website-logo
aborcja

Dziewięć rozmów o aborcji

„-Ile lat by miało?

-Pięć lat. Zastanawiam się, co by było, gdybym urodziła. Może jednak dałabym sobie radę, może wtedy wpadłam w histerię? Może zawsze tak jest, że kobiety się boją i nie wyobrażają sobie przyszłości, ale radzą sobie z tym strachem i rodzą. A ja sobie z nim nie poradziłam. Wciąż mam w głowie taką wątpliwość: a gdybym wybrała inaczej?

Aborcja od zawsze była kwestią dyskusyjną, sporną, kontrowersyjną. Ostatnio wiele mówi się w Polsce na jej temat. I tematy pokrewne, w jakiś spośób z nią związane, jak choćby tak głośna zeszłych i przyszłych dni afera o edukację seksualną w szkołach. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że wiele się o nich rozmawia, ale nie; słowo rozmowa zdecydowanie tu nie pasuje. Bowiem bardzo niewielu ludzi, którzy wypowiadają się na ten temat, ma odpowiednią wiedzę, wrażliwość, poczucie z jednej strony empatii, a z drugiej etyki i moralności. Mam wrażenie, że w dyskusji publicznej szasta się tylko frazesami. W grę wchodzą pieniądze i polityka, ale nie dobro kobiety i dziecka. Kobiety i dziecka – rówocześnie i równorzędnie, a nie jak chciałyby niektóre strony stojące po dwóch stronach barykady albo samej kobiety i jej macicy, albo tylko poczętego życia.

Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie. Nawet nie na poziomie systemu, w szkołach, ale nas samych – dorosłych kobiet. Dlatego czytajmy, słuchajmy, dowiadujmy się. A emocje odłożmy na bok. Dopiero na sam koniec włączmy empatię. Nie, emocje a empatia to nie to samo.

Dlatego dziś polecamy bardzo dobrą książkę Wydawnictwa Czerwone i Czarne „9 rozmów o aborcji”. Książka została wydana dwa lata temu, w 2017 roku, ale wciąż jest bardzo aktualna. I aktualną pozostanie, bo jest zapisem, jak sam tytuł wskazuje, rozmów z ośmioma kobietami o ośmiu aborcjach, których dokonały w różnych życiowych momentach (rozmowa ostatnia to rozmowa z dyrektorką wykonawczą Federacji Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). A więc jest zapisem uniwersalnego kobiecego doświadczenia – możliwością zajścia w ciążę, samej ciąży, strachu związanego z tym stanem i później życia z dzieckiem, bólem, poczuciem winy i osamotnienia…

-Dlaczego zdecydowałaś się opowiedzieć mi swoją historię?
-Może dlatego, że mam 18-letnią córkę? Może dlatego, że aborcja zrujnowała mi po latach życie osobiste i jest przyczyną mojej depresji? Poza tym chcę opowiedzieć kobietom, jakie mogą być skutki takiej decyzji, ale też jak można wyciągnąć wnioski dla siebie. Z mojej historii można wziąć dla siebie całość, część, a można nie wziąć nic.

Co ważne, pomimo że książka została zlecona do realizacji dwóm dziennikarkom związanym z kojarzącymi się raczej lewicowo tytułami prasowymi, jest w głównej mierze obiektywna za sprawą opisywanych w niej kobiet, ich doświadczeń, ich aborcji. Bowiem na pierwszy rzut oka niemal wszystko jest w tych rozmowach różne. I to bardzo ważny punkt w początkach rozmowy o aborcji w ogóle – że kobiety dokonują tego zabiegu z przeróżnych przyczyn – choć chyba można zaryzykować tezę, że większość z nich sprowadza się do strachu i niepewności o przyszły los swój i dziecka, zarówno ten materialny, jak i zdrowotny, a w końcu po prostu bytowy.

-Co Cię bardziej przerażało – że dziecko może urodzić się zdeformowane, czy to, że musiałabyś zmienić sposób życia, czy też, że nie możesz go utrzymać?
-Bardziej do mnie przemawiała ta materialna i zawodowa sytuacja, bo miałam konkretną wizję, co się stanie. A myśl o tym, że dziecko może urodzić się poważnie chore, była tak straszna, że pozostawała już poza moją wyobraźnią.
-Dlaczego?
-Bo będę musiała przez całe życie siedzieć z nim w domu, w dużej biedzie, że trzeba będzie się tym dzieckiem opiekować, będziesz je kochać, nigdy nie będziesz chciała go opuścić i to cię skaże na opiekę 24 godziny na dobę. Więc to jest koniec twojego życia. Bałam się tej straty. Straty swojego życia.

Jednym z najważniejszych aspektów aborcji, o jakich mówi ta książa, jest rozbieżność pomiędzy tym, co przy aborcji teoretyczne, a tym jak wygląda to w praktyce. Mam tu na myśli przede wszystkim sytuacje, chyba najgorsze z najgorszych w całym zagadnieniu, bo dotyczące zdrowia przyszłych maluchów i ich funkcjonowania na świecie, a więc wad genetycznych. Sam fakt, że dziecko ma na przykład wodogłowie, że cierpi i przy narodziach oraz przez całe życie cierpieć będzie, jest dla matki zawsze nie do zniesienia. Decyzja o tym, co z tym faktem zrobić, jest kolejną etyczną, moralną, religijną, po prostu codzienną katorgą. Ta książka pokazuje jednak jeszcze kolejną odsłonę tego dramatu – pomimo że przesłanka o wadach genetyczych uprawnia do legalnej aborcji, w praktyce nie jest ona realizowana. A jeżeli tak, to bardzo często w nieludzki, niehumanitarny, nieempatyczny sposób. Nasz system zdrowia to w wielu przypadkach jedna wielka pomyłka, pomyłka organizacyjno-wykonawcza. A dodajmy do tego jeszcze etykę i empatię. Niby temat na zupełnie inny artykuł, ale te rozmowy z kobietami jasno pokazują, jak ważna w ich przypadkach była dobrze zorganizowana pomoc ze strony szpitali, ze strony lekarzy, pielęgniarek i psychologów. A raczej jej brak.

Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierwanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: „Nie sądzę, aby panią przyjęli.” Nie daję się wciągnąć w dyskusję. „Potrzebuję tego skierowania” – powtarzam. A w myślach: „Nic więcej od ciebie nie chcę.” Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Na wstępie swojej książki autorki piszą, że za każdą z historii związanych z aborcją stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi im o syndrom postaborcyjny. Chodzi im o to, że „aborcja to trauma, bo zawsze są z nią związane dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa.” Pełna zgoda. Ale piszą też później, że strach związany z aborcją „bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło”.

Być może tak jest, być może tak właśnie aborcję kodują Polacy. Ale nie należy ich za to piętnować. W moim odczuciu autorki za pomocą całej książki sugerują bowiem, że aborcja złem nie jest. Nigdy. Że jest na tyle skomplikowanym procesem, związanym właśnie z przeróżnie ujętą traumą, że nie można jej nazwać czymś złym. I o ile na samym początku pełna zgoda, o tyle już na drugą część twierdzenia nie można tak łatwo przystać. O czym według mnie ta książka też zdecydowanie świadczy – że aborcja to owszem niezwykle skomplikowana sprawa, zawsze, za każdym razem to jednostokowy dramat kobiety, ale w niektórych przypadkach można konkluzyjnie nazwać konkretną aborcję czynem po prostu złym. Ale to już musicie przeczytać i wysnuć konkluzje same. Nie ocenić, a już na pewno niepiętnująco, ale przeczytać, pomyśleć, dowiedzieć się, wczuć i nie szastać frazesami, że „Jak można…”, „Ja bym nigdy…”, „Zawsze kobieta powinna mieć prawo…”

źródło: herbatazksiazka.pl
superdohaterowie też bywają zmęczeni

Superbohaterki dają radę, tylko co z tego?

Czyli o tych wszystkich super kobietach, które naprawdę dają z siebie maksa w pracy, w domu, w życiu.

Na pewno znasz chociaż jedną taką superbohaterkę. A może nią jesteś? Superbohaterka to czasem prawdziwa kobieta sukcesu, a czasem umęczona żona i mama, zapracowana i zajęta, bo taka wszędzie potrzebna. Jej naturalna życiowa domena to: ogarniam.pl.

Bo ogarnia, bo tak trzeba, bo jak inaczej, bo kto za nią zrobi. Szkopuł w tym, że sama nie czuje ani sukcesu, ani spełnienia, ani swojego superbohaterstwa. O sobie myśli na końcu i niech te proporcje, będą wyznacznikiem syndromu SuperHero, o którym dziś napiszę. O syndromie SuperHero, czasem fajnym w skutkach dla siebie i świata, czasem nie. Piszę o tym, bo ta postawa, nam kobietom, zaczyna szkodzić w życiu. Po czym poznać Superbohaterkę? To postawa taka trochę ZA BARDZO. Za bardzo dla innych, za mało dla siebie: mogę wszystko, pomogę, uratuję, zrobię za Ciebie; po czym opada się z sił albo nie starcza ich na jej sprawy, na jej życie.

Kobieta sukcesu? Ona tego tak nie nazywa. Nie śmiałaby. Bywa, że nawet nie podejrzewa, że nią jest. A na pewno tak się nie czuje. Wygląda świetnie lub nie, jest cała zadbana lub nie, ma dużo energii, pomysłów albo bywa przemęczona do granic, jest aktywna, żywa, ciągle w kontakcie lub wiecznie w biegu. Tylko lista rzeczy, które ma do zrobienia lub aktualnych projektów jest po prostu zatrważająco długa. Bo tyle tego jest i wszystko do niej należy. Ale ona tego też często nie widzi, nie dostrzega. Jest zajęta działaniem, planowaniem następnych aktywności, jest przerażająco skuteczna i zajęta ratowaniem: wyniku, firmy, zespołów, projektu, kolegi, domu – niepotrzebne skreślić.

Czujesz dreszcz niepokoju, że może chodzić o Ciebie? I czemu to piszę, choć całym sercem jestem za kobietami, w życiu i w biznesie, za ich unikalnymi kompetencjami, za ich skutecznością? A piszę dlatego, że superbohaterki nieświadomie łatwo wpadają w pułapkę własnej wszechmocy, robią wszystko dla firmy, zespołu, projektu, a zapominają o sobie, o swoim zdrowiu, nadużywają siebie i swoich zasobów, nie dbają wystarczająco o swoje dobro, swój status, swój własny PR w firmie, nie wspominając o benefitach w różnej postaci dla siebie samej. Piszę o tym, gdyż niestety znam ten syndrom superbohaterki, z doświadczenia własnego i nie tylko. Rozpoznaję superbohaterki z daleka, ponieważ niegdyś sama nią byłam, a obecnie wiele z nich trafia do mnie na sesje i treningi indywidualne w związu z zupełnie czym innym na początku wspólnej pracy, a potem, masz Ci los, okazuje się, że następna superbohaterka. 

Czyżby syndrom Matki Polki przerodził się w syndrom Superbohaterki? Czyżbyśmy, my kobiety, niezależnie od wieku, chciały na siłę zbawiać świat? Wszystko za wszystkich, dla wszystkich, dla siebie niewiele. I tak sobie podczas sesji indywidualnie pracujemy nad budowaniem nowych postaw, nad korektą niesłużących reakcji i zachowań, budując nową własną moc. Rozmawiamy o właściwych fundamentach, których źródło wcale nie leży w aspiracjach, w ambicjach, w pędzie do sukcesu. Na nowo szukamy źródła własnej mocy. Które czasem bywa schowane, czasem zagubione w zdobytym do tej pory doświadczeniu, umiejętnościach, sukcesach.

Superbohaterki, które spotykam są wspaniałe, mądre, inteligentne, pracowite, świadome wielu spraw, w tym potrzeby samorozwoju. Prawda, że to interesujące, że tak często mam z nimi do czynienia, niezależnie od wieku, skali doświadczenia w zarządzaniu, liczebności zespołu, statusu. Mechanizm zawsze jest podobny. Za mało robią dobrych rzeczy same dla siebie, mają przestawione priorytety w taki sposób, że aż im to zagraża… Menedżerki to często superbohaterki i bardzo Was wszystkie podziwiam, szanuję, wspieram i wspierać będę. Za to czuję, że „must write” – no skoro tak modne jest „must have” to ja chyba mogę mieć własne „must write”? Żeby móc Wam serdecznie i z całego serca napisać:

Stop! Zatrzymaj się!

Bo w tym biegu zadań tempo, które sobie narzucasz, to Twój wybór (choć czasem bywa nieświadomy, za to może być niszczący w skutkach). To nie musi być zawsze zdrowie, to może być pozycja, to może być moment życiowy, to mogą być Twój mąż i Twoje dzieci, Twoje relacje, które niechcący cierpią, na wskutek Twoich skoncentrowanych, nadmiarowych działań. Bo jesteś skuteczna jak laser – widzisz cele, potrzeby, działania wszystkich, tylko nie swoje. Nie zgadzasz się? Bardzo dobrze, może to nie jest o Tobie. Wkurza Cię to, co piszę, bo ciągle myślisz, że jesteś w krainie własnej omnipotencji i sukcesy, a raczej skuteczne rezultaty Twoich działań napawają Cię dumą? Cóż, to może jednak jest opowieść dla Ciebie.

Bo kiedy znajdziesz czas na status nie ten w firmie, tylko ten taki bardzo osobisty, całkiem dla siebie, taki status zwany „priv” i sprawdzisz, jak się mają Twoje poczucie własnej wartości, czas wolny, relacje z przyjaciółmi, związek lub też Twoja pasja? A może jeszcze zapytajmy o poczucie szczęścia? Poziom satysfakcji z życia? A może weźmy pod uwagę etap spełniania Twoich marzeń? Może sama przed sobą przyznasz, że gdzieś w Tobie świeci się już pomarańczowe, ostrzegawcze światełko?

Samo życie, czyli codzienność superbohaterki

„Monika, ja chyba trochę się zaliczam do tych superbohaterek… Chociaż w moich kręgach to się nazywa: silna kobieta. Sama zrobi, sama wszystko załatwi, wymyśli, doradzi, zajmie się tym i owym. Wszystko dla innych… Zainwestuje czas, czasem i pieniądze, by komuś było lepiej, a sama ma wyrzuty sumienia, gdy kupi sobie książkę i w nocy po cichu ją przeczyta… Moje motto? Nie wiem, czy motto, raczej myśl, która przymusza i nadzoruje, to takie: „Co, ja nie dam rady? No, to proszę patrz…” i zarzynam się. Biorę kolejny obowiązek „nie swój” na głowę, bo przecież dla mnie to tylko chwilka… Tak sobie myślę, że Superbohaterka chyba najbardziej uderzyła mi do głowy po porodzie. Chciałam sobie i innym udowodnić, że dam radę sama. Potem poszło już szybko. Dom, dziecko, praca, połączenie starego życia z nowym, a może by tak się jeszcze tu zaangażować… no i remont też sama zrobię swoimi rękami. Mój partner w końcu uświadomił mi, że nad tą swoją „Samosią” muszę zapanować, bo fizycznie się wykańczam i zabieram wszystko im, moim bliskim: całą przestrzeń i samodzielność, jego i córki. A przecież ja tylko chciałam dobrze.”

„Uratowałaś się?” – pytam z nadzieją, a na to moja bohaterka odpowiada: „Jeszcze się nie uratowałam. Póki co, staram się nie protestować jak mnie wysyłają na zakupy z zadaniem kupienia sobie nowej bluzki, bo wiesz… dla partnera lub dla dziecka jest mi jakoś łatwiej. Jak robię coś dla siebie, tylko dla siebie, to mam takie poczucie hm… jakby winy i kojarzy mi się to z egoizmem w negatywnym znaczeniu.” Tak pisze Ola, lat 32.

Następne Stop. Jest nowa misja dla Supebohaterek

Warto sobie uświadomić, że wszystko, co robimy nadmiernie, za bardzo, z niekorzyścią dla siebie samych, załamując proporcje między pracą a tym, co nas buduje i wzmacnia tak wewnętrznie, powoduje dysproporcje, dysharmonię, prowadzi nas na manowce. Niestety, moje kochane superbohaterki, choć uwielbiam Was za energię ogarniającą cały świat, wiem, że jesteście bardzo potrzebne światu, a biznesy dzięki Wam kwitną, poczytajcie jeszcze troszkę, bo mam Wam do przekazania najważniejszą z misji.

Czas zadbać o samą siebie. Dla siebie, potem dla innych, kolejność nie jest przypadkowa

Jeden z najważniejszych projektów, a ciągle odkładany na bok, bezzasadnie pomijany, to Ty, moja droga, moja miła, moja supebohaterko. Czasem trzeba oddać pelerynę. Bo jeśli już tak jest, że świat Cię potrzebuje i naprawdę nieustannie musisz go ratować, gasić pożary w projektach, szkolić, tłumaczyć, wyjaśniać, walczyć czy co tam jeszcze robisz, to tylko przypominam, warto, żebyś była w formie.

 Wyspana i wypoczęta, a nie w permanentnym niedospaniu, zmęczeniu.

Żebyś zapytana o czas dla siebie, nie odpowiadała, byłam na paznokciach. Bo manicure to świetna sprawa, wiem, czasem jedyna chwila dla Ciebie, ale nie zastąpi tej dobrej, pełnej relaksu godziny podczas dnia dla Ciebie, bez listy stu punktów do zrobienia, bez natłoku zadań i presji.

Żebyś potrafiła świadomie, układać swoje pracowe i życiowe priorytety bez szkody dla siebie, a swoich istotnych dla Ciebie spraw nie odkładała na święte nigdy. 

Żebyś potrafiła rozdzielać zadania swoje od cudzych i oddzielać role, które należą do Ciebie i te, które należą do innych. Żebyś całkiem spokojnie, bez wyrzutów sumienia przestała robić całe mnóstwo rzeczy za kogoś.

Żebyś miała czas dla siebie, na nudę, nic nierobienie albo swoje pasje, bez surowego oceniania, czy to ma sens czy nie.

Żebyś przestała tak bardzo spełniać oczekwania innych i świata, tylko zaczęła myśleć o tym, co jest dla Ciebie dobre, co Ci służy, co Ty wybierasz, decydujesz i czym Ty zarządzasz. Tylko nieśmiało przypominam, że życie jest najważniejszym z projektów.

Trzymam za Ciebie kciuki, Superbohaterko, z peleryną czy bez, w domu czy w biznesie. Nigdy nie zapomnij, jaka jesteś wyjątkowa i wspaniała. I tyle.

Olga Tokarczuk

Kim jest polska Noblistka? – kilka faktów z życia Olgi Tokarczuk, które powinnaś znać (teraz już koniecznie!)

Z dumą powtarzamy pojawiającą się nieustanie od wczoraj w mediach frazę: druga po Wisławie Szymborskiej polska laureatka Literackiego Nobla! Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy – m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland „Pokotu”. Laureatka Nagrody Bookera w 2018 roku za powieść „Bieguni”, dwukrotna laureatka Nagrody Nike za „Biegunów” (2008) i „Księgi Jakubowe” (2015). Skąd wzięło się zjawisko literackie: Olga Tokarczuk i jaka była jej droga na literacki szczyt?

1. Nadtrojańska wyobraźnia

Olga Tolarczuk urodziła się w 1962 roku (57 lat) w Sulechowie (województwo lubuskie), wychowała w Klenicy, skąd przeniosła się z rodzicami do Kietrza nad Troją. Tam ukończyła liceum i dostała się na warszawską psychologię. Jeszcze jako nastolatka próbowała swoich sił w poezji. W 1979 roku zadebiutowała na łamach pisma „Na przełaj” swoim pierwszym opowiadaniem. Potem na długo zamilkła i do pisania powróciła dopiero po wielu latach.

W czasie studiów opiekowała się osobami z problemami psychicznymi jako wolontariuszka i żywo zainteresowała pracami Junga. Oba fakty miały później znaczący wpływ na jej twórczość. Po studiach pracowała jako pokojówka w londyńskim hotelu. Podczas uroczystej gali w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie, gdy obierała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie, zdradziła, że ma na sobie kolczyki, które kupiła właśnie w tamtym czasie, w 1987 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. „Dziś wracam w tych kolczykach jako zdobywczyni nagrody Bookera”, mówiła dziennikarzom. Po powrocie do Polski pracowała jako psychoterapeutka we Wrocławiu i Wałbrzychu.

źródło: TVP Info, fot. Beata Zawrzel

2. Pierwsze koty za płoty

Powróciła w wieku 31 lat z powieścią „Podróż ludzi Księgi”, która nie została zbyt dobrze przyjęta przez wydawców. Podobnie jak z „Harrym Potterem” Rowling, nikt nie chciał jej wydać. Gdy jednak powieść o XVII-wiecznej podróży z Paryża ku podnóżom Pirenejów została już wydana w oficynie Przedświt, przyznano jej nagrodę…. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za debiut. Dwa lata później już bez większch problemów wyszła druga powieść Olgi Tokarczuk „E.E.” – tytuł od imion głównej bohaterki powieści, Erny Eltzner. Tym razem czas i miejsce akcji pisarka umieściła w znanym sobie otoczeniu, wczesnym XX-wiecznym Wrocławiu.

Trzecią powieść Tokarczuk, wydaną w 1996 roku, od razu okrzyknięto „szczytowym osiągnięciem nowszej polskiej prozy mitograficznej”. „Prawiek i inne czasy” to opowieść o mitycznej wiosce położonej rzekomo w samym środku Polski. Jest ona archetypicznym mikrokosmosem, w którym w pomniejszonej skali można obserwować prawa rządzące wszechświatem. Powieść zdobyła uznanie krytyków nie tylko w Polsce. Po jakimś czasie zaczęto się o niej rozpisywać dużo szerzej. „The Prague Post” oznajmiał, że „Prawiek i inne czasy to znakomite dzieło o rzadko dziś spotykanej randze i głębi”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał: „W tej napisanej z rozmachem powieści Olga Tokarczuk wykorzystuje tradycję magicznego realizmu do kreacji świata, który jest przesiąknięty dawnymi mitami tak samo mocno, jak jest zakorzeniony w teraźniejszości”.

3. Poświęcenie literaturze

W momencie gdy Tokarczuk zaczęła być coraz szerzej kojarzona, a jej książki sprzedawane w coraz większych ilościach, pisarka postanowiła w jeszcze większym stopniu oddać się pisaniu. Zrezygnowała z pracy i przeprowadziła do Nowej Rudy. Do momentu powstania jej najbardziej utytułowanej książki „Biegunów”, powstało kilka tomów opowiadań, esej oraz powieść „Dom dzienny, dom nocny”, którą niektórzy krytycy określili mianem „najambitniejszego projektu prozatorskiego Tokarczuk”. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej osobistych opowieści, akcja utowru rozgrywa się bowiem w miejscu, gdzie autorka mieszka, na pograniczu polsko-czeskim, i inspirowana jest opowieścią o średniowiecznej świętej Kummernis (Wilgefortis) – kobiecie, którą Bóg wybawił przed niechcianym małżeństwem, dając jej męską twarz. W czasie, kiedy do ulubinych form literackiego wyrazu Tokarczuk należały opowiadania, została też pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

4. „Bieguni” – ten tytuł każdy powinien kojarzyć

Nad tą powieścią Tokarczuk pracowała trzy lata. Wydana została w październiku 2007 roku i od razu uzyskała bardzo duży rozgłos. Powieść została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS, a także nagrodzona Nagrodą Literacką „Nike” 2008. Zaczęto ją tłumaczyć na różne języki. m.in. angielski. Właśnie to tłumaczenie – angielski tytuł „Flights” (autorka tłumaczenia Jennifer Croft) – zostało nominowane do prestiżowej nagrody Booker Prize, którą Tokarczuk otrzymała wraz z tłumaczką w 2018 roku, zyskując ogromną międzynarodową sławę.

„Bieguni” to studium psychologii podróży. Tytuł książki jest zarazem nazwą dawnej prawosławnej sekty uważającej, iż pozostawanie w jednym miejscu naraża człowieka na ataki Złego, a więc ciągłe przemieszczanie się służy zbawieniu duszy. Sama Tokarczuk w wywiadach wspominała, że większość notatek do tej powieści robiła w czasie podróży. „Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” – napisała we wstępie do „Biegunów”. 

5. H jak hejt

Od 2015 Olga Tokarczuk organizuje w Nowej Rudzie i okolicach Festiwal Góry Literatury. Pomaga jej w tym Karol Maliszewskiego, Stowarzyszenie Kulturalne „Góra Babel” oraz Gmina Nowa Ruda. W programie festiwalu znajdują się: akcje edukacyjne, debaty, koncerty, panele, pokazy, spotkania, Noworudzkie Spotkania z Poezją, warsztaty: filmowe, kulinarne, literackie; wystawy.

Po „Biegunach” wydała też kolejne powieści, m.in. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, dlatego na jej opus magnum fani musieli chwilę poczekać. W 2015 roku ukazały się jednak w końcu „Księgi Jakubowe”, nad którymi Tokarczuk pracowała 6 lat. Ponad 900- stronicowa opowieść osnuta wokół postaci Jakuba Franka, XVIII-wiecznego żydowskiego mistyka, zamieszkującego wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, który ogłosił się Mesjaszem i dał początek frankizmowi, judaistycznej herezji, wywołała ogólnopolską awanturę.

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak wystawił Teatr Powszechny w Warszawie,
premiera miała miejsce 13 maja 2016
źródło: powszechny.com

Powieść nominowana została do Nagrody „Nike”, którą w 2015 roku Olga Tokarczuk po raz drugi otrzymała. Po gali wręczenia nagrody autorka wypowiedziała się dla TVP Info, komentując swoją książkę i nagrodę w ten sposób: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„.

Po tych słowach w internecie zawrzało. Słowa Tokarczuk wywołały ogromną falę nienawiści, którą pisarka została zalana. Nie warto cytować krążących wtedy po sieci komentarzy, bo zasługują one na wieczne zapomnienie i potępienie, ale trzeba zaznaczyć, że naszej obecnej Noblistce niejednokrotnie grożono nawet śmiercią.

Pozytywnym akcentem wyciszajacym szum wokół „Ksiąg Jakubowych” była zdobyta w rok później kolejna nagroda. Tokarczuk wraz z tłumaczem powieści na język szwedzki, Janem Henrikiem Swahnem, w październiku 2016 roku zostali pierwszymi laureatami Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern (czyli Domu Kultury i Teatru Miejskiego) w Sztokholmie.

Najnowsze utwory Olgi Tokarczuk to wydana w 2017 roku „Zagubiona dusza” i rok późniejsze „Opowiadania bizarne”.

zazdrosny chłopak zerka dziewczynie w telefon

Żółte oczy zazdrości

Będąc w związku, lubimy, oj lubimy, myśleć, że druga osoba należy wyłącznie do nas. W każdej płaszczyźnie życia. Jak na spacer, to tylko razem, jak po zakupy – też tylko razem, na spotkania ze znajomymi nigdy osobno. Najchętniej do pracy też mamy ochotę pójść razem. Na szczęście rzadko zdarza się wspólna praca. Jeśli nie idziemy razem, to wysyłamy smsy zapewniające o dozgonnej miłości w ilości milion na minutę. A przy okazji sprawdzające, czy partner jest tam, gdzie powiedział, że będzie. Cudowności…

Trochę mi to przypomina Danusię z Krzyżaków krzyczącą: „Mój ci on”. Tylko że ona skórę Zbyszkowi ratowała.

Apeluję do rozsądku. Dajcie tej drugiej osobie złapać oddech. Na początku związku zdecydowanie miło jest być tylko we dwoje. Z czasem jednak wzrasta potrzeba przestrzeni i prywatności. Gdy tego brakuje, zwyczajnie trudno ze sobą wytrzymać.

Czym jest zazdrość?

To chęć kontrolowania. Zazdrosnymi są osoby, które zostały okłamane, nie ufają sobie, mają niską samoocenę, jako dzieci musiały zabiegać o uwagę rodziców. To też obawa przez zranieniem, przed zdradą. Warto pamiętać, że im więcej będzie zazdrości w związku, tym bardziej traci on na zaufaniu. Jeśli druga osoba zechce cię zdradzić, to i tak to zrobi. Dodatkowo w taki sposób, że nawet się nie zorientujesz. Jest też tak, że ludzie zazdrośni, często bezpodstawnie mówią partnerowi, że ten na pewno ich zdradzi albo już zdradził. A on w końcu ulega namowom i właśnie to robi.

Zazdrość dotyczy wszystkich nas. Chcemy, żeby uczucia danej osoby należały wyłącznie do nas. Wszelkie przejawy zainteresowania innymi osobami odbieramy jako powód do zazdrości. Jesteśmy zazdrośni o sukcesy zawodowe swojego partnera. O przyjaźnie i znajomych. O jego zainteresowania.

Jest jeszcze inny rodzaj zazdrości. Nazwałam ją „zdrową zazdrością”. Ma ona miejsce wtedy, gdy służy do wyznaczania granic. Czyli na przykład masz koleżanki i kolegów, z którymi spotykasz się na kawie, na piwie. Ale na całonocną imprezę idziesz z partnerem, a nie koleżanką lub kolegą. Intymny charakter rozmów też rezerwujesz dla partnera, nie dla kolegów. Na zakupy odzieżowe zabierasz partnerkę albo kolegę. To samo dotyczy pań. Zabierasz albo partnera albo koleżankę.

Zasada jest jedna. Najpierw bierzesz pod uwagę swojego partnera, dopiero potem innych.

Dobra, dobra, zazdrość zdrowa i niezdrowa, a kiedy powinna włączyć się czerwona lampka?

Zaczynając przygodę z drugą osobą, zakładasz, że to będzie szczęśliwy związek i będziecie żyli długo i szczęśliwie. Jednakże zdarza się tak, że druga strona, świadomie lub nie, zechce Tobą manipulować. Takie zjawisko określa się jako toksyczny związek. Wiadomo, że na początku w euforii i natłoku emocji, możesz nie wyłapać „dziwnych” zachowań, dlatego mam dla ciebie ściągawkę, na co zwrócić uwagę i kiedy zacząć szukać pomocy:

  • Brak poczucia bezpieczeństwa, bo jesteś poddawana manipulacji, boisz się i czujesz się niepewnie. Zastanów się, czy przy swoim partnerze czujesz się bezpiecznie? Czy są momenty, że się go boisz?
  • Zmieniasz się, bo partner nie akceptuje Twoich zainteresowań, wątpi w Twoje talenty, nie lubi Twoich znajomych, przyjaciół i rodziny. Aż w pewnym momencie odkrywasz, że nie masz bliskich, nie masz zainteresowań, jesteś więźniem we własnym domu. 
  • Partner wymaga od Ciebie składania raportu o tym, co i z kim robisz. Jest zazdrosny o kolegów, koleżanki, czasem o sam fakt wychodzenia do pracy! O sposób ubierania się! Chce kontrolować Twój telefon, e-mail. 
  • Wyśmiewa Twoje niedoskonałości, poniża.

Jeśli zauważysz jakąkolwiek oznakę z wyżej wymienionych, zawijaj się i kończ znajomość.

retro produkty

Retro, vintage, reko – moda przeszłych dekad powraca!

Coraz częściej w Polsce można spotkać się z nazwami „retro“, „vintage“, „reko“ lub „rekonstrukcja“. Sklepy vintage wyrastają jak grzyby po deszczu, powstają filmy i seriale retro, a w sieciówkach znaleźć można coraz więcej stylizacji przypominających lata 50-te, 60-te i 70-te. Powraca także zainteresowanie Modą Polską i naszymi rodzimymi projektantami. Nawet Społem i Łucznik wydały ostatnio serię produktów stylizowanych. Coś musi być na rzeczy! ;)

Zacznijmy jednak od początku i odpowiedzmy sobie na pytania: czym jest vintage? Czym retro? Jaka jest między nimi różnica?

Vintage

Może najpierw słowo „vintage“, bo wydaje się, że ono sprawia najwięcej problemów i budzi najwięcej emocji wśród fascynatów przeszłych dekad. Vintage to określenie wszystkiego, co jest starsze niż 20 lat (czasem spotykam się ze stwierdzeniem, że „prawdziwy vintage“ to rzeczy pochodzące sprzed 50 lat). Są to zatem autentyczne przedmioty, odzież, wyposażenie domu, samochody, które powstały minimum dwadzieścia lat temu i zachowały się do dziś.  Mówiąc o vintage mamy także na myśli antyki. Bądźmy jednak ostrożni, ponieważ: każdy antyk jest vintage, ale nie każdy vintage jest antykiem. Dlaczego tak jest? Bo za antyk uznajemy wszystko, co jest starsze niż 100 lat. Zatem kurtka, która pochodzi z lat 90-tych jest vintage, ale nie jest jeszcze antykiem.

Przykłady przedmiotów vintage – po prawej- i retro – po lewej,
źródło: archiwum autorki

Skomplikowane? To dopiero początek! ;) Przejdźmy dalej i przyjrzyjmy się różnicy między retro a vintage.

Retro

Słowo „retro“ jest prefiksem, pochodzi z łaciny i oznacza: wstecz lub w przeszłości. Mówiąc o stylu retro mamy na myśli obiekty, które stylizowane są na vintage, ale mogą być współczesne. Dlaczego mogą? Ponieważ sukienka z lat 80-tych stylizowana na lata 40-te jest zarówno retro, jak i vintage.

Przykład stylizacji retro, źródło: Natabo

Dla ułatwienia przyjmuje się jednak, że retro to współczesne przedmioty, które stylizowane są na przeszłe. Istnieje wiele marek, które do tworzenia, np. odzieży, używa starych, kilkudziesięcioletnich wykrojów, a nawet tkanin. Nie można ich jednak nazwać markami vintage, ponieważ tworzą współcześnie.

Kiedy zrozumiemy już te wszystkie pojęcia na horyzoncie pojawia się kolejne: „reko“ lub “rekonstrukcja“.

Reko

Podążając za znaczeniem słowa, możemy domyślić się, że chodzi o rzeczy lub przeszłe wydarzenia, które odtwarzane są współcześnie. W Polsce coraz bardziej popularne stają się grupy rekonstrukcji historycznych, które nie tylko odtwarzają konkretne wydarzenia np. z czasów II wojny światowej, ale także stroje cywilne. W grupach tych ważne jest, żeby stroje były praktycznie identyczne jak te, które można było spotkać w odtwarzanej dekadzie. I tutaj z pomocą przychodzą przedmioty vintage, a jeśli są nieosiągalne, to wtedy retro. Często członkowie sami tworzą swoje stylizacje, bazując na zdjęciach, rycinach, filmach z danej epoki.

źródło: EPSON MFP image

Przygoda z modą z przeszłości

Dobrze, rozumiemy już różnicę między tymi pojęciami, a co w sytuacji, kiedy chcemy zacząć swoją przygodę z modą z przeszłości?

Na szczęście z roku na rok pojawia się coraz więcej wydarzeń, na których możemy się nie tylko ubrać od stóp do głów w vintage i retro, ale także nauczyć się praktycznych umiejętności związanych z modą z przeszłości. Jednym z takich miejsc jest Retro Uniwersytet Holy Bee, którego jestem dumną współzałożycielką.

Podczas tych całorocznych wydarzeń, poza wykładami z ekspertami w temacie, możemy nauczyć się np.: jak wykonać makijaż w stylu retro; jak wykonać retro fryzury; jak dobierać i nosić dodatki; jak pozować w stylu retro/Pin-Up; jak tworzyć letnie rękawiczki na szydełku… czego tylko dusza zapragnie – mamy to ;) Jeśli chcesz zamienić się w divę ze srebrnego ekranu i uwiecznić to na zdjęciach? Takie metamorfozy to także nasza specjalność.

Poza Retro Uniwersytetem w całej Polsce odbywają się festiwale, na których spotkać można retromaniaków, posłuchać muzyki z winyli, nauczyć się tańczyć swinga lub zasiąść w prawdziwym Cadillacu. Mamy Polish Boogie Festival na Pomorzu, Kustom Konwent we Wrocławiu, American Car Manię w Warszawie albo cykliczne Amcarowe wtorki w Krakowie.

Dostępnych jest także coraz więcej książek w temacie, także polskich autorów jak np. „Polskie piękno“ Karoliny Żebrowskiej, w której to przeczytamy o historii mody w Polsce na przestrzeni ostatnich 100 lat.

źródło: archiwum autorki

Media społecznościowe obfitują w grupy poświęcone przeróżnym dekadom lub generalnie retro. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie i to w formule, która odpowiada mu najbardziej.

Ale dlaczego moda na przeszłość wraca? Zastanawiałyście się? O tym porozmawiamy następnym razem w wywiadach, jakie przeprowadziłam z kobietami z całego świata. Tymczasem retro ma się coraz lepiej i wygląda na to, że jeszcze chwilę z nami zostanie!

irena iłłakowiczowa

Polski James Bond w spódnicy- dlaczego koniecznie powinniśmy kojarzyć nazwisko Ireny Iłłakowiczowej

Za jej życiorys natychmiast powinien zabrać się świetny scenarzysta, a za kręcenie filmu dobry reżyser. Alpinistka, agentka polskiego wywiadu, motocyklistka, najpierw żona księcia Kurdystanu, potem polskiego żołnierza o szlacheckim pochodzeniu. Poliglotka władająca biegle 6-cioma językami. Przepiękna kobieta. Torturowana przez Gestapo. Jak zginęła jedna z najwybitniejszych Polek XX wieku?

„Rasowa kobieta”

Irena Iłłakowiczowa (1906-1943), córka Bolesława Morzyckiego i Władysławy z Zakrzewskich, urodziła się w Berlinie. Dorastała tam aż do rewolucji październikowej, stąd biegła znajomość języka niemieckiego. Po 1917 roku wraz z rodzicami przeniosła się do Finlandii. Spędziła tam wystarczającą ilość czasu, by opanować również język fiński. Po powrocie do Polski Irenę oddano do szkoły Sacré Coeur w Zbylitowskiej Górze, prestiżowego liceum, do którego uczęszczały arystokratyczne spadkobierczynie – panny Czartoryskie, Czetwertyńskie, Stadnickie. Póżniej studiowała nauki humanistyczne w Grenoble. Oprócz francuskiego opanowała również angielski i rosyjski.

W międzywojniu Irenę okrzyknięto mianem jednej z najpiękniejszych Polek. „Rasowa” kobieta, jak się wtedy mawiało. Nie tylko świetnie wykształcona i naturalnie piękna, ale i wysportowana i bezbłędnie wychowana.

Alpinistyczne wyczyny

Jako nastolatka Irena zaczęła uprawiać alpinizm. Wyjazd na studia do Grenoble tylko umożliwił jej jeszcze intensywniejsze realizowanie pasji. Była szczupła, niezwykle wysportowana, odporna na ból i odważna. Dlatego, gdy podczas jednej z wypraw w wysokie Alpy, jeden ze wspinających się spadł do szczeliny, nie zawahała się ani chwili, by go ratować. Gdy do niego dotarła okazało się, że mężczyzna nie żyje. Irena zdecydowała się jednak na wydobycie ciała zmarłego, choć ryzykowała własnym życiem – mało brakło, by lina zerwała się pod podwójnym ciężarem. Za wyczyn ten została uhonorowana przez władze szwajcarskie złotą odznaką alpinistyczna.

Miłość z baśni tysiąca i jednej nocy

Podczas jednego z krótszych pobytów wspinaczkowych w Szwajcarii Irena poznała księcia Persji, Azisa Zangenaha. Podobno obydwoje zakochali się w sobie bez pamięci. Także podobno książę robił bez mrugnięcia okiem, co Irka sobie zażyczyła. W kontrakcie małżeńskim przepiękna Polka uzyskała nawet dwa wyjątkowe w świecie islamu przywileje. Po pierwsze, mogła zasiadać do posiłku razem z mężczyznami, a po drugie, jej mąż został zwolniony z obowiązku posiadania haremu.

Sama też poszła jednak na jedno ustępstwo – ślub w obrządku mahometańskim. Ceremonia odbyła się w Paryżu, a rodzice poznali zięcia dopiero, kiedy młodożeńcy udawali się już do Kurdystanu, ponieważ po ślubie Irena zamieszkała z mężem w pałacu w Persji (Iranie). Wytrzymała w luksusach dwa lata. Za zgodą męża, choć bez zgody państwa perskiego, uciekła z pałacu… na motocyklu. Gdy trafiła do polskiego poselstwa w Teheranie, uzyskała już pomoc dyplomatów w nielegalnym opuszczeniu perskiego państwa. Po pierwszym małżeństwie pozostała jej w spadku biegła znajomość perskiego i ciepły kontakt z byłym mężem, który nie rościł sobie nigdy prawa do przymuszania Ireny do czegokolwiek.

Ku chwale Ojczyzny

Po pobycie w rodzinnej Polsce, wyjechała do Paryża. Tam poznała swojego drugiego męża, Jerzego Iłłakowicza – bankowca, brydżystę, kuzyna poetki Kazimiery Iłłakowiczówny. Wkrótce, w 1934 roku, wzięli ślub i niedługo potem Irena zaszła z Jerzym jedyny w swoim życiu raz w ciążę. Urodziła córeczkę, Ligię.

Był to także czas, kiedy wraz z mężem zaangażowała się w działanie narodowej konspiracji. Piękni, młodzi, wysportowani, zakochani, wykształceni i doświadczeni zdecydowali się działać w tajnym prawicowym ugrupowaniu, które weszło potem w skład Narodowych Sił Zbrojnych. Działający tam ludzie, wyznawali wartości chrześcijańskie i za swój najwyższy cel uważali dobro narodu i polskiej racji stanu. Podczas wojny Jerzy znalazł się na samym szczycie tej organizacji, w tak zwanym Dyrektoriacie.

A Irena ze względu na swą aparycję i znajomość aż tylu języków obcych pełniła służbę jako agentka wywiadu. Działała w podcentrali „Zachód”, zajmującej się rozpoznaniem wojskowym, gospodarczym i komunikacyjnym Niemiec. Na przełomie 1941 i 1942 roku polska siatka wywiadowcza została jednak rozbita. Aresztowanie Ireny było tylko kwestią czasu. Doszło do niego 7 października.

Pula szczęścia

Podczas rewizji i zatrzymania Irena pozwoliła sobie na jeszcze jeden przejaw brawury – niepostrzeżenie wsunęła rękę do kieszeni jednego z gestapowców, który wcześniej zabrał jej biżuterię. Wyciągnęła swój zaręczynowy pierścionek, złoty ze szmaragdem, po czym go połknęła. Udało jej się go przesłać potem z Pawiaka matce z prośbą o przekazanie córce, która starannie ukrywana była przez rodzinę. Zarówno pierścionek, jak ik Ligia przetrwali wojnę.

Irenę uwięziono na Pawiaku i rozpoczęto przesłuchania, na których nikogo nie wydała. Działacze organizacji, w której służyła, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Irena dużo wie. I że jest piękną kobietą, z którą Niemcy z przyjemnością zrobią wszystko, na co będą mieli ochotę. Udało im się więc przesłać Irenie cyjanek, z którego jednak nie skorzystała.

Wiedziano, że Irena przewożona będzie na Majdanek, bowiem udało się przekupić niemieckiego strażnika, który miał ją umieścić w grupie więźniów niepolitycznych, skierowanych na transport. W obozie dzięki odpowiednim ludziom i kontaktom szybko dostała szczepionkę na tyfus i leki. Zachorowała jednak na czerwonkę. Szybko zorganizowano akcję jej uwolnienia. W marcu 1943 roku oddział żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych z Pomorza dokonał udanego odbicia Ireny z obozu. Jak tego dokonano? Polscy żołnierze przebrani w mundury gestapo, przyjechali pod bramę obozu i przedstawili dokument nakazujący przekazanie Ireny na śledztwo w Warszawie. 

Niedługo po krótkim odpoczynku, najpierw pod opieką babci męża, potem teściowej, Irena podjęła się kolejnego etapu służby. Córka podczas wspólnie spędzanej rekonwalescencji nie odstępowała matki na krok, siedziała przy jej łóżku dzień i noc. Matka Ireny też nie mogła tego znieść, namawiała Irenę, by zajęła się Ligią. Irena jednak odpowiedziała: „Jest wielu dobrych ludzi, którzy zajmą się Ligią, natomiast tylko ja mogę wykonywać to, co robię”.

Przetrwała wszystko, z jednym na czerwono zabarwionym wyjątkiem…

Tym razem skierowana była przeciwko sowieckiej agenturze w okupowanej Polsce – komunistycznej PPR i Gwardii Ludowej. Na początku października Irena spotkała się z mężem. Długo rozmawiali, dlatego że Jerzy miał wyjechać na misję do Londynu. Wspominał potem, że żona opowiadała mu o pracy „nad zniszczeniem komunistycznej radiostacji, która znajduje się w pobliżu Warszawy i że liczy na pomoc pewnego Niemca, oficera Abwehry (wywiadu wojskowego) o mocno antyhitlerowskich poglądach .Wyglądało mi to na pułapkę. […] Przekonywałem, że Londyn ważniejszy, ale nie pomogło”.

Wieczorem, w dniu 4 października 1943, poprzez rozmowę telefoniczną została wezwana w ważnej sprawie. Podejrzewała prowokację, ale sprawę uznała za zbyt ważną i jednak udała się w określone przez rozmówcę miejsce. Mocno przeczuwała zasadzkę, gdyż poprosiła dr Miłodroską, u której aktualnie przebywała, aby powiadomiła określony punkt kontaktowy, jeżeli nie wróci do godziny 22.00.

Jerzy rozpoczął poszukiwania Ireny. Odnalazł jej ciało w kostnicy przy szpitalu przy ul. Oczki. Podobno zostało znalezione na Polu Mokotowskim. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim pod wojennym pseudonimem „Barbara Zawisza”. Przekazanie informacjo o śmierci matce Ligii było chyba najtrudniejszym zadaniem dla Jerzego – męża, ojca, agenta i żołnierza. Ponieważ gestapo często wysyłało swoich funkcjonariuszy na uroczystości rodzinne w ramach inwigilacji i ustalania członków siatek szpiegowskich, Jerzy dla bezpieczeństwa uczestniczył w pogrzebie w przebraniu grabarza, a matka Ireny – osoby z obsługi cmentarnej. 

Irena Iłłakowiczowa zginęła więc w nieznanych okolicznościach. Wiadomo jedynie, że odebrano jej życie strzałem w głowę. Prof. Żaryn, który zajmował się postacią pięknej agentki, ujawnił jakiś czas temu, że przeglądając akta w IPN dotyczące inwigilacji rodziny Iłłakowiczów, znalazł notatkę dotyczącą Ireny, w której informowano, że została zastrzelona z wyroku Gwardii Ludowej jako rzekomy współpracownik hitlerowskich Niemiec…

uśmiechnięta kobieta

9 rzeczy, które kobieta z klasą powinna zrobić przed 30-tką

30-tka to nie byle jaka data. Dla jednych to czas przejścia, granica między młodością a dojrzałością. Dla innych to czas na pierwszy przystanek, podczas którego można się zastanowić nad już dokonanymi osiągnięciami i przyszłymi sukcesami. W ogólnym mniemaniu to granica, której przekroczenie powoduje, że kobiecie pewnych rzeczy już „nie wypada”. Sprawdź, co zrobić przed 30-tką, żeby potem nie żałować, że się tego nie doświadczyło.

1. Znajdź czas tylko dla siebie

Za młodu wszystko szybko, wszystkiego dużo, wszystko na raz. W ferworze walki w szkole, potem na studiach, potem w trakcie pierwszych prac wydaje nam się czasem, że nie mamy już jak i kiedy wygospodarować czasu dla siebie. Tu rodzina, tam znajomi, chłopak, praca, a potem spotkanie ze znajomymi, coś trzeba posprzątać, jakieś zakupy i tak mija 10 lat życia… Błąd! Wydaje nam się, że wszędzie musimy być, wszystko zrobić. A to nieprawda! Lecisz na zajęcia albo po jakieś sprawunki, ale jest piękny słoneczny poranek? Kup poranną gazetę, usiądź w kawiarni, zamów kawę i delektuj się tym, że jesteś młoda, ładna, zdrowa, wyjątkowa. A jeżeli dojdziesz do wniosku, że wcale się tak nie czujesz – wspaniale! Masz przed sobą całe życie, żeby to zmienić. Zacznij od teraz!;)

2. Ucz się języków – im więcej, tym lepiej!

Największym błędem młodości jest nie poświęcanie odpowiedniego czasu na naukę, przede wszystkim języków obcych. Na samą myśl o żmudnym rozwiązywaniu gramatycznych ćwiczeń i uczeniu się słownictwa od razu uciekamy w inne, przyjemniejsze zajęcia. A szkoda, bo młody mózg jest najbardziej chłonny, najszybciej i najwięcej zapamiętuje. Dlatego z nauki języka powinniśmy uczynić samą przyjemność, bo nigdy nie wiadomo, czy portugalski nie przyda nam się do dopięcia ważnego projektu w przyszłej pracy, a chiński do komunikowania się z przystojnym przedstawicielem kontynentu azjatyckiego;p Nie wspominając, że zdecydowanie każde obce słówko uratować nas może w trakcie realizacji punktu numer 3.

3. Podróżuj w szalony sposób

Podróżować powinno się przez całe życie, niemniej sposób podróżowania zmienia się wraz z wiekiem. Wierzcie, wiemy, co mówimy! Przed 30-tką zdecydowanie mniej rzeczy się obawiamy, jesteśmy bardziej spontaniczni, widzimy mniej przeszkód w dążeniu do przygody i celu, bo i za mniej spraw jesteśmy odpowiedzialni, więc to naturalne. Podróżowanie stopem po 30-tce – super sprawa! Spontaniczny wyjazd do Włoch, bo bilety za 60zł – wspaniale! Tylko że nie zawsze będzie nas już potem na to stać: bo partner, bo dzieci, bo praca…

4. Czytaj!

Na to też wydaje się, że nie ma w młodości czasu! A wielka szkoda! Powinnyśmy czytać, na okrągło, cały czas! To niesamowite jak odbiór danej książki czy postrzeganie bohatera zmienia się wraz z wiekiem! Ale jeżeli nie przeczytasz przed 30-tką, nie będziesz miała porównania. O milionie innych zalet czytania nawet nie wspominamy, bo to esej na osobną książkę;D

5. Kup sobie coś pięknego, drogiego i porządnego

Chyba większość dziewczyn (śmiemy domniemywać z obserwacji) myśli przed 30-tką o drogich ciuchach, perfumach, biżuterii jako o czymś na potem, „jak już się dorobię” albo na zasadzie „po co wydać aż tyle na kieckę, jak i tak zaraz albo się zniszczy, albo spierze, albo nawet nie mam w niej gdzie wyjść!”. Nie, nie, nie! Właśnie dla samej siebie, dla lepszego samopoczucia warto otulić się droższym zapachem albo mieć na nadgarstku droższą bransoletkę. Od razu w życiu raźniej!

6. Zjedź coś, czego się brzydzisz

Koniecznie! Potem będzie z tym tylko coraz trudniej. Poza tym nasze kubki smakowe się zmieniają. A najintensywniej odczuwamy… no cóż, za młodu;p No i, nie oszukujmy się, po 30-tce trudno znaleźć kompankę, która będzie Ci w tej zwariowanej zabawie wtórowała.

7. Naucz się rozpoznawać i przyrządzać 10 najbardziej znanych drinków na świecie

Im wcześniej się nauczysz, tym lepiej! Ta umiejętność pozostaje na całe życie, przydaje się w każdej sytuacji i… czasem pomaga w mówieniu obcymi językami;D

8. Umów się z kimś, kto Ci się na pierwszy rzut oka nie podoba

Im ktoś starszy, tym podobno bardziej zamknięty na coś, co z gruntu wiadomo, że mu się nie podoba. A szkoda! Nigdy nie wiadomo, może ktoś przy bliższym spotkaniu zdecydowanie zyska w Twoich oczach i… pozostanie w Twoim życiu na dłużej? A jak nie, zawsze warte wspominania doświadczenie;)

9. Po całonocnej imprezie huśtaj się na placu zabaw/plaży ze znajomymi przy wschodzie słońca

Nasz ulubiony punkt. Rekomendujemy robić tak regularnie mniej więcej co 3 lata. Ale po 30-tce ciut trudniej. Trudniej zebrać znajomych, trudniej nie rozpierzchnąć się po domach do rana i… jakoś tak trudniej zmieścić się w huśtawce;D

kobieta w łóżku

Opowiadanie erotyczne sposobem na samotność?

Samotność bywa dokuczliwa. Osoby żyjące samotnie często narzekają na swój stan. Przyczyn samotności może być wiele. Niektóre kobiety są samotne, gdyż taki jest ich świadomy i dobrowolny wybór, po prostu nie chcą mieć faceta. Inne są samotne, gdyż zostały porzucone. Jeszcze inne nie są w stanie dojrzeć emocjonalnie do tego, aby kogoś poznać i być w związku. Bardzo duży problem z samotnością zazwyczaj mają osoby nieśmiałe. Tacy ludzie rzadko spotykają się z ludźmi, rzadko rozmawiają z płcią przeciwną, toteż ciężko im kogoś poznać.

W czasie samotności człowiek nadal ma takie same potrzeby jak w związku. Potrzebuje bliskości innej osoby, miłości i opieki. Potrzebuje również zaspokajać swoje potrzeby seksualne. Wiele osób stara się je zaspokajać na wiele sposobów. Najlepszy i najciekawszy z nich to zabawy erotyczne z partnerem i seks. Jednak osoby bez drugiej połówki także mogą sobie znakomicie poradzić.

Wiele kobiet lubi czytać opowiadania erotyczne. W internecie możemy znaleźć ich mnóstwo. Jest wiele stron oferujących opowiadania o różnej tematyce, przede wszystkim dla kobiet. Panie zainteresowane tego typu opowiadaniami mogą pozwolić sobie na oddanie się fantazjom, dlatego że teksty obfitują w opisy doznań oraz emocje. Kobiety lubią czytać tego typu opowiadania, aby wyobrazić sobie bliskość partnera oraz przez chwilę nie odczuwać samotności.

Kto czyta opowiadania erotyczne?

Prawdopodobnie większość kobiet miała w życiu kontakt z takimi treściami. Niektóre są wręcz uzależnione od tego typu historyjek. Dla niektórych jest to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu. Wiele kobiet także pisze opowiadania erotyczne samodzielnie. Po prostu lubią to robić. Dzięki nim wiele kobiet może odpłynąć w świat fantazji podczas erotycznej lektury. Warto czytać opowiadania z dobrych stron i źródeł, od dobrych autorów, którzy potrafią pisać. Wtedy mamy gwarancję, że czas poświęcony na opowiadania nie będzie zmarnowany.

Warto poznać temat. Opowiadania erotyczne dla kobiet są dzisiaj bardzo popularne. Wiele pań regularnie je czyta i doznaje dzięki nim satysfakcji. A Ty? Jesteś wtajemniczona? Spróbuj! W wolnych chwilach można odpłynąć w świat fantazji i poczuć się wyjątkowo inaczej;)

Barbara Piasecka-Johnson

Barbara Piasecka Johnson – najbogatszy polski Kopciuszek w historii

W 2001 roku „Forbes” zaliczył ją do 20 najbogatszych kobiet na świecie. W 2011 według tego samego czasopisma znalazła się na 393. miejscu wśród najbogatszych ludzi na świecie tuż obok Stevena Spielberga czy Ronalda Laudera, właściciela ekskluzywnej marki Estee Lauder. Jej majątek szacowano wtedy na 2,9 miliarda dolarów. Kim była pochodząca ze Staniewicz, obecnie należących do Białorusi, polska imigrantka, która postawiła amerykańskiemu bogaczowi ultimatum – ślub albo koniec romansu?

Czeka mnie wielka przygoda!

Barbara Piasecka urodziła się w 1937 roku w Staniewiczach, które w wyniku powojennej zawieruchy znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Jak znaczna część przesiedleńców, rodzice Barbary wraz z dziećmi przenieśli się do dolnośląskiego. W domu się nie przelewa. Barbara zdaje jednak maturę i po dwóch latach przerwy zaczyna studiować najpierw polonistykę, potem rolnictwo, aż w końcu historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Rozpoczęła też pracę we wrocławskim oddziale Muzeum Narodowego, co pozwoliło jej na bliskie obcowanie ze sztuką. Jak przystało na każdego porządnego historyka sztuki, pobyt naukowy na studiach doktoranckich spędziła w Rzymie. Jej życiowa przygoda rozpoczyna się jednak jesienią 1967 roku. W wieku 30 lat podejmuje wyzwanie i udaje jej się przedostać za ocean.

Sławomir Koper, autor książki „Najbogatsze”, na podstawie dokumentów IPN dowiódł, że Barbara odziedziczyła spadek po wujku w Brazylii. Ponoć dzięki pobytowi we Włoszech, a potem w USA, miała zarobić na podróż do Ameryki Południowej i prawników, którzy mieli jej pomóc w uzyskaniu spadku w wysokości nawet 300 tysięcy ówczesnych dolarów,
źródło: Keith Meyers, The New York Times

Od zera do milionera

Od zera, a w zasadzie podobno od 100 dolarów, bo tyle miała w kieszeni, kiedy przybyła na Manhattan. Nie znała tam nikogo, po angielsku też jakoś świetnie nie mówiła. Nie mogła znaleźć pracy, w Stanach jej europejskie wykształcenie nikogo nie obchodziło. Nawiązała znajomość z Zofią Kowerdan, która w 1969 roku poleciła ją do pracy u swoich pracodawców, państwa Johnsonów. Tym sposobem Barbara została kucharką u jednego z najbogatszych ludzi Ameryki, współwłaściciela wielkiego koncernu farmaceutycznego, nie umiejąc nawet dobrze gotować. Dlatego po przypaleniu kolejnego obiadu, zmieniono jej stanowisko na pokojówkę.

U Johnsonów przepracowała niecały rok, odkładając pieniądze na kolejne studia, które podjęła na Uniwersytecie Nowojorskim. Nie wiadomo, czy już wtedy piękna Polka urzekła milionera na tyle, że rozpoczął się ich romans. Pewne w amerykańskim epizodzie Barbary jest to, iż po jakimś czasie zawiesiła naukę, by wrócić do rezydencji Johnsona jako kurator zbiorów sztuki, które zamierzał zacząć kolekcjonować. Podobno stracił dla niej głowę. Zapraszał ją na rejsy po Morzu Karaibskim, które rozpoczynały się od wręczenia bukietu róż.

źródło: East News

Instytucja małżeństwa chyba niezbyt wiele znaczyła dla postarzałego już Johna Sewarda, który miał duże doświadczenie i w oświadczynach, i w zakańczaniu małżeństw, bo gdy tylko Barbara postawiła jasne ultimatum, po rozwodzie z Esther, w 1971 roku została jego trzecią żoną.

Na bogato

Pan młody na dobry początek wniósł do kolejnego małżeństwa 330 milionów dolarów, jacht i kilka domów, między innymi posiadłość w Toskanii, do której świeżo upieczeni małżonkowie często podróżowali. Odwiedzali liczne galerie i muzea. Wzbogacili swoją kolekcję o dzieła Tintoretta, Rembrandta, El Greca i Tycjana, a także Witkacego, Moneta i Gauguina.

Krótko po ślubie Barbara zaczęła realizować swoje marzenie – budowę dworu, najdroższego domu prywatnego w tamtych czasach. Nazwała go Jasną Polaną. 36 łazienek, marmur z Carrary, podgrzewana podłoga, kominki z francuskich pałaców, kuta brama przed wjazdem do okalającego rezydencję parku, no i dzieła sztuki zakupione podczas podróży po Europie. Najpierw amerykańska socjeta traktowała Barbarę jako parweniuszkę, która zachłysnęła się milionami. Potem jednak przyznali, że zna się na sztuce, a sposób jej bycia całkowicie licuje z wydawanymi sumami. Jasna Polana nie była powiem martwym muzeum, a żywo używanym domem. Barbara nie miała żadnego problemu z tym, żeby na przykład pić kawę przy stoliku za 4 miliony. Prace nad budową rezydencji trwały siedem lat, a ich koszt szacuje się na 30 milionów dolarów. 

Sielanka?

Związek Polki i jej starszego o 40 lat amerykańskiego męża był burzliwy. Choć podobno zawsze stawiali na pierwszym miejscu tę drugą osobę ze związku i dbali o siebie. Spędzili razem 12 lat szczęśliwego małżeństwa. Basia przyjęta została jednak przez rodzinę męża bardzo zimno. Na początku traktowali ją jak maskotkę Sewarda. Doceniali, że dobrze na niego wpływa, że chce gromadzić wokół niego rodzinę, bo jak pisze w swojej książce o amerykańskim Kopciuszku z Polski Ewa Winnicka, to właśnie „z polskiego wychowania wyniosła przekonanie, że rodzina powinna być razem.

Nigdy jednak nie uznali emigrantki kaleczącej język angielski za równą sobie”. I o ile o trzecim ślubie nie zjawiło się żadne z sześciorga dzieci Johnsona, a o ceremonii nie było nawet wzmianki w kronikach towarzyskich New Jersey, o tyle o procesie podziału majątku po zmarłym w 1983 roku Sewardzie, usłyszał cały świat. Było to najbrutalniejsze tego rodzaju widowisko w amerykańskiej popkulturze. Pierwszy raz wyprano publicznie brudy bogaczy.

500 milionów dla przybłędy z Polski, dla dzieci raptem resztki

Zaraz przed śmiercią milioner zmienił testament i zapisał wszystko ukochanej trzeciej żonie. Spośród dzieci wyróżnił tylko syna Sewarda Juniora, któremu zostawił przystań jachtową i milion dolarów. Takiej zniewagi i takiego majątku rodzina nie mogła puścić płazem. Wytoczyła Barbarze proces, który był największym w historii USA pojedynkiem firm prawniczych. Trwał 2,5 roku i żyła nim cała Ameryka. 75 świadków usiłowało udowodnić, że Barbara Piasecka była oszustką, służbistką, która nie kochała męża. Ostatecznie strony doszły do porozumienia. Barbara zatrzymała blisko 350 milionów dolarów, a dzieci 42,5 mln do podziału. Honoraria adwokatów wyniosły 24 mln dolarów.

Okazała się, że Barbara zna się nie tylko na sztuce (w jej kolekcji dzieł sztuki znalazł się m.in. obraz Święta Prakseda przypisywany Vermeerowi, obrazy Artemisji Gentileschi i Fra Filippo Lippiego), ale ma też głowę do interesów. Zostawiony jej przez męża majątek pomnożyła prawie dziesięciokrotnie! W 1998 roku przebudowała Jasną Polanę na ekskluzywny klub golfowy. Kupowała i sprzedawała dzieła sztuki, zakładała fundacje wspierające artystów.

Barbara Piasecka- Johnson wraz z mężem ufundowała wiele stypendiów, m.in. młodemu Krystianowi Zimermanowi, wybitnemu pianiście i dyrygentowi.
źródło: East News

Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson

Ameryka ją rozczarowała. Po śmierci męża i batalii sądowej z jego dziećmi miała dość, pomimo że była bardzo mocnym charakterem. Żywo zaangażowała się w sprawy odradzającej się Polski, za którą tęskniła. Miała bardzo bliskie kontakty z ludźmi „Solidarności”, chciała ratować Stocznię Gdańską. 1 czerwca 1989 roku wzięła udział w słynnej mszy w kościele św. Brygidy, gdzie dała na tacę 100 000 złotych! Jak mówi Ewa Winnicka, miała ambicje, żeby być „dobrą wróżką” Polski. Nie wyszło, bo cała polska transformacja się nie udała. Do dziś jej niedogadanie się z wierchuszką Solidarności i władzami polskimi owiewa aura tajemniczości.

Już w 1974 roku założyła „The Barbara Piasecka Johnson Foundation”, która fundowała stypendia dla naukowców i artystów, zbudowała m.in. gdański Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka oraz była fundatorką Domu Matki i Dziecka w Gnieźnie. Kiedy w 1992 roku Zbigniew Religa dowiedział się o problemach z organizacją charytatywnego koncertu Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu, po krótkiej chwili zastanowienia rzucił do swoich współpracowników: „Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson. Tylko najpierw sprawdźcie, która w Jasnej Polanie jest godzina!”. Załatwiła Placida Dominga, wybitnego tenora, który miał wypełniony koncertami kalendarz na najbliższe 4 lata.

źródło: East News

W 2003 roku Barbara Piasecka-Johnson udzieliła jedynego wywiadu, w którym odniosła się do swoich biznesowo-filantropijnych doświadczeń: „Wiele stypendiów przyznałam nieodpowiednim osobom, które zmarnowały moją pomoc, nie doceniły jej. Przepadło dziewięćdziesiąt procent stypendiów, a wielu stypendystów nie widziałam na oczy. Powinnam bardziej się zastanowić, komu daję pieniądze. Inwestycje mojego dobrego serca zostały zmarnowane, nie przeze mnie, ja chciałam dobrze. Dlatego obraliśmy jeden cel: leczenie autyzmu. To najlepszy wybór”.

W 1995 roku przeprowadziła się do Monte Carlo, gdzie kupiła dom. Zaczęła coraz mocniej wierzyć w Boga, co zaskutkowało przenosinami do Asyżu, miejsca związanego ze św. Franciszkiem. W 2009 roku zachorowała na raka. Na cztery lata przed śmiercią przeprowadziła się do Sobótki, pod Wrocławiem, o czym niewiele osób wiedziało. Zmarła 1 kwietnia 2013 w wieku 76 lat.

Nie miała dzieci, a część majątku zapisała fundacji swojego imienia, którą zarządzają jej bratankowie.

zdjęcie 1

Zobacz, co ulubiona kawa mówi o Twoim charakterze

Kawa budzi do życia, doskonale smakuje, jej picie to rytuał uwielbiany na całym świecie. Okazuje się, że ten czarny napój, jak mało który, może sporo powiedzieć o Twoim charakterze. Preferujesz szybkie i mocne espresso? Wolisz delektować się zmysłowym i lekkim cappuccino, a może Twoim faworytem jest jednak americano? Zobacz, co Twoja ulubiona kawa mówi o Tobie!

Jaka kawa pasuje do Twojego charakteru?

Zebraliśmy wyjątkowo ciekawe informacje i opisaliśmy najpopularniejsze rodzaje kaw – sprawdź, czy rzeczywiście napój, który pijesz codziennie rano, opisuje to, jaka jesteś!

Espresso – pobudzenie dla lidera

Ten rodzaj kawy ma przede wszystkim pobudzić. Espresso jest podawane w małych porcjach – standardowa filiżanka ma pojemność zaledwie 70 ml, a i tak jest przecież wypełniana zaledwie do połowy. Espresso jest wybierane przede wszystkim przez osoby dynamiczne, bystre oraz ambitne. Potrzebują one solidnej dawki kofeiny,  a nie mają czasu na powolne sączenie dużej kawy. Często tę szalenie popularną we Włoszech kawę wybierają też urodzeni liderzy – szybko podejmujący decyzję, wypowiadający się konkretnie i nie bojący się wzbudzania kontrowersji. Espresso to napój dla tych, którzy żyją szybko, wymagają sporo od innych, ale przede wszystkim – wymagają też od siebie. Jednym słowem – to kawa dla ludzi, którzy potrafią pociągnąć za sobą innych. Zresztą wskazuje na to sama nazwa, która wbrew pozorom zupełnie nie sugeruje tego, że kawę szybko się przygotowuje czy też pije. Włoski przymiotnik espressivo oznacza „wyrazisty”, właśnie taki, jak smak tej małej niepozornej kawy.

Kto zatem pije podwójne czy potrójne espresso?

Sporą popularnością cieszy się też espresso doppio, czyli podwójne espresso. To dokładnie taka sama kawa, tylko podawana w podwójnej ilości i w nieco większej szklance. ?Jeśli pije taką kawę, to mój charakter jest dwa razy bardziej wyrazisty od tego, kto preferuje standardowe espresso!? – można by  pomyśleć. Czy jest tak jednak w rzeczywistości? Jest w tym część prawdy – espresso doppio wybierają osoby, które potrzebują podwójnej dawki kofeiny, są więc są jeszcze bardziej żywiołowe, ambitne i ?wyraziste?. A są też tacy, którym nawet doppio nie wystarczy i sięgają po potrójne espresso. W tym przypadku nie zawsze musi to być kwestia charakteru. Pojedyncze espresso to po prostu bardzo mała porcja, a niektórzy kawosze chcą się zwyczajnie dłużej delektować wyśmienitym smakiem tej kawy rodem z Włoch. Nie zawsze wybieranie podwójnego espresso mówi więc o charakterze – czasem po prostu to oznaka miłości do kawy i jej smaku.

Cappuccino – uwielbiany spóźnialski

Przez wiele lat to właśnie cappuccino było ulubioną kawą Polek i Polaków, choć ostatnio ten napój pozostaje nieco w cieniu latte. Co oznacza miłość do tej kawy? Najczęściej jest ona kojarzona z pozytywnymi, serdecznymi i optymistycznymi charakterami. Cappuccino często wybierają dusze towarzystwa, bez których nie sposób zorganizować dobrej imprezy czy spotkania towarzyskiego. Jest jednak spora szansa, że osoba preferująca kawę cappuccino na takie spotkanie się?spóźni. Miłośnicy tej odmiany są bowiem znacznie bardziej towarzyscy od tych, którzy lubią chociażby espresso, ale równocześnie są też znacznie mniej zorganizowani. Dlatego jeśli uwielbiasz właśnie ten rodzaj kawy, to punktualność nie jest raczej Twoją najmocniejszą stroną.

Latte – zdecydowany wybór dla niezdecydowanych

Kawa latte podbiła klientów na całym świecie dzięki popularnym sieciom kawiarni. Dziś ten typ kawy można zamówić dosłownie wszędzie. Latte to kawa w nieco złagodzonej wersji, w której dominującym składnikiem jest mleko. Amatorzy tego napoju zdecydowanie różnią się od miłośników espresso. Bywają niezdecydowani, by nie powiedzieć bujający w obłokach. To kawa dla romantyków, którzy nade wszystko przedkładają walory smakowe. W końcu kawa latte nie daje takiej energii, natomiast z pewnością świetnie smakuje i można się nią bardzo długo rozkoszować. Czasem ten typ napoju kojarzony jest również z rozwagą i z ostrożnością przy podejmowaniu decyzji.

Kawa czarna – coś dla tradycjonalisty. Albo minimalisty

Dla niektórych kawoszy wszystkie skomplikowane odmiany, są po prostu udziwnieniami. Dla nich kawa powinna być kawą. Oni sięgają właśnie po tradycyjną znaną od wieków kawę czarną. A co można powiedzieć o charakterze ludzi, którzy najchętniej ją wybierają? Często są to tradycjonaliści, którzy preferują stare i dobre rozwiązania. Ta kawa jest również wybierana przez minimalistów, którzy nie lubią otaczać się zbyt wieloma przedmiotami i ponad wszystko cenią konkret. Miłośnicy czarnej kawy miewają humorki, ale zwykle nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafią zachować spokój i zimną krew. Są nieco nieufni i raczej starannie nawiązują nowe znajomości. Za to jak się już do kogoś przekonają, to jest duża szansa, że będzie to prawdziwa przyjaźń na całe życie. Osoby pijące tę kawę są raczej ciche i nie zwracają na siebie uwagi. Mówią mało, co jednak bynajmniej nie oznacza, że nie mają dużo do powiedzenia. Taki charakter cechuje się bowiem bardzo często ponadprzeciętną wiedzą i inteligencją.

Frappuccino – dla kochających nowinki

Kawa przez wieki była znana jako gorący napój, jednak z czasem producenci napoju zaczęli eksperymentować również z napojami lodowymi. Niezwykle popularna odmiana frappuccino powstała dopiero w połowie lat 90. XX wieku. Nazwa tego typu to złożenie słów frappe oraz cappuccino. To pierwsze słowo oznacza po prostu, że napój jest mrożony. Czego można się zatem spodziewać po koneserach takich kaw? Takie osoby starają się żyć w zgodzie z najnowszymi trendami. Uwielbiają się dobrze ubrać, lubią też chwalić się swoimi zakupami na serwisach społecznościowych. Miłośniczki tej kawy to osoby pełne energii, którą zarażają wszystkich dookoła. Jednak w przeciwieństwie do amatorów innych odmian, zwolennicy frappucino nie są takimi entuzjastami kofeiny i raczej nie będą godzinami dyskutować nad tym, z których krajów pochodzą najlepsze ziarenka. Fanki frappucino chcą po prostu najzwyczajniej się czymś orzeźwić w ciepłe dni. Kawa i kofeina to miłe dodatki, ale nie są one dla nich aż tak istotne.

Americano – dla sumiennych i opanowanych

Ta kawa powstaje z połączenia espresso z dużą ilością wrzątku. Smakuje podobnie jak zwykła kawa czarna, choć są również odmiany z mlekiem. Zazwyczaj upodobanie do americano łączy się ze spokojem, dojrzałością i opanowaniem. Nie jest to napój dla zbuntowanych nastolatek czy miłośniczek rock’n’rollowego stylu życia. To raczej kawa dla statecznych matek czy osób, które zajmują wysokie stanowiska. Z drugiej strony uważa się, że miłośnicy americano potrafią cieszyć się z małych oraz prostych rzeczy ? z nowej książki, płyty czy spaceru po parku. Koneserzy tej odmiany należą zatem do najszczęśliwszych kawoszy.

Kawa bez kofeiny – dla urodzonych dyplomatów

Jaka kawa jest najczęściej wybierana przez osoby uparte, ale jednocześnie bardzo koncyliacyjne? Odpowiedź brzmi: kawa bez kofeiny. To ulubiony napój dyplomatów. Osoby preferujące takie napoje kawowe dążą mocno i stanowczo do celu i poddają się jako ostatnie. Jednocześnie szybko zjednują sobie ludzi i nie używają dosadnego słownictwa. Picie bezkofeinowej kawy jest jednak czasem również kojarzone z perfekcjonizmem a nawet z potrzebą kontrolowania innych.

Mokka – dla kreatywnych i niespokojnych duchów

Mokka to odmiana kawy latte zawierająca czekoladę (są odmiany zarówno z czekoladą czarną, jak i białą) i pozbawiona dużej ilości piany. Jeśli jesteś artystką, pisarką, kompozytorką czy też pracujesz w agencji reklamowej, to jest duża szansa, że Twoją ulubioną kawą jest właśnie mokka. Smak tego napoju bardzo się różni od espresso, czasem więc mokkę uważa się za kawę dla tych, którzy tak naprawdę za kawą nie przepadają. Pewne jest natomiast, że miłośnicy tej odmiany mają tysiąc pomysłów na sekundę i mają w sobie mnóstwo optymizmu oraz energii. Mokka jest też popularna wśród tych, którzy kochają całonocne imprezy i którzy prowadzą wyjątkowo bujne życie towarzyskie.

Macchiato – kawa dla zdystansowanych

Bazą macchiato jest espresso, dlatego też często kawę tę nazywa się espresso macchiato. Od podstawowej wersji różni się jednak dodatkowym spienionym mlekiem. Amatorzy tego napoju są zdecydowani, choć nie tak bardzo jak ci, którzy piją espresso bez mleka. Są też nieco zdystansowani wobec świata i raczej z rezerwą podchodzą do wszelkich zmian. Są tradycjonalistami, a obietnica jest dla nich świętością, więc zawsze można im zaufać.

Amatorzy nietypowych kaw

Moda na kawę trwa nieprzerwanie od kilku stuleci, ale trzeba przyznać, że obecnie miłośnicy napoju mają do wyboru tyle rodzajów i gatunków, że nieraz naprawdę trudno się w tym wszystkim połapać. Są jednak kawosze, którzy wybierają swoją ulubioną odmianę i pozostają jej wierni. Lecz zdarzają się przecież i tacy, którzy ciągle chcą czegoś nowego. A mają w czym wybierać! Kawy na sojowym mleku, z dodatkiem wanilii, karmelu, cukrem trzcinowym, cynamonem czy syropem miętowym… Kawiarniane sieci prześcigają się w coraz to nowych pomysłach. Są zatem nawet i dyniowe latte, specjalnie przygotowywane z myślą o święcie Halloween. Kto sięga po takie nowinki? Oczywiście przede wszystkim te osoby, które nie boją się eksperymentów, nie znoszą nudy i uznają, że to zmiana jest jedyną stałą częścią życia.

Jednak jeśli do swojej kawy dobierasz wyjątkowo dużo dodatków, a więc przede wszystkim cukier, śmietankę czy też mleko, to psychologowie mogą mieć na to inne wytłumaczenie. Ich zdaniem w ten sposób swoje kawy wzbogacają ludzie nieszczęśliwi lub przeżywający chwilowe kłopoty. Dodatki pomagają im nieco osłodzić życie i uporać się z przeciwnościami losu. Są to więc często osoby z problemami, ale jednocześnie bardzo pomocne i szlachetne. Nikogo nie zostawią w potrzebie i zawsze wyciągną pomocną dłoń. Z kolei wybieranie sojowego mleka sugeruje najczęściej troskę o innych i o środowisko naturalne.

bezstresowe wychowanie

Od bezstresowego wychowania do domowego piekiełka

Mimo dużej dostępności wiedzy na tematy wychowawcze, niektórzy rodzice jeszcze dzisiaj stosują metody bezstresowego wychowania dzieci.

Prekursorem tej metody był już w XVIII wieku filozof J.J. Rousseau, który był zwolennikiem oddania całkowitej wolności dziecku w jego rozwoju własnym. Metoda ta jednak została rozpowszechniona dopiero w połowie XX wieku w USA. Nie na długo. Celem miało być niczym niezakłócone szczęście dzieci, które mogłyby rozwijać się bez żadnych przeszkód. Już wkrótce jednak – bo po dziesięciu latach – okazało się, że efekty wychowawcze są dokładnie odwrotne.

Badania przeprowadzone już dziesięć lat później przez psycholog Dianę Baumrind wykazały, że bezstresowe wychowanie prowadzi do stresu i agresji. Poprzez tzw. bezstresowe wychowanie zakłócona zostaje relacja rodzic-dziecko, ponieważ dziecko, które nie wie, jak korzystać z danej mu wolności, nie czuje się pewnie. Ma coraz to większe oczekiwania i żądania, które rodzice spełniają chociażby dla uniknięcia stresu. Po pewnym czasie okazuje się, że ta „metoda” skłania rodziców do daleko idących ustępstw wobec dziecka już nie tylko dla zaspokojenia swojego wychowanka, ale dla spokoju własnego.

Dochodzi w końcu do takich żądań, które bezpośrednio zagrażają dziecku i tu zaczynają się prawdziwe problemy, bo dziecko będzie terroryzować na różne sposoby rodziców. Przecież w końcu to ono decyduje o własnym losie, prawda? Będzie rzucać się na podłogę, bić głową o ścianę itd. Bo dziecko chce obejrzeć jeszcze jedną bajkę i jeszcze jedną baję i jeszcze jedną… Godzina 23.30 – oczywiście już ostatnią bajkę. Tyle że po ostatniej okaże się, że dziecko się pomyliło co do tego, że to ostatnia. A rano mama, tata albo niania budzi dziecko do przedszkola. A dziecko jeszcze chwilę chce pospać. A kiedy mama musi odprowadzić je, bo spóźni się do pracy, to dziecko wpada w histerię. I mama też. I z bezstresowego wychowania mamy domowe piekiełko. 

Kiedy dajemy dziecku całkowitą wolność wyboru, ono kieruje się przede wszystkim dążeniem do przyjemności, również tych chwilowych i tych szkodliwych nawet dla niego. Ono przecież nie ma rozeznania w tym, co dobre, a co złe. Bo tego nie zapewni mu bezstresowe wychowanie. I cały czas jest skupianie się na przyjemnościach – oczywiście własnych. I w takim procesie wychowania – bez wychowania – rośnie nieprzystosowany do życia społecznego człowiek, który pozbawiony jest zasad, dobrych manier, taktu, współczucia czy panowania nad emocjami. Człowiek, który dążenie do szczęścia utożsamia z zaspokajaniem przyjemności nigdy tego szczęścia nie osiągnie. Ani dla dziecka, ani dla siebie. Niestety błąd rozróżnienia tych pojęć leży u podstaw bezstresowego wychowania. Oj, przepraszam: u podstaw niewychowania.

C.d.n. – „O poszukiwaniu złotego środka”

dr Irena Kamińska-Radomska

płeć mózgu

Kobiecy czy męski – który mózg jest mądrzejszy?

Kwestia różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami od zarania dziejów intrygowała, dzieliła i wzbudzała skrajne emocje. To, że różnimy się pod względem anatomicznym, fizjologicznym czy psychicznym jest sprawą oczywistą, to jednak z czego to wynika, jest już znacznie bardziej skomplikowane. Czy te różnice mają jakieś swoje odzwierciedlenie w mózgu?

Neurobiolodzy wiedzą na temat różnic pomiędzy męskim a kobiecym mózgiem znacznie mniej niż mogłoby się ze względu na stan współczesnej nauki wydawać. O jednym z najżywiej dyskutowanych zagadnień z dziedziny neurobiologii opowiada w Kobiecie z Klasą dr Zbigniew Sołtys, wykładowca neurobiologii pracujący w Zakładzie Neuroanatomii Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych UJ.

Redakcja: Jak to jest z tymi naszymi mózgami z neurobiologicznego punktu widzenia? Czy faktycznie mózg męski i kobiecy się różnią i pod jakim względem? Wiemy, że rozmiarowo na pewno, mózg kobiety jest mniejszy. Dawniej uważano, że implikuje to prosty wniosek, że kobieta jest głupsza, dziś mówi się, że wręcz przeciwnie – dlatego, że mózg kobiety jest mniejszy, pracuje bardziej efektywnie?

Zbigniew Sołtys: Wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie wielkości mózgu ma tyle samo sensu, co ocenianie wydajności komputera na podstawie wielkości obudowy. Oczywiście, jest tu pewna zależność, w większej obudowie zmieści się więcej elementów, można zapewnić lepsze chłodzenie itd. I podobnie jest z mózgiem. Większy mózg może mieścić więcej komórek albo mogą one mieć większe rozmiary. Istnieje pewna niewielka korelacja między rozmiarami mózgu a ilorazem inteligencji (IQ), ale z całą pewnością to nie wielkość jest czynnikiem decydującym o efektywności tego organu.

Rzeczywiście, mózg kobiety jest mniejszy niż mózg mężczyzny. Przeciętna waga mózgu żeńskiego to 1198 gramów, mózg przeciętnego mężczyzny jest o 138 gramów cięższy. Pamiętajmy jednak, że kobiety na ogół są mniejsze od mężczyzn, a przecież jedną z funkcji mózgu jest odbiór informacji od receptorów czuciowych zlokalizowanych w skórze, mięśniach, organach wewnętrznych, a także sterowanie ruchami mięśni. Obsługa większego ciała  wymaga odpowiednio większego mózgu. Jeżeli nie będziemy brali pod uwagę bezwzględnej masy mózgu, ale stosunek masy tego organu do masy ciała, to różnica między płciami w znacznym stopniu zniknie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że opieranie się na wartościach średnich nie daje dobrego obrazu rzeczywistości wówczas, gdy istnieje ogromne zróżnicowanie indywidualne pod względem analizowanej cechy. A tak właśnie jest w przypadku wielkości mózgu. Pamiętam pewną tabelkę z podręcznika neurobiologii, z którego uczyłem się w czasach studenckich. Była to „Biologia Mózgu” profesora Jerzego Kreinera, a w tabelce były podane informacje o mózgach znanych osób, uszeregowane według wagi. Listę otwierał Iwan Turgieniew, z ponad dwukilogramowym mózgiem, a zamykał Anatol France, z mózgiem prawie dwukrotnie lżejszym. Czy na tej podstawie można wyciągać jakieś wnioski dotyczące jakości ich twórczości?

R.: Czy istnieją jakieś inne różnice w budowie naszych mózgów i czy można mówić w związku z tym o czymś takim jak płeć mózgu?

Z. S.: Oczywiście, jeżeli mierzymy wielkość jakichś części mózgu to bardzo często znajdujemy jakieś różnice. Czasem coś jest większe u kobiet, czasem u mężczyzn. Jeżeli analizujemy schematy aktywności mózgu podczas wykonywania określonych zadań, to również niekiedy możemy zaobserwować, że u każdej płci nieco inne obszary mózgu zostają mocniej pobudzone. Ale praktycznie w odniesieniu do prawie każdej badanej cechy możemy zaobserwować bardzo duże zróżnicowanie indywidualne. Tak, że raczej trudno wskazać taki zbiór cech, który byłby unikatowy tylko dla mózgów jednej płci. Dlatego unikałbym terminu „płeć mózgu”, który mógłby sugerować istnienie takich wyraźnych, zależnych od płci różnic.

Nie wynika z tego, że mózg jest „bezpłciowy”. Płeć jest determinowana genetycznie, a istotną rolę w tym procesie odgrywają geny z chromosomu Y. Przypomnijmy, że kobiety mają dwa chromosomy X, a mężczyźni parę X i Y. Chromosom Y jest mały, zawiera około 70 genów (chromosom X ma ich dziesięciokrotnie więcej). Ale wśród tych genów jest gen SRY, decydujący o płci. Aktywność tego genu w czasie życia płodowego powoduje przekształcenie się embrionalnych gonad w jądra. Produkowane przez płodowe jądra hormony powodują wykształcenie się męskich cech płciowych. Mają też bardzo duży wpływ na kształtowanie się mózgu. Jest bardzo prawdopodobne, że od działającego w czasie ciąży testosteronu może zależeć późniejsza orientacja seksualna człowieka. Natomiast brak genu SRY (nie ma go na chromosomie X), powoduje uruchomienie łańcucha procesów, które prowadzą do powstania organizmu kobiecego.

R.: Czyli ze względu na ten gen można postawić tezę, że z punktu widzenia neurobiologii mózgu istnieją tylko dwie płcie i ich ewentualne naturalne zaburzenia – interseks, natomiast ze względu na socjalizację mamy potem znacznie więcej płci kulturowych tzw. gender? Istnieje wyraźna zależność mózgu od płci?

Z. S.: Takie sformułowanie mogłoby sugerować, że płeć kulturowa to sprawa determinowana przez czynniki środowiskowe, niezależna od płci biologicznej. Albo kwestia swobodnego wyboru. Ale tak na ogół nie jest.

Przecież nie tylko geny z chromosomów płciowych wpływają na rozwój systemu nerwowego. Genom człowieka zawiera około 25 tysięcy genów, z których wiele jest aktywnych w mózgu. Większość posiadanych przez nas genów to geny polimorficzne, występujące w różnych wariantach (allelach), i to jest bardzo istotna przyczyna zmienności, nakładająca się na zróżnicowanie wynikające z płci. A przecież geny to nie wszystko. Czynniki działające w czasie ciąży, takie jak dieta, stres, infekcje, leki, również mają bardzo istotny wpływ na kształtujący się mózg. W efekcie ludzie już w momencie urodzin mają bardzo zróżnicowane mózgi.  To, co wynika z płci chromosomalnej to tylko jeden z elementów tej różnorodności. 

Oczywiście, mózg jest strukturą plastyczną. I tak jak każdy inny organ, może się trochę zmieniać pod wpływem czynników środowiskowych. Różne formy aktywności, zarówno umysłowej jak i fizycznej, mogą wpływać na neurogenezę, synaptogenezę czy mielinizację. Czyli na proces powstawania nowych komórek nerwowych, tworzenia między nimi połączeń synaptycznych czy grubość otaczających włókna nerwowe osłonek mielinowych. Ale jest to raczej wpływ modulujący – wydaje się, że to, co najbardziej istotne w kwestii na przykład orientacji seksualnej, zależy od genów i czynników działających w ciąży. 

R: Gen SRY sprawia też, że dymorfizm płciowy w przypadku chorób jest bardzo wyraźny?

Z. S.: Prawdopodobnie ma w tym swój udział. Pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że gen SRY jest aktywny również w dojrzałym mózgu. Kodowane przez ten gen białko bierze udział w całym szeregu zachodzących w mózgu procesów. Ma wpływ między innymi na transmisję dopaminergiczną i serotoninergiczną, czyli na takie formy komunikacji międzykomórkowej, w których wykorzystywane są dopamina lub serotonina. Mamy więc mechanizm regulacyjny, który występuje tylko w męskich mózgach, i który można powiązać z dwiema poważnymi chorobami. Transmisja dopaminergiczna może mieć związek ze schizofrenią. Leki stosowane w tej chorobie to najczęściej substancje działające hamująco na ten rodzaj transmisji. Schizofrenia częściej występuje u płci męskiej (1,4 – 2,5 razy częściej – różne źródła podają nieco odmienne wartości). Z kolei depresja to bardziej kobieca choroba. U pań występuje około 1,5 razy częściej niż u panów. A w przypadku schizofrenii dość skuteczne są leki, zwiększające efektywność transmisji serotoninergicznej. 

Ale to nie znaczy, że tylko SRY odgrywa jakąś rolę w tym dymorfizmie. Są badania sugerujące, że estrogeny mogą zmniejszać ryzyko wystąpienia tej choroby lub osłabiać jej przebieg. A poziom tych hormonów jest u kobiet wielokrotnie wyższy, niż u mężczyzn.

R.: A jeżeli chodzi o uzależnienia?

Z. S.: Też występuje dymorfizm. Kobiety łatwiej uzależniają się od różnych substancji chemicznych (z wyjątkiem alkoholu), mężczyźni od seksu, hazardu i Internetu. I to dotyczy nie tylko ludzi, podobne zależności stwierdzono w badaniach na zwierzętach. Oczywiście, jeśli idzie o uzależniania od narkotyków, uzależnienia od Internetu na gryzoniach nie sprawdzano.

Powstawanie uzależnień ma związek z mózgowym układem nagrody, odpowiedzialnym za odczuwanie przyjemności. Połączenia dopaminergiczne są istotnym elementem tego układu, mamy więc kolejny możliwy związek z genem SRY.

R.: Czy mózg kobiety jest „sterowany” przez hormony?

Z. S.: Zawarty w pytaniu pogląd wynika z faktu, że istnieje wyraźna zależność czasowa między fazami cyklu miesiączkowego a samopoczuciem, emocjonalnością, a nawet zdolnościami umysłowymi kobiet. Te zmiany przebiegają z dużą regularnością i dlatego są łatwe do zauważenia. U mężczyzn wydzielanie hormonów jest bardziej równomierne. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn hormony wpływają na mózg. Ale zdecydowanie nie można powiedzieć, że sterują mózgiem. Przede wszystkim dlatego, że wydzielanie większości hormonów jest kontrolowane właśnie przez mózg. Część mózgu zwana podwzgórzem produkuje hormony kontrolujące wydzielanie hormonów przysadkowych, a z kolei przysadka mózgowa wydziela hormony, które regulują aktywność wydzielniczą gruczołów obwodowych. W tym także wydzielanie hormonów płciowych. Funkcje sterujące to zdecydowanie obowiązek mózgu.

R.: A czy to prawda, że „zmęczona kobieta staje się mniej kobieca”, ponieważ zanikają typowe dla kobiety funkcje poznawcze, kiedy nie dosypia?

Z. S: Oczywiście. Ale dokładnie to samo można powiedzieć o mężczyznach. Sen jest w ogóle niezbędny do życia. Dla mózgu jest nawet bardziej niezbędny, niż dla reszty ciała. Kiedy ciało sobie odpoczywa, mózg całkiem intensywnie pracuje. Na przykład w czasie snu zachodzi porządkowanie śladów pamięciowych. W dużym uproszczeniu – większość informacji, które wprowadzamy do naszej pamięci, jest przejściowo przechowywana w części mózgu zwanej hipokampem. Stopniowo te ślady pamięciowe stają się od hipokampa niezależne, a proces ich przenoszenia od innych ośrodków zachodzi właśnie podczas snu.

Ale to nie wszystko. Jednym z najważniejszych osiągnięć neurobiologii ostatniej dekady jest odkrycie układu glimfatycznego. Dokonał tego zespół badaczy kierowany przez Maiken Nedergaard, duńską badaczkę pracującą w Centrum Medycznym Universytetu w Rochester. Istota odkrycia polegała na wykazaniu, że płyn mózgowo-rdzeniowy przepłukuje tkankę mózgu, usuwając z przestrzeni międzykomórkowych różne szkodliwe cząsteczki, powstające w wyniku normalnej aktywności komórek. Co więcej, efektywność tego układu jest wielokrotnie większa w czasie snu, niż w czasie czuwania. Odkrycie to może mieć istotne znaczenie dla zrozumienia przyczyn niektórych chorób neurodegeneracyjnych, takich jak choroba Alzheimera. Jednym z objawów tej choroby jest właśnie gromadzenie się między komórkami cząsteczek białka amyloidowego beta, które może przyczyniać się do śmierci komórek nerwowych. Układ glimfatyczny powinien to białko usuwać, być może w chorobie Alzheimera nie robi tego wystarczająco efektywnie. Wprawdzie przedwczesne byłoby twierdzenie, że powszechny w naszej cywilizacji niedobór snu jest tego przyczyną, ale na wszelki wypadek dbajmy o sen. I to niezależnie od tego, jaką mamy płeć.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved