website-logo
królowe balu

To życie pachnie jak szlugi i kalafiory

Nie przepadam za polską literaturą najnowszą. Albo jest o niczym, albo bawi się formą, a… raczej nie za dobrze jej to wychodzi. Ale wśród wydawniczego chłamu zajaśnieje czasem jakaś perełka. Tym razem to lukrowana, „odważna i ekstrawagancka powieść” Malwiny Pająk.

Królowe balu

Nie zdradzę Wam za wiele, bo przeczytacie to już na okładce książki, gdy napiszę, że powieść skonstruowana jest z wycinka życia dwóch kobiet: 25-letniej Julki i 36-letniej Anki. Niby każda prowadzi dwa zupełnie odmienne tryby życia, niby bohaterki funkcjonują w totalnie odmiennych światach, ale przez dość długi czas, bo około pierwszych trzydziestu stron myślałam, że bohaterka jest tylko jedna. I nie jest to wina mojego nierozgarnięcia, cała narracja toczy się bowiem w pierwszej osobie i… pomimo że bohaterki te są tak różne, w swojej samotności, rozczarowaniu i nieufności do każdego elementu otaczającego ich świata stają się jedną osobą – współczesną polską kobietą, której żadna porcja lukru nie osłodzi gorzkiego smaku ich życia.

Dużym plusem konstrukcji „Lukru” jest to, że bohaterki są wiarygodne, są postaciami z krwi i kości. Też miałam co prawda problem z początkiem i tym, że Julka, dziewczyna pracująca w gastro z wyższej półki, mająca za sobą trudne dzieciństwo i transseksualną przyjaciółkę, z którą czasem sypia, sprzedaje kokainę jakby rozwoziła po Warszawie ziemniaki (uważam, że porównanie jest idealne, dlatego zapożyczam z jednej z podobnych recenzji o tej książce). Ale… może się nie znam. Może jakby zaczepił mnie na imprezie dziwny typ i zaproponował sprzedanie jakiejś ogromnej ilość narkotyku za 30% od utargu, też bym tak po tej Warszawie ganiała. I to bez szemrania.

Tak jak bez szemrania (do pewnego granicznego momentu) funkcjonuje typowa, acz ceniona korpobicz zamieszkująca luksusowe mieszkanie, które na zmianę spłaca z wysportowanym mężem. Szkoda tylko, że mieszkają razem-a-osobno, że sypiają razem-a-osobno, rozmawiają… w ogóle nie rozmawiają, a uroczą, piękną i młodą koleżankę męża Anka poznaje dopiero przypadkowo na mocno zakrapianej tequilą imprezie u koleżanki z byłej pracy. Koleżanka właśnie wróciła z Hiszpanii:

Stara było zajebiście, słońce, plaża, seks na plaży, drinki z palemką, koktajle z krewetkami za dwa euro… Ale z dzieckiem wszystko wygląda inaczej. Przyda się pomoc dziadków, poza tym Jacek chce wrócić do zawodu, a tam nie ma na to szans (…) Polska jest smutna jak pizda zakonnicy, ale cóż, dziecko wywraca piramidę potrzeb do góry nogami. Z tym małym gnojkiem nic nigdy już nie będzie takie samo.

Niemiłość

Mówi się, że powieść Pająk to nowe ujęcie kobiecości. Nie wiem, czy nowe, ale na pewno mi, i wydaje mi się, że większości z nas, bliskie. Jej bohaterki to inteligentne, silne, krytyczne wobec siebie i innych kobiety, które równocześnie wiedzą i nie wiedzą czego chcą. Którymi targają sprzeczne emocje ujarzmiane przez racjonalność, kiedy trzeba wstać do pracy, ogarnąć siebie i kaca, zarobić na życie i marzenia, których realizacja odkładana jest wiecznie na później. Pełno tu przelewających się pieniędzy „warszawki” – drinki za trzygodzinną stawkę barmana, który je podaje, narożnik do salonu za 7 tysięcy, Louis Vuitton na stopach, squash wieczorem, wakacje na końcu świata… Ale i senne koszmary, pot, łzy, podpuchnięte oczy i kac gigant. Anka doskonale zna cenę swojego życia na kredyt, a raczej właśnie jest w trakcie jego wyceny.

Ma 36 lat, mąż żąda separacji, bo chcę przez chwilę pożyć, jakby ciebie nigdy nie było. Poświęciła wszystko pracy, która, owszem, sprawiała jej dużo satysfakcji, ale bez niej pozostała w pustym mieszkaniu, którego nie cierpi i zbyt dużą ilością czasu na to, by rozejrzeć się wokół siebie. A wtedy dostrzega coś, z czym na co dzień musi zmierzać się Julka.

Każda z nich pomimo uporu, wyszczekania, (pozornej?) pewności siebie, pomimo tego, że znają reguły tego bezwzględnego świata, pogrąża się w samotności. Samotności, która jest domeną, znakiem, symbolem naszego czasu. I z którą nie można nic zrobić, bo każda podejmowana przez bohaterki próba, kończy się jeszcze większym rozczarowaniem, jeszcze większą ilością alkoholu i koksu, jeszcze większą ilością goryczy i samotności. I założę się, że choć każda z nas, śledząc po raz kolejny wchodzenie Julki do warszawskiej willi jej chłopaka, myśli sobie: „Dziewczyno, ewidentnie jest coś nie tak, po pierwsze halo, dostarczałaś mu koks, po drugie takie historie à la Kopciuszek tylko u Walta Disneya i reszty podróbek!”, nie powie na głos słowa krytyki, bo nie oszukujmy się – nie obce nam są ani motywacja, ani zachowanie Julki.

Podobno mężczyznom źle czyta się tę książkę. Że za dużo ciągłego rozkminiania życia, że misz-masz myślenia o przeszłości i przyszłości przy jednoczesnym ogarnianiu dnia obecnego, że sprzeczne emocje zatapiane w alkoholu… No tak jakby – witamy w kobiecym świecie. Poza tym to właśnie w tej książce jest dobre – autorka stawia oczywiste tezy i czasami ocierające się o banał wnioski, ale rozłożenie akcentów, dzielenie włosa na czworo, krytyczne pokazanie chyba wszystkich środowisk, począwszy od korpoświata, przez środowiska LGBTIQ, o których tak głośno dzisiaj, przez patologię małych miast i miasteczek, ale także wyrafinowaną przemoc i wyuzdanie stolicy, powoduje, że od tej książki bije odświeżającym, wielokolorowym pesymizmem:

Od małego miałam jasno wytyczone zadania: dobrze się uczyć, zachowywać skromnie, nie pyskować. (…) Dopiero teraz zaczynam rozumieć… Niby niezależna, ale tak naprawdę spolegliwa. Niby inteligentna i wykształcona, ale godząca się w milczeniu na scenariusze rozpisane przez innych ludzi. Posłuszna córka, uległa żona, perfekcyjna biurwa. Perfekcyjna kurwa. Sprzedałaś się, Anka.

My

Choć autorka wyraźnie sympatyzuje z lewicowym podejściem do życia i społeczeństwa, nie mam z tym żadnego problemu, bo robi to bardzo inteligentnie, by nie powiedzieć mądrze. „Lukier” jest nie tylko o tym, co dzieje się obecnie na naszym polskim podwórku, a co opisanie jest warsztatowo bardzo dobrze. Tę książkę czyta się bowiem lekko (tym razem to zaleta), barwne opisy od samego początku wciągają czytelnika, a granice pomiędzy mentalnymi światkami zarysowane są grubą kreską. Pająk odwala jednak w swojej książce dobrą robotę za pomocą gumki w ołówku, którą te granice zaczyna rozmazywać i zacierać. „Lukier” stara się bowiem przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie o to jak jesteśmy samotni i pozostawia nas bez odpowiedzi na pytanie o to dlaczego. I podoba mi się sposób, w jaki autorka to robi. Nie ma u niej niby tak oczywiście modnego, a fałszywego dzisiaj podziału na prawicowość i lewicowość. Jak słusznie zauważyła Zofia Ulańska w swojej recenzji w Popmodernie, jest znacznie bardziej banalny, ale według mnie prawdziwszy podział na starych i młodych, biednych i bogatych, obsługiwanych i obsługujących, tych, którzy mieli mniej i tych, którzy mieli więcej szczęścia w dzieciństwie, tych, którzy radzą sobie w życiu lepiej i tych, którzy nie dają sobie rady z niczym.

Kolorowa, lecz smutna to diagnoza. I choć w „Lukrze” znajdziemy czasem jakieś nierozbite do końca grudki cukru (choćby zakończenie zdecydowanie zawodzi) warto po niego sięgnąć, by samemu zadecydować, na czym nam na co dzień bardziej zależy – na lukrze czy nadzieniu.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Lukier” Malwiny Pająk (Wydawnictwo Znak Litera Nova, data wydania: 13 luty 2019, liczba stron: 364)

Kopia Projekt bez tytułu

Diament – kamień, który rozpala wyobraźnię

Nazwa diament to z łaciny „niezniszczalny”. Jako substancja cieszy się niezwykłymi własnościami fizyko-chemicznymi. Dla finansistów diament to wciąż dobra, choć specyficzna inwestycja – bardzo dochodowa, lecz podobnie jak dzieła sztuki, obarczona ryzykiem. 

W powszechnej świadomości diament to przede wszystkim symbol – trwałości, wierności, tradycji i szlachetnego pochodzenia. Te szczytne wartości, obok jego urody, a czasem może bardziej niż ona, powodują, że jest najbardziej pożądaną ozdobą biżuterii. Zwłaszcza tej, która ma przetrwać pokolenia, świadczyć nie tylko o statusie majątkowym, ale również szczerych intencjach obdarowującego albo jej posiadacza. 

Brylant i blichtr

Wciąż większość z nas wyobraża sobie diament jako migotliwy klejnot w formie brylantu. Co ciekawe, ten oczywisty kształt w formie stożka o licznych fasetkach powstał dopiero w XX wieku, dzięki usprawnieniu narzędzi i technik jubilerskich. Gładka tafla diamentu rozbłyska blaskiem odbitym wewnątrz kamienia przez drobne fasetki umieszczone na spodzie, a sztuczne światło rozmieszczone punktowo nadaje spektakularny efekt zwłaszcza jasnym i nieskazitelnie przejrzystym kamieniom. To właśnie one osiągają zawrotne ceny, o których próżno marzyć zwykłym śmiertelnikom. Na ich wzór powstały liczne imitacje od cyrkonii i szkła ołowiowego, po dostępne jako markowe, syntetyczne kryształy. Dobrze wyglądają na czerwonym dywanie i koronowanej głowie, choć niekoniecznie są już marzeniem każdej księżniczki. 

lookrecyadreamjewelry.com

Eksplozja koloru

W czasach, kiedy królują trendy eko i slow, większe wrażenie zdają się robić pomysł i oryginalność na biżuterię niż po prostu brylant wielkości kurzego jaja. Furorę robią diamenty o oryginalnych kolorach i kształtach, a trend na kamienie nieperfekcyjne, ale za to oryginalnie wybarwione, oszlifowane i oprawione powoli dociera także do Polski. To nic, że czarny diament nie jest idealnym kryształem – w tajemniczy sposób potrafi osiągać ceny podobne brylantom. Czarne inkluzje, owszem obniżają wartość rynkową diamentów, ale w żadnym razie już ich nie dyskwalifikują. Białe diamenty nakrapiane czernią dostały nawet własną nazwę  – Salt&Pepper, a ich urok mierzy się nie brakiem czarnych wtrętów, ale ich ciekawym rozmieszczeniem i efektem plastycznym. Za względu na ten efekt wciąż na popularności zyskują diamenty kolorowe, prezentujące całą paletę barw. Oprócz tego, że występują prawie we wszystkich odcieniach, to czasem kolory mieszają się w obrębie jednego kamienia, jak biele z rudością, szarości z brązem lub niebieskości z drobinkami czerni. To co odstrasza tradycyjnych inwestorów, szukających potwierdzenia wartości w sztywnych tabelach, przyciąga ludzi ceniących oryginalność i malarskie zdolności Matki Natury. 

Vintage look

Nowe spojrzenie padło również na kształt diamentów, gdzie popularny przez lata szlif brylantowy ustąpił nieco szlifom vintage. Największe triumfy święci obecnie szlif rozetowy znany już od 500 lat. Od spodu płaski o zewnętrznych fasetach naśladujących ułożenie płatków róży, w języku angielskim zwany po prostu Rose Cut. 

Czy to wyłącznie moda na powrót do przeszłości? Otóż nic bardziej mylnego. Ten typ szlifu ma dwie charakterystyczne cechy. Po pierwsze nieco geometryczny i mniej wystawny, paradoksalnie bardziej wpisuje się we współczesną, nieco prostszą estetykę niż brylant olśniewający ilością mikrorozbłysków. Po drugie fasety umieszczone na zewnątrz kamienia to zdecydowanie dużo lepsze rozwiązanie dla kamieni o mniejszej przejrzystości, z czarnymi diamentami na czele. Światło odbija się pięknie na zewnątrz, tam gdzie ma taką możliwość, kiedy nie – wpada do wnętrza w pełni przejrzystego kamienia. Urok diamentów rozetowych, starych szlifów i kształtów fantazyjnych podbija serca miłośników diamentów po latach fascynacji klasycznymi brylantami. Cenione za najpiękniejsze odbicie światła brylanty są wciąż podstawowym kształtem kamienia najwyższej jakości i przejrzystości, jednak pod względem urody minerału opinie są dziś mocno podzielone.

Diament, ale jaki?

Nic dziwnego, że decyzja o zakupie diamentu należy do jednej z trudniejszych. Wybór jest duży, a mnogość możliwości utrudnia pracę nawet wykwalifikowanym rzeczoznawcom jubilerskim. O ile w ocenie autentyczności kamienia przychodzą z pomocą zaawansowane technologicznie narzędzia, to cena kamieni o nietypowej urodzie, oryginalnej barwie i ciekawym rysunku, jest często nieoczywista, a czasem wręcz bardzo subiektywna. Wbrew pozorom może być to zaletą.

Podczas, gdy tradycyjne brylanty mają tradycyjnie wysokie ceny, wśród nietypowych okazów można znaleźć prawdziwe perełki. Nie ma się co łudzić, że znajdziemy pokaźny brylant w okazyjnej cenie ? prawdopodobnie będzie to imitacja albo kamień o licznych wadach. Jeśli natomiast liczy się dla nas wyjątkowy efekt plastyczny, paleta kolorystyczna godna najznamienitszych malarzy i oryginalny rysunek inkluzji, to wśród najprawdziwszych naturalnych diamentów w rozsądnej cenie możemy znaleźć prawdziwe unikaty, wyjątkowe skarby stworzone przez Matkę Naturę.

wieczór-Kobieta-z-klasą-III

Kobiety, wino i… savoir-vivre – I spotkanie Kobiet z klasą

Szkoleń, coachingów, spotkań, na których występują przeróżni mówcy, jest teraz w ofercie rynkowej co nie miara. Ale my chciałyśmy czegoś innego, wyjątkowego. Pomysł na wieczór był prosty: kameralna atmosfera, merytoryczne szkolenie, nietypowe miejsce i wspaniali goście.

Wyszło nam 2 w 1 – przyjemne z pożytecznym. Udało nam się nawiązać współpracę ze wspaniałymi kobietami z krakowskiego stowarzyszenia Kobiety i wino i do programu szkolenia z savoir-vivru dołączył kolejny punkt – wino. Bowiem niby prosta sprawa jak się z winem obchodzić, a już pić to w ogóle!

Okazuje się jednak, że nie! Tak jak niby oczywistą sprawą jest to jak siadamy na krześle, jak posługujemy się sztućcami, jak rozmawiamy z innymi ludźmi, tak i z winem powinno być łatwo. A figa! Stąd nasze szkolenie – prawdziwa kobieta z klasą, żeby nie użyć wielkiego słowa – dama, którą tak naprawdę w głębi serca każda kobieta chciałaby być, musi wiedzieć jak obchodzić się nie tylko ze sobą i innymi ludźmi, ale i z winem!

Tuż po przywitaniu przez gospodynię i sprawczynię całego zamieszania, naszą Redaktor Naczelną, wszystkich gości, specjalistów oraz ekipy z Piwnicy pod Baranami, szkolenie rozpoczęła dr Irena Kamińska-Radomska. Pani Ireny nie trzeba przedstawiać, jest nie tylko najwyżej klasy specjalistą od savoir-vivre’u i stosunków międzynarodowych, wykładowcą na różnych uczelniach, ale od jakiegoś czasu bierze także udział w telewizyjnym programie „Projekt Lady”. Tym bardziej jesteśmy dumne i szczęśliwe, że jest ambasadorką naszego portalu!

Nie możemy zdradzić zbyt wielu szczegółów, bo to tajemna wiedza, którą posiadł ten, kto był na spotkaniu, ale możemy uchylić małego rąbka tajemnicy, o czym opowiadała nasza specjalistka. Pani Irena skupiła się na kłopotliwych i newralgicznych sytuacjach, które świadczą o nas w bardzo konkretny sposób. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, ile można wyczytać i ile można wskórać uściskiem dłoni, umiejętnym włączeniem się do rozmowy i odpowiednią autoprezentacją. Oprócz wykładu i przekazania nam konkretnej puli wiedzy, były też małe ćwiczenia i test, żebyśmy dobrze zapamiętali odpowiedź na pytanie czy podnosimy widelec, który upadł nam w restauracji albo czy wypada poczęstować się winogronami leżącymi tuż obok serów na szwedzkim stole. Każdy, kto chciał, mógł zadać pytanie naszej ambasadorce, skomentować podawany przez nią przykład lub opowiedzieć o swoim własnym doświadczeniu. A z takiej opcji goście często korzystali, dzięki czemu podczas spotkania panowała sympatyczna i niczym nie skrępowana atmosfera. No, prawie niczym, bo oczywiście każdy zachowywał przyzwoite maniery i zasady savoir-vivre’u.

Po dwugodzinnym szkoleniu czekała nas jeszcze druga opowieść, nie mniej przyjemna i interesująca. Tym razem kolejne dwie godziny spędziliśmy, podróżując po winnicach całego świata. Jedna z najlepszych polskich sommelierek, pani Anna Bocheńska, roztoczyła przed nami widoki i zapachy południowej Doliny Rodanu, hiszpańskiego regionu Penedes i słonecznego, włoskiego Veneto. Jako aperitif pani Ania zaserwowała nam rześką, wytrawną, musującą hiszpańską Cavę, żebyśmy mogli porównać ją sobie z pierwszą poważną pozycją na naszych stolikach – włoskim Prosecco o owocowym aromacie, z wyraźnym akcentem brzoskwini, zielonego jabłka i akacji. Później było tylko lepiej – nowozelandzkie Sauvignon Blanc z aromatami limonki, mango, czarnej porzeczki i agrestu, które niezwykle zmienia swój smak w zależności od tego, co do niego skosztujemy – ale co kosztowaliśmy to nasza słodka tajemnica;) Dużym zaskoczeniem wieczoru była polska propozycja – orzeźwiające różowe wino z winnicy Turnau. Degustację zakończyliśmy dwoma, mocnymi czerwonymi winami wytrawnymi.

Pani Ania zupełnie przeniosła nas w swój świat. Nie tylko nauczyła wina otwierać, kosztować, przechowywać, czytać etykiety, ale także zdradziła sekrety swojego fachu.

Wieczór oczywiście odrooobinkę nam się przedłużył, bo nikt nie chciał wracać do domu, wszyscy najpierw zasłuchani i zaabsorbowani tematami, potem dopytywali o szczegóły i poszczególne sytuacje. Goście zostali pożegnani małymi upominkami nie tylko przez nas,; nasza ambasadorka tak jak każdego z gości przywitała z osobna (prawie wszystkie imiona zapamiętując!), tak również z każdym naszym gościem się pożegnała!

Opinie gości o wieczorze:

Pani Patrycja: „Spotkanie naprawdę było super :) Uważam, że to bardzo ciekawy pomysł – oba tematy były interesujące. To że udało się połączyć dwie dziedziny i spotkać dwie różne, ale urocze i profesjonalne osoby, to dodatkowy atut. Pomysł na pewno godny powtórzenia.”

Pan Piotr: „Do spotkania organizowanego przez kobiety dla pań, podchodziłem sceptycznie. Na początku czułem skrępowanie, że może jako mężczyzna nie powinienem brać udziału. Jednak ostatecznie zdecydowałem się uczestniczyć i to była świetna decyzja. Oprócz mnie, było również kilku innych mężczyzn na sali. Samo spotkanie przebiegało w bardzo miłej, przyjaznej atmosferze. Ogromna dawka wiedzy, znajomości na rzeczy i uśmiechu. Spotkanie zostanie przeze mnie zapamiętane na dłuuugi, długi czas. Myślę, że zamiast żyć uprzedzeniami, należy brać z życia to co najlepsze, również od kobietazklasa.pl.”

Pani Ewa: „Klimatycznie i sympatycznie, spotkanie w ogóle nie było nadmuchane. Wszyscy zachowywali się z klasą, ale nie w sposób krępujący, wręcz przeciwnie, wcale nie było sztywno! Pani Irena Kamińska-Radomska – fachowiec w najlepszym wydaniu. Mówiła do nas dwie godziny, a wszystko było tak interesujące i tak lekko opowiedziane, że nie trzeba było się nawet za bardzo skupiać, żeby zapamiętać podstawowe zasady zachowania i w sytuacji biznesowej, i przy stole, i w restauracji. Bardzo przydatne na co dzień informacje. Do tej pory nie zwracałam uwagi na pewne swoje zachowania i fakt, jak ktoś obcy może je odbierać. Od tego wieczoru zdecydowanie będę!”

Pierwszy sezon serialu „Sharp Objects” ostry jak brzytwa

Dramat o kobietach, kryminał trzymający w napięciu oraz rewelacyjna obsada. Tak w skrócie można opisać serial „Ostre przedmioty” (2018) produkcji HBO z Amy Adams w roli głównej.

Po sukcesie innej produkcji HBO „Wielkie Kłamstewka” (którego 2 sezon już 9 czerwca!) stacja telewizyjna postanowiła powierzyć Jean-Marcowi Valléemu kolejny kobiecy dramat psychologiczny. 8 odcinków, do których scenariusz powstał na podstawie literackiego debiutu Gillan Flynn o tym samym tytule. Czołówka serialu daje wyraźnie do zrozumienia, że będziemy mieć styczność z serialem jakościowym. Serialem, który ma bardzo specyficzny klimat: wszechogarniający półmrok, skomplikowane psychologiczne postaci, gra prowadzona z widzem, w której z każdym odcinkiem wszystko komplikuje się coraz bardziej.

Powrót do korzeni

Camille Parker (Amy Adams) to dziennikarka, która zostaje wysłana do swojego rodzinnego miasteczka w stanie Missouri, by zająć się sprawą morderstwa dwóch młodych dziewczyn. Powrót do korzeni okaże się nie tylko wyzwaniem zawodowym, ale również skonfrontowaniem z traumami i z ludźmi, którzy do tych traum doprowadzili. Camille niewiele zdradza o sobie samej. Widz wie jedynie na początku, że główna bohaterka za pomocą alkoholu i samookaleczania usiłuje rozwiązać swoje problemy, a raczej o nich zapomnieć.

Gęsta, gorąca, ciasna i wręcz klaustrofobiczna atmosfera miasteczka swoje apogeum znajduje w napięciu pomiędzy Camille a jej matką (Patricia Clarkson). Ta dwójka nie potrafi znaleźć porozumienia ze względu na wydarzenia z przeszłości i ogromny żal do siebie nawzajem. Duet okazuje się być trójkątem, ponieważ młodsza siostra Camille- Amma (Eliza Scanlen) buntuje się przeciwko nadopiekuńczej matce, a tym samym zbliża się do dawno niewidzianej siostry. Morderstwo i próba odnalezienia sprawcy stanowi jedynie szkielet całości, a prawdziwe sedno serialu ukryte jest znacznie głębiej.

Przeszłość, przeszłość, przeszłość

Od pierwszego odcinka atmosfera serialu jest bardzo tajemnicza i poruszająca. Zbrodnia i śledztwo schodzą na drugi plan, a całą akcję napędzają bardzo umiejętnie wprowadzane retrospekcje Camille. To dzięki jej powrotom do wydarzeń z przeszłości, które ściśle związane są z jej rodzinnym miasteczkiem i matką dowiadujemy się prawdy.

Ten serial to mozaika, która wymaga cierpliwości w układaniu. Nic nie jest oczywiste, nic nie jest takim, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka. Migawki, które otrzymuje widz tylko utwierdzają nas w przekonaniu, jak trudne jest przebywanie w tym hermetycznym środowisku, w którym każdy zna Camille lepiej niż ona sama.

Muzyka, której słucha główna bohaterka tworzy niezwykłe tło i staje się osobnym narratorem (po serialu ścieżka dźwiękowa zostanie z Wami na dłużej, gwarantuję;). Analiza Camille jest stopniowa, ale z drugiej strony drastyczna i skomplikowana. Aktorskie trio kobiece gra pierwsze skrzypce, a każda z nich jest tak przekonująca, że czasem trudno uwierzyć w nauczony na pamięć scenariusz. Są to postaci totalne – każda bardzo przemyślana, połączona z drugą, kreowane konsekwentne, ale nie oczywiste. Dialogi pomiędzy matką a córkami trzymają w napięciu do ostatnich linijek.

Tylko nie mów mamie

Niektórzy zarzucają serialowi zbyt banalną konstrukcję. Dziennikarka wraca do małego, zapomnianego miasteczka, puka od drzwi do drzwi, na światło dzienne wychodzą tajemnice innych mieszkańców – no niby klasyk. Pomimo tego dzięki rozbudowaniu warstwy psychologicznej, pięknym, klimatycznym, oddającym doskonale aurę tego miejsca zdjęciom, serial tworzy spójną, wciągającą historię. Otrzymujemy niezwykle naturalistyczne obrazy śmierci i cierpienia (chociażby motyw rzeźni, który przewija się przez cały serial, jest niezwykle realistyczny i okrutny).

Serial charakteryzuje również wzmożona ilość detali, które dzięki szybkim cięciom montażowym są na ekranie jedynie przez ułamek sekundy. Potrzeba sporej uwagi, by wyłapywać „smaczki’ poddawane przez twórców. Trudno o tym serialu mówić dokładniej, nie zdradzając jego wydarzeń. Jest to na pewno pozycja godna uwagi, która powinna zatrzymać Was w fotelu, a może nawet pozwoli spojrzeć na siebie inaczej? Jakiekolwiek będą Wasze powody, by zapoznać się z „Ostrymi przedmiotami”, pamiętajcie o jednym- nie zawsze wszystko kończy się po napisach.

Natalia Ryba

Yayoi Kusama

Najbardziej wpływowe artystki naszych czasów, o których zapewne nie masz pojęcia

Wszelkiego rodzaju rankingi mają to do siebie, że oczywiście tworzone są w sposób wybiórczy i subiektywny. Licytowanie się, która z Pań jest większą muzyczną artystką – Madonna czy Beyonce – nie ma chyba zbyt wielkiego sensu. Tym bardziej, że znaleźliby się i tacy, którzy w ogóle zanegowaliby wartość artystyczną działalności obu piosenkarek.

Dlatego prezentujemy zupełnie inne zestawienie artystek zajmujących się fotografią, malarstwem, modą, ilustrowaniem, performance’ami. Znalazły się w naszym zestawieniu ze względu na ogromne uznanie, jakie wzbudziły na świecie, ich prace wystawiane są w najbardziej prestiżowych muzeach, galeriach i butikach, i niejednokrotnie kosztują krocie. Kobiety te obracają się w gronie najbardziej wpływowych i sławnych ludzi na świecie, a w Polsce nie są powszechnie znane, choć zdecydowanie warto poznać i kojarzyć ich nazwiska.

Annie Leibovitz – fotografia

Pochodzi z amerykańskiej rodziny o żydowskich korzeniach. Mając 21 lat została głównym fotografem rockowego pisma „Rolling Stone”. Jej kariera z niesłabnącą mocą nabierała rozpędu; od lat 80-tych jej zdjęcia pojawiają się w „New York Timesie”, „Newsweeku”, tygodnikach „Time”, „Paris Match” oraz „London Independent Magazine”. Sławą przewyższa nawet niektórych z pozujących jej ludzi kultury i biznesu, a jest autorką między innymi serii „The Hollywood Portfolio”, w którym znajdziecie dziesięciu hollywoodzkich aktorów pozujących ze swoimi reżyserami. W 2009 roku wykonała oficjalny portret rodziny prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jedną z ostatnich najgłośniejszych sesji Leibovitz była ta przygotowana dla Vogue’a, podczas której sfotografowała Justina Bibera z jego żoną Hailey.

Vivienne Westwood – moda

Choć jej image kłóci się nieco z powszechnym wyobrażeniem damy, angielska projektantka mody za swoje zasługi otrzymała w 2006 roku tytuł szlachecki. Co więcej sama królowa Elżbieta II podczas oficjalnej ceremonii w pałacu Buckingham uhonorowała ją Orderem Imperium Brytyjskiego, który przyznawany jest obywatelom brytyjskim za rozsławienie Wielkiej Brytanii na całym świecie. Obecnie projektantka posiada ponad 60 sklepów na całym świecie, choć zaczynała jako pracownica fabryki. W wieku 30 lat mieszkała z rodzicami, wychowywała syna, była nauczycielką, która w wolnych chwilach tworzyła biżuterię sprzedawaną na jarmarku Portobello Road. Wraz ze swoim drugim mężem zrewolucjonizowała modę, w ich pierwszym butiku narodził się modowy punk.

Kathryn Bigelow – film

Jedna z pięciu kobiet kiedykolwiek nominowanych do Oskara w kategorii najlepsza reżyseria, jedyna, która tę nagrodę otrzymała. Urodziła się w Kalifornii, gdzie przez dwa lata studiowała malarstwo w San Francisco Art Institute. Potem wygrała stypendium umożliwiające jej kolejne studia na Columbia University School of Arts, które zakończyła dyplomem w 1979 roku z filmoznawstwa. W 1991 roku wyreżyserowała kultowy już film „Na fali” (ang. „Point Break”), w którym główną rolę gra Keanu Reeves, jednak kolejne filmy były raczej niewypałami. Filmem, który przyniósł jej nominację i samego Oskara był „The Hurt Locker. W pułapce wojny” opowiadający o wojnie w Iraku. Wymieniana w gronie najbardziej wpływowych hollywoodzkich reżyserów obok Tarantino i Nolana.

źródło: elpais.com

Carolina Herrera – moda

W 1970 i 1980 roku najlepiej ubrana kobieta świata. Muza wielu innych artystów, między innymi Andy’ego Warhola, który w 1979 roku namalował jej słynny portret w czerwonych kolczykach. W 1988 roku Dom Mody Herrrera wypuścił pierwszą linię perfum, które obecnie zaliczane są do pierwszej dziesiątki najbardziej ekskluzywnych, a jednocześnie najbardziej popularnych zapachów na świecie. W kreacjach Herrery wystąpiły takie sławy jak Jackie Kennedy, Adriana Lima czy Renee Zelwegeer. Herrera urodziła się z zubożałej wenezuelskiej rodzinie arystokratycznej, której korzenie znane są aż do XV wieku. Ta podawana w życiorysach Herrery fraza „zubożała rodzina” nie do końca jest chyba kojarzona tak jak u nas, bowiem babcia przyszłej projektantki ubierała ją w Diora i Lanvin. Często zabierała też wnuczkę na pokazy mody. Tradycja ta zrodziła małą legendę jakoby Carolina postanowiła zająć się modą w trakcie pokazu hiszpańskiego projektanta – Cristobala Balenciagi.

c.d.n

nauka koranu

Zanim opowiem Ci tę historię…

Kamel Daoud „Sprawa Meursaulta”

Był to jeden z najbardziej oczekiwanych debiutów w kilkudziesięciu krajach. Choć trzeba przyznać, że najbardziej niecierpliwie drobiąc nogami, czekali ci żądni intelektualnej jatki. Ktoś w końcu porwał się na Camusa! Czy powiedział o Mistrzu coś nowego? Czy przedstawił go w świetle innym niż dotychczas? Czy wygrał wojnę o rząd dusz z ikoną francuskiego egzystencjalizmu? Nie, według mnie nie. Trzeba jednak oddać Kamelowi Daoud, że przegrał z klasą i wdziękiem.

Ten algierski dziennikarz, jak na dziennikarza przystało, przeprowadza śledztwo. Mamy ofiarę, sprawcę, miejsce zbrodni. Choć w zasadzie mamy i nie mamy. Ciała nigdy nie widzieliśmy na oczy, ten zabójca też jakiś taki… niepewny, a miejsce zbrodni dawno zalało morze i cement. Jedyny pewnik w tej sprawie to historia spisana pół wieku temu, którą zna cały świat.

Niektórzy jednak mają z nią mały problem. Jak na przykład siedzący codziennie w barze Harun, brat zamordowanego na algierskiej plaży mężczyzny. On ma własną, zupełnie wiarygodną, wersję wydarzeń: „Mężczyzna, który umie pisać, zabija Araba, który tego dnia nie ma nawet imienia – jakby zawiesił je na gwoździu przed wejściem na scenę – po czym zaczyna tłumaczyć, że to przez Boga, który nie istnieje, przez to, co właśnie zrozumiał w słońcu oraz dlatego, że sól morska szczypała go w oczy.”

Co istotne i świadczące o dobrej woli opowiadającego historię, Harun nie lekceważy drugiej strony, nie złorzeczy jej prostacko i nie neguje powodów, dla których zabójca jego brata pogrążył się w beznadziei. W bezsensie takim samym jak jego. Bo dla każdego, niezależnie od koloru skóry, płci, wieku i przeżytego życia, jest on rwaną, pełną niewiadomych, splątaną opowieścią, której nie można dokończyć.

Jesteśmy już po największej, najmocniejszej fali postkolonializmu, za nami głośne postkolonialne wywracanie na nice literackich arcydzieł. Z tego punktu widzenia właśnie takie odczytanie Camusa nie jest niczym odkrywczym, a na pytanie: „Jak to się stało, że nazwisko zabójcy przeszło do historii, a imię jego ofiary zostało przemilczane?” istnieje oczywista, smutna, zdeterminowana historią i nie najlepszą, delikatnie rzecz ujmując, naturą człowieka odpowiedź.


Daoud dość mocno akcentuje jednak w tym kontekście jeden aspekt, który natychmiast przenosi nas z Algierii sprzed 60 lat do świata obecnego – język. Język to głos, a głos to zaistnienie, to zaznaczenie swojej obecności, swojej wersji wydarzeń: „Po to właśnie nauczyłem się mówić i pisać w tym języku: by opowiadać zamiast zmarłego, rozwijać jego myśl. Zabójca stał się sławny, a jego historia jest napisana zbyt dobrze, bym miał ją naśladować. To jego język. Dlatego uczynię to, co robiło się w tym kraju po odzyskaniu niepodległości: ze starego domu kolonizatorów kamień po kamieniu zbuduję swój dom, swój język. Słowa i wyrażenia zabójcy będą dla mnie jak porzucona własność. Kraj jest zresztą pełen słów, które już do nikogo nie należą, widnieją na szyldach starych sklepów, w pożółkłych książkach, na ludzkich twarzach (…)”.

Książka ta warta jest zachodu z innych jednak względów. Daoud stworzył pięknie migotliwą językowo opowieść o współczesności Algierii. Współczesności, która widziana jest oczami tubylca, człowieka z wewnątrz, opowiadana z jego perspektywy. Lecz szczerze i bez ogródek. Prawdziwie i krytycznie także wobec swoich, a może przede wszystkim wobec najbliższych. To oni ranią nas na co dzień czasem bardziej niż kula od zabójcy. Czasem niemal tak samo przypadkowo, czasem z dużo boleśniejszą premedytacją.

Z tego powodu „Sprawa Meursaulta” jest metaopowieścią. Narracyjną matrioszką na wielu poziomach. Bo Algierczycy nie tylko obcy są w swoim kraju, ale także pomiędzy sobą w swoich domach. Bo Harun nie tylko opowiada historię brata, matki, ale przede wszystkim mówi o sobie. Bo autor prowadząc swoją własną narrację, podąża tropem Camusa i tworzy analogiczne do „Obcego” sceny.

Dlatego nie da się czytać „Sprawy Meursaulta” bez uprzedniego przeczytania „Obcego”. To jeden z licznych przykładów w historii literatury książek, które korespondują ze sobą w sposób ścisły i skończenie doskonały na poziomie konstrukcji i podejmowanego tematu.

Nie zgodzę się z wieloma opiniami, że jest to książka pełna gniewu. Gniewu nie, goryczy tak. Goryczy i beznadziei, bo Daoud wszystkich nas bierze na jeńców rzeczywistości.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Sprawa Meursaulta” Kamela Daoud (Wydawnictwo Karakter, data wydania: 9 październik 2015, liczba stron: 176).

kafarnaum1

Kafarnaum – piekło na ziemi

Recenzje filmów, które są trudne, nie dają prostych odpowiedzi, komplikują bezpieczną codzienność, to zadanie niezwykle złożone, ponieważ nie ma szansy na zupełnie obiektywną ocenę. To jednak filmy ważne, o których trzeba mówić głośno. Jednym z nich zdecydowanie jest „Kafarnaum” (2018) autorstwa Nadine Labaki. Libańska reżyserka znana dotąd m.in. z „Dokąd teraz” czy „Karmel” prezentuje widzom historię 12-letniego Zaina (w tej roli genialny Zain Al Rafeea).

Zain decyduje się oskarżyć swoich rodziców o to, że go urodzili. Proces sądowy stanowi punkt wyjściowy dla całego filmu, natomiast narracja skonstruowana na zasadzie retrospekcji, pozwala na zrozumienie drastycznych motywacji chłopca. Klaustrofobiczne, brudne, ciasne zdjęcia autorstwa Christophera Aouna pozwalają widzowi wniknąć w świat bejruckich slumsów. Świat „nadmiaru”, rzeczy, ludzi, chaosu oraz niesprawiedliwości. Okrucieństwo świata przedstawionego wybrzmiewa znacznie bardziej właśnie przez to, że brutalną codzienność oglądamy oczami 12-letniego chłopca, którego największym marzeniem jest pójście do szkoły. Główny bohater ma życie, o jakim wiele osób myśli w kategoriach tak przerażających, że aż nierealnych. Chłopiec nie posiada własnej prawnej tożsamości, ponieważ rodzice nie zarejestrowali go w urzędzie, a od rana do nocy pracuje na ulicy, by poprawić byt swojej wieloosobowej rodziny. Zain odważa się jednak zabrać głos w ważnej sprawie…

źródło: filmweb.pl

Brak perspektyw młodego pokolenia w Libanie, nieplanowane ciąże i rosnącą liczba dzieci, którymi nikt nie ma zamiaru się zaopiekować, skazując je na całkowitą nędze. Ten film to zobrazowanie braku dostępu do podstawowych dóbr takich jak jedzenie czy mieszkanie. W obrazie rozpaczy, my widzowie, kibicujemy głównemu bohaterowi, by udało mu się wyrwać z okrutnej rzeczywistości. Zain decyduje się uciec z domu (po tym jak jego młodsza siostra zostaje sprzedana za kilka kur, by stać się żoną starszego od siebie sklepikarza). Desperacki krok chłopca zaprowadza go do wesołego miasteczka. Poznaje pracującą tam Rahil, etiopską imigrantkę, która w obawie przed deportacją ukrywa fakt, iż posiada malutkie dziecko.

Reżyserka umiejętnie oddaje głos tym najsłabszym i zapomnianym, nie kreując moralizatorskiej opowieści, ale historię najszczerszą z możliwych. Zain otrzymuje pomoc od Rahil, która przygarnia go pod swój dach. Jego zadaniem staje się opieka nad rocznym Yonasem. Film wywołuje łzy wzruszenia i niezgody, zwłaszcza, gdy główny bohater zamiast bawić się z rówieśnikami i żyć beztrosko, dostosowuje się do brutalnego świata, przesiąka bólem, cynizmem i agresją. Rahil któregoś dnia nie wraca z pracy (widz wie, że trafiła w ręce imigranckiej policji), a Zain i roczny Yonas zostają pozostawieni sami sobie. Zain zaczyna sprzedawać płynne narkotyki zrobione z leków, by kupić jedzenie (nauczył się tego w swoim rodzinnym domu), a w najbardziej desperackiej chwili głodu chłopcy jedzą kostki lodu posypane cukrem. 12-letni chłopiec przejmuje rolę głowy rodziny, a przeciwności losu mnoży się coraz więcej.

źródło: kinonh.pl

Na szczególną uwagę zasługuje tu aktorski geniusz młodego naturszczyka Zain Al Rafeea. Reżyserka zdecydowała się nazwać głównego bohatera imieniem odtwórcy tej roli. Kreacja tej postaci wynikała w znaczącej mierze z osobistych doświadczeń Zaina, który przez 8 lat mieszkał w Libanie, a jego codziennością była ulica i walka o przetrwanie. Reżyserka nie podejmuje próby emocjonalnego szantażu, ponieważ doskonale wyważa emocje. Nie ma w tym filmie ideologicznego gniewu, jest za to ogromny żal i niezgoda. Niewątpliwie otwiera on oczy w sposób brutalny.

Mimo to jest to przede wszystkim film o miłości. Miłości pięknej, czystej, szczerej, odnalezionej w najmniej oczekiwanym momencie. Historie Zaina i Rahil stają się jedną opowieścią, nieustannie trzymają w napięciu. Oczami Zaina widz doświadcza skrajnej autentyczności, konfrontuje się z realizmem, który kruszy serca, wyzwala niezgodę i uświadamia bezsilność. „Kafarnaum” jest filmem wielkim, pięknym i niezwykle trudnym. Nominowany w tegorocznych Oscarach, w kategorii film nieanglojęzyczny jest obowiązkową pozycją do nadrobienia. Poruszające dzieło, które zostaje w świadomości na dłużej i nie pozwala o sobie zapomnieć. Reżyserka daje głos tym pozbawionym prawu do dzieciństwa, opieki, rozwoju, pokazując palcem w stronę dorosłych, którzy są za to wszystko odpowiedzialni.

5powiesciglowna

5 powieści, które każda kobieta z klasą powinna przeczytać

Z ostatnich badań opublikowanych przez Bibliotekę Narodową wynika, że stan czytelnictwa w Polsce jest dramatyczny. Wydawałoby się, że nikomu nie trzeba przypominać o zaletach czytania książek, które są tak oczywiste jak pozytywny wpływ warzyw i owoców na nasze zdrowie. A jednak!

Coraz mniej ludzi uprawia ten edukacyjny i rozrywkowy trening, jakim jest pochłanianie książek. Także i my, kobiety z klasą, powinnyśmy się więc włączyć w akcje promujące czytanie! Jak? Przede wszystkim świećmy przykładem. O tym, dlaczego warto czytać w naszym poprzednim artykule – Mężczyzn bardziej pociągają kobiety czytające – a dziś o tym, co – które powieści wykształcona i brylująca w towarzystwie dama powinna znać!

1.Podróż za jeden wiatrak – “Don Kichote” Miguela de Cervantesa

Absolutny światowy klasyk. Najczęściej po Biblii tłumaczony w historii tekst. Poziom humoru sytuacyjnego i językowego sięga u Cervantesa niemal zenitu. Od tej powieści i dramatów Szekspira rozpoczyna się nowoczesne myślenie o świecie za pomocą literatury, a mowa tu, uwaga, o XVI wieku. Fabuła jest niemal banalna: zubożały szlachcic, który naczytał się romansów, postanawia zostać błędnym rycerzem. Za damę swego serca obiera sobie uroczą Dylcyneę (pospolita wieśniaczka, ale ciii!) i na swym rączym rumaku (lichej szkapie, ale spróbujcie o tym tylko Don Kichotowi wspomnieć) zaczyna swą podróż po Kastylii. Pozycja obowiązkowa, dzięki której dowiesz się znacznie szybciej i bardziej wiarygodnie niż z psychologicznego testu, czy twardo stąpasz po ziemi niczym Sancho Pansa czy w głębi serca bujasz w obłokach niczym Rycerz Smętnego Oblicza.

2. Miłość w czasach kapitalizmu – “Lalka” Bolesława Prusa

Na drugą nóżkę klasyka polska. Choć pewnie wielu z Was “Lalka” jako lektura szkolna nie kojarzy się najlepiej, koniecznie sięgnijcie po nią już jako dorosłe kobiety. Literaturoznawcy mówią o tej powieści jako o małym arcydziele, w którym odnajdziecie niemal wszystko: miłość, wojnę, niespełnione pragnienia, depresję, rodzące się bogactwo i upadające fortuny, niesprawiedliwość społeczną oraz obraz nieistniejącej już Warszawy. A może jednak istniejącej? “Lalka” pozostaje wciąż dużo bardziej aktualna niż nam się wydaje. Izabela Łęcka i Stanisław Wokulski to jedna z najsłynniejszych i budzących zagorzałe spory par polskiej literatury. Opowiedzenie się po stronie “znudzonej życiem Izabeli” albo “ślepo zakochanego Wokulskiego” jasno określi Wasz charakter oraz stosunek do świata i miłości. To co? Team Izabela czy team Wokulski?

3. Z tej matni nie ma ucieczki – “Sto lat samotności” Gabriela Marqueza

Jeżeli na wstępie lubicie znać streszczenie fabuły powieści, w tym przypadku nic z tego, zajęłoby chyba więcej stron niż sama książka. “Sto lat samotności”, uważane za arcydzieło literatury iberoamerykańskiej, opowiada o sześciu pokoleniach rodziny Buendiów w fikcyjnej miejscowości Macondo. Tak jednak streścić tę książkę to jak nic o niej nie powiedzieć. Szalone poplątanie fikcji i rzeczywistości, zmyślonej historii rodzinnej, ale opartej na faktycznym życiu w Kolumbii, samotności i potrzeby miłości, która w południowoamerykańskim świecie jest niemal wszechobecna i wszechodczuwalna. Pablo Neruda, chilijski pisarz, laureat Nagrody Nobla, nazwał tę książkę “Don Kichotem naszych czasów”. Choć jeżeli lektura “Don Kichota” jeszcze przed Wami, nie wiecie dokładnie, co to oznacza.

4. Wielki Brat Patrzy – “Rok 1984” George’a Orwella

Chyba najbardziej znana antyutopia świata literatury. I o tyle przerażająca, że stała się i dzieje się naprawdę. Napisana przez Orwella po II wojnie światowej pod wpływem jego kontaktu z systemem stalinowskim w realiach hiszpańskiej wojny domowej. Powieść opowiada o życiu w londyńskim społeczeństwie, które całkowicie podporządkowane jest władzy państwowej. Główny bohater popełnia “myślozbrodnię”, od której rozpoczyna się niemały fabularny bunt. Klaustrofobiczny świat, strach, brak prywatności, samotność i bezradność, a także otępiająca bierność. Sprawdźcie koniecznie, w jakim świecie nie chcecie żyć.

5. To tylko “uchybienie”, wypadek przy pracy – “Zbrodnia i kara” Dostojewskiego

Nie przeczytać tej powieści to tak jak nie wiedzieć, kim był Kurt Cobain albo jak pachną Chanel no.5. To klasyka literatury światowej, rosyjskiej, kryminalnej i filozoficznej. Dostojewski stworzył tu chyba najwybitniejsze studium psychiki zbrodniarza. Fabuła całej powieści osnuta jest bowiem wokół jednego wydarzenia – zabójstwa starej lichwiarki dokonanego przez byłego studenta prawa. Lecz co gorsza zbrodnia ta jest zbrodnią ideologiczną. Dostojewski stara nam się jednak udowodnić, że od własnego sumienia się nie ucieknie, a miłość to jednak zbawienie. Mroczna, brudna, duszna… powieść obok której nie da się przejść obojętnie.

_DSC8042_1

Piękna, bo zdrowa – przed nami X-ta edycja kampanii Kwiatu Kobiecości

W tym roku Fundacja Kwiat Kobiecości organizuje X- tą edycję kampanii przeciwko rakowi jajnika. Ze względu na jubileuszowy charakter wydarzenia została zmieniona dotychczasowa koncepcja i ambasadorami projektu zostali Panowie! Twarzami tegorocznej odsłony kampanii są: Cezary Pazura, Maciej Orłoś, Łukasz Konopka, Dawid Kwiatkowski i Andrzej Piaseczny. Kwiat Kobiecości oprócz tego, że ma piękną nazwę i równie uroczą założycielkę, Idę Karpińską, która swoją walkę z rakiem szyjki macicy wygrała w 2003 roku, spełnia też wspaniałą misję – przeciwdziała rakowi szyjki macicy, propaguje profilaktyczne badania ginekologiczne oraz przede wszystkim zwiększa świadomość Polek na temat nowotworów kobiecych narządów płciowych i profilaktycznych badań ginekologicznych. A to one właśnie są niejednokrotnie jedyną szansą na uratowanie życia kobiety. Więcej informacji o wszystkich działaniach Fundacji będzie można znaleźć na:
https://www.facebook.com/kwiatkobiecosci/

Polecamy też serdecznie udzielony Kobiecie z klasą wywiad z dr n. med. Tadeuszem Oleszczukiem, który z Kwiatem Kobiecości współpracuje od lat:

http://kobietazklasa.pl/kobieta-wspolczesna/w-ponad-75-jest-to-juz-choroba-zaawansowana/

greenbookmain

Sposób na „Green Book”

Najlepszym filmem roku został „Green Book” w reżyserii Petera Farrelly. Czy słusznie? Przyjrzyjmy się temu oscarowemu już filmowi nieco bliżej.

Peter Farrelly znany z tworzenia luźnych, niezobowiązujących komedii, takich jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę”, został już w Hollywood zaszufladkowany jako autor dzieł, które do tych najwybitniejszych nie należą. Można więc szczerze powiedzieć, że nikt nie spodziewał się po nim najlepszego filmu tego roku. Szczerze też trzeba przyznać, że “Green Book” idealnie wpisał się w klucz Akademii.

Film opowiada historię Tonego „Warga” (Viggo Mortensen) – mieszkającego na Bronksie w Nowym Jorku, typowego Włocha, który ma dużą rodzinę, żadnej pracy się nie boi (to chyba amerykańska odmiana Włochów, bo Ci włoscy Włosi z prawdziwych Włoch z tą pracą mają jednak różnie:) Tony ma dość spory problem z ludźmi o ciemnym kolorze skóry. Wydarza się więc oczywiście sytuacja, gdy będzie musiał spotkać się twarzą w twarz ze swoimi uprzedzeniami – ponieważ pilnie potrzebuje pracy, zgadza się zostać kierowcą Dr Donego Shirleya (Mahershala Ali) – ekstrawaganckiego, niezwykle zdolnego muzyka, który ściśle trzyma się swoich zasad. Żeby było zabawniej, tych dwoje nie będzie na siebie skazanych jedynie na odległość kilku dzielnic Nowego Jorku, ale na wielotygodniowe tournée. Nietypowe narodziny przyjaźni, pozytywna energia, zabawne i wartościowe dialogi, czyli feel good movie w pełnej okazałości.

źródło: filmweb.pl

Ten film oparty na faktach został okrzyknięty nową, odwróconą wersją „Nietykalnych” z 2011 roku. Dawno nie było w kinach czegoś, co na taką skalę wywoływałoby uśmiech od ucha do ucha, roztapiało serca, wpędzało w zadumę, a jednocześnie dodawało otuchy, że życie jest jednak takie dobijające. Obserwujemy rozwijającą się relację pomiędzy dwoma różnymi światami. Reprezentant jednego świata pozbywa się szklanek, z których pili wodę czarnoskórzy pracownicy, reprezentant drugiego jest zdystansowanym, zachowawczym artystą. Cała historia odziana w dobrze znany historii kinematografii motyw kina drogi. Ponieważ akcja filmu rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych lat 60-tych, gdy dyskryminacja rasowa była czymś normalnie obecnym w ówczesnym społeczeństwie, każda sytuacja, z jaką spotykają się bohaterowie staje się wybrzmiewać mocniej i dosadniej.

Temat rasizmu sprowadzony jest tutaj przede wszystkim do poziomu relacji międzyludzkich. Tony oraz Don wyruszają w trasę koncertową po najbardziej rasistowskiej części Stanów, przemierzają Południe, a tytułowa zielona książka ma się okazać pomocą dla przemieszczających się po kraju Afroamerykanów. Mimo przewodnika, który podsuwa im, gdzie mogą bez wytykania palcami zjeść i spać, naszych bohaterów czeka sporo przeciwności. Podróż staje się symboliczną wędrówką w głąb każdego z nich (i być może także w głąb nas samych – widzów). Obydwaj zaczną dostrzegać coś wcześniej dla nich obcego. Tony zobaczy w Doktorze po prostu pełnoprawnego człowieka, a Doktor uświadomi sobie, że jego poczucie samotności jest większe niż do tej pory myślał

źródło: moviesroom.com

Film niezwykle poprawny politycznie przekazuje szlachetne wartości z humorem i wdziękiem. Przewidywalne elementy aż tak nie przeszkadzają, ponieważ dajemy się porwać klimatowi lat 60-tych, w tym świetnej muzyce i roztaczających się przed bohaterami podróżniczych krajobrazach.

“Green book” to umiejętna żonglerka pomiędzy humorem a poważną tematyką. Świetnie napisane dialogi dodają historii dynamizmu, ale i głębi, wyrafinowanej prostoty. Nie dziwi, więc fakt, że film otrzymał również Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Świetnie rozpisane, uzupełniające się postaci, które stanowią swoje zupełne przeciwieństwa, a w tym gdzieś obecność widza, który śledzi proces oswajania. Aktorzy stanowią crème de la crème całego filmu i trudno osądzić, który wypadł lepiej. Jakimś cudem Akademia potrafiła o tym zadecydować i przyznać statuetkę Mahershalemu Aliemu w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy. Co ciekawe, nie jest to pierwsza statuetka aktora, ponieważ w 2017 roku, jako jeden z niewielu w historii, otrzymał tę samą nagrodę za kreację stworzoną w “Moonlight” (najlepszy oscarowy film 2017 roku). Oglądanie tej dwójki na ekranie to czysta przyjemność. “Green Book” to uniwersalny film z duszą i sercem, który bawi i uczy, a dzięki temu zyskuje tytuł tego najlepszego. W tym przypadku zdecydowanie „mniej znaczy więcej”.

oscarymain

Największe oscarowe faux pas w historii

Mamy Oscarowy tydzień, więc i u nas garść celebryckich wspomnień, a co, czemu nie! Przecież nikomu nie zaszkodzi, kiedy delikatnie uśmiechniemy się, czytając, że pięknej, zgrabnej, utalentowanej aktorce z przystojnym, bogatym mężem u boku też czasem może delikatnie powinąć się noga. A jak jej na czerwonym dywanie może, to czemu nam na szarym chodniku nie? :)

Pierwsze rozdanie tej najbardziej znanej na świecie nagrody odbyło się równo 90 lat temu. Biorąc pod uwagę, że noc wręczenia Oscarów jest jednym z najgoręcej wyczekiwanych medialnych wydarzeń, że biorą w niej udział najsławniejsi na świecie aktorzy, filmowcy i dziennikarze, a sama nagroda pokryta jest 24-karatowym złotem, w osłupienie wprawia dziś fakt, że pierwsza gala trwała… 15 minut, a niektórzy goście zaczęli ją opuszczać jeszcze przed jej zakończeniem. I bynajmniej nie miało to nic wspólnego z modowymi wpadkami, przemówieniami-manifestami czy niesmacznymi żartami prowadzących, o których opowiemy Wam co nieco w tę słoneczną na szczęście środę.

Film, który dostał Oscara, ale… go nie dostał – tzw. “La La Land/ Moonlight mistake”

27 luty 2017 roku. Zapamiętajcie tę datę, bo jest naprawdę wyjątkowa i przeszła do historii wręczania Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej jako jedna z największych kompromitacji. Wyobraźcie sobie Dolby Theatre skąpane w światłach reflektorów, czerwony dywan i kotary, cała śmietanka amerykańskiego aktorstwa na widowni, tu Jessica Biel błyśnie biżuterią od Tiffany, tam Emma Stone zakręci frędzlami od Givenchy Haute Couture. Szampan w dłoni gości, popcorn w misce widzów przed telewizorami, oczy całego świata zwrócone na scenę, na której słynna ekranowa para Bonnie i Clyde – Faye Dunaway i Warren Beatty – za moment wręczą Oscara za najlepszy film 2017 roku. Wszyscy wstrzymują oddech, a Faye Dunaway z uśmiechem ogłasza, że najważniejsze wyróżnienie tego wieczoru otrzymuje… “La la land”! To siódma statuetka dla tego musicalu tej nocy, także nikt już nawet nie jest specjalnie zaskoczony, cała ekipa znowu zbiera się, żeby tłumnie wyjść na scenę. Wzruszenia, radości, podziękowania. W pewnym momencie do mikrofonu przedziera się producent musicalu – Jordan Horowitz. Mina wskazuje na to, że coś nie tak, w ręku trzyma biały kartonik, który pokazuje do kamery i woła: “To błąd. Moonlight, to wy zdobyliście Oscara za najlepszy film”.

fot. Mark Ralston/ AFP/ Getty Images

Nie wiadomo, jak doszło do błędu, który nigdy wcześniej w historii Oscarów nie miał miejsca. Okazało się, że nie było to do końca winą odczytujących werdykt, ponieważ mieli na kartce napisane: “Emma Stone, La La Land”. Nie było to też winą Emmy Stone, która w momencie wypowiadania przez Bonnie: “La La Land”, kartę z informacją o wygranej nagrodzie w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa miała już w ręku. Najprawdopodobniej więc Clyde otrzymał duplikat koperty z werdyktu sprzed 10 minut. Przeczuwał, że coś jest nie tak, w zasygnalizowaniu problemu ubiegła go jednak jego filmowa partnerka i wyszedł skandal na cały świat.

Wyrzekam się Oscara. Z egoistycznych pobudek – Marlon Brando i Indianie

W 1973 roku nikt nie ośmieliłby się sprzeciwić postaci trzęsącej filmowym Manhattanem. Dlatego i Amerykańska Akademia Filmowa nie ośmieliła się wręczyć nagrody za pierwszoplanową rolę męską komu innemu niż Ojcu Chrzestnemu. Jak jednak na Don Corleone przystało, postanowił on wzgardzić złotą nagrodą i jej nie przyjąć. Na znak protestu przeciwko dyskryminacji Indian i ich fałszywemu przedstawianiu w westernach nie wyszedł na scenę i nie przyjął Oscara. Zamiast niego przemówiła młoda “Indianka” Sacheen Littlefeather. W trakcie czytania orędzia przygotowanego przez odtwórcę roli Dona Corleone, Marlona Brando, dostała aplauz i została też wygwizdana. Wściekły John Wayne powstrzymywany był nawet przez ochronę, by nie narobić na gali porządnej jatki rodem z prawdziwego westernu. Jak to mówią: gdy kota nie ma, myszy harcują. Choć ten kot schował na moment głowę w piasek, kiedy okazało się, że w przepięknym indiańskim stroju nie wystąpiła przed kamerami rdzenna Amerykanka, a aktorka Maria Cruz.

Nie szata zdobi człowieka, szczególnie na Oscarach powinni o tym wiedzieć

Działo się w tych latach 70-tych, oj działo! Rok po zwróceniu uwagi na sprawę rdzennych mieszkańców Ameryki przez Marlona Brando, a więc w 1974 roku,  jeden z uczestników gali również postanowił zwrócić uwagę… Tym razem nie za bardzo wiadomo na co, prawdopodobnie na siebie, a dokładniej na swoje co nieco. W momencie kiedy brytyjski aktor, David Niven, miał właśnie oznajmiać, kto dostaje Oscara za najlepszy film, po scenie przebiegł… goły mężczyzna. Zidentyfikowano go chwilę później jako fotografa Roberta Opla. 33-letni Opel dobrze znany był w prominentnym światku artystycznym jako aktywista na rzecz homoseksualizmu. Tak też, jako protest przeciwko ograniczaniu swobody seksualnej przez amerykański rząd, interpretuje się jego znak Victorii, z którym dumnie przemierzał scenę. Nie do końca wiadomo, jak dostał się na tył sceny; mówi się nieoficjalnie, że jego “przebieżka” przed kamerami była wyreżyserowana, nie mniej całe zamieszanie nie zbiło z tropu odpowiedzialnego za przeczytanie werdyktu Davida Nivena. Ze stoickim spokojem skomentował on oscarowego nudystę: “Czyż nie jest fascynującym, że prawdopodobnie jedyny śmiech, jaki jest w stanie wywołać ten mężczyzna, jest spowodowany pokazaniem “małego” (dosł. showing his shortcomings)”. Było to o tyle podwójnie nieświadomym docinkinkiem, iż Opel zaczynał się wtedy bawić w bycie… komikiem. Nikomu jednak nie było do śmiechu, kiedy pięć lat później został zastrzelony przez dilerów w swojej galerii promującej sztukę gejowską… którą otworzył dzięki staniu się na moment sławnym z tego niesławnego epizodu.

Wcale nie wypada obejrzeć filmu, zanim się go nagrodzi

Oscarom od lat wiele się zarzuca. A to dramatyczni prowadzący, a to polityczni zwycięzcy, a to nadmuchane, za długie przemówienia, jakiś okruszek na dywanie i za mało bąbelków w szampanie… a czasem zdecydowanie za dużo. Ale aktorom czy organizatorom wiele można wybaczyć, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi. Absolutnie nie do wybaczenia jest jednak skrajna niekompetencja, bo chyba nie lenistwo czy głupota, którą pochwalili się w 2014 roku dwaj członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej, którzy, przypomnijmy, będąc odpowiedzialnymi za wybór zwycięzców, nie obejrzeli filmu, który wskazali jako najlepszy w roku 2013. Według nich świadomie powstrzymali się przed obejrzeniem “Zniewolonego”, ponieważ dotarły do nich głosy, że jest… zbyt mocny i niepokojący. A zagłosowali właśnie na niego ze względu na społeczne znaczenie tego filmu. Szkoda, że nie wzięli pod uwagę, jak duże znaczenie społeczne ma wykonywanie swoich podstawowych obowiązków, za które się jest odpowiedzialnym.

Jednym z największych modowych faux pas zaprezentowanych na gali oscarowej było przebranie łabędzia, które w 2001 roku zaprezentowała na sobie Björk. Na przezroczysty kombinezon nałożoną miała gęsto marszczoną tiulową sukienkę, która zakończona była szyją łabędzia, a w ręce trzymała torebkę imitującą łabędzie jajo.

Na szczęście nadajemy z pięciosekundowym opóźnieniem

Gala wręczenia Oscarów w  roku 2011 była co najmniej dziwna. Prowadzącemu wraz z Anne Hathaway to wydarzenie Jamesowi Franco zarzucono nie tylko niemal paraliżujące go upalenie, ale bezlitośnie wyśmiano go za udawanie Marilyn Monroe. Z kolei odbierająca statuetkę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą Melissa Leo była tak zszokowana faktem nagrodzenia jej, że w historię anegdot o wręczeniu Oscarów wpisała się tylko jednym – bo cała jej przemowa była raczej nudna i zbyt emocjonalna – przekleństwem. Rozglądając się po całej widowni, której ilość jakby nagle ją przeraziła, rzuciła: “ Jak oglądałam Kate Winslet dwa lata temu odbierającą Oscara, wyglądało to k…wsko łatwo!”. Na szczęście nauczeni wieloma wpadkami z poprzednich lat organizatorzy, woleli od 2003 roku dmuchać na zimne. Od tego czasu transmisja z tego wydarzenia opóźniana jest o 5 sekund, żeby cenzorzy, tak jak w tym przypadku, mogli odpowiednio zareagować.

Uroczystość wręczenia Oscarów odbywa się co prawda co roku, każda z nich jest jednak zupełnie niepowtarzalna. A to ktoś się potknie i wejdzie na słupek, jak Jennifer Lawrence, a to zacznie robić na scenie pompki, jak Jack Palance, a to gonić po krzesłach i skakać po scenie, jak Roberto Benigni. W zasadzie – co Oscary to faux pas, ale to powoduje, że jeszcze bardziej je kochamy :)

sen_main

Bolesna pobudka z amerykańskiego snu

Książka wydana w Polsce rok temu reklamowana jako “bestseller New York Timesa”, “uznana za najważniejszy amerykański debiut 2017 roku”, opisywana w skrócie jako zatrważająca historia czternastolatki bitej i gwałconej przez ojca, na pewno nie jest dla mnie powieścią “o ocaleniu”, jak głosi blurb na okładce. Jak słusznie zauważa Sylwia Chutnik, polska pisarka, feministka i działaczka społeczna, nie jest też jedną z historii o przemocy wobec kobiety, których już w publicznym dyskursie na pęczki, a które kwituje się tylko smutnym pokręceniem głową i niczym więcej. W tej opowieści przerażająco fascynujące jest to, co zdecydowanie nie powinno takim być – fragmenty opisujące przemoc i fizyczne zbliżenia, postać ojca oraz nie to, że Turtle za każdym razem upada, ale że za każdym razem się podnosi i daje to sobie zrobić od nowa, coraz bardziej i gorzej, raz za razem, i jeszcze.

Ty i ja, kruszynko. Co ty na to?

Wychowywana bez matki, całkowicie odizolowana przez ojca od otoczenia, co prawda chodząca do szkoły, ale jak widać zasadniczo po nic, bo ludzie za to odpowiedzialni ani nie pomagają jej tam w problemach z abstrakcyjnym myśleniem, nie interweniują, dostrzegając, że coś z Turtle i jej życiem nie jest w porządku, nie uczą takiego rozumienia świata, by dziewczyna zawczasu uświadomiła sobie, jak bardzo patologiczne relacje łączą ją z ojcem. Nie ma przyjaciół, znajomych, z trudem przychodzi jej pisanie, nie ma za to problemów z wyczyszczeniem, naładowaniem i celnym strzelaniem z różnorakiej broni, przemierzaniem dziesiątek kilometrów bez butów, nurkowaniem w chyba wszystkich możliwych zbiornikach wodnych w obrębie pięćdziesięciu kilometrów od jej domu, rozpoznawaniem miliona roślin i małych żyjątek oraz jedzeniem codziennie na śniadanie surowego jajka prosto ze skorupki. Mieszka w starym domu, całym w płatach odłażącej białej farby, z niedokończoną werandą, dziurami zamiast klamek i oplatającymi niemal wszystko na zewnątrz i wewnątrz jeżynami, mchem, dziką różą i bluszczem oraz dwuletnią czarną wdową za wanną.

I ojcem. Martinem, który, gdy miała sześć lat polecił jej założyć kapok, by tłumił uderzenia kolby, uprzedził, że ma nie dotykać gorących łusek, i kazał strzelać z powtarzalnego rugera kaliber 22. Sam siedział obok na krześle i czytał “Badania dotyczące zasad moralności” Hume’a. Dowiadujemy się o tym zaraz na początku historii i wtedy cała sytuacja wydać nam się może tylko nieco osobliwa. Jak i ta, kiedy Turtle raz zostawiła nieposkładany koc, a ojciec zabrał go na podwórze i spalił, mówiąc: Tylko zwierzęta nie dbają o dom, kruszynko, tylko zwierzęta nie dbają o swój jebany dom. Lecz kiedy jesteśmy już po coraz trudniejszych fragmentach tej książki, opisujących między innymi jak Martin kładzie dłonie na łagodnych rogach jej kości biodrowych, na jej brzuchu, na twarzy, albo jak Turtle musi podciągać się na belce przy suficie, podczas gdy trzymany przez jej ojca nóż wgryza jej się w dżins spodni, sam fakt czytania przez niego książki, która traktuje o moralności, zakrawa na gorzką ironię.

Tnij, kruszynko, ona nic nie czuje

A być może nie. Być może autor właśnie celowo konfrontuje w “Mojej najdroższej” świat natury i wytworzony przez człowieka świat filozoficznych konstrukcji; czy w ogóle jakichkolwiek sztucznie wytwarzanych przez człowieka struktur, w tym przede wszystkim tych językowych, kulturowych i społecznych. Nie umiejąca czytać i mająca problemy z abstrakcyjnym myśleniem (a już zdecydowanie ze słowem synekdocha) Turtle, bez problemu radzi sobie w lesie, kiedy przychodzi jej spędzić noc w strugach zimnego deszczu czy kiedy sponiewierana przez fale oceanu musi wymyślić, jak z malutkiej wyspy wrócić do domu. Zna mnóstwo właściwości i smaków roślin, zachowań zwierząt i pogody. W przeciwieństwie do dwóch palących jointa licealistów, którzy wybrali się pewnego pięknego dnia na “przygodę”. Młodzi intelektualiści popisali się nienajgorszą znajomością literatury w momencie, kiedy napotkawszy na chatę na polanie przeprowadzili między sobą uroczy dialog:

-Ej, a co, jakbyś tam wszedł, a w środku nie ma nikogo, tylko jedno zdeformowane dziecko, taki mały albinos, co siedzi w bujanym fotelu i trzyma w ręku bandżo?

Jakob odpowiada:

-I co się dzieje? Więzi nas i każe czytać na głos Finneganów tren swojej uprawie pejotlowych grzybków?

-Dlaczego akurat Finneganów tren? – pyta Jacob. Dlaczego nie Ulissesa? Albo właściwie czemu nie Odyseję albo, czy ja wiem, Braci Karamazow?

-Dlatego, ziomek, że jak będziesz czytał te przejebane ruskie bzdety grzybkom, to będą dawać złe psychojazdy.

Pochwalili się też beznadziejną znajomością terenu i poczucia kierunku. Od całkowitego zagubienia i niebezpiecznego przemarznięcia uratowała ich Turtle, praktycznie w ogóle niczego z ich rozmów nie rozumiejąc, a która nazwana została przez młodzieńców ninją o nadludzkich mocach, której mistrz zen był prastarym powolnym gadem, na którego skorupie spoczywa wszechświat i wszystko, co znane i nieznane, wyobrażalne i niewyobrażalne. I takie podśmiechiwanie się z inteligenckiego podejścia do życia jeszcze w tym momencie bawi.  Późniejsze słowa Martina, psychicznego mizogina (któremu nie można jednak odmówić pewnej dozy inteligencji i oczytania), kiedy tłumaczy Turtle, że niektórzy filozofowie uważają, że odpowiedzią na solipsyzm jest cierpienie, już zdecydowanie nie są takie zabawne. A zestawienie jego myślenia polegającego na tym, iż nie mamy żadnych dowodów, że inni ludzie są świadomi i żywi tak jak my; że wiemy to tylko o samych sobie, bo bezpośrednio poznajemy własne myśli, emocje, to nieopisywalne poczucie, że żyjemy, ale nie potrafimy doświadczać świadomości innych (…) i dopiero ujrzenie osoby cierpiącej, naprawdę unaocznia nieprzekraczalną przepaść, która dzieli twój umysł od wszystkich innych, obcych osobowości, z opisaną ze szczegółami dziesięć stron później sceną piłowania bez znieczulenia kości palca małej dziewczynki i zszywania rany w trakcie takiego dialogu, wręcz mrozi krew w żyłach:

-Przecież nic nie czujesz – mówi Martin.

-Czuję – odpowiada Cayenne. – Właśnie, że czuję.

-Ona nic nie czuje – mówi Martin. (…) Nic nie czujesz.

W rzeczywistości mają to gdzieś, kruszynko

“Moja najdroższa” nie jest tylko skomplikowaną historią o wzajemnym patologicznym uzależnieniu i krzywdzeniu się ojca i córki. Nie jest historią, która poddaje się łatwemu osądowi. Zbyt wiele w niej niewiadomych i niedopowiedzeń, zbyt wiele możliwości interpretacji i domysłów. Problem nie tkwi bowiem tylko w Martinie. Nie wiemy do końca jak wyglądała jego przeszłość. Znamy jej strzępki i to tylko z jego perspektywy. Tallent zdaje się sugerować, że genezy patologiczności całej rodziny upatrywać można w udziale ojca Martina w wojnie w Wietnamie, z której wrócił zwichrowany psychicznie i zaczął pić. Wiemy, że Martin czuł się niekochany, wręcz znienawidzony przez ojca. Nie wiemy za to, co do końca stało się z matką Turtle, czy popełniła samobójstwo; jeśli tak, to dlaczego? A może odeszła? Czy też była krzywdzona przez męża? Martina, który nie ma wątpliwości także jest skrzywdzonym człowiekiem, postacią równie interesującą i cierpiącą jak Turtle, co jednak w nawet najmniejszym stopniu w niczym go nie usprawiedliwia.

Nikt nie jest w tej książce usprawiedliwiony. Nikt zresztą nie może. Ta książka to jedna wielka krytyka społeczeństwa amerykańskiego. Głośno wojujący na ulicach ogromnych miast o równość, wolność i przeciwko przemocy Amerykanie, gdy przychodzi moment próby, chowają się po swoich domach, nie chcąc ingerować w życie innych. Nawet jeżeli doskonale dostrzegają niepokojące symptomy. Turtle nie pomaga absolutnie nikt. Jedyną próbę, która kończy się zresztą tragicznie, podejmuje dziadek-alkoholik. Zawodzi natomiast szkoła jako instytucja, nauczyciele jako wychowawcy, starzy znajomi, rodzice innych dzieci. Martin doskonale zdaje sobie z tego sprawę, wykorzystując to do cna: Te dupki gadają, że przejmują się innymi, ale to jest kłamstwo społeczne i jeśli człowiek dobrze się zastanowi, widzi, że jest zdany tylko na siebie. Społeczeństwo nigdy ci nie pomoże. Ten dyrektor, ta twoja nauczycielka – oni będą się tobą przejmować tylko na tyle, na ile wymaga tego ich praca. W rzeczywistości mają to gdzieś. Jesteś dla nich niewidzialna. Jako jednostka z własnymi myślami, trudami i umysłem jesteś zdana na siebie. Niewidzialna.

Najbardziej przejmującymi i przerażającymi fragmentami tej książki nie są momenty, kiedy Martin bije Turtle na odlew, kiedy ta przestrzela palca małej dziewczynce czy kiedy po ostrym stosunku podejrzewa ciążę, a my po raz kolejny krzyczymy w głowie: “Dlaczego to robisz?! Odejdź! Uciekaj! Uciekaj, a nie tkwij w tej chorej sytuacji!”. Najgorsze jest to, że kiedy Turtle w końcu zdecyduje się zrobić życiowy krok do przodu i wprost mówi koledze Martina, koledze, który ma stopień z filozofii z jakiegoś college’u na północy (!), o tym, że przywieziona przez jej ojca do ich domu mała dziewczynka nie jest tam z własnej woli i dzieje jej się krzywda, ten odpowiada:

-ECH, DAJ SPOKÓJ, JULIO. TO NAPRAWDĘ NIE MÓJ INTERES. PEWNIE SIĘ NIĄ OPIEKUJE, BO JEJ RODZICE TO NARKOMANI CZY CHUJ WIE CO. TO DOBRY FACET. TROCHĘ MA TAM NIERÓWNO, FAKT, ALE JEST W PORZĄDKU. A POZA TYM, KOCHANA, TO NIE MÓJ INTERES, ROZUMIESZ? NO I KOMU MIAŁBYM POWIEDZIEĆ? OPIECE SPOŁECZNEJ? DAJ SPOKÓJ. TUTAJ JEST JEJ LEPIEJ. ZNAM MARTINA. TO DZIWNY GOŚĆ, ALE NIKOGO NIE SKRZYWDZIŁ. WYROSŁAŚ NA PORZĄDNĄ OSOBĘ, PRAWDA? STAŁAŚ SIĘ SILNĄ, MŁODĄ KOBIETĄ.

Owszem, Turtle stała się silną, młodą kobietą. Kobietą po kilku operacjach, która do końca życia będzie odczuwała nieznośny ból po złamanych żebrach, zgruchotanej krtani, przebitej opłucnej i otarciu kulą lewej kości policzkowej. Kobietą, która już do końca życia będzie miała spermę i krew swojego ojca na rękach. Której nikt nie pomógł w ocaleniu. Która przetrwała tylko dzięki sobie.

Wzdryga Was, kiedy czytacie te słowa. I dobrze. Przygotujcie się na znacznie gorsze reakcje podczas lektury tej książki. Ale weźcie ją do ręki. Otworzycie oczy na otaczającą nas rzeczywistość nieco szerzej…

Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Moja najdroższa” Gabriela Tallenta (Wydawnictwo Agora, przekład Dariusz Żukowski, data wydania: 18 kwietnia 2018, liczba stron: 392)

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved