website-logo
Irena Kamińska-Radomska

“Wartości są ważniejsze niż rodzina. Kosztem zasad nic nie zrobię” – Irena Kamińska-Radomska po raz pierwszy w tak szczerej rozmowie

Na sam koniec naszego 4-częściowego wywiadu pokoleniowego zaplanowałyśmy rozmowę z członkiem rodziny, którego medialna popularność była powodem całego zamiesznia;) I choć wydawało nam się, że Irena Kamińska-Radomska będzie głównym bohaterem całego cyklu, okazało się, że każda z Pań z jej rodziny ma do opowiedzenia równie przejmującą, przeciekawą, pouczającą historię życia. Ich siła, determinacja, a równocześnie delikatność i empatia, nieustannie urzekały i fascynowały podczas rozmowy. O chłopakach nie wspominając, bo po przeczytaniu poprzednich części same doskonale wiecie, że najmłodszy skradł show;D Nie przedłużając, przed Państwem niezwykle wzruszająca, emocjonalna i trudna rozmowa naszej Redaktor Naczelnej, Joanny Weneckiej-Golik, z dr Ireną Kamińską-Radomską. Cała rodzina na obiedzie piętro niżej, więc Panie mogą w spokoju porozmawiać.

Joanna: Dużo ludzi nie przywiązuje dziś wagi do męskiego wychowania. A ja wyobrażam to sobie tak, że chłopak ma być w przyszłości mężczyzną i ma być taki…

Irena: To ma być głowa rodziny! Partner dla swojej żony. Ale nie na takiej zasadzie, że będzie żonie dyktował, jak ma żyć. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego.

Joanna: Tylko właśnie partner.

Irena: Dla mnie równouprawnienie jest bardzo ważne, bardzo. Choć absolutnie nie jestem feministką… ale Ty chciałaś pociągnąć wątek wychowania. Mam odpowiadać z punktu widzenia babci czy w ogóle mam mówić o wychowaniu?

Joanna: Z punktu widzenia opowieści o swoim tacie, którą przed momentem zaczęłaś. Powiedziałaś, że był bardzo ciekawym człowiekiem. Jesteś podobna bardziej do niego czy do mamy?

Irena: Wydaje mi się, że ja zebrałam i od jednego, i od drugiego. Bo moja mama jest bardzo pracowita, jest tytanem pracy. I ma nieprawdopodobną energię. Do dzisiaj! Jestem pod ogromnym tego wrażeniem. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Jest niesamowita. Mówi mi dzisiaj, że jedzie, mając 81 lat, do syna, do Wiesbaden, że rezerwuje bilet. I jeszcze sobie załatwi dwa wolne miejsca w autokarze, żeby nogi wygodnie położyć… I dla niej nie ma problemu z tym, że nie zna niemieckiego, swobodnie się porusza za granicą, zawsze sobie poradzi. Jest dla mnie niesamowicie otwartą osobą, zawsze dążącą do celu. Wykorzystuje wszystkie możliwości, ale przede wszystkim potrafi je znaleźć, dostrzec…

Joanna: … i Ty też tak masz!. A który z rodziców był bardziej zasadniczy, konsekwentny? 

Irena: Ojciec był bardziej konsekwentny. Bardziej się bałam ojca. Ale on nie był zasadniczy w taki sposób, że miał muchy w nosie. Miał ogromne poczucie humoru, był bardzo lubiany w towarzystwie. Często śpiewał. Potrafił nawet na ulicy iść i sobie zaśpiewać, nie miał z tym żadnego problemu. Był zabawny. Zabierał nas do parku, na sanki, potem mi rozcierał paluszki w domu, jak wróciliśmy, bo ja zawsze bardzo marzłam. Taki prawdziwy ojciec; taki, jakim każdy ojciec powinien być, bo rzeczywiście się nami zajmował. Troszkę byłam zazdrosna o starszego brata, że jego traktował jako tego bardziej odpowiedzialnego, a przecież jest między nami tylko półtora roku różnicy! I mój brat dostawał trudniejsze zadania, a ja byłam strasznie ambitna i też chciałam! 

Rodzina Kamińskich: mała Irena z braćmi i rodzicami, źródło: prywatne zbiory Ireny Kamińskiej-Radomskiej

Joanna: Troszkę córeczka tatusia?

Irena: Chyba tak. Był dumny ze mnie. Widziałam, że był ze mnie dumny. Zawsze chwalił moje nogi, nogi dziecka! (śmiech) Chude, bo ja byłam chuda jak patyk! Ale mówił mi, że mam długie i że szybko biegam. I faktycznie dobrze, szybko biegałam. W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal. Rekord szkoły chłopaków i dziewcząt, tak więc jak na dziecko… (dumny uśmiech)

Ojciec nie pozwalał kłamać. Walczył z fałszem, również takim zawoalowanym, bo dzieci właśnie tak potrafią kłamać. Pamiętam taką sytuację (gdzieś już opisałam to w jednej książce), była to dla mnie sytuacja bardzo ważna. Mianowicie moja mama miała jakieś imieniny czy coś. I ojciec poprosił brata, żeby dał mamie na prezent coś swojego. A brat nie bardzo chciał i ja mu wtedy powiedziałam: “Ja to bym matce wszystko oddała!”. Po jakimś czasie ojciec mnie również o coś poprosił i…  zachowałam się dokładnie tak samo jak brat. Ojciec zwrócił mi na to uwagę, że przecież mówiłaś, że wszystko byś mamie oddała. Jak mi się zrobiło głupio! Myślałam, że się pod ziemię zapadnę.

Joanna: Czyli ojciec uczył Was takiej odpowiedzialności za to, co się mówi.

Irena: Jasne! Zapamiętałam to na całe życie i być może dlatego teraz wszystko chętnie innym daję! (śmiech)

Joanna: Wydaje mi się, że po tacie masz jeszcze jedną rzecz: lubisz być wesoła i jesteś taką otwartą osobą.

Irena: Yhym. 

„W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal.” – Irena Kamińska-Radomska w czasach szkolnych,
źródło: prywatne zbiory rodziny

Joanna: Że masz po nim trochę beztroski.

Irena: Nie, ojciec nie był beztroski.

Joanna: Może to złe słowo, może takiej dziecinnej radości?

Irena: Ja nie pamiętam zbyt wiele dziecięcej radości… Raczej pamiętam z dzieciństwa walkę. Ze starszym bratem. I to, że musiałam zjadać dania do końca, a nienawidziłam jeść. I siedziałam nad tymi tłustymi oczkami rosołu godzinami… Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil. Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło. Pamiętam, jak ojciec wracał z pracy i opowiadał mamie, że znowu go prosili, żeby się zapisał do partii, że dostanie stanowisko takie a takie, znaczy dyrektorskie, bo ojciec był świetnym fachowcem. Natomiast miał zasady. Był przeciwny komunie, i to bardzo. A w tamtym czasie nie sprzyjało to sukcesom zawodowym. Był jednak na tyle wybitnym fachowcem, że musieli się pogodzić z tym, że się nie zapisuje, a i tak miał wysokie i bardzo odpowiedzialne stanowisko. Ale do czego zmierzam – zawsze kiedy go prosili, to im odpowiadał: “Dobrze, w takim razie jutro się zapiszę”. I przychodził nazajutrz do domu i się śmiał, że znowu przyszli go pytać, a on odpowiadał: “No dobrze, ale mówiłem przecież, że jutro”. I w końcu się zorientowali, że… że jutro. Tak, że nigdy się nie zapisał, bo on by się nie złamał. To był człowiek, który by się nigdy nie złamał. 

Ojciec zawsze nam powtarzał, żebyśmy stali za sobą murem. Mówił o nas “fajna ferajna”, bo była z nas fajna piątka.  I to, że walczyłam z braćmi, to jest jedna rzecz, ale wiem, że w razie czego, gdyby się paliło, waliło, to każdy by rzucił wszystko, żeby pomóc drugiemu. I mama też doskonale wie, że jakby cokolwiek się stało, to zawsze może na mnie liczyć. I to samo Dominika. I chłopaki. 

Joanna: Piękne wartości. Rodzina jest dla Ciebie chyba najważniejsza.

Irena: Wartości są ważniejsze. I nawet gdyby Dominika chciała ode mnie czegoś, co by wymagało ich złamania, nie zrobiłabym tego. Kosztem zasad nic nie zrobię. 

Joanna: Jakie to zasady?

Irena: Prawda, dobro, piękno…

Joanna: Ot, i kobieta z klasą.

Irena Kamińska-Radomska z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Irena: A takie pomniejsze, drobniejsze to na przykład punktualność… Tak jak większość, powiązana jest z dobrem, bo łączy się z szacunkiem do drugiego człowieka. Jak Dominika była młodsza, to chodziłyśmy razem do Kościoła. Ona się strasznie grzebała, a dla mnie nie było spóźnień. Więc powiedziałam Dominice, że jak następnym razem będę musiała na nią czekać, to pójdę sama. I poszłam. Poszłam sama. Jestem konsekwentna. A Dominika została sama w domu. Ale na następny raz szybko się pozbierała.

Joanna: Najlepsza metoda nauki… 

Irena: Dzisiaj widziałaś jak przyjechała? Chwilkę przed czasem. A zebrać moją mamę, Filipa, Tomka i siebie, i być przed czasem, to jest coś.

Joanna: A powiedz mi… bo nie mogę sobie Ciebie wyobrazić jako zbuntowanej nastolatki. Mówiłaś, że w ogóle się bardzo zmieniłaś. Był jakiś taki przełom, znaczący moment tej zmiany?

Irena: Wiadomo, że z jakąś osobowością się człowiek rodzi. Ze złymi i dobrymi cechami charakteru. Wiadomo, że te dobre starałam się zostawić. Dawniej byłam strasznie impulsywna i to było szczególnie widać w okresie dojrzewania. Ale też miałam swoje racje, bo na przykład spotykałam się z pogwałceniem prywatności. Na przykład brat otwierał mi szkatułkę, gdzie miałam jakieś listy, miałam pamiętnik, który pisałam… i potem było czytanie, naśmiewanie się… no, to to rodzi po prostu taki ogromny sprzeciw. A wiadomo, że wśród młodych różne rzeczy się zdarzają. Mama była z nami sama, więc ciężko jej było zapanować nad wszystkim. Prywatności bardzo mi brakowało. Do tego stopnia było mi w tym czasie źle, że już wtedy miałam ataki nerwicy, takie bardzo silne. Momentami myślałam, że to ostatnie sekundy mojego życia, pogotowie przyjeżdżało. Miałam potworny ból w okolicy serca… ataki serca… Dusiłam się.

Joanna: Ale w tak młodym wieku?

Irena: Bardzo młodym. Pierwsze symptomy były już w wieku 15 lat. Miałam ciężki okres tej wczesnej młodości… Nabijanie się ze mnie… bo bardzo późno zaczęłam dojrzewać… i jakieś komentarze, że wyglądam jak chłopak… To było dla mnie bolesne, bo w tym wieku człowiek jest wyjątkowo wrażliwy na punkcie swojego rozwoju fizycznego. Dodatkowo uprawiałam sport, więc nie wyglądałam zbyt kobieco. Dla mnie bardzo istotne były osiągnięcia w nauce, w recytacji, w sporcie, no wszystkie. Byłam bardzo ambitna. A to wszystko przecież też jest stresujące. 

Joanna: Musiałaś być we wszystkim najlepsza…

Irena: Tak, a w domu jeszcze nie miałam pełnego poczucia bezpieczeństwa. Matka zaczęła pracować na trzy zmiany, nie zawsze była, ojca nie było i tak dziwnie…

Joanna: Pewnie właśnie w tym okresie najbardziej ci brakowało taty…

Irena: To był ciężki okres. Najdotkliwsze przeżycia tego okresu nie mają jednak nic wspólnego z rodziną. Ale o tym nie opowiem…

Joanna: A kiedy to się zmieniło?

Irena: Co zmieniło? Kiedy zaczęłam wierzyć w siebie? Nigdy…

Joanna: Cały czas masz poczucie, że nie robisz wszystkiego najlepiej?

Irena: Yym. Żebym wierzyła w siebie, to muszę sobie ciągle coś udowadniać.

Joanna: A jak jesteś w czymś najlepsza?

Irena: To jeszcze co innego muszę zrobić najlepiej 😊

Joanna: Jak rozmawiałam z Twoją mamą, to też mi opowiadała o swoim dzieciństwie i o tym, jak pewne sprawy z tego okresu odbiły się na niej, jak pamięta to do dziś, jak dziś czuje, że jej siostra bliźniaczka była kochana bardziej. Twoje dzieciństwo i młodość też odcisnęły duży ślad…

Irena: Ogromny. I mimo że racjonalnie potrafię sobie wszystko pięknie wytłumaczyć, to gdzieś tam, w środku…

Mama Irena z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: Bardzo dobrze się kamuflujesz!

Irena: Czy ja wiem, czy się kamufluję? Ja po prostu działam, mam mnóstwo pomysłów i to mi daje niebywałą energię, dobrą energię, dzięki której przyciągam fajnych ludzi… dobrego męża… Dominikę, Tomka, Filipa. Nic mi nie przeszkadza być szczęśliwą… bo nie szkodzi…

Joanna: A kiedy Ci przyszedł ten okres buntu? Jak zostałaś mamą?

Irena: Nie, co Ty, wcześniej! Jako nastolatka krzyczałam na matkę, bo z braćmi to wiadomo, że tak czy siak zawsze się walczyło i wrzeszczało, ale dla matki też byłam bardzo niedobra.

Joanna: A miałaś wtedy tylko ją…

Irena: Potem mi było głupio. Ale najgorsze było to, że to, co wygadywałam, musiało być zgodne z prawdą, bo nie kłamałam. Nawet będąc w tym okresie buntu, nie kłamałam, mówiłam prawdziwe rzeczy, które musiały być bolesne. 

Joanna: Żałujesz tego?

Irena: Dosłownie tydzień temu o tym z Dominiką rozmawiałam. I ona mi mówi: “Słuchaj, a Ty wiesz, że jak człowiek nie buntuje się w okresie dojrzewania, to raczej coś jest z nim nie tak?” (śmiech) Czyli wszystko było w porządku. Nie no, i tak mama wiedziała, że ją kocham.

Joanna: A rozmawiałaś ze swoją mamą o uczuciach?

Irena: Tak, tak! Ona była bardzo ciepłą mamą, tuliła nas dużo, lubiłam przy niej zasypiać. Bardzo ją kochałam, ale to tak bardzo, że za bardzo.

Joanna: Była Twoją najbliższą osobą, a najbliższym zawsze się najbardziej obrywa. 

Irena: Była najbliższą aż za bardzo! Potem, jak wyszłam za mąż pierwszy raz, to ona i tak była na pierwszym miejscu. 

Joanna: Za bardzo ingerowała?

Irena: Ale za moim przyzwoleniem! Ja co prawda byłam młoda, ale…Moim zdaniem mama też się zmieniła, jak zabrakło ojca, bo chciała być bardziej taką przyjaciółką, a my sobie na za dużo pozwalaliśmy. Imprezy były straszne…

Joanna: No, Irena na imprezie!…

Irena:  Do późnych godzin nocnych… ja nie wiem, jak ja sobie radziłam w liceum, bo bardzo dobrze się uczyłam, ale imprezy były straszne!

Joanna: To teraz masz chyba trochę wyrozumiałości dla dziewczyn z “Projektu Lady”? Też są młode…

Irena: A jasne! Ale też trochę musisz wziąć poprawkę, że straszne imprezy to znaczy, że był alkohol, były papierosy, ale rozmowy – intelektualne. Tu w tle jakieś nagrania z Jazz Jamboree… Mój brat się interesował muzyką, więc ja już jako młodsza dziewczyna słuchałam tego. Ale Marek był jednak dwie klasy wyżej. Przychodzili często jego koledzy… Zawsze był dobrym uczniem, był wręcz genialny, wygrywał jakieś olimpiady matematyczne, fizyczne, miał otwarty umysł, mnóstwo czytał… Więc przyciągał też ciekawych ludzi.

„Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil.
Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło.”
źródło: prywatne zbiory rodzinne

Joanna: A to jak w ogóle Twoje rodzeństwo, mama, jak rodzina reaguje na Twój udział w “Projekcie Lady”? Z każdym sezonem program staje się coraz bardziej popularny, a w związku z tym i Ty stajesz się coraz bardziej rozpoznawalna. Jesteś też ekspertem TVN-u. Jak oni się w tym odnajdują?

Irena: Oni? Myślę, że coś tam są zadowoleni, ale nie oglądają tego wszystkiego za bardzo. Chociaż mama, jak powiedziałam, że mi jest przykro, to chyba zaczęła oglądać (śmiech). Ale nie zawsze oglądają… Przyzwyczaili się, że “O, książkę napisałaś? Drugą? I trzecią? I kilkaset artykułów… A czym Ty się tak naprawdę zajmujesz?” (śmiech) Czasem nie ukrywam, że to trochę boli… Bo zawsze, zawsze tym najzdolniejszym był Marek [najstarszy brat – przyp. red.]… ale nie chwaląc się, ja najwięcej osiągnęłam. Cześć Filipski! Zjadłeś?

Filip: Nie całe…

Babcia Irena: Zostawiłeś mi choć pół kawałeczka?

Filip: Nieee. Ale jakieś pół pizzy.

Irena: Ja i tak nie jem takiej jak Ty, bo Ty na pewno miałeś z czymś mięsnym.

Joanna: Filip, a lubisz się chwalić babcią? Mówisz kolegom i koleżankom, że babcia będzie w telewizji?

Filip: Na obozie w ostatni dzień się chwaliłem… Ale większość to już chyba o tym wie, nie wiem, czy wszyscy. Pierwszaki jeszcze na pewno nie.

Irena: Ale Filip, jak był na obozie, to do mnie zadzwonił i mówi: “Jesteś na głośnomówiącym, bo mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią”.

Filip: Że mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią i żebyś powiedziała. I powiedziałaś.

Babcia Irena: I powiedziałam. I był taki pisk w sali. (śmiech)

Joanna: To chyba nie muszę Cię pytać o Twojego największego fana?

Irena: Filip, Ty jesteś moim największym fanem?

Filip: Yyy, nie wiem, bo wszystkich Twoich fanów nie znam.

Irena: Dzisiaj jak pojedziesz z mamą do domu, to chyba poznasz moją największą fankę, Anię Szyperską. Ale Filip chyba Ani nie ustępuje. Jeszcze zanim byłam w “Projekcie Lady”, jak miał  jakieś 4 lata, siedzimy sobie na ławeczce, a on nagle wstaje, podbiega do obcych ludzi i krzyczy: “Moja babcia występuje w telewizji!”. Oni tak spojrzeli na mnie: “Tak?” “Tak, odpowiedziałam, od czasu do czasu.”

Malutka Irenka w wózku,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A dużo czasu spędzasz, Filip, z babcią? Chociaż pewnie Ola Cię już o to pytała?

Irena: Spędzamy, nie? Kiedy przyjedziesz do mnie?

Filip: Jak będę mógł, to przyjadę. Z chęcią.

Babcia Irena: I co wyjmiemy z szafki?

Filip: Słonecznik!

Irena: Bo Filip ma u mnie swoją szafkę i tam jest słonecznik dla…

Filip: Wiewiórek!

Irena: I sikorek. Filip zawsze karmi je w Łazienkach. I mamy swój statek. I operacje różne robimy. 

Filip: A jak byłem na obozie rowerowym, to jak się starsi chłopcy spóźniali, to musieli robić… zapomniałem jak się to nazywało… ale pokażę!

Babcia Irena: Mów wyraźnie! Spokojnie i wyraźnie.

Filip: No, musieli zrobić takie kółka (Tu następuje prezentacja, co chłopcy musieli robić, jak się spóźniali na zbiórki)

Irena: To dobry obóz! Jeszcze raz pokaż! Choć po obiedzie to może nie… No już, wystarczy!

Joanna: Bardzo fajne te Wasze chłopaki.

Irena: Zupełnie różne. Filip jest otwarty, więc od razu mówi się o nim, że jest fajny, a Tomek jest zamknięty i po jakimś czasie dopiero; trzeba go poznać. Ale już w pierwszej klasie wychowawczyni mówiła o Tomku, że on zawsze powie prawdę, nawet ze szkodą dla siebie. I też nie ma „zmiłuj”. Teraz wychowawczyni Tomka jest wychowawczynią Filipa. Cudowna kobieta. Filip, jak się nazywa Twoja wychowawczyni? Jak pani Sidorska ma na imię?

Filip: Katarzyna?

Irena: Yhym, pani Kasia.

Joanna: I co lubisz swoją wychowawczynię? Bo wiesz, Filip, my napiszemy o tym w wywiadzie. Prześlemy szczególne pozdrowienia.

Irena: Ode mnie wyjątkowe.

Filip: I jeszcze Pani od religii. Lubię ją.

Joanna: To też pozdrowimy. 

Filip: Bo jak byłem na jednym obozie, to Pani od religii też tam była. I potem na pierwszej lekcji mi powiedziała, że jestem dzielny. I nie jestem pewien, ale chyba jestem jej ulubionym uczniem.

Wszystkie Panie wybuchają śmiechem. A Filip trochę się zawstydza:

No co, powiedziałem, że chyba.

Joanna:  A nie myślałaś, żeby gdzieś bliżej nich zamieszkać?

Irena: Nie. To znaczy myślałam o tym, żeby oni mieszkali w Warszawie. 

Rodzina Kamińskich,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A długo już tam mieszkasz?

Irena: Od urodzenia Tomka, czyli 15 lat. Jeszcze w międzyczasie był wyjazd do Stanów.

Joanna: A wyjechałabyś z Polski? Mogłabyś zamieszkać gdzie indziej?

Irena: Wydawało mi się, że tak, że w Stanach, że to taki fajny kraj, otwarty i w ogóle. Ale… to też historia z tymi Stanami… Mąż miał kolegę w Chicago, który mówił, że wszystko nam tam zapewni, że nie będzie żadnego problemu, żeby Marek pracował i ja też. Dominika już była dorosła, więc akurat z tym nie było żadnego problemu. Postanowiliśmy wyjechać, żeby tam zamieszkać. I ja już pierwszego poranka jak się obudziłam, to zaczęłam wyć, że nie, że ja nie chcę tu zostać. Po prostu taka tęsknota potężna mnie wzięła. Potem następny poranek dokładnie to samo…

Joanna: Ile było takich poranków?

Irena: Nie wiem, ale przeszło mi to. Tylko okazało się, że ani dla męża, ani dla mnie nie ma tej pracy; trzeba było czegoś szukać. Dlatego jak tylko wiza mi się kończyła, to wróciłam. W międzyczasie nawiązałam kontakt z polskim radiem w Chicago i tam udzielałam wywiadów na temat etykiety. Zrobiły się z tego wywiady cykliczne, więc potem, kiedy jeździłam do Stanów tam i z powrotem, to z tego radia cały czas dzwonili i rozmawialiśmy sobie przez telefon na fonii. A mój mąż został. I ja sama kursowałam między Stanami a Polską.

Pewnego razu zadzwoniła do mnie dyrektorka tego radia. Wcześniej tam był dyrektorem Amerykanin, a potem Amerykanka, ale polskiego pochodzenia, i mówi mi: “Irena, dzwonił do mnie taki młody biznesmen, znam go dobrze, milioner, on Cię słuchał u nas w radio, i chciałby, żebyś przyjęła propozycję pracy u niego tu w Stanach na stanowisku wiceprezesa.” Opowiedziała mi o konkretach. Propozycja wydała mi się bardzo, bardzo ciekawa, ale robiłam jeszcze doktorat w Polsce, więc powiedziałam, że na pewno będę musiała do Polski co jakiś czas wracać. Chciałam, żeby to było jasno zaznaczone. 

Prezes zaakceptował moje wstępne warunki uzgodnione za pośrednictwem dyrektor radia. Przyjeżdżam do Chicago już na spotkanie z prezesem. Bardzo miło nam się rozmawia. Negocjuję jeszcze i tak dobre warunki, potem wybieram kolor tapicerki do mebli w swoim przyszłym biurze i dostaję podpisaną umowę. Prezes prosił mnie, żebym jak najszybciej przyjechała, koniecznie przed targami międzynarodowymi, żebym już podczas tego wydarzenia reprezentowała firmę.  Zgodziłam się. Poleciałam szybko do Polski, zawiesiłam swoją działalność, przekazałam wszystko Dominice i… może kiedyś ciąg dalszy opowieści nastąpi ;)

Irena Kamińska-Radomska z wnukami

„Zabawne, jaki wizerunek babci jest kreowany w „Projekcie Lady”! Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest” – wnukowie dr Ireny Kamińskiej-Radomskiej o babci

Biorę chłopaków na chwilę z pokoju, w którym panie szykowane są na wyjątkową sesję, żeby nieskrępowani obecnością dorosłych mogli mi zdradzić trochę tajemnic rodzinnych. Na pierwszy rzut oka chłopaki całkiem się różnią. Tomek, lat 15, spokojny, w wyważony sposób odpowiada mi na pytania. Filip, lat 9, zaaferowany wszystkim; widzę, że trudno mu usiedzieć na miejscu. Ale nie ma się co dziwić, chłopaków dzieli kilka lat różnicy.

Aleksandra: Jaka jest babcia?

Filip: Fajna! Bardzo fajna!

Tomek: Bardzo pracowita! Na większość sukcesu rodziny zapracowała ona sama naprawdę ciężką pracą. Jej życie było bardzo barwne, ale też nie miała w nim łatwo. Wiele rzeczy, które robiła, wymagały od niej wielkiego nakładu pracy. Także jeżeli miałbym opisać babcię jakimś słowem, to na pewno pracowita. I zaradna.

Bierzecie przykład z babci?

Tomek: Jest dla nas wzorem, ale ja bym tego tak nie określił, że bierzemy z niej przykład. Ja niestety nie mogę siebie określić mianem pracowitego.

Filip, a Ty mówisz, że babcia jest fajna. Czemu jest fajna?

Filip: Bo jak do niej przyjeżdżam, to chodzimy razem do parku, do Centrum Kopernika…W parku karmimy wiewiórki i sikorki. I wiewiórki czasami mi jedzą z ręki. Raz nawet się po mnie wspinały! Najpierw po nogach, po brzuchu i na ręce sobie jadły.

I nie bałeś się?

Filip: Nie! Raz nawet jedna weszła mi na głowę!

Babcia mieszka w Warszawie, a Wy?

Tomek: My jesteśmy z Bytomia. Mieszkamy obok prababci. Tylko babcia jest z rodziny w Warszawie.

A często ją odwiedzacie?

Tomek: Tak, jak mamy tylko czas, jak są jakieś dłuższe wakacje, przerwy w nauce. Ja też mam kilku znajomych w Warszawie, więc przy okazji odwiedzania babci odwiedzam też ich, więc bardzo mi to na rękę, że babcia mieszka tam mieszka.

Zaczynam rozmawiać teraz głównie z Tomkiem, bo młodszy Filip trochę jeszcze się wstydzi, trochę widzę, że myśli o tych wiewiórkach z parku. Jest niezwykle ruchliwy, ale to jak na 9-latka przystało. Jest też niezwykle ciekawy tego, co się wokół nas dzieje. A wokół nas zaczynają przygotowywać się do sesji fotograficznej, więc siłą rzeczy Filipa bardziej ciekawi aparat i rozstawianie sprzętów niż to, o czym opowiada starszy brat.

Chciałam Was zapytać o to, czy babcia dużo pracuje, ale już na początku, Tomku, potwierdziłeś…

Tak, myślę, że to najbardziej pracowita osoba, jaką znam i jaką kiedykolwiek w ogóle w życiu poznam. Jak ma cokolwiek zrobić, to jest pewne, że będzie to zrobione i to zrobione najlepiej jak potrafi. I też najlepiej jak to jest możliwe. 

A z czego taka pracowitość babci wynika? Z charakteru? Czy wychowania?

Myślę, że jedno i drugie, bo jej charakter wynika trochę z tego jak ją wychowywali. Opowiadała mi na przykład, że jak była mała, to chodziła na zajęcia z gimnastyki i musiała sama się na te zajęcia dostać. Nie było wtedy tak jak teraz, że rodzice zawozili i odbierali dzieci, tylko musiała sama przejechać tę całą trasę, a była dużo młodsza niż ja. Z tego co pamiętam, nie była to krótka trasa i nie było tak wcześnie, jak ona tę gimnastykę miała. Ale chciała, więc jeździła.

Maja Kupidura Fotografia

To już wiemy, że babcia jest upartym pracoholikiem, ale z tego, co Filip mówi znajduje też czas dla wnuków?:)

Babcia pracuje bardzo dużo, ale dla niej rodzina jest najważniejsza. Jak do niej przyjeżdżamy, zawsze znajdzie dla nas czas.

I co wtedy robicie?

Zazwyczaj robimy to, co akurat dzieje się w stolicy, a że dzieje się dużo, to mamy co robić. Na przykład chodzimy na jakieś wystawy w Pałacu Kultury, do kina i bardzo często do Parku Łazienkowskiego, bo babcia tam obok mieszka.

Filip: Jeszcze mi się przypomniało!

Co takiego?

Filip: Że jeszcze w parku karmimy karpie.

Przez chwilę rozmawiamy o karpiach i pawiach. Ale w końcu udaje mi się zapytać:

A oglądacie babcię w telewizji? To inna babcia czy taka sama jak w domu?

Filip: Jak mogę, to oglądam.

I podoba Ci się babcia w telewizji?

Tak.

A co Ci się najbardziej podoba?

Hmmmm. Chyba „Projekt Lady”.

A babcia nie jest tam taka trochę surowa i groźna?

Filip: Jeeeest…

Tomek: Zabawne jest to, że jej wizerunek jest tam tak kreowany. Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest. To jest bardzo miła, ciepła osoba. Ja mam niestety taki problem, że jeśli babcia nie występuje akurat w „Projekcie Lady”, tylko w jakiejś telewizji śniadaniowej, to jestem w szkole. Z tego co oglądam raz po raz, to faktycznie babcia wydaje się tam inna. Ale wiadomo, to telewizja, więc czasem trzeba zrobić show.

A zabrała Was babcia kiedyś do telewizji?

Filip: Mnie tak. Ale nie za bardzo mogłem patrzeć. To znaczy mogłem, ale tylko na ekranie. Ale to nie był „Projekt Lady”. Choć na „Projekcie Lady” też byłem. I w jednym odcinku były takie szachy. No i jak byłem, to sobie w nie grałem. Ale jeszcze dodam, że te szachy były gdzieś taaaakie!

I z kim w nie grałeś?

Z mamą. A raz jeszcze byłem na śniadaniu w jakimś odcinku. I patrzyłem, co tam się dzieje. Pamiętam, że było fajnie. Jedna dziewczyna chyba nawet do mnie pomachała. A jeszcze w te szachy to chciałem, żeby zagrała mama i babcia, bo chciałem zbić króla i nim zostać.

Czego nauczyła Was każda z kobiet w Waszej rodzinie?

Tomek: To jest trudne pytanie. Każda z nich jest bardzo ważną osobą w naszym życiu, dlatego też wiele nas uczą, ale jakbym miał wybrać taką najważniejszą rzecz… Babcia na pewno jest odpowiedzialna za nasze zachowanie, dzięki niej mniej więcej wiemy jak się zachować; zwraca nam uwagę, oczywiście na osobności, nie tak jak dziś na wejściu przy Tobie, bo to nieeleganckie. Jest naszym domowym ekspertem w sprawie zachowania, a to się w życiu zawsze przydaje. A poza tym babcia jest świetną nauczycielką angielskiego. Tak naprawdę wszystko, co umiem powiedzieć w tym języku, zawdzięczam głównie jej. Przez bardzo długi czas robiła mi takie korepetycje przez telefon, także za to jestem jej bardzo wdzięczny, bo to dzisiaj ogromnie przydatna umiejętność. 

Prababcia próbuje nas taką drogą duchową prowadzić. Chodziła z nami do kościoła, no teraz z Filipem bardziej…

Filip: Tak, bo Tobie się nie chce…

Tomek: Nie, nieprawda, po prostu mam ważne spotkania w Puławach wtedy co tydzień.

Filip: Ta, jasne!

Tomek: To polaryzacyjna sprawa. Mama w kwestii mojej wiary ma tu trochę inne podejście niż babcia i prababcia. Ale to obecnie chyba w wielu rodzinach tak wygląda. 

Filip: A mogę coś tak trochę nie na temat powiedzieć?

No, jasne.

Dzięki babci mam swój nowy ulubiony owoc. 

Jaki?

Smoczy owoc, inaczej pitaję. 

I gdzie tego z babcią próbowałeś?

Kupiliśmy kiedyś różne egzotyczne owoce, no i ich próbowaliśmy.

Ale to w jakiejś podróży czy jak byliście u babci?

Filip: U babci.

Tomek: Ale odnośnie podróży to ja z babcią bardzo dużo jeździłem po świecie, co wakacje prawie. Byliśmy w takich miejscach jak Nowy Jork i Faro w Portugalii. To chyba najpiękniejsza miejscowość, jaką widziałem w życiu. Dokładnie mam na myśli miejscowość Estoi koło Faro. No i byliśmy jeszcze na wyspach Kanaryjskich.

Która wyspa?

Gran Canaria, dokładnie Las Palmas.

Filip uważnie nas słucha, wierci się, w końcu się zgłasza.

No, co chciałeś powiedzieć?

Że jeszcze byliśmy na Dominikanie. Tam akurat było fajnie. Poznałem jedną taką dziewczynę, Polkę akurat, nazywała się Sonia. Poznałem ją w hotelu. Mieliśmy blisko swoje mieszkania i raz udało mi się ją odwiedzić.

Tomek: Jak byliśmy na tej Dominikanie – taka anegdota, żeby podkreślić, jak bardzo starają się dbać o naszą wiarę – to zabrały nas do kościoła, w niedzielę oczywiście, ale było to ciekawe przeżycie, bo kościół był…

Maja Kupidura Fotografia

Filip się wyrywa:

Bardzo się zdziwiłem, bo ktoś mnie przytulił! Okazało się, że tam zamiast podawania ręki się przytula!

Tomek: No ogólnie bardzo inny kulturowo jest tamten katolicki Kościół. Na mszy był też taki jakby zespół, z perkusją i w ogóle, ale kolidowało mi to z pewnym wydarzeniem, ponieważ… w trakcie mszy rozpoczynał się finał mistrzostw świata w piłce nożnej, więc jak tylko skończyła się msza, to szybko wybiegłem, żeby wrócić do hotelu. Zdążyłem jeszcze na pierwszą połowę (śmiech).

Kto to wtedy grał?

Finał Francja kontra Chorwacja! Akurat zdążyłem na gola Griezmanna. Jak wszedłem, właśnie podchodził do karnego.

Filip: A jeszcze na Dominikanie pierwszy raz zobaczyłem delfiny!

Tomek: Oj tak, byliśmy na takiej wycieczce…

Filip: I mogliśmy sobie tam pływać z maskami i były płaszczki i rekiny! Ale bez zębów…i jeszcze… chyba wcześniej pływaliśmy motorówką, tak mocno przyspieszaliśmy i hamowaliśmy…

Filip może nie odpowie nam bezpośrednio i tak spójnie jak brat na pytania dotyczące kobiet w jego rodzinie, ale przynajmniej pośrednio dowiemy się jak Irena Kamińska-Radomska spędza wakacje;)

… No i taka woda słona wlatywała z oceanu. Trochę szczypało po oczach. A na samym końcu poszliśmy do delfinów, pan pokazywał sztuczki, mogliśmy sobie podotykać delfinów, pogłaskać po brzuchu i plecach.

Ale to podróżujecie większą ekipą, z rodzicami i babcią?

Tomek: Filip jeszcze był wtedy za mały, więc ja głównie sam z babcią jeździłem do tych miejsc, które wymieniłem. Teraz na Dominikanę pierwszy raz pojechaliśmy tak zbiorowo, my z babcią i mamą.

A skoro tak z babcią podróżujecie, można powiedzieć, że jest Waszą taką trochę nauczycielką świata?

Tomek: Oj tak, tu możemy jeszcze nawiązać do tego, czego babcia nas nauczyła. Bo ona też zajmuje się różnicami kulturowymi, także w trakcie naszych różnych podróży podziwiamy nie tylko piękne widoki, ale też obserwujemy zachowania miejscowych i uczymy się różnic kulturowych. A że babcia jest ekspertką w tej dziedzinie, to zwraca nam uwagę na takie rzeczy.

Filip: A na Komunię mam obiecane, że pojadę jeszcze z babcią do Legolandu, oczywiście w innym kraju.

A pamiętasz jakim?

Zapomniałem już.

Tomek: Pewnie tam, gdzie ja byłem, w Danii.

Filip: Chyba tak. 

A mama? Jaka jest Wasza mama? Podobna do babci?

Tomek: Wydaje mi się, że mama jest jednak inna. Hmm, mama ma trochę więcej luzu niż babcia. Mam z nią świetny kontakt, a to, jak patrzę po moich znajomych, nie zdarza się często. I myślę, że to bardzo duża zaleta mojej mamy, że da się z nią pogadać, że nie jest tak, że ja tylko kocham, ale ją też lubię. Oczywiście pod względem rozmowy tak samo jest z moimi babciami i mogę z nimi porozmawiać. Tylko w “Projekcie Lady” babcia jest taka surowa, dla nas jest ciepła, można się od niej nauczyć wielu rzeczy, bo jest bardzo doświadczoną osobą.

A Ty, Filip, co myślisz?

Ja, jak raz byłem z mamą w Warszawie, to pojechaliśmy z mamą i z babcią do papugarni. No i tam była taka jedna ara, która tak wrzeszczała, że ją nazwałem Grażyna. Bo Grażyna mi się kojarzy z krzyczeniem. A jeszcze są takie bardzo mądre papugi, że jak postawisz im w klatce takie kartonowe pudełko, to normalne papugi by widziały tylko najdalszy kąt klatki, no i by tam siedziały przez dwa dni, a tamte papugi od razu by przyleciały i zaczęłyby to rozbrajać! I próbować się dostać do środka. 

Tomek: Filip, jak widzisz jest zafascynowany zwierzętami.

Ja nie wiem, czy Filip nie będzie miał w przyszłości do czynienia z tymi zwierzętami zawodowo!

Filip: Też tak się zastanawiam, czy nie pójść w stronę zwierząt.

Tomek: No, kiedyś mówił, że chce zostać weterynarzem, tak że…

Filip: Ale zmieniłem zdanie! 

Maja Kupidura Fotografia

Tak? No to kim chcesz zostać w przyszłości?

Filip: Po tym, o czym teraz rozmawialiśmy, to się zastanawiam nad opiekunem w zoo.

Tomek: To jest świetna praca.

Na pewno ciekawa.

Filip: Darmowe zwiedzanie!

A Ty Tomek?

Ja spędziłem 8 lat w szkole muzycznej, grając na gitarze. I po tych 8 latach mogę stwierdzić, że nie chcę być muzykiem.

To już coś!

Wydaje mi się, że strasznie trudno jest powiedzieć w takim wieku, kim chce się zostać. Ja tak sobie myślałem, że z moimi dotychczasowymi kwalifikacjami, interesowaniem się piłką nożną, mógłbym zostać dziennikarzem sportowym. Bo na zostanie piłkarzem już jest raczej za późno, tym bardziej że nie ćwiczyłem od najmłodszych lat i nie jestem tak wysportowany. Ale pozostaje mi wiedza, którą mogę zgromadzić i chciałbym iść w tę stronę, dlatego też klasę w liceum wybrałem o profilu humanistycznym, żeby iść w dziennikarstwo. 

Filip: Nie raz byłem w zoo w porze karmienia i widziałem jak pingwiny były karmione.

I sam byś tak chciał karmić, tak? Filip jeszcze jest chyba za mały, ale Ty, Tomku, nie masz takiego poczucia, że mama z babcią zawodowo czegoś konkretnie od Ciebie wymagają? Mówisz o zawodzie dziennikarza sportowego. Wydaje się, że to dla chłopaka interesującego się piłką super zawód, ale jest też trudny, chyba nie jakoś wspaniale dochodowy i nie jest uważany za bardzo prestiżowy. Czy to pokoleniowe kobiece trio Twojej rodziny nie wymaga od Ciebie, żebyś był, nie wiem, prawnikiem albo lekarzem?

Oczywiście, że śmiejemy się w rodzinie, że mamy lekarza, więc teraz moja kolej, żebym został prawnikiem, ale to tylko takie podśmiechiwanie się. Tak naprawdę one wspierają mnie w tym, co chcę robić i wydaje mi się, że zawsze będę miał w nich oparcie i jakąkolwiek pomoc, jaka będzie mi potrzebna. Zaakceptują wszystko, kimkolwiek bym nie chciał być. Jestem pewien, że w przypadku Filipa będzie dokładnie tak samo.

A dostrzegasz jakieś różnice w wychowaniu każdej z kobiet w Waszej rodzinie?  Prababcia inaczej wychowywała babcię, babcia mamę, a mama Was?

Wydaje mi się, że mama zupełnie inaczej nas wychowuje niż babcia by nas wychowała. Czasami mi się wydaje, że mama nam daje za dużo luzu, co oczywiście na razie nam się bardzo podoba. Babcia była, z resztą dalej jest, taka najlepsza, że zawsze to, co robiła, chciała zrobić najlepiej, zawsze angażowała się w coś na 100%. W szkole zawsze miała najlepsze świadectwa, ja nawet nie próbuję jej w tym dorównać. Wydaje mi się, że babcia była wychowywana na pewno twardszą ręką niż my, to też wynika z tego nowego wychowawczego trendu. Choć słyszałem, że na przykład tata babci był świetnym człowiekiem, miał ogromne poczucie humoru, że darzył swoje dzieci ogromną miłością i poświęcał im dużo czasu. I pomimo tego, że mieli go dla siebie w swoim życiu krótko, to zdążył im przekazać bardzo wiele. Choć babcia wyniosła z tego chyba najwięcej, ale to wynika z jej charakteru, z tego, że jest bardzo pojętną osobą, umie wychwycić, co jest potrzebne i najbardziej wartościowe.

A prababcia jest surowa? Filip?

Prababcia? Nie.

Tomek: Na pewno nie znamy jej od tej strony, jak była jeszcze taką po prostu młodą. Tak naprawdę znamy ją, jako kobietę, która już jest na emeryturze. Choć zdecydowanie mogę powiedzieć, że pracowitość babcia Irenka ma po swojej mamie. Prababcia nawet w ciąży ciężko pracowała, chciała jak najlepiej dla swojej rodziny i to jej zostało po dziś dzień. Dalej jeździ do swojego syna dosyć często, do Niemiec, pomimo że ma już swoje lata.

A znacie dobrze historię Waszej rodziny? Uważacie ją za ważny element w Waszym wychowaniu?

Tomek: Nasze drzewo genealogiczne jest bardzo, bardzo poplątane. Rodzinę Kamińskich znam trochę gorzej niż rodzinę mojego ojca. Ale chyba ojciec mojego dziadka, pierwszego męża babci, był właścicielem dość rozległego majątku ziemskiego, chyba pod Poznaniem. Dziadek pochodzi z Kościana.  Byłem tam jakiś czas temu na Wszystkich Świętych, poznałem tamte okolice. Chodzi taka anegdota po rodzinie, że ten pradziadek, który miał wieś, był hazardzistą i przegrał ją w karty. (śmiech)

Babcia z kolei dużo opowiadała mi o swoim ojcu, który zginął w wypadku we Włoszech, kiedy była młodą dziewczynką. A rodzice mojej prababci to… to czasy wojny, dlatego prababcia też została osierocona w wieku najmłodszych lat. Także historia ze strony babć ma bardzo smutne i trudne momenty.

Filip, widzę, że chcesz coś powiedzieć?

Tak, ale nie do tego, o czym teraz rozmawiacie, tylko do tego, co wcześniej powiedział Tomek.

No jasne, proszę.

A ja jestem mistrz po dwóch latach i już chcę zmienić instrument.

Tomek: Filip chodzi do tej samej szkoły muzycznej, co ja chodziłem.

I grasz na…?

Filip: Skrzypcach.

A chcesz zmienić na…?

Jeszcze nie wiem.

Tomek: Ja bym Ci polecał trąbkę, ponieważ nauczyciel jest świetny. Choć ze skrzypiec też ma świetnego…

Filip: Ale to dla mnie za trudne!

Tomek: ….ale na skrzypcach trzeba być najlepszym z najlepszych, a to nie jest dla Filipa coś, co chce potem robić. Wydaje mi się, że może zostać w muzyce, ale nie na tym instrumencie.

Filip, Ty jesteś tak żywiołowy, że ja nie wiem, czy perkusja by Ci nie odpowiadała?

Słyszałem, że też bardzo trudne! Jedna dziewczyna z mojej klasy gra na perkusji i już chce zmienić instrument. 

A powiedzcie mi, bo rozmawiamy non stop o Paniach z Waszej rodziny… Czy zdominowały całkowicie Wasz dom, czy może mężczyźni Waszej rodziny też biorą czynny udział w Waszym wychowaniu?

Tomek: Mój ojczym jest handlowcem, więc zdarza się, że nie ma go w domu. Mama jest dużo więcej i częściej, ponieważ ma taki tryb pracy. Zajmuje się podobnymi rzeczami jak babcia, czasem występuje też w telewizji jako ekspertka, ale nie jest to jej główne zajęcie, dlatego może przebywać w domu przez dłuższy czas. Czasami może jej nie być w domu przez trzy dni, ale potem już jest cały miesiąc. Także mamy duże szczęście, że nie jest tak, że mama wraca z pracy, a my już śpimy. Bo według mnie to jest bardzo ważne, żeby rodzina była w domu, żeby się spędzało z nią czas. A z ojczymem, ojcem Filipa, bardzo lubimy oglądać filmy. Ma świetny gust, tak samo jeżeli chodzi o muzykę, więc słucham tego, co on słucha. Można powiedzieć, że mnie wychował, ukształtował moje popkulturalne gusta.

Macie swój ulubiony film, Filip?

Hmmmmmmmmm.

Tomek: To okropnie trudne pytanie. 

Filip: Mamy ich pełno, ale jeden, który oglądałem z tatą, jak byłem trochę młodszy, to “The Goonies”.

Tomek: O, też dobry film! Ja uwielbiam twórczość Nolana, ale wydaje mi się, że najlepszy film, jaki oglądałem, to “Interstellar”. 

To teraz pytanie zupełnie inne: czy chcielibyście mieć siostrę?

Tomek: Zaskoczę Cię – ja mam siostrę. Nie widuję się z nią co prawda często, najczęściej u babci, tej mojej drugiej babci, mamy ojca, ale mam siostrę. Doświadczyłem, co to znaczy mieć siostrę. (śmiech) Wiem, że rozbudowana ta nasza rodzina. Świadczy o tym jedna z rodzinnych anegdot: jak chcieli mi wyrobić wizę, jak byłem młodszy, miałem chyba 9 lat, kiedy babcia chciała mnie zabrać do Stanów na wycieczkę, to urzędnik sprawdzając te wszystkie rodzinne nazwiska, totalnie się zgubił. Bo na przykład nie mam nazwiska ludzi, z którymi mieszkam. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Filip nie odpowiada, bo od dłuższego czasu słucha nas z Tomkiem troszeczkę mniej. Łatwo zgadnąć po kierunku wzroku Filipa dlaczego – na moich kartkach, na których mam spisane pytania do chłopaków i różne notatki, przysiadł jakiś owad, bardzo dziwny, cały czarny. W połowie rozmowy przenieśliśmy się bowiem na stoki na tarasie, bo koło sesji zdjęciowej zaczęło się robić zbyt głośno. Filip zafascynowany śledzi poczynania owada, choć ma utrudnione zadanie;  wie, że obiekt jego zainteresowania siedzi na moich kartach i nie wypada po niego sięgać, choć jest na wyciągnięcie ręki.

A przepuszczanie dziewczyny w drzwiach i ustępujecie im miejsca?

Tomek: Zawsze. A szczególnie jak wchodzimy na żaglówkę. Dżentelmen zawsze puszcza dziewczyny przodem, bo jak one na przykład nie przytrzymają się sztagu i wpadną do wody, to można się z nich trochę pośmiać. 

Filip, a Ty? Przepuszczasz dziewczyny?

Zwykle na obozie pływam raczej z chłopakami.

Tomek: Ale chodzi nam ogólnie, Filip… Wydaje mi się, że on jest jeszcze w takim wieku, że wbiega do pomieszczeń, nie patrząc co i jak, ale to jest kwestia czasu, na razie można mu to wybaczyć.

A uważacie, że to jest szarmanckie? Że tak się powinno robić czy że to przeżytek?

Tomek: Że niby równouprawnienie i tak dalej?

Maja Kupidura Fotografia

No tak, czy nie obserwujecie tego na co dzień, że babcia z mamą uczą Was zasad i zachowań, które są już staroświeckie, których większość nie stosuje?

Tomek: Wydaje mi się, że babcia uczy nas takich trochę konserwatywnych zasad, ale mimo tego że są konserwatywne, dalej są używane i powszechnie uważane za kulturalne. Jednak te zasady zostały wymyślone po to, żeby zachować jakąś hierarchię, kulturę. Więc jak się zgodnie z nimi zachowujemy, jesteśmy kulturalni, a wydaje mi się, że kultura osobista nigdy nie stanie się przeżytkiem. Czasami znajomi się ze mnie śmieją, jak zdarzy mi się nie przepuścić dziewczyny albo zachować jakoś nie do końca kulturalnie, bo czasem się oczywiście zdarza, więc wtedy słyszę, że “Projekt Lady”, że “jak to Cię babcia nauczyła”.

Czyli w szkole jednak trochę jesteś kojarzony z zajęciem babci, przede wszystkim w tej medialnej odsłonie?

Ale oczywiście, babcia jest bardzo popularną osobą, więc tak.

A u Ciebie, Filip, jak to jest?

W przedszkolu to raczej nie, ale na obozie, już nie żeglarskim tylko innym, to w jakiś przedostatni dzień powiedziałem, że moja babcia jest w “Projekcie Lady” i wszyscy chcieli, żebym to udowodnił. Więc zadzwoniłem do niej.

I co babcia na to?

No powiedziała, że jest. I że nie jest taka surowa jak tam.

I uwierzyli? Zazdrościli trochę?

Już nie pamiętam, ale jedna dziewczyna powiedziała, że będzie oglądać “Projekt Lady” tylko dlatego, że tam występuje moja babcia.

Tomek: Jak u mnie się dowiedzieli pierwszy raz, że moja babcia jest w tym programie, to pamiętam, że bardzo dużo dziewczyn chciało, żebym załatwił autografy od babci. I załatwiłem. Nic z tego nie miałem, to była działalność czysto charytatywna, altruistyczna i zrobiłem to z dobroci serca.

Filip: U mnie dziewczyny, ale chłopacy też chcieli, głównie ze starszych klas.

Załatwiłeś?

Tak, też.

To teraz na koniec, uwaga, trudne pytanie: jaka jest dla Was kobieta z klasą? Istnieją takie jeszcze? Pytam Was o to dlatego, że ciekawi mnie męska perspektywa i to jeszcze tak młodych chłopaków.

Tomek: Hmmm, kobieta z klasą…. Ja bym może próbował zdefiniować tak, że to ktoś z dobrego domu, dobrze wychowany. Ja mam chyba dość osobliwy osąd ze względu na szkołę muzyczną, bo to dość elitarna szkoła i ten wzgląd na wizerunek, na kulturę osobistą jest tam bardzo duży. Często jeździmy na różne koncerty, do filharmonii, więc uczymy się jak się poprawnie zachowywać. Większość dziewczyn, które znam, właśnie między innymi przez wymogi szkoły muzycznej, umie się dobrze zachować w różnych sytuacjach. Wydaje mi się, że żeby kobieta miała klasę, to musi być właśnie taka wszechstronna, że jest świadoma wielu spraw i z tej strony kulturalnej, i ze strony towarzyskiej, popkultury itd. Może to nie do końca dobre słowo, ale kobieta z klasą to dla mnie kobieta rozgarnięta, to znaczy że da się z nią porozmawiać na wiele tematów i umie znaleźć odpowiedź na zapytania z różnych dziedzin. Nie chodzi mi o to, że od rana do wieczora musi zakuwać nad książką, ale żeby umiała się dostosować do różnych sytuacji, które będą ją napotykały. W zasadzie to dotyczy nie tylko kobiet, ale wydaje mi się, że każdy człowiek powinien umieć takie rzeczy, powinien umieć się dostosować, żeby nie wyjść na gbura.

A kobiety w Waszej rodzinie, które sobie tu trochę obgadujemy, to dla Was kobiety z klasą?

Tomek: Jak najbardziej, bo podlegają tym prawidłom, o których mówiłem. Umieją się odnaleźć w wielu, ale to bardzo wielu sytuacjach, które albo znam z opowiadań, albo sam doświadczyłem. Tak że uważam, że to ich ogromna zaleta. I są też bardzo mądre. O, może to jest jedno z lepszych określeń dla kobiety z klasą.

Irena Kamińska z córką Dominiką

„Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka” – córka Ireny Kamińskiej-Radomskiej o łączącej je więzi

Porywam Dominikę na hotelowy taras, żeby mogła w nieskrępowany sposób odpowiedzieć na być może kilka niewygodnych pytań dotyczących jej relacji z mamą. Dominika ma już na sobie makijaż oraz sukienkę, w której wystąpi na sesji, więc mam wrażenie, jakbym przeniosła się w XVIII/XIX-wieczną przeszłość i rozmawiała z tamtejszą młodą damą. W trakcie naszej rozmowy dołącza Filip, który (o dziwo!) zamiast kręcić się wkoło nas, siada przy Dominice, wtula się w jej ramię i grzecznie słucha. W końcu to też rozmowa trochę o nim.

Aleksandra: Masz całkiem różnych synów!

Dominika: To całkowite przeciwieństwa, co już na pierwszy rzut można dostrzec. Nie tylko fizyczne, ale także pod względem temperamentu czy nawet kulinarnie – jeden lubi tylko mięso, drugi najchętniej mięsa nigdy by nie tknął…

A mają jakieś ewidentne cechy po babci?

Tak, ale też pod innym względem. Filip na pewno ma po mojej mamie kości policzkowe! Dostały mu się w drugim pokoleniu, bo ja niestety takich nie mam. Na pewno energię, tę życiową, też ma po niej. Tomek dostał jej nieco mniej, ale za to po babci potrafi się zastanowić. Bo o mamie zwykle mówi się, że jest dobrym rodzicem, babcią, specjalistą (co oczywiście jest prawdą), ale rzadziej wspomina się o jej poukładaniu. A jest niesamowicie poukładaną osobą. Rzadko coś dzieje się w jej życiu bez planu. Spontaniczność owszem, ale jak dzieje się w trakcie zaplanowanego przez nią czasu. I Tomek też taki jest – raczej najpierw sobie przemyśli, dopiero potem zrobi. Tę cechę nie tylko się dziedziczy, ale rozwija, a mama swoje poukładanie rozwinęła genialnie!

Świadczy o tym choćby jedna z licznych prozaicznych sytuacji, jakie pamiętam z dzieciństwa. Miałyśmy kotkę, która miała na imię Tili. I mama w pewnym momencie stwierdziła, że przyszedł odpowiedni dla niej czas, by poddać ją zabiegowi sterylizacji. Ale okazało się (nie wiem, czy ta opinia wciąż jest aktualna), że żeby przeprowadzić taki zabieg, to kotka powinna mieć najpierw przynajmniej raz małe kotki. Więc moja mama naprawdę zabrała się do tego konkretnie: zanim w ogóle umówiła się na zabieg, dowiedziała się, ile taka kotka może mieć kociąt w jednym miocie. Okazało się, że między cztery a pięć. Zanim doszło do konkretów, mama zrobiła wywiad środowiskowy i znalazła pięciu chętnych na te kocięta. Dopiero jak wiedziała, że ktoś na pewno się nimi zaopiekuje, zaprowadziła kotkę do kocura. Faktycznie urodziło się pięcioro kociąt i każde znalazło nowy dom. Więc widzisz, że mama wszystko planuje. I tego wciąż się od niej uczę, bo ja tego nie odziedziczyłam.

Jesteś inna, różna od mamy?

Jestem. Wydaje mi się, że tak.

A co Was przede wszystkim różni?

To, o czym już wspomniałam – mama to jest plan, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu. A u mnie wszystko rodzi się w bólu i chaosie. 

Maja Kupidura Fotografia

Czyli zawodowe pójście w ślady mamy nie było zaplanowane?

Nie. Tak się poskładało. Ale jestem zadowolona, że tak wyszło, bo dobrze mi z tym, dobrze nam się współpracuje. Być może jest to związane z tym, że odziedziczyłam po mamie pewne upodobanie do przekazywania wiedzy. To akurat mamy wspólne. I widzę tę umiejętność też u moich synów. Obaj chodzą do szkoły muzycznej i Tomek pomaga bratu przygotowywać się do przedmiotu, który nazywa się kształcenie słuchu. To bardzo ważny i trudny przedmiot. Ja nie jestem muzykiem, więc mam z tego typu sprawami mały problem, ale Tomek świetnie sobie radzi, a Filip potrafi go cierpliwie słuchać. I o dziwo w tym przypadku relacja brat-brat nie przeszkadza. Parę dni temu z kolei widziałam Filipa uczącego młodszego kolegę strzelania z łuku: „To się nazywa cięciwa”, „To się robi tak a tak”, „A tu troszeczkę napnij” – ustawiał postawę kolegi, cierpliwie dawał mu wskazówki, nie denerwował się, że mu coś nie wychodzi.

Siedzący przy mamie Filip zdecydowanie ożywia się na samo wspomnienie strzelania.

Filip: Jeszcze na tamtym obozie, o którym Ci wcześniej opowiadałem, strzelaliśmy z łuku. Trafiłem w trójkę, a potem trzy razy w jedynkę. Strzelaliśmy też z broni krótkiej i trafiłem w ósemkę, a ze snajperki chyba miałem trzydzieści dziewięć punktów.

A spotkałaś się z zarzutem, że robisz karierę trochę dzięki mamie?

Nie, szczerze powiedziawszy nie. Może dlatego że… nie jestem tak eksponowana w mediach jak ona. Jestem trenerem, to jest moje główne zajęcia i raczej nie jestem kojarzona z moją mamą. Poza tym swoją karierę trenerską zaczęłam na dużo, dużo wcześniej niż zaczął się medialny szum wokół mamy. Więc nie. A nawet jeżeli bym się spotkała z takim zarzutem, to nie brałabym tego do siebie, bo tak po prostu nie jest. Najpierw zajęłyśmy się szkoleniami i razem pracowałyśmy, a dopiero później był na przykład „Projekt Lady”.

A dobrze Ci się z mamą pracuje?

Tak.

Nie masz poczucia, że za dużo tego, bo macie intensywny kontakt w pracy plus bardzo bliskie relacje rodzinne? Czasem chyba dobrze od rodziców odpocząć

Nie powiem, było może parę razy w życiu takich myśli, że jak szefowa jest spoza rodziny, to przynajmniej jest sobota i niedziela dla siebie. A z mamą niekoniecznie. Ale nie, nie zamieniłabym się ani na moment z nikim innym ani nie wymieniłabym szefowej.

A byłaś wychowywana w domu tak jak mama wychowuje dziewczyny w „Projekcie Lady”: „Siedź prosto!”, „Nie garb się!”? Twoje chłopaki wspomniały, że odbierają babcię na co dzień zupełnie inaczej niż w sposób, który kreowany jest w mediach. Masz podobnie czy jednak dla córki mama Irena jest bardziej surowa?

Oczywiście, że w dzieciństwie mama zwracała mi uwagę! I ja się z tego bardzo cieszę! Jeżeli ktoś się spodziewa, że moje dzieciństwo było jakieś traumatyczne, że niczego mi nie było wolno, że miałam talerze pod łokciami – to nie! (śmiech) Tych talerzy czy kartek nawet nie trzeba stosować, bo jeżeli prawidłowa postawa jest pilnowana od małego dziecka, to naturalnie młody człowiek zachowuje postawę wyprostowaną. Tak że mama zwracała uwagę, ale oprócz tego potrafiłyśmy się też przewracać na ziemię i ze śmiechu trzymać za brzuchy, więc moje dzieciństwo było zdecydowanie normalne.

Maja Kupidura Fotografia

A istnieje takie pytanie, które byś się bała mamie zadać? Bałabyś się otrzymać na nie odpowiedź…

Hm, bardzo ciekawe i trudne pytanie. Nie wiem, czy wymyślę tak od razu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka. Jesteśmy przyjaciółkami, ale nie tylko. I nie chciałabym, żeby było inaczej. Jesteśmy blisko, ale jednak to nie jest relacja koleżeńska i dlatego uważam, że niektóre rzeczy powinny zostać… niewypowiedziane. To nie jest tak, że chciałabym z mamą porozmawiać o wszystkim. Myślę, że mogłabym, ale… nie.

Może to też jest trochę różnica, a trochę podobieństwo w Waszym podejściu do wychowania, bo Twoi synowie bardzo podkreślali, że są z Tobą blisko, że jesteś, że dużo rozmawiacie, ale że masz więcej luzu niż babcia.

Tak? O! To się bardzo cieszę, że tak mówili!

I że mama jest nie tylko mamą, ale też koleżanką, że Cię nie tylko kochają, ale też lubią.

Ojeeeeej! Jak pięknie! Jak mi miło! Chłopaki mają chyba faktycznie więcej luzu ze mną niż z babcią i niż ja miałam z mamą, ale może wcześniej źle sformułowałam jedną rzecz. Bo ja też moją mamę lubię (śmiech). I mamy fajną relację. To jest tak, że ja się naprawdę cieszę, jak przyjeżdżamy do siebie. Szczególnie gdy jesteśmy same, bo wtedy możemy sobie poplotkować o wszystkim i o niczym, i o kosmetykach, i o ubraniach… To są takie tematy, na które ja z chłopakami nie porozmawiam. Ani z mężem. Bo ich to nie interesuje. Dlatego cieszę się, że mam od tego mamę. Mamę, która zawsze była we mnie wsłuchana. Wydaje mi się, że jako dziecko mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem. I do tej pory czuję takie wsparcie. To, że zdarzają się takie tematy, o których nie rozmawiamy… to normalne. Cały czas czuję, że jakby mi się świat walił, to naprawdę mam się do kogo zwrócić po ratunek.

Czyli masz przed mamą jakąś tajemnicę? Nastoletnią miłość albo rozbity wazon jak miałaś pięć lat…

A to pewnie, że tak! I dalej nic nie powiem! Pewnie, że mam przed mamą trochę tajemnic.

Maja Kupidura Fotografia

A czy mama przypomina Ci babcię?

Tak. I tak, i nie. Wydaje mi się, że moja mama wiele cech dostała po swoim ojcu. Nigdy go co prawda nie poznałam, bo zginął w młodym wieku. Mama miała wtedy 11 lat. Sądzę tak przez opowiadania. Mama bardzo dużo o dziadku opowiadała, z resztą babcia też, więc widzę takie podobieństwa córki do ojca. Ale po babci mama też ma oczywiście kilka rzeczy! Na przykład obie lubią mówić. Mama wykorzystuje to w pracy na co dzień. A jak idę do babci, to po prostu nastawiam się na słuchanie.  Oj tak, obie lubią sobie porozmawiać.

Czyli Ty jesteś od słuchania.

Lubię słuchać. Ale czy ja wiem, czy bardziej jestem od słuchania. Czasami też muszę się stopować i gryźć w język.

Zmieniłabyś coś w mamie?

Jeszcze parę lat temu odpowiedziałabym bez wahania: przepraszanie.

Nigdy nie odpuściła? Zawsze musiała mieć ostatnie słowo?

Mama jest zasadnicza. Myślę, że jest to cecha, którą można dostrzec nawet przy pobieżnym zapoznaniu. Ma bardzo mocny kręgosłup moralny i hierarchię wartości nie do ruszenia. Więc jeśli te najważniejsze życiowe wartości poddawane są pod dyskusję, to w jej przypadku nie ma mowy o kompromisie. I to jest jej siła. To jest bardzo ważne, aby rodzic pełnił funkcję guru. Powinien wsłuchać się w dzieci, ale i mieć ostatnie słowo. Natomiast ja miałam dość buntowniczą naturę i czasem mnie to uciskało. Bardzo chciałam od niej usłyszeć słowa: „Przepraszam, może faktycznie miałaś trochę racji”. Dlatego świadomie postanowiłam z moimi dziećmi postępować inaczej. Ja moje dzieci przepraszam i to często… na co jakiś czas temu chłopaki zareagowały niezwykle zaskakująco.

Pewnego razu Filip coś przeskrobał, usłyszał ode mnie kilka słów, po czym wysłałam go do jego pokoju, żeby przemyślał swoje zachowanie. Chwilę później podchodzi do mnie Tomek i mówi: „Mamo, bo ja wiem, że Ty za chwilę pójdziesz przepraszać Filipa. Nie rób tego”. Bardzo się zdziwiłam i pytam Tomka, dlaczego mam tego nie robić. „Bo miałaś rację”. Zapytałam go też wtedy, co sobie myślał, jak przychodziłam go przepraszać i zdziwił mnie jeszcze bardziej, bo usłyszałam: „Że na to zasłużyłem. I że niepotrzebnie mnie przepraszasz”. Podsumowując, nawet w tej małej rzeczy, przekonałam się, że racja była po stronie mojej mamy 😊

A wspomniałaś o swoim okresie buntu…

Yhym, miałam. Taki ze spóźnionym zapłonem, można powiedzieć. Po liceum.

Oddaliłyście się wtedy trochę z mamą?

Tak, też tak było. Przenośnie i dosłownie. Mama wtedy była dużo w Stanach, ja byłam w Polsce, także dość duży dystans fizyczny i emocjonalny. To był trudny moment.

Czasami mówi się, że matka z córką zaczynają się dogadywać dopiero jak zaczną mieszkać osobno. U Was też tak było?

Może i u nas było podobnie. Nie wiem. Myśmy się zawsze lubiły, bo zanim właśnie te hormony, ten bunt, dojrzewanie, to było świetnie. A potem faktycznie może i było to dla nas dobre. Teraz mieszkamy 300 km od siebie i chciałoby się bliżej. Chociaż już się do tego przyzwyczaiłyśmy, a chłopaki dzięki miejscu zamieszkania babci doświadczają wielu rozrywek w stolicy.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 27 sierpnia.

Wciąż niezmiennie jesteśmy wdzięczne całej ekipie, która spisała się cudnie przy: fotografii – Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzurach – Beauty by Rockagirl, makijażu – Karolina Dobranowska (Glambymom).

sesja pokoleniowa z Ireną Kamińską-Radomską

„Potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami do żywego” – Irena Kamińska-Radomska, jakiej jeszcze nie znacie, w wywiadzie specjalnie dla kobietazklasa.pl

Pomysł na nietypowy wywiad z surową jurorką „Projektu Lady” dojrzewał w głowie naszej redaktor naczelnej już od dłuższego czasu, ale efekt przeszedł najśmielsze redakcyjne oczekiwania! Irena Kamińska-Radomska nie tylko opowiedziała o nieznanych dotąd momentach swojego życia, ale wzięła udział w rodzinnej, pokoleniowej sesji zdjęciowej.

Na całą rodzinę czekam w podkrakowskim hotelu, niedaleko uroczego dworku w Mogilanach. Piękny, lipcowy poranek już zapowiada upalne południe. Wszyscy jesteśmy umówieni na miejscu o godzinie 9.00. Do największego hotelowego pokoju (żebyśmy się pomieścili) tuż przez wyznaczoną godziną wpadają nie tylko panie makijażystka i fryzjerka, ale zespół fotografów i redaktor naczelna z naszymi gośćmi – ambasadorką portalu Ireną Kamińską-Radomską, jej mamą Heleną, córką Dominiką oraz dwoma wnukami, starszym Tomkiem i młodszym Filipem.

Robi się jeden wielki harmider, wszyscy rozkładają się z rzeczami, przygotowują do sesji. Irena najpierw upomina swojego najstarszego wnuka, że powinien przepuścić wszystkie kobiety w drzwiach; potem śmieje się, że nie powinna tego robić przy wszystkich, a jedynie zwrócić dyskretnie uwagę na osobności. Pani Helena siada z boku dużej kanapy, w dłoni trzymając jakąś książkę. Podchodzę się przywitać i podpytać cóż to za tytuł. Okazuje się, że „Jesteś najlepszą mamą na świecie” Isabelle Laurent. Na samym początku wydaje mi się, że w takim tonie Panie będą o sobie opowiadać, jako o najlepszych babciach, mamach, córkach. Ale okazuje się, że jednak nie. Ich rodzina to prawdziwa rodzina z krwi i kości…

Irena Kamińska-Radomska: Ostatnio odpowiadałam na pytania czytelników i było o babciach. Że babcie mimo zakazu rodziców rozpieszczają dzieci. W swoim artykule napisałam, że to dobrze! Że babcie to lubią i od tego są! Choć nie powinnam była tak napisać! Sama jestem tą gorszą babcią, bo nie rozpieszczam.

Dominika, córka Ireny, gdzieś w tle: Jaką babcia będzie mieć fryzurę!

Joanna, redaktor naczelna kobietazklasa.pl: Ale są babcie, które nie rozumieją, że dziecku słodycze naprawdę mogą szkodzić. Moja przyjaciółka ma takie małe utrapienie ze swoją mamą. Bo sama nie karmi dziecka drożdżówkami, po prostu nie dla drożdżówek i tyle, ale na co dzień córką opiekuje się babcia. I opowiadała mi ostatnio, że córka ciągnie ją do jednej z piekarni; wchodzą, a tam pani ekspedientka: “O cześć, Milenko, drożdżóweczka?” “Jaka drożdżóweczka?” “No, przecież Milenka to codziennie jest z babcią po drożdżówkę!”.

Irena: Ale to jeszcze lepiej jak się zasiada w jakiejś restauracji, a kelner podchodzi i pyta: “Tak jak ostatnio dwie seteczki?” Albo jeszcze gorzej “Dwie setki czystej tak jak zwykle”! (śmiech)

Aleksandra, zastępca redaktor naczelnej: Skoro już mówimy o podobieństwach i różnicach między babciami, to podpytam o podobieństwa i różnice między Wami w ogóle, bo przecież więzy krwi nie zawsze sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni… Jak rozmawiałam wcześniej z Dominiką to trochę wyszło, że jesteście na przykład nieco innymi matkami…

Irena: Ludzie mówią, że bardzo!

Aleksandra: Ale co bardzo? Że jesteście podobne? Ty z Dominiką?

Irena: Tak. Do tego stopnia, że mamy te same gesty. Na przykład jak idziemy ulicą i sobie gadamy, to ja tak trzymam ręce. I Dominika identycznie. Po prostu identycznie! Zawsze gubimy pilota na szkoleniach i prezentacjach, to jest genetyczne! (śmiech) Ale Dominika jest podobna do ojca. I całe szczęście!

Joanna: Ale z charakteru?

Irena: Nie, z charakteru pozbierała wszystko co najgorsze!

Aleksandra: Dominika, słyszysz? Mama mówi, że pozbierałaś z charakteru wszystkie najgorsze rodzinne cechy!

Dominika szczerze się zaśmiewa: Nieeeee! Nie uważam tak.

Irena: Yhym, od mamy i taty. Nie no, żartuję oczywiście. 

Aleksandra: To w czym się różnicie?

Irena: Jak my się różnimy pod względem charakteru?

Maja Kupidura Fotografia

Dominika: Filip, chcesz jakieś książki?

Bo babcia Helena jest czesana, Dominika się przebiera, Irena akurat w przerwie między sesjami, a chłopaki grzecznie siedzą na kanapie. Zostali już przeze mnie wcześniej wymaglowani i teraz grzecznie czekają na wspólną sesję, więc ich mama oczywiście dba, żeby najmłodszy się nie nudził przy pogawędce samych Pań;)

Irena: Ja jestem niesamowicie konsekwentna, a Dominika nie. To jest zasadnicza różnica między nami.

Aleksandra: Ona powiedziała dokładnie to samo.

Irena: Tak? No widzisz. Pamiętam nawet taką sytuację, jak Tomek był jeszcze mały. Dzieci intuicyjnie wyczuwają konsekwencję, nawet bardzo małe dzieci. Tomek miał Komunię i dostał różne prezenty. Widziałam, że nie do końca był z nich zadowolony, więc go zapytałam, czy ma jakieś marzenie, czego by tak naprawdę chciał? A lubił autka i zawsze chciał żółtą taksówkę. Ale nie byle jaką!

Poprosiłam zatem kolegę ze Stanów, Willa Richardsona, który akurat wracał tam na chwilę, żeby kupił żółtą taksówkę. Tylko że on akurat leciał do Waszyngtonu i mówił mi potem, że naprawdę szukał; nie, że zapomniał, tylko naprawdę szukał, ale w Waszyngtonie nie ma żółtych taksówek, bo one są oczywiście nowojorskie. Więc mówię do Tomka: “Tomek, pojedziemy do Nowego Jorku”. Już miałam kupione loty, hotel, wszystko i… niestety złamałam nogę. I to tak niefortunnie. Tomek przychodzi do mnie w odwiedziny z rodzinką, a tu noga na szynie. Ja załamana, że nie polecimy, a Tomek na to: “Ja wiem, babciu, że i tak polecimy!”. Było coś takiego, nie?

Tomek: Może i było. (śmiech)

Aleksandra: A przywiozłeś sobie, Tomku, tę taksówkę?

Tomek krzyczy do mnie z drugiego końca pokoju, próbując przekrzyczeć suszarkę: Tak, trzy!

Irena: Jedna jest u mnie w Warszawie. A jeszcze było tak, że jak wsiadaliśmy do taksówki na lotnisku, no to wiadomo jak to wygląda: ogonek ludzi, ale też taksówki podjeżdżają jedna za drugą. I tak stoimy… aaa, a to jest ważne, bo ja tego nie powiedziałam, że to nie miała być byle jaka taksówka, tylko właśnie Crown Victoria…

Tomek; Oczywiście, że Ford klasyczny!

Irena: No, właśnie! I tak sobie stoimy i ja liczę, ile jest osób w kolejce i czy nam wypadnie ta Crown Victoria. I się okazuje, że nie! Więc mówię do Tomka, że nie ma problemu, żeby się nie martwił, bo poproszę tego pana, który stoi przed nami, na którego wypadała ta nasza wymarzona taksówka, żeby nas przepuścił. Ale Tomek powiedział, że nie, że to głupio, więc wsiedliśmy do innego samochodu. Za to nazajutrz poprosiłam boya hotelowego, żeby nam złapał Crown Victorię. Do dziś mam zdjęcie miny Tomka jak do niej wsiadamy! Dla samej miny warto było lecieć tak daleko.

Dominika; Tak, to prawda, Ty zawsze potrafiłaś spełniać marzenia.

Irena: Oj, dzięki!

Robi się jeszcze większe zamieszanie, w międzyczasie rozmowy prababcia i wnuczka zamieniły się miejscami – teraz Dominika jest czesana, a prababci robiony jest delikatny makijaż. Gdzieś zza pleców słyszę jak Irena woła do Dominiki: “Iśka, gdzie dałaś rajstopy?”

Aleksandra: Iśka?

Dominika, zwracając się do Ireny i do mnie: Chyba jesteś ostatnią osobą, która tak do mnie mówi. Jak byłam mała i ktoś mnie pytał jak mam na imię, to zawsze tak odpowiadałam: Iśka-Dominiśka.

Irena: To dlatego, że Dominika mówiła tylko dwie ostatnie sylaby. Bardzo szybko zaczęła mówić, natomiast jak miała roczek, to wypowiadała tylko dwie ostatnie sylaby. Potem oczywiście miała już bardzo rozbudowane słownictwo.

Aleksandra: I mówisz, że mama jest ostatnią osobą, która tak do Ciebie mówi?

Irena: Ale to tylko jak jesteśmy w dobrych stosunkach!

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A kłócicie się?

Dominika: Eee, nieee…

Irena: My rozwiązujemy konflikty. (śmiech)

Joanna: W końcu dama się nie kłóci! (Nawiązanie do artykułu, który Irena napisała do nas kilka miesięcy temu)

Dominika: Ale myśląc nie tylko o mojej relacji z mamą – mamy to niesamowite szczęście, że my się rodzinnie chyba mało kłócimy. Ja się ani z mężem nie kłócę, ani z jego rodzicami. Być może dużo w tym mojej natury, po prostu nie lubię się kłócić.

Aleksandra: A chłopaki? 

Dominika: Między sobą oczywiście, że się kłócą. Ja się trochę bałam, każda matka boi się chwili, kiedy przy jedynaku pojawia się brat. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko dalej się potoczy. Ale Tomek był od początku bardzo dobrym bratem, nigdy się nie bałam, że mógłby zrobić krzywdę młodszemu dziecku. Mogłam być spokojna. A teraz to tak, jasne, że sobie dokuczają.

Irena: Nie, tak myślę sobie, że teraz się nie kłócimy. Były czasy trzaskania drzwiami aż tynki pękały; dziury w ścianach…

Aleksandra: Podpytywałam o to Dominikę, bo w jednym z wywiadów wspomniałaś chyba kiedyś, że Twoja córka miała dość intensywny okres buntu?

Irena: Nie! To ja miałam. Ale ona też miała!

Aleksandra: To też jest dziedziczne;)

Dominika: Ciekawe, jak będzie z chłopakami. Tomek będzie stoikiem, ale Filip ma mój charakter. Niestety!

Irena: Yhym! Ale ja to tak, wrzaski takie, że ho ho!

Aleksandra: Ale jak to tak, to przecież wbrew etykiecie!

Irena: Ale ja się nią zajmuję dopiero od dwudziestu lat!

Joanna: Myślę sobie, że to jest pytanie, na które ostatnio nie zareagowałaś w tym wywiadzie youtube’owym, a wszyscy właśnie w tym momencie czekali na odpowiedź na pytanie: “Jak się buntowałaś?”

Dominika: Ty chyba nie byłaś od rzucania, coś nie wydaje mi się.

Irena: Nie, ja niczym nie rzucałam. (do Dominiki) Jak Ty mnie znasz dobrze! Ja potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami tak, że do żywego…

Dominika: To takiej Cię nie pamiętam…

Irena: To bardziej mama będzie pamiętać. Bo ja się zmieniłam! Ja się generalnie bardzo, bardzo zmieniłam.

Dominika: Ja też się zmieniłam. I też bardzo. Nabyłam cierpliwości, mam teraz niesamowitą cierpliwość w porównaniu z tym, co było kiedyś. I opanowanie!

Irena: Jak kiedyś z Markiem, moim mężem, i Dominiką jako świeżo upieczonym kierowcą jechaliśmy do Krakowa, to Marek non stop upominał: “Tu przyspiesz! Tego wyprzedź!”. A Dominika na to: “Nie, pojadę tempem takim, jakim ja chcę”. 

Dominika: A piętnaście lat wcześniej bym się popłakała, jakby mi ktoś co chwilę taką uwagę wtrącał. Popłakałabym się z nerwów.

Irena: A Marek co chwilę coś wtrącał!

Dominika: Dlatego nie jeździsz samochodem.

Irena: Yhym! A Dominika na spokojnie, że nie, pojedzie swoją prędkością i super! Bardzo mi się to wtedy spodobało.

Aleksandra: Zanim mi uciekniesz na przerwę, Ireno, to jeszcze Cię dopytam, bo powiedziałaś, że potrafiłaś skrzywdzić słowami. To takie wredne jest…

Irena: Bolesne przede wszystkim! Tak, jak miałam kilkanaście lat…

Aleksandra: To byłaś trochę niedobrym dzieckiem!

Irena: Panną już. Ja jako dziecko byłam cudowna. Przecież ja wychowywałam Jasia, mojego brata. Byłam naprawdę dobrym dzieckiem. Dopiero okres dojrzewania był straszny.

Prababcia Helena: Pamiętam, jak Jasiu przychodził do Ciebie po pieniądze na kwiaty. Bo poznał wtedy dziewczynę, okazało się, że przyszłą żonę. I Irena zawsze mu je dawała.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Nie, to było tak, że ja miałam 2-go maja urodziny, a jego dziewczyna miała 13-go. I ja zawsze dostawałam coś fajnego na prezent, a on przychodził do mnie, czy może to wziąć i dać dziewczynie.

Dominika: Ale to jest właśnie to, że Ty byś swoim, ludziom, których kochasz, ostatnią koszulę oddała.

Połowa ekipy zbiera się do wyjścia na sesję. Wokół same kobiety, którym rodzicielstwo nie jest obcą sprawą, a więc toczy się rozmowa o własnych dzieciach, kładzeniu do łóżka, itd. Korzystam z okazji, że Dominika siedzi uziemiona na krześle, bo dopiero pół fryzury na głowie.

Aleksandra: A Ciebie mama też dużo przytulała?

Dominika: Pewnie! I też długo zasypiałaś ze mną, tak mi się wydaje.

Irena: Tak! Podwójnie długo, bo…

Dominika: Bo jak się przeprowadziłyśmy z bloków do większego mieszkania…

Irena: …to miałaś przynajmniej z dziesięć lat.

Dominika: Nie, z dziesięć nie, może dziewięć, ale też tam jeszcze przy mnie zasypiałaś. Zresztą Filip zaraz będzie miał dziewięć lat i co, też jeszcze dalej trochę wszystko z mamusią.

Znowu mały misz-masz, Dominika zagląda do chłopaków, Irena z Joanną uciekają na kolejną odsłonę sesji, a ja zagaduję seniorkę rodu, którą pani makijażystka właśnie kończy malować. Irena jeszcze podbiega, wołając do makijażystki: “Karolina, zobacz, czy dobrze usta zrobiłam, bo sobie troszkę poprawiłam”. Gdzieś z głębi dobiega mnie rozmowa Dominiki z chłopakami, czy by czegoś nie zjedli. “Dobry kolor, pani wybrała.” “Aaa, bo zmieszałam dwa. Ja zawsze łącze pudry, lakiery, nigdy nie mam takiego prostego ze sklepu, zawsze mam troszkę inne, bo zawsze mieszam dwa. Ciuchy też zwykle przerabiam, bo coś mi się nie podoba.” I Irena znika za rogiem.

Aleksandra: Jaka była mała Irenka?

Prababcia Helena: A więc, proszę Pani, śliczna. Naprawdę była piękna. I ta uroda jej oczywiście została. Nie lubiła, nie bawiła się lalkami. Ciągle chciała jakieś zwierzątko.

Aleksandra: To nie wiem, czy ktoś tu po babci czegoś takiego nie odziedziczył! (zerkam w stronę Filipa)

Dominika: O, to ja Wam dopowiem, bo właśnie mama mi opowiadała, że jako dziecko nie bała się żadnych pająków, że potrafiła jakieś dżdżownice wyciągać z ziemi, żadnych oporów nie miała… Jakieś dzikie koty głaskała… Z Filipem jest dokładnie to samo. Nie pozwolił mi posprzątać ostatnio w domu pajęczej sieci i dokarmiał pająka komarami i muchami.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A Irenka była grzecznym dzieckiem? Czy małym buntownikiem?

Prababcia Helena: Była grzeczna. I zawsze z tymi zwierzętami! Miała świnkę morską i myszki. Jak mąż jeszcze żył, to wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Przed jednymi z wakacji Irena jakiś czas wcześniej poprosiła kuzyna o dwie myszki. I niestety przyniósł parkę. Tak się te myszki rozmnożyły, że było ich chyba z czterdzieści. Mówię do córki, że „wiesz co, no nie zabierzemy tych wszystkich myszek na wakacje, weź je do koszyczka i zanieś do parku, może tam będą dzieci i rozdaj im”. I z ciężkim sercem, ale rozdała. Później jak była starsza miała drugą świnkę morską, która niestety zachorowała. Więc też jej powiedziałam, żeby ją wzięła do koszyczka i zaniosła do weterynarza. Weterynarz niestety okazał się bardzo brutalny i powiedział Irenie, że zwierzątko już prawie nie żyje. I ona się tak przejęła, przyszła cała zapłakana…

Co jeszcze? W przedszkolu brała udział w różnych teatrzykach, wystąpieniach; już wtedy widać było, że ona ma taki artystyczny talent. Później jak chodziła do szkoły podstawowej, to nauczycielki powiedziały mi, żeby ją koniecznie zapisać do szkoły aktorskiej. Jak miała 14 lat, to odbywał się casting do filmu “Ptaki ptakom”. Do tego filmu przesłuchano chyba z czterysta dzieci. Irena wygrała ten casting i zagrała w filmie. “Ptaki ptakom” to taka historyczna sprawa, tam była scena w parku Kościuszki. A ja Pani tak ręką wskazuję, jakbym była w Katowicach! (śmiech)

Mój mąż bardzo uczył dzieci rywalizacji. Ponieważ grał jako piłkarz w Polonii Bytom, wprowadził dzieci w świat sportu, między innymi na korty tenisowe w Bytomiu. I właśnie przywiozłam Pani jeden z pucharów Ireny. Pokazać?

Aleksandra: Oczywiście!

Przez najbliższe minuty oglądamy pamiątki przywiezione z domowego zacisza. Irena wpada się przebrać i na moment dołącza się do rozmowy:

To jest moje? Ale numer! Ale żeś się mamo przygotowała!

Prababcia Helena: No! Chciałam Cię zaskoczyć! 

Aleksandra: Faktycznie tata Was uczył rywalizacji?

Irena: Strasznie! Oboje jesteśmy waleczni z bratem i… to nie był dobry pomysł. (śmiech)

Aleksandra: Czemu? Rywalizacja z kortu przełożyła się na rywalizację w życiu?

Irena: Nieeeee, to nie tak, nic z tych rzeczy, że komu lepiej się w życiu powiodło. Tylko po sportowemu, jakieś biegi, gry. No i w ogóle zabijaliśmy się z bratem. Biliśmy się potwornie! Ale mamo, ja w tenisie byłam słaba! Beznadziejna!

Prababcia Helena: Ależ dlaczego?

Irena: Oczywiście! W ogóle nie umiałam grać. To znaczy ja ładnie grałam, ale w ogóle nie umiałam wygrywać. 

Prababcia Helena: To z jakiej racji dostałaś puchary?

Irena: Oj tam, nie wiem. Widocznie mało startujących było. (oczko w moją stronę)

Aleksandra: Co to niby znaczy, że nie umiałaś wygrywać?

Irena: Bo ja sobie grałam ot tak, komuś na rakietę, żeby pograć, nie wygrać. A to już zupełnie inna dyscyplina sportu, jak mówił mój pierwszy mąż.

Mama Ireny cały czas pokazuje mi puchary i przytacza wygrane tenisowe córki. Puchar, który dostaję do ręki wcale nie jest sprzed tak dawna. 

Irena: No tak, bo ja całe życie grałam, od jedenastego roku życia.

Prababcia Helena: Jedenaście lat… jak zginął mój mąż to Irena miała jedenaście lat. Strasznie to przeżyła, miała traumę. Szczególnie z jednego powodu. Napisała do ojca wcześniej list, bo wyjechał służbowo do Włoch. Był z zawodu inżynierem, skończył Politechnikę Gliwicką i pracował później w dziale kontroli w takich zakładach. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Też miał ciężkie życie. Jak miał cztery lata stracił ojca, później mamę. Oni mieszkali z Żytomierzu, czyli na Ukrainie. Wiadomo, jakie to były lata, jaki to był ustrój. Ale on nigdy nie przyjął tej czerwonej kartki zbrodniczej ideologii, więc musiał się wykazywać tylko swoimi talentami, żeby awansować w pracy. 

Ale wracając do Włoch… Dowiedziałam się o adres miejsca, do którego męża wysłali i Irena napisała list. Proszę sobie wyobrazić, że był źle zaadresowany. I dotarł aż do Johannesburga, czyli do Afryki, ale wrócił. Więc Irena się zorientowała, że ojciec nie zdążył przed śmiercią przeczytać jej listu. To było straszne…

A w szkole z góry na dół same piątki. Jak wyszłam za mąż, to zamieszkałam u męża, a mąż mieszkał z babcią i z ciocią. I Irena była bardzo przez nie lubiana. W ogóle w szkole była lubiana. Przez nauczycieli także, bo była grzeczna, zawsze taka dobrze ułożona. Jest takie powiedzenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To dla niej było tak samo! Nic nie było niemożliwe. Mam siostrę bliźniaczkę, która swego czasu bardzo przytyła. A Irena do niej: “Przytyłaś, to schudnij!”. Proste. (śmiech)

Aleksandra: A takie bycie twardą dziewczyną to od początku jej charakter czy trochę ją Państwo do tego przyuczali?

Prababcia Helena: Dobre pytanie! Śmierć ojca spowodowała, że Irena wiedziała, czuła, że musi się trochę sama wychować. Miała dwóch braci, zresztą nadal przecież ma, i starała się być twarda. Żeby nikt się nad nią nie rozczulał. Żeby nikt nie pomyślał, że jako dziewczynka ma do rozczulania większe prawo…

A jeszcze sobie przypomniałam, że często nauczyciele wysyłali ją na konkursy recytatorskie. Do dnia dzisiejszego mam te wszystkie wiersze, których ona musiała się nauczyć na pamięć.

Ja sobie nie raz żartuję, że jak ktoś razem z nią by się urodził w tym samym czasie, to by potrzebował dodatkowych 50 lat, żeby zrobić wszystko to, co ona zrobiła. Ma bardzo silny charakter. A dla ludzi z silnym charakterem istnieje wiele różnych pokus. Ale Irena potrafi sobie czegoś odmówić. Nie raz tak było, że “Aha, tego i tego muszę sobie odmówić, bo jutro mam to i to do zrobienia”.

Moja córka jest bardzo hojnym człowiekiem, który lubi obdarowywać ludzi. Ale lubi też otrzymywać! (śmiech) Można powiedzieć, że naprawdę jest wzorem do naśladowania. Jestem z niej bardzo dumna. Kiedyś było coś takiego jak adopcja serca i też w niej uczestniczyła. Wysyłała chłopakowi do Rwandy różne dary.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Jaka Dominika! (Irena wróciła z sesji i dostrzegła córkę w obrotach pani fryzjerki) Jak na weselu! Jezu, nie! (śmiech)

Prababcia Helena: Moja córka jest w tej chwili bardzo zajęta. Ale ona nie czyni tego tylko dla siebie. Można się przy niej czuć bezpiecznie, gdyby komuś się coś stało, gdyby ktoś zachorował, jestem pewna na 100%, że ona poruszy niebo i ziemię, żeby pomóc. Ja wiem, że ona wymaga od innych, ale najwięcej wymaga od siebie. Nie wiem, może ma to po mnie odziedziczone, bo jeśli ja mam jakiś cel, to też nie używam półśrodków.

Aleksandra: A Dominika, ma coś po Pani?

Prababcia Helena: Jest zapominalska. Po tacie. Dominika, jesteś tam? Co masz po mnie?

Dominika: W ogóle wydaje mi się, że jestem do Ciebie coraz bardziej podobna. Ale tak fizycznie. Nie mam tych Waszych kości policzkowych, ale inne rzeczy tak. 

Prababcia: No pomyśl, pomyśl jeszcze.

Dominika: Nie mam zdolności kulinarnych. (śmiech) Bo babcia ma zdecydowanie!

Prababcia: Tak mówią!

Tomek: Jasne, że babcia Helena ma! I Ty mamo też!

Tomek: Ale babcia Irena absolutnie nie.

Prababcia Helena: Nie? Ale wiesz z czego to mogło wyniknąć? Że to widocznie nie był jej talent. A miała mnóstwo innych, które rozwinęła. Bo nie marnowała czasu, nie biegała za chłopakami, chociaż miała ogromne powodzenie. A ja sobie myślałam, że dobrze, nie będę przeszkadzać, bo zawsze kochała to, co robiła. A że nie wyszło z gotowaniem… jak Dominika była mała, to jeszcze przed pracą nosiłam do nich obiady. Irena się skupiała na czym innym i może mądrze zrobiła, bo są tego efekty.

Dominika: Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, w podstawówce jeszcze, mama była w nielicznym gronie mam pracujących. I ja byłam z tego ogromnie dumna. Nie przeszkadzało mi to, że nie gotuje nam obiadów codziennie. Ja właśnie byłam dumna z tego, że mama robi karierę. Tylko to też nie było tak, że jej nie było całymi dniami, bo wtedy pracowała akurat w szkole.

Aleksandra: Jako?

Dominika: Jako nauczycielka.

Aleksandra: A czego?

Dominika: Najpierw uczyła rosyjskiego, a potem angielskiego. Jestem też dumna z tego, jak tak sobie myślę o tych Twoich pytaniach, że moja mama była taką nietypową mamą. Raz, że była jedną z młodszych mam, dwa że pracowała, że miała swoje zajęcia i od początku była taką kobietą, którą się chciało naśladować. Była bardzo wyemancypowana, była taką trochę walczącą feministką. Żadna tam pani domu. Ustawiała wszystko pod siebie. To był jej styl życia. I wiele ze mną na ten temat rozmawiała, że to nie jest tak, że kobieta jest podporządkowana mężczyźnie w domu, że ma swoje prawa. I przede wszystkim dawała tego przykład.

Myślę, że pod tym względem nie jestem akurat taka jak ona, bo ja jestem taką codzienną mamą: i ugotuję, i posprzątam… Mama zweryfikowała wiele swoich poglądów z młodości, ale wtedy była wojująca. Bardzo! Może to też wynika z tego, że mój ojciec był wychowany jednak… według takiego tradycyjnego podziału damsko-męskiego, takiego bardzo wyraźnego, że kobieta w domu ma dbać o męża i ma tylko zajmować się pielęgnowaniem ogniska domowego. Tego od niej oczekiwał, a ona… no dla niej coś takiego było nie do pomyślenia. Musiała walczyć o swoje.

Aleksandra: I chyba wyszło?

Dominika: Wyszło!

Aleksandra: Zatem mama nauczyła Cię walki o swoje?

Dominika: Myślę, że nie musiałam walczyć. Wychowywałam się już w innych czasach i żyjemy w innych czasach. Może właśnie to pokolenie mamy wywalczyło dla nas te prawa. Nadal nie jest idealnie, ale wiele rzeczy się zmieniło i stało się oczywistymi. Kwestie dotyczące kobiet, które teraz są oczywiste, dawniej wywoływały oburzenie i zdziwienie.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: Pani Heleno, a w Pani jeszcze wcześniejszych czasach? Jakieś przejawy wczesnej emancypacji czy na własnej skórze doświadczyła Pani wychowywania się i życia w starym porządku: mąż zarabia i decyduje, kobieta w kuchni gotuje?

Pani Prababcia: U mnie, proszę Pani, było tak, że kobieta… był taki właśnie dokładny podział: kobieta w domu, a mężczyzna musiał pracować i zarabiać. Ja miałam drugą matkę, mój ojciec się powtórnie ożenił jak miałam dziesięć lat. Macocha też nie miała łatwego życia, bo to były czasy wojny. Ale jak wyszła za ojca to z kolei było odwrotnie – to ona rządziła ojcem. I właściwie dobrze na tym wyszła. (śmiech)

Choć pracowała i zajmowała się domem, bo to były trudne lata 50-te, więc było ciężko materialnie. Później jeszcze troje braci się urodziło, więc ja pomagałam ich wychowywać. I raz nie zapomnę… jak macocha pracowała chyba szesnaście godzin, codziennie przez dwa tygodnie… a to ja byłam po zajmowaniu się rodzeństwem tak zmęczona, że raz zasnęłam. Obudziłam się rano. Więc ona mnie chyba jeszcze zaniosła do łóżka, jak przyszła z pracy. Albo tacie kazała. A jak już pracowałam, to przed pracą musiałam zaprowadzać brata do przedszkola. A on tak nie chciał tam zostawać. On płakał i ja też płakałam, bo na siódmą musiałam odbić kartę w pracy.

Po ojcu, a Irena po mnie, mam jeszcze jedną rzecz – troskę o innych, o tych, którym jest gorzej. W kamienicy, w której mieszkaliśmy, była kaplica. Ojciec opiekował się nią społecznie. Macocha się denerwowała, bo on czasem wynosił z piwnicy ziemniaki i rozdawał. Ona chciała ugotować, a tu nie ma ziemniaków. To były ciężkie czasy, ale takie trudne sytuacje wychowują, normują człowieka. Hartują. Ja kilka razy uciekałam z domu, bo macocha była apodyktyczna. Uciekałam do babci, która nas wychowywała przez siedem lat. 

Jeszcze po ojcu mam to, że jestem obowiązkowa. I dzieci mi mówią czasem, że byłam dobrą matką. Traktowałam dzieci bardzo poważnie, dla mnie nie istniał fryzjer, makijażystka. Do pracy szybko i z pracy szybko do domu, żeby się mogły uczyć. Choć niewiele mi pomagały, to trzeba przyznać! (śmiech) Irena mi pomagała dużo, ale chłopcy nie bardzo.

Aleksandra: A pani Heleno, co Pani uważa, bo niektórzy uważają, że kobiecie było wtedy mimo wszystko prościej. Były jasno wytyczone role, bo trzeba było siedzieć w domu i gotować, ale teraz de facto kobiety też muszą to robić… plus muszą pracować, zadbać o siebie, rozwijać się, mieć hobby, a współcześni mężczyźni to tak… no niekoniecznie poczuwają się do jakiejkolwiek pomocy czy choćby podziału obowiązków…

Pani Helena: Oj jest tak. Wtedy były rzeczywiście jasno wyznaczone role i to było, wydaje mi się, mądre. Ale dlaczego to się tak zmieniło? Dlatego, że kobiety nie pracowały poza domem. Bo rodzina była przeważnie wielodzietna i ktoś musiał się po prostu zająć dziećmi. Więc to raczej warunki życia tak dyktowały.

Aleksandra: A, pani Heleno, wtedy kobiety miały więcej klasy? Bo za wzór często stawia się kobiety międzywojnia i czasów wojny, a nawet po wojnie za komuny, pomimo tego, o czym teraz rozmawiamy, kobiety były eleganckie, ładnie ubrane. Pomimo zajmowania się domem i dziećmi były zadbane.

Pani Prababcia: Tak, to jest prawda. Moja córka ma taki charakter, że nie idzie z prądem, tylko pod prąd. A to jest trudniejsze. Czasami dostaje się po głowie za to, ale trzeba tak robić, żeby mówić ludziom, co jest słuszne. A to obnażanie się kobiet… Każdy skutek ma swoją przyczynę. Więc jeżeli dziewczyna czuje, że się jej nie szanuje, to raczej nie dzieje się to bez przyczyny. Dziewczyny nie powinny ulegać złym trendom. Kobiety zawsze były mocniejsze, ponieważ mężczyźni przede wszystkim koncentrowali się na zawodzie i pracy, a kobiety były i są wielofunkcyjne. Teraz okazuje się, że nadają się naprawdę do wszystkiego. Do trudnych, do ciężkich prac także.

Irena do Dominiki: Czemu tak masz na głowie?

Dominika: Oj, bo Ci się źle kojarzy! Ale to jest, wiesz, stylizacja.

Irena do mnie: Ja żadnych zdjęć z wesela nie widziałam, bo tak mi się ta fryzura nie podobała. 

Aleksandra: Sukienka chociaż była ładna?

Dominika: Byłam w ciąży, więc też tak… bez szału. (śmiech)

Aleksandra: Chciałaś tak w ciąży ślub?

Dominika: Tak, właśnie chciałam!

Irena: Mamuś, idź sobie coś zjeść, bo Ty głodna jesteś!

Pani Helena do mnie: Cieszę się, że możemy tak sobie porozmawiać jak w rodzinie. 

Irena: Mamuś, no idź!

Pani Helena znika z chłopakami, kierują się w stronę restauracji. Słyszę jeszcze tylko jak Irena woła do mamy: “Mamuś, jak chcesz, jesteś panem swojego losu”. Dominika przygląda się fryzurze, po czym podąża za synami.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 20 sierpnia.

Dziękujemy całej ekipie odpowiedzialnej za cudne efekty sesji – fotografie: Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzury: Beauty by Rockagirl, makijaż: Karolina Dobranowska – Glambymom.

9M7A7982-2

Wielopokoleniowa gra w klasy – wywiad z autorkami bloga „Moja krew”

Lipiec Anno domini 2018 roku. Akcja toczy się w ogrodzie w pobliżu lasu. W promieniach słonecznych, przy mrożonej herbacie ze świeżej mięty siedzi sześć kobiet w wieku od 2 do 86 lat i szuka w sobie klasy.

No dobra, najmłodsza nie siedzi, tylko wszędzie jej pełno i ona akurat z gracją szuka… żab. A my dumamy: czy ta cała klasa to rzecz nabyta czy z tym trzeba się urodzić? Czy można się tego nauczyć, czy na klasę trzeba trochę zapracować? Bo jeśli to jest rzecz nabyta to „Moja Krew” ma jeszcze szansę.

Słowo o nas

Od kilku miesięcy piszemy bloga. Nasze rodzinne spotkania zawsze obfitowały w zabawne opowieści, było dużo śmiechu, nigdy nie mogliśmy się nagadać na zapas. Tak narodził się pomysł założenia babskiej wersji bloga wielopokoleniowego na miarę naszych czasów. To jedyny taki blog w Polsce i chyba na świecie też drugiego takiego nie znajdziecie. Dlaczego babski? Bo niektóre rzeczy zdarzają się tylko kobietom. Na początku huraoptymizmu nie było, ale w końcu udało się oswoić tę bestię. Piszemy o swoich przeżyciach, o tym co było kiedyś, co jest dziś, jak zmienił się świat i jak my się zmieniamy. Opowiadamy o różnych sytuacjach – o tym, co nam w sercu gra, jak na te same sytuacje reagują różne pokolenia. Przy okazji dowiadujemy się o sobie rzeczy, o których nie miałyśmy pojęcia.

„Moją krew” tworzą: Joanna seniorka rodu, przy okazji mama, babcia, prababcia, która pamięta lata 30-te XX wieku. Danuta i Ewa, siostry rodzone, matki i babcie pamiętają lata 60- i 70- te – to drugie pokolenie naszej rodziny. Filary trzeciego pokolenia leżą na barkach Dagmary i Oliwii – sióstr, córek, które lata 80- i 90-te pamiętają jak przez mgłę. Czwarte pokolenie jest najgłośniejsze – Patrycja mówi wiele, ale ciągle po swojemu. Jak się rozgada po polsku, będzie podporą bloga.

Od lewej Dagmara, Oliwia, Danuta, Joanna, Ewa

W poszukiwaniu klasy

Mamy jedną krew, podobno błękitną, ale i tak każda z nas jest inna. I jak się okazało każda inaczej rozumie kobiecą klasę. Bierzemy na warsztat temat, jedno jest pewne – będzie śmiesznie.

Ewa: Kobieta z klasą nie ma problemów w urzędach. Wchodzi taka babka do jakiejś instytucji niby niczym się nie różni od pozostałych, rzuca jedno spojrzenie, urzędnik zadaje uprzejme pytanie: „W czym mogę pomóc” i… sprawa jest załatwiona. Wchodzi druga, mówi „Dzień dobry”, a urzędnik na to „Niech poczeka”.

Dagmara: Może właśnie dlatego nie dopuszczam do głosu urzędników, zadaję pytania, sama na nie odpowiadam, ogarniam temat, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że brakuje mi klasy (śmiech). Dla mnie babcia jest kobietą z klasą. Zawsze jest elegancko ubrana, nawet w największy upał ma na nogach nylonowe rajstopy i buty na obcasie. Tylko zastanawiam się czy nie jest jej za gorąco?

Joanna: O mnie mówisz? Jasne, że jest mi gorąco, ale w rajstopach nogi wyglądają lepiej. Znacie to powiedzenie: chcesz być piękna, musisz cierpieć!

Danuta: Nie znam, nie praktykuje, zarobiona jestem. A tak serio, na co dzień stawiam na wygodę i naturalność. Jeśli więc kobieta z klasą nosi dresy, to można powiedzieć, że mam 100% klasy.

Ewa: Mam taką koleżankę, która też stawia na naturalność i w ogóle się nie depiluje!!! Mówi, że jak los coś daje, trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.

Danuta: Bez przesady. To przegięcie, w tym chyba nie ma klasy. Chodziło mi o to, że babka bez make-upu i fryzury z żurnala też może być na poziomie.

Oliwia: No właśnie, ale jednak błyszcząca czystością, nienagannie ubrana kobieta, w nieskazitelnym makijażu (czytaj brak rozmazanej pandy), pozostawiająca za sobą delikatną bryzę perfum, robi inne wrażenie na otoczeniu. Nie musisz mieć wówczas sukni do ziemi, kapelusza, ażurowych rękawiczek i stąpać 5 cm nad ziemią, żeby dżentelmeni rzucali ci pod nogi swoje peleryny, abyś przypadkiem swojej subtelnej stópki obutej w aksamitny pantofelek, nie zamoczyła w błocie. Ale pojechałam;) Grunt to wyobraźnia.

Dagmara: Skoro o wyobraźni mowa. Dziewczyny, zamknijcie oczy, rzucam hasło: kobieta z klasą. Kogo widzicie?

Ewa: Audrey Hepburn w długiej, idealnie skrojonej sukni, czarnych rękawiczkach do łokcia, nienagannym makijażu, dużym kapeluszu i z cygaretką w ustach. Wypisz wymaluj „Śniadanie u Tiffany’ego”. I znów paradoks: mamy piękną bohaterkę z petem w ustach, od rana sączącą szampana, ogółem prowadzącą hulaszczy tryb życia, a jednak emanującą kobiecością. Swego czasu każda chciała być jak Audrey.

Joasia: Albo jak Sophia Loren i Hanka Bielicka. Obie były eleganckie, a Bielicka miała pokaźną kolekcję kapeluszy i trafny żart na każdą okazję. To ją wyróżniało. Nie muszę zamykać oczu, żeby zobaczyć babkę z klasą. Wystarczy, że zajrzę do albumów ze starymi fotografiami i odnajdę na nich moją kuzynkę. Zawsze była elegancka. Do tego stopnia, że nawet w największe mrozy chodziła w czółenkach.

Ewa: Ciotka była też odrobinę zołzowata. Sorry, ciociu. Danka, pamiętasz jak dbała o swojego jedynaka?

Danusia: Pewnie, że pamiętam. My biegałyśmy po podwórku ubrudzone po łokcie i szczęśliwe, a smutny kuzyn w schludnym ubraniu obserwował nas z daleka. Chyba bał się zarazków (śmiech).

Oliwka: Hmmm, niech się zastanowię. Kobieta z klasą? Chyba… ja? Mam w szafie pokryty pajęczyną kapelusz, butów mam od groma i jeszcze trochę. W urzędach w pas mi się kłaniają, zołzowata też bywam. Wypisz wymaluj kobieta na poziomie.

Dagmara: U Ciebie to się nazywa foch i 100% skromności;) Dla mnie babki na poziomie używają pięknego języka i mają to coś, co trudno opisać słowami, a zdecydowanie rzuca się w oczy. Weźmy taką królową Elżbietę…

Danuta: Boże chroń królową.

Ewa: Halo, tu ziemia. Możecie już wylądować? Proponuję powrót do przeszłości, bo coś mi się wydaje, że przez kilkadziesiąt lat definicja kobiety z klasą uległa degradacji. W latach 50-, 60- i 70-tych w Polsce raczej się nie przelewało. W sklepach były pustki, a jednak babeczki wyglądały pięknie, wokół nich unosiła się aura niepowtarzalności. Potrafiły przygotować coś z niczego i nie dawały po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Danuta: Masz rację. Tak było, nawet jeśli zajmowały się domem, nie pracowały zawodowo, to jednak dbały o siebie. Nie chodziły w szlafrokach i papilotach na głowie przez cały dzień, chciały się podobać.

Joasia: Podobnie było w latach 30- i 40-tych. Mam wrażenie, że wtedy było więcej takich kobiet na metr kwadratowy. Spacerowały po ulicach, z parasolami w dłoniach, w rozkloszowanych sukniach, zwracały na siebie uwagę.

Oliwia: Dziewczyny, ale w czasach, o których piszemy nawet mężczyźni byli inni i inaczej traktowali kobiety.

Danuta: Kiedyś mężczyźni byli wobec kobiet bardziej szarmanccy. Większość przepuściła w drzwiach, ustąpiła miejsca. Zwracali się do nas z szacunkiem.

Ewa: Kiedyś na co dzień można się było poczuć się damą. Panowie zabiegali o nas, starali się, a dziś mamy pokłosie walki o równouprawnienie. Chciałyśmy, to się pozmieniało.

Joanna: Ja tam o nic nie walczyłam, mnie było dobrze. Jak sobie przypominam, to kiedyś kobieta z klasą była dumna, trochę wyniosła, niedostępna, taka „ą, ę przez bibułkę”. Udawała nieporadną, zagubioną, a tymczasem gdzieś na poboczu sama potrafiła zmienić koło w samochodzie. Panowie nie mieli o tym pojęcia, w związku z tym na co dzień czuli się potrzebni… i tacy męscy;)

Danuta: Klasa u kobiet kiedyś wynikała z pozycji społecznej, ale nie zawsze szło to w parze. Dzisiaj przykładem stuprocentowej klasy jest według mnie Grażyna Torbicka. Subtelna, inteligentna, mądra i oczytana, zadbana, z pasją, wszystko robi z wdziękiem. Nie uczestniczy w skandalach, jest dyskretna i normalna.

Oliwia: Mówcie, co chcecie, dla mnie klasa rodzi się w głowie. Nie chodzi o to, co jest na zewnątrz, raczej o piękne wnętrze.

Dagmara: W takim razie każda z nas ma klasę, tylko może trzeba głębiej poszukać.

Patrycja: Mama! Dajjjjj!!!?

Nasza Patrycja wie, czego chce, potrafi nawet krzyczeć z klasą. Kokietuje, czaruje albo się złości, ale zawsze wie jak się zachować, żeby coś uzyskać. Zaznaczmy, że ma niecałe 2 lata!

Zsumujmy tę babską burzę mózgów w różnym wieku:

Dzisiejsza kobieta z klasą łączy pracę zawodową z obowiązkami domowymi, jest jak niepsujący się robot wielofunkcyjny. Ma czas na wszystko, realizuje się w każdej dziedzinie życia, jest zadowolona z tego, co ma, przeskakuje problemy jak lekkoatleta płotki. Wzbudza szacunek, roztacza charyzmę, zawsze jest zadbana, pachnąca i uśmiechnięta. Nie prowokuje, nie uczestniczy w skandalach.

profilowe

Areta Szpura – kobieta, która ekologią podbiła świat!

Wpadła do knajpki zziajana, bo umówiłyśmy się w dwóch różnych kawiarniach. Gdyby nie telefony komórkowe trochę byśmy na siebie poczekały;) Założę się, że już od progu bystrym okiem filtruje, gdzie tu jest za dużo plastiku. Wszędzie jej pełno, zaraża dobrą energią, a w życiu jest jak Kapitan Planeta w spódnicy. Areta Szpura uczy nas ekologicznego życia i dbania o planetę dopóki mamy na to czas. „Zero waste” –  to jej życiowe motto.

Dagmara Kowalska: No dobra, rozejrzyjmy się… jak myślisz, ile kilogramów plastiku znalazłybyśmy w tej warszawskiej restauracji? Zrobimy eksperyment?

Areta Szpura: Mnóstwo! Na szczęście Warszawa nie jest taka zła; takie mam wnioski po ostatniej podróży. Mam wrażenie, że ludzie chcą zmienić przyzwyczajenia jak im się zwróci uwagę. To wynika z braku wiedzy: gdzieś widziałam słomiane słomki, gdzieś widziałam ludzi w ekotorbą, a jak byłam w Stanach Zjednoczonych, bez względu na to, czy to jest środek Florydy czy Nowy Jork, jest wszędzie tak samo źle i tam ten plastik rzuca się w oczy. U nas, aż tak bardzo nie boli, ale wiadomo, że jest wszędzie. Non stop widzę kogoś z jednorazowym kubkiem kawy, ze słomką, z reklamówką foliową, a ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że jest w tym coś złego.

D.K.: Siedzimy w modnej stołecznej restauracji, widzisz tu jakiś plastik, który można zastąpić innym tworzywem – bardziej przyjaznym dla planety?

A.Sz.: Nie ma tutaj aż tak dużo. Jest dobrze. Pewnie fotele są z jakiegoś plastiku. Ale widzisz, nie chodzi o to, że plastik jest zły. Sam w sobie, jako tworzywo, plastik jest ekstra, bo pozwolił się rozwinąć nam jako społeczeństwu. Mamy krzesła, samoloty, auta, które nie palą tyle, bo są lżejsze itd. Problem tkwi w używaniu go jednorazowo i z tym właśnie walczę.

D.K.: Dostałam kawę, Ty herbatę zimową w wielorazowym naczyniu, wspaniale Skąd u Ciebie to ogromne zamiłowanie do ekologii i filozofii „zero waste”? Kojarzysz się z walką ze słomką i wiedzą o tym prawie 64 tysiące obserwujących Cię na Instagramie.

A.Sz: (Śmiech) Jak to pięknie można sobie zmienić wizerunek w ciągu tylko jednego roku, to niesamowite. Słomka się za mną wlecze, bo to była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważyłam, zaczęło mnie to wkurzać, irytować, a to przecież tak łatwo to zmienić. Walka z plastikiem na świecie jest trudna i długofalowa, bo to nas otacza, jest wszędzie i nie mamy jednej gotowej alternatywy, żeby to podmienić. Tam, gdzie można używajmy plastiku, a jeżeli się da, zamieniajmy jednorazówki na przedmioty wielorazowego użytku. Dwa trzeba myśleć, i tu jest pole do popisu dla wszystkich mądrych naukowców, jakim tworzywem zastąpić plastik, żeby opakowanie miało taki sam termin ważności, jak produkt, który w nim jest. Wiem, że są jakieś pomysły, ale na razie nie ma jednego rozwiązania, które można by wprowadzić na skalę masową. Są konkursy, są zachęty, a ludzie już powoli zdają sobie sprawę z tego, że musimy zadbać o planetę. Słomka jest świetnym przykładem, bo jest wszędzie, nawet czasem po dwie albo trzy, a możemy jej po prostu nie używać.

D.K.: Czyli ta fascynacja ekologią zaczęła się u Ciebie od zauważenia tej mitycznej słomki?

A.Sz.: To na pewno nie był jeden dzień, to był cały proces. Spędziłam całe życie w modzie, więc zaczęło się od tego, że dostrzegłam, ile tam jest niedobrych rzeczy, a potem zaczęłam zagłębiać się w te tematy i trafiłam na trend „zero waste”. Ciuchy ciuchami, ale to jest cały duży proces wytwarzania, który trudno zmienić. A ile my możemy zmienić, nie czekając na zmiany w dużych firmach? To mnie bardzo wciągnęło, bo poczułam, że ja, osobiście, każdego dnia mam na to wpływ. I to jest ekstra, że ma się poczucie sprawczości i że jak pod koniec dnia miałabym zliczyć, ile rzeczy uchowałam przed zużyciem, to myślę, że tam niezła kupka, by się uchroniła.

D.K.: I to tylko Ty jesteś sama! A gdyby to przełożyć na innych ludzi?

A.Sz.: Tak, dokładnie i gdyby każdy z tych 8 miliardów ludzi na świecie zrobił coś dla planety, to mamy siłę. Siła tkwi w social mediach, bo dziś prawie każdy ma telefon, możemy się dzielić dobrymi przykładami. Musimy się jako ludzkość ogarnąć, bo według najnowszych badań zostało nam 1,5 roku wg ONZ. W innym przypadku nastąpią na ziemi nieodwracalne zmiany. Równia ku katastrofie będzie zbyt pochyła.

Tu nie chodzi o 20-ścia czy 50-siąt lat; zostało nam do uratowania planety i samych siebie 1,5 roku. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że plastik, który wyrzucamy, gdzieś sobie leży, rozkłada się pod wpływem słońca, wydziela więcej metanu, który z kolei znowu nakręca globalne ocieplenie. To jest po prostu zamknięte koło, niekończąca się historia. Żeby to przerwać, musimy przestać produkować plastik. Po drugie musimy myśleć, co zrobić z tym, który już jest. Powstają nowe projekty wyławiania plastiku z oceanów, ale przede wszystkim to każdy przeciętny, szary człowiek musi i może wpływać na firmy, które są źródłem tego wszystkiego.

D.K.: Jak Ty wpływasz na te wielkie firmy?

A.Sz.: Działam poprzez social media. Nie mam znajomości w każdej dużej firmie, ale wiem, jaką ma moc Instagram czy instastories. Dziś tagowałam jakąś firmę i w konsekwencji zebrał się zarząd tej firmy, bo nie wiedzieli, co mają robić.

D.K. (Śmiech) Powiem Ci więcej, w jednej z sieci kawiarni rzuciłam hasło Areta Szpura, zareagowali: „O rety, słomki!!!” Staramy się zrobić coś, żeby usunąć słomki z kawiarni, ale to zależy od centrali firmy, a podjęcie decyzji o wycofaniu z sieci na całym świecie słomek jest procesem…

A.Sz: Bullshit! Ja z tymi dużymi firmami spotykam się, walczę, rozmawiam z nimi, żeby dowiedzieć się, jakie mają problemy. Wiadomo, że jeśli to jest franczyza zagraniczna, nie mają zgody, ale ja wierzę, że za każdą firmą stoi człowiek, który ma uczucia i mózg i powinno mu zależeć, żebyśmy mieli, gdzie mieszkać i żyć. Jak się chce, to można. Słomka, to słomka – rozumiem proces wycofywania. Ale przykład – są trzy główne sieci kawiarniane w Polsce, a tylko jedna z nich daje ci zniżkę, jeśli przyjdziesz z własnym kubkiem. Dwie pozostałe nie dają nawet takiej możliwości, żeby nalać ci kawę do twojego kubka i zasłaniają się sanepidem. I teraz pytanie: czy te kawiarnie obowiązują inne przepisy sanitarne? Skoro jedna kawiarnia może zrobić kawę w twoim kubku, to czemu inna nie może? Nie wydaje mi się. To jest zasłanianie się przepisami, że niby to wszystko kwestia interpretacji. Prawda jest taka, że jak się chce, to można.

D.K.: Oczywiście, tu najważniejsze jest podejście. Ty często odbijasz się od różnych drzwi. Jak sobie z tym radzisz i jak motywujesz się, żeby do tych samych drzwi zapukać jeszcze raz, albo – wejść oknem?

A.Sz.: Udaję się do innej osoby z tej samej firmy. Próbuję innymi sposobami. Jak nie Instagram, to mail, telefon, idę osobiście porozmawiać. I męczę, męczę, męczę. Nie zniechęcam się, bo to jest dla mnie temat bardzo ważny i też widzę, co już zrobiłam, jak motywuję ludzi. To jest najbardziej zajebista kula śniegowa i ci ludzie, którzy gromadzą się wokół mnie w Internecie, dają mi taką energię do działania! Codziennie dostaję setki wiadomości czy zdjęć typu: to mój kubek na kawę, tu moja butelka, tu zamówiłam eko słomki, tu kupiłam książkę o plastiku. To jest bezcenne, jeżeli ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli pojęcia, o tym, o co walczę, a dzięki temu, że ja coś napisałam, wrzuciłam do mediów społecznościowych, zainteresowali się i weszli w to i sami się teraz starają.

To najlepsze, co mogło mnie spotkać. I to ci ludzie mnie napędzają, bo wiem, że każdy mój pomysł trafia do odbiorców i idzie dalej w świat. Działa to także w drugą stronę. Bardzo często to ludzie podsyłają mi jakieś artykuły, eventy i super, bo ja nie chcę się pozycjonować na osobę wszystkowiedzącą. Na szczęście dane mi było stworzyć platformę, na której komunikuję ze sobą ludzi.

D.K.: Twój uśmiech mówi wszystko: nawet jeśli są jakieś drobne niepowodzenia, wracasz do kolejnej firmy milionowy raz!

A.Sz.: Ależ niepowodzenia są cały czas, ciągle walę głową w ścianę. To jest życie, które nie jest usłane biodegradowalnymi płatkami róż, tylko plastikiem. Nie można się poddawać. Poza tym wychodzę z założenia, że wolę się skupić na tych dobrych, nie złych rzeczach, bo z narzekania nic nie wyjdzie, wręcz przyciągnę więcej złych tematów.

D.K.: Ostatnio okazało się, że działasz nie tylko na Instagramie. Zrobiłaś kampanię z gwiazdami i Noizz.pl. Dziś już chyba każdy wie, że Hubert Urbański przyznał się do zabijania delfinów. O co chodzi w kampanii „Tu pijesz bez słomki”?

A.Sz.: Chodziło o to, żeby pokazać ludziom, że bardzo często robimy coś szkodliwego dla środowiska, nie mając o tym pojęcia. Dlatego tak bardzo stawiam na edukację. I mam nadzieję, że teraz, kiedy już wiadomo, że słomka jest czymś totalnie zbędnym, na zawsze zniknie z naszego życia. A po niej reszta plastikowych złoczyńców. Namówienie Maffashion, Huberta Urbańskiego, Anji Rubik, Michała Piróga do tego, by wsparli akcję nie było żadnym problemem. To są ludzie, którym zależy na własnej planecie.

D.K.: Bardzo mi się to podoba, że poruszasz dużo ważnych tematów, że mnóstwo ludzi Cię obserwuje, ale jestem ciekawa, co myślisz sobie w środku, kiedy widzisz, że ludzie zaczynają dbać o swoje otoczenie. Jakie emocje Ci w takich sytuacjach towarzyszą?

A.Sz.: Czasem mnie to przeraża. Gdyby to ratowanie ziemi było bardziej opłacalne zawodowo, to chciałabym mieć asystentkę czy kogoś, kto by mi pomagał. Chciałabym każdej osobie odpisać na każde pytanie, na każde zdjęcie, ale nie wystarcza mi na to czasu. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania, pomijam tylko te, na które odpowiadałam milion razy, bo myślę, że każdy kto chce, znajdzie odpowiedź. Jestem strasznie wdzięczna, że jestem w takim miejscu. Czuję, że dostałam z góry jakąś misję do spełnienia i to, że mam dostęp do tylu ludzi mogę teraz wykorzystać w dobrym celu.

D.K.: Powiedziałaś wcześniej, że każdego dnia wybierasz drogę dzięki, której świat staje się swobodniejszy od plastików, śmieci jednorazowego użytku. Powiedz a przykładzie jednego dnia: czego unikasz, jak się Twój dzień układa tak, że jest bardziej eko?

A.Sz.: Wychodzę z założenia, że każdy z nas ma wpływ, może zmienić świat, a plastik jest tylko jednym z przykładów. Chciałabym w ludziach wywołać to coś, żeby oni też czuli, że mogą zmienić świat swój, osoby bliskiej w każdy sposób. Jeśli zrobisz coś dobrego, miłego, drobny gest, uśmiech w kierunku innej osoby to wraca do ciebie z potrójną mocą. Nie trzeba od razu ratować świata. Ja się tak zapędzam, chciałabym od razu, żeby wszyscy robili jak ja, ale wystarczy, że poratujesz koleżankę ładowarką, to też jest cenne.

Mnie codziennie bardzo trudno jest wyjść z domu bez niczego lub tylko z małą torebką, nawet na imprezę . No chyba, że idę na domówkę i będę miała dostęp do normalnych naczyń. Na co dzień muszę wychodzić przygotowana, bo nigdy nie wiem jak mój dzień się potoczy i co mnie zaskoczy. Staram się mieć przy sobie termos lub kubek na kawę, który służy nie tylko jako naczynie na kawę, ale też jako pudełko do przenoszenia różnych rzeczy.

Mam butelkę szklaną wielorazowego użytku, napełniam ją wodą z kraju, nie kupuję w plastikowych pojemnikach, ani nawet szklanych, bo to też jest surowiec, który się bez sensu zużywa, a o surowce trzeba dbać. Zawsze mam przy sobie pojemnik na wodę, mam ich całą kolekcję, bo je gubię, tłukę, jakaś czarna dziura je zjada. Mam nadzieję, że trafiają do kogoś, kto ich bardziej potrzebuje. Ostatni byłam na bezludnej wyspie, gdzie potłukła mi się butelka, a ja zaparłam się, że nie kupię plastiku i przez cały pobyt nalewałam wody do szklanej butki po winie. Wspaniale zdała egzamin. Można? Można!

Mam swój metalowy łyżkowidelec, który zastępuje plastikowe, drewniane narzędzia. To jest mój niezbędnik w podróży. Mam oldskulową siatkę na zakupy, która zajmuje mega mało miejsca, a mieści bardzo dużo. Często staram się mieć przy sobie metalowy pojemni, bo mam mały żołądek, nie dojadam porcji zamówionych w restauracji, ale zabieram je ze sobą, bo nie mam też sumienia wyrzucać jedzenia. Oszczędzam w ten sposób pojemniki na wynos, nawet te ekologiczne z papieru albo trzciny cukrowej i oszczędzam moją torebkę, w której jestem w stanie wylać wszystko, co tylko się da. Mój metalowy pojemnik jest szczelny, dlatego jeździ ze mną.

D.K.: Ile waży Twoja torebka przed wyjściem „na miasto”?

A.Sz.: Nie ma tragedii ☺ Przyzwyczaiłam się, że nie jest to mini torebka channelka, tylko raczej torba albo plecak, ale satysfakcja jaką mam, jest bezcenna i mogę się obyć bez tych gadżetów.

D.K. Już wiemy jak Ty sobie radzisz z tym, żeby żyć bardziej ekologicznie, a co my możemy zrobić każdego dnia, żeby ratować naszą planetę? Czyli być taką Aretą Szpurą 2, 3, 50, 120?

A.Sz.: Kapitan planeta. Ważne jest to, żeby nie zmieniać wszystkiego na raz, bo to może być zniechęcające. Fajnie jest popatrzeć sobie na swój dzień i ocenić gdzie plastiku zużywamy mniej i pomyśleć czy możemy go łatwo zamienić, np. w pracy. Często spotykam się, że w pracy są dystrybutory do wody z plastikowymi kubkami, albo plastikową butelką. Często ludzie piją kawę z kubka w automacie, a przecież mają szklanki i wodę w kranie. Taka mała zmiana może naprawdę wiele. Jeśli zaczniemy od siebie, może to później przejdzie na kolegów w pracy, całą firmę. Myślę, że jeżeli ludzi się delikatnie ukierunkuje, nie karci to mogą zrobić lepiej.

D.K.: To jest zaraźliwe, masz rację. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu pobiegłam kupić kubek na kawę z silikonową nakładką wielorazowego użytku. Nie biorę toreb foliowych, zawsze mam przy sobie materiałowy worek. I myślę, że trzeba mieć klasę, żeby nie myśleć o sobie, tylko o innych i o tym co nas otacza.

A.Sz.: No jasne! Bycie eko jest sexi, bycie eko jest cool, bycie eko jest klasą. Wspaniałe jest to, ze jeden cel nas łączy nadrzędny. Nieważne jakie mamy poglądy, politykę ekologia łączy ludzi.

D.K.: Czujesz się wówczas lepiej sama ze sobą?

A.Sz.: Tak, bo my tutaj nie jesteśmy u siebie. Jesteśmy gośćmi na tej planecie i dobrze byłoby żebyśmy szanowali to.

D.K.: Skoro jesteśmy przy klasie, na czym polega klasa u kobiety? Czym się wyróżnia kobieta z klasą?

A.SZ.: Hmmm. To nie jest coś oczywistego. Na pewno klasa przejawia się w tym, że ma własną opinię, że kwestionuje rzeczy i że nie boi się tego wyrazić. To jest dla mnie wyznacznik.

D.K.: Czyli nie musi jeździć Mercedesem klasy S?

A.Sz.: Tu nie chodzi o materialne rzeczy, bo jednego dnia możemy je mieć, drugiego możemy nie mieć. Ta klasa to jest coś niezbywalnego, np. charakter. To jest najcenniejsze w ludziach, kiedy mają swoją opinię, nie boją się jej wyrażać, co może mieć cenny wkład w życie innych. W dzisiejszych czasach jesteśmy zalewani rożnymi tematami i często ludzie to podłapują, nie sprawdzają, biorą za pewnik i podają dalej. Świat byłby trochę lepszym miejscem gdyby każdy chciał mieć swoją opinię.

D.K. : Znasz kobiety z klasą, które mogłabyś krótko opisać?

A.Sz.:Codziennie poznaję mnóstwo wspaniałych kobiet. Wspaniałe jest to, że się takie osoby przyciąga. Szukam osób poza światem celebryckim, tych, które są na backstage?u i odwalają całą czarną robotę, ale kochają to co robią. Każda osoba, którą poznajemy ma super historię, własną i jeśli się nią podzieli to jest to dla nas wzbogaceniem i super motywacją. Ostatnio miałam spotkanie z super laską. Ja miałam być mentorką, a się okazało, że bardzo wiele nauczyłam się od niej. Nawet jej to powiedziałam, że przez te dwie godziny więcej nauczyłam się od niej, niż ona ode mnie.

D.K.: Aretko, jak się widzisz za pięć lat, kiedy już wszyscy będą wiedzieli, że ekologia jest bardzo ważna?

A.Sz.: Za rok, a nawet za pół roku będą widzieli. Nie mamy 5 lat, nie ma tyle czasu. Nie mam pojęcia gdzie ja będę za 5 lat, ale mam nadzieję, że będziemy tutaj na tej planecie. Mam nadzieję, że ogarniemy się jako ludzkość i nie będziemy wykorzystywać tej biednej naszej planety, tylko, że opatentujemy jak się dalej rozwijać i żyć z szacunkiem dla zasobów. I żeby to wszystko działało i miało sens. Chciałabym żeby każdy z nas mógł się spełniać. Marzy mi się, żeby pieniądze nie sterowały ludźmi aż w takim stopniu jak teraz to jest. Dziś dla pieniędzy ludzie doprowadzają do ogromnych tragedii. Ta zmiana już się dzieje, nadchodzi, a ja mam nadzieję, że ludzie zmienią swoje priorytety, docenią te rzeczy, które są najbliższej i nie będą się tak spieszyć.

D.K.: Pij herbatę, bo wystygnie, gaduło (śmiech)! Dziękuję Ci za tę inspirującą dyskusję i system wczesnego ostrzegania przed alarmem jaki wysyła do nas ziemia.

profilowe

Jowita Michalska o tym, jak odnalazła się w męskim świecie, zachowując 100% kobiecości

Wstaje przed godziną 5:00 – to jej czas wyłącznie dla siebie. Na co dzień businesswoman, zawsze w dobrym humorze i z masą pomysłów na kolejne projekty. W weekendy odpoczywa, bo w życiu warto być człowiekiem, nie robotem. W życiu zawodowym oswaja nas z nowymi technologiami i sztuczną inteligencją. W tym świecie czuje się jak ryba w wodzie, a Dolina Krzemowa stoi przed nią otworem. Jowita Michalska – człowiek do zadań specjalnych, prezes Fundacji Digital University.

Dagmara Kowalska: Wolisz, kiedy mówią do Ciebie „Pani Prezes” czy „Prezesko”?

Jowita Michalska: Ani jedno, ani drugie. Nie przepadam za tytułowaniem. Najbardziej lubię jak do mnie mówią po prostu Jowita. Nie lubię oficjalnych sformułowań typu „proszę pani”, bo to stwarza niepotrzebny dystans, a wydaje mi się, że dystans przeszkadza w życiu. Nie lubię tych słów, bo przepracowałam wiele lat w korporacji i doskonale rozumiem mechanizm chowania się za swoją wizytówką. Są osoby, które uważają się za ważne, ponieważ mają dany tytuł. Ja jednak myślę, że człowiek powinien być rozpoznawalny na podstawie tego, jaki jest i co w życiu zrobił, a niekoniecznie poprzez tytuły.

D.K: Czyli w Fundacji Digital University wszyscy mówią siebie po imieniu?

J.M.: No jasne! To jest oczywiste (śmiech). Niezależnie od wieku czy stanowiska mówimy sobie po imieniu. Nie patrzę z punktu widzenia ani wieku ani płci, patrzę przez prymat misyjności, bo dla nas jest istotne, żeby dogadywać się na tej płaszczyźnie, że wszyscy chcemy zrobić coś fajnego. Część zespołu ma doświadczenie pracy w dużych korporacjach i biznesach. Odeszli ze względu na wysoki poziom odhumanizowania, jaki panuje w korporacjach albo ze względu na brak większego celu, brak misyjności w życiu. Te wszystkie cechy w naszej fundacji łączą ludzi i dzięki temu znikają bariery.

D.K. Zapytałam o tę żeńską odmianę „prezeska” nie bez powodu. Mnie jawisz się jako osoba działająca w przestrzeni, która jest sprofilowana pod mężczyzn. Ciekawa jestem, co robisz, by w tym świecie być zauważalną?

J.M.: Zawsze kiedy jestem na dużej konferencji technologicznej, występuję w różowej sukience (śmiech). Jak robią zdjęcia to mnie widać na mur beton. Oczywiście żartuję, chociaż czasami zdarza mi się tak robić. Myślę, że ta przestrzeń technologii od strony strategicznego podejścia, zmiany modeli biznesowych, wprowadzania nowego, innego podejścia do organizacji nie ma płci. Tak samo mężczyźni, jak i kobiety mamy problem ze zrozumieniem, jaki świat na nas czeka za kilka, kilkanaście lat. Mamy też kłopot z pojęciem jak do tego świata przejść „suchą nogą”. Żyjemy w świecie, który doskonale znamy, bo wykonujemy te czynności od wielu lat. Ten obszar nie ma płci głównie dlatego, że to jest nowe i wszyscy się trochę tego boimy. Dokładnie takie same problemy ze zrozumieniem, jaką firmę będę prowadzić albo w jakiej firmie będę pracować za 8 czy 10 lat ma czarnogarniturowy, elegancki prezes z branży usługowej, jak i przedsiębiorczyni sprzedająca sukienki, z kobiecym targetem i małą firmą. Wszyscy mamy dzisiaj duży krok do zrobienia i duży dyskomfort w związku z tym, że wkraczamy już jedną nogą w świat, który jest kompletnie nieprzewidywalny i prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie się zmieni. W Polsce, co jest ciekawe, to jeszcze bardzo mało widać. Dużo teoretyzujemy, dużo opieramy się o książki, wszyscy cytujemy teraz Yuvala Noaha Harariego. Kiedyś na każdym spotkaniu cytowano biografię Steve’a Jobsa, teraz na fali jest Harari i jego książka „Homo Deus” i nowa o predykcjach na XXI wiek, ale de facto mało z tego rozumiemy. Jak popatrzymy od strony konkretnych przykładów wdrożeń tych technologii, o których sobie rozmawiamy, to u nas ich nie ma. Wydaje mi się, że każda płeć, każdy zawód musi się tego nauczyć od strony praktycznej, najchętniej analizując przeróżne przykłady takich działań ze świata. Weryfikacja w pewnym momencie będzie błyskawiczna.

D.K.: Działasz na rynku ponad 20 lat, ale zaczynałaś swoją przygodę z marketingiem i dużą sprzedażą. To był moment kiedy trzeba było umościć sobie miejsce wśród tych wszystkich mężczyzn. Jaką strategię obrałaś wtedy?

J.M.: Świadomość, że trzeba walczyć o kobiety w biznesie, mam od jakiegoś czasu, nie od samego początku. Zresztą z całym szacunkiem 20 lat temu nie było żadnej dyskusji na ten temat. Zaczynałam karierę od branży reklamowej, w której nie było dominacji którejś z płci. Kiedy wchodziłam na imprezy i mówiłam, że jestem z agencji reklamowej, to wszyscy chcieli ze mną pogadać i to było coś bardzo fajnego, najmodniejsza wtedy branża. Poza tym szybko wchodziliśmy do świata międzynarodowego, wszyscy byli na „Ty”, obowiązywały standardy amerykańskie, więc my tam pracowaliśmy godzinami, czasem mieszkaliśmy, łącząc życie prywatne z zawodowym i z zabawą. Tam nie było takich problemów. Trzeba było dużo i szybko pracować, chcieć się tego uczyć. Ja w ogóle podchodzę do życia z entuzjazmem – wiesz to, już trochę mnie znasz. Jak mnie coś nie kręci to odpadam, a jeśli mnie coś zaciekawi, to zazwyczaj wchodzę w to na 120%. Zresztą mnie dość dużo tematów interesuje i oddaję dużo pozytywnej energii rzeczom, w które się angażuję. Wydaje mi się, że to jest kluczem. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że kobiety są gorzej wynagradzane na podobnych stanowiskach. Ostatnio miałam spotkanie ze znajomym z początków mojej drogi zawodowej i ten człowiek powiedział mi tak: „No Jowita, powiem Ci szczerze, że jestem zaskoczony, że tak się wybiłaś, stałaś się samodzielna, robisz niesamowite rzeczy. Kiedyś Twojego partnera biznesowego postrzegałem jako dojrzalszego, bardziej wartościowego w biznesie, a dzisiaj patrzę na to inaczej”.

Nie miałam też przypadku jawnej dyskryminacji kobiet, ale czasem kobiety dyskryminowały inne kobiety i uważam, że naszą misją jest nie tylko ośmielanie kobiet, żeby rywalizowały z mężczyznami o takie same stanowiska i wierzyły w to, że są równie dobre, ale też nauczenie kobiet, że powinny się nawzajem wspierać. Sprawić, żeby kobiety nie eliminowały innych kobiet z tego wyścigu. To się często zdarza. Kobiety walczą ze sobą, a mężczyźni się dogadują. Mam taki przypadek znajomej, która była bardzo zadowolona, że jest jedyną kobietą w zarządzie, bo otrzymywała masę komplementów. Dlatego z Fundacją Sukces Pisany Szminką przygotowujemy projekt dla dziewczyn opuszczających domy dziecka. Chcemy pokazać, że kobiety mogą współpracować. Żadna nie jest ważniejsza lub mniej ważna. Robimy razem daną rzecz i pokazujemy też takie wzorce. Chciałabym, żeby jak najwięcej kobiet pokazywało wzorce wspierania się w biznesie, bo wydaje mi się, że kobiece organizacje, które powstały wiele lat temu na początku opierały swoją działalność na opowiadaniu o tym, jaka dyskryminacja spotkała te kobiety i na wzajemnej empatii.: „Och, Ty też zostałaś wykorzystana i niedoceniona?” To okropne! Mało tam było biznesowego pomagania sobie, co generalnie popycha nas na kolejny poziom. Moja ukochana nowojorska mentorka Tess Mateo zaczyna swoje wystąpienie od pytania, kto jest projektantem twojej torebki i czy jest to kobieta? Bo kobiety trzeba wspierać na poziomie biznesowym, i Tess ciągle mi to mówi. Wsparcie biznesowe da nam skalę, pieniądze i wpływy, a emocjonalna bliskość i empatyczność jest ważna, natomiast nie zaprowadzi nas do rozwiązania wszystkich problemów, nie da nam skali, której potrzebujemy. Mam menteeiski (podopieczne mentorek), które umawiają się ze mną kawę, opowiadają o swoim biznesie i zaznaczają z góry: „Jowita ja Cię strasznie przepraszam, ja nie chcę Ci nic sprzedać”. A ja na to: „Ale dlaczego nie?”. Przecież to jest normalna rzecz. Nie powinnyśmy się wstydzić tego, że chcemy zarobić, chcemy kontaktów. Jeśli Ty reprezentujesz daną firmę czy produkt, to ja wiem, że Ty w to wierzysz. W takiej sytuacji powinnaś mi powiedzieć: „Jowita, czy mogłabyś mi spróbować załatwić kontakt do takiej osoby albo podpowiedzieć, co powinnam zrobić, żeby mój biznes szedł lepiej?”. Ja na to mówię: „Jasne, że tak”. Pytanie nic nie kosztuje. Jeśli będę mogła pomóc, pomogę, jeśli nie, nie pomogę. Jak się nie zapytasz, nie będzie opcji, żeby móc coś w tej kwestii zdziałać. Dziewczyny zazwyczaj przepraszają, że żyją, krygują się, żeby się wzajemnie wesprzeć, kiszą swoje kontakty, żeby się nie podzielić. To jest głupie i niedojrzałe. Faceci współpracują i fantastycznie na tym wychodzą. Powinnyśmy się od nich uczyć. Trzeba wzajemnie podpatrywać swoje najlepsze cechy.

D.K.: Co Cię popchnęło w kierunku świata nowych technologii? To jest oczywiste, że przechodzisz płynnie z marketingu do nowych technologii?  

J.M.: Nie było to oczywiste, bo nie zawsze jest tak, że od razu wiemy co chcemy dalej robić. To było bardzo burzliwe przejście, nawet nie do końca jest moje. Mówią, że powinnaś mieć w życiu pasję i ją realizować, co jest cudowne, ale moja ścieżka była inna. Wiedziałam, że chce zmiany, ale nie wiedziałam jakiej. Po 20 latach w korporacji byłam zmęczona i potrzebowałam roku odpoczynku, ale przy okazji chciałam też coś jednak robić. Przyszła moja koleżanka, która zaproponowała by założyć wspólnie fundację, bo dużo się dzieje w świecie nowych technologii, a Polska bardzo słabo absorbuje te wszystkie zmiany i ja powiedziałam robimy, nie do końca rozumiejąc na co się zgadzam. Ale pomyślałam sobie, że to jest dobry pomysł, a przy okazji nauczę się czegoś nowego, nauczą się też inni. Kręciło mnie zrobienie czegoś zupełnie innego, bo wydawało mi się, że w marketingu robię ciągle to samo. Poza tym przy stanowiskach dyrektorskich jeździsz po świecie, chodzisz na zarządy, bronisz raczej koncepcji, a większość fajnych, kreatywnych rzeczy robi team. Bardziej już reprezentowałam, a zatęskniłam za ubrudzeniem sobie rąk pracą ☺. Nigdy wcześniej nie pracowałam w fundacji, chciałam poznać ten obszar. Rozpoczęłyśmy przygodę wspólnie, a po roku dziewczyny wróciły do biznesu korporacyjnego, ja zostałam. Pojawiały się co prawda różne propozycje powrotu do dużego biznesu, które powodowały, że wskakiwałam jedną nogą do korporacji, ale cały czas jednocześnie prowadziłam fundację. Praca w korporacji uczy innych kompetencji, niż praca u siebie . Tam jest duża skala, tu mała i trzeba zrobić wszystko, żeby ta skala urosła, a to wymaga wiele odwagi. Biznes trzeba rozwijać systematycznie, ale raczej stabilnie. W korporacji robisz przegląd, przygotowanie kadry, jesteś liderem, motywujesz zespół, wprowadzasz nowe tematy. We własnej firmie musisz szybko wiedzieć czy ktoś się sprawdza czy nie, zbudować zespół i całą jego filozofię oraz misję. To są rzeczy, które ja robię pierwszy raz, ale pierwsze trzy lata zajęło mi dojście do tego, że to jest właśnie to, co ja chcę robić w życiu. Już nie tęsknię za wszystkimi fajnymi pracami, u kogoś. Mam 12 osób w zespole i pracujemy razem nad czymś co zmienia świat na lepsze w naszej małej skali. Wymyślamy coś nowego i od razu sprawdzamy czy to działa, czy daje efekty, czy ludzi to interesuje. Jest to fajna przygoda.

D.K.: Jak wywalczyć miejsce na rynku nowych technologii na świecie? Twoja fundacja pojawia się na wielu międzynarodowych konferencjach, super projektach. Ten świat zdaje się być bardzo zamknięty.

J.M.: Praca u siebie nauczyła mnie tego, że nie ma opcji pt. „czegoś nie wypada albo nie da się zrobić”. Ja chce robić dobre rzeczy, staram się być dobrym człowiekiem i nie mam też kompleksów. My od początku uważałyśmy, że musimy się w Polsce nauczyć świata nowych technologii od bardziej rozwiniętych krajów. Pierwszym naszym projektem w fundacji było zaproszenie do Polski profesorów z Harvardu. To się wydawało niemożliwym i nieosiągalnym. Potem okazało się, że wysłałyśmy maile, oni odpowiedzieli, zażyczyli sobie dużo pieniędzy za wzięcie udziału w konferencji, ale można było negocjować. Znaleźliśmy także partnerów, którzy zapłacili za przylot ekspertów. Udało nam się rozpocząć działalność i od początku miałam wizję powołania organizacji międzynarodowej. Wiele robimy w Polsce, ale mamy też partnerów w Czechach, Estonii, Singapurze, Izraelu, USA i ciągle znajdujemy innych. Chcemy pokazywać ciekawych ludzi nie tylko z Polski, także ze świata. Jedną z misji naszej działalności jest mieszanie tych światów ze sobą, żeby polscy przedsiębiorcy mieli łatwiejszy dostęp na rynki zagraniczne. Estonia ma 2,5 mln ludności, nie ma szans zarobienia pieniędzy na rynku lokalnym. Ci ludzie mówią po angielsku, myślą o swojej firmie jako o globalnej, a u nas tego trochę brakuje. My się boimy, choć marzymy o tej przysłowiowej Dolinie Krzemowej, ale jak my zrobiliśmy konkurs, gdzie nagrodą było 10 tygodni w NASA w Dolinie Krzemowej na programie akceleracyjnym to wiele startupów uznało, że są za słabi żeby nawet wziąć udział w konkursie.

Drugą taką rzeczą, którą zrobiliśmy, by być globalni, było wyszukanie partnera międzynarodowego, który dostarczy nam „know how”, czyli silną nogę strategiczną. Dlatego wyszukaliśmy Singularity University. I widzisz, tu można było powiedzieć, że za wysokie progi, a my wysłaliśmy maila, wstąpiliśmy o partnerstwo i okazało się, że można nawiązać współpracę. W tym roku jestem dumna, bo dostaliśmy główną nagrodę, jako Polska, za najlepsze przygotowanie i przeprowadzenie oraz wybór najciekawszych zwycięzców w programie Global Impact Challenge. Odebrałam nagrodę w San Francisco, Polska była najlepsza wśród 40 krajów, które też przygotowały to samo wydarzenie. Wygraliśmy rywalizację, mimo, że robiliśmy tę imprezę pierwszy raz. Warto próbować.

Wczoraj dosłownie, zostałam wybrana do zespołu strategicznego Singularity University jako jedna z 5 osób  z całego świata i jedyna z Europy!

Wiesz, kiedyś bałam się matury, potem bałam się pójść na zarząd w korporacji itp. Zawsze jak się coś robi pierwszy raz jest jakiś stres, że się nie uda. Dziś wiem, że nie wolno się bać, trzeba się rozwijać. Poza tym myślę, że my kobiety długo nie wiemy czego chcemy, ale w pewnym momencie dojrzewamy, zaczynamy siebie lepiej rozumieć i podejmujemy decyzję, że teraz jest czas żeby zrobić coś dla siebie. Miałam świetną rozmowę z moim przyjacielem, facetem po 50-tce, osiągającym sukcesy prezesem, który sobie zrobił sabbatical, czyli roczną przerwę. Przyszedł do mnie kiedyś na wino i mówi tak: „Powiedz mi jak to jest, że Ty wiesz, że to chcesz właśnie robić. Jak do tego dojść?”. Odpowiedziałam, że nie ma jednej metodologii, która jest fenomenalna i u wszystkich się sprawdza. On na to: „Mnie się wydaje, że wszystkie ćwiczenia opisane w książkach o sukcesie to jest bullshit.”  Ja mówię: „Masz rację to jest bullshit, musisz wziąć jeden z tych bullshitów i przetestować go na sobie, a jeśli będziesz konsekwentny to zadziała.” Moja metoda polega na tym, że zaczęłam wstawać o 5:00 rano, kiedy mój umysł był w dużo lepszej formie niż o 23:30 po położeniu dziecka spać. Brałam zeszyt i po prostu wyobrażałam sobie, że jestem 12 miesięcy do przodu. Miałam potężną wizualizację, że siedzę oto przy biurku, pije kawę i wspominam 12 miesięcy wstecz. Pisałam o tym, o czym marzę. Zderzyłam się z tym, że na początku w ogóle nie wiedziałam, o czym ja marzę. Codziennie pisałam w zeszycie, coś skreślałam, coś wyrzucałam. Mój mózg zaczął się przyzwyczajać do tego, że te zapisane zadania trzeba zrobić, czyli strefę totalnie niezorganizowaną przekuć w zorganizowaną. Potem zaczęły się dziać cuda. Zgłaszały się do mnie odpowiednie osoby. W wieku, w którym sama mogłabym być mentorką, poszukałam mentora, ponieważ jestem bardzo kreatywna, mam dużo pomysłów, ale niekoniecznie potrafię je dobrze uziemić. Moim mentorem zgodził się zostać prezes dużej firmy konsultingowej, podpowiedział mi, jak wybierać pomysły, jak je selekcjonować, czyli wybierać to, co mi pasuje i z czego będzie efekt społeczny lub biznes. Kiedyś mi się wydawało, że moim obowiązkiem jest spotkanie z każdym, który chce się ze mną spotkać. W pewnym momencie nauczyłam się myśleć pragmatycznie. Jeśli ja chcę zrobić coś dobrego, to muszę mieć na to czas. Zapamiętałam, że jeśli komuś mówisz tak, komuś innemu jednocześnie mówisz nie. I musisz wiedzieć, które „tak” jest najważniejsze. Nauczyłam się wszystkiego od podstaw, wiem w czym jestem dobra, bo trochę już siebie znam, ale wiem też, w których obszarach muszę się pilnować i się pilnuję.

D.K.: Pięknie powiedziane, inspirujące dla innych. Zastanawiam się nad tym czy Ty masz czas na życie prywatne? Co lubisz robić najbardziej kiedy niczego nie musisz robić?

J.M.: To jest mega nudne, ale ja najbardziej na świecie lubię czytać książki mojej córeczce Jagodzie. Latem czytamy w ogródku, a zimą na kanapie, pod kocem, z fistaszkami. Czytamy jedną książkę razem albo ja swoją i Jagoda swoją. To jest najfajniejsze. Rzeczywiście dużo rzeczy robię, ale wolę „work life integration’s” niż „work life balance”, czyli tam gdzie mogę zabrać moją córkę, to ją zabieram, staram się ją angażować we wszystkie rzeczy, które robię. Staram się zabierać ją ze sobą na konferencje, żeby potem mieć czas dla siebie. W fundacji mamy mnóstwo zajęć dla dzieci, w których ona też uczestniczy i też jest pierwszym testerem. Pilnuję, by weekendy mieć wolne. Czasem w niedzielę coś piszę, ale staram się nadrabiać zaległości w tygodniu o 5 rano. Między 5 a 9 rano w sobotę i niedzielę mam swój czas kiedy albo słucham podcastów, albo coś czytam lub piszę. Singularity University nasza organizacja matka produkuje mnóstwo materiałów, a ja muszę być na bieżąco więc tym się zajmuję. W weekend chce odkręcić głowę, pozbierać kasztany, usiąść na trawie. My bardzo łatwo możemy się sami skrzywdzić. Pracoholizm jest niedobry. My kobiety często idziemy w pracoholizm, bo wydaje się nam, że tego się od nas wymaga, że musimy innym udowadniać, że jesteśmy czegoś warte. Ja mówię do koleżanki, że widać, że jest przemęczona, a w odpowiedzi słyszę, że wszystko musi sama zrobić, bo jest niezastąpiona. To nie jest dobry kierunek. Dziewczyny mają w sobie autodestrukcję, ale ja jestem trochę inna. Powierzam pracę swoim ludziom, nie boję się tego, bo nie jestem od wszystkiego. Oni są w wielu sprawach dużo lepsi ode mnie, mają niesamowite pomysły, są bardzo pracowici. Dziewczyny nie jest prawdą, że wszystko musicie same zrobić. Nie sztuką jest się zajechać na śmierć, nic z tego nie będzie.

D.K.: Każde spotkanie z Tobą powoduje, że w mojej głowie otwierają się drzwi, o których zapomniałam. To o pracoholizmie zapamiętam, cenna uwaga. Faktycznie nie wszystko trzeba zrobić samemu. I to także Twoja działka, bo nowe technologie są po to, żeby nas odciążyć, ułatwić nam życie.

J.M.: Poza tym nowe technologie będą nas w dłuższej perspektywie uczyły jak być bardziej człowiekiem. Niektórzy z moich znajomych dziwią się, że tak huraoptymistycznie patrzę na nowinki, bo przecież one zabiorą nam pracę, bliskość, interakcje bezpośrednie. A ja mówię, że my żyjemy w trudnych czasach, bo jesteśmy w procesie zmiany, a w takim momencie wszystko się burzy, żeby zbudować od początku. Będzie się burzył nasz sposób pracy, system pracy, nasze relacje, biznesy, korporacje, systemy wartości, bo technologia wprowadza dyzrupcję. To słowo jest specjalnie takie chropowate i brzydkie, bo ono będzie powodowało zmianę, która nie będzie miła, ale w dłuższej perspektywie nauczy nas nowego świata. Świat dużych organizacji zbudował w nas potrzebę bycia w pewnym sensie robotami, bo wiele powtarzalnych czynności wykonujemy każdego dnia. Nie mamy też możliwości tworzenia czegoś od początku do końca, najczęściej robimy jedno z zadań, które tworzą całość. Z drugiej strony świat zrobił nam psikusa, bo powstały roboty, które te wszystkie powtarzalne rzeczy będą wykonywać i musimy się zastanowić co my mamy ze sobą zrobić? Musimy przejść ten bolesny proces z powrotem stać się ludźmi. Spotkałam w San Francisco chińskiego eksperta od technologii ? Kai Fu Lee, który zrobił na Uniwersytecie Berkley doktorat ze sztucznej inteligencji, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Dolinie Krzemowej, napisał świetną książkę A.I. Superpowers” mówiącą o tym, że Chiny technologicznie zdominują świat. Ten człowiek uspokaja, że nieprawdą jest, iż roboty przejmą wszystkie funkcje. Nie przejmą funkcji, w których będzie potrzebna ludzka empatia, zwykła rozmowa, emocje. Robot zmierzy Ci ciśnienie, pobierze krew, zaniesie do łazienki jeśli jesteś niepełnosprawna, umyje, bo tu jest potrzebna siła fizyczna. Natomiast nie będziesz chciała rozmawiać z robotem, będziesz chciała rozmawiać z człowiekiem, opiekunem, empatycznym stworzeniem, który cię zrozumie, wysłucha i zareaguje po ludzku. Ludzkie odruchy: empatia, miłość, kreatywność, to przetrwa. Są obszary, w których nie wygramy ze sztuczną inteligencją, ale taki przykład: AlphaGo – program komputerowy do gry w go stworzony przez firmę DeepMind  wygrał z mistrzem świata Lee Sedolem i dla człowieka to był dramatyczny moment. Zwyczajnie płakał, ponieważ on kocha tą grę, od dziecka się w niej specjalizował i stał się w niej mistrzem, a sztuczna inteligencja ani się nie ucieszyła, ani nie zasmuciła faktem wygrania rywalizacji. My musimy wrócić do swoich korzeni.

D.K.: Na co Ty czekasz w dziedzinie nowych technologii. Ty już wiesz co będzie się działo w najbliższych latach. W jakich obszarach będziemy musieli odpuścić sobie działalność, a które będą do zagospodarowania przez ludzi?

J.M.: Cieszę się, że w obszarze zdrowia jest gigantyczna zmiana. Jeśli sobie wyobrażasz, mając w Polsce wciąż tradycyjną służbę zdrowia, poranne kolejki do zapisów po numerek, to wiedz, że gdzieś na świecie drukują się organy, które za chwilę będziemy przeszczepiać, to jest gigantyczna zmiana. Mamy już  tzw. „wearables”, które mierzą puls, ciśnienie i dostarczają w czasie rzeczywistym dane do bazy. Algorytm porównuje wyniki i sprawdza czy nie ma odchyleń, anomalii, czy na przykład nie czeka nas wkrótce zawał serca. Fascynuje mnie ten obszar, bo uwielbiam medycynę chińską i przed nami jest taki moment, w którym będziemy płacić lekarzowi dopóki jesteśmy zdrowi. Druga sprawa: algorytmy i roboty przejmą tak dużo różnych funkcji, że lekarz w końcu będzie mógł skupić się na swoim pacjencie. Dużo więcej osób przeżyje, nie będzie błędów lekarskich, to jest super ważne. Teraz można kupić rodzicom urządzenie, które jest programem wczesnego ostrzegania w trudnych, niespodziewanych przypadkach. To już się dzieje. To jest tanie, dostępne i można dzięki temu uratować ludzkie życie.

D.K.: A ja osobiście czekam na słuchawki, które tłumaczą w czasie rzeczywistym obce języki. Sztuczna inteligencja się szalenie rozwija w obszarach rozpoznawania mowy – jest prototyp takich słuchawek. Dwa tygodnie temu widziałam ten sprzęt, który będzie w użyciu w ciągu najbliższych lat. Będziemy mieli słuchawkę w uchu, która będzie tłumaczyła nam z dowolnego języka na dowolny język. Zniknie dzięki temu mnóstwo barier i podróżowanie oraz robienie biznesu za granicą stanie się dużo łatwiejsze. Kilka tygodni temu w Hiszpanii dron, który patrolował linię brzegową, uratował tonącego człowieka. Zaalarmował, podleciał szybciej, rzucił koło ratunkowe. Tego jest cała masa, codziennie powstaje jakiś przełom. Co ważne: jeśli ktoś się będzie bał i zamknie przed nowymi technologiami, będzie mu bardzo trudno przetrwać na rynku. W wielu zawodach zostaną tylko wybitni, twórczy ludzie. Firma Moley Robotics stworzyła robota, który jest w stanie przygotować dwa tysiące różnych posiłków, ale nie zastąpi on Gordona Ramseya, który jest artystą w kuchni. Tam gdzie jest kreatywność, jest miejsce dla człowieka. Wszystkie powtarzalne czynności będzie wykonywał robot.

D.K.: W tym męskim świecie sztucznej inteligencji, nowinek technologicznych zachowujesz klasę i reprezentujesz 100 procent kobiecości. Masz jakiś przepis na ten świat, na zachowanie w nim kobiecości?

J.M.: Trochę mam. Po prostu nie ma się czego bać, technologia jest dla wszystkich. Po prostu opowiadam jak świat się zmieni. Przekonujemy w fundacji kobiety do rozpoczynania pracy w dziedzinie nowych technologii, bo świetnie się tam sprawdzają. Ja teoretycznie jestem humanistką, pracowałam 20 lat w marketingu, a dziś zajmuję się nowymi technologiami od strony ich strategicznego wpływu na rozwój biznesu, nowych modeli biznesowych, wpływu technologii na zmiany. Nauczyłam się programować, bo uważam, że to jest potrzebne zajęcie. Nie jest to trudne. Nie wierzę też w zakładanie z góry, że ktoś może być matematykiem, ktoś inny humanistą – to jest bzdura. Jeśli się otworzymy, w każdym obszarze znajdziemy dla siebie coś dobrego. Dziś jest czas dla ludzi renesansu.

Zostaję kobietą w swojej branży, bo o kobiecość należy dbać. Nie mam modelu męskiego, nie chodzę  w garniturach, nie przeklinam i nie piję wódki, bo to szkodzi na rozwój duchowy. Nowe technologie są moim planem na drugą część mojego życia, a w trzeciej części będę podróżować i rozwijać się duchowo.

D.K.: Marzenia skrojone zupełnie pod Ciebie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że się spełnią. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia ze spektaklu

Bez lukru. Grażyna Wolszczak – Babka z klasą

Nie sposób jej nie zauważyć. Ma w sobie to coś, co powoduje, że niezależnie od płci masz chęć być bliżej, obserwować i kibicować. Pełna klasa, czyli Grażyna Wolszczak – aktorka teatralna, filmowa, serialowa, bizneswoman, matka, partnerka, dobra znajoma z telewizji. Dekadę temu wydała książkę „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”, dziś jest młoda, jeszcze piękniejsza i bogatsza – wewnętrznie i zewnętrznie. Na czym polega sekret kobiecości i jak znaleźć w sobie klasę – zdradza Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dagmarą Kowalską.

Nie bierze udziału w skandalach, żyje normalnie i ma rzeszę fanów przed telewizorem, na widowni i w Internecie. Ludzie ją lubią, lubią też postacie, które kreuje. Jaka jest naprawdę Grażyna Wolszczak? Kiedy zadzwoniłam do Niej z prośbą o rozmowę, krzyknęła: „Super! Tylko jutro będę po wizycie u dentysty, mam nadzieję, że będą mogła mówić”. Taka jest. Nie buduje murów, a mosty. Jest otwarta, szczera, uśmiechnięta, dowcipna i ma klasę. Z Cezarym Harasimowiczem scenarzystą tworzą od lat idealną parę.

Dagmara Kowalska: Patrzę na Ciebie i zadaję sobie to pytanie – „jak to się robi”? Kiedy pomyślałam sobie o kobiecie z klasą wśród polskich aktorek, po prostu przyszłaś mi do głowy…

Grażyna Wolszczak:  Bardzo Ci dziękuję… (chwila zadumy) Zawsze mogę powiedzieć, że klasę się ma albo się jej nie ma. Zastanawiam się… Wiesz, ja nie czuję żebym miała jakąś szczególną klasę. Trzeba chyba zastanowić się, czym jest klasa.

D.K.:  No właśnie, co to w ogóle dziś znaczy mieć klasę? Kiedyś mówiono o klasie w przypadku kobiet eleganckich, dobrze wychowanych, niedostępnych i odrobinę wyniosłych.

G.W.: Klasa to rodzaj dystyngowania, nie, raczej szlachetności w zachowaniu, w tym co kobieta robi, jak się nosi. Szlachetność najlepiej opisuje kobietę z klasą. Słowo niedostępna do mnie kompletnie nie pasuje, bo ja jestem dostępna, chyba nawet za bardzo. Błyskawicznie się spoufalam i to z każdym człowiekiem, a później bywam zaskoczona. Trudno od „Pana Zdzisia”, kiedy mówi mu się po imieniu, wyegzekwować dokładniejsze pomalowanie mieszkania (śmiech).

D.K.: Nie da się ukryć. Czyli kobieta z klasą jest szlachetna i niekoniecznie niedostępna. Szukajmy dalej: kobieta z klasą jest inteligentna i ma świetne poczucie humoru? Ty takie masz?

G.W.: No wiesz, może bardziej chodzi o dystans do siebie? Także świadomość swoich zalet i wad. Skoro mam wady, a mam, każdy je ma, to umiem się z nich też nabijać. Poczucie humoru jest podstawowym wyróżnikiem jakiegoś poziomu. Jeśli człowiek traktuje siebie zbyt serio, to jest znerwicowany, bo w życiu nic nie idzie tak gładko jakby się chciało. Jeśli do tego człowiek nie ma dystansu, daje się złapać w różne pułapki. Z jednej strony może być bufonem, z drugiej zaś człowiekiem z nerwami na postronkach. Jak to się objawia? Przechodzisz koło kogoś, kto parska śmiechem, a ty się czerwienisz, bo masz pewność, że z ciebie się śmieją. Taką sytuację miałam ostatnio w podstawówce.

D.K.: I tym sposobem mamy pewność, że jesteś kobietą z klasą. Wyluzowaną, z dystansem do siebie, niezwykłym poczuciem humoru. Czyżby z tego właśnie powodu portale plotkarskie nie mogły na Tobie zarobić? Poukładane, normalne życie… ale błagam powiedz, że nie jest nudne? Bo nie jest, prawda?

G.W.: Czy ja wiem? No widzisz, ja jestem taka, że jak się zaczynam nudzić, to wymyślam sobie nowe tematy, które rozwiewają nudę. Ale tak z punktu widzenia czytelników portali plotkarskich, to chyba jednak nuda w tym moim życiu (śmiech). W którymś momencie życia stajesz przed wyborem: albo będę sobie fundować ekstremalne przeżycia, będzie emocjonalny roller coster, albo postawisz na spokojne życie. Jak się wzlatuje wysoko, to spada się z większym hukiem. Ja staram się złapać w życiu balans, żeby było łatwiejsze. Nigdy żadnych ekscesów nie wyczyniałam: nie sikałam na peronie metra, nie piję, bo mi organizm nie pozwala się stoczyć. Troszkę sobie podpalam, ale też bez szaleństw. Ogólnie z używkami mam słabo. Rzadko imprezuję po nocach, bo mnie to męczy i nie sprawia frajdy.

D.K.: Zaraz, zaraz, ale na ściankach czasem się jednak pokazujesz i na Twoim Instagramie widać, że sprawia Ci to frajdę, a fotografowie szaleją. Czyli można połączyć przyjemne z pożytecznym i jeszcze znaleźć zdrowy balans w życiu: żeby nikt się nie czepiał, nie śledził Cię z aparatem, żebyś Ty była w mediach i była szczęśliwa w życiu prywatnym.

G.W.: No pewnie można…. Myślę o tym instagramowym życiu, tam jest mnóstwo takich przesłodzonych profili. Codziennie to samo: „Kochani, jak jest dzisiaj cudownie, jest piękne słońce i dziś będzie piękny dzień, a moje dziecko zrobiło dziś pierwszy gest i to było takie cudowne”. Owszem to pewnie jest cudowne, ale sposób opowiadania o tym jest dla mnie nie dość że nudny, to niewiarygodny. Życie jest raz takie, raz inne, nie wierzę, że ktoś ma je wyściełane płatkami róż (śmiech). Ale ludzie chyba kochają idealne ciała przepuszczone przez mnóstwo filtrów i photoshopa oraz komunikaty o cudownym życiu. Może myślą, że do nich też kiedyś los się uśmiechnie i z Justinem Biberem przy boku będą pływać w błękitnych wodach jakiejś laguny.

D.K.:  Na Twoim instagramowym koncie nie ma lukru. Jest wesoło, z jajem, a Ty jesteś sobą. 44 tysiące obserwujących nie mogą się mylić?!

G.W.: Dziękuję, ale w porównaniu do profilu Mariusza Szczygła na przykład – dość powierzchowne. Tam też mnóstwo pozytywnej energii i afirmacji życia, ale jakoś tak mądrzej.

D.K.: Instagram – instagramem, ścianki ściankami, a po drugiej stronie toczy się normalne życie. Od 15 lat grasz w serialu „Na wspólnej” – to już prawie jakbyś pracowała w korporacji (śmiech). Jaka jest ta wasza mała korporacja?

G.W.: Nasza korporacja „Na wspólnej” jest pewnie bardziej wyluzowana niż te prawdziwe. Jest dla mnie trochę jak drugi dom, który w tym niestabilnym zawodzie, daje poczucie bezpieczeństwa. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie i kiedyś to się skończy, to jednak Wspólna póki co jest stałym punktem, do którego wracam, wiem kogo tam spotkam, mam przetarte ścieżki, zbudowane relacje. To daje komfort psychiczny, bo nie trzeba się stresować. Druga wspaniała rzecz, która wynika z grania w serialu to jest miłość ludzka. Ludzie cię znają, rozpoznają, jesteś im bliska. Wiesz o czym mówię, tez masz grono wiernych słuchaczy, którzy rozpoznają Cię po głosie i czekają na spotkanie z Tobą. I to jest prawdziwe. Ten, kto nie lubi, to nie ogląda, albo nie słucha, ale jeśli już polubi, to jest wierny. Przez to, że jesteśmy częścią czyjegoś życia prawie każdego dnia, zżywają się z nami i zaprzyjaźniają

D.K.: Jak w rodzinie. A skoro mówisz o przyjaźni, to jak ona wygląda na planie serialu? Lubicie się wszyscy, zawiązały się jakieś przyjaźnie przez tych 15 lat?

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Zdjęcia ze spektaklu „Polowanie na łosia” / Fundacja Garnizon Sztuki

G.W.: Przyjaźń to za dużo powiedziane, ale na pewno jest fajna ekipa. Wiesz, ona jest naprawdę duża, a te wszystkie wątki serialowe rzadko się ze sobą spotykają na planie. Każdy ma swój krąg rodzinny, zawodowy i znajomych i w tym kręgu na planie się porusza. Tak naprawdę pracuję z małą grupą aktorów i rzeczywiście ważne jest, żeby trafić na kogoś z kim jest miło… chociaż ja łatwo wchodzę w dobre relacje i mało jest ludzi, od których wole trzymać się z daleka.

D.K.: Kobiece przyjaźnie w Twoim środowisku są możliwe, czy to co się mówi o ciągłej rywalizacji w Twoim środowisku jest prawdą?

G. W.: Ja tej rywalizacji nie widzę, albo nie chcę widzieć (śmiech). Żyję sobie w świecie, w którym wszystkim dobrze życzę i wszyscy mi dobrze życzą, tak sobie wymyśliłam i się go trzymam.

D.K.: Twoje życie to nie tylko serial, to także teatr. Ile siebie trzeba włożyć w spektakl, żeby dać widzom 100 % radości i sobie tle samo satysfakcji?

G.W.: Jest różnie, bo są różne dni, lepsze i gorsze. Lubię teatr, bo niby za każdym razem robisz to samo, ale tak naprawdę zawsze wnosisz trochę inną energię, więc coś innego proponujesz partnerowi i on ci odpowiada niby tymi samymi słowami, ale inaczej. To są żywe interakcje, a po skończonej sztuce czasem jesteśmy zadowoleni, że poszło świetnie. Innym razem się nie kleiło, więc satysfakcji brak. Na to nakłada się jeszcze energia widowni, czasem pomocna, a czasem trudno się przebić. W żargonie wewnętrznym mówimy wtedy o „Węgrach na widowni”. To znaczy, że mówimy innymi językami, więc nie ma szans na porozumienie.

D.K.: Od razu przychodzi mi do głowy spektakl „Pozytywni” zrealizowany w ramach Twojej Fundacji Garnizon Sztuki, który tak mnie rozbawił, że się popłakałam ze śmiechu. Nie dość, że na jednej scenie zobaczymy Janusza Chabiora, Łukasza Simlata, Magdę Boczarską i Olgę Bołądź, to jeszcze klimat spektaklu doskonale pokazuje w jakich czasach żyjemy i jak sobie nie radzimy z problemami… lub jak bardzo wyolbrzymiamy problemy, które nie są problemami… Świetna sztuka!

G.W.: Dziękuję! To znaczy, że nasz pomysł, idea Fundacji się sprawdza. Opowiadamy na wesoło o całkiem poważnych sprawach. Przemycany tematy, które pozostaną z widzem na dłużej. W „Pozytywnych” poruszamy problem tolerancji, problem naszych leków, niechęci, a czasem wrogości do ludzi, którzy różnią się od nas. Mają inną narodowość, inna orientację seksualną, albo są chorzy na… jak to powiedzieć, żeby spojlera nie zrobić, na niezwykle choroby. Wiele razy widzowie mówili lub pisali, że „Pozytywni” to było wyjątkowe dla nich doświadczenie. Podobnie jest z druga naszą sztuką pt. „Polowanie na Łosia” Michała Walczaka, rzecz o potrzebie wolności i o tym jak trudno tę potrzebę realizować w związku. Autor nazwał te sztukę kryminalną komedią romantyczną, bo jest i kryminalnie i śmiesznie i romantycznie, ale momentami jest też poważnie i filozoficznie. No i obsadę też mamy genialną: Agnieszka Więdłocha, Antek Pawlicki, Piotr Cyrwus, Leszek Lichota na zmianę z Łukaszem Konopką i ja.

D.K. Wcześniej mówiłaś, że każdy spektakl jest inny. Ten, na którym byłam zapamiętamy nie tylko ze względu na świetny tekst, znakomitą grę aktorską, ale też dzięki temu, że Łukasz Simlat dopowiedział coś więcej niż było w scenariuszu, Janusz Chabior dorzucił swoje i wszyscy aktorzy „ugotowali się” na scenie. Publika wrzała, ryczeliśmy ze śmiechu, to było coś niezwykłego!

G.W.: I to jest najpiękniejsze w teatrze, że są ramy sytuacyjne, które mamy wypracowane z reżyserem w czasie prób, tekst nauczony i rytmy wyznaczone, punkty kulminacyjne itd., ale zawsze jest margines na improwizację. Czasem chwytasz improwizację kolegi i idziesz dalej, a czasem jest tak jak mówisz, że aktorzy sami wypadają z ról, nie dźwigają sytuacji. ( śmiech)

D.K.: To było urocze. Improwizowali, pokazali też trochę siebie i swój dystans do wielu rzeczy. Stworzyli drugie dno tej sztuki.

G.W.: A trzecie dno „Pozytywnych” dzieje się za kulisami. Janusz Chabior z Łukaszem Simlatem mają stałe sceny, odgrywają za kulisami miniserial pt. „Głupkowaty syn i jego ojciec”. To jest coś tak obłędnie śmiesznego, że aż żal, że tylko my możemy to oglądać.

D.K.: Mówię w imieniu instagramowych obserwujących, prosimy o krótki serial zza kulis „Pozytywnych” – poprawicie nam humory.

G. W. : Czasem udaje się coś uchwycić, ale rzadko, bo to są chwile ulotne i niepowtarzalne.

D.K.: Wspomniałyśmy o Fundacji Garnizon Sztuki, którą prowadzisz od 2014 roku. Co ona Ci daje?

G. W.: To jest taka moja „druga noga”. Aktor jest człowiekiem do wynajęcia i czeka na telefon, zawsze więc miałam marzenie, żeby zrobić coś co będzie ode mnie zależało. I żeby to inni czekali na mój telefon (śmiech). Stworzyć coś od początku do końca. Wymyślić projekt, ideę i potem jeszcze decydować kto ma reżyserować i kto ma zagrać (śmiech). Spełniam marzenie o wolności twórczej . Oczywiście ta wolność to złudzenie, dlatego, że zawsze tworzy się cała siatka zależności i ograniczeń. Chcemy pracować z najlepszymi, a Ci bardzo są rozrywani, więc głupie ułożenie grafiku graniczy z cudem. No i finanse. Kiedyś wydawało mi się, że jak mam piękny projekt, to nie będzie problemu ze znalezieniem partnerów, którzy wesprą go finansowo. Tymczasem o to bardzo trudno, a może to ja jestem po prostu nieudolna.

D.K. Jesteś dla siebie zbyt surowa. Na West Endzie nie ma problemu ze znalezieniem pieniędzy na realizację musicalu, bo tam inwestowanie pieniędzy w kulturę jest normalnością. My ciągle przecieramy ten szlak. U nas mało kto chce inwestować w kulturę, bo ciągle pokutuje świadomość, że to pchnie pieniędzy w coś nierealnego. A przecież kultura jest podstawą.

G. W.: To prawda, ale łapię się czasem na tym, że nie czuję się komfortowo kiedy muszę prosić o wsparcie mojego szlachetnego projektu teatralnego, wiedząc, że chore dziecko potrzebuje leczenia.

D.K.: Wcześniej mówiłaś o balansie, trzeba znaleźć zdrowy balans, wspierać jednych i drugich. Wróćmy do Twoich ról. Zagrałaś ich setki w kinie, teatrze, w telewizji. Która z zagranych przez Ciebie postaci jest do Ciebie najbardziej podobna?

G. W.: Każda z tych postaci mówi moim głosem, ma moje zachowania, przepuszczam ją niejako przez siebie, więc te postacie są w jakiś sposób do mnie podobne, ale największą frajdę przynoszą aktorowi postacie od niego odległe, które trzeba zbudować od początku do końca – sposób poruszania, mówienia… moją ukochaną postacią była Mary ze spektaklu „Jak się kochają w niższych sferach”. Niezbyt sprawny intelektualnie kocmołuch terroryzowany przez męża. Spektakl zszedł już z afisza, ale liczę na to, że taka gratka jeszcze mi się kiedyś trafi.

D.K. Ok, czyli musi być wyzwanie. Jest taki slogan, który często się powtarza i w sumie do Twojego zawodu świetnie pasuje. Mówi się, że kobiety mają wiele twarzy. Masz jakąś swoją twarz faworytkę?

G. W.: Tutaj dotykamy tematu zabawy w stylizację i modę, którą ja ciągle dla siebie odkrywam, jak wyjść z bezpiecznych i wygodnych jeansów i trampek, żeby dalej było wygodnie, ale z charakterem.

D.K.: Zaraz, zaraz… Kobieta z klasą dobrze wygląda nawet w takim zestawie.

G. W.: Pewnie tak…

D.K.: Masz jakieś ulubione stylizacje? Często widać Cię w garniturach, co tylko podkreśla kobiecość.

G.W.: Bardzo lubię męskie warianty kobiety, np. Tilda Swinton jest taką postacią. Właściwie nie wiadomo czy to kobieta czy mężczyzna, czy może jakiś stwór nie z tej ziemi. I to jest fascynujące. Z drugiej strony obserwuję na IG Iris Apfel, która ma 97 lat, często siedzi na wózku, bo fizycznie już trochę nie domaga, ale ciągle w swoich przepięknych kolorowych stylizacjach, obwieszona mnóstwem biżuterii, mówi do mnie z tych zdjęć, że się nie poddaje, że walczy do końca, że jest ciągle kobietą, która ma wiele do powiedzenia. Ostatnio nawet wypuścili lalkę Barbie z jej podobizną.

D.K. : Fajnie, że wspomniałaś o kobiecości. Co to dla Ciebie konkretnie znaczy? Na czym polega sekret Twojej kobiecości?

G.W.: Nie wiem, nie potrafię na to odpowiedzieć. Wiem, co mnie urzeka w innych kobietach. Delikatność połączona z siłą, błysk w oku, zmysłowość, ale taka mimochodem, trochę nieświadoma. Wszystko co udawane i na pokaz się kompromituje. Kobiecość rozkwita w akceptacji, w męskim spojrzeniu pełnym miłości.

D.K.: Można by pomyśleć, że Twoje życie jest pasmem sukcesów i szczęścia, ale zdarzały się w nim trudniejsze momenty. Jednym z nich było z pewnością przedwczesne odejście Twojego męża. Jak sobie radzić w trudnych chwilach i nadal uśmiechać się do życia?

G.W.: To zabrzmi banalnie. Ale- nie poddawać się. Łatwo powiedzieć, co? Trzeba znaleźć powód do życia w każdej trudnej sytuacji. Mnie było łatwo po śmierci męża, bo miałam małe dziecko. To była silna i naturalna motywacja, żeby zebrać do kupy to, co się rozpadło na 1000 kawałków. Nie oczekiwałam, że ktoś mi pomoże. Wyciągnęłam naukę z depresji przyjaciółki.  Ogromnie się zaangażowałam z pomocą, ale kiedy ta sytuacja trwała niezmiennie przez wiele miesięcy, miałam jej serdecznie dość. Ludzie współczują i mobilizują się do pomocy na krótką metę. Nie ma co się dziwić, każdy ma własne życie i swoje problemy. Głaskanie i przytulanie jest fajne, pomocne, ale niewiele zmieni. Trzeba sobie samemu znaleźć powód do życia, w każdej sytuacji.

D.K.: I nie przejmować się popełnianymi błędami, bo to się zdarza. Warto inwestować w coś, co daje szczęście i szukać swojego szczęścia.

G. W.:  Trawa u sąsiada zawsze jest zieleńsza, ale trzeba mieć z tylu głowy, że sąsiad, który wydaje się szczęśliwszy od nas pewnie też ma swoje smutki. Każda sytuacja ma dobre i złe strony, mamy jedno, to innego nie mamy. Jak mamy dziecko, to mamy pieluchy i nieprzespane noce, ale per saldo trzeba mieć dziecko, żeby doznać całego spectrum emocji, które w życiu inaczej by nas nie spotkały. Tak samo jest z podróżami. Wyjeżdżasz w świat, spotykają Cię różne okoliczności, często nieprzyjemne, ale to nie znaczy, że lepiej siedzieć w domu. Przeciwnie: jechać, poznawać, dotykać, smakować i samemu się przekonać. Zbierać doświadczenia, fajne i niefajne, to wszystko składa się na urodę życia.

D.K.: A jednak, jak obserwuję męski świat to myślę, że oni mają w życiu łatwiej. Nie dbają o dom, nie myślą o pięciu rzeczach na raz, są zadaniowi. My kobiety: martwimy się, rodzimy, wychowujemy dzieci, łączymy to z pracą, czasem rąk nam brakuje do kolejnych czynności. Z drugiej strony chyba jednak dobrze być kobietą.

G.W.: Oj, tak zgadzam się z Tobą. Tylko w dzieciństwie żałowałam, że jestem dziewczynką, bo świat męski wydawał mi się dużo bardziej atrakcyjny, a ich zabawki ciekawsze niż lalki. Na szczęście z tego się wyrasta.

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Fundacja Garnizon Sztuki

D.K.: Pamiętasz ten moment, kiedy przyszła Ci do głowy myśl: „Uff, jak dobrze, że jestem kobietą”?

G.W.: To było wtedy, kiedy zauważyłam, że kobieta ma władzę nad mężczyzną. I to był bardzo przyjemny moment, dowiedzieć się, że wiele od nas zależy w tych relacjach. Poza tym kobieta ma większe przyzwolenie na wrażliwość, a od mężczyzny się wymaga bycia twardzielem przez całe życie. Fajnie być kobietą, mamy bogatszą emocjonalność.

D.K.: Kiedyś powiedziałaś, że „człowiek ma tyle szczęścia , na ile sam sobie pozwoli” – jesteś szczęśliwa?
G.W.: No tak robię co mogę i nawet to mi się udaje, bo nie stawiam sobie zbyt wysokich poprzeczek. Potrafię się cieszyć z małych rzeczy, które do mnie przychodzą. Zauważyłam taką prawidłowość, że ludzie jak mają naprawdę pięknie ułożone życie, to zawsze sobie znajdą powód do narzekania. Ja czasem też łapię się na jakichś frustracjach mniejszych lub większych, ale moja przewaga polega na tym, że potrafię się postawić do pionu, zrobić szybki bilans i jak ten bilans wychodzi na plus to mówię ? Uspokój się, masz obowiązek być szczęśliwa, bo masz zdrowie, najbliższych i za co pojechać na wakacje. Mówię sobie nie marudź, i to działa.

D.K.: Zapytam Cię na koniec o książkę, którą w dekadę temu „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”. To jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą?

G.W.: Tytuł był prowokacyjny, bo wiadomo, że w życiu nie ma nic na zawsze i wiecznie. Podstawową cechą życia jest zmienność. To jest czasem fajne, a czasem bardzo niefajne. Fajne jest wtedy kiedy dopadają cię złe doświadczenia, tak jak w moim przypadku śmierć męża no i to, że to mija i że człowiek jest w stanie pójść dalej. Niefajne jest to, że kiedy zdarzają się uniesienia i ekscytacje, to prędzej czy później mijają i robi się zwyczajnie.

D.K.: Czyli trzeba się cieszyć z małych rzeczy?

G.W.: Ja tak sobie założyłam i się tego trzymam.

D.K.: Z tych małych rzeczy, czego się teraz trzymasz?

G.W.: Fundacja przygotowuje kolejną premierę. Sztukę „Czworo do poprawki” napisał Cezary Harasimowicz, a inspiracją był film „Dwoje do poprawki” z Meryl Streep i Tommy’m Lee Jonesnem. Spotykają się w pensjonacie: starsze, przeżyte małżeństwo, by podjąć ostatnią próbę ratowania ich rozpadającego się związku oraz pełna emocji i namiętności młoda para, by na łonie natury począć dziecko, które ostatecznie scementuje ich związek. Obie pary mają inne problemy, ale i jednym i drugim trudno się ze sobą porozumieć. Jaki będzie finał tego spotkania? Gdy stare skrzyżuje się z młodym? Czy starsi będą się kochać jak dawniej? A młodzi? Może….jak nigdy dotąd? Więcej opowiem bliżej premiery, a ta się nam przesuwa. Jak zwykle chcemy mieć najlepszych aktorów, z terminami wieczny kłopot.

D.K. : A marzenia? Masz jakieś?

G. W.: Fajnie by było znaleźć swoje miejsce, swoją scenę i uniezależnić się od wynajmowanych miejsc. Ale to nie jest takie proste.

D.K.: Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę.

Beata_Tyszkiewicz_main

Definicja kobiety z klasą według Beaty Tyszkiewicz – pierwszej damy polskiego kina

Aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna. Ikona kobiety z klasą. Pełna wdzięku, gracji i elegancji. Nazywana polską Sophią Loren. Grała w wielkich produkcjach zagranicznych: niemieckich, rosyjskich, francuskich, węgierskich, a nawet w hollywoodzkim filmie „Aleksander i Chanakaya”.

Do jej najsłynniejszych kreacji należą rola Izabeli Łęckiej w „Lalce”, Marii Walewskiej w „Marysi i Napoleonie” Leonarda Buczkowskiego oraz Donny Rebeki Uzedy w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Pracowała z Wajdą, Machulskim, Konwickim, Hasem, Meszaros, Gavrasem. Na deskach teatralnych pojawiła się tylko w dwóch sztukach: „Karierze Artura Ui” w reż. Erwina Axera na deskach Teatru Współczesnego w Warszawie  oraz w „Za rzekę, w cień drzew” w reż. Jacka Woszczerowicza w warszawskim Teatrze Ateneum.

Z każdą rolą zyskiwała coraz większą sympatię publiczności i krytyków filmowych oraz kolejne zaszczytne tytuły: „Catherine Deneuve Wschodu”, „Gwiazda stylowego kostiumu”, „Caryca kina słowiańskiego” czy „Anioł PRL-u”. Z pewnością jest pierwszą damą polskiego kina, ale również niekwestionowaną kobietą z klasą.

Redakcja: Pani Beato, jeśli miałaby Pani opisać „Kobietę z klasą”, to co pierwsze przychodzi Pani na myśl? Jaki portret damy rysuje się przed Panią?

Beata Tyszkiewicz: Dzisiejsza kobieta z klasą jest niezależna mimo związku z mężczyzną. Kobieta z klasą nie demonstruje klasy… dobre wychowanie to jest to, czego pozornie nie widać. Tak jak nie widać zmytych naczyń lub pościelonego łóżka. To widać tylko kiedy nie jest zrobione. Kobieta z klasą nie zachowuje się wyzywająco w zachowaniu i ubiorze. Jest stonowana.

Redakcja: Kobieta zmienną jest. Ale czy opis „kobiety z klasą” zmienił się na przestrzeni lat? Jeśli tak, to w jaki sposób? Zauważyła Pani brak pewnych cech, które kiedyś były „marką” damy? Może pojawiły się nowe, które bardziej Pani ceni?

Beata Tyszkiewicz: Nowe cechy to niezależność finansowa. Sama może decydować o sobie. Nie popada w konfliktowe sytuacje. Jest panią sama dla siebie.

Redakcja: Co kobieta z klasą zawsze nosi w torebce? Jakie atrybuty posiada dama?

Beata Tyszkiewicz: Kobieta z klasa ma zawsze w torebce pieniądze na taksówkę, by nie być zależna od kogoś, kto ma ja odwieźć. Poza tym ma potrzebne według niej kosmetyki.

Redakcja: Jak stać się damą? Co doradziłaby Pani jako matka dwóch córek, w jaki sposób od najmłodszych lat wychować córkę, by w przyszłości stała się prawdziwą damą i wyróżniała się z tłumu? Jakie rady dawała Pani babcia i mama, by być kobietą wyjątkowa?

Beata Tyszkiewicz: Nawet nie przyszło mi to do głowy. Sama też nie uważam się za damę. Przylgnęło do mnie to określenie, chyba sprawiły to role kostiumowe w filmach. W takich filmach wszyscy starają się być dobrze wychowani. Smoking i długa suknia wymaga innego zachowania. Wychowanie przez moją Matkę mnie i mojego młodszego brata wypadło w najtrudniejszych latach powojennych. Żyliśmy bardzo skromnie, ale Matka uczyła nas manier przy stole i w zachowaniu. Była bardzo wymagająca. Moja babka została po wojnie zakonnicą, więc dbała o nasze wychowanie pod kątem religijnym.

Redakcja: Jakie ma Pani zdanie na temat kobiet coraz bardziej wyemancypowanych, o feministkach? Zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Czy Pani zdaniem kobieta z klasą „nosi spodnie” w związku?

Beata Tyszkiewicz: Cóż kobiety się usamodzielniły i nie przestają walczyć o swoje prawa i to jest wspaniałe, a czy noszą spodnie czy spódnicę to już nie ma żadnego znaczenia według mnie.

Redakcja: Dama może pozwolić sobie na wykazanie inicjatywy?

Beata Tyszkiewicz: To kobiety przejmują inicjatywę i to one wybierają sobie mężczyzn. Znam przypadki kiedy na przyjęciu kobieta sama dawała kontakt do siebie mężczyźnie. Nie ma w tym nic złego. Jedynie to jest ryzykowne. Ważne, żeby nasza inicjatywa była zgodna z instynktem.

Redakcja: Kobieta z klasą daje mężczyźnie drugą szansę? Jak powinna zachować się dama, która nakryła męża na zdradzie? Gdyby to mało miejsce z Pani przyjaciółką? Jakie słowa padłby z Pani ust w stosunku do męża, a jakie do przyjaciółki? Może milczenie i zachowanie zimne krwi to domena kobiety z klasą?

Beata Tyszkiewicz: Cóż ze zdradą zawsze trzeba się liczyć, ale uważam, że wszystkie rozmowy z mężem w takiej sprawie są zbędne, bo on wie co zrobił. Jeśli chodzi o przyjaciółkę powiedziałabym: „Droga moja przedłożyłaś miłość ponad przyjaźń. Twoja decyzja i życzę powodzenia”.

Redakcja: Dama przeklina? Pije mocny alkohol? Wychodzi przed szereg?

Beata Tyszkiewicz: Zdarzyło mi się w filmie ” Zakochani ” powiedzieć takie właśnie zdanie, że dama pije… pali… i przeklina. To miało w filmie swoje wewnętrzne uzasadnienie. Wydawało mi się to zabawne. A od swojego wuja usłyszałam kiedyś, że dama nigdy się nie spieszy… Też zabawne.

Redakcja: Czy przeżyła Pani jakaś sytuację, w której nie zachowała się jak dama? I w jaki sposób udało się Pani wybrnąć?

Beata Tyszkiewicz: Z gafy trudno dobrze wybrnąć. Kiedyś zagadnęłam o planowany poród pewną tłuściutką panią; wiedziałam, że jest w ciąży. Okazało się, że jej synek ma już dwa miesiące… Jak z tego wybrnąć?… Trudno, uśmiechnęłam się, ucieszyłam się bardzo i pogratulowałam.

1-e1536324392779

Dama polskiej sceny muzycznej

Jest konsekwentna, odważna, lubi się zmieniać i zaskakiwać fanów. Cała jest muzyką. Gwiazda, która kocha być mamą i żoną, robi zakupy, sprząta dom, w studiu komponuje z dźwięków, a w kuchni z produktów spożywczych. Od lat jest na szczycie, bez ciśnienia na mainstream, ale z ogromnym apetytem na dobrą, własną muzykę. Dobry strateg, długodystansowiec, kobieta z klasą.

NATALIA KUKULSKA od lat w żółtej koszulce lidera, wyznacza trendy, rozgrzewa tłumy, ma grono wiernych fanów, które wnika w kolejne etapy jej kariery muzycznej. Szukam czegoś co byłoby łyżką dziegciu w tej beczce miodu… i nie znajduję. Zaraz, zaraz – jest coś: Umówić się na wywiad z aktywną Natalią trudno, ale jest jedyną gwiazdą, która sama oddzwania do dziennikarzy i po kilku próbach udało się porozmawiać… przez telefon:)

Rozmowę podzieliłyśmy na trzy obszary: życie, muzyka, kobieta z klasą.

ŻYCIE

Dagmara Kowalska: Kochana, przygotuj się, na pewno będę Cię pytać o klasę? Masz ją niezaprzeczalnie! Od wielu lat to obserwuję. 

Natalia Kukulska: (Śmiech) Zwłaszcza, gdy udzielam wywiadu przez telefon! (śmiech).

D.K.: Kobiety pracujące czasem mogą poplotkować przez telefon. Ważne, że się udało. Gdybyś na tym etapie życia miała określić, kim dziś jesteś najbardziej: Natalią muzykiem, kompozytorką, producentką muzyczną czy Natalią mamą, żoną, a może Natalią Instagramerką? 

N.K.: Myślę, że składam się z każdej z nich po trochu. Instagramerka najmniej mi zabrzmiała, chociaż… Od jakiegoś czasu staram się mieć aktywny kontakt z ludźmi, którzy do mnie piszą czy mnie obserwują – robię to właśnie poprzez media społecznościowe. Niemniej jednak najważniejszą funkcją jest moja rola życiowa, czyli bycie mamą, dla niej umiem rzucić sprawy zawodowe. Natomiast jest też moim wielkim darem od losu, że mogę robić to, co kocham. Z racji tego, że jestem związana z moją życiową pasją, ona mnie wciąga i czasem wygląda to życie jak przeciąganie liny pomiędzy różnymi funkcjami. Odczuwam to najbardziej kiedy czegoś w moim życiu jest za dużo. We wszystkim jest potrzebny zdrowy balans, jakiś rodzaj harmonii, nie jest dobrze kiedy jakieś zajęcie czy funkcja za bardzo zasłania inne. Oczywiście na krótką metę to jest nawet fajne, bo skupiasz się na jednej rzeczy i wykonujesz ją perfekcyjnie, ale za chwilę inne dziedziny kuleją i trzeba je nadrabiać. Czuję się niespełniona i nieszczęśliwa kiedy zaniedbuję którąś z moich życiowych funkcji: związaną z muzyką, z zawodem czy z macierzyństwem. 

D.K.: Każda z ról odbija się także w Twojej muzyce. I nie chodzi mi tylko o teksty, myślę o kompozycjach. Melodie pięknie przewodzą emocje, w których się znajdujesz, potem płyną one do słuchaczy. Myślę, że każdą z tych ról wygrywasz także na instrumentach podczas koncertów. 

N.K.: Wydaje mi się, że świadomość, coraz bardziej wkracza do mojego życia zawodowego i zdaję sobie sprawę ile jeszcze mam roboty. Z drugiej strony otworzyła mnie na kreatywność. Jestem autorką tekstów i współautorką muzyki piosenek. Oczywiście nie byłabym taka hej do przodu, gdybym nie miała tak fantastycznych ludzi wokół siebie, muzyków, którzy mnie inspirują. A co do gry podczas koncertów to nie jest to żaden wyczyn. Gram na syntezatorze dosłownie kilka partii. Mam sobie dużo do zarzucenia w tym temacie. Od skończenia szkoły muzycznej pierwszego stopnia nie kontynuowałam grania na pianinie i nie umiałabym sobie akompaniować. Czuję się o to uboższa, ale kiedy np. tworzymy muzykę razem z Michałem Dąbrówką czy jak ostatnio w kolektywie z muzykami, to jestem odpowiedzialna za melodię. Jeśli nie ma harmonii, która mnie pociągnie i zainspiruje, to nie będzie fajnej melodii. Jest to gra zespołowa, ale cieszy mnie to, że mogę być częścią przekazu w muzyce. Podobnie w tworzeniu teledysków. Coraz bardziej mam ich wizję. Ostatnio napisałam nawet scenariusz teledysku „Ostatnia prosta”. W ogóle uważam, że utwór znajdujący się na płycie daje wspaniały pretekst do dalszych twórczych wypowiedzi czy to za pomocą obrazu, czy występu na żywo. Wspaniale jest móc sobie na to pozwolić, na dalsze samodzielne wybryki twórcze, bez posiłkowania się osobami trzecimi. Oczywiście nie mam nic przeciwko tym artystom, którzy wykonują perfekcyjnie utwór czyjegoś autorstwa, za to są genialnymi instrumentalistami albo wokalistami, choć sami nie tworzą. Mówię tylko, że tworzenie sprawia mi wielką radochę.

N.K.: Doba każdej kobiety, zwłaszcza tej z klasą, ma tylko 24 godziny. Zastanawiam się jak godzisz wszystkie obowiązki domowe z pasją muzyczną? Mówi się, że muzyka jest zazdrosna o inne dziedziny życia. Jaki jest przepis na wydłużenie doby?

N.K.: Tak to właśnie jest. Tutaj idę z córką na zakupy, bo szkoła się zaczyna. Tu wywiad, bo to jest część mojej pracy, żeby ktoś mógł się dowiedzieć o tych moich „wytworach” muzycznych (śmiech). Przyznaję, czasem jest to szalone tempo. Pamiętam jeden najbardziej hardcore’owy moment w życiu kiedy urodziła się Laura. Po pięciu tygodniach wyszłam na scenę i zaśpiewałam, a wiesz, że w zasadzie połóg trwa od czterech nawet do sześciu tygodni. To było wyzwanie, ale chciałam tego. Bardzo się staram, żeby u mnie wszystko było przemyślane, ale czasami to moje zaplecze i kulisy wyglądają jak parodia planu. To nie jest tak, jak w amerykańskich wielkich produkcjach, że mam 100 osób obstawy, a każdy jest odpowiedzialny za inny fragment życia. Na szczęście mam bardzo pomocnych ludzi wokół np. Monikę Małyszek wspaniałą menadżerkę, dzięki niej od niedawna mam poczucie prawdziwej, solidnej opieki. Zawsze to ja miałam oczy dookoła głowy i myślałam o wszystkim, a teraz nagle okazuje się, że mam kogoś kto myśli perspektywicznie i nawet wyprzedza moje myśli. Zadaję pytanie o coś, co trzeba zrobić, a Monika odpowiada, że już dawno to zrobiła. Wiesz jaka to ulga i komfort mieć taką Monikę? Bez jej pomocy nie dałabym sobie rady. W sprawach stylizacyjnych mam niezastąpioną pomoc w osobie Pawła Talagi. A prywatnie? Od niedawna mam też wspaniałą nianię do Laurki, bez niej nie mogłabym sama kroku zrobić. Czasami z pomocą przychodzą też niezastąpieni dziadkowie. W obowiązkach domowych jestem samodzielna, bo sama w domu gotuję, dbam o każdy detal, sprzątam. Mój dom i moje życie nie jest złotą klatką, a ja nie chodzę w złotych szpilkach, przeciwnie jestem urobiona po pachy i czuję pełnię życia. Żyję normalnie, jak każdy człowiek, ale dodatkowo muszę z siebie wykrzesać jakiś rodzaj mobilizacji i zasobów twórczych, co nie jest łatwe kiedy proza życia cię trzyma za nogi. Mam wrażenie, że doba jest dla mnie za krótka i chyba tylko jakimś cudem udaje mi się wszystko spiąć. O dziwo, im więcej się dzieje, tym jestem bardziej produktywna i cały plan układa się sam. Jak trochę wypadnę z rytmu, to wszystko staje się trudniejsze. Trudniej jest wejść z powrotem w tempo wyższych obrotów. 

D.K.: Hmmm, skąd ja to znam?! To nasze szalone umawianie się na rozmowę, to przecież wypadkowa zajętości dwóch osób (śmiech). A jednak myślę, że to, o czym mówisz jest cechą kobiet z klasą – świetnie sobie radzą kiedy obowiązków jest za dużo. A propos inspiracji: zaciekawił mnie wątek kulinarny – co jest Twoją specjalnością w kuchni? 

N.K.: Kuchnia bywa dla mnie polem do popisu. Bardzo lubię wymyślać dania. Czasami zaczyna się od tego, że sięgam do przepisu, bo brakuje mi pomysłu, ale za chwilę jednak okazuje się, że z pierwotnego przepisu nic nie zostaje, totalnie go zmieniam. Coraz częściej używam różnych ciekawych przypraw, coraz mniej chemicznych kostek i różnych gotowców, ale przyznam szczerze, że zmiana przyzwyczajeń z dzieciństwa trochę trwała. Moja babcia zawsze gotowała zupy na mięsie i kostce rosołowej i oczywiście smakowało to wyśmienicie, ale dziś wiem, że nie sztuką jest używać gotowych, przetworzonych składników. Teraz bardziej kombinuję: łączę różne smaki, miksuję różne kuchnie. Używam przypraw indyjskich, które uwielbiam, tajskich i chińskich. Moja córka jest wegetarianką, np. dziś zażyczyła sobie kotletów wegetariańskich. Powstały z kaszy jaglanej, różnych warzyw z panierką sezamową. 

D.K.: Chyba się wproszę, brzmi smakowicie. 

N.K.: Juro mam w planach przygotowanie zupy rybnej z różnych gatunków ryb i owoców morza, z mlekiem kokosowym. Moja kuchnia jest różnorodna. Podziwiam teściową – gotuje pysznie, ale takie dania, które zabijają figurę: pierogi, pampuchy, pulpety. Długo się nie da wytrzymać na takiej diecie, a poza tym przyrządzenie posiłku jest czasochłonne. Ja gotuję na świeżo i dania, które nie pochłaniają wiele czasu. 

D.K.: Czyli komponujesz nie tylko w studiu nagraniowym, także na talerzu. Mów co chcesz, ale ja uważam, że od lat masz żółtą koszulkę lidera na scenie muzycznej. Jedni się pojawiają i znikają, a Ty jesteś, konsekwentnie robiąc, to co lubisz. Przy tym rozkwitasz, wyznaczasz trendy muzyczne, półtora roku temu pojawił się nowy członek rodziny – to dopiero wygląda jak jedna wielka kompozycja ułożona na całe życie. Masz przepis na to jak być szczęśliwą i spełnioną? Jak być w każdym ze światów po trochu i wyciągać z nich esencję życia? 

N.K.: Bardzo Ci dziękuję za te miłe słowa, ale nie do końca jest tak, jak mówisz. Na pewno są chwile, w których rzeczywiście udaje mi się żyć pełnią życia i robię rzeczy, które kocham. Inspiruje mnie piękno, tak jak to jest w wierszu Cypriana Kamila Norwida: „Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. Tak to jest, piękno w sztuce, ale i codzienności np. w urządzaniu domu, podaniu do stołu. Zdecydowanie estetyka bardzo mnie kręci. Przykładam wagę do detalu i tak samo rozkminiam rzeczywistość. Nie umiem napisać piosenki z wytartymi schematami słów, nie dla tego, że silę się na wielką formę, ale dlatego, że zawsze bawię się słowem, szukam w sobie pokładów autoironii, żeby opisać coś niezbyt dosłownie i użyć słów, które będą odpowiednie. Bycie kreatywnym i działanie na własnych zasadach daje poczucie szczęścia. Staram się żyć tak, żeby nie robić niczego wbrew sobie, by się spełniać. Ważne jest dla mnie to, żeby otaczać się ludźmi, którzy mnie inspirują i nie są toksyczni. Odkryłam, że od toksycznych ludzi trzeba uciekać, odcinać takie relacje, bo potrafią bardzo dużo złego człowiekowi narobić, np. łatwo stracić wiarę w siebie. Nie chodzi o to, żeby się otaczać klakierami, ale ludźmi prawdziwymi, którzy wyzwalają dobre rzeczy. 

D.K.: Mnie się wydaje, że ludzie ze złą energią nie mają do Ciebie podejścia. I tak samo jest z plotką, one się Ciebie nie trzymają. Na to też jest potrzebny przepis, zwłaszcza w czasach Facebooka i Instagrama . 

N.K.: To chyba jest kwestia ustawienia sobie w życiu priorytetów. Jeżeli będę się starała utrzymywać z kimś znajomość wbrew sobie, przez zwykłą interesowność, to zawsze się zdarzą w moim życiu toksyczni ludzie. Tak samo jest z plotkami. W pewnym momencie musiałam sobie zadać pytanie o co mi chodzi? Doszłam do wniosku, że nie zależy mi na popularności, którą dają programy rozrywkowe, gdzie nagle pojawiasz się wszędzie i wszyscy interesują się wszystkim co ciebie dotyczy. Tak jak w filmie Woody’ego Allena „Zakochani w Rzymie”, w którym znanego celebrytę pytano nawet o kolor majtek, a on szczęśliwy odpowiadał na każde, najdziwniejsze nawet pytanie. Nie mogę być specem od wszystkiego tylko dlatego, że jestem znana. Oczywiście też miałam taki etap w swoim życiu, niestety, nie zawsze byłam taka święta, kiedy za dużo zdradzałam prywatności (śmiech). Wtedy nie wiedziałam, że nie wolno się dzielić całym swoim życiem. Kiedyś ktoś mądry, powiedział, że jak dziennikarz jest miły i ze mną rozmawia, to nie znaczy, że jest już moim przyjacielem i muszę mu o wszystkim opowiadać. A ja mam taki rodzaj otwartości do ludzi, że jak ktoś mnie podpuścił, podpytał o osobisty temat, to ja z grzeczności odpowiadałam. Był więc moment, że dałam się namówić na różne zwierzenia. Na szczęście to były inne czasy, teraz jestem uważna, chronię swoją prywatność, ale rozsądnie. Jeśli ktoś robi ze swojego życia totalną tajemnicę, to jest jeszcze większym kąskiem. Staram się, żeby moje życie było normalne. Nie ukrywam, że mam dzieci, ale nie chcę żeby ich twarze były rozpoznawalne. Czasami pokazuję się w ich kontekście, nawet sama wrzucam wybrane zdjęcia na Facebook czy Instagram. Uważam, że to jest naturalny kontekst mojego życia ale nie sprzedaję swojej prywatności, mam granice. Staram się też nie opowiadać o relacjach z innymi znanymi osobami, żeby nie rozprzestrzeniać plotek. Poza tym to ja mam szczęście do takich absurdów, że czasami naprawdę sama nie mogę uwierzyć w to co się dzieje. Jak słyszę lub czytam, że wreszcie zdradzę swoją największą tajemnicę, albo że kogoś uratowałam, albo: „wielkie kłopoty Natalii Kukulskiej” – no to sama wiesz, kupuję tę gazetę, żeby się dowiedzieć, co tam u mnie nowego słychać? (śmiech). Czasami dziennikarze tworzą jakieś dziwne historie i bardzo oczekują mojej reakcji. Pytałaś o receptę na plotki, już wiele razy nauczyłam się, że brak reakcji jest najlepszą receptą, żeby ta plotka zginęła śmiercią naturalną. Powiedzmy, że jakaś część osób się dowiedziała o tej plotce za pierwszym razem, ale jak dam na nią ripostę, to dowie się o niej kolejna grupa ludzi, a potem kolejne pisma to przedrukują. To jest machina samonakręcająca się, więc już się nauczyłam, żeby nie reagować. Niektóre plotki mnie śmieszą i nie są groźne, ale niektóre są tak wkurzające, że mam ochotę od razu zareagować. Ostatecznie robi to mój management, żeby nie było widać mojego stosunku emocjonalnego do tego wydarzenia, bo to tylko jest tzw. woda na młyn. Ostatnio usłyszałam śmieszną plotkę, że niby którejś z wokalistek nie podałam ręki na imprezie. Bardzo rzadko „bywam”, ale poszłam na wręczenie nagród zaprzyjaźnionego radia, a potem śmiałam się z siebie, że raz się wybrałam na imprezę i od razu zostałam obsmarowana, że z kimś się nie przywitałam. To oczywiście jest jakaś bzdura kompletna, bo zawsze odpowiadam cześć i mówię to dwa razy głośniej, żeby wszyscy usłyszeli i nie mieli wątpliwości. Przedziwna sytuacja. Najlepiej nie pokazywać się konsekwentnie w przestrzeniach, które dają pretekst do powstania plotki. I dlatego, już pomijając to, że nie mam czasu i średnio mam ochotę wychodzić na imprezy, to po prostu wiem, że to nie jest nic co służy propagowaniu mojej muzyki. 

D.K.: No właśnie, przecież w Twoim życiu chodzi o muzykę, a nie o bywanie, a jeśli masz ochotę na fajną imprezę, w gronie przyjaciół, to wystarczy zejść do piwnicy. (przyp. red: piwnica Natalii i Michała jest miejscem, w którym odbywają się najlepsze muzyczne imprezy w mieście) 

N.K.: (śmiech)!

D.K.: Zresztą co by nie mówić, wydaje się, że nie przepadasz za tym sztucznie wykreowanym, pompowanym światem showbiznesu, który jest bardziej show niż biznesem.

N.K.: No tak, ja też do biznesu mam dwie lewe ręce, jakby co (śmiech). Natomiast jakoś stronię od tego świata, ale wśród muzyków, artystów jest mnóstwo osób, z którymi uwielbiam spędzać czas. Mam całe grono przyjaciół z mojej branży, bo wiele rzeczy nas łączy. Spędzamy całe godziny razem w garderobie, na koncertach i często nawiązują się bardzo bliskie, serdeczne, wręcz przyjacielskie relacje. To jest fajne i cieszę się z tego, że mam spore grono ludzi godnych zaufania. Przyciągają się ludzie bardzo podobni do siebie o podobnej wrażliwości: to samo nas bawi, te same rzeczy żenują i zazwyczaj o tym rozmawiamy w kuluarach. 

D.K.: A co Cię śmieszy, co żenuje? 

N.K.: Trudno tak odpowiedzieć bez przytaczania anegdot. Muszę przyznać, że łatwo mnie rozbawić. Abstrakcja jest kluczem. Mam to po moim tacie, który uwielbiał podsumowywać jakieś wydarzenie i dawać taką sentencję, która w kontekście sytuacyjnym bawiła towarzystwo. Mistrz riposty. Nieskromnie przyznaję, że czasami jak siebie słyszę, to tak jakbym słyszała swojego tatę. Nasiąkłam jego poczuciem humoru. Tak samo mamy z Michałem, moim mężem. Wiele podobnych rzeczy nas śmieszy, czasem są to gry słów. Wiesz jakie to ważne, żeby z ludźmi bliskimi i przyjaciółmi śmiać się z podobnych rzeczy? To jest ten papierek lakmusowy, który sprawdza czy odbieramy na podobnych falach, czy do siebie pasujemy. Jeżeli to się zgadza to jest to dobry punkt wyjścia. Co mnie żenuje? Sztuczność, egoizm, próżność – chyba to najbardziej. 

D.K.: Skoro jesteśmy przy anegdotach, przypominasz sobie jakiś zabawny wątek z koncertu? 

N.K.: O takich rzeczach to można książkę napisać, są ich tysiące: od mrożących krew w żyłach do zabawnych. Jedna z najśmieszniejszych sytuacji wydarzyła się już dawno podczas koncertu, kiedy to mojemu chórzyście podczas śpiewania wypadł ząb… Nie muszę tego kryć, Łukasz Zagrobelny kiedyś sam o tym opowiadał. W czasach kiedy razem z Anią Szarmach śpiewał u mnie w chórkach, miał problem z zębem po wypadku, ale nie powiedział mi o tym. Podczas piosenki „Natural women”, nie zapomnę tego, mamy taką kodę (przyp.red.: finał piosenki) kończy się śpiewaniem na trzy głosy „women, women, women”. Łukasz uśmiechnął się do mnie podczas śpiewania, ja patrzę – a on ma taką czarną dziurę w przednim uzębieniu. Myślałam, że dowcip mi zrobił, namalował sobie coś, przykleił może. Tak się zgotowałam, że kompletnie nie mogłam zaśpiewać tego rozwiązania, więc to trwało i trwało. Ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, ja nie mogłam im tego powiedzieć. To była sytuacja, w której najtrudniej mi było się zebrać. Potem się okazało, że ząb Łukasza naprawdę wypadł, to było o zgrozo!… ale bardzo śmieszne. Takich anegdot jest naprawdę cała masa.

MUZYKA

D.K.: No i popłakałam się ze śmiechu! Nie znałam tej historii, a tyle lat się znamy. Nawet kilka imprez zaliczyłyśmy razem..

N.K.: Tak było :) 

D.K.: A propos znajomości, to jest fascynujące, że znam Cię od wielu lat, ale wciąż myślę, że nie znam Cię wcale. Wciąż czymś nas zaskakujesz, np. nową fryzurą- swoją drogą piękne są te Twoje loki. Czy zmiany zewnętrze, choćby w stylizacjach, strojach scenicznych generują zmiany w muzyce jaką tworzysz czy wręcz odwrotnie? 

N.K.: Zmiany wizerunku są dla mnie czymś naturalnym. Zawsze byłam obdarzona dużą ilością włosów i fryzury traktowałam jak czapki. Jak na prawdziwą kobietę przystało, to zawsze byłam na przekór swojej naturze. Przez wiele lat nosiłam długie włosy i je prostowałam, potem na przekór chciałam udowodnić, że ja to nie włosy (jak śpiewała India Arie  „I’m not my hair”). Coś w tym jest, że nie chciałam być zaszufladkowana wizerunkowo, więc tutaj sobie wygoliłam bok, tu spięłam na gładko czy obcięłam na krótko. Na szczęście nie ma w tym nic złego, włosy odrastają, a człowiek lubi sobie poeksperymentować, żeby sprawdzić, w którym nakryciu głowy jest mu najlepiej. Teraz mam najbardziej naturalną fryzurę w całym moim życiu. Myję głowę i nic więcej nie robię. Mam naturalny skręt, a w tej długości jest on jeszcze większy. Wszelkie zmiany wizerunkowe przy płytach, były dla mnie formą ekspresji i zabawy. Są płyty, teledyski i piosenki, w których bardziej mój wizerunek jest wyeksponowany, a są takie jak przy płycie „Ósmy plan”, gdzie mój wizerunek był na dalszym planie. Klip do piosenki „Pióropusz” jest nawet wykonany w technice animacji poklatkowej, więc mnie tam nie ma w ogóle i jakoś nie czułam potrzeby opowieści tej historii swoim wizerunkiem. Natomiast album „Halo tu ziemia!” i temat kosmiczny, teksty, które napisałam dały mi już większy pretekst do zabawienia się tą formą. Nawet zaszalałam, co widać w teledyskach, zwłaszcza w klipie do piosenki „Kobieta”, w której bawię się tematem postrzegania kobiet, wizerunku, stereotypów na nasz temat. Ten teledysk ma bardzo groteskowy, przerysowany charakter i muszę przyznać, że tutaj najbardziej wyżyłam się wizerunkowo. 

D.K.: No właśnie, ale lubisz eksperymenty nie tylko z wizerunkiem, także te muzyczne. Udowadniasz to kolejnymi krążkami, każdy z nich jest inny. Wspomniałaś o „Ósmym planie” i „Halo tu ziemia!”, zastanawiam się gdzie szukasz inspiracji? Wiem, że lubisz np. Little Dragon, że często robicie sobie z Michałem Youtube Party. 

N.K.: Muzyka sama w sobie jest inspirująca, więc jak się słucha, to dzieje się to automatycznie. Michał miał taki moment, że dzień zaczynał od tego, żeby zobaczyć co nowego, zwłaszcza w elektronice i alternatywie. Szukaliśmy, łowiliśmy różne rzeczy, jesteśmy otwarci na to, co ktoś nam poleci, a poza tym jeździmy na różne festiwale. Muzyka sama w sobie jest pokarmem.  Inspiracją jest też spotkanie, bo np. przy płycie „Halo tu ziemia!” pojechaliśmy w góry bez żadnych założeń, że chcemy nagrać płytę taką czy owaką. Nie mieliśmy żadnego nastawienia, po prostu wzięliśmy sporo instrumentów w tym syntezatory analogowe, które zdefiniowały tę muzykę. Wszystkich nas wkręciły te chropowate brzmienia i każdy był dla siebie inspiracją, to jak graliśmy nas nakręcało. Pojechaliśmy z całym zespołem  – Archie Shevskym, Marcinem Górnym i Michałem, i to był czas totalnej zajawki. Na powstanie kolejnej płyty ma wpływ wiele czynników: twoja przeszłość, to czego się nasłuchałeś jako dziecko, wnioski, błędy, nowe fascynacje muzyczne, brzmienia. Kiedyś okazało się np., że oboje z Michałem od lat uwielbiamy Depeche Mode. Wiele gatunków po drodze nas inspirowało, od jazzu poprzez funk, soul itd. I to wszystko ma potem ujście w tym, co człowiek nagrywa. Ale z drugiej strony chciałoby się zrobić coś swojego, czystego, więc jak nagrywam nowy materiał, to nigdy nie ma założenia, że chcę, żeby to było jak coś, co już istnieje na rynku muzycznym. Radiowcy często mówią: nagraj płytę, która będzie jak coś, albo coś na miarę tego artysty. Takie myślenie zawsze jest dla mnie bolesne, jest też olbrzymim ograniczeniem. Takimi rzeczami przy nagrywaniu płyt już od dawna się nie kieruję, świadomie ponosząc konsekwencje. 

D.K.: Mówi się, że ludzie lubią te dźwięki, które już gdzieś słyszeli. Może o to chodzi dziennikarzom?

N.K.: No tak, ale zawsze jest ten pierwszy raz. Kiedy Dawid Podsiadło pokazał się w Polsce, też wcześniej byś nie powiedziała, że radio zagra taką muzykę. Potem wszyscy już chcieli być i są „jak Dawid Podsiadło”. Kiedy Adele pojawiła się z balladą, też nikt by nie pomyślał, że będzie grana w eterze. Nagle wysypały się same Adele, jedna po drugiej. Nie o to chodzi w muzyce, by była podobna do tej, z którą jesteśmy osłuchani. 

D.K.: W takiej sytuacji dobrze jest się wyróżnić, a Ty się wyróżniasz. A może Ty tęsknisz za muzyką klubową? 

N.K.: Nie, wiesz tęsknoty za klubowym życiem nie ma we mnie w ogóle. Natomiast uwielbiam grać koncerty, gdzie przychodzi publiczność, która chce przyjść i posłuchać muzyki. Bardzo lubię grać koncerty w klubach, nawet kameralnych, gdzie ludzie są w miarę blisko, przeżywają, a ja widzę ich oczy, w nich emocje. Oczywiście lubię też grać w większych salach, ale nie segreguję muzyki w ten sposób. Jedną z największych inspiracji muzycznych jest dla mnie grupa Son Lux, która najpierw grała w klubach. Byłam na takim koncercie w Polsce. Dziś grają w ogromnych halach, bo nagle okazało się, że ten zespół stał się modny. Zaskakujące, bo muzyka, którą grają nie jest mainstreamowa. Zrobiła się na nich koniunktura i to jest super fajne. Co do klubowego wątku, zapewne pewne moje brzmienia mogą się kojarzyć z taką muzyką. Polecam zresztą remiksy, np. do piosenki Miau czy Sexi Flexi…

D.K.: Prawie rok mija od wydania ostatniej płyty „Halo tu ziemia!”. Schodzisz czasem do piwnicy, do studia nagraniowego, masz już tęsknotę, żeby zrobić coś nowego?  

N.K.: Trochę zmieniamy, przekształcamy nasze studio, rozwijamy je, więc mam nadzieję, że to miejsce dostarczy nam jeszcze więcej inspiracji. Na razie jest wiele projektów, do których zostałam zaproszona w międzyczasie. Ciągle jeszcze żyję płytą „Halo tu ziemia!”, gramy koncerty w różnych miastach w Polsce. Wkrótce też  będziemy grać koncerty akustyczne, co oznacza, że oparte będą o gitarę akustyczną. Żeby przełamać typowo akustyczne brzmienie, Michał gra wówczas wyłącznie na perkusji elektronicznej a bas grany jest na Moog’u. Brzmi to nietypowo, kameralnie, taki minimal. Dla publiczności ten rodzaj koncertu jest wyjątkowy bo mamy z nią bliski kontakt. Gram też koncerty ze znakomitym Atom String Quartet. Nawet piosenki z ostatniej płyty zostały fantastycznie przearanżowane przez nich. Marek Napiórkowski zaprosił mnie do projektu, który łączy w sobie cechy koncertu i spektaklu, są to kołysanki dla dzieci i dorosłych „Szukaj w snach”. Ja nie bardzo chciałam wracać do świata dziecięcego, trochę się tego bałam, ale jak usłyszałam tę muzykę, to nie miałam żadnych wątpliwości. Te utwory niosą ogromną wartość. To jest zbiór ciekawych i pięknych  kompozycji Marka, niezwykle kojących i nie zaśpiewać ich byłoby grzechem (śmiech). Dlatego weszłam w to całą sobą. Zagraliśmy 17 spektakli w Teatrze Starym w Lublinie, bo to była ich inicjatywa i wydaliśmy niedawno album pod tym samym tytułem. Polecam tę płytę nie tylko tym, którzy mają dzieci, ale także tym, którzy chcą sobie posłuchać ciekawej akustycznej, kojącej, delikatnej i subtelnej muzyki. To jest taka trochę muzykoterapia. Dodatkowo biorę udział w serii koncertów „Cohen i kobiety”, gdzie śpiewam dwa utwory Leonadra Cohena. Cały czas coś się dzieje, więc nie doszłam jeszcze do tego momentu, w którym jestem zupełnie gotowa na nowe… aczkolwiek powoli już mnie nosi. Przez najbliższe kilka miesięcy będzie się wiele działo koncertowo i projektowo, ale przyjdzie moment, w którym nowe rzeczy zaczną mi się napraszać. Planuję także pewien projekt na 2020 rok, na razie nic nie mogę zdradzić, może tylko to, że powoli się do niego przygotowuję a kalendarz koncertowy na przyszły rok też powoli się zapełnia. 

autor zdjęć Zuza Krajewska
autor zdjęć Zuza Krajewska

 

NATALIA KUKULSKA KOBIETA Z KLASĄ

D.K.: Lubisz być kobietą?

N.K.: Czasami lubię, a czasami przeklinam (śmiech). Wydaje mi się, że natura dużo nałożyła na nas obowiązków i wyzwań, a sprostanie im wszystkim nie jest łatwe, zwłaszcza dla kobiet z ambicjami. Ambicje czasami potrafią zjadać cię od środka, a jeśli do tego dołożysz jeszcze perfekcjonizm, jest dużo trudniej. Dlaczego? Bo wszystko chcesz zrobić na własnych zasadach i ze stuprocentową dokładnością. W piosence: „Kobieta” jest  bardzo dużo mojej refleksji o kobiecej naturze. Opisują nas słowa: 

„Szyja jak pal
Jest wbita na dno
A sięga do gwiazd
Panoramiczny wzrok”

Mam czasem takie wrażenie, że muszę być nogami bardzo mocno na ziemi, że ziemia woła do mnie: ziemia do Natalii, a ja z kolei chcę się unosić artystycznie. Z drugiej strony oczy mam dookoła głowy, wszystko staram się dostrzegać. Widzę też różnice między nami, a mężczyznami choć oczywiście to generalizowanie. Oni są zadaniowi, poukładani: wchodzą w jeden temat i skupiają się na wykonaniu zadania, są przy tym precyzyjni. My kobiety mamy podzielność uwagi i wiele różnych funkcji w życiu, które łączymy.

D.K.: Podzielność uwagi bywa naszą zmorą, masz rację. 

N.K.: Dlatego śpiewam: 

„Poczuj cukier i sól. 

Dobrze ją znam. 

I wiem czego chcę. 

Bo ten przekorny głos. 

Kobieta we mnie jest.”

Wiem też, że potrafimy nie być łatwe, a czasem także porywcze:

„Z niczego i tak umie wywołać dym”

W piosence „Kobieta” zabawiłam się stereotypami myślenia o nas, bo przecież każda kobieta jest inna i tak często generalizuje się nasz wizerunek. Chociaż… pewne cechy pojawiają się u większości kobiet. 

>



D.K.: Kto jest dla Ciebie przykładem kobiety z klasą? I co to właściwie znaczy kobieta z klasą? 

N.K.: Po przeczytaniu książki Michała Rusinka o Wisławie Szymborskiej, to ona mi się widzi jako taka osoba. Miała lotność spostrzeżeń i opisywania tego, co dusza przeżywa w sposób unikatowy i niesamowity. W taki sposób, który pozwala czytelnikowi poczuć i przeżyć to samo. W relacjach międzyludzkich też była urocza: była trochę damą, która trzymała pewien rodzaj dystansu, a z drugiej strony miała niezwykłe poczucie humoru i nie brakowało jej temperamentu. Była prawa, ale też w elegancki sposób wymagająca, przyznawała się do błędów i niedoskonałości – bardzo mi się podoba ta postać. Ona przyszła mi jako pierwsza do głowy, ale niezwykle trudno jest wybrać jedną ikonę. Kasia Nosowska ma klasę, to rodzaj kobiety, która ma mocny charakter, ma poczucie humoru, ale ma też jaja, jest bardzo inteligentna i niezwykle twórcza. Cały czas robi ciekawą muzykę i pisze takie teksty, ma dużo do powiedzenia. Myślę, że w każdej dziedzinie byłaby to jakaś inna postać. 

D.K.: Zabrzmi jak pytanie starego piernika, z góry przepraszam ;) Zastanawiam się, czy czasy, w których żyjemy, są dobrymi czasami dla kobiet z klasą? Trudno jest odnaleźć swoją życiową ścieżkę w tym labiryncie pokus, niewiele znaczących świecidełek, które kuszą i zawracają z obranej drogi.

N.K.: Trudno ocenić, ale czasem jak przeglądam Instagram i widzę treść wrzucaną przez niektóre kobiety, w jaki sposób siebie pokazują i co jest dla nich ważne (zwykle jest to kawałek ciała w różnych odsłonach), to ja tego nie rozumiem i wydaje mi się, że to jest dalekie od klasy, ale – nie mnie to oceniać. Może właśnie klasą jest nieocenianie innych? (śmiech) Chyba jednak klasy mi brakuje, bo często ulegam pokusie oceniania tego, co widzę. 

Kobieta z klasą kojarzyła się kiedyś z jakąś niedostępnością, nawet z zadzieraniem nosa. Współczesna kobieta z klasą to jest ta, która potrafi się przyznawać do własnych słabości, doskonali się i jest otwarta. Może nawet przekląć, jeśli to zrobi… po prostu z klasą (śmiech). 

D.K.: Dziękuję Ci, kobieto z klasą, za miłą rozmowę. Uznaję Twoją klasę w 100%, bo wcale nie oceniasz, tylko masz swoje zdanie. I tego się trzymajmy. 

176480_107159212696428_8125048_o

Dama w obiektywie! O kobiecej zmysłowości opowiada fotograf Adam Wilhelm

Kobiety stojąc przed nim, czują się nago. Wie, jak sprawić, by z kobiety emanowało  piękno, wdzięk, naturalność, siła i pewność siebie. Swoją pasję przekształcił w pracę, która od 25 lat daje mu niesamowitą satysfakcję, bo kocha ludzi i prawdziwe emocje. Utrwala je i dzieli się nimi. Adam Wilhelm. Fotograf, podróżnik, wielbiciel piękna.

Adam, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z fotografią?

Fotografią fascynowałem się od dzieciństwa. Jako mały chłopczyk urządziłem sobie własną ciemnie w łazience u dziadków, niejednokrotnie dziadek przyłapał mnie w środku nocy, gdy wywoływałem zdjęcia.  Jako nastolatek uwielbiałem wyjeżdżać za granicę, przechadzać się uliczkami z małym aparatem fotograficznym i uwieczniać napotkanych ludzi, tak zostało mi zresztą do dzisiaj.

Jesteś szczęściarzem, bo pasję przekształciłeś w pracę.

Tak, jestem szczęściarzem, bo robię to co kocham, połączyłem swoje pasje w pracę. Uwielbiam podróżować, robić zdjęcia, poznawać nowych ludzi. Na co dzień zajmuję się sesjami wizerunkowymi, biznesowymi na potrzeby korporacji. Zajmuję się także relacjami z eventów, konferencji,  premier filmów, a także zdjęciami reklamowymi np. Restauracji, potraw, które możemy oglądać na stronach internetowych czy ulotkach. Jednak najbardziej lubię robić zdjęcia fashion. Współpracuję z kilkoma markami odzieżowymi w Polsce i Europie. Kluczowy jest dla mnie kontakt z ludźmi, dlatego nie krępuję się powiedzieć, że jestem także fotografem wesel, komunii, chrztów, bo podczas takich uroczystości towarzyszy mi  prawdziwy kolaż emocji między ludźmi, małżonkami, dziadkami. Kocham zdjęcia w ruchu, dynamiczne w ciele i na twarzy.

Jesteś dojrzałym mężczyzną i doświadczonym fotografem. Patrząc przez obiektyw na kobietę, co chcesz z niej wydobyć? Jak ją postrzegasz?

Sesja z kobietą zawsze mnie fascynuje, też jako fotografa, bo widzę często piękno, którego one nie widzą. I obrałem sobie za punkt honoru i największe marzenie, by wydobyć z nich to piękno, które czasami jest tam gdzieś głęboko ukryte. Często tak jest przy sesjach biznesowych, gdzie są kobiety na początku spięte, a później widać prawdziwe uśmiechy, swobodę ciała. I to jest fajne, bo przy  sesjach typu modowych kobiety są bardziej pewne siebie, ponieważ są „zawodowcami” świadome swojej wartości, aparycji. Natomiast chodzi o to, by nieprofesjonalna modelka, po prostu kobieta poczuła się dobrze przed obiektywem. To jest bardzo trudne do osiągnięcia, bo ludzie przed obiektywem stoją często wręcz zmrożeni, stremowani.

Wolisz oddać charakter kobiety, czy jej piękno zewnętrzne. Co przeważa?

Charakter jest najważniejszy. Z kolei każdy chciałby się ujrzeć na zdjęciu swoją piękną twarz i ciało. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja cieszę się bardzo ze zmarszczek  mimicznych, rzeczy z których kobiety zazwyczaj nie są dumne i chciałyby je zatuszować. One nie rozumieją, dlaczego to jest fajne i piękne, a jest! bo to jest prawdziwe. Każda zmarszczka, bruzda,  blizna czy inny „defekt” powinien być powodem do dumy, bo oddaje nasze przeżycia, doświadczenia dobre i złe, ale to jest część naszego życia i ciała.

Kiedyś usłyszałam, że stojąc przed obiektywem to jak stać nago. Kobiety czasem wstydzą się występować przed kamerą. Co im radzisz? Jak dodajesz im odwagi by poczuły się sobą?

To może być przerażające dla modelki, że ja widzę wszystko w przybliżeniu, ale nadchodzi taki moment, że należy to po prostu zaakceptować. Moim zadaniem jest,  by kobieta poczuła się na tyle swobodnie, by zapomniała o tych swoich „defektach”, bo dla niej mogą być to defekty, a tak naprawdę dla innej osoby zmarszczka na czole czy blizna może być ciekawe i dodać uroku.

Myślenie o swoich wadach czy o swoim złym profilu, powoduje to, że wręcz podkreślamy to, co chcemy ukryć. Jeśli ktoś,  kto staje przed obiektywem i nie jest zadowolony ze swojego uśmiechu, to tak spina usta, że one wyglądają jeszcze gorzej. Natomiast jeśli przyjmiemy postawę, że nie mamy niczego do ukrycia, wówczas dopiero tak naprawdę zaczynamy pracować właściwie. Taki moment czasem osiągam po dłuższej serii zdjęć, kiedy generalnie ludzie już odpuszczają. Dążę do tego być ludzie zaufali mi i czuli się bezpiecznie.

Jak zdobywasz ich zaufanie? Co im mówisz?

Mówię im prawdę, staram się rozmawiać z modelkami, kobietami już podczas makijażu.  Aparat wyciągam tuż przed zdjęciami, bo podniesienie aparatu powoduje spięcie. Chodzi o to by tą naturalność utrzymać też kiedy aparat mam przy oku.

Jeśli modelka zrozumie, że mam na celu wydobycie tylko najpiękniejszych ujęć, to w tym momencie mi zaufa. Złe, śmieszne ujęcia kasuję. Nie zatrzymuje ich na dyskach.

Kobieta trochę się boi, bo jeśli fotografuję ją w bieliźnie lub w sytuacjach intymnych i nie miałaby do mnie zaufania, że wybiorę tylko najlepsze zdjęcia, a resztę usunę,  to sesja byłaby bez sensu. Przygotowuję tylko zdjęcia, które będą się podobać i z których kobieta będzie dumna i chciała się nimi pochwalić.

Robisz także sesje indywidualne nie tylko 20-letnim modelkom, ale także dojrzałym kobietom w bieliźnie. Praca na planie wygląda inaczej z dojrzałą kobietą?

To jest kwestia bardzo indywidualna.  Uważam, że kobiety, które zdecydują się w wieku 45-50 lat na zdjęcia intymne wiedzą czego chcą. Są świadome jakiego efektu pragną i skoro podjęły taką decyzję to podchodzą do sesji bardzo poważnie i świadomie. Angażują się w stu procentach niezależnie od wyglądu. Na początku trochę zwykle żartują, uśmiechem chcą  zasłonić tremę, ale one wiedza po co przyszły. Natomiast kobiety takie są dużo młodsze nie są zwykle zdecydowane. Chcą sobie zrobić, bo namówiła je koleżanka itd. Kobiety, czym są starsze tym bardziej wiedzą, czego chcą w życiu.

Twoja najciekawsza sesja kobieca to…

Trudno powiedzieć, wszystkie są ciekawe. Każda sesja kobieca jest dla mnie wyzwaniem. Przypominam sobie taką sytuację: Przyszła mama z córką na sesje bieliźniarską, gdzie córka była modelką, a mama przyszła towarzyszyć córce by czuła się bezpieczniej. Gdy już skończyliśmy to mama poprosiła mnie, bym także jej zrobił zdjęcia w bieliźnie.  Obie wyszły zadowolone. Dla mnie to było inspirujące przeżycie.

A które zdjęcia wypadły lepiej? Mamy czy córki?

Jeśli chodzi o emocje, zaangażowanie, to oczywiście mama. Córka potrzebowała zdjęć do portfolio, zajmuje się modelingiem, ale nie do końca to czuła, nie wniosła takich emocji jak mama.

Jak przygotować się najlepiej do sesji zdjęciowej jeśli chodzi o stylizacje i makijaż?

Wbrew pozorom lepiej mi się pracuje, gdy kobiety same się przygotowują własną garderobę,  tak aby czuły się w nich komfortowo i wygodnie. Stylista z kolei odkrywa nowe możliwości, ale to już jest inny rodzaj sesji. Ubranie powinno być najlepiej gładkie, bez wzorków szczególnie, jeśli chodzi o drobne paseczki i krateczki, które w plikach cyfrowych tworzą efekt „mory”.

Z makijażem jest odwrotnie. Uważam, że zawsze powinna być wizażystka. Natomiast na sesję powinny przyjść bez makijażu, by uniknąć efektu zmęczonych oczu.

Gdy myślisz „kobieta z klasą”, kto pierwszy przychodzi Ci na myśl?

Monica Bellucci i Sophia Loren.

Dlaczego one?

Myślę, że bardziej Monica, bo Sophia ma wyzywającą urodę.

Monica jest kobieca. Chodzi o zachowanie, postawę. Monica jest wyważoną, świadomą siebie kobieta. Ona nie potrzebuje niczego robić, po prostu emanuje od niej miano „kobiety z klasą”. Niezależnie od atrybutów zewnętrznych, ona nosi tę klasę w sobie. Trudno mi nawet to wyrazić. Jest to coś, co się czuje. Sposób noszenia ubrań czy nienoszenia to jest to co determinuje tę klasę. Nie chodzi o zbytnia pewność siebie, bo to przeobraża się w arogancję, a arogancja nie jest oznaką klasy, to raczej jest oznaką braku klasy. Klasa to jest wyważenie we wszystkim. Przez te kobiety płynie ta klasa i nie jest wymuszona.

Aneta Pisaniec

Jak odnaleźć swój własny styl radzi stylistka gwiazd i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec

„Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. W tym wszystkim nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku.”

Stylistka gwiazd, perfekcjonistka w każdym „detalu”, miłośniczka piękna, mody, a przede wszystkim wielka optymistka i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec.

W dzisiejszej dobie możemy zamówić, kupić absolutnie wszystko i wyglądać jak gwiazda. Jak tego dokonać, by jednak nie stracić majątku?

Aneta Pisaniec: Tak jak zaznaczyłaś w swoim pytaniu, na rynku jest już wszystko. Oznacza to ogromną konkurencyjność również cenową. Wyglądać „jak gwiazda” można wręcz dosłownie. Internet pełen jest stron, na których możemy zamawiać kopie sukienek naszych ulubionych celebrytek, w których widziałyśmy je na jakiejś gali. Sugerowałabym jednak powściągliwość w takich zakupach. Suknie gwiazd kosztują zazwyczaj od kilku do kilkudziesięciu, nawet kilkuset tysięcy złotych. Nie oszukujmy się, że jakość materiału i wykonania, w naszej tańszej wersji będzie taka sama. Patrząc z mojej perspektywy na klientki, z którymi współpracowałam na przestrzeni lat, najważniejszy w wyglądzie gwiazdy jest zadbany wygląd. Mam na myśli ładną skórę, zdrowe włosy. Potem zakupy. Z każdej kolekcji możemy wybrać coś dla siebie. Warto jednak najpierw poznać dobrze swoją sylwetkę. Wyglądać ja gwiazda oznacza podkreślać atuty i tuszować mankamenty, one to robią przecież najlepiej. Ja zawsze namawiam osoby, z którymi pracuję do kupienia kilku ekstrawaganckich rzeczy w czasie wyprzedaży. Ciekawe buty, torebka, kolczyki. Normalnie szkoda nam pieniędzy na dodatki „okazjonalne”, a to one potrafią dodać smaku całej stylizacji.

Przybliż nam trochę swoją pracę zza kulis. Przychodzi do Ciebie klientka, która ma przed sobą „wielkie wyjście”. Jak odkrywasz jej styl?

A. P.: Klientki, które zgłaszają się do stylisty to kobiety, które zazwyczaj chcą całościowo zmienić swój styl. Drugą kategorię stanowią panny młode, ale to zupełnie inny temat :) Wracając do klienta numer jeden, jest to osoba, którą muszę dobrze poznać. Wiedzieć czym się zajmuje, jak wygląda jej dzień i też co chciałaby poprzez nowy wizerunek osiągnąć. Motywacje są bardzo różne. Dodatkowo, zazwyczaj umawiam się z klientką najpierw w jej domu, by przejrzeć szafę. Wyrzucamy z niej rzeczy, które kompletnie się nie nadają, dajmy drugie życie tym, z których nie umiała korzystać, a okazują się przydatne. Potem idziemy na zakupy i tworzymy różne zestawy. Stylista to również trochę psycholog, współcześnie można powiedzieć coach. Kobiety, które chcą coś zmienić w wizerunku, często mają już na to jakąś wizję, ale potrzebują osoby, która je w tym utwierdzi. Pewne rzeczy są dla nich naprawdę nowe, więc nie staram się ich przestraszyć i tylko sugeruję, że mogą to sobie kupić same, za jakiś czas, jak już się z tą wizją oswoją. Robię im w tym zdjęcie, żeby mogły na nie spojrzeć po upływie czasu, kiedy czują się już pewniej ze zmianami, jakie następują. Nie zmuszam, ale kiedy widzę, że ktoś wygląda w czymś naprawdę świetnie, namawiam. Troszkę je terroryzuje, ale mam wrażenie, że tego potrzebują, bo inaczej niczego nie zmienią ;)

W jaki sposób określiłabyś „styl damy”? Kto przychodzi Ci na myśl pod hasłem „kobieta z klasą”?

A. P.: To jest trudne pytanie z względu na to, że tak jak w każdej dziedzinie życia i w tej jaką jest moda i wizerunek, granice wciąż się przesuwają. Mogłabym podawać klasyczne przykłady jak Audrey Hepburn, mam jednak wrażenie, że to już trochę nieaktualne. Oczywiście, prostota zawsze się obroni i będzie wyglądać dobrze, jednak czy każda kobieta, która włoży małą czarną od YSL, do tego szpilki od Loubutina i torbę od Chanel ma klasę? Czy po prostu dużo pieniędzy? Audrey to przykład nie tylko kobiety z klasą i prawdziwej damy, ale też dobrego człowieka, działającego na rzecz ludzkości. Człowieka, dla którego wizerunek był dodatkiem do całości tego, jaką była osobą. W bardzo trafny sposób na Twoje pytania odpowiada Garance Dore w swojej książce. Pisze tam o czymś co według YSL nazywa się elegance de coeur, czyli elegancją serca. Dla mnie kobieta z klasą to osoba, potrafiąca zachować się w każdej sytuacji, tak by nie dając się nikomu poniżyć, nie poniżać również innych. Kobieta, która jest zmysłowa poprzez sposób rozmowy i uśmiechu, a nie eksponowaniu atutów wyglądu. Oczywiście, mówimy tu o emocjonalnej stronie. W dzisiejszym świecie ciężko być damą, każdego dnia spotyka nas tyle wyzwań i trudnych sytuacji, że musimy naprawdę nad sobą panować, aby coś nas nie wyprowadziło z równowagi. W moich oczach kobietą z klasą i prawdziwą damą jest ta kobieta, która nie dostosowuje się do wymogów danego środowiska, wulgarności. Kobieta, która ma swoje zdanie i potrafi je obronić.

Nieodłączne atrybuty „Kobiety z klasą” to…

A. P.: Uśmiech :) Dodatkowo zawsze warto mieć przy sobie, coś aby się okryć, móc zasłonić ramiona, ze względu na wielokulturowość miejsc, w jakich możemy się znaleźć. Reszta atrybutów kobiety z klasą nie jest moim zdaniem związana z ubiorem, a z pewnością siebie i zadbanym wyglądem, który jest odzwierciedleniem szacunku do osób z którymi ma się spotkać. Mam na myśli czyste dłonie, zadbane paznokcie, uczesane włosy, zapach…

To prawda, że „Moda przemija, styl pozostaje”? Jak odnaleźć swój własny styl?

A. P.: Styl to sposób ubierania się, który pasuje do tego jak i gdzie funkcjonujemy na co dzień. Odnajdywanie swojego stylu to dość długi proces, ponieważ składają się na niego nie tylko suche informacje, dotyczące tego w czym nam jest dobrze. To też akceptacja siebie, a jej nabieramy z wiekiem. Styl młodych ludzi często się zmienia, ponieważ poszukują jeszcze swojej drogi. Kiedy już wiedzą, kim są, mogą ten styl pokazać sobie i światu, i być konsekwentnymi w wyborach. Wtedy z każdej kolekcji potrafią dobrać coś, co ich nie przebierze tylko unowocześni wygląd, pozwoli dopasować się do trendów.

Jakie są trendy na lato 2018?

A. P.: Pantone wybrał na ten sezon fiolet. Kolejnym modnym dodatkiem będzie coś w odcieniach intensywnej żółci lub ognistej czerwieni. Dla kobiet delikatnych sprawdzi się pudrowy róż i jasny niebieski, tzw. baby blue. Dla niezdecydowanych polecam biel. Ponadto torebki – koszyki, mini wersje tych piknikowych będą absolutnym hitem. Wszystko co dżinsowe i błyszczące, a najlepiej ze sobą zmiksowane. Ponadto boho w każdym wydaniu w postaci eklektyzmu, np. kwiatki łączymy z paskami. Bawimy się fakturą, wzorem i kolorem.

W każdym wieku możemy ubrać się modnie, zgodnie z trendami, seksi?Wiek, sylwetka Twoim zdaniem nie gra roli?

A. P.: Odpowiedzi na to pytanie są dwie. Pierwsza jest taka, że każdy może robić to na co ma ochotę,  o ile nie jest to przestępstwo. Ubiór, o ile kogoś nie obraża, nie jest zbrodnią. A więc wolno nam w każdym wieku nosić to na co mamy ochotę. Druga wersja odpowiedzi na to pytanie jest taka, że jeśli chcemy dostosować się do ogólnie panujących norm, wszystkiego nam robić nie wypada. Moda w dzisiejszym świecie jest dla każdego i wyglądać modnie możemy wszyscy. Co do trendów, nawet młode osoby nie powinny za nimi wszystkimi podążać, tym bardziej osoby ciut starsze.

Moje spostrzeżenie jest takie, że osoby w późniejszym wieku zazwyczaj rezygnują z intensywnych kolorów. Zupełnie nie wiem czemu. Królowa Elżbieta jest przykładem tego, że kolory z biegiem lat są wręcz wskazane.

Twoje najciekawsze modowe wyzwanie? Na przykład przychodzi klientka, która ma za dwa dni wielką imprezę, za to nie ma pomysłu w co się ubrać, nic jej się nie podoba. Co wtedy robisz?

A. P.: Nigdy nie miałam takiego problemu z klientkami. Miałam za to kłopoty z gwiazdami. Kiedyś jednej z nich tak spodobała się sukienka wypożyczona od projektantki do sesji zdjęciowej, że po prostu nie chciała jej oddać (kupić też nie). My zwykli śmiertelnicy zazwyczaj zachowujemy się normalnie i jeśli już prosimy o czyjąś poradę to po to, by z niej skorzystać. Gdyby przyszła do mnie osoba, której faktycznie nic z zaprezentowanych rzeczy by się nie spodobało, zapytałabym, czy jest jakaś kreacja, którą gdzieś widziała i chciałaby mieć podobną. Po ocenieniu czy jej ta rzecz pasuje, znalazłabym taką lub zleciła ekspresowe szycie u zaprzyjaźnionych krawców. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, najważniejsze to się nie zniechęcać i słuchać klienta.

Klasyka. Co zawsze warto mieć w szafie. Twoje „must have”?

Obawiam się, że moja odpowiedź nie zrewolucjonizuje niczyjego podejścia do tego tematu:

  • czarna klasyczna sukienka,
  • czarny żakiet,
  • biała koszula,
  • czarne szpilki,
  • trencz,
  • para gładkich dżinsów,
  • sportowe buty.

To są rzeczy, w których możemy w dzisiejszych czasach odnaleźć się w każdej sytuacji. Dodałabym jeszcze czarną skórzaną kurtkę.

Jakie masz motto lub jaką myślą kierujesz się w swoim zawodzie?

A. P.: Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. To samo staram się robić dla swoich klientów. Nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku:)

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved