1-e1536324392779

Dama polskiej sceny muzycznej – Natalia Kukulska

Jest konsekwentna, odważna, lubi się zmieniać i zaskakiwać fanów. Cała jest muzyką. Gwiazda, która kocha być mamą i żoną, robi zakupy, sprząta dom, w studiu komponuje z dźwięków, a w kuchni z produktów spożywczych. Od lat jest na szczycie, bez ciśnienia na mainstream, ale z ogromnym apetytem na dobrą, własną muzykę. Dobry strateg, długodystansowiec, kobieta z klasą.

NATALIA KUKULSKA od lat w żółtej koszulce lidera, wyznacza trendy, rozgrzewa tłumy, ma grono wiernych fanów, które wnika w kolejne etapy jej kariery muzycznej. Szukam czegoś co byłoby łyżką dziegciu w tej beczce miodu… i nie znajduję. Zaraz, zaraz – jest coś: Umówić się na wywiad z aktywną Natalią trudno, ale jest jedyną gwiazdą, która sama oddzwania do dziennikarzy i po kilku próbach udało się porozmawiać… przez telefon:)

Rozmowę podzieliłyśmy na trzy obszary: życie, muzyka, kobieta z klasą.

ŻYCIE

Dagmara Kowalska: Kochana, przygotuj się, na pewno będę Cię pytać o klasę? Masz ją niezaprzeczalnie! Od wielu lat to obserwuję. 

Natalia Kukulska: (Śmiech) Zwłaszcza, gdy udzielam wywiadu przez telefon! (śmiech).

D.K.: Kobiety pracujące czasem mogą poplotkować przez telefon. Ważne, że się udało. Gdybyś na tym etapie życia miała określić, kim dziś jesteś najbardziej: Natalią muzykiem, kompozytorką, producentką muzyczną czy Natalią mamą, żoną, a może Natalią Instagramerką? 

N.K.: Myślę, że składam się z każdej z nich po trochu. Instagramerka najmniej mi zabrzmiała, chociaż… Od jakiegoś czasu staram się mieć aktywny kontakt z ludźmi, którzy do mnie piszą czy mnie obserwują – robię to właśnie poprzez media społecznościowe. Niemniej jednak najważniejszą funkcją jest moja rola życiowa, czyli bycie mamą, dla niej umiem rzucić sprawy zawodowe. Natomiast jest też moim wielkim darem od losu, że mogę robić to, co kocham. Z racji tego, że jestem związana z moją życiową pasją, ona mnie wciąga i czasem wygląda to życie jak przeciąganie liny pomiędzy różnymi funkcjami. Odczuwam to najbardziej kiedy czegoś w moim życiu jest za dużo. We wszystkim jest potrzebny zdrowy balans, jakiś rodzaj harmonii, nie jest dobrze kiedy jakieś zajęcie czy funkcja za bardzo zasłania inne. Oczywiście na krótką metę to jest nawet fajne, bo skupiasz się na jednej rzeczy i wykonujesz ją perfekcyjnie, ale za chwilę inne dziedziny kuleją i trzeba je nadrabiać. Czuję się niespełniona i nieszczęśliwa kiedy zaniedbuję którąś z moich życiowych funkcji: związaną z muzyką, z zawodem czy z macierzyństwem. 

D.K.: Każda z ról odbija się także w Twojej muzyce. I nie chodzi mi tylko o teksty, myślę o kompozycjach. Melodie pięknie przewodzą emocje, w których się znajdujesz, potem płyną one do słuchaczy. Myślę, że każdą z tych ról wygrywasz także na instrumentach podczas koncertów. 

N.K.: Wydaje mi się, że świadomość, coraz bardziej wkracza do mojego życia zawodowego i zdaję sobie sprawę ile jeszcze mam roboty. Z drugiej strony otworzyła mnie na kreatywność. Jestem autorką tekstów i współautorką muzyki piosenek. Oczywiście nie byłabym taka hej do przodu, gdybym nie miała tak fantastycznych ludzi wokół siebie, muzyków, którzy mnie inspirują. A co do gry podczas koncertów to nie jest to żaden wyczyn. Gram na syntezatorze dosłownie kilka partii. Mam sobie dużo do zarzucenia w tym temacie. Od skończenia szkoły muzycznej pierwszego stopnia nie kontynuowałam grania na pianinie i nie umiałabym sobie akompaniować. Czuję się o to uboższa, ale kiedy np. tworzymy muzykę razem z Michałem Dąbrówką czy jak ostatnio w kolektywie z muzykami, to jestem odpowiedzialna za melodię. Jeśli nie ma harmonii, która mnie pociągnie i zainspiruje, to nie będzie fajnej melodii. Jest to gra zespołowa, ale cieszy mnie to, że mogę być częścią przekazu w muzyce. Podobnie w tworzeniu teledysków. Coraz bardziej mam ich wizję. Ostatnio napisałam nawet scenariusz teledysku „Ostatnia prosta”. W ogóle uważam, że utwór znajdujący się na płycie daje wspaniały pretekst do dalszych twórczych wypowiedzi czy to za pomocą obrazu, czy występu na żywo. Wspaniale jest móc sobie na to pozwolić, na dalsze samodzielne wybryki twórcze, bez posiłkowania się osobami trzecimi. Oczywiście nie mam nic przeciwko tym artystom, którzy wykonują perfekcyjnie utwór czyjegoś autorstwa, za to są genialnymi instrumentalistami albo wokalistami, choć sami nie tworzą. Mówię tylko, że tworzenie sprawia mi wielką radochę.

N.K.: Doba każdej kobiety, zwłaszcza tej z klasą, ma tylko 24 godziny. Zastanawiam się jak godzisz wszystkie obowiązki domowe z pasją muzyczną? Mówi się, że muzyka jest zazdrosna o inne dziedziny życia. Jaki jest przepis na wydłużenie doby?

N.K.: Tak to właśnie jest. Tutaj idę z córką na zakupy, bo szkoła się zaczyna. Tu wywiad, bo to jest część mojej pracy, żeby ktoś mógł się dowiedzieć o tych moich „wytworach” muzycznych (śmiech). Przyznaję, czasem jest to szalone tempo. Pamiętam jeden najbardziej hardcore’owy moment w życiu kiedy urodziła się Laura. Po pięciu tygodniach wyszłam na scenę i zaśpiewałam, a wiesz, że w zasadzie połóg trwa od czterech nawet do sześciu tygodni. To było wyzwanie, ale chciałam tego. Bardzo się staram, żeby u mnie wszystko było przemyślane, ale czasami to moje zaplecze i kulisy wyglądają jak parodia planu. To nie jest tak, jak w amerykańskich wielkich produkcjach, że mam 100 osób obstawy, a każdy jest odpowiedzialny za inny fragment życia. Na szczęście mam bardzo pomocnych ludzi wokół np. Monikę Małyszek wspaniałą menadżerkę, dzięki niej od niedawna mam poczucie prawdziwej, solidnej opieki. Zawsze to ja miałam oczy dookoła głowy i myślałam o wszystkim, a teraz nagle okazuje się, że mam kogoś kto myśli perspektywicznie i nawet wyprzedza moje myśli. Zadaję pytanie o coś, co trzeba zrobić, a Monika odpowiada, że już dawno to zrobiła. Wiesz jaka to ulga i komfort mieć taką Monikę? Bez jej pomocy nie dałabym sobie rady. W sprawach stylizacyjnych mam niezastąpioną pomoc w osobie Pawła Talagi. A prywatnie? Od niedawna mam też wspaniałą nianię do Laurki, bez niej nie mogłabym sama kroku zrobić. Czasami z pomocą przychodzą też niezastąpieni dziadkowie. W obowiązkach domowych jestem samodzielna, bo sama w domu gotuję, dbam o każdy detal, sprzątam. Mój dom i moje życie nie jest złotą klatką, a ja nie chodzę w złotych szpilkach, przeciwnie jestem urobiona po pachy i czuję pełnię życia. Żyję normalnie, jak każdy człowiek, ale dodatkowo muszę z siebie wykrzesać jakiś rodzaj mobilizacji i zasobów twórczych, co nie jest łatwe kiedy proza życia cię trzyma za nogi. Mam wrażenie, że doba jest dla mnie za krótka i chyba tylko jakimś cudem udaje mi się wszystko spiąć. O dziwo, im więcej się dzieje, tym jestem bardziej produktywna i cały plan układa się sam. Jak trochę wypadnę z rytmu, to wszystko staje się trudniejsze. Trudniej jest wejść z powrotem w tempo wyższych obrotów. 

D.K.: Hmmm, skąd ja to znam?! To nasze szalone umawianie się na rozmowę, to przecież wypadkowa zajętości dwóch osób (śmiech). A jednak myślę, że to, o czym mówisz jest cechą kobiet z klasą – świetnie sobie radzą kiedy obowiązków jest za dużo. A propos inspiracji: zaciekawił mnie wątek kulinarny – co jest Twoją specjalnością w kuchni? 

N.K.: Kuchnia bywa dla mnie polem do popisu. Bardzo lubię wymyślać dania. Czasami zaczyna się od tego, że sięgam do przepisu, bo brakuje mi pomysłu, ale za chwilę jednak okazuje się, że z pierwotnego przepisu nic nie zostaje, totalnie go zmieniam. Coraz częściej używam różnych ciekawych przypraw, coraz mniej chemicznych kostek i różnych gotowców, ale przyznam szczerze, że zmiana przyzwyczajeń z dzieciństwa trochę trwała. Moja babcia zawsze gotowała zupy na mięsie i kostce rosołowej i oczywiście smakowało to wyśmienicie, ale dziś wiem, że nie sztuką jest używać gotowych, przetworzonych składników. Teraz bardziej kombinuję: łączę różne smaki, miksuję różne kuchnie. Używam przypraw indyjskich, które uwielbiam, tajskich i chińskich. Moja córka jest wegetarianką, np. dziś zażyczyła sobie kotletów wegetariańskich. Powstały z kaszy jaglanej, różnych warzyw z panierką sezamową. 

D.K.: Chyba się wproszę, brzmi smakowicie. 

N.K.: Juro mam w planach przygotowanie zupy rybnej z różnych gatunków ryb i owoców morza, z mlekiem kokosowym. Moja kuchnia jest różnorodna. Podziwiam teściową – gotuje pysznie, ale takie dania, które zabijają figurę: pierogi, pampuchy, pulpety. Długo się nie da wytrzymać na takiej diecie, a poza tym przyrządzenie posiłku jest czasochłonne. Ja gotuję na świeżo i dania, które nie pochłaniają wiele czasu. 

D.K.: Czyli komponujesz nie tylko w studiu nagraniowym, także na talerzu. Mów co chcesz, ale ja uważam, że od lat masz żółtą koszulkę lidera na scenie muzycznej. Jedni się pojawiają i znikają, a Ty jesteś, konsekwentnie robiąc, to co lubisz. Przy tym rozkwitasz, wyznaczasz trendy muzyczne, półtora roku temu pojawił się nowy członek rodziny – to dopiero wygląda jak jedna wielka kompozycja ułożona na całe życie. Masz przepis na to jak być szczęśliwą i spełnioną? Jak być w każdym ze światów po trochu i wyciągać z nich esencję życia? 

N.K.: Bardzo Ci dziękuję za te miłe słowa, ale nie do końca jest tak, jak mówisz. Na pewno są chwile, w których rzeczywiście udaje mi się żyć pełnią życia i robię rzeczy, które kocham. Inspiruje mnie piękno, tak jak to jest w wierszu Cypriana Kamila Norwida: „Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. Tak to jest, piękno w sztuce, ale i codzienności np. w urządzaniu domu, podaniu do stołu. Zdecydowanie estetyka bardzo mnie kręci. Przykładam wagę do detalu i tak samo rozkminiam rzeczywistość. Nie umiem napisać piosenki z wytartymi schematami słów, nie dla tego, że silę się na wielką formę, ale dlatego, że zawsze bawię się słowem, szukam w sobie pokładów autoironii, żeby opisać coś niezbyt dosłownie i użyć słów, które będą odpowiednie. Bycie kreatywnym i działanie na własnych zasadach daje poczucie szczęścia. Staram się żyć tak, żeby nie robić niczego wbrew sobie, by się spełniać. Ważne jest dla mnie to, żeby otaczać się ludźmi, którzy mnie inspirują i nie są toksyczni. Odkryłam, że od toksycznych ludzi trzeba uciekać, odcinać takie relacje, bo potrafią bardzo dużo złego człowiekowi narobić, np. łatwo stracić wiarę w siebie. Nie chodzi o to, żeby się otaczać klakierami, ale ludźmi prawdziwymi, którzy wyzwalają dobre rzeczy. 

D.K.: Mnie się wydaje, że ludzie ze złą energią nie mają do Ciebie podejścia. I tak samo jest z plotką, one się Ciebie nie trzymają. Na to też jest potrzebny przepis, zwłaszcza w czasach Facebooka i Instagrama . 

N.K.: To chyba jest kwestia ustawienia sobie w życiu priorytetów. Jeżeli będę się starała utrzymywać z kimś znajomość wbrew sobie, przez zwykłą interesowność, to zawsze się zdarzą w moim życiu toksyczni ludzie. Tak samo jest z plotkami. W pewnym momencie musiałam sobie zadać pytanie o co mi chodzi? Doszłam do wniosku, że nie zależy mi na popularności, którą dają programy rozrywkowe, gdzie nagle pojawiasz się wszędzie i wszyscy interesują się wszystkim co ciebie dotyczy. Tak jak w filmie Woody’ego Allena „Zakochani w Rzymie”, w którym znanego celebrytę pytano nawet o kolor majtek, a on szczęśliwy odpowiadał na każde, najdziwniejsze nawet pytanie. Nie mogę być specem od wszystkiego tylko dlatego, że jestem znana. Oczywiście też miałam taki etap w swoim życiu, niestety, nie zawsze byłam taka święta, kiedy za dużo zdradzałam prywatności (śmiech). Wtedy nie wiedziałam, że nie wolno się dzielić całym swoim życiem. Kiedyś ktoś mądry, powiedział, że jak dziennikarz jest miły i ze mną rozmawia, to nie znaczy, że jest już moim przyjacielem i muszę mu o wszystkim opowiadać. A ja mam taki rodzaj otwartości do ludzi, że jak ktoś mnie podpuścił, podpytał o osobisty temat, to ja z grzeczności odpowiadałam. Był więc moment, że dałam się namówić na różne zwierzenia. Na szczęście to były inne czasy, teraz jestem uważna, chronię swoją prywatność, ale rozsądnie. Jeśli ktoś robi ze swojego życia totalną tajemnicę, to jest jeszcze większym kąskiem. Staram się, żeby moje życie było normalne. Nie ukrywam, że mam dzieci, ale nie chcę żeby ich twarze były rozpoznawalne. Czasami pokazuję się w ich kontekście, nawet sama wrzucam wybrane zdjęcia na Facebook czy Instagram. Uważam, że to jest naturalny kontekst mojego życia ale nie sprzedaję swojej prywatności, mam granice. Staram się też nie opowiadać o relacjach z innymi znanymi osobami, żeby nie rozprzestrzeniać plotek. Poza tym to ja mam szczęście do takich absurdów, że czasami naprawdę sama nie mogę uwierzyć w to co się dzieje. Jak słyszę lub czytam, że wreszcie zdradzę swoją największą tajemnicę, albo że kogoś uratowałam, albo: „wielkie kłopoty Natalii Kukulskiej” – no to sama wiesz, kupuję tę gazetę, żeby się dowiedzieć, co tam u mnie nowego słychać? (śmiech). Czasami dziennikarze tworzą jakieś dziwne historie i bardzo oczekują mojej reakcji. Pytałaś o receptę na plotki, już wiele razy nauczyłam się, że brak reakcji jest najlepszą receptą, żeby ta plotka zginęła śmiercią naturalną. Powiedzmy, że jakaś część osób się dowiedziała o tej plotce za pierwszym razem, ale jak dam na nią ripostę, to dowie się o niej kolejna grupa ludzi, a potem kolejne pisma to przedrukują. To jest machina samonakręcająca się, więc już się nauczyłam, żeby nie reagować. Niektóre plotki mnie śmieszą i nie są groźne, ale niektóre są tak wkurzające, że mam ochotę od razu zareagować. Ostatecznie robi to mój management, żeby nie było widać mojego stosunku emocjonalnego do tego wydarzenia, bo to tylko jest tzw. woda na młyn. Ostatnio usłyszałam śmieszną plotkę, że niby którejś z wokalistek nie podałam ręki na imprezie. Bardzo rzadko „bywam”, ale poszłam na wręczenie nagród zaprzyjaźnionego radia, a potem śmiałam się z siebie, że raz się wybrałam na imprezę i od razu zostałam obsmarowana, że z kimś się nie przywitałam. To oczywiście jest jakaś bzdura kompletna, bo zawsze odpowiadam cześć i mówię to dwa razy głośniej, żeby wszyscy usłyszeli i nie mieli wątpliwości. Przedziwna sytuacja. Najlepiej nie pokazywać się konsekwentnie w przestrzeniach, które dają pretekst do powstania plotki. I dlatego, już pomijając to, że nie mam czasu i średnio mam ochotę wychodzić na imprezy, to po prostu wiem, że to nie jest nic co służy propagowaniu mojej muzyki. 

D.K.: No właśnie, przecież w Twoim życiu chodzi o muzykę, a nie o bywanie, a jeśli masz ochotę na fajną imprezę, w gronie przyjaciół, to wystarczy zejść do piwnicy. (przyp. red: piwnica Natalii i Michała jest miejscem, w którym odbywają się najlepsze muzyczne imprezy w mieście) 

N.K.: (śmiech)!

D.K.: Zresztą co by nie mówić, wydaje się, że nie przepadasz za tym sztucznie wykreowanym, pompowanym światem showbiznesu, który jest bardziej show niż biznesem.

N.K.: No tak, ja też do biznesu mam dwie lewe ręce, jakby co (śmiech). Natomiast jakoś stronię od tego świata, ale wśród muzyków, artystów jest mnóstwo osób, z którymi uwielbiam spędzać czas. Mam całe grono przyjaciół z mojej branży, bo wiele rzeczy nas łączy. Spędzamy całe godziny razem w garderobie, na koncertach i często nawiązują się bardzo bliskie, serdeczne, wręcz przyjacielskie relacje. To jest fajne i cieszę się z tego, że mam spore grono ludzi godnych zaufania. Przyciągają się ludzie bardzo podobni do siebie o podobnej wrażliwości: to samo nas bawi, te same rzeczy żenują i zazwyczaj o tym rozmawiamy w kuluarach. 

D.K.: A co Cię śmieszy, co żenuje? 

N.K.: Trudno tak odpowiedzieć bez przytaczania anegdot. Muszę przyznać, że łatwo mnie rozbawić. Abstrakcja jest kluczem. Mam to po moim tacie, który uwielbiał podsumowywać jakieś wydarzenie i dawać taką sentencję, która w kontekście sytuacyjnym bawiła towarzystwo. Mistrz riposty. Nieskromnie przyznaję, że czasami jak siebie słyszę, to tak jakbym słyszała swojego tatę. Nasiąkłam jego poczuciem humoru. Tak samo mamy z Michałem, moim mężem. Wiele podobnych rzeczy nas śmieszy, czasem są to gry słów. Wiesz jakie to ważne, żeby z ludźmi bliskimi i przyjaciółmi śmiać się z podobnych rzeczy? To jest ten papierek lakmusowy, który sprawdza czy odbieramy na podobnych falach, czy do siebie pasujemy. Jeżeli to się zgadza to jest to dobry punkt wyjścia. Co mnie żenuje? Sztuczność, egoizm, próżność – chyba to najbardziej. 

D.K.: Skoro jesteśmy przy anegdotach, przypominasz sobie jakiś zabawny wątek z koncertu? 

N.K.: O takich rzeczach to można książkę napisać, są ich tysiące: od mrożących krew w żyłach do zabawnych. Jedna z najśmieszniejszych sytuacji wydarzyła się już dawno podczas koncertu, kiedy to mojemu chórzyście podczas śpiewania wypadł ząb… Nie muszę tego kryć, Łukasz Zagrobelny kiedyś sam o tym opowiadał. W czasach kiedy razem z Anią Szarmach śpiewał u mnie w chórkach, miał problem z zębem po wypadku, ale nie powiedział mi o tym. Podczas piosenki „Natural women”, nie zapomnę tego, mamy taką kodę (przyp.red.: finał piosenki) kończy się śpiewaniem na trzy głosy „women, women, women”. Łukasz uśmiechnął się do mnie podczas śpiewania, ja patrzę – a on ma taką czarną dziurę w przednim uzębieniu. Myślałam, że dowcip mi zrobił, namalował sobie coś, przykleił może. Tak się zgotowałam, że kompletnie nie mogłam zaśpiewać tego rozwiązania, więc to trwało i trwało. Ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, ja nie mogłam im tego powiedzieć. To była sytuacja, w której najtrudniej mi było się zebrać. Potem się okazało, że ząb Łukasza naprawdę wypadł, to było o zgrozo!… ale bardzo śmieszne. Takich anegdot jest naprawdę cała masa.

MUZYKA

D.K.: No i popłakałam się ze śmiechu! Nie znałam tej historii, a tyle lat się znamy. Nawet kilka imprez zaliczyłyśmy razem..

N.K.: Tak było 🙂 

D.K.: A propos znajomości, to jest fascynujące, że znam Cię od wielu lat, ale wciąż myślę, że nie znam Cię wcale. Wciąż czymś nas zaskakujesz, np. nową fryzurą- swoją drogą piękne są te Twoje loki. Czy zmiany zewnętrze, choćby w stylizacjach, strojach scenicznych generują zmiany w muzyce jaką tworzysz czy wręcz odwrotnie? 

N.K.: Zmiany wizerunku są dla mnie czymś naturalnym. Zawsze byłam obdarzona dużą ilością włosów i fryzury traktowałam jak czapki. Jak na prawdziwą kobietę przystało, to zawsze byłam na przekór swojej naturze. Przez wiele lat nosiłam długie włosy i je prostowałam, potem na przekór chciałam udowodnić, że ja to nie włosy (jak śpiewała India Arie  „I’m not my hair”). Coś w tym jest, że nie chciałam być zaszufladkowana wizerunkowo, więc tutaj sobie wygoliłam bok, tu spięłam na gładko czy obcięłam na krótko. Na szczęście nie ma w tym nic złego, włosy odrastają, a człowiek lubi sobie poeksperymentować, żeby sprawdzić, w którym nakryciu głowy jest mu najlepiej. Teraz mam najbardziej naturalną fryzurę w całym moim życiu. Myję głowę i nic więcej nie robię. Mam naturalny skręt, a w tej długości jest on jeszcze większy. Wszelkie zmiany wizerunkowe przy płytach, były dla mnie formą ekspresji i zabawy. Są płyty, teledyski i piosenki, w których bardziej mój wizerunek jest wyeksponowany, a są takie jak przy płycie „Ósmy plan”, gdzie mój wizerunek był na dalszym planie. Klip do piosenki „Pióropusz” jest nawet wykonany w technice animacji poklatkowej, więc mnie tam nie ma w ogóle i jakoś nie czułam potrzeby opowieści tej historii swoim wizerunkiem. Natomiast album „Halo tu ziemia!” i temat kosmiczny, teksty, które napisałam dały mi już większy pretekst do zabawienia się tą formą. Nawet zaszalałam, co widać w teledyskach, zwłaszcza w klipie do piosenki „Kobieta”, w której bawię się tematem postrzegania kobiet, wizerunku, stereotypów na nasz temat. Ten teledysk ma bardzo groteskowy, przerysowany charakter i muszę przyznać, że tutaj najbardziej wyżyłam się wizerunkowo. 

D.K.: No właśnie, ale lubisz eksperymenty nie tylko z wizerunkiem, także te muzyczne. Udowadniasz to kolejnymi krążkami, każdy z nich jest inny. Wspomniałaś o „Ósmym planie” i „Halo tu ziemia!”, zastanawiam się gdzie szukasz inspiracji? Wiem, że lubisz np. Little Dragon, że często robicie sobie z Michałem Youtube Party. 

N.K.: Muzyka sama w sobie jest inspirująca, więc jak się słucha, to dzieje się to automatycznie. Michał miał taki moment, że dzień zaczynał od tego, żeby zobaczyć co nowego, zwłaszcza w elektronice i alternatywie. Szukaliśmy, łowiliśmy różne rzeczy, jesteśmy otwarci na to, co ktoś nam poleci, a poza tym jeździmy na różne festiwale. Muzyka sama w sobie jest pokarmem.  Inspiracją jest też spotkanie, bo np. przy płycie „Halo tu ziemia!” pojechaliśmy w góry bez żadnych założeń, że chcemy nagrać płytę taką czy owaką. Nie mieliśmy żadnego nastawienia, po prostu wzięliśmy sporo instrumentów w tym syntezatory analogowe, które zdefiniowały tę muzykę. Wszystkich nas wkręciły te chropowate brzmienia i każdy był dla siebie inspiracją, to jak graliśmy nas nakręcało. Pojechaliśmy z całym zespołem  – Archie Shevskym, Marcinem Górnym i Michałem, i to był czas totalnej zajawki. Na powstanie kolejnej płyty ma wpływ wiele czynników: twoja przeszłość, to czego się nasłuchałeś jako dziecko, wnioski, błędy, nowe fascynacje muzyczne, brzmienia. Kiedyś okazało się np., że oboje z Michałem od lat uwielbiamy Depeche Mode. Wiele gatunków po drodze nas inspirowało, od jazzu poprzez funk, soul itd. I to wszystko ma potem ujście w tym, co człowiek nagrywa. Ale z drugiej strony chciałoby się zrobić coś swojego, czystego, więc jak nagrywam nowy materiał, to nigdy nie ma założenia, że chcę, żeby to było jak coś, co już istnieje na rynku muzycznym. Radiowcy często mówią: nagraj płytę, która będzie jak coś, albo coś na miarę tego artysty. Takie myślenie zawsze jest dla mnie bolesne, jest też olbrzymim ograniczeniem. Takimi rzeczami przy nagrywaniu płyt już od dawna się nie kieruję, świadomie ponosząc konsekwencje. 

D.K.: Mówi się, że ludzie lubią te dźwięki, które już gdzieś słyszeli. Może o to chodzi dziennikarzom?

N.K.: No tak, ale zawsze jest ten pierwszy raz. Kiedy Dawid Podsiadło pokazał się w Polsce, też wcześniej byś nie powiedziała, że radio zagra taką muzykę. Potem wszyscy już chcieli być i są „jak Dawid Podsiadło”. Kiedy Adele pojawiła się z balladą, też nikt by nie pomyślał, że będzie grana w eterze. Nagle wysypały się same Adele, jedna po drugiej. Nie o to chodzi w muzyce, by była podobna do tej, z którą jesteśmy osłuchani. 

D.K.: W takiej sytuacji dobrze jest się wyróżnić, a Ty się wyróżniasz. A może Ty tęsknisz za muzyką klubową? 

N.K.: Nie, wiesz tęsknoty za klubowym życiem nie ma we mnie w ogóle. Natomiast uwielbiam grać koncerty, gdzie przychodzi publiczność, która chce przyjść i posłuchać muzyki. Bardzo lubię grać koncerty w klubach, nawet kameralnych, gdzie ludzie są w miarę blisko, przeżywają, a ja widzę ich oczy, w nich emocje. Oczywiście lubię też grać w większych salach, ale nie segreguję muzyki w ten sposób. Jedną z największych inspiracji muzycznych jest dla mnie grupa Son Lux, która najpierw grała w klubach. Byłam na takim koncercie w Polsce. Dziś grają w ogromnych halach, bo nagle okazało się, że ten zespół stał się modny. Zaskakujące, bo muzyka, którą grają nie jest mainstreamowa. Zrobiła się na nich koniunktura i to jest super fajne. Co do klubowego wątku, zapewne pewne moje brzmienia mogą się kojarzyć z taką muzyką. Polecam zresztą remiksy, np. do piosenki Miau czy Sexi Flexi…

D.K.: Prawie rok mija od wydania ostatniej płyty „Halo tu ziemia!”. Schodzisz czasem do piwnicy, do studia nagraniowego, masz już tęsknotę, żeby zrobić coś nowego?  

N.K.: Trochę zmieniamy, przekształcamy nasze studio, rozwijamy je, więc mam nadzieję, że to miejsce dostarczy nam jeszcze więcej inspiracji. Na razie jest wiele projektów, do których zostałam zaproszona w międzyczasie. Ciągle jeszcze żyję płytą „Halo tu ziemia!”, gramy koncerty w różnych miastach w Polsce. Wkrótce też  będziemy grać koncerty akustyczne, co oznacza, że oparte będą o gitarę akustyczną. Żeby przełamać typowo akustyczne brzmienie, Michał gra wówczas wyłącznie na perkusji elektronicznej a bas grany jest na Moog’u. Brzmi to nietypowo, kameralnie, taki minimal. Dla publiczności ten rodzaj koncertu jest wyjątkowy bo mamy z nią bliski kontakt. Gram też koncerty ze znakomitym Atom String Quartet. Nawet piosenki z ostatniej płyty zostały fantastycznie przearanżowane przez nich. Marek Napiórkowski zaprosił mnie do projektu, który łączy w sobie cechy koncertu i spektaklu, są to kołysanki dla dzieci i dorosłych „Szukaj w snach”. Ja nie bardzo chciałam wracać do świata dziecięcego, trochę się tego bałam, ale jak usłyszałam tę muzykę, to nie miałam żadnych wątpliwości. Te utwory niosą ogromną wartość. To jest zbiór ciekawych i pięknych  kompozycji Marka, niezwykle kojących i nie zaśpiewać ich byłoby grzechem (śmiech). Dlatego weszłam w to całą sobą. Zagraliśmy 17 spektakli w Teatrze Starym w Lublinie, bo to była ich inicjatywa i wydaliśmy niedawno album pod tym samym tytułem. Polecam tę płytę nie tylko tym, którzy mają dzieci, ale także tym, którzy chcą sobie posłuchać ciekawej akustycznej, kojącej, delikatnej i subtelnej muzyki. To jest taka trochę muzykoterapia. Dodatkowo biorę udział w serii koncertów „Cohen i kobiety”, gdzie śpiewam dwa utwory Leonadra Cohena. Cały czas coś się dzieje, więc nie doszłam jeszcze do tego momentu, w którym jestem zupełnie gotowa na nowe… aczkolwiek powoli już mnie nosi. Przez najbliższe kilka miesięcy będzie się wiele działo koncertowo i projektowo, ale przyjdzie moment, w którym nowe rzeczy zaczną mi się napraszać. Planuję także pewien projekt na 2020 rok, na razie nic nie mogę zdradzić, może tylko to, że powoli się do niego przygotowuję a kalendarz koncertowy na przyszły rok też powoli się zapełnia. 

autor zdjęć Zuza Krajewska
autor zdjęć Zuza Krajewska

 

NATALIA KUKULSKA KOBIETA Z KLASĄ

D.K.: Lubisz być kobietą?

N.K.: Czasami lubię, a czasami przeklinam (śmiech). Wydaje mi się, że natura dużo nałożyła na nas obowiązków i wyzwań, a sprostanie im wszystkim nie jest łatwe, zwłaszcza dla kobiet z ambicjami. Ambicje czasami potrafią zjadać cię od środka, a jeśli do tego dołożysz jeszcze perfekcjonizm, jest dużo trudniej. Dlaczego? Bo wszystko chcesz zrobić na własnych zasadach i ze stuprocentową dokładnością. W piosence: „Kobieta” jest  bardzo dużo mojej refleksji o kobiecej naturze. Opisują nas słowa: 

„Szyja jak pal
Jest wbita na dno
A sięga do gwiazd
Panoramiczny wzrok”

Mam czasem takie wrażenie, że muszę być nogami bardzo mocno na ziemi, że ziemia woła do mnie: ziemia do Natalii, a ja z kolei chcę się unosić artystycznie. Z drugiej strony oczy mam dookoła głowy, wszystko staram się dostrzegać. Widzę też różnice między nami, a mężczyznami choć oczywiście to generalizowanie. Oni są zadaniowi, poukładani: wchodzą w jeden temat i skupiają się na wykonaniu zadania, są przy tym precyzyjni. My kobiety mamy podzielność uwagi i wiele różnych funkcji w życiu, które łączymy.

D.K.: Podzielność uwagi bywa naszą zmorą, masz rację. 

N.K.: Dlatego śpiewam: 

„Poczuj cukier i sól. 

Dobrze ją znam. 

I wiem czego chcę. 

Bo ten przekorny głos. 

Kobieta we mnie jest.”

Wiem też, że potrafimy nie być łatwe, a czasem także porywcze:

„Z niczego i tak umie wywołać dym”

W piosence „Kobieta” zabawiłam się stereotypami myślenia o nas, bo przecież każda kobieta jest inna i tak często generalizuje się nasz wizerunek. Chociaż… pewne cechy pojawiają się u większości kobiet. 

>



D.K.: Kto jest dla Ciebie przykładem kobiety z klasą? I co to właściwie znaczy kobieta z klasą? 

N.K.: Po przeczytaniu książki Michała Rusinka o Wisławie Szymborskiej, to ona mi się widzi jako taka osoba. Miała lotność spostrzeżeń i opisywania tego, co dusza przeżywa w sposób unikatowy i niesamowity. W taki sposób, który pozwala czytelnikowi poczuć i przeżyć to samo. W relacjach międzyludzkich też była urocza: była trochę damą, która trzymała pewien rodzaj dystansu, a z drugiej strony miała niezwykłe poczucie humoru i nie brakowało jej temperamentu. Była prawa, ale też w elegancki sposób wymagająca, przyznawała się do błędów i niedoskonałości – bardzo mi się podoba ta postać. Ona przyszła mi jako pierwsza do głowy, ale niezwykle trudno jest wybrać jedną ikonę. Kasia Nosowska ma klasę, to rodzaj kobiety, która ma mocny charakter, ma poczucie humoru, ale ma też jaja, jest bardzo inteligentna i niezwykle twórcza. Cały czas robi ciekawą muzykę i pisze takie teksty, ma dużo do powiedzenia. Myślę, że w każdej dziedzinie byłaby to jakaś inna postać. 

D.K.: Zabrzmi jak pytanie starego piernika, z góry przepraszam 😉 Zastanawiam się, czy czasy, w których żyjemy, są dobrymi czasami dla kobiet z klasą? Trudno jest odnaleźć swoją życiową ścieżkę w tym labiryncie pokus, niewiele znaczących świecidełek, które kuszą i zawracają z obranej drogi.

N.K.: Trudno ocenić, ale czasem jak przeglądam Instagram i widzę treść wrzucaną przez niektóre kobiety, w jaki sposób siebie pokazują i co jest dla nich ważne (zwykle jest to kawałek ciała w różnych odsłonach), to ja tego nie rozumiem i wydaje mi się, że to jest dalekie od klasy, ale – nie mnie to oceniać. Może właśnie klasą jest nieocenianie innych? (śmiech) Chyba jednak klasy mi brakuje, bo często ulegam pokusie oceniania tego, co widzę. 

Kobieta z klasą kojarzyła się kiedyś z jakąś niedostępnością, nawet z zadzieraniem nosa. Współczesna kobieta z klasą to jest ta, która potrafi się przyznawać do własnych słabości, doskonali się i jest otwarta. Może nawet przekląć, jeśli to zrobi… po prostu z klasą (śmiech). 

D.K.: Dziękuję Ci, kobieto z klasą, za miłą rozmowę. Uznaję Twoją klasę w 100%, bo wcale nie oceniasz, tylko masz swoje zdanie. I tego się trzymajmy. 

176480_107159212696428_8125048_o

Dama w obiektywie! O kobiecej zmysłowości opowiada fotograf Adam Wilhelm

Kobiety stojąc przed nim, czują się nago. Wie, jak sprawić, by z kobiety emanowało  piękno, wdzięk, naturalność, siła i pewność siebie. Swoją pasję przekształcił w pracę, która od 25 lat daje mu niesamowitą satysfakcję, bo kocha ludzi i prawdziwe emocje. Utrwala je i dzieli się nimi. Adam Wilhelm. Fotograf, podróżnik, wielbiciel piękna.

Adam, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z fotografią?

Fotografią fascynowałem się od dzieciństwa. Jako mały chłopczyk urządziłem sobie własną ciemnie w łazience u dziadków, niejednokrotnie dziadek przyłapał mnie w środku nocy, gdy wywoływałem zdjęcia.  Jako nastolatek uwielbiałem wyjeżdżać za granicę, przechadzać się uliczkami z małym aparatem fotograficznym i uwieczniać napotkanych ludzi, tak zostało mi zresztą do dzisiaj.

Jesteś szczęściarzem, bo pasję przekształciłeś w pracę.

Tak, jestem szczęściarzem, bo robię to co kocham, połączyłem swoje pasje w pracę. Uwielbiam podróżować, robić zdjęcia, poznawać nowych ludzi. Na co dzień zajmuję się sesjami wizerunkowymi, biznesowymi na potrzeby korporacji. Zajmuję się także relacjami z eventów, konferencji,  premier filmów, a także zdjęciami reklamowymi np. Restauracji, potraw, które możemy oglądać na stronach internetowych czy ulotkach. Jednak najbardziej lubię robić zdjęcia fashion. Współpracuję z kilkoma markami odzieżowymi w Polsce i Europie. Kluczowy jest dla mnie kontakt z ludźmi, dlatego nie krępuję się powiedzieć, że jestem także fotografem wesel, komunii, chrztów, bo podczas takich uroczystości towarzyszy mi  prawdziwy kolaż emocji między ludźmi, małżonkami, dziadkami. Kocham zdjęcia w ruchu, dynamiczne w ciele i na twarzy.

Jesteś dojrzałym mężczyzną i doświadczonym fotografem. Patrząc przez obiektyw na kobietę, co chcesz z niej wydobyć? Jak ją postrzegasz?

Sesja z kobietą zawsze mnie fascynuje, też jako fotografa, bo widzę często piękno, którego one nie widzą. I obrałem sobie za punkt honoru i największe marzenie, by wydobyć z nich to piękno, które czasami jest tam gdzieś głęboko ukryte. Często tak jest przy sesjach biznesowych, gdzie są kobiety na początku spięte, a później widać prawdziwe uśmiechy, swobodę ciała. I to jest fajne, bo przy  sesjach typu modowych kobiety są bardziej pewne siebie, ponieważ są „zawodowcami” świadome swojej wartości, aparycji. Natomiast chodzi o to, by nieprofesjonalna modelka, po prostu kobieta poczuła się dobrze przed obiektywem. To jest bardzo trudne do osiągnięcia, bo ludzie przed obiektywem stoją często wręcz zmrożeni, stremowani.

Wolisz oddać charakter kobiety, czy jej piękno zewnętrzne. Co przeważa?

Charakter jest najważniejszy. Z kolei każdy chciałby się ujrzeć na zdjęciu swoją piękną twarz i ciało. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja cieszę się bardzo ze zmarszczek  mimicznych, rzeczy z których kobiety zazwyczaj nie są dumne i chciałyby je zatuszować. One nie rozumieją, dlaczego to jest fajne i piękne, a jest! bo to jest prawdziwe. Każda zmarszczka, bruzda,  blizna czy inny „defekt” powinien być powodem do dumy, bo oddaje nasze przeżycia, doświadczenia dobre i złe, ale to jest część naszego życia i ciała.

Kiedyś usłyszałam, że stojąc przed obiektywem to jak stać nago. Kobiety czasem wstydzą się występować przed kamerą. Co im radzisz? Jak dodajesz im odwagi by poczuły się sobą?

To może być przerażające dla modelki, że ja widzę wszystko w przybliżeniu, ale nadchodzi taki moment, że należy to po prostu zaakceptować. Moim zadaniem jest,  by kobieta poczuła się na tyle swobodnie, by zapomniała o tych swoich „defektach”, bo dla niej mogą być to defekty, a tak naprawdę dla innej osoby zmarszczka na czole czy blizna może być ciekawe i dodać uroku.

Myślenie o swoich wadach czy o swoim złym profilu, powoduje to, że wręcz podkreślamy to, co chcemy ukryć. Jeśli ktoś,  kto staje przed obiektywem i nie jest zadowolony ze swojego uśmiechu, to tak spina usta, że one wyglądają jeszcze gorzej. Natomiast jeśli przyjmiemy postawę, że nie mamy niczego do ukrycia, wówczas dopiero tak naprawdę zaczynamy pracować właściwie. Taki moment czasem osiągam po dłuższej serii zdjęć, kiedy generalnie ludzie już odpuszczają. Dążę do tego być ludzie zaufali mi i czuli się bezpiecznie.

Jak zdobywasz ich zaufanie? Co im mówisz?

Mówię im prawdę, staram się rozmawiać z modelkami, kobietami już podczas makijażu.  Aparat wyciągam tuż przed zdjęciami, bo podniesienie aparatu powoduje spięcie. Chodzi o to by tą naturalność utrzymać też kiedy aparat mam przy oku.

Jeśli modelka zrozumie, że mam na celu wydobycie tylko najpiękniejszych ujęć, to w tym momencie mi zaufa. Złe, śmieszne ujęcia kasuję. Nie zatrzymuje ich na dyskach.

Kobieta trochę się boi, bo jeśli fotografuję ją w bieliźnie lub w sytuacjach intymnych i nie miałaby do mnie zaufania, że wybiorę tylko najlepsze zdjęcia, a resztę usunę,  to sesja byłaby bez sensu. Przygotowuję tylko zdjęcia, które będą się podobać i z których kobieta będzie dumna i chciała się nimi pochwalić.

Robisz także sesje indywidualne nie tylko 20-letnim modelkom, ale także dojrzałym kobietom w bieliźnie. Praca na planie wygląda inaczej z dojrzałą kobietą?

To jest kwestia bardzo indywidualna.  Uważam, że kobiety, które zdecydują się w wieku 45-50 lat na zdjęcia intymne wiedzą czego chcą. Są świadome jakiego efektu pragną i skoro podjęły taką decyzję to podchodzą do sesji bardzo poważnie i świadomie. Angażują się w stu procentach niezależnie od wyglądu. Na początku trochę zwykle żartują, uśmiechem chcą  zasłonić tremę, ale one wiedza po co przyszły. Natomiast kobiety takie są dużo młodsze nie są zwykle zdecydowane. Chcą sobie zrobić, bo namówiła je koleżanka itd. Kobiety, czym są starsze tym bardziej wiedzą, czego chcą w życiu.

Twoja najciekawsza sesja kobieca to…

Trudno powiedzieć, wszystkie są ciekawe. Każda sesja kobieca jest dla mnie wyzwaniem. Przypominam sobie taką sytuację: Przyszła mama z córką na sesje bieliźniarską, gdzie córka była modelką, a mama przyszła towarzyszyć córce by czuła się bezpieczniej. Gdy już skończyliśmy to mama poprosiła mnie, bym także jej zrobił zdjęcia w bieliźnie.  Obie wyszły zadowolone. Dla mnie to było inspirujące przeżycie.

A które zdjęcia wypadły lepiej? Mamy czy córki?

Jeśli chodzi o emocje, zaangażowanie, to oczywiście mama. Córka potrzebowała zdjęć do portfolio, zajmuje się modelingiem, ale nie do końca to czuła, nie wniosła takich emocji jak mama.

Jak przygotować się najlepiej do sesji zdjęciowej jeśli chodzi o stylizacje i makijaż?

Wbrew pozorom lepiej mi się pracuje, gdy kobiety same się przygotowują własną garderobę,  tak aby czuły się w nich komfortowo i wygodnie. Stylista z kolei odkrywa nowe możliwości, ale to już jest inny rodzaj sesji. Ubranie powinno być najlepiej gładkie, bez wzorków szczególnie, jeśli chodzi o drobne paseczki i krateczki, które w plikach cyfrowych tworzą efekt „mory”.

Z makijażem jest odwrotnie. Uważam, że zawsze powinna być wizażystka. Natomiast na sesję powinny przyjść bez makijażu, by uniknąć efektu zmęczonych oczu.

Gdy myślisz „kobieta z klasą”, kto pierwszy przychodzi Ci na myśl?

Monica Bellucci i Sophia Loren.

Dlaczego one?

Myślę, że bardziej Monica, bo Sophia ma wyzywającą urodę.

Monica jest kobieca. Chodzi o zachowanie, postawę. Monica jest wyważoną, świadomą siebie kobieta. Ona nie potrzebuje niczego robić, po prostu emanuje od niej miano „kobiety z klasą”. Niezależnie od atrybutów zewnętrznych, ona nosi tę klasę w sobie. Trudno mi nawet to wyrazić. Jest to coś, co się czuje. Sposób noszenia ubrań czy nienoszenia to jest to co determinuje tę klasę. Nie chodzi o zbytnia pewność siebie, bo to przeobraża się w arogancję, a arogancja nie jest oznaką klasy, to raczej jest oznaką braku klasy. Klasa to jest wyważenie we wszystkim. Przez te kobiety płynie ta klasa i nie jest wymuszona.

Aneta Pisaniec

Jak odnaleźć swój własny styl radzi stylistka gwiazd i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec

„Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. W tym wszystkim nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku.”

Stylistka gwiazd, perfekcjonistka w każdym „detalu”, miłośniczka piękna, mody, a przede wszystkim wielka optymistka i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec.

W dzisiejszej dobie możemy zamówić, kupić absolutnie wszystko i wyglądać jak gwiazda. Jak tego dokonać, by jednak nie stracić majątku?

Aneta Pisaniec: Tak jak zaznaczyłaś w swoim pytaniu, na rynku jest już wszystko. Oznacza to ogromną konkurencyjność również cenową. Wyglądać „jak gwiazda” można wręcz dosłownie. Internet pełen jest stron, na których możemy zamawiać kopie sukienek naszych ulubionych celebrytek, w których widziałyśmy je na jakiejś gali. Sugerowałabym jednak powściągliwość w takich zakupach. Suknie gwiazd kosztują zazwyczaj od kilku do kilkudziesięciu, nawet kilkuset tysięcy złotych. Nie oszukujmy się, że jakość materiału i wykonania, w naszej tańszej wersji będzie taka sama. Patrząc z mojej perspektywy na klientki, z którymi współpracowałam na przestrzeni lat, najważniejszy w wyglądzie gwiazdy jest zadbany wygląd. Mam na myśli ładną skórę, zdrowe włosy. Potem zakupy. Z każdej kolekcji możemy wybrać coś dla siebie. Warto jednak najpierw poznać dobrze swoją sylwetkę. Wyglądać ja gwiazda oznacza podkreślać atuty i tuszować mankamenty, one to robią przecież najlepiej. Ja zawsze namawiam osoby, z którymi pracuję do kupienia kilku ekstrawaganckich rzeczy w czasie wyprzedaży. Ciekawe buty, torebka, kolczyki. Normalnie szkoda nam pieniędzy na dodatki „okazjonalne”, a to one potrafią dodać smaku całej stylizacji.

Przybliż nam trochę swoją pracę zza kulis. Przychodzi do Ciebie klientka, która ma przed sobą „wielkie wyjście”. Jak odkrywasz jej styl?

A. P.: Klientki, które zgłaszają się do stylisty to kobiety, które zazwyczaj chcą całościowo zmienić swój styl. Drugą kategorię stanowią panny młode, ale to zupełnie inny temat 🙂 Wracając do klienta numer jeden, jest to osoba, którą muszę dobrze poznać. Wiedzieć czym się zajmuje, jak wygląda jej dzień i też co chciałaby poprzez nowy wizerunek osiągnąć. Motywacje są bardzo różne. Dodatkowo, zazwyczaj umawiam się z klientką najpierw w jej domu, by przejrzeć szafę. Wyrzucamy z niej rzeczy, które kompletnie się nie nadają, dajmy drugie życie tym, z których nie umiała korzystać, a okazują się przydatne. Potem idziemy na zakupy i tworzymy różne zestawy. Stylista to również trochę psycholog, współcześnie można powiedzieć coach. Kobiety, które chcą coś zmienić w wizerunku, często mają już na to jakąś wizję, ale potrzebują osoby, która je w tym utwierdzi. Pewne rzeczy są dla nich naprawdę nowe, więc nie staram się ich przestraszyć i tylko sugeruję, że mogą to sobie kupić same, za jakiś czas, jak już się z tą wizją oswoją. Robię im w tym zdjęcie, żeby mogły na nie spojrzeć po upływie czasu, kiedy czują się już pewniej ze zmianami, jakie następują. Nie zmuszam, ale kiedy widzę, że ktoś wygląda w czymś naprawdę świetnie, namawiam. Troszkę je terroryzuje, ale mam wrażenie, że tego potrzebują, bo inaczej niczego nie zmienią 😉

W jaki sposób określiłabyś „styl damy”? Kto przychodzi Ci na myśl pod hasłem „kobieta z klasą”?

A. P.: To jest trudne pytanie z względu na to, że tak jak w każdej dziedzinie życia i w tej jaką jest moda i wizerunek, granice wciąż się przesuwają. Mogłabym podawać klasyczne przykłady jak Audrey Hepburn, mam jednak wrażenie, że to już trochę nieaktualne. Oczywiście, prostota zawsze się obroni i będzie wyglądać dobrze, jednak czy każda kobieta, która włoży małą czarną od YSL, do tego szpilki od Loubutina i torbę od Chanel ma klasę? Czy po prostu dużo pieniędzy? Audrey to przykład nie tylko kobiety z klasą i prawdziwej damy, ale też dobrego człowieka, działającego na rzecz ludzkości. Człowieka, dla którego wizerunek był dodatkiem do całości tego, jaką była osobą. W bardzo trafny sposób na Twoje pytania odpowiada Garance Dore w swojej książce. Pisze tam o czymś co według YSL nazywa się elegance de coeur, czyli elegancją serca. Dla mnie kobieta z klasą to osoba, potrafiąca zachować się w każdej sytuacji, tak by nie dając się nikomu poniżyć, nie poniżać również innych. Kobieta, która jest zmysłowa poprzez sposób rozmowy i uśmiechu, a nie eksponowaniu atutów wyglądu. Oczywiście, mówimy tu o emocjonalnej stronie. W dzisiejszym świecie ciężko być damą, każdego dnia spotyka nas tyle wyzwań i trudnych sytuacji, że musimy naprawdę nad sobą panować, aby coś nas nie wyprowadziło z równowagi. W moich oczach kobietą z klasą i prawdziwą damą jest ta kobieta, która nie dostosowuje się do wymogów danego środowiska, wulgarności. Kobieta, która ma swoje zdanie i potrafi je obronić.

Nieodłączne atrybuty „Kobiety z klasą” to…

A. P.: Uśmiech 🙂 Dodatkowo zawsze warto mieć przy sobie, coś aby się okryć, móc zasłonić ramiona, ze względu na wielokulturowość miejsc, w jakich możemy się znaleźć. Reszta atrybutów kobiety z klasą nie jest moim zdaniem związana z ubiorem, a z pewnością siebie i zadbanym wyglądem, który jest odzwierciedleniem szacunku do osób z którymi ma się spotkać. Mam na myśli czyste dłonie, zadbane paznokcie, uczesane włosy, zapach…

To prawda, że „Moda przemija, styl pozostaje”? Jak odnaleźć swój własny styl?

A. P.: Styl to sposób ubierania się, który pasuje do tego jak i gdzie funkcjonujemy na co dzień. Odnajdywanie swojego stylu to dość długi proces, ponieważ składają się na niego nie tylko suche informacje, dotyczące tego w czym nam jest dobrze. To też akceptacja siebie, a jej nabieramy z wiekiem. Styl młodych ludzi często się zmienia, ponieważ poszukują jeszcze swojej drogi. Kiedy już wiedzą, kim są, mogą ten styl pokazać sobie i światu, i być konsekwentnymi w wyborach. Wtedy z każdej kolekcji potrafią dobrać coś, co ich nie przebierze tylko unowocześni wygląd, pozwoli dopasować się do trendów.

Jakie są trendy na lato 2018?

A. P.: Pantone wybrał na ten sezon fiolet. Kolejnym modnym dodatkiem będzie coś w odcieniach intensywnej żółci lub ognistej czerwieni. Dla kobiet delikatnych sprawdzi się pudrowy róż i jasny niebieski, tzw. baby blue. Dla niezdecydowanych polecam biel. Ponadto torebki – koszyki, mini wersje tych piknikowych będą absolutnym hitem. Wszystko co dżinsowe i błyszczące, a najlepiej ze sobą zmiksowane. Ponadto boho w każdym wydaniu w postaci eklektyzmu, np. kwiatki łączymy z paskami. Bawimy się fakturą, wzorem i kolorem.

W każdym wieku możemy ubrać się modnie, zgodnie z trendami, seksi?Wiek, sylwetka Twoim zdaniem nie gra roli?

A. P.: Odpowiedzi na to pytanie są dwie. Pierwsza jest taka, że każdy może robić to na co ma ochotę,  o ile nie jest to przestępstwo. Ubiór, o ile kogoś nie obraża, nie jest zbrodnią. A więc wolno nam w każdym wieku nosić to na co mamy ochotę. Druga wersja odpowiedzi na to pytanie jest taka, że jeśli chcemy dostosować się do ogólnie panujących norm, wszystkiego nam robić nie wypada. Moda w dzisiejszym świecie jest dla każdego i wyglądać modnie możemy wszyscy. Co do trendów, nawet młode osoby nie powinny za nimi wszystkimi podążać, tym bardziej osoby ciut starsze.

Moje spostrzeżenie jest takie, że osoby w późniejszym wieku zazwyczaj rezygnują z intensywnych kolorów. Zupełnie nie wiem czemu. Królowa Elżbieta jest przykładem tego, że kolory z biegiem lat są wręcz wskazane.

Twoje najciekawsze modowe wyzwanie? Na przykład przychodzi klientka, która ma za dwa dni wielką imprezę, za to nie ma pomysłu w co się ubrać, nic jej się nie podoba. Co wtedy robisz?

A. P.: Nigdy nie miałam takiego problemu z klientkami. Miałam za to kłopoty z gwiazdami. Kiedyś jednej z nich tak spodobała się sukienka wypożyczona od projektantki do sesji zdjęciowej, że po prostu nie chciała jej oddać (kupić też nie). My zwykli śmiertelnicy zazwyczaj zachowujemy się normalnie i jeśli już prosimy o czyjąś poradę to po to, by z niej skorzystać. Gdyby przyszła do mnie osoba, której faktycznie nic z zaprezentowanych rzeczy by się nie spodobało, zapytałabym, czy jest jakaś kreacja, którą gdzieś widziała i chciałaby mieć podobną. Po ocenieniu czy jej ta rzecz pasuje, znalazłabym taką lub zleciła ekspresowe szycie u zaprzyjaźnionych krawców. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, najważniejsze to się nie zniechęcać i słuchać klienta.

Klasyka. Co zawsze warto mieć w szafie. Twoje „must have”?

Obawiam się, że moja odpowiedź nie zrewolucjonizuje niczyjego podejścia do tego tematu:

  • czarna klasyczna sukienka,
  • czarny żakiet,
  • biała koszula,
  • czarne szpilki,
  • trencz,
  • para gładkich dżinsów,
  • sportowe buty.

To są rzeczy, w których możemy w dzisiejszych czasach odnaleźć się w każdej sytuacji. Dodałabym jeszcze czarną skórzaną kurtkę.

Jakie masz motto lub jaką myślą kierujesz się w swoim zawodzie?

A. P.: Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. To samo staram się robić dla swoich klientów. Nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku:)

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved