Projekt bez tytułu

Skąd wiesz, że jesteś piękna?

Każda kobieta czuje się dobrze i komfortowo, gdy ładnie wygląda. Rodzi się pytanie: skąd wie, że ładnie wygląda? Otóż, jest to zasługa wyjątkowej zdolności jaką posiada. Jest nią wrażliwość na ład i harmonię. Takim mianem określa się pojęcie i kategorię piękna. Dzięki temu właśnie geniuszowi potrafi gustownie wypracować swój własny styl. Umie też właściwie zadbać o swoje najbliższe otoczenie, dom. Znamy z historii kobiety, które zasłynęły z elegancji i prostoty zarówno w dobieraniu elementów jak i projektowaniu ambitnych modeli. Przykładem tu jest osoba Coco Chanel, która odważnie z wizją łączyła tradycyjną modę z nowoczesnymi trendami. Było to możliwe dzięki subtelnemu wyczuciu dostrzegania piękna w szczegółach.

Wygląd


Drugi aspekt piękna wyraża się wyglądem. Odpowiednia fryzura, makijaż. Ma to silny związek z poczuciem własnej wartości. Nie zawsze jest łatwo uchwycić i podkreślić własne „ja”. Podstawą tutaj też jest prostota w harmonii, której trzeba słuchać. Można rozwinąć ją poprzez lekturę, obserwację. Pomimo, iż intuicja jest przenikliwa, to jednak czasem trzeba jej pomóc, aby ją rozwinąć. Potrzeba chwili czasu, refleksji, żeby pomyśleć o tym kim się jest, co jest ważne? Takie zatrzymanie się ze sobą samym z reguły pomaga dojrzale pomyśleć. Dziś na szczęście jest także wiele poradników, salonów, internetowych blogów czy platform, które pomagają uchwycić ten dar natury i kształtować tak, aby kobieta miała odwagę być piękną.

Wnętrze


Trzeci aspekt piękna, to ten wewnętrzny, który uwidacznia się dzięki tym dwom poprzednim. To osobowość kobiety, na którą składają się temperament, cechy charakteru, postawy. Uwidacznia się ono poprzez ciepłe emocjonalne odniesie do siebie i do innych. To także zwyczajna, życzliwość, poczucie humoru, radość, empatia, współczucie, delikatność. Piękno potrzebuje cielesności, żeby się wyrazić obecnością i by emanować nim na najbliższych. Gestem ciała kobieta wyraża drugiemu uśmiech, uwagę, skupienie, akceptację.
Jeśli te trzy rodzaje piękna spotkają się ze sobą w życiu kobiety, to z całą pewnością ma prawo powiedzieć, że jest szczęśliwą, kimś wyjątkowym. A to największa ozdoba kobiecości, to co ją wyróżnia i dzięki czemu jest tą jedyną, niepowtarzalną i kanon piękna.

Zrzut ekranu 2021-04-21 o 10.32.48

Którą z „Przyjaciółek” jesteś? Fenomen serialu a nasze życie.

Serial „Przyjaciółki” emitowany w każdy czwartek na Polsacie ( a także na platformie Ipla, gdzie można obejrzeć wszystkie sezony) przyciąga przed telewizory nie tylko kobiety. Napisano już wiele na temat fenomenu popularności tej produkcji i myślę, że sukces serialu tkwi w atrakcyjności tytułowych przyjaciółek i łączącej ich relacji. Inga, Anka, Patrycja i Zuza to cztery przyjaciółki, które mogą zawsze na siebie liczyć. Mimo że są już dorosłe, każda ma ułożone życie prywatne, rodzinę, pracę, zawsze znajdą czas dla siebie, a w sytuacjach trudnych zjednują siły i pomagają tej, która najbardziej w danym momencie potrzebuje wsparcia. Kiedy rozmawiam ze znajomymi na temat tego serialu zazwyczaj zadaję pytanie – którą z bohaterek „Przyjaciółek” jesteś? Roztrzepaną, ale niezwykle ciepłą i wrażliwą Ingą? A może bliżej ci do rodzinnej i spokojnej Anki? Czy praca jest dla ciebie najważniejsza tak jak dla Zuzy? Może jednak przypominasz twardo stąpającą po ziemi Patrycję? Myślę, że każda z nas ma swoją ulubienicę, której szczerze kibicuje, choć myślę, że wszystkie bohaterki mają w sobie tyle ciepła, dobroci, humoru, że nie sposób ich nie lubić. Nawet Dorotka, która stała się piątą, trochę „przyszywaną” przyjaciółką budzi naszą sympatię i wywołuje uśmiech na twarzy.

Którą z przyjaciółek jesteś?

Inga Gruszewska – grana przez Małgorzatę Sochę.

Inga ujmuje wrażliwością, spokojem i bijącym od niej ciepłem. Jest niezwykle piękną kobietą, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. W pierwszym odcinku serialu poznajemy ją jako osobę zrezygnowaną, przeżywającą odejście męża do innej kobiety, samotną, nieszczęśliwą. Inga zmienia się w czasie trwania kolejnych odcinków i sezonów. Dzięki przyjaciółkom zaczyna wierzyć w siebie, jest też bardziej otwarta na relacje damsko – męskie. Wychowuje córkę Hankę, która ze ślicznej i ułożonej dziewczynki zmienia się w zbuntowaną nastolatkę. Myślę, że każda mama dorastającej pociechy rozumie dylematy i frustrację Ingi. Kocha córkę, jednak nie zawsze znajduje z nią wspólny język. W życiu Ingi pojawiają się różni mężczyźni. Prócz Andrzeja ( pierwszego męża i ojca Hani) ważny jest również Robert – ojciec drugiej córki Ingi – Marysi oraz Maks, któremu kobieta ucieka sprzed ołtarza. Gruszewska nie ma szczęścia do mężczyzn, choć ciągle poszukuje miłości. W najnowszym sezonie spotyka się z dużo młodszym od siebie mężczyzną – Sajmonem, jednak wstydzi się tej relacji ze względu na zbyt dużą różnicę wieku. Jaka jest Inga Gruszewska? Ciepła, pełna empatii, stara się być dobrą matką , jednak bywa zagubiona jak każda z nas. Podoba mi się, że Inga potrafi przyjaźnić się z byłymi partnerami i ojcami swoich córek. Andrzej i Robert stają się przyjaciółmi, a ich relacja wywołuje wiele przezabawnych sytuacji w serialu. Kibicujemy Indze i wierzymy, że znajdzie w końcu mężczyznę swojego życia. Czy to będzie młody i zakochany w niej do szaleństwa Sajmon? Czy Inga porzuci w końcu przesądy i stereotypy?

Anna Strzelecka – grana przez Magdalenę Stużyńską – Brauer.

Anka jest typową matką Polką. Myślę, że niejedna z nas odnajdzie w postaci Strzeleckiej samą siebie. Dla bohaterki najważniejsza jest rodzina. Tak bardzo koncentruje się na potrzebach męża i dzieci, że zapomina o sobie samej. Anka jest wspaniałą gospodynią domową, matką, jednak początkowo nie jest atrakcyjna dla swojego męża. Paweł nie jest jej wierny, jednak Anka wierzy, że nie może dopuścić do rozpadu rodziny. Kocha i cierpi. Na początku irytowała mnie uległość Anki, ale zdawałam sobie sprawę, że to zamierzony chwyt scenarzystów. Kobieta coraz więcej pije, aż po wpływem alkoholu powoduje wypadek samochodowy. I po raz kolejny w serialu pojawił się temat tabu – alkoholizm u kobiet. Strzelecka początkowo nie dopuszcza do siebie myśli, że może być uzależniona. Dopiero kiedy się do tego przyznaje, jej życie zaczyna się zmieniać. W serialu doskonale ukazana została metamorfoza bohaterki. Kiedy dzieci dorastają Anka zaczyna inwestować w siebie. Kończy porzucone studia, idzie do pracy, zaczyna zarabiać, staje się atrakcyjna nie tylko dla samej siebie, ale i dla męża. Paweł w końcu zaczyna ją zauważać i doceniać. Dlaczego lubimy Ankę? Bo się nie poddaje. Nawet z traumatycznych sytuacji ( śmierć jednego z synów w katastrofie lotniczej) wychodzi z podniesioną głową. Walczy o swoją rodzinę i męża. Wspiera przyjaciółki dobrym słowem i zawsze ma czas dla najbliższych. W najnowszym sezonie Anka Strzelecka to pewna siebie i elegancka prawniczka. Nadal jednak zjednuje ludzi uśmiechem i przekonaniem, że każdy z nas jest z natury dobry. No i co najważniejsze? Anka nie stosuje diet, nie przejmuje się dodatkowymi kilogramami, a i tak jest niezwykle piękną i seksowną kobietą. Kobietą świadomą swojej kobiecości.

Zuzanna Markiewicz – grana przez Anitę Sokołowską.

Zuza zdaje się być najbardziej ambitna ze wszystkich przyjaciółek, z determinacją pnie się po kolejnych szczeblach kariery, aż zostaje dyrektorem banku. Praca to jej żywioł. Dopóki nie ma rodziny, poświęca się jej całkowicie. Zawsze dobrze i modnie ubrana, uczesana , elegancka i profesjonalna. Umie zarabiać pieniądze i daje jej to satysfakcję. Zuza nie przebiera w słowach, podejmuje odważne decyzje, jednak jest przy tym dobrym i życzliwym człowiekiem. Wiedzą o tym jej przyjaciółki. W pracy trzyma wszystkich na dystans, z wyjątkiem niezwykle wpatrzonego w „panią dyrektor” Dagmara. Zuzę ukształtowało trudne dzieciństwo i matka, która nadużywała alkoholu i nie zajmowała się córką. Być może dlatego Markiewicz sprawia wrażenie pewnej siebie i oschłej kobiety. To tylko maska. Zuza jest niezwykle atrakcyjna dla mężczyzn, jednak to ona podejmuje decyzje w relacjach damsko – męskich. Kiedy Zuza zachodzi w ciążę jest zdezorientowana, ponieważ tego nie planowała. Nigdy nie chciała być matką, ponieważ w dzieciństwie nie miała odpowiednich wzorców. Kiedy jednak na świat przychodzą jej synowie Grześ i Krzysio czuje się szczęśliwa. I mimo że jest okropną gospodynią domową, nie potrafi gotować, to jednak odnajduje się w tym świecie. Zuzę możemy podziwiać za jej siłę i determinację. Pokonuje raka, radzi sobie z utratą pracy, kłopotami finansowymi, chorobą dziecka. Podobnie jak Inga nie ma szczęścia do mężczyzn. Czy to Jasiek, któremu pozwoliła odejść, jest miłością jej życia? A może mężczyzna, którego poznaje na terapii swojego synka?

Patrycja Kochan – grana przez Joannę Liszowską.

Patrycja to dobry duch tej przyjaźni. To w jej salonie fryzjerskim spotykają się wszystkie przyjaciółki, to ona usprawiedliwia niewłaściwe zachowania, to ona też pierwsza wyciąga rękę do zgody. Jej serialowe życie obfituje w wielu niespodziewanych zwrotów akcji. Lubimy Patrycję za jej normalność, zwyczajność, dobre serce i piękny uśmiech. Kochan od zawsze pragnęła zostać matką. Udało jej się to, choć w trakcie narodzin synka mogła stracić życie. Kobieta choruje na nadciśnienie płucne, a jednak zdecydowała się na ciążę i poród. Przeżyła w swoim życiu wiele trudnych chwil – śmierć swojego męża Michała, odkrycie prawdy o jego podwójnym życiu, przemoc ze strony kolejnego partnera i utratę przyszywanej córki Klary. W najnowszym sezonie Patrycja ulega urokowi przystojnego kucharza ze skłonnością do hazardu. Zanim jednak kobieta zorientuje się, co wieczorami robi jej ukochany, będzie już za późno. Patrycja bywa szalona, spontaniczna i pełna wewnętrznego ciepła. Jest kobietą z krwi i kości. I mimo sporej nadwagi przyciąga męskie spojrzenia. Patrycja bywa nieidealna i na tym polega jej wyjątkowość. Bo Pati jest każdą z nas.

Dorota Grabowska – grana przez Agnieszkę Sienkiewicz.

Postać epizodyczna, która szybko stała się perełką produkcji. Bo Dorotka to kobieta, którą każda z nas chciałaby, choć przez moment, być. Bogata, zmanierowana, wybredna, leniwa, a jednak pełna uroku. Jej cięty język nikogo nie razi, a nonszalancki sposób bycia tylko dodaje jej wyjątkowości. Dorota ma świadomość swojej urody i ciekawej osobowości. Nie wie, czym jest skromność. Z uśmiechem na ustach obserwujemy jej serialowe losy. Widzimy, że nie potrafi być dobrą matką dla córki, ani opiekuńczą partnerką dla Sławka, jednak potrafimy wybaczyć jej wszystko. Bo Dorotka zawsze dostaje to, czego chce. W ostatnich sezonach postanowiła zostać artystką. Jeszcze wcześniej próbowała zaznać życia zwykłego człowieka. Scena, w której Dorotka pierwszy raz w życiu jedzie autobusem, przeszła już do historii najlepszych scen serialu.

Którą zatem przyjaciółką jesteś? Ingą, Anką, Patrycją, Zuzą, a może szaloną Dorotką?

shutterstock_1718780680

Nie kochamy same siebie tak bardzo, jak resztę swojej rodziny.

Ostatnio pisałam na temat dress code”u na ulicy. Po wysłaniu artykułu do Lamode.info pomyślałam sobie, czemu by nie „pociągnąć” tego tematu. W końcu niemal każdego dnia musimy wyjść z domu, zrobić jakieś zakupy albo – jeśli ktoś ma psa – wyprowadzić go na spacer. Oczywiście z psem raczej nie chodzimy po ulicach, ale wybieramy się do parku czy na jakiś pobliski skwerek. Tak czy inaczej zakupy i wyjście z psem nie należą do jakichś specjalnych okazji. To zwykła rutyna życia codziennego. Mówiąc czy pisząc o modzie ulicznej, mam na myśli właśnie tę codzienność, która nie wymaga od nas jakiegoś specjalnego wysiłku odnośnie do wizerunku. Nie znaczy to jednak, że wtedy nie zależy nam na dobrym wyglądzie. Nawet jeśli są takie osoby, to są w mniejszości, co potwierdzają moje własne doświadczenia i rozmowy z ludźmi podczas zajęć.

Najbardziej problematyczny czas w ciągu dnia, to zwykle poranek, kiedy trzeba dzieci wyprawić do przedszkola lub szkoły, kiedy musimy wyskoczyć „na róg” po masło, bo się skończyło, czy ulubiony serek Henia, bo ten w lodówce się zepsuł. Te nadprogramowe zadania zabierają cenny czas i robi się nerwowo. Chwytamy wtedy jakąkolwiek koszulkę i sweterek, mimo  że pierwszą młodość czy świeżość mają dawno za sobą. I tak jest co dnia. Przynajmniej poza weekendem.

Czy my, kobiety, jesteśmy mniej ważne od dzieci, które to najczęściej dzięki nam wyglądają bez zarzutu? Sądzę, że nie. Ale to tylko o najbliższych stale myślimy. I nawet jak „padamy” już ze zmęczenia po całym dniu, to jeszcze mamy siłę przygotować dzieciom wszystko, co mają założyć nazajutrz. Ale dla siebie już tej siły nie wystarcza. Moim zdaniem tylko mentalnie. Nie kochamy same siebie tak bardzo, jak resztę swojej rodziny. A przecież my do tej rodziny należymy. Jeśli mamy dzieci, to my przez dziewięć miesięcy nosimy je we własnym łonie, karmimy własnym mlekiem, nie przesypiamy nocy, kiedy coś się dzieje. Czyżby to nie wystarczało, żeby poczuć własną wartość i zrobić coś dla siebie? Czy naprawdę nie możemy przygotować sobie wieczorem koncepcji na poranne wyjście? Pewnie, że są wyjątkowe sytuacje, ale o tym nie piszę. Piszę o zwykłej codzienności, z której zresztą składa się prawie całe nasze życie. Czemu by nie poświęcić sobie trochę czasu na otwarcie szafy, wybranie elementów garderoby, które do siebie pasują i przygotowanie stylizacji na co dzień na różną pogodę. A jak mówiły uczestniczki ostatniej edycji Projektu Lady, pogoda bywa różna: „mamy deszcz, śnieg, ciepło, zimno” i na takie mnóstwo ewentualności według nich nie sposób się przygotować. Tylko że panie miały za zadanie spakować się do plecaka, a my możemy swoje zestawy ubiorów powiesić w szafie lub garderobie. Warto też myśleć podczas zakupów o tym, żeby sweterek, który nas kusi w sklepie pasował do posiadanych już rzeczy, bo z całą pewnością od razu zechcemy go założyć.  Kiedy zawartość całej szafy zawiedzie, niełatwo coś w sklepie dobrać do nowego zakupu. W tej chwili dużo się mówi i pisze o garderobie kompaktowej; o tworzeniu swojej szafy tak, żeby wszystko ze wszystkim można było zestawiać i świetnie wyglądać. Ja się z tym do końca nie zgadzam, ale nie mam wątpliwości co do tego, żeby kupować to co pasuje przynajmniej do niektórych posiadanych już rzeczy. Nie mam też wątpliwości, że dobry wygląd, to dobre samopoczucie i lepsza atmosfera w domu.

IKR

Projekt bez tytułu (2)

Irena Kamińska-Radomska o…pieniądzach

„Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” Takie zdanie można usłyszeć w okolicznościach niemiłych emocji. Czy jednak pieniądze są warte, aby psuć sobie nerwy? Wczoraj oglądałam film z moim ulubionym aktorem Liamem Neesonem, który znalazł się w tarapatach finansowych. Od jednego z bohaterów filmu usłyszałam ciekawe zdanie warte zapamiętania: „Jeśli chcesz wiedzieć, co Bóg sądzi na temat pieniędzy, to zobacz, komu je daje.” Obie przytoczone myśli – moim zdaniem – mają sens. Z tej drugiej wnioskuję, że nie ma co zazdrościć nikomu wyższego statusu materialnego. Według badań odczuwania szczęścia okazuje się, że ludzie majętni wcale nie są bardziej szczęśliwi. Często mają kłopoty innej natury niż te, z którymi borykają się osoby mniej zamożne.
A jednak kwestie pieniędzy są powodem nieporozumień, zazdrości, wzajemnej niechęci. Rodziny kłócą się z powodu spadków, pomocy materialnej i źle rozumianej sprawiedliwości. Po co? Jest też mnóstwo dyskusji i nieprzyjemności, kiedy łączą się dwie rodziny, z których jedna ciągle pomaga swoim dorosłym dzieciom, a druga korzysta z życia i niczym się nie przejmuje. Ludzie kochani! Jeśli ktoś ma mieć zgryzoty, obdarowując najbliższych, to niech lepiej tego nie robi. Oczywiście nie jest to miłe, kiedy okazuje się, że druga rodzina postanawia wykorzystać naiwnych. Ale to ich sprawa. I koniec. Dawanie i oglądanie się na innych tylko psuje humor. Nie ma obowiązku dawania. Co prawda R. Cialdini uważa, że reguła wzajemności to podstawa cywilizacji, ale cywilizacji, kultury nie da się wymusić.
Sporo też dyskusji jest na temat prezentów ślubnych, ile dać do koperty. Pisałam o tym niejednokrotnie, ponieważ ciągle słyszę, że goście mają z tym problem. Najchętniej dawaliby jak najmniej (oczywiście nie wszyscy), pod warunkiem że koperta będzie anonimowa. No bo to tak głupio, gdyby para młoda dowiedziała się, kto wrzucił tylko sto złotych albo jeszcze mniej.
Jest to niesmaczne, jeśli ktoś skąpi na prezent dla nowożeńców. Jeśli komuś szkoda pieniędzy, to niech lepiej odmówi przybycia na wesele i po problemie. Skąpstwo to paskudna cecha! Skoro już zaczęłam pisać od przytaczania różnych zdań, to dodam, że sknera zawsze dwa razy traci.
Przecież to miło sprawić komuś przyjemność swoim prezentem. Nigdy nie zapomnę, jak zarówno ja, jak i mój mąż dostaliśmy największe prezenty (pieniężne) od matek chrzestnych. Gdyby nie one – nie wiem, co by się stało, bo za otrzymane pieniądze mój mąż w przeddzień ślubu dopiero kupował garnitur. Było nam ciężko, ale jesteśmy już dwadzieścia sześć lat razem. Znam jeszcze jedno zdanie na temat pieniędzy: „Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Dżentelmeni je mają.” Z tą jednak myślą nie do końca się zgadzam. IKR

Projekt bez tytułu (48)

Savoir-vivre czy survival? Przemyślenia Ireny Kamińskiej-Radomskiej prosto z planu Projekt Lady

Pytanie w tytule jest pozbawione sensu. Nie może być stawiane jako alternatywa, ponieważ nie ma mowy o savoir-vivrze bez survivalu.

Skoro program Word podkreśla mi te pojęcia, to wydaje mi się sensowne wyjaśnienie, co oznaczają, a potem wyjaśnię, jak mają się względem siebie.

Nie może też obyć się bez przykładów, które łączą savoir-vivre z survivalem i najbardziej zapadają w pamięć.

Savoir-vivre, jak niejednokrotnie pisałam, w wolnym tłumaczeniu oznacza grzeczność, kulturę osobistą, a bardziej wiernie – to wiedzieć jak żyć. Oczywiście w zgodzie z zasadami. Survival zaś mówi i uczy, jak przeżyć w trudnych, czasem wręcz ekstremalnych warunkach.

Z całą pewnością można powiedzieć, że nie może być savoir-vivre’u bez survivalu, ponieważ trzeba żyć, żeby wiedzieć, jak żyć. Mówiąc krótko – nie można stosować pewnych przyjętych form grzeczności, jeśli ich zastosowanie będzie nawet w najmniejszym stopniu zagrażało naszemu zdrowiu i życiu.

Przypatrzmy się zatem pewnym konkretnym zachowaniom. Niejednokrotnie spotykam się z pytaniem, co zrobić z ośćmi, jeśli znajdą się już w ustach. Niektórzy twierdzą, ze należy zastosować taką samą zasadę, jak przy pozbywaniu się pestek, czyli na łyżeczkę, którą wprowadzaliśmy do ust owoc, wypluwamy pestkę i odkładamy na brzeg talerza. Otóż nie. W przypadku pestek, oczywiście tak jest, natomiast odnośnie do ości, nie radziłabym manewrować widelcem, bo może się to skończyć tragicznie. Ość wyjmujemy z ust bezpośrednio ręką. Żeby zaś widok manewrowania w ustach nie psuł innym apetytu, wystarczy zakryć je drugą dłonią, a jeszcze lepiej zrobimy, jak zakryjemy usta serwetką (przy czym nie wypluwamy ości do serwetki).

Inny przykład – również z zakresu etykiety przy stole – dotyczy zachłyśnięcia się. Jeśli się to zdarzy, nie ma co zwlekać z opuszczeniem sali i przepraszaniem rozmówców. Trzeba natychmiast zrobić wszystko, by się ratować. Jeśli gospodarz albo któryś z gości zauważy, co się dzieje, należałoby pośpieszyć z pomocą.

Takich sytuacji może być wiele, kiedy nie ma co myśleć o formalnościach. Zresztą te zachowania wcale nie przeczą grzeczności, ponieważ wczuwanie się w sytuację jest podstawą kultury. Niektóre natomiast zasady savoir-vivre’u ratują wręcz nam życie. Jest na przykład reguła, która mówi, że pijąc cokolwiek z naczynia, należy spoglądać do środka. Kiedyś ten nawyk uratował mi zdrowie, a może nawet i życie. Podczas przyjęcia ogrodowego piłam koktajl. Przed kolejnym zanurzeniem ust w kieliszku spojrzałam do środka, a tam pływała sobie osa. Uśmiechnęłam się do siebie z refleksją, jak to dobrze znać zasady.

IKR

shutterstock_1723170616

Alkoholawirus – o tym się nie mówi

Dawno nie pisałam, bo cóż pisać. Trochę przygnębiające to nasze otoczenie ostatnio. Pandemia, zamknięte szkoły i przedszkola, a teraz powodzie. Jak się w tym odnaleźć? Nie wiem. Do tego dochodzi strach o pracę i o to, co będzie jesienią, kiedy koronawirus uderzy znowu, ale tym razem w asyście innych sezonowych wirusów. Przyznajcie, że trochę to przerażające. Szukałam jakiegoś fajnego „babskiego” filmu na Netflix-ie, bo myślę sobie, poprawi mi nastrój i trafiłam na film: „Zabawa, zabawa”. No nie poprawił mi humoru, ale przeraził jeszcze bardziej. To film o trzech kobietach, trzech pokoleniach i jednym co łączy je wszystkie…alkohol. Alkoholizm kobiecy. Dlaczego mnie przeraził? Bo nie zobaczyłam w nim stereotypowych „menelek” spod przysłowiowego sklepu, ale zobaczyłam siebie i otaczające mnie kobiety. Robiące karierę, matki, młode bawiące się dziewczyny…nagle zobaczyłam jak alkoholizm potrafi być cwany, sprytny i cholernie przebiegły. Swojego czasu przeprowadzałam wstrząsający wywiad z autorką książki „Alkohol-piekło kobiet” Moniką Sławecką i myślałam, że ten temat mam już za sobą, ale film uderzył z podwójną mocą. Skończyłam oglądać i poszłam z psem na spacer. Spotykam sąsiada, pijany tak, że muszę się odsuwać, żeby się na mnie nie przewrócił. Wracam do domu, widzę dwóch sąsiadów popijających coś na schodach domu. Myślę sobie, że jestem w jakimś alkoholowym matrixie. Nie to nie inna rzeczywistość, to nasza rzeczywistość, która w tak przygnębiającym momencie jak dzisiaj jeszcze bardziej zyskuje na mocy. Pijemy, bo mamy towarzystwo, pijemy, bo jesteśmy samotne, pijemy, żeby odreagować sytuację w pracy, z mężem. Pamiętam jak kiedyś poszłam do psycholog bo nie mogłam poradzić sobie z różnicami w moim małżeństwie. Mój mąż oczekiwał ode mnie wsparcia w jego problemach, dzieci potrzebowałaby mnie, bo naturalnie są jeszcze małe, czułam bardzo silny obowiązek bycia idealną mamą i żoną. Wydawało mi się, że muszę sobie zasłużyć na bycie kochaną. Słowa bardzo mądrej psycholog otrzeźwiły mnie na miejscu (jak to zdanie paradoksalnie dzisiaj brzmi). Brzmiały tak: 80% kobiet tak zwanych „wspierających” kończy jako alkoholiczki. Później było spotkanie z Moniką Sławecką, którą poznałam na cyklicznych krakowskich spotkaniach „Porozmawiajmy o zdrowiu” i temat się powtórzył. Jedno pytanie powtarzało się kilkakrotnie: Alkoholizm jakie są objawy? Najbardziej wstrząsające były statystyki, mówiące o tym jak mało kobiet wychodzi z alkoholizmu i jak łatwiej w tym temacie mają mężczyźni nie tylko genetycznie, ale i społecznie. Wnioski są takie: łatwiej się uzależniamy, trudniej wychodzimy z nałogu – prawie zawsze jesteśmy odrzucone przez społeczeństwo. Mężczyzna alkoholik jest chory, kobieta alkoholiczka się nie szanuje. Nie doznajemy litości. To wszystko skłoniło mnie do podsumowania swojego życia, przeanalizowaniu tego ile w nim jest alkoholu i ile jest go o wśród moich znajomych. Wniosek jest jeden – zbyt dużo. Zwłaszcza w okresie pandemii. Mam wrażenie, że ograniczono nam możliwości dotychczasowych rozrywek, ładowania baterii, a alkohol jest łatwy do zdobycia i szybko rozładowuje. Doszło nam jeszcze dużo nowych obowiązków, zdalna nauka, opieka nad dziećmi 24/h. To może przytłoczyć. Zachęcam Was, nie chciejcie być idealne dla swoich mężów, dzieci. I chociaż brzmi to dość zwyczajnie, nikt idealny nie jest i każdy ma słabości. Ważne, by sobie na nie pozwalać przed samym sobą. Ukrywanie ich powoduje, że czujemy się jeszcze gorzej i próbujemy sobie radzić z nimi, popijając lampkę wina, wieczorem samotnie albo whisky z colą, bo to teraz też jest na topie. Kiedyś usłyszałam od faceta, że powinnam brać tabletki uspakajające, kiedy tylko czuję, że narasta we mnie złość i wiecie co? O większą bzdurę trudno. Każda z nas ma prawo do frustracji, złości i poczucia, że ma się dość. Ważne, żeby tego nie tłumić i nie wstydzić się, że czasami talerz poleci. Przyznaję się przed Wami, że ja stłukłam już dwa talerze, miskę na owoce, ramkę ze zdjęciem ślubnym i jajko. Szkoda tylko, że później trzeba to samemu sprzątać 🙂 ale wolę to niż udawanie, że jest super, kiedy jest dno. Tak, że drogie Panie rzucamy talerzem, trzaskamy drzwiami i idziemy na spacer, ale nie pijemy. Uważajcie, bo nie będziecie wiedzieć, kiedy ta lampka wina stanie się nieodłącznym elementem Waszego życia. Polecam film „Zabawa, zabawa” z Agatą Kuleszą.

shutterstock_576616186

Uzależniona – kilka słów o filmie i kobiecej satysfakcji

Kwarantanna to czas, w którym dużo czytam, ale też oglądam. Szukam ciekawych filmów o różnej tematyce.  Czasami myślę sobie, że jak tak dalej pójdzie oglądnę całego Netflix-a ( wiem, wiem to niemożliwe!). Bardzo lubię kiedy filmy skłaniają mnie do przemyśleń, lubię znajdować w nich inspirację do działań w realnym życiu. Nie piszę tutaj o horrorach czy kryminałach, bez obaw! Jeden film w ostatnim czasie wywarł na mnie szczególne wrażenie. Myślę, że znacznie wpłynął na postrzeganie przeze mnie seksualności kobiety i postrzegania jej w środowisku mężczyzn. „Uzależniona” to film o kobiecie uzależnionej od seksu. Zaczyna się dość niewinnie. Główna bohaterka to na pozór szczęśliwa mama i żona. Zabójczo przystojny mąż, matka chętna zawsze pomóc, wspaniała praca i dzieci. Idealnie. Od samego początku jednak można wyczuć, że coś jest nie tak. Co? Tej na pozór usatysfakcjonowanej kobiecie zaczyna brakować „czegoś”. Jakiejś nieznanej emocji, której chociaż jeszcze nie zna to bardzo pragnie. Choć jej życie seksualne z mężem jest bardzo bogate to ona pragnie czegoś jeszcze i pragnie tego więcej… .

Oglądałam ten film wspólnie z moim mężem, bardzo lubię słuchać jego komentarzy na temat tego co kobietom „wypada” a czego nie.  Mój mąż jest 100% mężczyzną, który nierzadko kobiety postrzega jako te słabsze, te gorzej sobie radzące. Lubię go jednak słuchać bo jego komentarze jeszcze bardziej motywują mnie do „walki” o swoje racje i sprawiają, że narasta we mnie bunt przeciwko tej męskiej ideologii samczej przewagi. To zaskakujące jak bardzo to co nas denerwuje może dawać siłę do działania. I oglądając ten film nieraz wyraził swoją dezaprobatę dla bohaterki o imieniu Meghan.

Jest scena gdzie Meghan tuż po seksie z mężem ma ochotę na więcej. On jednak zasypia. Ona wychodzi z łóżka, siada przed komputerem, włącza film, który sądząc po odgłosach jest bardzo gorący. Odpala więc wibrator i kończy to czego mąż nie dokończył.

Mój mąż nie krył oburzenia. Moja reakcja była natychmiastowa.

To Wam wolno a nam nie?!

I tu jest problem, który chcę poruszyć. Postrzeganie seksualności kobiety wciąż jest jeszcze mocno zdeformowane. Bardzo powoli wychodzimy z naszymi potrzebami „z ukrycia” lub może trafniej będzie jeśli napiszę „wychodzimy spod kołdry i zapalamy światło”. Rozmawiamy o nich częściej, ale wciąż za mało odważnie. Wiele z nas czeka na inicjatywę faceta bo przecież nam nie wypada, bo jeszcze on pomyśli, że jestem jakaś niewyżyta. A może jestem? A może czegoś właśnie mi brakuje. Pamiętam też rozmowę z moim wspomnianym już współmałżonkiem o erotycznych książkach przy okazji czytania „Dotyk Crossa”. Stwierdził, że robią wodę z mózgu kobietom bo jak powiedział „naczytają się i później im się wydaje, że tak będzie w życiu”. Nieprawda. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że tego rodzaju książki są niejako impulsem do uwolnienia z siebie seksualności, o które może nawet same nie wiedziałyśmy. Nasze życie wygląda różnie, jedne z nas zajmują się dziećmi, inne robią karierę, jeszcze inne łączą jedno i drugie. Dążmy jednak do pełnej satysfakcji, a nie zagłuszajmy jej.  Każda z nas zasługuje na satysfakcjonujące życie, po które musi sama sięgnąć. Nikt za nas tego nie zrobi. Musimy mówić i domagać się tego czego chcemy. Mamy takie prawo wbrew temu czego nierzadko uczyły nas nasze matki. Mamy prawo do miłości na naszych warunkach, mamy prawo do emocji i własnych potrzeb – nie mniejsze niż mężczyźni. Nie namawiam, żeby krytykować mężczyzn, nie jestem feministką. Myślę, że możemy brać z nich przykład i uczyć się od nich tego, że jak coś chcę to to biorę, a nie zastanawiam się zbyt wiele co i kto sobie pomyśli. To doprowadzi nas wreszcie do równości płci, ale takiej zdrowej. Bo zawsze powtarzam nie dążę do równouprawnienia. Cieszy mnie kiedy wiem, że nie muszę odgarniać w zimie śniegu przed domem, ani nosić drzewa do kominka bo zawsze robi to mój mąż. Ostatnio miałam też okazję zobaczyć jak On smaży naleśniki i powiem Wam było to bardzo ciekawe doświadczenie! Podział ról w domu moim zdaniem jest OK, jeśli tylko obydwie strony czują się tym podziałem USATYSFAKCJONOWANE.

Na koniec życzę Wam dużo miłości, odwagi i prawdziwej SATYSFAKCJI z życia tego codziennego i tego seksualnego. Dodam jeszcze, że „Uzależniona” kończy się bardzo zaskakująco, ale dla mnie ten film był początkiem czegoś nowego.

JW-G

Projekt bez tytułu (33)

Różowe okulary

Wbrew pozorom, to w czasach dobrobytu człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Gubi się w natłoku przeróżnych form uprzyjemnienia sobie życia. Gdyby nawet chciał na siłę zapomnieć o tych przyjemnościach, media naprowadzą go na właściwą drogę. Wtedy zobaczy, że nie ma jeszcze dezodorantu, który pozwoli mu pachnieć przez 7/24, przypomni sobie, że nie ma jeszcze fotela, który pozwoli mu obejrzeć wygodnie ulubione seriale, zapoznać się z wydarzeniami dnia i – gdyby wpadł do niego przyjaciel – zapewnić mu nocleg w komfortowych warunkach. Wystarczy przycisnąć guziczek po wypiciu ostatniego piwa i zjedzeniu reszty chipsów. Och, jak miło. Wszystkie potrzeby życiowe zostały zaspokojone. Nie trzeba myśleć, jest wesoło, nic nie trzeba. Jak jest dobrze, to jest dobrze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Prawda?

Otóż nieprawda. To powiedzenie ma niewątpliwie ukrytą mądrość, ale zapewne nie dotyczy cynicznie opisanego przypadku. Okazuje się, że właśnie w trudnych czasach zaczynamy myśleć i działać bardziej w kategoriach tego, co ważne: robimy odkładane porządki, remont, prasowanie… Oczywiście żartuję. Chodzi mi o troskę o najbliższych, zakupy dla osób starszych, które nawet nie muszą o nic prosić. Każdy, kto może, szyje maseczki, rozsyła je, komu trzeba. Ci, którzy muszą wychodzić, przestrzegają zaleceń zachowania bezpiecznej odległości, niekoniecznie myśląc tylko o sobie, ale także z troski o innych – o tych, którzy są w grupie największego zagrożenia, o osoby schorowane, starsze, o służbę zdrowia. Dbając też o to, żeby wreszcie ta pandemia zmierzała ku końcowi, by wrócić do normalnej rzeczywistości. Normalnej, czyli takiej sprzed kryzysu. Pewnie, że nie wszyscy zachowują zdrowy rozsądek i oczekiwaną ostrożność. Zawsze znajdą się wyjątki, które denerwują. Ale tym razem – mimo trudnej sytuacji – warto założyć jaśniejsze okulary, żeby dostrzec to wszystko, co dzieje się, jak trzeba.

Teraz, kiedy piszę te słowa, zaczął nawet padać deszcz, na który wszyscy czekali. Zwykle wolę słoneczną pogodę, ale w tych okolicznościach, kiedy Wisłę można przejść suchą stopą, każda kropla jest na wagę złota. I dzisiaj cieszy mnie dudnienie w parapety.

Jutro z kolei mam urodziny. Wiem, że nie spotkam się z najbliższymi, ale czuję, że nikt nie zapomni zadzwonić.  Już się na to cieszę. A jeśli nawet zapomni… To pomyślę, że  pewnie spędza czas z rodziną i jest tak szczęśliwy, że zapomniał o bożym świecie.

Czytam teraz książkę z różnymi portretami psychologicznymi. Sporo się potwierdza w odniesieniu do mojego charakteru. Lektura uświadomiła mi, że za bardzo się wszystkim przejmuję i co najgorsze – od razu zauważam, co jest nie tak. Chyba dlatego jestem surową mentorką w Projekcie Lady. Muszę trochę popracować nad dostrzeganiem jaśniejszych kolorów i to właśnie czynię. IKR

Zrzut ekranu 2020-04-14 o 19.44.41

Dres czy dress code? – Irena Kamińska-Radomska o córce, maseczkach i ubiorze


Wczoraj dzwoniła do mnie córka, Dominika. Mówiła, że wybiera się na zakupy. Miała coś zanieść babci i musi już kończyć, bo chciała jeszcze wybrać maseczkę. Ucieszyłam się, że się chroni, ale przy okazji zdziwiłam się, że zamierzała tę maseczkę wybrać. I słyszę w tle pytanie mego zięcia, czy może być czarna. W odpowiedzi słyszę: „nie, nie będzie mi pasowała do stroju. Wtedy zapytałam: czyżbyś miała różnorodne maseczki? No jasne, po czym odwraca się do swego męża i mówi, że ta z ludowym motywem też nie będzie ok. Wybrała w końcu beżową, bo pasuje do jej stroju, a strój oczywiście do urody. Dobrze, że myśli o takich drobiazgach, bo to znaczy, że daje radę, psychicznie nie poddaje się. Moim papierkiem lakmusowym na to, czy jest ogólnie dobrze, są kwiaty na balkonach, a przed chwilą dostałam na WhatsApp-a zdjęcia jej pięknego balkonu, więc jestem już całkiem spokojna.

No może przesadziłam. Cały czas się trochę boję.

Nie pierwszy raz piszę w czasach pandemii. Uważam, że gdyby większość ludzi znała i przestrzegała zasady, koronawirus rozprzestrzeniałby się nieco wolniej. Nikt nie kichałby w towarzystwie, zakrywano by usta przy kaszlu, bardziej przestrzegano by zasad higieny. Zawsze uważałam, że bez względu na wszystko, należałoby stosować zasady. I powtarzam to podczas swoich szkoleń i wykładów, że trzeba być w porządku wobec wszystkich, również wobec siebie. A wracając do dress code’u, w domu można sobie odpocząć od zasad ubioru, jakie przyjęte są w pracy. Jeśli ktoś od lat codziennie musi chodzić na obcasach, w niewygodnych
sukienkach czy sztywnych kołnierzykach, to może spokojnie je odstawić.

Ale czy w domu można całkiem wrzucić na luz i nie wychodzić z piżamy?

Takiego zdania już nie podzielam.
Nie podzielam też zdania, że w towarzystwie najbliższych nie musimy się starać. Wręcz przeciwnie. Przecież najbliższa rodzina to najważniejsi ludzie w naszym życiu. Wybierzmy
zatem wygodne stroje – oczywiście mogą być typu „casual”, czyli dżinsy, koszulka trykotowa albo dla kobiety sama długa koszula typu męskiego, w której zwykle wygląda uroczo. Warto zrobić sobie odpoczynek od strojów do pracy, ale nie róbmy odpoczynku od piękna.
IKR

shutterstock_1702626652

Związek w koronie

Koronawirus to nie tylko zaraza, która dotyka nas cieleśnie, ale w większości z nas dotyka nas mentalnie, psychicznie. Mamy już dość tej sytuacji. Została ograniczona nam wolność czyli jedna z naszych podstawowych wartości. A jak wpływa to na nasze związki? O tym porozmawialiśmy z naszą ekspertką od rozwodów – Anną Klaus- Zielińską – założycielką Wise Mind.

Joanna Wenecka-Golik: Pani Anno, co z Państwa punktu widzenia dzieje się w tej chwili z naszymi związkami? Czy jak pokazują nam telewizyjne reklamy przeważnie siedzimy uśmiechnięci na kanapach i rodzinnie gramy w planszówki, zagryzając domową szarlotką?

Anna Klaus- Zielińska: Na pewno są domy w których tak się dzieje. Do nas odzywają się Panie, które przeżywają w swoich czterech ścianach zupełnie inną rzeczywistość. W rodzinach w których nie było komunikacji, nie było poszanowania granic i uważności na drugą osobę, często za to była pogarda czy poniżanie, nie mówiąc już o przemocy, teraz żyje się tylko trudniej…

JW-G: Związki w których jest przemoc zostawmy poproszę na razie na boku, chciałabym do nich wrócić jeśli Pani powoli w dalszej rozmowie. Dopytałabym natomiast o relacje których naokoło nas najwięcej; dwójka ludzi, zajętych codziennością, nie mających czasu na nic, a już najmniej na uważną rozmowę o sobie. Ja myślę tak; jeżeli nie było komunikacji, to mamy wreszcie czas, żeby zacząć rozmawiać, więc czemu jest trudniej?

AK-Z: Znowu, nie w każdym związku jest trudniej. Są relacje w których dwoje ludzi od jakiegoś czasu za dużo ze sobą nie rozmawiało, bo faktycznie, w codziennym kołowrotku nie mieli na to zbyt wiele czasu. Natomiast przez lata bycia razem nauczyli się uważności na siebie nawzajem. Wypracowali też (albo mieli „wyniesioną“ z domu) kompetencję pozwalającą na bycie w dobrym kontakcie ze swoimi potrzebami i emocjami, a idąc dalej – na mówienie o nich bez poczucia winy czy ukrytej agresji.

Jeżeli umiem spokojnie powiedzieć; „ chciałabym teraz posiedzieć parę godzin sama –  potrzebuję tego, czuję się przeciążona ciągła odpowiedzialnością za naukę dzieci, jestem zła bo mam poczucie że zbyt dużo w tej kwestii jest scedowane na mnie“.

A partner potrafi to przyjąć i możemy razem zacząć myśleć nad rozwiązaniem, które weźmie pod uwagę potrzeby nas obojga, to kolejne tygodnie czy miesiące narodowej kwarantanny w naszym życiu związkowym wiele nie napsują.

JW-G: A w jakim życiu związkowym w takim razie napsują?

AK-Z: W takim, w którym partnerzy zamiast rozmawiać o  trudnych emocjach regulowali je sobie przeważnie „na zewnątrz“ relacji. Czyli bardzo intensywną pracą, spotkaniami towarzyskimi, sportem, zakupowym szaleństwem czy używkami. A trudne tematy odkładały się i odkładały, czasem latami. Były skrzętnie omijane, chowane za kanapą, obstawiane doniczkami, bądź pudrowane.. Zależy w jakiej rodzinie i jaki temat.

JW-G: I w taką przypudrowaną rzeczywistość wkracza nam teraz koronawirus, i co robi?

AK-Z: Najkrócej i najprościej – urealnia. Jesteśmy teraz dostępni dla siebie 24 godziny na dobę, obcięto nam całkowicie możliwość „upuszczania“ ciśnienia na zewnątrz – trudno w takiej sytuacji nosić maski lub ustawicznie powstrzymywać się od wylewania zadawnionych żali i pretensji.

JW-G: A na to jeszcze nakładają się wielu osobom obawy o zdrowie, o źródło utrzymania…

AK-Z: Sofokles mówił: „Człowiekowi który się boi, wszystko szeleści“. Boimy się teraz niemal wszyscy; o bezpieczeństwo swoje i najbliższych, o przyszłość, o to jaki świat zostawi po sobie epidemia.

Mamy w związku z tym większą podatność na zranienie, raczej drugą osobę oceniamy niż próbujemy zrozumieć.

Przez ustawiczny kontakt mamy ze sobą więcej punktów styku – szukamy podświadomie powodów do zaczepki żeby rozładować napięcie które się w nas gromadzi. Drobne napięcia są eskalowane i przerzucane na kolejnych członków rodziny. Mąż robi żonie awanturę o brak ulubionego napoju w lodówce, kobieta krzyczy na syna za zbyt głośną muzykę, a skarcony chłopiec idąc przez kuchnię szturchnie boleśnie młodszą siostrę. Wszyscy czują się w tej sytuacji źle, ale nie mając narzędzi by porozmawiać o swoich obawach, lękach i i związanych z tym potrzebach – tylko nawzajem się krzywdzą eskalując konflikty. Dochodzimy do wniosku że żyjemy w prawdziwym piekle.

JW-G: Czytałam, że w Państwach które już się uporały z koronawirusem, odsetek rozwodów wzrósł dwukrotnie w porównaniu z analogicznym okresem z zeszłego roku.

AK-Z: Mamy zachwianą mapę świata zgodnie z którą interpretujemy rzeczywistość – więcej teraz znaków zapytania niż pewników, a z taką sytuacją mało kto z nas czuję się komfortowo.

Żyjemy w stałej niepewności. Ewolucyjnie w takich sytuacjach mamy wdrukowane; walcz albo uciekaj. Uciec w tym momencie nie możemy, więc walczymy, albo planujemy ucieczkę.

I coraz mocniej nabieramy przekonania, że nasz związek jest bez szans.

JW-G: Ile macie teraz Państwo takich klientek, z poczuciem że ich małżeństwo nie ma szans?

AK-Z: Od dwóch – trzech tygodni jest wyraźnie więcej Pań które piszą i dzwonią z pytaniem co mają robić. Opisują trudności jakie mają w związku, mówią o silnych emocjach. W Wise Mind uruchomiliśmy darmowe poradnictwo psychologiczne i prawne które cieszy się dużym zainteresowaniem. Po świętach ruszamy też z dyżurami mediatorów, ale mam poczucie że prawdziwe zapotrzebowanie na naszą pomoc zacznie się dopiero po korona wirusie. Jak ludzie wyjdą z domów, przestaną się bać o zdrowie czy życie, rozejrzą się wokół siebie i zaczną podejmować decyzje bazując na doświadczeniach z ostatnich, niezwykle trudnych tygodni.

JW-G: I co Pani wtedy doradzi swoim klientkom?

AK-Z: Staram się wogóle mało radzić, za to działać tak, żeby Panie pewne rzeczy same dostrzegły.

W moim poczuciu ten dziwny czas to nie jest w ogóle dobry moment na podejmowanie życiowych decyzji. To dobry czas na weryfikacje i urealnienie – związku i siebie w relacji.

JW-G: Czyli dobry czas na pracę nad związkiem?

AK-Z: Dokładnie. Zachęcam – porozmawiajmy o tym, co się teraz dzieje. Na początek zacznijmy od siebie i swoich uczuć; „Martwi  mnie że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, „Smuci mnie poczucie że nie lubimy już ze sobą spędzać czasu“.

Możemy też zacząć od mówienia o swoich obawach związanych z epidemią i być otwartym na to, jak to widzi druga strona. To jest ok że Ty się nie boisz, ale też jest ok że ja się boje.

Bądzmy dla siebie wyrozumiali – starajmy sie mniej oceniać partnera a bardziej starać się go zrozumieć.

JW-G: A co zrobić gdy raz po raz słyszymy zaczepki, drobne złośliwości? „Mówisz jak twoja matka“,  „dobrze ci wychodzi tylko wydawanie moich pieniędzy“, „jedz dalej tyle ciasteczek a  zaraz się w drzwi nie zmieścisz“?

AK-Z: Czasami takie zaczepki są wołaniem. Wołaniem o nawiązanie kontaktu, o zainteresowanie, o uważność, o czułość. „Zauważ mnie“, „zainteresuj się mną“.

Słyszymy słowa, które ranią, a pod spodem jest lęk i frustracja.

Jeżeli tylko mamy na to zasoby i zgodę możemy się nad tą frustracją partnera pochylić, rozbroić jego złośliwość żartem, zaopiekować się tym, co pod spodem.

Powtarzam – jeśli mamy na to zasoby, bo w sytuacji w ktorej się znajdujemy, o zasoby z których można czerpać jest bardzo ciężko. Z drugiej strony, dobry związek, moze być w trudnych, a ja wolę określenie pełnych wyzwań czasach które nadchodzą, naszym największym zasobem. Więc może warto teraz o niego szczególnie zadbać..

JW-G: Miałyśmy jeszcze Pani Anno, porozmawiać o przemocy w związkach która w okresie epidemii nabiera szczególnych rozmiarów?

AK-Z: Tak, i o temacie który się z tym wiąże –  uzależnieniach jako regulatorach emocji. Ale to dłuższy temat, i proponuje o tym porozmawiać następnym razem.

shutterstock_1681425814

Święta Wielkanocne i dobre wychowanie w czasach zarazy – Irena Kamińska – Radomska

Zastanawiam się, czy zasady savoir-vivre’u mogą się zmienić w związku epidemią. Jest to możliwe, ale jak będzie faktycznie, to się okaże. W języku angielskim po wielkiej zarazie pozostało życzenie po kichnięciu: „(God) bless you”, czyli niech cię Bóg błogosławi. W języku polskim mamy inny odpowiednik: „na zdrowie”. Jednak trzeba to mocno podkreślić, kiedy ktoś kichnie nie wypada mówić „na zdrowie” bo jest to zwrócenie komuś uwagi na niegrzeczność. Jeśli ktoś kicha w towarzystwie innych osób, szczególnie w miejscach publicznych, popełnia olbrzymie fax pas. Nie tylko w czasach epidemii. To jest zawsze niegrzeczne i trzeba umieć poskromić to w każdej sytuacji. Wtedy też w wyjątkowych okolicznościach będzie można zachować się właściwie. Mam nadzieję, że po ustaniu zarazy więcej osób na co dzień będzie stosować zwykłe zasady etykiety, czyli poskramianie różnych odruchów fizjologicznych, więcej osób będzie myło ręce po wyjściu z łazienki czy po powrocie do domu. Mam nadzieję na większe przestrzeganie zasad higieny, które są podstawą kultury osobistej. No tak, ale tytuł tego artykułu mówi o Świętach, a ja piszę o higienie. Nie jest to jednak w moim odczuciu odchodzenie od tematu, ponieważ powtarzam to jak mantrę – w różnych publikacjach i podczas wykładów – zasady dobrego wychowania trzeba stosować zawsze, na co dzień, a nie tylko od święta albo w czasach zarazy.

Święta Wielkanocne tego roku będą prawdopodobnie inne. W niektórych rodzinach smutne, bo ktoś odszedł, bo ktoś ciężko chorował albo jeszcze choruje, bo ktoś ma kwarantannę i jest sam w domu. W wielu domach świąteczne śniadanie będzie może skromniejsze ze względu na utratę zarobków, a „zajączek” nie przyniesie dzieciom prezentów. Bo nie ma jak wyjść na zakupy albo nie ma na to pieniędzy. Być może Święta będą spędzane w bardzo nielicznym gronie, tylko wśród domowników. Brzmi to wszystko bardzo smutno, ale mnie się takim nie wydaje, chociaż ta wizja mnie również dotyczy.

Przecież to są Święta Wielkiej Nocy, Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jeśli ktoś w To wierzy, to nawet będąc samemu w domu, będzie się cieszył, będzie tę Niedzielę przeżywał jak należy. I to, co właściwe, będzie na pierwszym miejscu. Być może dzieci inaczej podejdą do tych Świąt, być może czas spędzany w domu poświęcą na przedświąteczne porządki, pomoc rodzicom i może lepiej też duchowo przygotują się do czasu Wielkanocy. Wtedy nie będą żałowały,  że nie znajdą, jak co roku, niespodzianek kupionych przez rodziców w supermarkecie, tylko będą się cieszyć ze Świąt.

Mimo tego trudnego czasu dla nas wszystkich, życzę Czytelnikom, Redakcji i wszystkim innym pięknych i dobrych Świąt Wielkanocnych! 

IKR

shutterstock_1667840362

Fake news w obliczu epidemii, czyli jak nie poddać się zbiorowej panice?

Epidemia koronawirusa w naszym kraju jest już w zasadzie faktem – zakażeń przybywa z każdym dniem i będzie musiało minąć trochę czasu, nim sytuacja jakkolwiek się unormuje. COVID-19 jest bardzo specyficznym rodzajem wirusa, który wydaje się być prawdziwie bezwzględnym zagrożeniem, przed którym bardzo trudno jest się uchronić. Większość ludzi zdaje sobie sprawę przede wszystkim z tego, że osoba zakażona może nie przejawiać jakichkolwiek tego objawów. Z tego względu informacja o pierwszych zakażeniach w regionie, w którym mieszkamy, siłą rzeczy wiąże się z ogromną wręcz paniką – jeśli nie z naszej strony, to z całą pewnością ze strony przynajmniej części rodziny lub sąsiadów. To właśnie wtedy różnego rodzaju sklepy i supermarkety zaczynają przeżywać prawdziwe szturmy, a my po raz pierwszy od dawna mamy okazję przekonać się, jak niepokojącym zjawiskiem są całkowicie opustoszałe, sklepowe półki.
O ile taki rodzaj paniki da się jakoś uzasadnić, tak znacznie trudniej jest uargumentować wykupowanie przez ludzi maseczek chirurgicznych z obawy przed zagrożeniem. To jest modelowy wręcz przykład, jakiego spustoszenia potrafi dokonać prosta manipulacja. Wystarczy bowiem zasięgnąć informacji, które są na wyciągnięcie ręki w internecie, by przekonać się, że maseczki nieszczególnie pomagają w zabezpieczeniu się przed wirusem, bo stosunkowo często trzeba je wymieniać z uwagi na zawilgocenie, które ułatwia wirusowi drogę do naszego organizmu. W obliczu epidemii o międzynarodowym zasięgu warto jest zatem na chwilę się zatrzymać i zastanowić, które informacje są wartościowe, a które wręcz przeciwnie – stanowią ordynarny fake news lub manipulację, która ma jedynie przykuć naszą uwagę i żerować na naszym niepokoju.
Najbardziej istotny wydaje się być dystans. Wiadomości o dużym ładunku emocjonalnym, takie jak chociażby informacje o przypadku zarażenia w najbliższej okolicy, ludzie odruchowo chcą podawać dalej bez jakiejkolwiek ich weryfikacji. Pożądanym zachowaniem jest natomiast zatrzymanie się, refleksja nad naturą otrzymanej wiadomości i wysunięcie całkowicie logicznego wniosku, że jedna wiadomość to o wiele za mało, by zareagować. W czasie stanu wyjątkowego nawet największe portale mogą traktować weryfikację swoich treści bardzo pobłażliwie, licząc na to, by poinformować o tragedii szybciej od konkurencji. Dobrze jest zatem zaczekać na powielenie treści przed inne portale, nim uznamy ją za prawdziwą. Istotną jest tutaj zasada, że im bardziej szokująca i nieprawdopodobna wydaje się informacja, tym większa szansa na to, że będziemy mieć do czynienia z manipulacją w postaci clickbaita lub perfidnym fake newsem.
W przypadku poszukiwania informacji o metodach zabezpieczania przed możliwością zarażenia się koronawirusem, dobrze jest szukać informacji u źródeł – na stronach internetowych WHO lub GIS. W sieci funkcjonuje mnóstwo osób, które w czasach niepokoju zechcą z tego skorzystać i będą oferować różnego rodzaju leki lub szczepionki, które albo nie zadziałają wcale, albo wręcz nam zaszkodzą. Najważniejszy jest zatem zdrowy rozsądek, dystans i cierpliwość – wtedy docierać do nas będą wyłącznie te informacje, które faktycznie są ważne i dokładnie zweryfikowane.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved