika się przebiera, Irena akurat w przerwie między sesjami, a chłopaki grzecznie siedzą na kanapie. Zostali już przeze mnie wcześniej wymaglowani i teraz grzecznie czekają na wspólną sesję, więc ich mama oczywiście dba, żeby najmłodszy się nie nudził przy pogawędce samych Pań;)

Irena: Ja jestem niesamowicie konsekwentna, a Dominika nie. To jest zasadnicza różnica między nami.

Aleksandra: Ona powiedziała dokładnie to samo.

Irena: Tak? No widzisz. Pamiętam nawet taką sytuację, jak Tomek był jeszcze mały. Dzieci intuicyjnie wyczuwają konsekwencję, nawet bardzo małe dzieci. Tomek miał Komunię i dostał różne prezenty. Widziałam, że nie do końca był z nich zadowolony, więc go zapytałam, czy ma jakieś marzenie, czego by tak naprawdę chciał? A lubił autka i zawsze chciał żółtą taksówkę. Ale nie byle jaką!

Poprosiłam zatem kolegę ze Stanów, Willa Richardsona, który akurat wracał tam na chwilę, żeby kupił żółtą taksówkę. Tylko że on akurat leciał do Waszyngtonu i mówił mi potem, że naprawdę szukał; nie, że zapomniał, tylko naprawdę szukał, ale w Waszyngtonie nie ma żółtych taksówek, bo one są oczywiście nowojorskie. Więc mówię do Tomka: “Tomek, pojedziemy do Nowego Jorku”. Już miałam kupione loty, hotel, wszystko i… niestety złamałam nogę. I to tak niefortunnie. Tomek przychodzi do mnie w odwiedziny z rodzinką, a tu noga na szynie. Ja załamana, że nie polecimy, a Tomek na to: “Ja wiem, babciu, że i tak polecimy!”. Było coś takiego, nie?

Tomek: Może i było. (śmiech)

Aleksandra: A przywiozłeś sobie, Tomku, tę taksówkę?

Tomek krzyczy do mnie z drugiego końca pokoju, próbując przekrzyczeć suszarkę: Tak, trzy!

Irena: Jedna jest u mnie w Warszawie. A jeszcze było tak, że jak wsiadaliśmy do taksówki na lotnisku, no to wiadomo jak to wygląda: ogonek ludzi, ale też taksówki podjeżdżają jedna za drugą. I tak stoimy… aaa, a to jest ważne, bo ja tego nie powiedziałam, że to nie miała być byle jaka taksówka, tylko właśnie Crown Victoria…

Tomek; Oczywiście, że Ford klasyczny!

Irena: No, właśnie! I tak sobie stoimy i ja liczę, ile jest osób w kolejce i czy nam wypadnie ta Crown Victoria. I się okazuje, że nie! Więc mówię do Tomka, że nie ma problemu, żeby się nie martwił, bo poproszę tego pana, który stoi przed nami, na którego wypadała ta nasza wymarzona taksówka, żeby nas przepuścił. Ale Tomek powiedział, że nie, że to głupio, więc wsiedliśmy do innego samochodu. Za to nazajutrz poprosiłam boya hotelowego, żeby nam złapał Crown Victorię. Do dziś mam zdjęcie miny Tomka jak do niej wsiadamy! Dla samej miny warto było lecieć tak daleko.

Dominika; Tak, to prawda, Ty zawsze potrafiłaś spełniać marzenia.

Irena: Oj, dzięki!

Robi się jeszcze większe zamieszanie, w międzyczasie rozmowy prababcia i wnuczka zamieniły się miejscami – teraz Dominika jest czesana, a prababci robiony jest delikatny makijaż. Gdzieś zza pleców słyszę jak Irena woła do Dominiki: “Iśka, gdzie dałaś rajstopy?”

Aleksandra: Iśka?

Dominika, zwracając się do Ireny i do mnie: Chyba jesteś ostatnią osobą, która tak do mnie mówi. Jak byłam mała i ktoś mnie pytał jak mam na imię, to zawsze tak odpowiadałam: Iśka-Dominiśka.

Irena: To dlatego, że Dominika mówiła tylko dwie ostatnie sylaby. Bardzo szybko zaczęła mówić, natomiast jak miała roczek, to wypowiadała tylko dwie ostatnie sylaby. Potem oczywiście miała już bardzo rozbudowane słownictwo.

Aleksandra: I mówisz, że mama jest ostatnią osobą, która tak do Ciebie mówi?

Irena: Ale to tylko jak jesteśmy w dobrych stosunkach!

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A kłócicie się?

Dominika: Eee, nieee…

Irena: My rozwiązujemy konflikty. (śmiech)

Joanna: W końcu dama się nie kłóci! (Nawiązanie do artykułu, który Irena napisała do nas kilka miesięcy temu)

Dominika: Ale myśląc nie tylko o mojej relacji z mamą – mamy to niesamowite szczęście, że my się rodzinnie chyba mało kłócimy. Ja się ani z mężem nie kłócę, ani z jego rodzicami. Być może dużo w tym mojej natury, po prostu nie lubię się kłócić.

Aleksandra: A chłopaki? 

Dominika: Między sobą oczywiście, że się kłócą. Ja się trochę bałam, każda matka boi się chwili, kiedy przy jedynaku pojawia się brat. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko dalej się potoczy. Ale Tomek był od początku bardzo dobrym bratem, nigdy się nie bałam, że mógłby zrobić krzywdę młodszemu dziecku. Mogłam być spokojna. A teraz to tak, jasne, że sobie dokuczają.

Irena: Nie, tak myślę sobie, że teraz się nie kłócimy. Były czasy trzaskania drzwiami aż tynki pękały; dziury w ścianach…

Aleksandra: Podpytywałam o to Dominikę, bo w jednym z wywiadów wspomniałaś chyba kiedyś, że Twoja córka miała dość intensywny okres buntu?

Irena: Nie! To ja miałam. Ale ona też miała!

Aleksandra: To też jest dziedziczne;)

Dominika: Ciekawe, jak będzie z chłopakami. Tomek będzie stoikiem, ale Filip ma mój charakter. Niestety!

Irena: Yhym! Ale ja to tak, wrzaski takie, że ho ho!

Aleksandra: Ale jak to tak, to przecież wbrew etykiecie!

Irena: Ale ja się nią zajmuję dopiero od dwudziestu lat!

Joanna: Myślę sobie, że to jest pytanie, na które ostatnio nie zareagowałaś w tym wywiadzie youtube’owym, a wszyscy właśnie w tym momencie czekali na odpowiedź na pytanie: “Jak się buntowałaś?”

Dominika: Ty chyba nie byłaś od rzucania, coś nie wydaje mi się.

Irena: Nie, ja niczym nie rzucałam. (do Dominiki) Jak Ty mnie znasz dobrze! Ja potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami tak, że do żywego…

Dominika: To takiej Cię nie pamiętam…

Irena: To bardziej mama będzie pamiętać. Bo ja się zmieniłam! Ja się generalnie bardzo, bardzo zmieniłam.

Dominika: Ja też się zmieniłam. I też bardzo. Nabyłam cierpliwości, mam teraz niesamowitą cierpliwość w porównaniu z tym, co było kiedyś. I opanowanie!

Irena: Jak kiedyś z Markiem, moim mężem, i Dominiką jako świeżo upieczonym kierowcą jechaliśmy do Krakowa, to Marek non stop upominał: “Tu przyspiesz! Tego wyprzedź!”. A Dominika na to: “Nie, pojadę tempem takim, jakim ja chcę”. 

Dominika: A piętnaście lat wcześniej bym się popłakała, jakby mi ktoś co chwilę taką uwagę wtrącał. Popłakałabym się z nerwów.

Irena: A Marek co chwilę coś wtrącał!

Dominika: Dlatego nie jeździsz samochodem.

Irena: Yhym! A Dominika na spokojnie, że nie, pojedzie swoją prędkością i super! Bardzo mi się to wtedy spodobało.

Aleksandra: Zanim mi uciekniesz na przerwę, Ireno, to jeszcze Cię dopytam, bo powiedziałaś, że potrafiłaś skrzywdzić słowami. To takie wredne jest…

Irena: Bolesne przede wszystkim! Tak, jak miałam kilkanaście lat…

Aleksandra: To byłaś trochę niedobrym dzieckiem!

Irena: Panną już. Ja jako dziecko byłam cudowna. Przecież ja wychowywałam Jasia, mojego brata. Byłam naprawdę dobrym dzieckiem. Dopiero okres dojrzewania był straszny.

Prababcia Helena: Pamiętam, jak Jasiu przychodził do Ciebie po pieniądze na kwiaty. Bo poznał wtedy dziewczynę, okazało się, że przyszłą żonę. I Irena zawsze mu je dawała.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Nie, to było tak, że ja miałam 2-go maja urodziny, a jego dziewczyna miała 13-go. I ja zawsze dostawałam coś fajnego na prezent, a on przychodził do mnie, czy może to wziąć i dać dziewczynie.

Dominika: Ale to jest właśnie to, że Ty byś swoim, ludziom, których kochasz, ostatnią koszulę oddała.

Połowa ekipy zbiera się do wyjścia na sesję. Wokół same kobiety, którym rodzicielstwo nie jest obcą sprawą, a więc toczy się rozmowa o własnych dzieciach, kładzeniu do łóżka, itd. Korzystam z okazji, że Dominika siedzi uziemiona na krześle, bo dopiero pół fryzury na głowie.

Aleksandra: A Ciebie mama też dużo przytulała?

Dominika: Pewnie! I też długo zasypiałaś ze mną, tak mi się wydaje.

Irena: Tak! Podwójnie długo, bo…

Dominika: Bo jak się przeprowadziłyśmy z bloków do większego mieszkania…

Irena: …to miałaś przynajmniej z dziesięć lat.

Dominika: Nie, z dziesięć nie, może dziewięć, ale też tam jeszcze przy mnie zasypiałaś. Zresztą Filip zaraz będzie miał dziewięć lat i co, też jeszcze dalej trochę wszystko z mamusią.

Znowu mały misz-masz, Dominika zagląda do chłopaków, Irena z Joanną uciekają na kolejną odsłonę sesji, a ja zagaduję seniorkę rodu, którą pani makijażystka właśnie kończy malować. Irena jeszcze podbiega, wołając do makijażystki: “Karolina, zobacz, czy dobrze usta zrobiłam, bo sobie troszkę poprawiłam”. Gdzieś z głębi dobiega mnie rozmowa Dominiki z chłopakami, czy by czegoś nie zjedli. “Dobry kolor, pani wybrała.” “Aaa, bo zmieszałam dwa. Ja zawsze łącze pudry, lakiery, nigdy nie mam takiego prostego ze sklepu, zawsze mam troszkę inne, bo zawsze mieszam dwa. Ciuchy też zwykle przerabiam, bo coś mi się nie podoba.” I Irena znika za rogiem.

Aleksandra: Jaka była mała Irenka?

Prababcia Helena: A więc, proszę Pani, śliczna. Naprawdę była piękna. I ta uroda jej oczywiście została. Nie lubiła, nie bawiła się lalkami. Ciągle chciała jakieś zwierzątko.

Aleksandra: To nie wiem, czy ktoś tu po babci czegoś takiego nie odziedziczył! (zerkam w stronę Filipa)

Dominika: O, to ja Wam dopowiem, bo właśnie mama mi opowiadała, że jako dziecko nie bała się żadnych pająków, że potrafiła jakieś dżdżownice wyciągać z ziemi, żadnych oporów nie miała… Jakieś dzikie koty głaskała… Z Filipem jest dokładnie to samo. Nie pozwolił mi posprzątać ostatnio w domu pajęczej sieci i dokarmiał pająka komarami i muchami.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A Irenka była grzecznym dzieckiem? Czy małym buntownikiem?

Prababcia Helena: Była grzeczna. I zawsze z tymi zwierzętami! Miała świnkę morską i myszki. Jak mąż jeszcze żył, to wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Przed jednymi z wakacji Irena jakiś czas wcześniej poprosiła kuzyna o dwie myszki. I niestety przyniósł parkę. Tak się te myszki rozmnożyły, że było ich chyba z czterdzieści. Mówię do córki, że „wiesz co, no nie zabierzemy tych wszystkich myszek na wakacje, weź je do koszyczka i zanieś do parku, może tam będą dzieci i rozdaj im”. I z ciężkim sercem, ale rozdała. Później jak była starsza miała drugą świnkę morską, która niestety zachorowała. Więc też jej powiedziałam, żeby ją wzięła do koszyczka i zaniosła do weterynarza. Weterynarz niestety okazał się bardzo brutalny i powiedział Irenie, że zwierzątko już prawie nie żyje. I ona się tak przejęła, przyszła cała zapłakana…

Co jeszcze? W przedszkolu brała udział w różnych teatrzykach, wystąpieniach; już wtedy widać było, że ona ma taki artystyczny talent. Później jak chodziła do szkoły podstawowej, to nauczycielki powiedziały mi, żeby ją koniecznie zapisać do szkoły aktorskiej. Jak miała 14 lat, to odbywał się casting do filmu “Ptaki ptakom”. Do tego filmu przesłuchano chyba z czterysta dzieci. Irena wygrała ten casting i zagrała w filmie. “Ptaki ptakom” to taka historyczna sprawa, tam była scena w parku Kościuszki. A ja Pani tak ręką wskazuję, jakbym była w Katowicach! (śmiech)

Mój mąż bardzo uczył dzieci rywalizacji. Ponieważ grał jako piłkarz w Polonii Bytom, wprowadził dzieci w świat sportu, między innymi na korty tenisowe w Bytomiu. I właśnie przywiozłam Pani jeden z pucharów Ireny. Pokazać?

Aleksandra: Oczywiście!

Przez najbliższe minuty oglądamy pamiątki przywiezione z domowego zacisza. Irena wpada się przebrać i na moment dołącza się do rozmowy:

To jest moje? Ale numer! Ale żeś się mamo przygotowała!

Prababcia Helena: No! Chciałam Cię zaskoczyć! 

Aleksandra: Faktycznie tata Was uczył rywalizacji?

Irena: Strasznie! Oboje jesteśmy waleczni z bratem i… to nie był dobry pomysł. (śmiech)

Aleksandra: Czemu? Rywalizacja z kortu przełożyła się na rywalizację w życiu?

Irena: Nieeeee, to nie tak, nic z tych rzeczy, że komu lepiej się w życiu powiodło. Tylko po sportowemu, jakieś biegi, gry. No i w ogóle zabijaliśmy się z bratem. Biliśmy się potwornie! Ale mamo, ja w tenisie byłam słaba! Beznadziejna!

Prababcia Helena: Ależ dlaczego?

Irena: Oczywiście! W ogóle nie umiałam grać. To znaczy ja ładnie grałam, ale w ogóle nie umiałam wygrywać. 

Prababcia Helena: To z jakiej racji dostałaś puchary?

Irena: Oj tam, nie wiem. Widocznie mało startujących było. (oczko w moją stronę)

Aleksandra: Co to niby znaczy, że nie umiałaś wygrywać?

Irena: Bo ja sobie grałam ot tak, komuś na rakietę, żeby pograć, nie wygrać. A to już zupełnie inna dyscyplina sportu, jak mówił mój pierwszy mąż.

Mama Ireny cały czas pokazuje mi puchary i przytacza wygrane tenisowe córki. Puchar, który dostaję do ręki wcale nie jest sprzed tak dawna. 

Irena: No tak, bo ja całe życie grałam, od jedenastego roku życia.

Prababcia Helena: Jedenaście lat… jak zginął mój mąż to Irena miała jedenaście lat. Strasznie to przeżyła, miała traumę. Szczególnie z jednego powodu. Napisała do ojca wcześniej list, bo wyjechał służbowo do Włoch. Był z zawodu inżynierem, skończył Politechnikę Gliwicką i pracował później w dziale kontroli w takich zakładach. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Też miał ciężkie życie. Jak miał cztery lata stracił ojca, później mamę. Oni mieszkali z Żytomierzu, czyli na Ukrainie. Wiadomo, jakie to były lata, jaki to był ustrój. Ale on nigdy nie przyjął tej czerwonej kartki zbrodniczej ideologii, więc musiał się wykazywać tylko swoimi talentami, żeby awansować w pracy. 

Ale wracając do Włoch… Dowiedziałam się o adres miejsca, do którego męża wysłali i Irena napisała list. Proszę sobie wyobrazić, że był źle zaadresowany. I dotarł aż do Johannesburga, czyli do Afryki, ale wrócił. Więc Irena się zorientowała, że ojciec nie zdążył przed śmiercią przeczytać jej listu. To było straszne…

A w szkole z góry na dół same piątki. Jak wyszłam za mąż, to zamieszkałam u męża, a mąż mieszkał z babcią i z ciocią. I Irena była bardzo przez nie lubiana. W ogóle w szkole była lubiana. Przez nauczycieli także, bo była grzeczna, zawsze taka dobrze ułożona. Jest takie powiedzenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To dla niej było tak samo! Nic nie było niemożliwe. Mam siostrę bliźniaczkę, która swego czasu bardzo przytyła. A Irena do niej: “Przytyłaś, to schudnij!”. Proste. (śmiech)

Aleksandra: A takie bycie twardą dziewczyną to od początku jej charakter czy trochę ją Państwo do tego przyuczali?

Prababcia Helena: Dobre pytanie! Śmierć ojca spowodowała, że Irena wiedziała, czuła, że musi się trochę sama wychować. Miała dwóch braci, zresztą nadal przecież ma, i starała się być twarda. Żeby nikt się nad nią nie rozczulał. Żeby nikt nie pomyślał, że jako dziewczynka ma do rozczulania większe prawo…

A jeszcze sobie przypomniałam, że często nauczyciele wysyłali ją na konkursy recytatorskie. Do dnia dzisiejszego mam te wszystkie wiersze, których ona musiała się nauczyć na pamięć.

Ja sobie nie raz żartuję, że jak ktoś razem z nią by się urodził w tym samym czasie, to by potrzebował dodatkowych 50 lat, żeby zrobić wszystko to, co ona zrobiła. Ma bardzo silny charakter. A dla ludzi z silnym charakterem istnieje wiele różnych pokus. Ale Irena potrafi sobie czegoś odmówić. Nie raz tak było, że “Aha, tego i tego muszę sobie odmówić, bo jutro mam to i to do zrobienia”.

Moja córka jest bardzo hojnym człowiekiem, który lubi obdarowywać ludzi. Ale lubi też otrzymywać! (śmiech) Można powiedzieć, że naprawdę jest wzorem do naśladowania. Jestem z niej bardzo dumna. Kiedyś było coś takiego jak adopcja serca i też w niej uczestniczyła. Wysyłała chłopakowi do Rwandy różne dary.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Jaka Dominika! (Irena wróciła z sesji i dostrzegła córkę w obrotach pani fryzjerki) Jak na weselu! Jezu, nie! (śmiech)

Prababcia Helena: Moja córka jest w tej chwili bardzo zajęta. Ale ona nie czyni tego tylko dla siebie. Można się przy niej czuć bezpiecznie, gdyby komuś się coś stało, gdyby ktoś zachorował, jestem pewna na 100%, że ona poruszy niebo i ziemię, żeby pomóc. Ja wiem, że ona wymaga od innych, ale najwięcej wymaga od siebie. Nie wiem, może ma to po mnie odziedziczone, bo jeśli ja mam jakiś cel, to też nie używam półśrodków.

Aleksandra: A Dominika, ma coś po Pani?

Prababcia Helena: Jest zapominalska. Po tacie. Dominika, jesteś tam? Co masz po mnie?

Dominika: W ogóle wydaje mi się, że jestem do Ciebie coraz bardziej podobna. Ale tak fizycznie. Nie mam tych Waszych kości policzkowych, ale inne rzeczy tak. 

Prababcia: No pomyśl, pomyśl jeszcze.

Dominika: Nie mam zdolności kulinarnych. (śmiech) Bo babcia ma zdecydowanie!

Prababcia: Tak mówią!

Tomek: Jasne, że babcia Helena ma! I Ty mamo też!

Tomek: Ale babcia Irena absolutnie nie.

Prababcia Helena: Nie? Ale wiesz z czego to mogło wyniknąć? Że to widocznie nie był jej talent. A miała mnóstwo innych, które rozwinęła. Bo nie marnowała czasu, nie biegała za chłopakami, chociaż miała ogromne powodzenie. A ja sobie myślałam, że dobrze, nie będę przeszkadzać, bo zawsze kochała to, co robiła. A że nie wyszło z gotowaniem… jak Dominika była mała, to jeszcze przed pracą nosiłam do nich obiady. Irena się skupiała na czym innym i może mądrze zrobiła, bo są tego efekty.

Dominika: Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, w podstawówce jeszcze, mama była w nielicznym gronie mam pracujących. I ja byłam z tego ogromnie dumna. Nie przeszkadzało mi to, że nie gotuje nam obiadów codziennie. Ja właśnie byłam dumna z tego, że mama robi karierę. Tylko to też nie było tak, że jej nie było całymi dniami, bo wtedy pracowała akurat w szkole.

Aleksandra: Jako?

Dominika: Jako nauczycielka.

Aleksandra: A czego?

Dominika: Najpierw uczyła rosyjskiego, a potem angielskiego. Jestem też dumna z tego, jak tak sobie myślę o tych Twoich pytaniach, że moja mama była taką nietypową mamą. Raz, że była jedną z młodszych mam, dwa że pracowała, że miała swoje zajęcia i od początku była taką kobietą, którą się chciało naśladować. Była bardzo wyemancypowana, była taką trochę walczącą feministką. Żadna tam pani domu. Ustawiała wszystko pod siebie. To był jej styl życia. I wiele ze mną na ten temat rozmawiała, że to nie jest tak, że kobieta jest podporządkowana mężczyźnie w domu, że ma swoje prawa. I przede wszystkim dawała tego przykład.

Myślę, że pod tym względem nie jestem akurat taka jak ona, bo ja jestem taką codzienną mamą: i ugotuję, i posprzątam… Mama zweryfikowała wiele swoich poglądów z młodości, ale wtedy była wojująca. Bardzo! Może to też wynika z tego, że mój ojciec był wychowany jednak… według takiego tradycyjnego podziału damsko-męskiego, takiego bardzo wyraźnego, że kobieta w domu ma dbać o męża i ma tylko zajmować się pielęgnowaniem ogniska domowego. Tego od niej oczekiwał, a ona… no dla niej coś takiego było nie do pomyślenia. Musiała walczyć o swoje.

Aleksandra: I chyba wyszło?

Dominika: Wyszło!

Aleksandra: Zatem mama nauczyła Cię walki o swoje?

Dominika: Myślę, że nie musiałam walczyć. Wychowywałam się już w innych czasach i żyjemy w innych czasach. Może właśnie to pokolenie mamy wywalczyło dla nas te prawa. Nadal nie jest idealnie, ale wiele rzeczy się zmieniło i stało się oczywistymi. Kwestie dotyczące kobiet, które teraz są oczywiste, dawniej wywoływały oburzenie i zdziwienie.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: Pani Heleno, a w Pani jeszcze wcześniejszych czasach? Jakieś przejawy wczesnej emancypacji czy na własnej skórze doświadczyła Pani wychowywania się i życia w starym porządku: mąż zarabia i decyduje, kobieta w kuchni gotuje?

Pani Prababcia: U mnie, proszę Pani, było tak, że kobieta… był taki właśnie dokładny podział: kobieta w domu, a mężczyzna musiał pracować i zarabiać. Ja miałam drugą matkę, mój ojciec się powtórnie ożenił jak miałam dziesięć lat. Macocha też nie miała łatwego życia, bo to były czasy wojny. Ale jak wyszła za ojca to z kolei było odwrotnie – to ona rządziła ojcem. I właściwie dobrze na tym wyszła. (śmiech)

Choć pracowała i zajmowała się domem, bo to były trudne lata 50-te, więc było ciężko materialnie. Później jeszcze troje braci się urodziło, więc ja pomagałam ich wychowywać. I raz nie zapomnę… jak macocha pracowała chyba szesnaście godzin, codziennie przez dwa tygodnie… a to ja byłam po zajmowaniu się rodzeństwem tak zmęczona, że raz zasnęłam. Obudziłam się rano. Więc ona mnie chyba jeszcze zaniosła do łóżka, jak przyszła z pracy. Albo tacie kazała. A jak już pracowałam, to przed pracą musiałam zaprowadzać brata do przedszkola. A on tak nie chciał tam zostawać. On płakał i ja też płakałam, bo na siódmą musiałam odbić kartę w pracy.

Po ojcu, a Irena po mnie, mam jeszcze jedną rzecz – troskę o innych, o tych, którym jest gorzej. W kamienicy, w której mieszkaliśmy, była kaplica. Ojciec opiekował się nią społecznie. Macocha się denerwowała, bo on czasem wynosił z piwnicy ziemniaki i rozdawał. Ona chciała ugotować, a tu nie ma ziemniaków. To były ciężkie czasy, ale takie trudne sytuacje wychowują, normują człowieka. Hartują. Ja kilka razy uciekałam z domu, bo macocha była apodyktyczna. Uciekałam do babci, która nas wychowywała przez siedem lat. 

Jeszcze po ojcu mam to, że jestem obowiązkowa. I dzieci mi mówią czasem, że byłam dobrą matką. Traktowałam dzieci bardzo poważnie, dla mnie nie istniał fryzjer, makijażystka. Do pracy szybko i z pracy szybko do domu, żeby się mogły uczyć. Choć niewiele mi pomagały, to trzeba przyznać! (śmiech) Irena mi pomagała dużo, ale chłopcy nie bardzo.

Aleksandra: A pani Heleno, co Pani uważa, bo niektórzy uważają, że kobiecie było wtedy mimo wszystko prościej. Były jasno wytyczone role, bo trzeba było siedzieć w domu i gotować, ale teraz de facto kobiety też muszą to robić… plus muszą pracować, zadbać o siebie, rozwijać się, mieć hobby, a współcześni mężczyźni to tak… no niekoniecznie poczuwają się do jakiejkolwiek pomocy czy choćby podziału obowiązków…

Pani Helena: Oj jest tak. Wtedy były rzeczywiście jasno wyznaczone role i to było, wydaje mi się, mądre. Ale dlaczego to się tak zmieniło? Dlatego, że kobiety nie pracowały poza domem. Bo rodzina była przeważnie wielodzietna i ktoś musiał się po prostu zająć dziećmi. Więc to raczej warunki życia tak dyktowały.

Aleksandra: A, pani Heleno, wtedy kobiety miały więcej klasy? Bo za wzór często stawia się kobiety międzywojnia i czasów wojny, a nawet po wojnie za komuny, pomimo tego, o czym teraz rozmawiamy, kobiety były eleganckie, ładnie ubrane. Pomimo zajmowania się domem i dziećmi były zadbane.

Pani Prababcia: Tak, to jest prawda. Moja córka ma taki charakter, że nie idzie z prądem, tylko pod prąd. A to jest trudniejsze. Czasami dostaje się po głowie za to, ale trzeba tak robić, żeby mówić ludziom, co jest słuszne. A to obnażanie się kobiet… Każdy skutek ma swoją przyczynę. Więc jeżeli dziewczyna czuje, że się jej nie szanuje, to raczej nie dzieje się to bez przyczyny. Dziewczyny nie powinny ulegać złym trendom. Kobiety zawsze były mocniejsze, ponieważ mężczyźni przede wszystkim koncentrowali się na zawodzie i pracy, a kobiety były i są wielofunkcyjne. Teraz okazuje się, że nadają się naprawdę do wszystkiego. Do trudnych, do ciężkich prac także.

Irena do Dominiki: Czemu tak masz na głowie?

Dominika: Oj, bo Ci się źle kojarzy! Ale to jest, wiesz, stylizacja.

Irena do mnie: Ja żadnych zdjęć z wesela nie widziałam, bo tak mi się ta fryzura nie podobała. 

Aleksandra: Sukienka chociaż była ładna?

Dominika: Byłam w ciąży, więc też tak… bez szału. (śmiech)

Aleksandra: Chciałaś tak w ciąży ślub?

Dominika: Tak, właśnie chciałam!

Irena: Mamuś, idź sobie coś zjeść, bo Ty głodna jesteś!

Pani Helena do mnie: Cieszę się, że możemy tak sobie porozmawiać jak w rodzinie. 

Irena: Mamuś, no idź!

Pani Helena znika z chłopakami, kierują się w stronę restauracji. Słyszę jeszcze tylko jak Irena woła do mamy: “Mamuś, jak chcesz, jesteś panem swojego losu”. Dominika przygląda się fryzurze, po czym podąża za synami.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 20 sierpnia.

Dziękujemy całej ekipie odpowiedzialnej za cudne efekty sesji – fotografie: Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzury: Beauty by Rockagirl, makijaż: Karolina Dobranowska – Glambymom.

bizneswoman

5 rzeczy, których kobiety nie robią – a szkoda!

Już 10 lat pracuję jako coach menedżerski, więc wiem, co pewnie i Was nie zdziwi, że częściej z potrzebą rozwoju umiejętności menedżerskich zgłaszają się do mnie kobiety. Mężczyźni jako klienci przychodzą na tzw. szybkie piłki: przygotowanie do negocjacji,  występ na konferencji czy też nowe perspektywy biznesowe. Podchodzą do rozwoju swoich umiejętności bardziej zadaniowo, a więc raczej jednorazowo. Kobiety mają zupełnie inne motywacje i zgłaszają potrzebę rozwoju, doskonalenia czy wzmocnienia w obszarach swoich kompetencji menedżerskich bardziej długofalowo i metodycznie. Podkreślam jednak, że to tylko moja subiektywna perspektywa i obserwacja.

I piszę to jako wstęp do bardzo ważnych wniosków dla wszystkich kobiet na stanowiskach menedżerskich, które, mam nadzieję, zainspirują Was do refleksji i przyjrzenia się swoim zachowaniom, postawie i reakcjom w pracy. A wiecie, co jest najlepsze? Wszystkie te 5 rzeczy, którymi chcę się z Wami podzielić, kompletnie nie dotyczy mężczyzn. Mężczyźni nie mają z tym problemu i podane działania czy sposób myślenia, podejście do spraw, zupełnie ich nie dotyczą. Oni to po prostu robią. Różnice płci w zarządzaniu?  Życzyłabym sobie, żeby w biznesie nie było podziału płci, że tu liczą się tylko twarde kompetencje, fakty, wzrosty, liczby, sukcesy lub porażki. Ale jednak… jako kobiety miewamy po prostu inne podejście, wynikające z wielu aspektów, oczywiście również uwarunkowań biologicznych i społecznych. Zatem, przyjrzyjmy się, czego kobiety nie robią w pracy na stanowiskach kierowniczych, a co być może ułatwiłoby nam i pracę i sukcesy. Jesteście gotowe?

1. Kobiety nie budują swojego zewnętrznego i wewnętrznego PR (lub robią to w zbyt małym zakresie)

Co to oznacza? Kobiety chętniej „dzielą się” sukcesem z zespołem, lub też usatysfakcjonowane zakończeniem projektu czy wypracowaniem nowego rozwiązania, uważają, że tak trzeba i że to wystarczy. Nie chodzą po całej firmie, wspominając o sobie, swoim udziale, swoim sukcesie: „A ja to, a ja tamto, a ja, a ja…” Nie mają zwyczaju chodzić ze sztandarem, który wszystkich bije po oczach z daleka. Uznają zadanie za wykonane i nie oczekują ni glorii ni chwały. Nie ma pochodu sukcesu, ponieważ głową i całą sobą są już w następnych planach, zadaniach. Za mało podkreślają swoje znaczenie, swój udział, swoje pomysły.

W moim odczuciu, to bierze się m.in. z naszego wychowania. Wymyśliłam dla Was metaforę z obiadem: w domu obiad musi być, obiad z surówką i kompotem musi być, i jest. Nic nadzwyczajnego.  Żadna z nas nie trajkota o tym godzinami, że zrobiła obiad. Przenosimy to niestety do pracy. Po prostu kobiety wykonują to, co uważają, że do nich należy, nie świętują sukcesu, nie chwalą się nim, nie domagają się uznania. I podkreślam, to nie dotyczy codziennej pracy na tabelkach czy prezentacjach, a rzeczy wyjątkowych, wyróżniających osiągnięć czy spektakularnych sukcesów. A warto pamiętać symboliczną scenę z filmu „Bogowie”, kiedy Tomasz Kot jako prof. Religa po skończonej operacji mówi do kolegi: „Leć po media. (…) Kura, która zniesie jajko, gdacze.” Uczmy się mówić o sobie dobrze, doceniać własne sukcesy, umiejętności, osiągnięcia.

2. Nie budują swojej sieci połączeń

Co to znaczy? Każdy szef ma swoją grupę wsparcia czy poparcia w pracy, w organizacji, w innych działach czy regionach. I to jest ta znacząca różnica, bo mam wrażenie, że kobiety oczywiście je budują, ale często poza pracą. Warto, by każda z nas w swojej firmie czy organizacji, mimo osamotnienia na kierowniczym stanowisku, pamiętała o budowaniu tzw. „holy net” czyli jak mówili Indianie swoją jasną, świętą sieć, zbudowaną z życzliwych ludzi. Sieć, która Cię wesprze, złapie, kiedy masz potknięcia czy słabszy czas, która zna Twoje mocne strony i na którą możesz liczyć. Oczywiście mam świadomość, że nie chodzi tu o układ koleżeński w dosłownym znaczeniu, lecz o budowanie pozytywnych, wspierających relacji dla siebie wewnątrz i na zewnątrz organizacji. Takich przykładów jest sporo i mają różne oblicza. Od nieformalnych grup do tych bardziej zaawansowanych typu stowarzyszenie SHOXO w Deloitte, które działa jako klub wsparcia dla kobiet na stanowiskach zarządzających.

3. Mają problem z wyceną swoich umiejętności

A co za tym idzie, często odczuwają opór, by podnosić temat podwyżki czy premii. Krygują się, boją, wstydzą (sic!), nie przygotowują merytorycznych argumentów, unikają konfrontacji. Uważają, że nie zasługują… Przyczyną bywa zaniżona samoocena czy dawno nieuaktualnione poczucie własnej wartości. Patrz punkt 5.

4. Komunikują się pod wpływem emocji

Komunikują się czasem wbrew sobie, w reakcji, pod wpływem chwili i za mało „kalkulują”, co się im opłaca, nie patrzą perspektywicznie na skutki swoich czasem zbyt emocjonalnych wystąpień, nie patrzą na swój wizerunek. Koszty braku umiejętności opanowania tzw. trudnych emocji w sytuacjach konfliktowych w pracy okazują się dużo bardziej dojmujące dla kobiet niż dla mężczyzn. I tu wchodzą uwarunkowania społeczne, mnóstwo krzywdzących stereotypów, które nam kobietom utrudniają funkcjonowanie w biznesie. Czy zatem warto podejmować walkę ze stereotypami, czy też raczej skupiać się na sobie, swoich umiejętnościach radzenia sobie ze stresem i komunikacji opartej na wartościach? Odpowiedź zawarta jest w pytaniu, a ja tylko podpowiem: zajmujmy się tym, na co mamy wpływ. Na swoje reakcje mamy go niewątpliwie.

Nie wierzą w siebie i swoją osobistą moc

Najbardziej doskwiera im brak asertywności, tej pozytywnej, której punktem startowym jest poczucie własnej wartości. To klucz i początek do budowania zarówno postawy menedżerskiej, jak i wypracowania swojego własnego stylu zarządzania. Samoocena, uznanie swoich atutów, znajomość swoich ograniczeń, wiara w siebie, zaufanie do siebie, szacunek dla swojej drogi życiowej. Poczucie własnej wartości to bardzo szerokie pojęcie, i co ważne, pracujemy nad nim całe życie. A w związku z tym, że jest poczuciem, czyli uczuciem, to możemy je w sobie budować, pielęgnować, rozwijać.

Monika Chodyra-

kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer.

Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

zdjęcie 1

Zobacz, co ulubiona kawa mówi o Twoim charakterze

Kawa budzi do życia, doskonale smakuje, jej picie to rytuał uwielbiany na całym świecie. Okazuje się, że ten czarny napój, jak mało który, może sporo powiedzieć o Twoim charakterze. Preferujesz szybkie i mocne espresso? Wolisz delektować się zmysłowym i lekkim cappuccino, a może Twoim faworytem jest jednak americano? Zobacz, co Twoja ulubiona kawa mówi o Tobie!

Jaka kawa pasuje do Twojego charakteru?

Zebraliśmy wyjątkowo ciekawe informacje i opisaliśmy najpopularniejsze rodzaje kaw – sprawdź, czy rzeczywiście napój, który pijesz codziennie rano, opisuje to, jaka jesteś!

Espresso – pobudzenie dla lidera

Ten rodzaj kawy ma przede wszystkim pobudzić. Espresso jest podawane w małych porcjach – standardowa filiżanka ma pojemność zaledwie 70 ml, a i tak jest przecież wypełniana zaledwie do połowy. Espresso jest wybierane przede wszystkim przez osoby dynamiczne, bystre oraz ambitne. Potrzebują one solidnej dawki kofeiny,  a nie mają czasu na powolne sączenie dużej kawy. Często tę szalenie popularną we Włoszech kawę wybierają też urodzeni liderzy – szybko podejmujący decyzję, wypowiadający się konkretnie i nie bojący się wzbudzania kontrowersji. Espresso to napój dla tych, którzy żyją szybko, wymagają sporo od innych, ale przede wszystkim – wymagają też od siebie. Jednym słowem – to kawa dla ludzi, którzy potrafią pociągnąć za sobą innych. Zresztą wskazuje na to sama nazwa, która wbrew pozorom zupełnie nie sugeruje tego, że kawę szybko się przygotowuje czy też pije. Włoski przymiotnik espressivo oznacza „wyrazisty”, właśnie taki, jak smak tej małej niepozornej kawy.

Kto zatem pije podwójne czy potrójne espresso?

Sporą popularnością cieszy się też espresso doppio, czyli podwójne espresso. To dokładnie taka sama kawa, tylko podawana w podwójnej ilości i w nieco większej szklance. ?Jeśli pije taką kawę, to mój charakter jest dwa razy bardziej wyrazisty od tego, kto preferuje standardowe espresso!? – można by  pomyśleć. Czy jest tak jednak w rzeczywistości? Jest w tym część prawdy – espresso doppio wybierają osoby, które potrzebują podwójnej dawki kofeiny, są więc są jeszcze bardziej żywiołowe, ambitne i ?wyraziste?. A są też tacy, którym nawet doppio nie wystarczy i sięgają po potrójne espresso. W tym przypadku nie zawsze musi to być kwestia charakteru. Pojedyncze espresso to po prostu bardzo mała porcja, a niektórzy kawosze chcą się zwyczajnie dłużej delektować wyśmienitym smakiem tej kawy rodem z Włoch. Nie zawsze wybieranie podwójnego espresso mówi więc o charakterze – czasem po prostu to oznaka miłości do kawy i jej smaku.

Cappuccino – uwielbiany spóźnialski

Przez wiele lat to właśnie cappuccino było ulubioną kawą Polek i Polaków, choć ostatnio ten napój pozostaje nieco w cieniu latte. Co oznacza miłość do tej kawy? Najczęściej jest ona kojarzona z pozytywnymi, serdecznymi i optymistycznymi charakterami. Cappuccino często wybierają dusze towarzystwa, bez których nie sposób zorganizować dobrej imprezy czy spotkania towarzyskiego. Jest jednak spora szansa, że osoba preferująca kawę cappuccino na takie spotkanie się?spóźni. Miłośnicy tej odmiany są bowiem znacznie bardziej towarzyscy od tych, którzy lubią chociażby espresso, ale równocześnie są też znacznie mniej zorganizowani. Dlatego jeśli uwielbiasz właśnie ten rodzaj kawy, to punktualność nie jest raczej Twoją najmocniejszą stroną.

Latte – zdecydowany wybór dla niezdecydowanych

Kawa latte podbiła klientów na całym świecie dzięki popularnym sieciom kawiarni. Dziś ten typ kawy można zamówić dosłownie wszędzie. Latte to kawa w nieco złagodzonej wersji, w której dominującym składnikiem jest mleko. Amatorzy tego napoju zdecydowanie różnią się od miłośników espresso. Bywają niezdecydowani, by nie powiedzieć bujający w obłokach. To kawa dla romantyków, którzy nade wszystko przedkładają walory smakowe. W końcu kawa latte nie daje takiej energii, natomiast z pewnością świetnie smakuje i można się nią bardzo długo rozkoszować. Czasem ten typ napoju kojarzony jest również z rozwagą i z ostrożnością przy podejmowaniu decyzji.

Kawa czarna – coś dla tradycjonalisty. Albo minimalisty

Dla niektórych kawoszy wszystkie skomplikowane odmiany, są po prostu udziwnieniami. Dla nich kawa powinna być kawą. Oni sięgają właśnie po tradycyjną znaną od wieków kawę czarną. A co można powiedzieć o charakterze ludzi, którzy najchętniej ją wybierają? Często są to tradycjonaliści, którzy preferują stare i dobre rozwiązania. Ta kawa jest również wybierana przez minimalistów, którzy nie lubią otaczać się zbyt wieloma przedmiotami i ponad wszystko cenią konkret. Miłośnicy czarnej kawy miewają humorki, ale zwykle nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafią zachować spokój i zimną krew. Są nieco nieufni i raczej starannie nawiązują nowe znajomości. Za to jak się już do kogoś przekonają, to jest duża szansa, że będzie to prawdziwa przyjaźń na całe życie. Osoby pijące tę kawę są raczej ciche i nie zwracają na siebie uwagi. Mówią mało, co jednak bynajmniej nie oznacza, że nie mają dużo do powiedzenia. Taki charakter cechuje się bowiem bardzo często ponadprzeciętną wiedzą i inteligencją.

Frappuccino – dla kochających nowinki

Kawa przez wieki była znana jako gorący napój, jednak z czasem producenci napoju zaczęli eksperymentować również z napojami lodowymi. Niezwykle popularna odmiana frappuccino powstała dopiero w połowie lat 90. XX wieku. Nazwa tego typu to złożenie słów frappe oraz cappuccino. To pierwsze słowo oznacza po prostu, że napój jest mrożony. Czego można się zatem spodziewać po koneserach takich kaw? Takie osoby starają się żyć w zgodzie z najnowszymi trendami. Uwielbiają się dobrze ubrać, lubią też chwalić się swoimi zakupami na serwisach społecznościowych. Miłośniczki tej kawy to osoby pełne energii, którą zarażają wszystkich dookoła. Jednak w przeciwieństwie do amatorów innych odmian, zwolennicy frappucino nie są takimi entuzjastami kofeiny i raczej nie będą godzinami dyskutować nad tym, z których krajów pochodzą najlepsze ziarenka. Fanki frappucino chcą po prostu najzwyczajniej się czymś orzeźwić w ciepłe dni. Kawa i kofeina to miłe dodatki, ale nie są one dla nich aż tak istotne.

Americano – dla sumiennych i opanowanych

Ta kawa powstaje z połączenia espresso z dużą ilością wrzątku. Smakuje podobnie jak zwykła kawa czarna, choć są również odmiany z mlekiem. Zazwyczaj upodobanie do americano łączy się ze spokojem, dojrzałością i opanowaniem. Nie jest to napój dla zbuntowanych nastolatek czy miłośniczek rock’n’rollowego stylu życia. To raczej kawa dla statecznych matek czy osób, które zajmują wysokie stanowiska. Z drugiej strony uważa się, że miłośnicy americano potrafią cieszyć się z małych oraz prostych rzeczy ? z nowej książki, płyty czy spaceru po parku. Koneserzy tej odmiany należą zatem do najszczęśliwszych kawoszy.

Kawa bez kofeiny – dla urodzonych dyplomatów

Jaka kawa jest najczęściej wybierana przez osoby uparte, ale jednocześnie bardzo koncyliacyjne? Odpowiedź brzmi: kawa bez kofeiny. To ulubiony napój dyplomatów. Osoby preferujące takie napoje kawowe dążą mocno i stanowczo do celu i poddają się jako ostatnie. Jednocześnie szybko zjednują sobie ludzi i nie używają dosadnego słownictwa. Picie bezkofeinowej kawy jest jednak czasem również kojarzone z perfekcjonizmem a nawet z potrzebą kontrolowania innych.

Mokka – dla kreatywnych i niespokojnych duchów

Mokka to odmiana kawy latte zawierająca czekoladę (są odmiany zarówno z czekoladą czarną, jak i białą) i pozbawiona dużej ilości piany. Jeśli jesteś artystką, pisarką, kompozytorką czy też pracujesz w agencji reklamowej, to jest duża szansa, że Twoją ulubioną kawą jest właśnie mokka. Smak tego napoju bardzo się różni od espresso, czasem więc mokkę uważa się za kawę dla tych, którzy tak naprawdę za kawą nie przepadają. Pewne jest natomiast, że miłośnicy tej odmiany mają tysiąc pomysłów na sekundę i mają w sobie mnóstwo optymizmu oraz energii. Mokka jest też popularna wśród tych, którzy kochają całonocne imprezy i którzy prowadzą wyjątkowo bujne życie towarzyskie.

Macchiato – kawa dla zdystansowanych

Bazą macchiato jest espresso, dlatego też często kawę tę nazywa się espresso macchiato. Od podstawowej wersji różni się jednak dodatkowym spienionym mlekiem. Amatorzy tego napoju są zdecydowani, choć nie tak bardzo jak ci, którzy piją espresso bez mleka. Są też nieco zdystansowani wobec świata i raczej z rezerwą podchodzą do wszelkich zmian. Są tradycjonalistami, a obietnica jest dla nich świętością, więc zawsze można im zaufać.

Amatorzy nietypowych kaw

Moda na kawę trwa nieprzerwanie od kilku stuleci, ale trzeba przyznać, że obecnie miłośnicy napoju mają do wyboru tyle rodzajów i gatunków, że nieraz naprawdę trudno się w tym wszystkim połapać. Są jednak kawosze, którzy wybierają swoją ulubioną odmianę i pozostają jej wierni. Lecz zdarzają się przecież i tacy, którzy ciągle chcą czegoś nowego. A mają w czym wybierać! Kawy na sojowym mleku, z dodatkiem wanilii, karmelu, cukrem trzcinowym, cynamonem czy syropem miętowym… Kawiarniane sieci prześcigają się w coraz to nowych pomysłach. Są zatem nawet i dyniowe latte, specjalnie przygotowywane z myślą o święcie Halloween. Kto sięga po takie nowinki? Oczywiście przede wszystkim te osoby, które nie boją się eksperymentów, nie znoszą nudy i uznają, że to zmiana jest jedyną stałą częścią życia.

Jednak jeśli do swojej kawy dobierasz wyjątkowo dużo dodatków, a więc przede wszystkim cukier, śmietankę czy też mleko, to psychologowie mogą mieć na to inne wytłumaczenie. Ich zdaniem w ten sposób swoje kawy wzbogacają ludzie nieszczęśliwi lub przeżywający chwilowe kłopoty. Dodatki pomagają im nieco osłodzić życie i uporać się z przeciwnościami losu. Są to więc często osoby z problemami, ale jednocześnie bardzo pomocne i szlachetne. Nikogo nie zostawią w potrzebie i zawsze wyciągną pomocną dłoń. Z kolei wybieranie sojowego mleka sugeruje najczęściej troskę o innych i o środowisko naturalne.

ladislav-bona-uaELjX3j6lg-unsplash (1)

Kochać siebie? To niemożliwe!

„Ach, co za brednie opowiadasz, kobieto! Jakie kochanie siebie? Jak życie daje ci po tyłku, to o miłości nie myślisz. Tylko jak przeżyć!”

A to racja. Jak jest trudno, to kombinujesz tylko jak przetrwać i nie dać się sytuacji wykończyć…

Pierwszym podstawowym zadaniem żywego organizmu jest przeżyć. Potem dopiero zapewnić sobie byt. Jak być bezpieczną. O tzw. „majonezach” nikt wtedy nie myśli. I to jest normalne.

Tylko, że taki stan, aby przeżyć, nie może trwać wiecznie. W końcu nie żyjemy w czasach, gdy za każdym krzakiem czai się dzikie zwierzę. Od czasu do czasu można wziąć głęboki oddech i zwyczajnie po ludzku się odstresować.

Stan napięcia, bycia gotowym do skoku, do ataku, jest dla człowieka wyczerpujący. Jeśli trwa w miarę krótko, to organizm łatwo sobie z takim wyczerpaniem poradzi. Jeśli jednak jest to Twój standardowy stan, to gratuluję rychłego zawału…

Dlaczego tak  podkreślam to wyczerpanie?

Otóż utrzymywanie swojego ciała, umysłu i ducha w ciągłym napięciu jest brakiem szacunku dla samej siebie. Znęcałabyś się tak nad dzieckiem albo psem? Nad kotem nie, bo one mają wszystko w szanownym poważaniu… 

Trwanie w takim stanie, to tzw. zablokowanie się na to, co otacza Cię wokoło. Na piękno, na rozwiązania problemu, który tak Cię spina.

No i wtedy, gdy słyszysz taką panią od miłości, która „każe Ci się pokochać”, to pukasz się w głowę. I myślisz sobie albo nawet na głos powiesz: „Co ty wiesz o życiu, jeśli nie przeżyłaś tego, co ja…”

I wiesz co? To bardzo dobrze, że tak sobie pomyślałaś. Bo już pierwsze ziarno zostało zasiane. Za jakiś czas wróci do Ciebie ta myśl, że miłość do siebie jest najważniejsza. I wtedy zaczniesz zastanawiać się, że może faktycznie jesteś dla siebie za surowa? Może warto pobyć egoistką. Może warto pogonić innych do roboty, a samej poleżeć na leżaczku z kawą…?

Ach, gdy widzę to przerażenie w oczach.. Jak to? Mam być egoistką? Tylko o sobie myśleć? Ach, ach… A kto będzie zbawiał świat jak nie ja?

Jestem przekonana, że przynajmniej raz tak o sobie pomyślałaś.

Miłość i szacunek do siebie, to nie zadzieranie nosa. 

No, a teraz popatrz, o ile łatwiej i wygodniej jest przeżyć, gdy człowiek jest przygotowany. Czyli zna swoje możliwości, docenia i wierzy w siebie. Gdy ma wokół siebie życzliwe osoby. Gdy wie, co robić. A gdy, nie wie, co robić, to przynajmniej nie panikuje…

Miłość do siebie masz w sobie od zawsze. Czasem tylko o niej zapominasz. 

No bo jak może być inaczej, gdy całe życie ktoś mówi Ci, że nic nie jesteś warta, że powinnaś dbać tylko o innych. Masz czuć się winna, gdy robisz to, co kochasz, a nie to, co wypada. Gdy masz „pasować” do kogoś lub czegoś…?

I wtedy oczywistym jest, że uważasz kochanie siebie za niemożliwe. Bo tak naprawdę to nie wiesz, na czym ono polega.

Z brakiem wiary w miłość, wiąże się to, iż oczekujesz tej miłości od kogoś. Czyli, że przyjedzie ten rycerz na koniu i Cię uratuje… 

A on wcale nie przyjedzie, dopóki sama nie nauczysz się, czym jest Miłość.

Na zachętę i aby Ci pokazać, że można, zrób małe ćwiczenie. Nazwałam je Nauka Głaskania.

Przez 7 dni, codziennie rano, stojąc przed lustrem, np. w łazience, (ważne jest patrzenie na swoją twarz, a najlepiej w oczy), odpowiadaj głośno na pytania: 

1. Jestem z siebie dumna, bo… 

2. Lubię u siebie…

3. Moja cecha charakteru, z której jestem dumna, to…

4. Dzisiaj dziękuję sobie za… 

5. Mam silną wiarę w Siebie i dziś zrobię…

6. Za dzisiejszy dzień daję sobie w nagrodę… 

7. Jestem kobietą, która…

Pamiętaj o zasadzie Konfucjusza: „Powiedz mi, a zapomnę! Pokaż mi, a zapamiętam! Pozwól mi zrobić, a zrozumiem!”



bezstresowe wychowanie

Od bezstresowego wychowania do domowego piekiełka

Mimo dużej dostępności wiedzy na tematy wychowawcze, niektórzy rodzice jeszcze dzisiaj stosują metody bezstresowego wychowania dzieci.

Prekursorem tej metody był już w XVIII wieku filozof J.J. Rousseau, który był zwolennikiem oddania całkowitej wolności dziecku w jego rozwoju własnym. Metoda ta jednak została rozpowszechniona dopiero w połowie XX wieku w USA. Nie na długo. Celem miało być niczym niezakłócone szczęście dzieci, które mogłyby rozwijać się bez żadnych przeszkód. Już wkrótce jednak – bo po dziesięciu latach – okazało się, że efekty wychowawcze są dokładnie odwrotne.

Badania przeprowadzone już dziesięć lat później przez psycholog Dianę Baumrind wykazały, że bezstresowe wychowanie prowadzi do stresu i agresji. Poprzez tzw. bezstresowe wychowanie zakłócona zostaje relacja rodzic-dziecko, ponieważ dziecko, które nie wie, jak korzystać z danej mu wolności, nie czuje się pewnie. Ma coraz to większe oczekiwania i żądania, które rodzice spełniają chociażby dla uniknięcia stresu. Po pewnym czasie okazuje się, że ta „metoda” skłania rodziców do daleko idących ustępstw wobec dziecka już nie tylko dla zaspokojenia swojego wychowanka, ale dla spokoju własnego.

Dochodzi w końcu do takich żądań, które bezpośrednio zagrażają dziecku i tu zaczynają się prawdziwe problemy, bo dziecko będzie terroryzować na różne sposoby rodziców. Przecież w końcu to ono decyduje o własnym losie, prawda? Będzie rzucać się na podłogę, bić głową o ścianę itd. Bo dziecko chce obejrzeć jeszcze jedną bajkę i jeszcze jedną baję i jeszcze jedną… Godzina 23.30 – oczywiście już ostatnią bajkę. Tyle że po ostatniej okaże się, że dziecko się pomyliło co do tego, że to ostatnia. A rano mama, tata albo niania budzi dziecko do przedszkola. A dziecko jeszcze chwilę chce pospać. A kiedy mama musi odprowadzić je, bo spóźni się do pracy, to dziecko wpada w histerię. I mama też. I z bezstresowego wychowania mamy domowe piekiełko. 

Kiedy dajemy dziecku całkowitą wolność wyboru, ono kieruje się przede wszystkim dążeniem do przyjemności, również tych chwilowych i tych szkodliwych nawet dla niego. Ono przecież nie ma rozeznania w tym, co dobre, a co złe. Bo tego nie zapewni mu bezstresowe wychowanie. I cały czas jest skupianie się na przyjemnościach – oczywiście własnych. I w takim procesie wychowania – bez wychowania – rośnie nieprzystosowany do życia społecznego człowiek, który pozbawiony jest zasad, dobrych manier, taktu, współczucia czy panowania nad emocjami. Człowiek, który dążenie do szczęścia utożsamia z zaspokajaniem przyjemności nigdy tego szczęścia nie osiągnie. Ani dla dziecka, ani dla siebie. Niestety błąd rozróżnienia tych pojęć leży u podstaw bezstresowego wychowania. Oj, przepraszam: u podstaw niewychowania.

C.d.n. – „O poszukiwaniu złotego środka”

dr Irena Kamińska-Radomska

pracująca mama

O miłości w biznesie – nie pozwól się ograniczać i realizuj swoje marzenia!

O miłości wciąż się mówi. Jest dużo filmów, programów, publikacji, a tak naprawdę, aby być szczęśliwym w miłości, niewiele się robi. Wychodzimy z założenia, że znajdziemy sobie partnera, a potem jakoś to będzie. I właśnie jest „marnie”, bo okazuje się, że partner jednak nie jest taki jak byśmy chciały i denerwuje nas niemiłosiernie.

Na początku pracy jako coach, pomagałam kobietom znajdować pomysły na biznes i pomagałam z nim wystartować. Niestety niektóre pomysły, które świetnie się zapowiadały, nigdy nie zostały zrealizowane. Jak myślicie, dlaczego? Dlaczego biznes się kobietom nie udaje?

  • Z powodu źle określonej grupy docelowej
  • Braku wiedzy i umiejętności
  • Niewłaściwej promocji
  • Braku wsparcia i zrozumienia u partnera

Chciałabyś, żeby partner bardziej Cię rozumiał? Rozumiał to, co robisz biznesowo i dlaczego jest to dla Ciebie ważne? Chcesz, aby angażował się w prace domowe, gdy jesteś zajęta biznesem? To czytaj dalej;)

Dlaczego w prowadzeniu bizensu potrzebne jest wsparcie partnera? 

A właśnie po to, abyś uwierzyła w swój pomysł. 

Abyś miała więcej czasu na biznes. 

Aby poczuła się doceniona.

Zatem, na czym polega sabotaż ze strony partnera?

Na początku jest zawsze „łał” :)

Gdy powiesz partnerowi, że chcesz zarabiać pieniądze i rozwijać własną firmę, na początku zazwyczaj jest „jasne, super!”. Jesteś zagrzewana do działania. Nawet sam podsuwa pomysły na stronę internetową, na promocję, na ciekawe rozwiązania stworzonego przez Ciebie pomysłu. Będzie snuć dalekosiężne plany o potędze Twojej firmy…

Dzięki jednej z moich Klientek termin ten ma nawet swoją nazwę: Geniusz Planowania.

Potem też jest „łał”… tylko mniejsze

Jak doskonale wiesz, rozwijanie własnego biznesu wymaga czasu, uwagi i bywa, że pracy do późna. Sprawdzania i testowania różnych rozwiązań marketingowych, technologicznych, szukanie swojego idealnego klienta. To wszystko zajmuje czas. Nie zawsze, od razu widać efekty w postaci odpowiednich pieniędzy i konkretnie określonych godzin pracy. Mówienie, że biznes działa na zasadzie Pareto – czyli 80% wkładu, 20% zysku, nie przekonuje.

Do tego, należy jeszcze dołączyć sprawę organizacji wspólnego życia. 

Jeśli pracowałaś na etacie, to zasady były jasne. Praca „od do”, kasa na koniec miesiąca, po pracy czas dla rodziny, partnera i na przyjemności. Jeśli Twoja praca polegała na zajmowaniu się domem, to też wszystko było jasne. Ogarnąć dzieci, zakupy, porządki, rachunki, a pozostały czas, tak jak wyżej.

Natomiast jeśli zamieniasz etat na swoją działalność lub dodajesz ją do etatu/zajmowania się domem, to pozostały czas zaczyna się kurczyć. Czyli już brakuje go dla partnera, na przyjemności lub sen. Tak po prostu jest na początku.

Wiesz doskonale, że żeby nie zwariować, potrzebne jest ustalenie na nowo priorytetów. Czyli – jeśli startujesz z biznesem i wykonujesz go w domu, to nie zaczynasz od wstawiania prania. Należy się zastanowić nad tym, które sprawy powinny być koniecznie wykonane, a które mogą poczekać tydzień i będzie ok. Ale tu pojawia się nasz sabotażysta.

Dlaczego partner nie potrafi zaakceptować Twojej firmy?

  • Czuje się zagrożony, bo pewnie będziesz więcej zarabiać
  • Jest zazdrosny o Twój sukces, bo sam się na to nie odważył
  • Jest zazdrosny o Twoje kontakty z innymi ludźmi
  • Wyznaje patriarchalny model rodziny

Jeśli do tej pory w większym procencie dbałaś o sprawy domowe, a on zajmował się tylko pracą lub tym garażem, to ma obawę, że za dużo obowiązków spadnie na niego. A on nie ma, na to ochoty.

Znasz podobne historie?
Gdy raz zdarzy Ci się usłyszeć podobny komentarz, to nie przejmujesz się. Jeśli jednak, na każdym kroku masz informację, że twoja firma, będzie za chwilę przyczyną rozpadu małżeństwa i rodziny, to zaczynasz się wycofywać.

I wtedy włącza się myślenie:

  • faktycznie zaniedbuję rodzinę
  • wysprzątam ten garaż, a własną firmę będę rozkręcać w nocy
  • w zasadzie to godzina dziennie na pracę mi wystarczy
  • właściwie to mamy pieniądze, więc może nie ma co przesadzać z rozwijaniem firmy
  • ten produkt/usługa, wcale nie jest taki dobry

Nie od razu, ale z czasem odpuszczasz swoją pracę, na rzecz zadowolenia partnera. I tak umierają pomysły na biznes, które nawet nie zdążyły się rozwinąć.

Dlaczego poddajemy się niszczącym sugestiom partnera?

Miłość kojarzona jest zazwyczaj w kontekście uczucia do drugiej osoby. Natomiast wiele osób zapomina, że najważniejsza jest miłość do siebie. A zatem za mało wierzymy w swój produkt i za mało wierzymy w siebie. Chcemy, aby nas akceptowano, podczas gdy najbliższa osoba rzuca nam kłody pod nogi. Zapominamy, że partner nie jest dobrym doradcą biznesowym, nie zawsze jest bezstronny, jego opinia nie zawsze jest trafna. Decyzje biznesowe należy podjąć samodzielnie lub po konsultacji ze specjalistą z danej dziedziny. Obawiamy się negatywnych reakcji innych osób, chociaż twierdzimy, że nas to nie rusza. A figę prawda! Bo rusza!

To co zrobić, żeby wytrwać?

Moja ulubiona zasada: Umiesz liczyć? Licz na siebie! 

W biznesie, bez względu na wielkość, możesz liczyć wyłącznie na siebie. To Twoje decyzje, to Twoje działanie i tylko Twoja odpowiedzialność za sukces i porażkę. To Ty mierzysz się z trudnymi emocjami. To Ty nie śpisz po nocach, przed ważnym spotkaniem lub po nieudanym zleceniu.

A partner powie Ci: czym się przejmujesz? 

A Ty chciałabyś, żeby powiedział: wierzę w Ciebie. Poradzisz sobie.
Wystarczyłoby, żeby odbić się od trampoliny.

Wszystkie nauki psychologii mówią, że moc wewnętrzną i motywację, masz w sobie. To prawda! Tego uczę! Prawdą jest również, że tak bardzo potrzebujesz być doceniona przez partnera lub bliskich. I to na każdym etapie budowania swojego Imperium!
Panie bardzo często zakładają firmę, bo twierdzą, że chcą się usamodzielnić. Chcą być niezależne finansowo. Mieć na tzw. waciki. A tak naprawdę, to chcą udowodnić partnerowi i wszystkim wokół, że są przedsiębiorcze, nie potrzebują „łaski finansowej”. 

Oprócz tego, że partner mówi to, czego nie powinien i nie wspiera, to sama zazwyczaj się sabotujesz.

Znasz to gadanie w głowie, że nie dasz rady? Że w życiu złotówki nie zarobisz? Twój produkt jest do niczego? I jeżeli jeszcze na dokładkę usłyszysz coś podobnego od swojego partnera, to masz dalej ochotę na robienie firmy? Pewnie, że nie!

Na gadanie w głowie jest sposób. I gdy się go nauczysz, poradzisz sobie z gadaniem partnera. A co najważniejsze z reagowaniem na jego komentarze.

Ten pierwszy, który do Ciebie gada, to jest głos wewnętrzny (nie, to nie choroba). Nazywany bywa również ego, jego zadaniem jest krytykowanie Cię. Umniejszanie Twojego poczucia wartości. Utrudnianie Ci życia poprzez demotywowanie i próby zniszczenia dobrego imienia. To „stworzenie” umysłu ma niesamowitą moc hamowania możliwości oraz cieszenia się życiem. Moim zdaniem zwykła bezczelność.

Takim draniem może być również osoba z Twojego otoczenia. Tak zwany „życzliwy”. Pretendujący do bycia przyjacielem. A jednocześnie, gdy tylko chcesz zrobić coś, co wybiega poza jego wyobrażenie, dostajesz życzliwe i pełne „miłości” uwagi. Żebyś, o zgrozo, nie odniosła sukcesu!

O eleganckich sposobach na takiego dziada, dowiesz się wszędzie. Natomiast ja proponuję Ci metodę według mnie najskuteczniejszą.

Obojętnie, który głos Ci gada. Czy ten w głowie, czy obok głowy. Jeśli czujesz, że przez takie gadanie, zaczynasz mieć poczucie winy, wyrzucasz sobie swoje wady, myślisz, że jesteś do niczego, to powiedz mu: S……..! (Przypis Redakcji: Bardzo niecenzuralne słowo, absolutnie nie rekomendujemy, żeby go na co dzień używać, ale w tej wyjątkowej sytuacji przymykamy na to oko;)

I rób swoje.

A żeby się porozumieć z partnerem, przed rozpoczęciem pracy nad własną firmą, proponuję zawarcie umowy. Zawrzyj w niej wszystkie istotne sprawy, które ułatwią Ci życie zawodowe i prywatne. Gdy pojawią się wątpliwości, co i kto ma zrobić, zawsze można odnieść się do spisanej umowy.

płeć mózgu

Kobiecy czy męski – który mózg jest mądrzejszy?

Kwestia różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami od zarania dziejów intrygowała, dzieliła i wzbudzała skrajne emocje. To, że różnimy się pod względem anatomicznym, fizjologicznym czy psychicznym jest sprawą oczywistą, to jednak z czego to wynika, jest już znacznie bardziej skomplikowane. Czy te różnice mają jakieś swoje odzwierciedlenie w mózgu?

Neurobiolodzy wiedzą na temat różnic pomiędzy męskim a kobiecym mózgiem znacznie mniej niż mogłoby się ze względu na stan współczesnej nauki wydawać. O jednym z najżywiej dyskutowanych zagadnień z dziedziny neurobiologii opowiada w Kobiecie z Klasą dr Zbigniew Sołtys, wykładowca neurobiologii pracujący w Zakładzie Neuroanatomii Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych UJ.

Redakcja: Jak to jest z tymi naszymi mózgami z neurobiologicznego punktu widzenia? Czy faktycznie mózg męski i kobiecy się różnią i pod jakim względem? Wiemy, że rozmiarowo na pewno, mózg kobiety jest mniejszy. Dawniej uważano, że implikuje to prosty wniosek, że kobieta jest głupsza, dziś mówi się, że wręcz przeciwnie – dlatego, że mózg kobiety jest mniejszy, pracuje bardziej efektywnie?

Zbigniew Sołtys: Wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie wielkości mózgu ma tyle samo sensu, co ocenianie wydajności komputera na podstawie wielkości obudowy. Oczywiście, jest tu pewna zależność, w większej obudowie zmieści się więcej elementów, można zapewnić lepsze chłodzenie itd. I podobnie jest z mózgiem. Większy mózg może mieścić więcej komórek albo mogą one mieć większe rozmiary. Istnieje pewna niewielka korelacja między rozmiarami mózgu a ilorazem inteligencji (IQ), ale z całą pewnością to nie wielkość jest czynnikiem decydującym o efektywności tego organu.

Rzeczywiście, mózg kobiety jest mniejszy niż mózg mężczyzny. Przeciętna waga mózgu żeńskiego to 1198 gramów, mózg przeciętnego mężczyzny jest o 138 gramów cięższy. Pamiętajmy jednak, że kobiety na ogół są mniejsze od mężczyzn, a przecież jedną z funkcji mózgu jest odbiór informacji od receptorów czuciowych zlokalizowanych w skórze, mięśniach, organach wewnętrznych, a także sterowanie ruchami mięśni. Obsługa większego ciała  wymaga odpowiednio większego mózgu. Jeżeli nie będziemy brali pod uwagę bezwzględnej masy mózgu, ale stosunek masy tego organu do masy ciała, to różnica między płciami w znacznym stopniu zniknie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że opieranie się na wartościach średnich nie daje dobrego obrazu rzeczywistości wówczas, gdy istnieje ogromne zróżnicowanie indywidualne pod względem analizowanej cechy. A tak właśnie jest w przypadku wielkości mózgu. Pamiętam pewną tabelkę z podręcznika neurobiologii, z którego uczyłem się w czasach studenckich. Była to „Biologia Mózgu” profesora Jerzego Kreinera, a w tabelce były podane informacje o mózgach znanych osób, uszeregowane według wagi. Listę otwierał Iwan Turgieniew, z ponad dwukilogramowym mózgiem, a zamykał Anatol France, z mózgiem prawie dwukrotnie lżejszym. Czy na tej podstawie można wyciągać jakieś wnioski dotyczące jakości ich twórczości?

R.: Czy istnieją jakieś inne różnice w budowie naszych mózgów i czy można mówić w związku z tym o czymś takim jak płeć mózgu?

Z. S.: Oczywiście, jeżeli mierzymy wielkość jakichś części mózgu to bardzo często znajdujemy jakieś różnice. Czasem coś jest większe u kobiet, czasem u mężczyzn. Jeżeli analizujemy schematy aktywności mózgu podczas wykonywania określonych zadań, to również niekiedy możemy zaobserwować, że u każdej płci nieco inne obszary mózgu zostają mocniej pobudzone. Ale praktycznie w odniesieniu do prawie każdej badanej cechy możemy zaobserwować bardzo duże zróżnicowanie indywidualne. Tak, że raczej trudno wskazać taki zbiór cech, który byłby unikatowy tylko dla mózgów jednej płci. Dlatego unikałbym terminu „płeć mózgu”, który mógłby sugerować istnienie takich wyraźnych, zależnych od płci różnic.

Nie wynika z tego, że mózg jest „bezpłciowy”. Płeć jest determinowana genetycznie, a istotną rolę w tym procesie odgrywają geny z chromosomu Y. Przypomnijmy, że kobiety mają dwa chromosomy X, a mężczyźni parę X i Y. Chromosom Y jest mały, zawiera około 70 genów (chromosom X ma ich dziesięciokrotnie więcej). Ale wśród tych genów jest gen SRY, decydujący o płci. Aktywność tego genu w czasie życia płodowego powoduje przekształcenie się embrionalnych gonad w jądra. Produkowane przez płodowe jądra hormony powodują wykształcenie się męskich cech płciowych. Mają też bardzo duży wpływ na kształtowanie się mózgu. Jest bardzo prawdopodobne, że od działającego w czasie ciąży testosteronu może zależeć późniejsza orientacja seksualna człowieka. Natomiast brak genu SRY (nie ma go na chromosomie X), powoduje uruchomienie łańcucha procesów, które prowadzą do powstania organizmu kobiecego.

R.: Czyli ze względu na ten gen można postawić tezę, że z punktu widzenia neurobiologii mózgu istnieją tylko dwie płcie i ich ewentualne naturalne zaburzenia – interseks, natomiast ze względu na socjalizację mamy potem znacznie więcej płci kulturowych tzw. gender? Istnieje wyraźna zależność mózgu od płci?

Z. S.: Takie sformułowanie mogłoby sugerować, że płeć kulturowa to sprawa determinowana przez czynniki środowiskowe, niezależna od płci biologicznej. Albo kwestia swobodnego wyboru. Ale tak na ogół nie jest.

Przecież nie tylko geny z chromosomów płciowych wpływają na rozwój systemu nerwowego. Genom człowieka zawiera około 25 tysięcy genów, z których wiele jest aktywnych w mózgu. Większość posiadanych przez nas genów to geny polimorficzne, występujące w różnych wariantach (allelach), i to jest bardzo istotna przyczyna zmienności, nakładająca się na zróżnicowanie wynikające z płci. A przecież geny to nie wszystko. Czynniki działające w czasie ciąży, takie jak dieta, stres, infekcje, leki, również mają bardzo istotny wpływ na kształtujący się mózg. W efekcie ludzie już w momencie urodzin mają bardzo zróżnicowane mózgi.  To, co wynika z płci chromosomalnej to tylko jeden z elementów tej różnorodności. 

Oczywiście, mózg jest strukturą plastyczną. I tak jak każdy inny organ, może się trochę zmieniać pod wpływem czynników środowiskowych. Różne formy aktywności, zarówno umysłowej jak i fizycznej, mogą wpływać na neurogenezę, synaptogenezę czy mielinizację. Czyli na proces powstawania nowych komórek nerwowych, tworzenia między nimi połączeń synaptycznych czy grubość otaczających włókna nerwowe osłonek mielinowych. Ale jest to raczej wpływ modulujący – wydaje się, że to, co najbardziej istotne w kwestii na przykład orientacji seksualnej, zależy od genów i czynników działających w ciąży. 

R: Gen SRY sprawia też, że dymorfizm płciowy w przypadku chorób jest bardzo wyraźny?

Z. S.: Prawdopodobnie ma w tym swój udział. Pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że gen SRY jest aktywny również w dojrzałym mózgu. Kodowane przez ten gen białko bierze udział w całym szeregu zachodzących w mózgu procesów. Ma wpływ między innymi na transmisję dopaminergiczną i serotoninergiczną, czyli na takie formy komunikacji międzykomórkowej, w których wykorzystywane są dopamina lub serotonina. Mamy więc mechanizm regulacyjny, który występuje tylko w męskich mózgach, i który można powiązać z dwiema poważnymi chorobami. Transmisja dopaminergiczna może mieć związek ze schizofrenią. Leki stosowane w tej chorobie to najczęściej substancje działające hamująco na ten rodzaj transmisji. Schizofrenia częściej występuje u płci męskiej (1,4 – 2,5 razy częściej – różne źródła podają nieco odmienne wartości). Z kolei depresja to bardziej kobieca choroba. U pań występuje około 1,5 razy częściej niż u panów. A w przypadku schizofrenii dość skuteczne są leki, zwiększające efektywność transmisji serotoninergicznej. 

Ale to nie znaczy, że tylko SRY odgrywa jakąś rolę w tym dymorfizmie. Są badania sugerujące, że estrogeny mogą zmniejszać ryzyko wystąpienia tej choroby lub osłabiać jej przebieg. A poziom tych hormonów jest u kobiet wielokrotnie wyższy, niż u mężczyzn.

R.: A jeżeli chodzi o uzależnienia?

Z. S.: Też występuje dymorfizm. Kobiety łatwiej uzależniają się od różnych substancji chemicznych (z wyjątkiem alkoholu), mężczyźni od seksu, hazardu i Internetu. I to dotyczy nie tylko ludzi, podobne zależności stwierdzono w badaniach na zwierzętach. Oczywiście, jeśli idzie o uzależniania od narkotyków, uzależnienia od Internetu na gryzoniach nie sprawdzano.

Powstawanie uzależnień ma związek z mózgowym układem nagrody, odpowiedzialnym za odczuwanie przyjemności. Połączenia dopaminergiczne są istotnym elementem tego układu, mamy więc kolejny możliwy związek z genem SRY.

R.: Czy mózg kobiety jest „sterowany” przez hormony?

Z. S.: Zawarty w pytaniu pogląd wynika z faktu, że istnieje wyraźna zależność czasowa między fazami cyklu miesiączkowego a samopoczuciem, emocjonalnością, a nawet zdolnościami umysłowymi kobiet. Te zmiany przebiegają z dużą regularnością i dlatego są łatwe do zauważenia. U mężczyzn wydzielanie hormonów jest bardziej równomierne. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn hormony wpływają na mózg. Ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że sterują mózgiem. Przede wszystkim dlatego, że wydzielanie większości hormonów jest kontrolowane właśnie przez mózg. Część mózgu zwana podwzgórzem produkuje hormony kontrolujące wydzielanie hormonów przysadkowych, a z kolei przysadka mózgowa wydziela hormony, które regulują aktywność wydzielniczą gruczołów obwodowych. W tym także wydzielanie hormonów płciowych. Funkcje sterujące to zdecydowanie obowiązek mózgu.

R.: A czy to prawda, że „zmęczona kobieta staje się mniej kobieca”, ponieważ zanikają typowe dla kobiety funkcje poznawcze, kiedy nie dosypia?

Z. S: Oczywiście. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o mężczyznach. Sen jest w ogóle niezbędny do życia. Dla mózgu jest nawet bardziej niezbędny, niż dla reszty ciała. Kiedy ciało sobie odpoczywa, mózg całkiem intensywnie pracuje. Na przykład w czasie snu zachodzi porządkowanie śladów pamięciowych. W dużym uproszczeniu – większość informacji, które wprowadzamy do naszej pamięci, jest przejściowo przechowywana w części mózgu zwanej hipokampem. Stopniowo te ślady pamięciowe stają się od hipokampa niezależne, a proces ich przenoszenia od innych ośrodków zachodzi właśnie podczas snu.

Ale to nie wszystko. Jednym z najważniejszych osiągnięć neurobiologii ostatniej dekady jest odkrycie układu glimfatycznego. Dokonał tego zespół badaczy kierowany przez Maiken Nedergaard, duńską badaczkę pracującą w Centrum Medycznym Universytetu w Rochester. Istota odkrycia polegała na wykazaniu, że płyn mózgowo-rdzeniowy przepłukuje tkankę mózgu, usuwając z przestrzeni międzykomórkowych różne szkodliwe cząsteczki, powstające w wyniku normalnej aktywności komórek. Co więcej, efektywność tego układu jest wielokrotnie większa w czasie snu, niż w czasie czuwania. Odkrycie to może mieć istotne znaczenie dla zrozumienia przyczyn niektórych chorób neurodegeneracyjnych, takich jak choroba Alzheimera. Jednym z objawów tej choroby jest właśnie gromadzenie się między komórkami cząsteczek białka amyloidowego beta, które może przyczyniać się do śmierci komórek nerwowych. Układ glimfatyczny powinien to białko usuwać, być może w chorobie Alzheimera nie robi tego wystarczająco efektywnie. Wprawdzie przedwczesne byłoby twierdzenie, że powszechny w naszej cywilizacji niedobór snu jest tego przyczyną, ale na wszelki wypadek dbajmy o sen. I to niezależnie od tego, jaką mamy płeć.

niskie poczucie własnej wartości

Niskie poczucie własnej wartości – jak sobie z nim radzić?

„Z taką bzdurą do pani przychodzę, a ludzie mają naprawdę ważne problemy” – często słyszę od odwiedzających mój gabinet. Czym jest ta ,,bzdura”, która bzdurą wcale nie jest? Poczuciem niskiej wartości.

Wbrew pozorom to nie jest wcale błaha sprawa! To jedna z najważniejszych kwestii w naszym życiu! Bez poczucia własnej wartości trudno o stworzenie dobrej relacji w związku, z ludźmi w pracy. Jest ono bardzo ważne w radzeniu sobie z kryzysami. Pomaga funkcjonować na co dzień, wspiera w dążeniu do celu, pomaga przy podejmowaniu kluczowych decyzji, motywuje, umożliwia dawanie oraz przyjmowanie miłości i dobra.

Od tego co o sobie myślisz, jak siebie traktujesz, jak postrzegasz się w relacjach z innymi zależy całe Twoje życie. Poczucie własnej wartości wpływa na jakość  życia, na to co się w nim dzieje, jak się w nim odnajdujemy i czy czujemy się szczęśliwi. Trudno jest osiągnąć wysoki poziom zadowolenia z życia, jeśli sami z sobą czujemy się źle.

Uważaj na to, co i jak mówisz do dziecka

Skoro pewność siebie jest taka ważna, to na jakim etapie ją nabywamy i czy możemy się jej nauczyć?  Wszystko oczywiście zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie. Zaczyn pewności otrzymujemy w domu, w którym się wychowujemy. Kochający, uważni rodzice, odpowiadający adekwatnie na potrzeby dziecka budują w nim wiarę w siebie. Przeżywają jego wzloty i upadki, wspierają a nie krytykują, nie poniżają, nie porównują z innymi dziećmi.

Niestety, nie wszyscy mają świadomych i wspierających rodziców. Być może Twoi rodzice byli bardzo surowi i wymagający, stawiali poprzeczkę bardzo wysoko, nigdy nie chwalili. Być może zawsze musiałaś być najlepsza w szkole, zdobywać nagrody w konkursach, być świetna w sporcie. Jeśli najmniejsze potknięcie było piętnowane, być może zaczęłaś myśleć, że jesteś niewystarczająco dobra. Uczyłaś się więc po nocach, wkładałaś wiele wysiłku w sport, chociaż wcale nie lubiłaś tenisa albo gimnastyki artystycznej – robiłaś to tylko po to, by usłyszeć pochwałę od rodziców, by poczuć ich akceptację, usłyszeć, że są z ciebie dumni.

Szkoła powinna uczyć poczucia własnej wartości

Poczucie własnej wartości tworzy się również w szkole. Wiemy jednak, że nasz system edukacji oparty na konkurencji ma wiele do jeszcze do nadrobienia – nie tylko w tej kwestii. Ważne, by wspierać własne dzieci, nie porównywać ich z kolegami ze szkolnej ławki – każde dziecko jest inne, rozwija się w swoim tempie i ma unikalne talenty. Nie wszyscy w końcu muszą być orłami w matematyce. Lepiej wychować zadowolonego z życia rzemieślnika niż sfrustrowanego księgowego, który nienawidzi swojej pracy!

Telewizja, reklamy, zdjęcia w magazynach lifestyle’owych, profile w social mediach również nie ułatwiają życia. Zdają się utwierdzać w przekonaniu, że nie jesteś nic warta, jeśli nie masz wysokiej pozycji w pracy, wysportowanego ciała, pełnego portfela, znanych przyjaciół, pięknego domu i najmodniejszej torebki sezonu. Współczesne trendy każą nam być rozpoznawalnymi i odnosić sukcesy, jeśli chcemy “być kimś”. Wyśrubowany do granic możliwości etos pracy często sugeruje, iż tracimy naszą wartość, kiedy odpoczywamy. Że nie  jesteśmy wystarczająco zaangażowane, kiedy kończymy pracę po 8 godzinach i wracamy spokojnie do domu. To oznacza, że jesteśmy zestresowane i nie umiemy odpoczywać, bo ciągle jesteśmy myślami w pracy.

Być chodzącym ideałem

Chcemy być najlepsze. Zawsze i w każdej dziedzinie. Najlepsze w pracy i w domu. Z taką samą uwagą piszemy raport jak odrabiamy z dzieckiem lekcje. Pracujemy na dwa etaty.  A w tak zwanym między czasie robimy zakupy, śledzimy modę, ćwiczymy pośladki, pieczemy bezglutenowe ciasto, płacimy rachunki, wstajemy w nocy do dziecka. Robimy to wszystko, ale nigdy nie jesteśmy w pełni zadowolone, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto robi wszystkie te rzeczy lepiej od nas. Z uśmiechem na twarzy i bez cienia zmęczenia.

Stale porównujemy się z innymi. Zdjęcie na cudzym Instagramie może popsuć nam nastrój na pół dnia. Dlaczego? Bo ktoś na pierwszy rzut oka ma bardziej udane życie rodzinne, jest zamożniejszy, dużo podróżuje, ma wspaniale wyrzeźbione ciało. A nam daleko do doskonałości. Porównujemy się z innymi, a przecież o ludziach z mediów wiemy tylko tyle, ile oni chcą nam o sobie powiedzieć, pokazać. Nikt nie chwali się swoimi potknięciami, gorszymi momentami, tym co wyszło nie tak. Zapominamy, że zdjęcia instagramowe czy sesje fotograficzne w magazynach są starannie reżyserowane, często za ich powstaniem stoi sztab ludzi – od stylistek po makijażystki i asystentki. I choć są tak piękne i doskonałe – często w ogóle nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Tak pokrótce wygląda nasza rzeczywistość – może niezbyt kolorowa, ale nie należy popadać w przygnębienie. Poczucie wartości jest jak mięsień – można je zbudować!

Od czego zacząć?

Przede wszystkim doceń siebie. Doceń to, co masz i miejsce, w którym się znajdujesz. Zobacz, co do tej pory udało Ci się już osiągnąć. Porozmawiaj ze sobą szczerze, tak jakbyś rozmawiała ze swoją najlepszą przyjaciółką. Nie bądź dla siebie zbyt surowym krytykiem.

Może pochodzisz ze środowiska, w którym nie ceni się wykształcenia, a ty właśnie obroniłaś dyplom na dobrej uczelni? Może nikt nie wierzył, że uda ci się odnaleźć po przeprowadzce do dużego miasta, a tymczasem świetnie sobie radzisz?

W twoim otoczeniu są na pewno ludzie, którzy Cię cenią i kochają. Popatrz na siebie ich oczyma. Co w Tobie lubią? Za co Cię podziwiają? Poproś ich o feedback, czyli informację zwrotną na swój temat.

Pozwól sobie na błędy – dzięki nim możemy się rozwijać. Ludzie z dużą pewnością siebie planują działania, są aktywni i nie unikają potknięć. Traktują je jako lekcje w drodze do celu. Oceniają swoje potknięcia z wyrozumiałością, wyciągają wnioski i próbują dalej. Tymczasem osoby z niskim poczuciem własnej wartości przechowują w swej pamięci porażki niczym drogocenne ordery.  

Trzymaj się z daleka od ludzi, którzy Cię nie szanują, krytykują i ranią. Chociaż to bardzo trudne i bolesne, nie bierz do siebie ich słów. To, co słyszysz, może wskazywać na fakt, że to właśnie oni mają kłopot ze swoją wartością. Być może potrzebują umniejszyć Twoje osiągnięcia, zdeprecjonować Twoje umiejętności by móc poczuć się lepiej na Twoim tle.

Nie można mieć wszystkiego na raz. Nierealistyczne oczekiwania wobec siebie powodują frustrację i złość. Nie możesz być jednocześnie super pracownicą dekady, pełnoetatową mamą, najlepszą kochanką świata, najwspanialszą córką i przyjaciółką w jednym. Ustal swoje priorytety, nie wszystko w danej chwili jest równie ważne. Życie nie zawsze jest pasmem sukcesów, a godzenie kariery z życiem osobistym to prawdziwa ekwilibrystyka! Zacznij tam, gdzie jesteś i zrób tyle, ile możesz.

Nie porównuj się z innymi. To Twoje życie. Jedyne i niepowtarzalne. Twoje zasoby i ograniczenia. Niech zdjęcia celebrytów na Instagramie nie będą dla ciebie źródłem frustracji – to sztucznie wykreowany świat.

Nie jesteś tym, co posiadasz. Stan konta nie determinuje Twojej wartości. Nie czuj się źle tylko dlatego, że nie możesz pozwolić sobie na nową parę butów lub kupno najmodniejszej torebki. Znajdź jakiś pozytyw tej sytuacji – pomyśl na przykład, że masz oryginalny gust i nie chcesz nosić tego, co wszyscy na ulicy.

Poczuj się dobrze we własnym ciele. Nie jest takie, jakbyś pragnęła? Tu i ówdzie pojawiła się fałdka, a skóra na brzuchu nie jest tak napięta jak przed ciążą? Przede wszystkim bądź dla niego dobra. Nakarm je i zaopiekuj się nim z czułością. Twoje ciało opowiada historię Twojego życia – bądź z niej dumna. A potem zastanów się, co możesz zrobić, by poczuć się w nim lepiej. Zaplanuj aktywność fizyczną, która będzie dla Ciebie przyjemna np. jazda na rowerze, bieganie, taniec, tenis czy fitness. Nie podążaj z uporem maniaka za trendami także w tej dziedzinie, wybierz coś dobrego dla siebie.

Jeśli pracujesz nad swoim poczuciem wartości, robisz postępy, a zdarzy Ci się gorszy dzień, nie obwiniaj się.  To nieuniknione w procesie zmiany. Bądź dla siebie wyrozumiała, tak jak dla najlepszej przyjaciółki. Pamiętaj, że złudne jest często to, co widzimy fasadowo. Niektórzy poświęcają prawie całe swoje życie, by dobrze wyglądać na zewnątrz, aby ukryć odczuwalny w środku wstyd i poczucie braku wartości. Swoją niezłomną postawą próbują udowodnić swoją wartość.

A przecież w pewność siebie wpisana jest czasem niepewność. Nawet bardzo pewne siebie osoby mają gorsze dni, popełniają błędy i mają dylematy – to jest zupełnie naturalne i ludzkie.

Aneta Kaluba

psycholog, terapeutka Racjonalnej Terapii Zachowań,
pomysłodawczyni Wobec Siebie Interdyscyplinarnego Zespołu Specjalistów. Prowadzi treningi i warsztaty związane z motywacją, rozwojem i samodoskonaleniem.

prawa kobiet sto lat temu

5 podstawowych praw, których nie posiadała Twoja prababcia

100 lat to mało i dużo. Zależy, o czym i w jakim kontekście mówimy. Wiek temu odzyskaliśmy niepodległość. Wcale nie tak dawno. Kiedy jednak zdamy sobie sprawę z tego, jak wiele wydarzyło się podczas tego czasu, stwierdzimy jednak, że to szmat czasu. Wraz z odzyskaniem niepodległości Polki zyskały coś jeszcze –  kilka podstawowych praw, które mężczyźni posiadali od dawien dawna, ale też nadzieję na to, że z czasem wywalczą sobie ich pełnię. Sto lat – mało i dużo. Z jednej strony nie tak dawno – to czas kiedy żyły nasze prababcie i babcie. Z drugiej strony tak wiele – coś, co my odbieramy jako część naszej codziennej normalności, dla nich było ideą, postulatem, o który dopiero zaczynały walczyć. Zerknijcie, jakich 5 podstawowych praw nie posiadały nasze prababcie!

1. Kobiety nie mogły studiować

To nie tylko polski fenomen, tak było na całym świecie. Pierwszą kobietą w historii, która w 1840 roku uzyskała zawodowy tytuł licencjata i dyplom ukończenia studiów wyższych była Amerykanka, Catherine Brewer. 14 lat później, dzięki niestrudzonej walce polskich kobiet nauki i kultury, krakowski Uniwersytet również otwarł swoje podwoje dla studentek. Nie można powiedzieć, żeby zarządzający uczelnią mężczyźni uczynili to zbyt szeroko, przyjęto bowiem na studia aż trzy kobiety: Stanisławę Dowgiałło, Jadwigę Sikorską i Janinę Kosmowską. Rozpoczęły one studia farmaceutyczne jako wolne słuchaczki, co więcej bez prawa do zdawania egzaminów. No cóż, krok po kroczku kobiety torowały sobie drogę wśród uczelnianych ław i choć nie ułatwiano im tego, przyporządkowując niższe role, już w ćwierć wieku po pierwszych polskich studentkach, kobiety stanowiły jedną trzecią uczących się na uczelniach wyższych.

2. Kobiety nie mogły pełnić żadnych wysokich stanowisk

Przed 1918 rokiem kobiety nie miały prawa nie tyle brać udziału w czynnej polityce, ale nie miały nawet prawa o niej dyskutować. Skądże bowiem miałyby się na niej znać, skoro do ich głównych obowiązków należały jedynie batalie z dziećmi czy szturmowanie sklepów i, w zależności od usytuowania, teatrów lub kurników. O casusach Polek na tronach Europy tudzież Europejek na polskich tronach tutaj nie rozmawiamy, tak jak i tylko cicho wspominamy, że wcale, ale to wcale w zaciszach domowej alkowy mężczyźni nie wysłuchiwali rad i sugestii ze strony żon.
Do pierwszego parlamentu, który powstał w 1919 roku,  wybrane zostało osiem posłanek. Nazywano je wtedy bardzo uroczo “poślicami”. Jednak pomimo uzyskania biernych i czynnych praw wyborczych, odsetek kobiet sprawujących w Polsce władzę ustawodawczą czy wykonawczą był minimalny. Pierwszą Polską, która sprawowała stanowisko ministerialne była Irena Kosmowska. Udało jej się zostać mianowaną na viceminister opieki społecznej w Rządzie Tymczasowym powołanym przez Ignacego Daszyńskiego. Po stu latach nie jest też tak źle jeżeli chodzi o kobiece premierowanie, mieliśmy już dwie Panie premier – Hannę Suchocką, sprawującą urząd premiera w latach 1992-93 i Beatę Szydło, która premierowała w latach 2015-2017.

3. Kobiety nie miały dostępu do antykoncepcji

Pierwsze polskie pigułki antykoncepcyjne zaczęły produkować Jeleniogórskie Zakłady Farmeceutyczne Polfa w 1969 roku. W tym samym czasie w wielu krajach Zachodu tabletka była już najpopularniejszym środkiem antykoncepcyjnym. W 1968 roku stosowało ją już 34% kobiet, w latach 70-tych w Holandii ok. 30-40%, a w Wielkiej Brytanii ok. 12-20% kobiet. Dziś istnienie pigułki jest dla kobiety czymś oczywistym, jest jedną z możliwości, a nie przywilejem. Jeszcze pół wieku temu tak nie było. Pigułki antykoncepcyjne stały się bowiem nie tylko środkiem medycznym. Stały się przyczynkiem do odkrycia przez kobiety, że mogą zapanować nad prawami natury, a co za tym idzie, że mogą uwolnić się od zasad stworzonych na ich podstawie przez mężczyzn. Mówi się o tym, że ta mała, niepozorna tabletka zapoczątkowała w Stanach rewolucję seksualną, ponieważ raczej niewiele kobiet zdecydowałoby się na wolną miłość bez powszechnie dostępnej antykoncepcji.

4. Kobiety nie mogły wiązać się z obcokrajowcami

Dziś wydaje nam się to całkiem nieprawdopodobne, ale zgodnie z ustawą o obywatelstwie Państwa Polskiego z 1920 roku kobiety traciły polskie obywatelstwo, gdy zawierały związek małżeński z obywatelem innego państwa! Pomijając już sam fakt nierówności i niesprawiedliwości, było to ogromne utrudnienie dla Polek. Wręcz wykluczenie ich z życia publicznego i zawodowego – obywatelstwo polskie było bowiem koniecznie do praktyki zawodowej, chociażby lekarskiej. Nie trzeba chyba wspominać, że mężczyzna mógł się oczywiście żenić z kobietą takiego pochodzenia, jakie mu się tylko zamarzyło. Co więcej jego nowo upieczona małżonka obywatelstwo polskie… zyskiwała. I nie zgadniecie, w którym roku prawo to zmieniono?! W 1951!

5. Kobiety nie mogły mieć swojego majątku

Ustawa z lipca 1921 zrewolucjonizowała polskie życie obyczajowe. Nie tylko zniosła obowiązek wspólnego mieszkania małżonków, nie tylko dała kobiecie prawo do występowania przed sądem bez pozwolenia męża, nie tylko pozwoliła na samodzielne zawieranie umów prawnych przez kobietę, ale przede wszystkim zabezpieczała ją finansowo. Polki przestały być zobligowane prawnie do posłuszeństwa mężowi w małżeństwie, a od 1946 roku miały całkowite prawo do posiadania odrębnego majątku, a nawet własnego konta w banku.

profilowe

Jowita Michalska o tym, jak odnalazła się w męskim świecie, zachowując 100% kobiecości

Wstaje przed godziną 5:00 – to jej czas wyłącznie dla siebie. Na co dzień businesswoman, zawsze w dobrym humorze i z masą pomysłów na kolejne projekty. W weekendy odpoczywa, bo w życiu warto być człowiekiem, nie robotem. W życiu zawodowym oswaja nas z nowymi technologiami i sztuczną inteligencją. W tym świecie czuje się jak ryba w wodzie, a Dolina Krzemowa stoi przed nią otworem. Jowita Michalska – człowiek do zadań specjalnych, prezes Fundacji Digital University.

Dagmara Kowalska: Wolisz, kiedy mówią do Ciebie „Pani Prezes” czy „Prezesko”?

Jowita Michalska: Ani jedno, ani drugie. Nie przepadam za tytułowaniem. Najbardziej lubię jak do mnie mówią po prostu Jowita. Nie lubię oficjalnych sformułowań typu „proszę pani”, bo to stwarza niepotrzebny dystans, a wydaje mi się, że dystans przeszkadza w życiu. Nie lubię tych słów, bo przepracowałam wiele lat w korporacji i doskonale rozumiem mechanizm chowania się za swoją wizytówką. Są osoby, które uważają się za ważne, ponieważ mają dany tytuł. Ja jednak myślę, że człowiek powinien być rozpoznawalny na podstawie tego, jaki jest i co w życiu zrobił, a niekoniecznie poprzez tytuły.

D.K: Czyli w Fundacji Digital University wszyscy mówią siebie po imieniu?

J.M.: No jasne! To jest oczywiste (śmiech). Niezależnie od wieku czy stanowiska mówimy sobie po imieniu. Nie patrzę z punktu widzenia ani wieku ani płci, patrzę przez prymat misyjności, bo dla nas jest istotne, żeby dogadywać się na tej płaszczyźnie, że wszyscy chcemy zrobić coś fajnego. Część zespołu ma doświadczenie pracy w dużych korporacjach i biznesach. Odeszli ze względu na wysoki poziom odhumanizowania, jaki panuje w korporacjach albo ze względu na brak większego celu, brak misyjności w życiu. Te wszystkie cechy w naszej fundacji łączą ludzi i dzięki temu znikają bariery.

D.K. Zapytałam o tę żeńską odmianę „prezeska” nie bez powodu. Mnie jawisz się jako osoba działająca w przestrzeni, która jest sprofilowana pod mężczyzn. Ciekawa jestem, co robisz, by w tym świecie być zauważalną?

J.M.: Zawsze kiedy jestem na dużej konferencji technologicznej, występuję w różowej sukience (śmiech). Jak robią zdjęcia to mnie widać na mur beton. Oczywiście żartuję, chociaż czasami zdarza mi się tak robić. Myślę, że ta przestrzeń technologii od strony strategicznego podejścia, zmiany modeli biznesowych, wprowadzania nowego, innego podejścia do organizacji nie ma płci. Tak samo mężczyźni, jak i kobiety mamy problem ze zrozumieniem, jaki świat na nas czeka za kilka, kilkanaście lat. Mamy też kłopot z pojęciem jak do tego świata przejść „suchą nogą”. Żyjemy w świecie, który doskonale znamy, bo wykonujemy te czynności od wielu lat. Ten obszar nie ma płci głównie dlatego, że to jest nowe i wszyscy się trochę tego boimy. Dokładnie takie same problemy ze zrozumieniem, jaką firmę będę prowadzić albo w jakiej firmie będę pracować za 8 czy 10 lat ma czarnogarniturowy, elegancki prezes z branży usługowej, jak i przedsiębiorczyni sprzedająca sukienki, z kobiecym targetem i małą firmą. Wszyscy mamy dzisiaj duży krok do zrobienia i duży dyskomfort w związku z tym, że wkraczamy już jedną nogą w świat, który jest kompletnie nieprzewidywalny i prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie się zmieni. W Polsce, co jest ciekawe, to jeszcze bardzo mało widać. Dużo teoretyzujemy, dużo opieramy się o książki, wszyscy cytujemy teraz Yuvala Noaha Harariego. Kiedyś na każdym spotkaniu cytowano biografię Steve’a Jobsa, teraz na fali jest Harari i jego książka „Homo Deus” i nowa o predykcjach na XXI wiek, ale de facto mało z tego rozumiemy. Jak popatrzymy od strony konkretnych przykładów wdrożeń tych technologii, o których sobie rozmawiamy, to u nas ich nie ma. Wydaje mi się, że każda płeć, każdy zawód musi się tego nauczyć od strony praktycznej, najchętniej analizując przeróżne przykłady takich działań ze świata. Weryfikacja w pewnym momencie będzie błyskawiczna.

D.K.: Działasz na rynku ponad 20 lat, ale zaczynałaś swoją przygodę z marketingiem i dużą sprzedażą. To był moment kiedy trzeba było umościć sobie miejsce wśród tych wszystkich mężczyzn. Jaką strategię obrałaś wtedy?

J.M.: Świadomość, że trzeba walczyć o kobiety w biznesie, mam od jakiegoś czasu, nie od samego początku. Zresztą z całym szacunkiem 20 lat temu nie było żadnej dyskusji na ten temat. Zaczynałam karierę od branży reklamowej, w której nie było dominacji którejś z płci. Kiedy wchodziłam na imprezy i mówiłam, że jestem z agencji reklamowej, to wszyscy chcieli ze mną pogadać i to było coś bardzo fajnego, najmodniejsza wtedy branża. Poza tym szybko wchodziliśmy do świata międzynarodowego, wszyscy byli na „Ty”, obowiązywały standardy amerykańskie, więc my tam pracowaliśmy godzinami, czasem mieszkaliśmy, łącząc życie prywatne z zawodowym i z zabawą. Tam nie było takich problemów. Trzeba było dużo i szybko pracować, chcieć się tego uczyć. Ja w ogóle podchodzę do życia z entuzjazmem – wiesz to, już trochę mnie znasz. Jak mnie coś nie kręci to odpadam, a jeśli mnie coś zaciekawi, to zazwyczaj wchodzę w to na 120%. Zresztą mnie dość dużo tematów interesuje i oddaję dużo pozytywnej energii rzeczom, w które się angażuję. Wydaje mi się, że to jest kluczem. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że kobiety są gorzej wynagradzane na podobnych stanowiskach. Ostatnio miałam spotkanie ze znajomym z początków mojej drogi zawodowej i ten człowiek powiedział mi tak: „No Jowita, powiem Ci szczerze, że jestem zaskoczony, że tak się wybiłaś, stałaś się samodzielna, robisz niesamowite rzeczy. Kiedyś Twojego partnera biznesowego postrzegałem jako dojrzalszego, bardziej wartościowego w biznesie, a dzisiaj patrzę na to inaczej”.

Nie miałam też przypadku jawnej dyskryminacji kobiet, ale czasem kobiety dyskryminowały inne kobiety i uważam, że naszą misją jest nie tylko ośmielanie kobiet, żeby rywalizowały z mężczyznami o takie same stanowiska i wierzyły w to, że są równie dobre, ale też nauczenie kobiet, że powinny się nawzajem wspierać. Sprawić, żeby kobiety nie eliminowały innych kobiet z tego wyścigu. To się często zdarza. Kobiety walczą ze sobą, a mężczyźni się dogadują. Mam taki przypadek znajomej, która była bardzo zadowolona, że jest jedyną kobietą w zarządzie, bo otrzymywała masę komplementów. Dlatego z Fundacją Sukces Pisany Szminką przygotowujemy projekt dla dziewczyn opuszczających domy dziecka. Chcemy pokazać, że kobiety mogą współpracować. Żadna nie jest ważniejsza lub mniej ważna. Robimy razem daną rzecz i pokazujemy też takie wzorce. Chciałabym, żeby jak najwięcej kobiet pokazywało wzorce wspierania się w biznesie, bo wydaje mi się, że kobiece organizacje, które powstały wiele lat temu na początku opierały swoją działalność na opowiadaniu o tym, jaka dyskryminacja spotkała te kobiety i na wzajemnej empatii.: „Och, Ty też zostałaś wykorzystana i niedoceniona?” To okropne! Mało tam było biznesowego pomagania sobie, co generalnie popycha nas na kolejny poziom. Moja ukochana nowojorska mentorka Tess Mateo zaczyna swoje wystąpienie od pytania, kto jest projektantem twojej torebki i czy jest to kobieta? Bo kobiety trzeba wspierać na poziomie biznesowym, i Tess ciągle mi to mówi. Wsparcie biznesowe da nam skalę, pieniądze i wpływy, a emocjonalna bliskość i empatyczność jest ważna, natomiast nie zaprowadzi nas do rozwiązania wszystkich problemów, nie da nam skali, której potrzebujemy. Mam menteeiski (podopieczne mentorek), które umawiają się ze mną kawę, opowiadają o swoim biznesie i zaznaczają z góry: „Jowita ja Cię strasznie przepraszam, ja nie chcę Ci nic sprzedać”. A ja na to: „Ale dlaczego nie?”. Przecież to jest normalna rzecz. Nie powinnyśmy się wstydzić tego, że chcemy zarobić, chcemy kontaktów. Jeśli Ty reprezentujesz daną firmę czy produkt, to ja wiem, że Ty w to wierzysz. W takiej sytuacji powinnaś mi powiedzieć: „Jowita, czy mogłabyś mi spróbować załatwić kontakt do takiej osoby albo podpowiedzieć, co powinnam zrobić, żeby mój biznes szedł lepiej?”. Ja na to mówię: „Jasne, że tak”. Pytanie nic nie kosztuje. Jeśli będę mogła pomóc, pomogę, jeśli nie, nie pomogę. Jak się nie zapytasz, nie będzie opcji, żeby móc coś w tej kwestii zdziałać. Dziewczyny zazwyczaj przepraszają, że żyją, krygują się, żeby się wzajemnie wesprzeć, kiszą swoje kontakty, żeby się nie podzielić. To jest głupie i niedojrzałe. Faceci współpracują i fantastycznie na tym wychodzą. Powinnyśmy się od nich uczyć. Trzeba wzajemnie podpatrywać swoje najlepsze cechy.

D.K.: Co Cię popchnęło w kierunku świata nowych technologii? To jest oczywiste, że przechodzisz płynnie z marketingu do nowych technologii?  

J.M.: Nie było to oczywiste, bo nie zawsze jest tak, że od razu wiemy co chcemy dalej robić. To było bardzo burzliwe przejście, nawet nie do końca jest moje. Mówią, że powinnaś mieć w życiu pasję i ją realizować, co jest cudowne, ale moja ścieżka była inna. Wiedziałam, że chce zmiany, ale nie wiedziałam jakiej. Po 20 latach w korporacji byłam zmęczona i potrzebowałam roku odpoczynku, ale przy okazji chciałam też coś jednak robić. Przyszła moja koleżanka, która zaproponowała by założyć wspólnie fundację, bo dużo się dzieje w świecie nowych technologii, a Polska bardzo słabo absorbuje te wszystkie zmiany i ja powiedziałam robimy, nie do końca rozumiejąc na co się zgadzam. Ale pomyślałam sobie, że to jest dobry pomysł, a przy okazji nauczę się czegoś nowego, nauczą się też inni. Kręciło mnie zrobienie czegoś zupełnie innego, bo wydawało mi się, że w marketingu robię ciągle to samo. Poza tym przy stanowiskach dyrektorskich jeździsz po świecie, chodzisz na zarządy, bronisz raczej koncepcji, a większość fajnych, kreatywnych rzeczy robi team. Bardziej już reprezentowałam, a zatęskniłam za ubrudzeniem sobie rąk pracą ☺. Nigdy wcześniej nie pracowałam w fundacji, chciałam poznać ten obszar. Rozpoczęłyśmy przygodę wspólnie, a po roku dziewczyny wróciły do biznesu korporacyjnego, ja zostałam. Pojawiały się co prawda różne propozycje powrotu do dużego biznesu, które powodowały, że wskakiwałam jedną nogą do korporacji, ale cały czas jednocześnie prowadziłam fundację. Praca w korporacji uczy innych kompetencji, niż praca u siebie . Tam jest duża skala, tu mała i trzeba zrobić wszystko, żeby ta skala urosła, a to wymaga wiele odwagi. Biznes trzeba rozwijać systematycznie, ale raczej stabilnie. W korporacji robisz przegląd, przygotowanie kadry, jesteś liderem, motywujesz zespół, wprowadzasz nowe tematy. We własnej firmie musisz szybko wiedzieć czy ktoś się sprawdza czy nie, zbudować zespół i całą jego filozofię oraz misję. To są rzeczy, które ja robię pierwszy raz, ale pierwsze trzy lata zajęło mi dojście do tego, że to jest właśnie to, co ja chcę robić w życiu. Już nie tęsknię za wszystkimi fajnymi pracami, u kogoś. Mam 12 osób w zespole i pracujemy razem nad czymś co zmienia świat na lepsze w naszej małej skali. Wymyślamy coś nowego i od razu sprawdzamy czy to działa, czy daje efekty, czy ludzi to interesuje. Jest to fajna przygoda.

D.K.: Jak wywalczyć miejsce na rynku nowych technologii na świecie? Twoja fundacja pojawia się na wielu międzynarodowych konferencjach, super projektach. Ten świat zdaje się być bardzo zamknięty.

J.M.: Praca u siebie nauczyła mnie tego, że nie ma opcji pt. „czegoś nie wypada albo nie da się zrobić”. Ja chce robić dobre rzeczy, staram się być dobrym człowiekiem i nie mam też kompleksów. My od początku uważałyśmy, że musimy się w Polsce nauczyć świata nowych technologii od bardziej rozwiniętych krajów. Pierwszym naszym projektem w fundacji było zaproszenie do Polski profesorów z Harvardu. To się wydawało niemożliwym i nieosiągalnym. Potem okazało się, że wysłałyśmy maile, oni odpowiedzieli, zażyczyli sobie dużo pieniędzy za wzięcie udziału w konferencji, ale można było negocjować. Znaleźliśmy także partnerów, którzy zapłacili za przylot ekspertów. Udało nam się rozpocząć działalność i od początku miałam wizję powołania organizacji międzynarodowej. Wiele robimy w Polsce, ale mamy też partnerów w Czechach, Estonii, Singapurze, Izraelu, USA i ciągle znajdujemy innych. Chcemy pokazywać ciekawych ludzi nie tylko z Polski, także ze świata. Jedną z misji naszej działalności jest mieszanie tych światów ze sobą, żeby polscy przedsiębiorcy mieli łatwiejszy dostęp na rynki zagraniczne. Estonia ma 2,5 mln ludności, nie ma szans zarobienia pieniędzy na rynku lokalnym. Ci ludzie mówią po angielsku, myślą o swojej firmie jako o globalnej, a u nas tego trochę brakuje. My się boimy, choć marzymy o tej przysłowiowej Dolinie Krzemowej, ale jak my zrobiliśmy konkurs, gdzie nagrodą było 10 tygodni w NASA w Dolinie Krzemowej na programie akceleracyjnym to wiele startupów uznało, że są za słabi żeby nawet wziąć udział w konkursie.

Drugą taką rzeczą, którą zrobiliśmy, by być globalni, było wyszukanie partnera międzynarodowego, który dostarczy nam „know how”, czyli silną nogę strategiczną. Dlatego wyszukaliśmy Singularity University. I widzisz, tu można było powiedzieć, że za wysokie progi, a my wysłaliśmy maila, wstąpiliśmy o partnerstwo i okazało się, że można nawiązać współpracę. W tym roku jestem dumna, bo dostaliśmy główną nagrodę, jako Polska, za najlepsze przygotowanie i przeprowadzenie oraz wybór najciekawszych zwycięzców w programie Global Impact Challenge. Odebrałam nagrodę w San Francisco, Polska była najlepsza wśród 40 krajów, które też przygotowały to samo wydarzenie. Wygraliśmy rywalizację, mimo, że robiliśmy tę imprezę pierwszy raz. Warto próbować.

Wczoraj dosłownie, zostałam wybrana do zespołu strategicznego Singularity University jako jedna z 5 osób  z całego świata i jedyna z Europy!

Wiesz, kiedyś bałam się matury, potem bałam się pójść na zarząd w korporacji itp. Zawsze jak się coś robi pierwszy raz jest jakiś stres, że się nie uda. Dziś wiem, że nie wolno się bać, trzeba się rozwijać. Poza tym myślę, że my kobiety długo nie wiemy czego chcemy, ale w pewnym momencie dojrzewamy, zaczynamy siebie lepiej rozumieć i podejmujemy decyzję, że teraz jest czas żeby zrobić coś dla siebie. Miałam świetną rozmowę z moim przyjacielem, facetem po 50-tce, osiągającym sukcesy prezesem, który sobie zrobił sabbatical, czyli roczną przerwę. Przyszedł do mnie kiedyś na wino i mówi tak: „Powiedz mi jak to jest, że Ty wiesz, że to chcesz właśnie robić. Jak do tego dojść?”. Odpowiedziałam, że nie ma jednej metodologii, która jest fenomenalna i u wszystkich się sprawdza. On na to: „Mnie się wydaje, że wszystkie ćwiczenia opisane w książkach o sukcesie to jest bullshit.”  Ja mówię: „Masz rację to jest bullshit, musisz wziąć jeden z tych bullshitów i przetestować go na sobie, a jeśli będziesz konsekwentny to zadziała.” Moja metoda polega na tym, że zaczęłam wstawać o 5:00 rano, kiedy mój umysł był w dużo lepszej formie niż o 23:30 po położeniu dziecka spać. Brałam zeszyt i po prostu wyobrażałam sobie, że jestem 12 miesięcy do przodu. Miałam potężną wizualizację, że siedzę oto przy biurku, pije kawę i wspominam 12 miesięcy wstecz. Pisałam o tym, o czym marzę. Zderzyłam się z tym, że na początku w ogóle nie wiedziałam, o czym ja marzę. Codziennie pisałam w zeszycie, coś skreślałam, coś wyrzucałam. Mój mózg zaczął się przyzwyczajać do tego, że te zapisane zadania trzeba zrobić, czyli strefę totalnie niezorganizowaną przekuć w zorganizowaną. Potem zaczęły się dziać cuda. Zgłaszały się do mnie odpowiednie osoby. W wieku, w którym sama mogłabym być mentorką, poszukałam mentora, ponieważ jestem bardzo kreatywna, mam dużo pomysłów, ale niekoniecznie potrafię je dobrze uziemić. Moim mentorem zgodził się zostać prezes dużej firmy konsultingowej, podpowiedział mi, jak wybierać pomysły, jak je selekcjonować, czyli wybierać to, co mi pasuje i z czego będzie efekt społeczny lub biznes. Kiedyś mi się wydawało, że moim obowiązkiem jest spotkanie z każdym, który chce się ze mną spotkać. W pewnym momencie nauczyłam się myśleć pragmatycznie. Jeśli ja chcę zrobić coś dobrego, to muszę mieć na to czas. Zapamiętałam, że jeśli komuś mówisz tak, komuś innemu jednocześnie mówisz nie. I musisz wiedzieć, które „tak” jest najważniejsze. Nauczyłam się wszystkiego od podstaw, wiem w czym jestem dobra, bo trochę już siebie znam, ale wiem też, w których obszarach muszę się pilnować i się pilnuję.

D.K.: Pięknie powiedziane, inspirujące dla innych. Zastanawiam się nad tym czy Ty masz czas na życie prywatne? Co lubisz robić najbardziej kiedy niczego nie musisz robić?

J.M.: To jest mega nudne, ale ja najbardziej na świecie lubię czytać książki mojej córeczce Jagodzie. Latem czytamy w ogródku, a zimą na kanapie, pod kocem, z fistaszkami. Czytamy jedną książkę razem albo ja swoją i Jagoda swoją. To jest najfajniejsze. Rzeczywiście dużo rzeczy robię, ale wolę „work life integration’s” niż „work life balance”, czyli tam gdzie mogę zabrać moją córkę, to ją zabieram, staram się ją angażować we wszystkie rzeczy, które robię. Staram się zabierać ją ze sobą na konferencje, żeby potem mieć czas dla siebie. W fundacji mamy mnóstwo zajęć dla dzieci, w których ona też uczestniczy i też jest pierwszym testerem. Pilnuję, by weekendy mieć wolne. Czasem w niedzielę coś piszę, ale staram się nadrabiać zaległości w tygodniu o 5 rano. Między 5 a 9 rano w sobotę i niedzielę mam swój czas kiedy albo słucham podcastów, albo coś czytam lub piszę. Singularity University nasza organizacja matka produkuje mnóstwo materiałów, a ja muszę być na bieżąco więc tym się zajmuję. W weekend chce odkręcić głowę, pozbierać kasztany, usiąść na trawie. My bardzo łatwo możemy się sami skrzywdzić. Pracoholizm jest niedobry. My kobiety często idziemy w pracoholizm, bo wydaje się nam, że tego się od nas wymaga, że musimy innym udowadniać, że jesteśmy czegoś warte. Ja mówię do koleżanki, że widać, że jest przemęczona, a w odpowiedzi słyszę, że wszystko musi sama zrobić, bo jest niezastąpiona. To nie jest dobry kierunek. Dziewczyny mają w sobie autodestrukcję, ale ja jestem trochę inna. Powierzam pracę swoim ludziom, nie boję się tego, bo nie jestem od wszystkiego. Oni są w wielu sprawach dużo lepsi ode mnie, mają niesamowite pomysły, są bardzo pracowici. Dziewczyny nie jest prawdą, że wszystko musicie same zrobić. Nie sztuką jest się zajechać na śmierć, nic z tego nie będzie.

D.K.: Każde spotkanie z Tobą powoduje, że w mojej głowie otwierają się drzwi, o których zapomniałam. To o pracoholizmie zapamiętam, cenna uwaga. Faktycznie nie wszystko trzeba zrobić samemu. I to także Twoja działka, bo nowe technologie są po to, żeby nas odciążyć, ułatwić nam życie.

J.M.: Poza tym nowe technologie będą nas w dłuższej perspektywie uczyły jak być bardziej człowiekiem. Niektórzy z moich znajomych dziwią się, że tak huraoptymistycznie patrzę na nowinki, bo przecież one zabiorą nam pracę, bliskość, interakcje bezpośrednie. A ja mówię, że my żyjemy w trudnych czasach, bo jesteśmy w procesie zmiany, a w takim momencie wszystko się burzy, żeby zbudować od początku. Będzie się burzył nasz sposób pracy, system pracy, nasze relacje, biznesy, korporacje, systemy wartości, bo technologia wprowadza dyzrupcję. To słowo jest specjalnie takie chropowate i brzydkie, bo ono będzie powodowało zmianę, która nie będzie miła, ale w dłuższej perspektywie nauczy nas nowego świata. Świat dużych organizacji zbudował w nas potrzebę bycia w pewnym sensie robotami, bo wiele powtarzalnych czynności wykonujemy każdego dnia. Nie mamy też możliwości tworzenia czegoś od początku do końca, najczęściej robimy jedno z zadań, które tworzą całość. Z drugiej strony świat zrobił nam psikusa, bo powstały roboty, które te wszystkie powtarzalne rzeczy będą wykonywać i musimy się zastanowić co my mamy ze sobą zrobić? Musimy przejść ten bolesny proces z powrotem stać się ludźmi. Spotkałam w San Francisco chińskiego eksperta od technologii ? Kai Fu Lee, który zrobił na Uniwersytecie Berkley doktorat ze sztucznej inteligencji, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Dolinie Krzemowej, napisał świetną książkę A.I. Superpowers” mówiącą o tym, że Chiny technologicznie zdominują świat. Ten człowiek uspokaja, że nieprawdą jest, iż roboty przejmą wszystkie funkcje. Nie przejmą funkcji, w których będzie potrzebna ludzka empatia, zwykła rozmowa, emocje. Robot zmierzy Ci ciśnienie, pobierze krew, zaniesie do łazienki jeśli jesteś niepełnosprawna, umyje, bo tu jest potrzebna siła fizyczna. Natomiast nie będziesz chciała rozmawiać z robotem, będziesz chciała rozmawiać z człowiekiem, opiekunem, empatycznym stworzeniem, który cię zrozumie, wysłucha i zareaguje po ludzku. Ludzkie odruchy: empatia, miłość, kreatywność, to przetrwa. Są obszary, w których nie wygramy ze sztuczną inteligencją, ale taki przykład: AlphaGo – program komputerowy do gry w go stworzony przez firmę DeepMind  wygrał z mistrzem świata Lee Sedolem i dla człowieka to był dramatyczny moment. Zwyczajnie płakał, ponieważ on kocha tą grę, od dziecka się w niej specjalizował i stał się w niej mistrzem, a sztuczna inteligencja ani się nie ucieszyła, ani nie zasmuciła faktem wygrania rywalizacji. My musimy wrócić do swoich korzeni.

D.K.: Na co Ty czekasz w dziedzinie nowych technologii. Ty już wiesz co będzie się działo w najbliższych latach. W jakich obszarach będziemy musieli odpuścić sobie działalność, a które będą do zagospodarowania przez ludzi?

J.M.: Cieszę się, że w obszarze zdrowia jest gigantyczna zmiana. Jeśli sobie wyobrażasz, mając w Polsce wciąż tradycyjną służbę zdrowia, poranne kolejki do zapisów po numerek, to wiedz, że gdzieś na świecie drukują się organy, które za chwilę będziemy przeszczepiać, to jest gigantyczna zmiana. Mamy już  tzw. „wearables”, które mierzą puls, ciśnienie i dostarczają w czasie rzeczywistym dane do bazy. Algorytm porównuje wyniki i sprawdza czy nie ma odchyleń, anomalii, czy na przykład nie czeka nas wkrótce zawał serca. Fascynuje mnie ten obszar, bo uwielbiam medycynę chińską i przed nami jest taki moment, w którym będziemy płacić lekarzowi dopóki jesteśmy zdrowi. Druga sprawa: algorytmy i roboty przejmą tak dużo różnych funkcji, że lekarz w końcu będzie mógł skupić się na swoim pacjencie. Dużo więcej osób przeżyje, nie będzie błędów lekarskich, to jest super ważne. Teraz można kupić rodzicom urządzenie, które jest programem wczesnego ostrzegania w trudnych, niespodziewanych przypadkach. To już się dzieje. To jest tanie, dostępne i można dzięki temu uratować ludzkie życie.

D.K.: A ja osobiście czekam na słuchawki, które tłumaczą w czasie rzeczywistym obce języki. Sztuczna inteligencja się szalenie rozwija w obszarach rozpoznawania mowy – jest prototyp takich słuchawek. Dwa tygodnie temu widziałam ten sprzęt, który będzie w użyciu w ciągu najbliższych lat. Będziemy mieli słuchawkę w uchu, która będzie tłumaczyła nam z dowolnego języka na dowolny język. Zniknie dzięki temu mnóstwo barier i podróżowanie oraz robienie biznesu za granicą stanie się dużo łatwiejsze. Kilka tygodni temu w Hiszpanii dron, który patrolował linię brzegową, uratował tonącego człowieka. Zaalarmował, podleciał szybciej, rzucił koło ratunkowe. Tego jest cała masa, codziennie powstaje jakiś przełom. Co ważne: jeśli ktoś się będzie bał i zamknie przed nowymi technologiami, będzie mu bardzo trudno przetrwać na rynku. W wielu zawodach zostaną tylko wybitni, twórczy ludzie. Firma Moley Robotics stworzyła robota, który jest w stanie przygotować dwa tysiące różnych posiłków, ale nie zastąpi on Gordona Ramseya, który jest artystą w kuchni. Tam gdzie jest kreatywność, jest miejsce dla człowieka. Wszystkie powtarzalne czynności będzie wykonywał robot.

D.K.: W tym męskim świecie sztucznej inteligencji, nowinek technologicznych zachowujesz klasę i reprezentujesz 100 procent kobiecości. Masz jakiś przepis na ten świat, na zachowanie w nim kobiecości?

J.M.: Trochę mam. Po prostu nie ma się czego bać, technologia jest dla wszystkich. Po prostu opowiadam jak świat się zmieni. Przekonujemy w fundacji kobiety do rozpoczynania pracy w dziedzinie nowych technologii, bo świetnie się tam sprawdzają. Ja teoretycznie jestem humanistką, pracowałam 20 lat w marketingu, a dziś zajmuję się nowymi technologiami od strony ich strategicznego wpływu na rozwój biznesu, nowych modeli biznesowych, wpływu technologii na zmiany. Nauczyłam się programować, bo uważam, że to jest potrzebne zajęcie. Nie jest to trudne. Nie wierzę też w zakładanie z góry, że ktoś może być matematykiem, ktoś inny humanistą – to jest bzdura. Jeśli się otworzymy, w każdym obszarze znajdziemy dla siebie coś dobrego. Dziś jest czas dla ludzi renesansu.

Zostaję kobietą w swojej branży, bo o kobiecość należy dbać. Nie mam modelu męskiego, nie chodzę  w garniturach, nie przeklinam i nie piję wódki, bo to szkodzi na rozwój duchowy. Nowe technologie są moim planem na drugą część mojego życia, a w trzeciej części będę podróżować i rozwijać się duchowo.

D.K.: Marzenia skrojone zupełnie pod Ciebie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że się spełnią. Dziękuję za rozmowę.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved