Projekt bez tytułu (6)

MYSIA 3: zakupy i relaks w sercu Warszawy

Niezmiennie tęsknimy za spotkaniami w gronie najbliższych, wydarzeniami rozrywkowymi, a nawet skromnymi aktywnościami poza domem. Do tego kochamy robić zakupy w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich tych, którzy potrzebują chwili dla siebie, proponujemy odwiedzenie kameralnego miejsca w samym sercu Warszawy.

Dom handlowy MYSIA 3 cechuje atmosfera slow shoppingu i bardzo przyjazne nastawienie do czworonożnych przyjaciół. Możecie zrobić zakupy w towarzystwie swojego psa. Przy wejściu znajduje się wymiennik na książki. Przeczytaną i zalegającą w domu książkę warto wymienić na nową.

Intymne zakupy

Dom handlowy MYSIA 3 to miejsce dla osób, które cenią intymne, nowoczesne i autorskie przestrzenie, unikając wielkopowierzchniowych galerii handlowych. Na pięciu poziomach kameralnej kamienicy zlokalizowane są sklepy lokalnych i zagranicznych marek, które oferują produkty najwyższej jakości. Powstałe w trosce o każdy detal, zachwycają swoją prostotą i minimalizmem wszystkich miłośników dobrego designu. Znajdziecie tutaj produkty dla ciała i duszy, między innymi odzież i produkty wykonane zgodnie z filozofią #lesswaste, szczotki do ciała, naturalne kosmetyki, czy wyjątkową biżuterię i perfumy.

Harmonia i spokój

Obecnie przestrzeń w naszych domach spełnia dodatkowe funkcje – biura i miejsca do aktywności fizycznej. Warto, aby miejsce, w którym spędzamy większość naszego czasu było przytulne. W bogatej ofercie sklepu NAP znajdziecie unikatowe meble, tkaniny i dodatki, które dopełnią wnętrze i zapewnią największy komfort pracy.

Aby w pełni wyciszyć się po trudnym i intensywnym dniu pracy, warto rozpocząć praktykę jogi. Wystarczy kawałek wolnego miejsca, mata do ćwiczeń i wygodny strój, który umożliwi swobodę poruszania. Do tego idealnie sprawdzą się wygodne ubrania i stroje Blask, wykonane z organicznych materiałów. Codzienną praktykę dopełnią także naturalne kadzidła m.in. Yerba Santa i Palo Santo.

Nie należy zapominać o regularnym nawadnianiu i dostarczaniu organizmowi cennych wartości odżywczych. W sklepie Owoce&Warzywa znajdziecie zdrowe produkty od lokalnych dostawców – owoce, warzywa, nabiał, pieczywo, a także aromatyczne gotowe dania, zamknięte w szklanych słoiczkach.

Kawałek sztuki

Odwiedzając kamienicę na Mysiej 3, warto zobaczyć aktualną prezentację współczesnej fotografii dokumentalnej i artystycznej, która znajduje się na drugim piętrze w Leica 6×7 Gallery Warszawa.  Szczególnie w czasie pandemii, fotografie potrafią nas przenieść w różne zakątki świata i przypomnieć sytuacje, kiedy swobodnie mogliśmy podróżować i poznawać inne kultury. Tą szczególną moc ma również muzyka. W gościnnych progach galerii znajdziemy sklep z płytami winylowymi polskiej wytwórni Asfalt Records, który w swojej bogatej ofercie posiada zarówno winyle polskich, jak i zagranicznych artystów.

Wszystkie marki dostępne w przestrzeni MYSIA 3: COS, NAP, MUJI, Odette, ORSKA, Alba1913, Bynamesakke, Blask Store, SVOI, Rilke, perfumeria niszowa Impressium, Elementy, Balagan, Gloomy Sunday, Leica Store, 6×7 Leica Gallery Warszawa, Asfalt Shop, Owoce&Warzywa.

Dodatkowe informacje www.mysia3.pl

Moda lat 20stych – czyli skąd się wzięły współczesne biustonosze i bielizna wyszczuplająca

Nastały lata 20-te i chociaż moda dzisiaj różni się znacznie od tej sprzed stu lat, to jest czasem zadziwiająco podobna.

Kto nie wie jak wyglądają „flapper girls“ albo nie widział wydarzeń w stylu „wielkiego Gatsbiego“?

Wszyscy znamy opaski z piórkami, ale czy tak naprawdę tylko frędzle i piórka królowały w latach 20-tych minionego wieku?

Moda z początku XX wieku, to nie tylko odzwierciedlenie trendów w sztuce, jakie wtedy panowały, ale także zmian społecznych i obyczajowych.

Czy każda kobieta w latach 20tych była „flapper girl“ i nosiła cekiny i frędzle?

Karolina Żebrowska na swoim kanale i fan page’u- Domowa Kostiumologia często walczy ze stereotypami dotyczącymi mody tego okresu, więc odsyłam Was tam już teraz, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej.

Poniżej przykład wycinanki, która rozdawana była w Krakowie vs wersja Karoliny.

Dzisiaj postaram się Wam trochę przybliżyć temat przez mniej spektakularną aczkolwiek nadal piękną modę codzienną.

Zacznijmy od bielizny i najbardziej kontrowersyjnego tematu, czyli gorsetu. Często mówi się, że w latach 20tych, rewolucja unicestwiła gorsety. Nie jest to prawdą. Duża rzesza kobiet ciągle nosiła te same gorsety, które modne były w poprzednich latach. Producenci szli z duchem czasu i wprowadzali do swojej oferty nowe modele, które chętnie wybierane były przede wszystkim przez młodsze kobiety.

Gorset nie zniknął a przeszedł transformację. Kształt, jaki miał nadawać sylwetce, nie miał na celu podkreślania krągłości, a spłaszczanie jej.

Dla bardziej wymagających klientek istniały modele, które składały się z podwójnego gorsetu: pierwsza warstwa miała na celu podniesienie brzucha, a druga warstwa wygładzenie całej sylwetki.

Takie modele zdecydowanie utrudniały poruszanie się.

Pod koniec dekady popularne były mniej drastyczne rozwiązania i zaczęto nosić pasy wyszczuplające, które służyły także za pas do pończoch oraz staniki, które dały początek biustonoszom, jakie znamy dzisiaj.

Kiedy już osiągnęłyśmy wymarzone kształty, mogłyśmy sięgnąć po odzież, która często oddawała piękno art deco.

Odzież kobieca miała obniżoną talię i była prosta w kroju (rozumiemy już teraz, dlaczego gorsety spłaszczały krągłości).

Poniżej znajdziecie przykłady stylizacji na każdą porę roku. Czy uda Was się znaleźć podobieństwa do współczesnego asortymentu, jaki widzimy na sklepowych wieszakach?

Co na większe wyjścia? Nie tylko cekiny, ale także aksamit, koronki, hafty i szyfon.

A co z dodatkami?

Oczywiście nakrycia głowy ciągle królowały tak na co dzień jak i na wielkie wyjścia, ale nie ograniczały się tylko do kapeluszy lub opasek z piórkiem.

Po raz kolejny widzimy w ich projektach wpływ art deco.

Torebki także były małymi dziełami sztuki.

Misternie naszywane koraliki i cekiny, piękne wzory, metalowe, siateczkowe cuda i malutkie torebeczki koktajlowe z biglami święciły triumfy.

Jak Wam się podoba ten styl? Czy myślicie, że ta dekada zainspiruje się jeszcze mocniej tym, co było sto lat temu, czy może futurystyczne projekty z lat 60tych lub 80tych w końcu wezmą górę nad praktyczną modą?

Jedno jest pewne: warto eksperymentować i szukać swojego własnego, unikalnego stylu i tego Wam życzę na ten nowy rok!

halloween

Halloween – święto wcale nie amerykańskie

Święto Halloween, obchodzone z 31 października na 1 listopada, wzbudza u nas wiele kontrowersji. Obchodzić, bo to świetna zabawa rozwijająca u dzieci wyobraźnię czy absolutnie nie, bo to groźne igranie z siłami nie z tego świata?

Powszechnie uważa się, że święto to pochodzi z Ameryki i stamtąd tradycja jego obchodzenia dotarła do nas. O ile drugi człon twierdzenia jest prawdą, o tyle pogląd, że Halloween jest świętem rdzennie amerykańskim jest błędne. Historia tego święta sięga bowiem dawnych pogańskich tradycji zachodniej Europy.

Celtyckie Samhain

Kilka wieków przed naszą erą tereny dzisiejszej Anglii, Irlandii, Szkocji, Walii i północnej Francji zamieszkiwał lud Celtów. Czas przełomu października i listopada stanowił dla nich czas przejścia – ze starego do nowego roku, a także od lata ku zimie. Był również momentem, w którym doroczny, obracający się krąg świata żywych zazębiał się z kręgiem świata umarłych. Samhain było zatem jednym z czterech najważniejszych świąt obchodzonych przez ten lud.

Celtyccy druidzi wierzyli, iż w dzień Samhain zacierała się granica między zaświatami a światem ludzi żyjących. W związku z tym duchom, zarówno złym, jak i dobrym, łatwiej było się przedostać do świata żywych. Niektóre duchy przodków czczono i zapraszano do domów. Znacznie częściej, aby nie dopuścić, by złe duchy zamieszkały w domach, a nawet wcieliły się w żyjących, odstraszano je i wskazywano im drogę powrotną przez wrota umarłych za pomocą wygaszenia domowe paleniska, rozpalania ognisk na wzgórzach. Feralną noc spędzano na świeżym powietrzu hałasując i tańcząc, rzucając w ogień kości i zwierzęce resztki. Druidzi przebierali się w czarne stroje oraz duże maski z rzepy, brukwi. Niektórzy badacze sądzą, że właśnie od tej praktyki wywodzi się zwyczaj przebierania się w ów dzień w dziwaczne stroje i zakładanie upiornych masek.

Staroangielskie słowo „Hallow” oznaczało „święty”. A zatem „All Hallows’ Day” to „dzień wszystkich świętych”, dzień ku czci zmarłych świętych i męczenników. Wieczór poprzedzający ten dzień był nazywany „All Hallow Eve” (dosłownie „wieczór wszystkich świętych”), co później skrócono do „Halloween”.

Pogańska scheda

W I w.n.e Celtowie zostali stłamszeni przez Rzymian. Celtyckie praktyki przedostały się jednak do starożytnej kultury romańskiej i pozostawiły w niej niezatraty ślad. Najprawdopodobniej za pontyfikatu papieża Bonifacego IV pojawia się tradycja dorocznych obchodów dnia Wszystkich Świętych dla upamiętnienia męczenników, a już w VIII wieku wigilię wszystkich zmarłych/świętych (nazwa pochodząca od staroangielskiego zwrotu All Hallows’ Eve) zaczęto oficjalnie obchodzić w rzymskim Kościele. Dzień Wszystkich Świętych ustanowił papież Grzegorz III (731-741).

W 835 r. cesarz Ludwik Pobożny nakazał świętowanie tych dwóch dni – 31października i 1 listopada na całym podległym mu terytorium, czyli z grubsza biorąc – na obszarze obecnego Zachodu. Półtora wieku później opat Odylon z Cluny zaczął co roku modlić się za zmarłych mnichów opactwa właśnie w te dni. Każdego 2-ego listopada, w dzień następujący po dniu Wszystkich Świętych, żyjący mnisi wspominali z imienia mnichów zmarłych. Zakonnicy szybko roznieśli ten obyczaj po klasztorach całej Europy. Z czasem modlitwa „za dusze” (stąd nazwa: Dzień Zaduszny) wyszła też poza klasztorne mury.

Celtowie próbowali obłaskawić złe duchy za pomocą słodyczy. Później Kościół zachęcał wiernych, żeby w wigilię Wszystkich Świętych chodzili od domu do domu i prosili o coś do jedzenia, oferując w zamian modlitwę za zmarłych. Praktyka ta przerodziła się potem w halloweenowy zwyczaj znany jako „cukierek albo psikus”.

Wszystko przez Irlandczyków

Jak powszechnie wiadomo pierwsze zaczątki współczesnej Ameryki to sprawka w dużej mierze tysięcy irlandzkich emigrantów. W XIX w. przenieśli oni także ze sobą do Stanów zmodyfikowany obrzęd Samhain, już pod nazwą Halloween. Z czasem zmieszają się one z podobnymi zwyczajami emigrantów z Wielkiej Brytanii, Niemiec, a także Afryki i innych rejonów świata.

W latach dwudziestych i trzydziestych w Stanach upowszechniły się pochody organizowane w dzień tego święta. W ten sposób moda na Halloween dotarła do prawie każdej amerykańskiej rodziny, oczywiście w formie pozbawionej już jakichkolwiek religijnych odniesień. 

fim Boże Ciało

4 powody, dla których koniecznie musicie obejrzeć „Boże ciało” w reżyserii Jana Komasy

To film idealny na początek listopada. Film o życiu i śmierci, stygmatyzowaniu, przebaczeniu, pozorach, powołaniu i niszczących go zasadach. Absolutna perełka najnowszego polskiego kina. Tegoroczny polski kandydad do Oscara, za którego wyjątkowo będę mocno trzymała kciuki.

1. W końcu film nie o byle czym

Scenariusz do tego filmu napisał młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Mateusz Pacewicz. Pomijając mały skandalik, który związany jest z nie poinformowaniem prawdziwego bohatera o tym, że historia jego życia jest właśnie nagrywana (jest to bowiem film oparty na faktach), scenariusz nie ma w zasadzie żadnych minusów. To z jednej strony bardzo kameralny dramat, ale z drugiej dotykający niezwykle uniwersalnych problemów. Po krótce: jest to historia chłopaka z poprawczka, który przez przypadek zaczyna udawać księdza na podkarpackim odludziu. Przybysz znikąd pomaga małej społeczności w uporaniu się z traumami. Tyle jeżeli chodzi o podstawową fabularną warstwę filmu. Kryje się za nią jednak znacznie więcej. Wielu krytyków twierdzi, że to najdojrzalszy film Jana Komasy, który dotyka wielu, wileu ważnych kwestii. Przede wszystkim jednak reżyser w bardzo wymowny sposób pokazuje nam, jaką rolę mógliby i powinni spełniać księża w społeczeństwie, jednak ze względu na instytucjonalny charakter Kościoła, a co za tym idzie niesprawiedliwe, utarte schematy i zasady, jej nie spełnia. Wręcz przeciwnie – sprawia, że wiara ludzi staje się fasadowa i na pokaz, fałszywa, a wręcz służy za pretekst do czynienia krzywdy. Brawo, bo historia, która mogła zostać przestawiona w sposób banalny, nadęty, wpisujący się w ostatnio modną strategię walenia czym się da w polski kościół, taka nie jest. Jest prawdziwa, skomplikowana, zróżnicowana, obiektywna, kolorowa i wzruszająca.

2. Cudna rola pierwszoplanowa

Fot.: materiały prasowe Kina Świat

Jan Komasa ma talent nie tylko do kręcenia dobrych filmów, ale i do szlifowania młodych aktorskich talentów. Wcześniej odkrył Jakuba Gierszała w „Sali samobójców”, potem Zofię Wichłacz w „Mieście 44”, a teraz prezentuje fenomenalnego Bartosza Bielenię. Ten młody aktor Teatru Starego w Krakowie wciela się w swoją główną rolę całkowicie. Dzięki jego naturalnej grze postać Daniela jest przekonywująco prawdziwa. To charakter z krwi i kości. Bartosz Bielenia wygrywa ten film całkowicie swoją dziwną, z jednej strony dziecięcą, z drugiej nieco demoniczną urodą; raz za pomocą aktorskiej powściągliwości, za chwilę za pomocą gwałtownej ekspresji. Wraz z aktorem wchodzimy w odgrywanie roli księdza i wciśnięci w kinowy fotel szczerze mu kibicujemy. Za oceanem okrzyknięto Bielenię aktorkim objawieniem. Nie ma się co dziwić. Oby udało mu się łapać teraz same dobre propozycje fimowe, bo zdecydowanie na nie zasługuje!

3. Mistrzowie mikroekspresji

Bielenia to diament tego filmu, ale okalają go liczne perełki. Praca, jaką wykonał szeroko pojęty drugi plan, zasługuje na długie owacje. I mam tu na myśli nie tylko bardzo dobrą pracę kamerą, piękne na swój charakterystyczy sposób zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jra, ale przede wszystkim drugoplanowe kreacje aktorskie. Chapeau bas dla Aleksandry Koniecznej. To, co, jak i czym zagrała w tym filmie, w zasadzie nie mając za wiele tekstu… bajka! Podobnie bardzo dobra Eliza Rycembel! No i postacie męskie – Łukasz Simlat i Leszek Lichota, i Zdzisław Wardejn! I Tomasz Ziętek! Wszyscy, każdą sceną, gestem i ekspresją, zapracowali na sukces tego filmu.

4. Ktoś przyłożył się do napisania dialogów

Przeciętny widz nie zdaje sobie sprawy z roli dialogów w filmie, ale de facto to dzięki nim aktorzy mogą faktycznie grać, a cały film staje się prawdziwą opowieścią. W tym przypadku, znowu, brawo! Dialogi są całkowicie naturalne, prawdziwe, wyjęte z naszego dnia codziennego. Jednocześnie proste, ale oddające pełną dramatyczność chwili. Albo komediowość, bo i tej w tym filmie nie brak. Jak w prawdziwym życiu. Tragedia miesza się z uśmiechem. Łzy z przyjemnością. Zabawa z bólem.

Ten film jest aktorskim popisem. Nie tylko ze względu na obsadę, ale także dlatego, że w bolesny sposób pokazuje nam, jak każdy z nas w codziennym życiu gra, odgrywa jakąś rolę. Przed sobą i przed innymi. Lepiej lub gorzej. Z bardziej pozytywnymi skutkami lub tylko krzywdząc siebie i innych. „Boże ciało” to jeszcze jeden theatrum mundi. Rodem z zapyziałego Podkarpacia, które w wymiarze uniwersalnych problemów ludzkich niczym nie różni się od każdego innego miejsca na ziemi.

10/10

aborcja

Dziewięć rozmów o aborcji

„-Ile lat by miało?

-Pięć lat. Zastanawiam się, co by było, gdybym urodziła. Może jednak dałabym sobie radę, może wtedy wpadłam w histerię? Może zawsze tak jest, że kobiety się boją i nie wyobrażają sobie przyszłości, ale radzą sobie z tym strachem i rodzą. A ja sobie z nim nie poradziłam. Wciąż mam w głowie taką wątpliwość: a gdybym wybrała inaczej?

Aborcja od zawsze była kwestią dyskusyjną, sporną, kontrowersyjną. Ostatnio wiele mówi się w Polsce na jej temat. I tematy pokrewne, w jakiś spośób z nią związane, jak choćby tak głośna zeszłych i przyszłych dni afera o edukację seksualną w szkołach. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że wiele się o nich rozmawia, ale nie; słowo rozmowa zdecydowanie tu nie pasuje. Bowiem bardzo niewielu ludzi, którzy wypowiadają się na ten temat, ma odpowiednią wiedzę, wrażliwość, poczucie z jednej strony empatii, a z drugiej etyki i moralności. Mam wrażenie, że w dyskusji publicznej szasta się tylko frazesami. W grę wchodzą pieniądze i polityka, ale nie dobro kobiety i dziecka. Kobiety i dziecka – rówocześnie i równorzędnie, a nie jak chciałyby niektóre strony stojące po dwóch stronach barykady albo samej kobiety i jej macicy, albo tylko poczętego życia.

Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie. Nawet nie na poziomie systemu, w szkołach, ale nas samych – dorosłych kobiet. Dlatego czytajmy, słuchajmy, dowiadujmy się. A emocje odłożmy na bok. Dopiero na sam koniec włączmy empatię. Nie, emocje a empatia to nie to samo.

Dlatego dziś polecamy bardzo dobrą książkę Wydawnictwa Czerwone i Czarne „9 rozmów o aborcji”. Książka została wydana dwa lata temu, w 2017 roku, ale wciąż jest bardzo aktualna. I aktualną pozostanie, bo jest zapisem, jak sam tytuł wskazuje, rozmów z ośmioma kobietami o ośmiu aborcjach, których dokonały w różnych życiowych momentach (rozmowa ostatnia to rozmowa z dyrektorką wykonawczą Federacji Na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny). A więc jest zapisem uniwersalnego kobiecego doświadczenia – możliwością zajścia w ciążę, samej ciąży, strachu związanego z tym stanem i później życia z dzieckiem, bólem, poczuciem winy i osamotnienia…

-Dlaczego zdecydowałaś się opowiedzieć mi swoją historię?
-Może dlatego, że mam 18-letnią córkę? Może dlatego, że aborcja zrujnowała mi po latach życie osobiste i jest przyczyną mojej depresji? Poza tym chcę opowiedzieć kobietom, jakie mogą być skutki takiej decyzji, ale też jak można wyciągnąć wnioski dla siebie. Z mojej historii można wziąć dla siebie całość, część, a można nie wziąć nic.

Co ważne, pomimo że książka została zlecona do realizacji dwóm dziennikarkom związanym z kojarzącymi się raczej lewicowo tytułami prasowymi, jest w głównej mierze obiektywna za sprawą opisywanych w niej kobiet, ich doświadczeń, ich aborcji. Bowiem na pierwszy rzut oka niemal wszystko jest w tych rozmowach różne. I to bardzo ważny punkt w początkach rozmowy o aborcji w ogóle – że kobiety dokonują tego zabiegu z przeróżnych przyczyn – choć chyba można zaryzykować tezę, że większość z nich sprowadza się do strachu i niepewności o przyszły los swój i dziecka, zarówno ten materialny, jak i zdrowotny, a w końcu po prostu bytowy.

-Co Cię bardziej przerażało – że dziecko może urodzić się zdeformowane, czy to, że musiałabyś zmienić sposób życia, czy też, że nie możesz go utrzymać?
-Bardziej do mnie przemawiała ta materialna i zawodowa sytuacja, bo miałam konkretną wizję, co się stanie. A myśl o tym, że dziecko może urodzić się poważnie chore, była tak straszna, że pozostawała już poza moją wyobraźnią.
-Dlaczego?
-Bo będę musiała przez całe życie siedzieć z nim w domu, w dużej biedzie, że trzeba będzie się tym dzieckiem opiekować, będziesz je kochać, nigdy nie będziesz chciała go opuścić i to cię skaże na opiekę 24 godziny na dobę. Więc to jest koniec twojego życia. Bałam się tej straty. Straty swojego życia.

Jednym z najważniejszych aspektów aborcji, o jakich mówi ta książa, jest rozbieżność pomiędzy tym, co przy aborcji teoretyczne, a tym jak wygląda to w praktyce. Mam tu na myśli przede wszystkim sytuacje, chyba najgorsze z najgorszych w całym zagadnieniu, bo dotyczące zdrowia przyszłych maluchów i ich funkcjonowania na świecie, a więc wad genetycznych. Sam fakt, że dziecko ma na przykład wodogłowie, że cierpi i przy narodziach oraz przez całe życie cierpieć będzie, jest dla matki zawsze nie do zniesienia. Decyzja o tym, co z tym faktem zrobić, jest kolejną etyczną, moralną, religijną, po prostu codzienną katorgą. Ta książka pokazuje jednak jeszcze kolejną odsłonę tego dramatu – pomimo że przesłanka o wadach genetyczych uprawnia do legalnej aborcji, w praktyce nie jest ona realizowana. A jeżeli tak, to bardzo często w nieludzki, niehumanitarny, nieempatyczny sposób. Nasz system zdrowia to w wielu przypadkach jedna wielka pomyłka, pomyłka organizacyjno-wykonawcza. A dodajmy do tego jeszcze etykę i empatię. Niby temat na zupełnie inny artykuł, ale te rozmowy z kobietami jasno pokazują, jak ważna w ich przypadkach była dobrze zorganizowana pomoc ze strony szpitali, ze strony lekarzy, pielęgniarek i psychologów. A raczej jej brak.

Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierwanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: „Nie sądzę, aby panią przyjęli.” Nie daję się wciągnąć w dyskusję. „Potrzebuję tego skierowania” – powtarzam. A w myślach: „Nic więcej od ciebie nie chcę.” Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Na wstępie swojej książki autorki piszą, że za każdą z historii związanych z aborcją stoi jakiś dramat albo trauma. I nie chodzi im o syndrom postaborcyjny. Chodzi im o to, że „aborcja to trauma, bo zawsze są z nią związane dramatyczne okoliczności. Toksyczny związek, choroba, zły stan psychiczny, zła sytuacja finansowa.” Pełna zgoda. Ale piszą też później, że strach związany z aborcją „bierze się z tego, że aborcja zakodowała się w polskim potocznym myśleniu jako zło”.

Być może tak jest, być może tak właśnie aborcję kodują Polacy. Ale nie należy ich za to piętnować. W moim odczuciu autorki za pomocą całej książki sugerują bowiem, że aborcja złem nie jest. Nigdy. Że jest na tyle skomplikowanym procesem, związanym właśnie z przeróżnie ujętą traumą, że nie można jej nazwać czymś złym. I o ile na samym początku pełna zgoda, o tyle już na drugą część twierdzenia nie można tak łatwo przystać. O czym według mnie ta książka też zdecydowanie świadczy – że aborcja to owszem niezwykle skomplikowana sprawa, zawsze, za każdym razem to jednostokowy dramat kobiety, ale w niektórych przypadkach można konkluzyjnie nazwać konkretną aborcję czynem po prostu złym. Ale to już musicie przeczytać i wysnuć konkluzje same. Nie ocenić, a już na pewno niepiętnująco, ale przeczytać, pomyśleć, dowiedzieć się, wczuć i nie szastać frazesami, że „Jak można…”, „Ja bym nigdy…”, „Zawsze kobieta powinna mieć prawo…”

źródło: herbatazksiazka.pl
Olga Tokarczuk

Kim jest polska Noblistka? – kilka faktów z życia Olgi Tokarczuk, które powinnaś znać (teraz już koniecznie!)

Z dumą powtarzamy pojawiającą się nieustanie od wczoraj w mediach frazę: druga po Wisławie Szymborskiej polska laureatka Literackiego Nobla! Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy – m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland „Pokotu”. Laureatka Nagrody Bookera w 2018 roku za powieść „Bieguni”, dwukrotna laureatka Nagrody Nike za „Biegunów” (2008) i „Księgi Jakubowe” (2015). Skąd wzięło się zjawisko literackie: Olga Tokarczuk i jaka była jej droga na literacki szczyt?

1. Nadtrojańska wyobraźnia

Olga Tolarczuk urodziła się w 1962 roku (57 lat) w Sulechowie (województwo lubuskie), wychowała w Klenicy, skąd przeniosła się z rodzicami do Kietrza nad Troją. Tam ukończyła liceum i dostała się na warszawską psychologię. Jeszcze jako nastolatka próbowała swoich sił w poezji. W 1979 roku zadebiutowała na łamach pisma „Na przełaj” swoim pierwszym opowiadaniem. Potem na długo zamilkła i do pisania powróciła dopiero po wielu latach.

W czasie studiów opiekowała się osobami z problemami psychicznymi jako wolontariuszka i żywo zainteresowała pracami Junga. Oba fakty miały później znaczący wpływ na jej twórczość. Po studiach pracowała jako pokojówka w londyńskim hotelu. Podczas uroczystej gali w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie, gdy obierała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie, zdradziła, że ma na sobie kolczyki, które kupiła właśnie w tamtym czasie, w 1987 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. „Dziś wracam w tych kolczykach jako zdobywczyni nagrody Bookera”, mówiła dziennikarzom. Po powrocie do Polski pracowała jako psychoterapeutka we Wrocławiu i Wałbrzychu.

źródło: TVP Info, fot. Beata Zawrzel

2. Pierwsze koty za płoty

Powróciła w wieku 31 lat z powieścią „Podróż ludzi Księgi”, która nie została zbyt dobrze przyjęta przez wydawców. Podobnie jak z „Harrym Potterem” Rowling, nikt nie chciał jej wydać. Gdy jednak powieść o XVII-wiecznej podróży z Paryża ku podnóżom Pirenejów została już wydana w oficynie Przedświt, przyznano jej nagrodę…. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za debiut. Dwa lata później już bez większch problemów wyszła druga powieść Olgi Tokarczuk „E.E.” – tytuł od imion głównej bohaterki powieści, Erny Eltzner. Tym razem czas i miejsce akcji pisarka umieściła w znanym sobie otoczeniu, wczesnym XX-wiecznym Wrocławiu.

Trzecią powieść Tokarczuk, wydaną w 1996 roku, od razu okrzyknięto „szczytowym osiągnięciem nowszej polskiej prozy mitograficznej”. „Prawiek i inne czasy” to opowieść o mitycznej wiosce położonej rzekomo w samym środku Polski. Jest ona archetypicznym mikrokosmosem, w którym w pomniejszonej skali można obserwować prawa rządzące wszechświatem. Powieść zdobyła uznanie krytyków nie tylko w Polsce. Po jakimś czasie zaczęto się o niej rozpisywać dużo szerzej. „The Prague Post” oznajmiał, że „Prawiek i inne czasy to znakomite dzieło o rzadko dziś spotykanej randze i głębi”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał: „W tej napisanej z rozmachem powieści Olga Tokarczuk wykorzystuje tradycję magicznego realizmu do kreacji świata, który jest przesiąknięty dawnymi mitami tak samo mocno, jak jest zakorzeniony w teraźniejszości”.

3. Poświęcenie literaturze

W momencie gdy Tokarczuk zaczęła być coraz szerzej kojarzona, a jej książki sprzedawane w coraz większych ilościach, pisarka postanowiła w jeszcze większym stopniu oddać się pisaniu. Zrezygnowała z pracy i przeprowadziła do Nowej Rudy. Do momentu powstania jej najbardziej utytułowanej książki „Biegunów”, powstało kilka tomów opowiadań, esej oraz powieść „Dom dzienny, dom nocny”, którą niektórzy krytycy określili mianem „najambitniejszego projektu prozatorskiego Tokarczuk”. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej osobistych opowieści, akcja utowru rozgrywa się bowiem w miejscu, gdzie autorka mieszka, na pograniczu polsko-czeskim, i inspirowana jest opowieścią o średniowiecznej świętej Kummernis (Wilgefortis) – kobiecie, którą Bóg wybawił przed niechcianym małżeństwem, dając jej męską twarz. W czasie, kiedy do ulubinych form literackiego wyrazu Tokarczuk należały opowiadania, została też pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

4. „Bieguni” – ten tytuł każdy powinien kojarzyć

Nad tą powieścią Tokarczuk pracowała trzy lata. Wydana została w październiku 2007 roku i od razu uzyskała bardzo duży rozgłos. Powieść została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS, a także nagrodzona Nagrodą Literacką „Nike” 2008. Zaczęto ją tłumaczyć na różne języki. m.in. angielski. Właśnie to tłumaczenie – angielski tytuł „Flights” (autorka tłumaczenia Jennifer Croft) – zostało nominowane do prestiżowej nagrody Booker Prize, którą Tokarczuk otrzymała wraz z tłumaczką w 2018 roku, zyskując ogromną międzynarodową sławę.

„Bieguni” to studium psychologii podróży. Tytuł książki jest zarazem nazwą dawnej prawosławnej sekty uważającej, iż pozostawanie w jednym miejscu naraża człowieka na ataki Złego, a więc ciągłe przemieszczanie się służy zbawieniu duszy. Sama Tokarczuk w wywiadach wspominała, że większość notatek do tej powieści robiła w czasie podróży. „Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” – napisała we wstępie do „Biegunów”. 

5. H jak hejt

Od 2015 Olga Tokarczuk organizuje w Nowej Rudzie i okolicach Festiwal Góry Literatury. Pomaga jej w tym Karol Maliszewskiego, Stowarzyszenie Kulturalne „Góra Babel” oraz Gmina Nowa Ruda. W programie festiwalu znajdują się: akcje edukacyjne, debaty, koncerty, panele, pokazy, spotkania, Noworudzkie Spotkania z Poezją, warsztaty: filmowe, kulinarne, literackie; wystawy.

Po „Biegunach” wydała też kolejne powieści, m.in. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, dlatego na jej opus magnum fani musieli chwilę poczekać. W 2015 roku ukazały się jednak w końcu „Księgi Jakubowe”, nad którymi Tokarczuk pracowała 6 lat. Ponad 900- stronicowa opowieść osnuta wokół postaci Jakuba Franka, XVIII-wiecznego żydowskiego mistyka, zamieszkującego wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, który ogłosił się Mesjaszem i dał początek frankizmowi, judaistycznej herezji, wywołała ogólnopolską awanturę.

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak wystawił Teatr Powszechny w Warszawie,
premiera miała miejsce 13 maja 2016
źródło: powszechny.com

Powieść nominowana została do Nagrody „Nike”, którą w 2015 roku Olga Tokarczuk po raz drugi otrzymała. Po gali wręczenia nagrody autorka wypowiedziała się dla TVP Info, komentując swoją książkę i nagrodę w ten sposób: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„.

Po tych słowach w internecie zawrzało. Słowa Tokarczuk wywołały ogromną falę nienawiści, którą pisarka została zalana. Nie warto cytować krążących wtedy po sieci komentarzy, bo zasługują one na wieczne zapomnienie i potępienie, ale trzeba zaznaczyć, że naszej obecnej Noblistce niejednokrotnie grożono nawet śmiercią.

Pozytywnym akcentem wyciszajacym szum wokół „Ksiąg Jakubowych” była zdobyta w rok później kolejna nagroda. Tokarczuk wraz z tłumaczem powieści na język szwedzki, Janem Henrikiem Swahnem, w październiku 2016 roku zostali pierwszymi laureatami Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern (czyli Domu Kultury i Teatru Miejskiego) w Sztokholmie.

Najnowsze utwory Olgi Tokarczuk to wydana w 2017 roku „Zagubiona dusza” i rok późniejsze „Opowiadania bizarne”.

pracująca matka

„Praca zarobkowa mężatek fatalnie odbija się na stosunkach społeczno-obyczajowych”

Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo ponad stuletnie spory o sprawy kobiece są wciąż aktualne!

W 1934 roku pojawiło się w Polsce czasopismo „Moja Przyjaciółka”, wydawane przez Alfreda Krzyckiego, a później jego żonę Annę. Od 1936 roku istniała także „Kobieta wielkopolska”. Redaktorki nowej prasy kobiecej, odpowiadając na pytania czytelniczek, stały się nowymi autorytetami moralnymi. Doradzając w sprawach takich jak stosunki małżeńskie, wychowanie dzieci, dbanie o higienę, urodę i dom, namawiały kobiety, aby pielęgnowały swoją atrakcyjność i walczyły z oznakami starzenia się, jeśli chcą utrzymać przy sobie mężów.

Świadczyło to o nowym problemie – walce o przedłużenie młodości, a także o zmianie w kwestii obyczajowej: miłość odgrywa teraz istotniejszą rolę niż w przypadku małżeństw zawieranych o jedną generację wcześniej.

Obyczaj

W Polsce okresu międzywojennego główne postulaty ruchu równouprawnienia zostały zrealizowane – kobiety wraz z niepodległością Polski w 1918 roku, uzyskały prawa wyborcze, możliwość studiowania na uniwersytetach i dostęp do większości zawodów. Prężnie działał ruch emancypacyjny, którego znaną przedstawicielką była Irena Krzywicka, związana z pismem „Wiadomości Literackie”. Walczyła ona o zmiany w życiu prywatnym kobiet, m. in. o prawo do ochrony przed niechcianym macierzyństwem, w kwestii małżeństwa była zwolenniczką ustawodawstwa cywilnego i wolnych związków. Poglądy Krzywickiej budziły jednak zgorszenie.

W „Mojej Przyjaciółce” z 1935 roku zamieszczone są informacje na temat kobiecych osiągnięć w sporcie czy nauce, jednak praca zarobkowa mężatek nadal nie była promowana: „(…) taka praca, zmuszająca do zaniedbywania obowiązków macierzyńskich i gospodarczych, fatalnie odbija się na stosunkach społeczno-obyczajowych” . Redaktorka oskarża pracujące kobiety:

Dziewczęta od wczesnych lat zarobkujące (…) odsuwają się od zajęć gospodarskich, zatracając do nich zamiłowanie i później, po wyjściu za mąż wolą zarabiać, a dom pozostawić na łasce służby. Ten stan rzeczy we wszystkich państwach prowadzi do zmniejszenia się przyrostu ludności. Kobiety pracujące nie chcą mieć dzieci, które stają się dla matek zbyt uciążliwe. Matka, pracująca poza domem, nie może należycie dziecka wychowywać (…)

źródło: historiaposzukaj.pl

Uroda

W tym czasie także wszystkie kobiety uważające się za damy zaczynają podkreślać swoją urodę makijażem, który przestaje być zarezerwowany jedynie dla kokietek i przedstawicielek półświatka. W pierwszym numerze „Mojej Przyjaciółki” z 1934 roku autorka artykułu, pisząc o zawartości torebki eleganckiej damy wymienia: lusterko, puderniczkę, róż, ołówek do ust, grzebyk, pudełeczko z przyborami do manicure (nożyczki, pilniczek) i mały rozpylacz napełniony perfumami.

Rozkładówka z miesięcznika ilustrowanego „Przegląd Mody” 1932, R.10, nr 61,
źródło: zbiory Biblioteki Narodowej (Polona) / www.polona.pl

Tego typu pisma niewątpliwie kształtowały gust i styl kobiet, donosząc również o nowinkach z zagranicznych gazet, np.:

Blondynka z niebieskimi oczami nie jest już obecnie modna. (…) Jeden z paryskich dzienników ogłosił ankietę w tym kierunku. Godne uwagi jest, że wszystkie uwielbiane gwiazdy filmowe, jak również premiowane piękności, posiadają przy jasnych włosach ciemne oczy. Blondynka Greta Garbo ma brązowe, Marlena Dietrich przy swoich złotoblond włosach, również jest ciemnooką. Paryski dziennik jest zdania, że nie można w tej dziedzinie ustalić żadnych zasad. Dla zakochanego mężczyzny oczy wybranej kobiety są zawsze najpiękniejsze (…).

źródło: theprestige.ba

Kobiety brały sobie do serca rady z pism, zachwycając się także promowanymi przez nie wizerunkami gwiazd kina. Modne były toczki i małe kapelusiki nie zasłaniające całkiem fryzury, zdjęcia ubranych w nie modelek można znaleźć np. w numerze „Mojej Przyjaciółki” z 1937 roku i w „Kobiecie wielkopolskiej” z tego samego roku.

Reklama w pismach kobiecych

Reklama rozpowszechniła nowe formy konsumpcji, a wraz z nimi nowe wartości i normy. Poprzez promowanie bielizny, letniego wypoczynku czy kosmetyków, przyczyniła się do rozwoju kultu ciała. W polskiej prasie kobiecej reklama pojawiała się coraz częściej: w pierwszym numerze „Mojej Przyjaciółki” z 1934 r. nie ma jej wcale, za to w ostatnim, z 1938 roku, umieszczona jest na każdej stronie.

źródło: cosmeticandhouseholdmuseum.com

Kino już w okresie międzywojennym stanowiło powszechną rozrywkę. Gwiazdy filmowe stały się nowymi idolami, obiektem westchnień zwykłych „śmiertelników” starających się za wszelką cenę do nich upodobnić. Marlena Dietrich i Greta Garbo były blondynkami o falowanych włosach. Taki wizerunek był też promowany we wspomnianym polskim piśmie – przedstawiane na ilustracjach mody i w reklamach modelki mają na ogół jasne, lokowane włosy. Oprócz tego często pojawiają się reklamy preparatów do trwałej ondulacji, możliwej do zastosowania w domu. Nie dziwi zatem, że aby być w zgodzie z modą, kobiety chętnie rozjaśniały i kręciły włosy. „Domowym” sposobem było np. zakręcanie włosów rozgrzanym żelazkiem, które bardzo niszczyło włosy.

źródło: histmag.pl

W „Mojej Przyjaciółce” z 1934 roku czytamy: „Obecnie nie modna już jest chuda sylwetka kobieca, lecz nadmiar tłuszczu jest zgubny”. Dalej autorka zachęca czytelniczki do ćwiczeń i lekkiej diety, podaje także sposoby na zrzucenie wagi. W piśmie promowany jest sport, np. zamieszczono zdjęcie uśmiechniętej narciarki z podpisem: „Sport narciarski daje tyle zadowolenia”. Natomiast w „Kobiecie wielkopolskiej” z 1937 roku napisano: „Niezależnie od rannej gimnastyki i spaceru, współczesna kobieta musi znaleźć w ciągu dnia godzinę czy to na uprawianie sportu (…), czy też na tzw. footing, to jest przechadzkę. Przechadzka ta traktowana być musi jako ćwiczenie fizyczne (…)” .

źródło: histmag.pl
Fleabag

Alkohol, ironia, brytyjski humor – „Fleabag” idealny na październikowe wieczory!

Ekscentryczny, do bólu brytyjski, obsypany nagrodami Emmy. Jeden z najgłośniej komentowanych seriali tego roku w Europie. Idealny na aktualną aurę za oknem, kocyk i kieliszek wina/gorące kakao pod ręką. Fleabag – nie możesz go przegapić!

W klasycznym pojmowaniu narracji oraz koncepcji kina widz jest podglądaczem. Bohaterowie nie zdają sobie sprawy, że są nieustannie podglądani i oceniani przez nas – widzów. Zastanawialiście się kiedyś jakby to było, gdyby główny bohater patrzył z ekranu nie o tyle w Waszym kierunku, ale na Was? Odbierając w pewnym stopniu komfortową pozycję widza, który jest ukryty w sali kinowej lub w zaciszu domowego ekranu. Brytyjska produkcja Fleabag (2016) zupełnie niweluje „czwartą ścianę” i już w pierwszych minutach pierwszego odcinka widz wie, że nie będzie mógł przewidzieć, co wydarzy się dalej.

Emitowany na kanale BBC Three serial Fleabag to dwa sezony przejażdżki roller coasterem. Phoebe Waller-Bridge wcielająca się w główną rolę aktorka, równocześnie odpowiedzialna za scenariusz, podarowała publiczności słodko-gorzki prezent w postaci każdorazowo dopracowanego odcinka, który trwa zaledwie 20 minut. Ten serial to terapia szokowa o życiu każdego z nas. Prowokuje nas do śmiechu i płaczu jednocześnie. Serial otrzymał w tym roku 6 statuetek Emmy (w tym za najlepszy serial komediowy i najlepszą aktorkę w serialu komediowym) oraz zebrał na planie takie niesamowite nazwiska jak: Olivia Colman, Hugh Skinner czy Andrew Scott, który najbardziej kojarzy się z wybitną kreacją Moriartiego w serialu Sherlock.

źródło: amazon.co.uk

To serial ciepły, szczery, który z jednej strony pokazuje absurdy naszej codzienności, a z drugiej przytula i mówi, że każdy tak ma. Fleabag to poczucie humoru, które wprawia w zakłopotanie, jest nieprzeciętnie inteligentne i po prostu bawi, ale stanowi zaledwie maskę dla rozpaczy i beznadziei. Bohaterka bezustannie pozostaje z widzem w kontakcie. Wiemy, co myśli i czuje naprawdę. Mówi do nas z ekranu (nawet w czasie intymnych sytuacji), robi miny czy przesyła porozumiewawcze spojrzenia, dając nam szanse na bycie jej najlepszymi przyjaciółmi.

W skrócie – o czym jest ten serial? Tytułowa Fleabag prowadzi bardzo ekscentryczną kawiarnię, której motywem przewodnim jest świnka morska. Straciła matkę, a jej ojciec zaręczył się ze znienawidzoną przyjaciółką rodziny (w tej roli wspaniała Olivia Colman). Ma idealną siostrę Claire, która jest kobietą sukcesu i chłopaka Harrego, z którym bezustannie się rozstaje. Jest szalona, pije dużo alkoholu i ciągle myśli o seksie. Nie możecie jej nie polubić. Ten serial często przegina i jest niegrzeczny, może nawet ordynarny, ale to właśnie dodaje mu charakteru i sprawia, że ma się ochotę na więcej i więcej. To mozaika o charyzmatycznej bohaterce, złożona z trafnych komentarzy na temat ludzkiej natury i seksualności. Tylko na pierwszy rzut oka serial wydaje się być komediowy, ponieważ tak naprawdę zagląda pod zewnętrzną warstę, pod którą ludzie ukrywają każdego dnia: ból, niepewność, samotność, zagubienie…

To genialna produkacja ze świetnymi postaciami, dialogami, zabawą montażem, dosadnym humorem, ale i z bardzo mocnym przesłaniem. Wyznaję otwarcie, że to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam w przeciągu ostatnich lat i z czystym sumieniem oceniam go na 9/10 gwiazdek.

retro produkty

Retro, vintage, reko – moda przeszłych dekad powraca!

Coraz częściej w Polsce można spotkać się z nazwami „retro“, „vintage“, „reko“ lub „rekonstrukcja“. Sklepy vintage wyrastają jak grzyby po deszczu, powstają filmy i seriale retro, a w sieciówkach znaleźć można coraz więcej stylizacji przypominających lata 50-te, 60-te i 70-te. Powraca także zainteresowanie Modą Polską i naszymi rodzimymi projektantami. Nawet Społem i Łucznik wydały ostatnio serię produktów stylizowanych. Coś musi być na rzeczy! 😉

Zacznijmy jednak od początku i odpowiedzmy sobie na pytania: czym jest vintage? Czym retro? Jaka jest między nimi różnica?

Vintage

Może najpierw słowo „vintage“, bo wydaje się, że ono sprawia najwięcej problemów i budzi najwięcej emocji wśród fascynatów przeszłych dekad. Vintage to określenie wszystkiego, co jest starsze niż 20 lat (czasem spotykam się ze stwierdzeniem, że „prawdziwy vintage“ to rzeczy pochodzące sprzed 50 lat). Są to zatem autentyczne przedmioty, odzież, wyposażenie domu, samochody, które powstały minimum dwadzieścia lat temu i zachowały się do dziś.  Mówiąc o vintage mamy także na myśli antyki. Bądźmy jednak ostrożni, ponieważ: każdy antyk jest vintage, ale nie każdy vintage jest antykiem. Dlaczego tak jest? Bo za antyk uznajemy wszystko, co jest starsze niż 100 lat. Zatem kurtka, która pochodzi z lat 90-tych jest vintage, ale nie jest jeszcze antykiem.

Przykłady przedmiotów vintage – po prawej- i retro – po lewej,
źródło: archiwum autorki

Skomplikowane? To dopiero początek! 😉 Przejdźmy dalej i przyjrzyjmy się różnicy między retro a vintage.

Retro

Słowo „retro“ jest prefiksem, pochodzi z łaciny i oznacza: wstecz lub w przeszłości. Mówiąc o stylu retro mamy na myśli obiekty, które stylizowane są na vintage, ale mogą być współczesne. Dlaczego mogą? Ponieważ sukienka z lat 80-tych stylizowana na lata 40-te jest zarówno retro, jak i vintage.

Przykład stylizacji retro, źródło: Natabo

Dla ułatwienia przyjmuje się jednak, że retro to współczesne przedmioty, które stylizowane są na przeszłe. Istnieje wiele marek, które do tworzenia, np. odzieży, używa starych, kilkudziesięcioletnich wykrojów, a nawet tkanin. Nie można ich jednak nazwać markami vintage, ponieważ tworzą współcześnie.

Kiedy zrozumiemy już te wszystkie pojęcia na horyzoncie pojawia się kolejne: „reko“ lub “rekonstrukcja“.

Reko

Podążając za znaczeniem słowa, możemy domyślić się, że chodzi o rzeczy lub przeszłe wydarzenia, które odtwarzane są współcześnie. W Polsce coraz bardziej popularne stają się grupy rekonstrukcji historycznych, które nie tylko odtwarzają konkretne wydarzenia np. z czasów II wojny światowej, ale także stroje cywilne. W grupach tych ważne jest, żeby stroje były praktycznie identyczne jak te, które można było spotkać w odtwarzanej dekadzie. I tutaj z pomocą przychodzą przedmioty vintage, a jeśli są nieosiągalne, to wtedy retro. Często członkowie sami tworzą swoje stylizacje, bazując na zdjęciach, rycinach, filmach z danej epoki.

źródło: EPSON MFP image

Przygoda z modą z przeszłości

Dobrze, rozumiemy już różnicę między tymi pojęciami, a co w sytuacji, kiedy chcemy zacząć swoją przygodę z modą z przeszłości?

Na szczęście z roku na rok pojawia się coraz więcej wydarzeń, na których możemy się nie tylko ubrać od stóp do głów w vintage i retro, ale także nauczyć się praktycznych umiejętności związanych z modą z przeszłości. Jednym z takich miejsc jest Retro Uniwersytet Holy Bee, którego jestem dumną współzałożycielką.

Podczas tych całorocznych wydarzeń, poza wykładami z ekspertami w temacie, możemy nauczyć się np.: jak wykonać makijaż w stylu retro; jak wykonać retro fryzury; jak dobierać i nosić dodatki; jak pozować w stylu retro/Pin-Up; jak tworzyć letnie rękawiczki na szydełku… czego tylko dusza zapragnie – mamy to 😉 Jeśli chcesz zamienić się w divę ze srebrnego ekranu i uwiecznić to na zdjęciach? Takie metamorfozy to także nasza specjalność.

Poza Retro Uniwersytetem w całej Polsce odbywają się festiwale, na których spotkać można retromaniaków, posłuchać muzyki z winyli, nauczyć się tańczyć swinga lub zasiąść w prawdziwym Cadillacu. Mamy Polish Boogie Festival na Pomorzu, Kustom Konwent we Wrocławiu, American Car Manię w Warszawie albo cykliczne Amcarowe wtorki w Krakowie.

Dostępnych jest także coraz więcej książek w temacie, także polskich autorów jak np. „Polskie piękno“ Karoliny Żebrowskiej, w której to przeczytamy o historii mody w Polsce na przestrzeni ostatnich 100 lat.

źródło: archiwum autorki

Media społecznościowe obfitują w grupy poświęcone przeróżnym dekadom lub generalnie retro. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie i to w formule, która odpowiada mu najbardziej.

Ale dlaczego moda na przeszłość wraca? Zastanawiałyście się? O tym porozmawiamy następnym razem w wywiadach, jakie przeprowadziłam z kobietami z całego świata. Tymczasem retro ma się coraz lepiej i wygląda na to, że jeszcze chwilę z nami zostanie!

zaklejone taśmą usta kobiety

Ameryka odbiera kobietom głos

Amerykański rząd wydał dekret, którym skazuje kobiety na milczenie. Mogą wypowiedzieć tylko 100 słów dziennie. Jeśli przekroczą limit, licznik słów zamontowany na nadgarstku każdej z nich zamieni się w paralizator – każde kolejne przekroczenie to coraz mocniejsze porażenie prądem. Każda kobieta traci prawo do wykonywania zawodu. Od teraz ma realizować swoje jedyne powołanie – zajmować się domem i rodziną. Patrz sprzątać, gotować, prać i robić zakupy. Nie można nawet pomagać dziecku w lekcjach, bo przecież nie można do niego mówić. Można na dziecko tylko niemo patrzeć i ewentualnie przytulać, bo kobiety nie mogą też czytać ani pisać. Poza tym dziewczynkom i tak zmieniono program nauczania w szkole. Zamiast matematyki, fizyki i historii literatury mają teraz lekcje pieczenia i szycia.

Rok temu w Ameryce, a w tym roku w Polsce, wydano dystopijną powieść amerykańskiej lingwistki, Christiny Dalcher. Wydarzeniu temu towarzyszyła ogromna kampania marketingowa obracająca się wokół haseł „epoki meetoo” oraz „realistycznej wizji przyszłości”. I jedno muszę tej książce przyznać – pod względem marketingowym napisana i wydana została idealnie. Kurs antytrumpowej kampanii w Stanach i antynarodowej (=laickiej, proimigranckiej, feministycznej) narracji w Europie przysporzył książce nie lada zainteresowania i dużej sprzedaży. Jednak czy „Vox” faktycznie na to zasłużył?

Z punktu widzenia klasycznych wyznaczników dobrej powieści – nie jest to książka zła. Fabuła „prawdziwego thrilleru w stylu hollywoodzkim” momentami nawet faktycznie wciąga, akcja jest ciągła, stosunkowo logiczna, a bohaterowie skrojeni są na miarę realnych postaci. Czytelnik bez problemu może utożsamić się z główną postacią „Voxu” – doktor Jean McClellan, która do momentu fundamentalistycznego przewrotu była cenioną specjalistką i naukowcem zajmującym się wynalezieniem leku na afazję Wernickiego.

Nie bez powodu główna bohaterka książki przez lata pracowała nad odnalezieniem leku przeciwko zaburzeniom w powstawaniu mowy i jej artykulacji, teraz bowiem w drodze tragicznego wyjątku powołana zostaje do specjalnego zespołu, który ma za zadanie doprowadzić do tego, by brat prezydenta znów zaczął mu logicznie doradzać i pomógł utrzymać w Stanach konserwatywną dyktaturę. Doktor McClellan godzi się na udział w projekcie dla siebie, córki i miłosnej niespodzianki, która decydować będzie o jej późniejszych wyborach.

Z punktu widzenia gatunku „Vox” określić możemy jako dystopię – negatywną wizję świata w tym przypadku reprezentowaną i narzucaną przez konserwatywnych chrześcijan. Zdaje się, że dla zachodniego świata te antyutopijne pomysły Dalcher są przerażająco skrajne, a na same słowa konserwatyzm, chrześcijaństwo i prawicowy fundamentalizm bohaterka Dalcher dostaje ataku białej gorączki. Fakt, zgodzę się co do tego, że licznik słów rażący prądem jest absolutną przesadą, ograniczeniem podstawowego prawa, odebrania kobietom wolności i godności.

Trzeba jednak zrozumieć, że w założeniu reformatorów jest to jedynie środek w osiągnięciu celu – społeczeństwa opartego na zupełnie innych zasadach niż dotychczas. Stąd inne, chciałoby się rzec, klasyczne elementy propagandy i środki wprowadzania nowej (nowej-starej, bo to nic, czego byśmy z historii już nie znali) ideologii: uczenia w szkołach dziewczynek szycia w ciszy, chłopaków zaś studiowania „książki o niewinnie brzmiącym tytule” Podstawy nowoczesnej filozofii chrześcijańskiej. Stąd „zaopiekowanie się” gejami poprzez wtrącenie ich do więziennych cel i wysłanie „cudzołożnic” na farmy Dakoty Północnej albo na pola kukurydziane Środkowego Zachodu. Wiem, wiem, brzmi to fatalnie, choć muszę się szczerze przyznać, że głośno parsknęłam przy biadoleniu nad „feministkami”, kobietami wyzwolonymi i kobietami nauki, którym (pomijając oczywiście elektryczny licznik) nic wielkiego się nie działo – musiały po prostu pracować w polu i – oj, oj straszne – zniszczyć sobie pięknie wypielęgnowane dłonie: ” Przechodzą mnie ciarki na myśl o tym, że Lin, drobna kobieta o potężnym mózgu, miałaby harować gołymi rękami, żeby odpokutować swoje grzechy namiętności.” No cóż, mnie jakoś nie.

Ale żeby nie było – nie popieram przedstawionych w książce metod „wychowywania” społeczeństwa; nie mówię, że tego, co przez ostatnie stulecie działo się w Polsce, Amerykanie nie są sobie w stanie nawet wyobrazić, dlatego przeraża ich samo wtrącenie do więzienia. Każdy przejaw narzucenia jakiejś swojej wizji społeczeństwa społeczeństwu przy zastosowaniu środków przymusu jest złem. Tylko że… autorka za pomocą swojej głównej bohaterki tak strasznie krytykuje otaczającą nową rzeczywistość… tak bardzo się obrusza na wychowywanie dzieci pod kątem słów z Listu do Koryntian: „głową każdego mężczyzny jest Chrystus, mężczyzna zaś jest głową kobiety, a głową Chrystusa – Bóg” czy z Księgi Tytusa: „Niech pouczają młode kobiety, jak mają kochać mężów, dzieci, jak mają być rozumne, czyste, gospodarne, dobre, poddane swoim mężom”… tak bardzo nie zgadza się na przemocowe metody stosowane przez obecną władzę, a co sama robi?

Fabularnie nie zdradzę, żeby nie spoilerować, powiem może tylko tyle, że w imię swoich zasad, w imię takiego porządku, jaki uważa za słuszny, doktor McClellan dopuszcza się dokładnie tego samego przeciwko czemu występuje – spisku i przemocy. Na tym de facto polegała też jej praca przed przewrotem – dla dobra ludzi z afazją Wernickiego i dla dobra nauki poświęcała żywe stworzenia, to znaczy przeprowadzała na nich doświadczenia ze swoim serum. Czyż z etycznego punktu widzenia to nie to samo, to nie takie samo coś za coś – eksperymenty na myszach, królikach, szympansach w zamian za lekarstwo, jak i milczenie kobiet w zamian za wprowadzenie lepszego w mniemaniu reformatorów ładu społecznego? Przecież „to tylko myszy – uspokajała mnie Lin, kiedy pracowałyśmy w naszym laboratorium w Georgetown. – Zastawiałabyś na nie pułapki, gdyby zakradły się do twojej spiżarni, prawda?”

Kiedy pracowała w laboratorium i zaczęła eksperymenty na zwierzętach doktor Jean McClellan wzięła sobie do serca złotą zasadę: nie nadawać imion. „Innymi słowy, nie myśleć o nich jak o żywych istotach, a wyłącznie jak o narzędziu umożliwiającym przejście z punktu A do punktu B”. Myślę, że zaskakująco podobnie myślą wszyscy, którzy zabierają się za „zrobienie porządku”, „wprowadzenie ładu społecznego”, „sprawienie, by żyło się lepiej”. Ich metody zaczynają nam jednak przeszkadzać dopiero w momencie, kiedy nie zgadzają się z naszymi albo co gorsza zaczyną nas ograniczać.

„Vox” w pewnym momencie zdecydowanie wytraca impet, a końcówka jest mocno niedopracowana. Zgadzam się z opiniami, które mówiły o zakończeniu, które wygląda tak, jakby sama autorka powieścią się znudziła i chciała ją jak najszybciej zakończyć. Niemniej ogromną zaletą tej książki jest to, że stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji. Dyskusji o naszej, realnej rzeczywistości, o propagandzie, o głupocie i bierności większości, która pozwala na szerzenie się ideologii. Każdej.

„Vox” Chistina Dalcher, wyd. Muza, tłum. Radosław Madejski, data premiery: luty 2019, liczba stron: 416.

cersei i jaime

Kazirodcze związki w królewskich rodach

Kazirodztwo od wieków interpretowano jako zachowanie przeciwne naturze. Zakaz wchodzenia w związki pomiędzy spokrewnionymi osobami tłumaczony był w różny sposób: jasne było to, że dzieci pochodzące z kazirodczego związku są bardziej chorowite i rodzą się z widocznymi deformacjami ciała. Używano także argumentu o „psychicznym” hamulcu przed wchodzeniem w seksualne relacje z bliskimi krewnymi. Wielkie królewskie rody różniły się jednak od zwykłych rodzin: podział władzy i majątku był podstawą ich przetrwania, a kazirodztwo w wielu przypadkach postrzegane było jako ochrona własnych dóbr. Pozwolenie na zawieranie kazirodczych małżeństw pojawiło się wśród egipskich faraonów, władców państwa Inków oraz w rodzie Habsburgów.

KAZIRODZTWO WŚRÓD EGIPSKICH FARAONÓW

Małżeństwa faraonów z siostrami zdarzały się bardzo często. Wynikały z nakazu poślubienia przez władcę Egiptu kobiety równej urodzeniem, czyli o królewskim pochodzeniu. Ponadto faraonowie uważali siebie za bóstwa, w związku z czym nie uznawali norm społecznych dotyczących „zwykłych” ludzi. Posiadanie kilku żon (żony głównej określanej jako „królowa” i żon dodatkowych o mniejszym znaczeniu) dawało faraonom możliwość posiadania licznego potomstwa, co zabezpieczało dziedziczenie tronu.

Rodzice Tutanchamona (ur. ok. 1342-39 p. n.e. – zm. 1333 p. n.e.) byli pełnym rodzeństwem (mieli wspólnego ojca i matkę) – co potwierdziły badania genetyczne odnalezionych mumii. Tutanchamon był dzieckiem żony drugorzędnej, z tego powodu nie był brany pod uwagę jako następca tronu, jednak zbieg okoliczności sprawił, że w wieku 10 lat został ogłoszony faraonem.

Mając lat 12 poślubił ze względów politycznych swoją przyrodnią siostrę Anchesenamon. Małżeństwo to umocniło jego pozycję władcy. Tutanchamon i jego małżonka dwukrotnie oczekiwali dziecka, jednak nie dane im było doczekać się potomstwa: ich pierwsza córka urodziła się martwa w piątym miesiącu ciąży, druga córka również urodziła się martwa w siódmym lub ósmym miesiącu. Faraon najwyraźniej cierpiał z powodu śmierci dzieci, ponieważ ich ciała kazał zabalsamować i umieścić w swoim grobowcu.

Badania mumii Tutanchamona ujawniły liczne choroby i wrodzone deformacje, z którymi zmagał się młody władca: faraon posiadał szerokie kobiece biodra, które były prawdopodobnie następstwem zaburzeń hormonalnych, jego lewa stopa była szpotawa, przez co musiał używać laski podczas chodzenia, cierpiał na jałową martwicę kości i malarię, a bezpośrednią przyczyną jego śmierci było – jak uważają badacze – zakażenie wywołane nieprawidłowym leczeniem złamanej kości nogi. Problemy zdrowotne Tutanchamona z pewnością miały związek z tym, iż był on dzieckiem z kazirodczego związku, z kolei problemy jego żony z donoszeniem ciąży wydają się oczywiste w świetle faktu, iż była ona jego przyrodnią siostrą.

Archeolog Howard Carter bada mumię Tutanchamona, „New York Times” 1923

Kazirodztwo w rodach faraonów dotyczyło nie tylko rodzeństwa. Ramzes II, zwany Ramzesem Wielkim, pojął za żonę swoją własną córkę Meritamon, która zajęła miejsce u boku faraona po śmierci swojej matki. Zapisy historyczne wskazują na to, że urodził się im syn, ale prawdopodobnie zmarł w młodym wieku. Swoją córkę poślubił także Amhotep III, na co zgodę wyraziła jego główna żona i jednocześnie matka dziewczyny. Ze związku z tego urodziło się kilkoro dzieci.

KAZIRODZTWO WŚRÓD WŁADCÓW INKÓW: TUPAC INCA YUPANQUI

Inkowie byli historycznym narodem zamieszkującym zachodnią część Ameryki Południowej. Stanowili dobrze rozwiniętą cywilizację o wysokiej kulturze. Władza nad państwem Inków była dziedziczna, a kolejni królowie byli czczeni jako bogowie. Państwo Inków posiadało dziewiętnastu władców, którzy – w odróżnieniu od swoich poddanych – byli poligamistami: posiadali żonę główną, której synowie dziedziczyli tron, oraz żony drugorzędne, których synowie mieli stanowić „zabezpieczenie”.

Dziesiąty król Inków noszący imię Tupac Inca Yupanqui (1471-1493) jako pierwszy wprowadził nakaz poślubiania przez władcę swojej siostry lub sióstr, co miało zapewniać czystość krwi i pełne królewskie pochodzenie kolejnych potomków. Zgodnie z wprowadzoną przez siebie zasadą Tupac pojął za żonę swoją siostrę o imieniu Mama Ocllo.

źródło: https://villsethnoatlas.wordpress.com

Podobnie postąpił ich syn, Huayna Capac: jedenasty król Inków pojął za żonę swoją siostrę noszącą imię Cusi Rimay, a po jej śmierci chciał ożenić się z kolejną siostrą Mamą Cocą, która odmówiła. Dodatkową żoną Huayana Capaca została jego kuzynka Toctollo – ich syn Atahualpa został trzynastym władcą Inków.

Atahualpa także podtrzymał rodzinną tradycję i ożenił się ze swoją przyrodnią siostrą Cuxirimay Ocllo. Atahualpa został stracony przez hiszpańskich konkwistadorów: oficjalnie skazano go za odmowę przyjęcia wiary chrześcijańskiej i kazirodztwo, natomiast prawdziwym powodem jego uśmiercenia była chęć grabieży złota i kosztowności Inków. Wdowa Cuxirimay Ocllo, nazywana przez Hiszpanów Doną Angeliną, została konkubiną przywódcy Hiszpanów – Franciszka Pizarro – i matką jego syna, którego Pizarro nigdy oficjalnie nie uznał.

Pierwsza ilustracja przedstawiająca Cuzco, Pedro Cieza de Leon, „Cronica del Peru”, 1553.

Kolejni władcy państwa Inków nie zachowywali już tradycji poślubiania sióstr. Ich panowanie przypadło na tragiczny czas walki z hiszpańskimi konkwistadorami, którzy próbowali siłą nawracać południowoamerykańskich Indian na wiarę chrześcijańską.

KAZIRODZTWO W RODZINIE HABSBURGÓW

Habsburgowie, potężny ród władający krajami europejskimi od XV do XVII wieku, nie chcieli dzielić się władzą ani majątkiem z osobami spoza kręgu rodzinnego. Stąd częste decyzje o poślubianiu osób spokrewnionych. Zwykle były to małżeństwa zawierane pomiędzy bliskimi kuzynami lub pomiędzy wujem i siostrzenicą. Wielokrotne kazirodcze związki sprawiły, że kolejni potomkowie Habsburgów rodzili się chorowici i z deformacjami widocznymi w ich wyglądzie.

Karol II Habsburg (ur. 1661 – zm. 1700) był ostatnim przedstawicielem rodu Habsburgów władającego Hiszpanią i jednocześnie nieszczęśliwą ofiarą wielokrotnych związków kazirodczych zawieranych przez jego przodków. W normalnej sytuacji człowiek w piątym pokoleniu posiada 32 przodków – Karol II posiadał ich jedynie dziesięciu! Sam był dzieckiem pochodzącym z kazirodczego małżeństwa wuja i siostrzenicy. Jego rodzicom – Filipowi IV i Mariannie – urodziło się (oficjalnie) pięcioro dzieci, z których tylko dwoje osiągnęło wiek dorosły. Marianna wiele ciąż poroniła, rodziła przedwcześnie martwe noworodki lub też śmierć dziecka następowała tuż po porodzie.

Martin van Meytens „Rodzina królewska”, 1754 rok
źródło: historicky.blog.cz

Karol, jedyny żyjący syn pary, okazał się dzieckiem słabym i chorowitym, opóźnionym w rozwoju fizycznym i umysłowym. Po swoich przodkach odziedziczył także tzw. habsburską wargę: wielka żuchwa i obwisła dolna warga sprawiały, że nie był w stanie prawidłowo mówić i jeść, nie potrafił także domknąć ust, z których cały czas leciała ślina. Przed 35-tym rokiem życia Karol II stracił zęby i wyłysiał, a na dwa lata przed swoją śmiercią ogłuchł.

Został królem mimo swojego widocznego upośledzenia umysłowego i fizycznego. Zaaranżowano także jego małżeństwo, którego celem było spłodzenie kolejnego następcy tronu. Karol II nie doczekał się potomstwa ani z pierwszą żoną Marią Ludwiką (która nie akceptowała małżeństwa z ułomnym mężczyzną), ani z drugą żoną Marią Anną, czego powodem była prawdopodobnie bezpłodność króla będąca efektem pochodzenia z kazirodczego związku. Był świadomy swoich chorób i głęboko cierpiał z ich powodu.

Źródła:

Maria Rostworowska, „Historia państwa Inków”, PWN 2007.

Robert Foryś, „Gambit hetmański”, Wydawnictwo Otwarte 2016.

„Faraonowie. Ludzie-bogowie-władcy”, praca zbiorowa, Wydawnictwo Polityka 2018 .

pierwsze posłanki

„Na tyłach” walki o Polskę – Zofia Moraczewska

Działaczka społeczna, polityk, „posełka” na sejm, nauczycielka, założycielka kół kobiecych, edukatorka, żona, matka, gospodyni domowa. Żywo i prężnie działająca na co dzień, dziś w cieniu wielkich męskich nazwisk, których sława nie byłaby może tak wiekopomna, gdyby nie ona i kobiety jej podobne.

(1873 – 1958)

Zofia Moraczewska, z domu Gostkowska. Informacja ta jest o tyle istotne, że jej ojciec był rektorem Politechniki Lwowskiej, a więc Zosia i jej siostry wywodziły się z bardzo charakterystycznego środowiska. Odebrała najpierw domowe, później dalsze wykształcenie w Zakładzie Wyższym Naukowym Żeńskim W. Niedziałkowskiej oraz Seminarium Nauczycielskim Żeńskim we Lwowie. Najpierw zarabiała na swój byt, wykonując pracę nauczycielki, później obowiązek utrzymania rodziny przejął mąż – Jędrzej Moraczewski.

„Zdaje mi się, że kocham”

Paradoksalnie, biorąc pod uwagę do czego obydwoje państwo Moraczewscy w przyszłości doszli, rodzice Zofii nie byli zbytnio zadowoleni z jej życiowego wyboru. Tym bardziej, że na początku ich córka doprowadziła nieomal do skandalu towarzyskiego. Przed jednym z kinderbali poznała pana Andrzeja, którego postanowiła kokietować. Zagadywała, dała bilecik oraz największy order dla dobrze tańczących, choć wszyscy wiedzieli, że z Jędrzeja to żaden tancerz. Przysiadła obok na kolacji i pierwsza wszczęła rozmowę, choć to absolutnie nie uchodziło. Tak samo jak później, gdy wybranek odwzajemnił uwagę i po dłuższym czasie znajomości zaproponował, że listownie podzieli się z nią wrażeniami z wakacji. A dorosłej pannie pod żadnym pozorem nie wolno było korespondować bez kontroli z mężczyzną. Ha, co Wy na to współczesne dwudziestolatki?! Zofia się nie zgadza. Za pierwszym razem, bo za drugim przestaje już przejmować się konwenansami;) Dużo rozmawiają, wspólnie interesują się polityką, wstępują do partii. W październiku 1896 roku biorą ślub.

Zofia i Jędrzej Moraczewscy, fot. Edward Trzemeski, 1896, Biblioteka Narodowa

Dolce far niente

Dzięki pracy Jędrzeja, który nadzoruje budowę odcinków kolei, dużo jeżdżą. Nie tylko po Galicji. W listopadzie 1899 roku przeprowadzają się do Dalmacji (wówczas część Austro-Węgier). Zamieszkują w Splicie i będzie to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu Zofii. Bo wszystko jest niedrogie, nie trzeba palić w piecu, przez okno widać morze. Zamiast pasztetów i legumin, zdrowo się odżywiają dorodnymi warzywami, owocami, świeżymi rybami i smaczną oliwą. Jędrzej dużo pracuje, dlatego Zofia codziennie rano wychodzi z książką nad morze i „całe dnie spędza dryfując po Adriatyku zatopiona w czytaniu i zachwycie”. Czas spędzony w Spalato, to chyba jedyny okres w jej życiu pełen beztroski i codziennego, śródziemnomorskiego spokoju. Niestety praca męża dobiega końca i czas wracać do domu.

„Bardzo mi dziwno”

Zofia rodzi pierwsze dziecko w 1901 roku. Niespełna rok później mały Tadzio umiera. „Lekarz od razu rozpoznaje szkarlatynę – we wsi zachorowało już kilkoro dzieci, ale państwo Moraczewscy o tym nie wiedzieli. Medyk nawet nie chce zbliżyć się do dziecka – na twarzy pojawiły się już sine plamy – z odległości kilku metrów stwierdza zgon i wychodzi.” Zofia nie najlepiej znosi stratę, Jędrzej wcale nie lepiej. wyjeżdżają na urlop do Włoch na dwa tygodnie. Rok później rodzi się Kazik.

Jędrzej dostaje awans, a więc kolejne przenosiny. I kolejna ciąża. Wanda rodzi się latem 1905 roku. Dwa lata później ukochany mąż zostaje wybrany na posła do austriackiego parlamentu. A trzydziestoletnia Zofia rodzi czwarte dziecko – „Adaś przychodzi na świat tego samego dnia, w którym zatwierdzono kandydaturę jego ojca”. Zajmuje się domem i dziećmi. Męża prawie nie widuje. Sama o swoim życiu pisze w liście do siostry:

„Mój Boże – ja sama nie wiem, co to jest – czym jest moje życie – gdzie się czas podziewa – wiem tylko – a raczej odczuwam, że gdzieś lecę bez pamięci – że ludzie, rzeczy, wrażenia, godziny przemykają mi się przed oczyma z bajeczną jakąś szybkością… Co dziś robiłam? Rano o siódmej gotowałam kawę, grzałam śmietankę i mleko. Potem rozdawałam dzieciom śniadanie, sprzątałam na gwałt w pokojach – o dziesiątej byłam już na mieście, na poczcie, nadawałam rozmaite pieniądze i listy w sprawach publicznych, przyleciałam do domu, gotowałam na gwałt sama obiad. Po obiedzie leżałam na kanapie dosłownie pięć minut, po czym zerwałam się, myłam z Hanią naczynia, garnki i wyszorowałam kuchnię. Przed chwilą rozpaliłam w piecu w sypialni, ponieważ pozimniało na dworze.

Ale Zofia nie narzeka. Odnalazła lekarstwo na nieobecność męża i oderwanie się od dzieci – sprawę społeczną.

„Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”

Cały czas zamieszkująca w Stryju Zofia organizuje przedsiębiorstwa spółdzielcze – piekarnię, masarnię i szwalnię. W piekarni jest dostawczynią, w szwalni skarbniczką. Jest też suflerką w teatrzyku amatorskim. Organizuje wykłady i spotkania patriotyczne, na których sama przemawia. Zaangażowała się w powstanie galicyjskiego czasopisma „Głos kobiet”. Wybuch wojny w niczym jej nie przeszkadza, tylko na moment zmusza do przeorganizowania. Pomimo że musiała uciekać ze Stryja i wylądowała na Śląsku, nie przeszkodziło jej to w zajęciu się finansowaniem Legionów. „Polska formacja działająca w ramach armii austriackiej pieniędzy ma na razie tylko tyle, ile uzbierają dla niej kobiety – te z Królestwa, i te z Galicji. Pieką ciasta, robią słodycze i chodzą z nimi po domach, zbierając fundusze.”

Posłanki na posiedzeniu klubu parlamentarnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w sejmie (Zofia Moraczewska siedzi trzecia od prawej), 26 listopada 1930, Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1915 roku powstaje Liga Kobiet. Od 1916 roku Zofia staje na jej czele i robi z organizacji prawdziwą potęgę. Liga zbierała olbrzymie fundusze dla Legionów. Szeregi Ligi rozrosły się do trzynastu tysięcy członkiń (Jeżeli wydaje Wam się, że to niewiele, spróbujcie stworzyć dziś taki ruch. I weźcie pod uwagę niezwykle sprzyjające organizowaniu się kobiet ówczesne warunki społeczne i kwestię rozbiorów). Pomimo represji prowadzonych przez administrację austriacką, które doprowadziły w 1917 r. do rozwiązania Ligi, Zofia zorganizowała przejście do działalności konspiracyjnej. Władze austriackie miały nawet wszcząć śledztwo w sprawie antypaństwowej działalności tworzących go kobiet. Nie zdążyły.

„Gdybym mogła zacząć życie na nowo – oddałabym wszystkie myśli i całą duszę moją tej sprawie”

Zofia Moraczewska startowała w uzupełniających wyborach z okręgów na obszarach włączonych do odrodzonego państwa w 1922 roku. Została posełką z okręgu krakowskiego i dołączyła do grona pięciu posłanek wybranych trzy lata wcześniej. Nie owijała w bawełnę. Doskonale znała się na tym, czym się zajęła, a więc kwestią edukacji, warunkami pracy kobiet i służbą zdrowia. Jej niezależność wielokrotnie doprowadziła do odchodzenia z partii, do których należała i odchodzenia z polityki w ogóle na dłuższy czas. Ale zawsze wracała. Nawet po tragedii, jaka dotknęła Moraczewskich w 1920 roku. W walkach z bolszewikami zginął ich najstarszy syn, siedemnastoletni Kazimierz.

Zofia Moraczewska za walkę o niepodległość ojczyzny i niepodległość kobiet zapłaciła najwyższą cenę. Poświęciła nie tylko całe swoje życie zawodowe, ale i rodzinne. Przeżyła swoich rodziców, siostry, męża i czwórkę dzieci.

Jędrzej zginął 5 sierpnia 1944 r., ugodzony odłamkiem pocisku w czasie niemiecko-sowieckich walk o Sulejówek. Wanda została aresztowana przez Niemców i zmarła na Pawiaku w 1942 r. Najmłodszy syn, Adam, doktor historii, działał w Związku Walki Zbrojnej. Zajmował się kontaktami z polskimi placówkami na Węgrzech. W trakcie trzeciej wyprawy został aresztowany, poddany śledztwu i wysłany z jedną z pierwszych grup więźniów do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł z wycieńczenia 31 października 1941 r.

Do końca życia mieszkała w Sulejówku. Pracowała nad biogramami działaczek kobiecych międzywojnia, m.in. Marii Piłsudskiej. Planowała wydanie „Encyklopedii polskiego ruchu kobiecego”. Zmarła w 1958 roku.

Odznaczona Krzyżem Kawalerskim (1927), Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1930) i Krzyżem Niepodległości (1931).

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved