website-logo
profilowe

Areta Szpura – kobieta, która ekologią podbiła świat!

Wpadła do knajpki zziajana, bo umówiłyśmy się w dwóch różnych kawiarniach. Gdyby nie telefony komórkowe trochę byśmy na siebie poczekały;) Założę się, że już od progu bystrym okiem filtruje, gdzie tu jest za dużo plastiku. Wszędzie jej pełno, zaraża dobrą energią, a w życiu jest jak Kapitan Planeta w spódnicy. Areta Szpura uczy nas ekologicznego życia i dbania o planetę dopóki mamy na to czas. „Zero waste” –  to jej życiowe motto.

Dagmara Kowalska: No dobra, rozejrzyjmy się… jak myślisz, ile kilogramów plastiku znalazłybyśmy w tej warszawskiej restauracji? Zrobimy eksperyment?

Areta Szpura: Mnóstwo! Na szczęście Warszawa nie jest taka zła; takie mam wnioski po ostatniej podróży. Mam wrażenie, że ludzie chcą zmienić przyzwyczajenia jak im się zwróci uwagę. To wynika z braku wiedzy: gdzieś widziałam słomiane słomki, gdzieś widziałam ludzi w ekotorbą, a jak byłam w Stanach Zjednoczonych, bez względu na to, czy to jest środek Florydy czy Nowy Jork, jest wszędzie tak samo źle i tam ten plastik rzuca się w oczy. U nas, aż tak bardzo nie boli, ale wiadomo, że jest wszędzie. Non stop widzę kogoś z jednorazowym kubkiem kawy, ze słomką, z reklamówką foliową, a ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że jest w tym coś złego.

D.K.: Siedzimy w modnej stołecznej restauracji, widzisz tu jakiś plastik, który można zastąpić innym tworzywem – bardziej przyjaznym dla planety?

A.Sz.: Nie ma tutaj aż tak dużo. Jest dobrze. Pewnie fotele są z jakiegoś plastiku. Ale widzisz, nie chodzi o to, że plastik jest zły. Sam w sobie, jako tworzywo, plastik jest ekstra, bo pozwolił się rozwinąć nam jako społeczeństwu. Mamy krzesła, samoloty, auta, które nie palą tyle, bo są lżejsze itd. Problem tkwi w używaniu go jednorazowo i z tym właśnie walczę.

D.K.: Dostałam kawę, Ty herbatę zimową w wielorazowym naczyniu, wspaniale Skąd u Ciebie to ogromne zamiłowanie do ekologii i filozofii „zero waste”? Kojarzysz się z walką ze słomką i wiedzą o tym prawie 64 tysiące obserwujących Cię na Instagramie.

A.Sz: (Śmiech) Jak to pięknie można sobie zmienić wizerunek w ciągu tylko jednego roku, to niesamowite. Słomka się za mną wlecze, bo to była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważyłam, zaczęło mnie to wkurzać, irytować, a to przecież tak łatwo to zmienić. Walka z plastikiem na świecie jest trudna i długofalowa, bo to nas otacza, jest wszędzie i nie mamy jednej gotowej alternatywy, żeby to podmienić. Tam, gdzie można używajmy plastiku, a jeżeli się da, zamieniajmy jednorazówki na przedmioty wielorazowego użytku. Dwa trzeba myśleć, i tu jest pole do popisu dla wszystkich mądrych naukowców, jakim tworzywem zastąpić plastik, żeby opakowanie miało taki sam termin ważności, jak produkt, który w nim jest. Wiem, że są jakieś pomysły, ale na razie nie ma jednego rozwiązania, które można by wprowadzić na skalę masową. Są konkursy, są zachęty, a ludzie już powoli zdają sobie sprawę z tego, że musimy zadbać o planetę. Słomka jest świetnym przykładem, bo jest wszędzie, nawet czasem po dwie albo trzy, a możemy jej po prostu nie używać.

D.K.: Czyli ta fascynacja ekologią zaczęła się u Ciebie od zauważenia tej mitycznej słomki?

A.Sz.: To na pewno nie był jeden dzień, to był cały proces. Spędziłam całe życie w modzie, więc zaczęło się od tego, że dostrzegłam, ile tam jest niedobrych rzeczy, a potem zaczęłam zagłębiać się w te tematy i trafiłam na trend „zero waste”. Ciuchy ciuchami, ale to jest cały duży proces wytwarzania, który trudno zmienić. A ile my możemy zmienić, nie czekając na zmiany w dużych firmach? To mnie bardzo wciągnęło, bo poczułam, że ja, osobiście, każdego dnia mam na to wpływ. I to jest ekstra, że ma się poczucie sprawczości i że jak pod koniec dnia miałabym zliczyć, ile rzeczy uchowałam przed zużyciem, to myślę, że tam niezła kupka, by się uchroniła.

D.K.: I to tylko Ty jesteś sama! A gdyby to przełożyć na innych ludzi?

A.Sz.: Tak, dokładnie i gdyby każdy z tych 8 miliardów ludzi na świecie zrobił coś dla planety, to mamy siłę. Siła tkwi w social mediach, bo dziś prawie każdy ma telefon, możemy się dzielić dobrymi przykładami. Musimy się jako ludzkość ogarnąć, bo według najnowszych badań zostało nam 1,5 roku wg ONZ. W innym przypadku nastąpią na ziemi nieodwracalne zmiany. Równia ku katastrofie będzie zbyt pochyła.

Tu nie chodzi o 20-ścia czy 50-siąt lat; zostało nam do uratowania planety i samych siebie 1,5 roku. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że plastik, który wyrzucamy, gdzieś sobie leży, rozkłada się pod wpływem słońca, wydziela więcej metanu, który z kolei znowu nakręca globalne ocieplenie. To jest po prostu zamknięte koło, niekończąca się historia. Żeby to przerwać, musimy przestać produkować plastik. Po drugie musimy myśleć, co zrobić z tym, który już jest. Powstają nowe projekty wyławiania plastiku z oceanów, ale przede wszystkim to każdy przeciętny, szary człowiek musi i może wpływać na firmy, które są źródłem tego wszystkiego.

D.K.: Jak Ty wpływasz na te wielkie firmy?

A.Sz.: Działam poprzez social media. Nie mam znajomości w każdej dużej firmie, ale wiem, jaką ma moc Instagram czy instastories. Dziś tagowałam jakąś firmę i w konsekwencji zebrał się zarząd tej firmy, bo nie wiedzieli, co mają robić.

D.K. (Śmiech) Powiem Ci więcej, w jednej z sieci kawiarni rzuciłam hasło Areta Szpura, zareagowali: „O rety, słomki!!!” Staramy się zrobić coś, żeby usunąć słomki z kawiarni, ale to zależy od centrali firmy, a podjęcie decyzji o wycofaniu z sieci na całym świecie słomek jest procesem…

A.Sz: Bullshit! Ja z tymi dużymi firmami spotykam się, walczę, rozmawiam z nimi, żeby dowiedzieć się, jakie mają problemy. Wiadomo, że jeśli to jest franczyza zagraniczna, nie mają zgody, ale ja wierzę, że za każdą firmą stoi człowiek, który ma uczucia i mózg i powinno mu zależeć, żebyśmy mieli, gdzie mieszkać i żyć. Jak się chce, to można. Słomka, to słomka – rozumiem proces wycofywania. Ale przykład – są trzy główne sieci kawiarniane w Polsce, a tylko jedna z nich daje ci zniżkę, jeśli przyjdziesz z własnym kubkiem. Dwie pozostałe nie dają nawet takiej możliwości, żeby nalać ci kawę do twojego kubka i zasłaniają się sanepidem. I teraz pytanie: czy te kawiarnie obowiązują inne przepisy sanitarne? Skoro jedna kawiarnia może zrobić kawę w twoim kubku, to czemu inna nie może? Nie wydaje mi się. To jest zasłanianie się przepisami, że niby to wszystko kwestia interpretacji. Prawda jest taka, że jak się chce, to można.

D.K.: Oczywiście, tu najważniejsze jest podejście. Ty często odbijasz się od różnych drzwi. Jak sobie z tym radzisz i jak motywujesz się, żeby do tych samych drzwi zapukać jeszcze raz, albo – wejść oknem?

A.Sz.: Udaję się do innej osoby z tej samej firmy. Próbuję innymi sposobami. Jak nie Instagram, to mail, telefon, idę osobiście porozmawiać. I męczę, męczę, męczę. Nie zniechęcam się, bo to jest dla mnie temat bardzo ważny i też widzę, co już zrobiłam, jak motywuję ludzi. To jest najbardziej zajebista kula śniegowa i ci ludzie, którzy gromadzą się wokół mnie w Internecie, dają mi taką energię do działania! Codziennie dostaję setki wiadomości czy zdjęć typu: to mój kubek na kawę, tu moja butelka, tu zamówiłam eko słomki, tu kupiłam książkę o plastiku. To jest bezcenne, jeżeli ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli pojęcia, o tym, o co walczę, a dzięki temu, że ja coś napisałam, wrzuciłam do mediów społecznościowych, zainteresowali się i weszli w to i sami się teraz starają.

To najlepsze, co mogło mnie spotkać. I to ci ludzie mnie napędzają, bo wiem, że każdy mój pomysł trafia do odbiorców i idzie dalej w świat. Działa to także w drugą stronę. Bardzo często to ludzie podsyłają mi jakieś artykuły, eventy i super, bo ja nie chcę się pozycjonować na osobę wszystkowiedzącą. Na szczęście dane mi było stworzyć platformę, na której komunikuję ze sobą ludzi.

D.K.: Twój uśmiech mówi wszystko: nawet jeśli są jakieś drobne niepowodzenia, wracasz do kolejnej firmy milionowy raz!

A.Sz.: Ależ niepowodzenia są cały czas, ciągle walę głową w ścianę. To jest życie, które nie jest usłane biodegradowalnymi płatkami róż, tylko plastikiem. Nie można się poddawać. Poza tym wychodzę z założenia, że wolę się skupić na tych dobrych, nie złych rzeczach, bo z narzekania nic nie wyjdzie, wręcz przyciągnę więcej złych tematów.

D.K.: Ostatnio okazało się, że działasz nie tylko na Instagramie. Zrobiłaś kampanię z gwiazdami i Noizz.pl. Dziś już chyba każdy wie, że Hubert Urbański przyznał się do zabijania delfinów. O co chodzi w kampanii „Tu pijesz bez słomki”?

A.Sz.: Chodziło o to, żeby pokazać ludziom, że bardzo często robimy coś szkodliwego dla środowiska, nie mając o tym pojęcia. Dlatego tak bardzo stawiam na edukację. I mam nadzieję, że teraz, kiedy już wiadomo, że słomka jest czymś totalnie zbędnym, na zawsze zniknie z naszego życia. A po niej reszta plastikowych złoczyńców. Namówienie Maffashion, Huberta Urbańskiego, Anji Rubik, Michała Piróga do tego, by wsparli akcję nie było żadnym problemem. To są ludzie, którym zależy na własnej planecie.

D.K.: Bardzo mi się to podoba, że poruszasz dużo ważnych tematów, że mnóstwo ludzi Cię obserwuje, ale jestem ciekawa, co myślisz sobie w środku, kiedy widzisz, że ludzie zaczynają dbać o swoje otoczenie. Jakie emocje Ci w takich sytuacjach towarzyszą?

A.Sz.: Czasem mnie to przeraża. Gdyby to ratowanie ziemi było bardziej opłacalne zawodowo, to chciałabym mieć asystentkę czy kogoś, kto by mi pomagał. Chciałabym każdej osobie odpisać na każde pytanie, na każde zdjęcie, ale nie wystarcza mi na to czasu. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania, pomijam tylko te, na które odpowiadałam milion razy, bo myślę, że każdy kto chce, znajdzie odpowiedź. Jestem strasznie wdzięczna, że jestem w takim miejscu. Czuję, że dostałam z góry jakąś misję do spełnienia i to, że mam dostęp do tylu ludzi mogę teraz wykorzystać w dobrym celu.

D.K.: Powiedziałaś wcześniej, że każdego dnia wybierasz drogę dzięki, której świat staje się swobodniejszy od plastików, śmieci jednorazowego użytku. Powiedz a przykładzie jednego dnia: czego unikasz, jak się Twój dzień układa tak, że jest bardziej eko?

A.Sz.: Wychodzę z założenia, że każdy z nas ma wpływ, może zmienić świat, a plastik jest tylko jednym z przykładów. Chciałabym w ludziach wywołać to coś, żeby oni też czuli, że mogą zmienić świat swój, osoby bliskiej w każdy sposób. Jeśli zrobisz coś dobrego, miłego, drobny gest, uśmiech w kierunku innej osoby to wraca do ciebie z potrójną mocą. Nie trzeba od razu ratować świata. Ja się tak zapędzam, chciałabym od razu, żeby wszyscy robili jak ja, ale wystarczy, że poratujesz koleżankę ładowarką, to też jest cenne.

Mnie codziennie bardzo trudno jest wyjść z domu bez niczego lub tylko z małą torebką, nawet na imprezę . No chyba, że idę na domówkę i będę miała dostęp do normalnych naczyń. Na co dzień muszę wychodzić przygotowana, bo nigdy nie wiem jak mój dzień się potoczy i co mnie zaskoczy. Staram się mieć przy sobie termos lub kubek na kawę, który służy nie tylko jako naczynie na kawę, ale też jako pudełko do przenoszenia różnych rzeczy.

Mam butelkę szklaną wielorazowego użytku, napełniam ją wodą z kraju, nie kupuję w plastikowych pojemnikach, ani nawet szklanych, bo to też jest surowiec, który się bez sensu zużywa, a o surowce trzeba dbać. Zawsze mam przy sobie pojemnik na wodę, mam ich całą kolekcję, bo je gubię, tłukę, jakaś czarna dziura je zjada. Mam nadzieję, że trafiają do kogoś, kto ich bardziej potrzebuje. Ostatni byłam na bezludnej wyspie, gdzie potłukła mi się butelka, a ja zaparłam się, że nie kupię plastiku i przez cały pobyt nalewałam wody do szklanej butki po winie. Wspaniale zdała egzamin. Można? Można!

Mam swój metalowy łyżkowidelec, który zastępuje plastikowe, drewniane narzędzia. To jest mój niezbędnik w podróży. Mam oldskulową siatkę na zakupy, która zajmuje mega mało miejsca, a mieści bardzo dużo. Często staram się mieć przy sobie metalowy pojemni, bo mam mały żołądek, nie dojadam porcji zamówionych w restauracji, ale zabieram je ze sobą, bo nie mam też sumienia wyrzucać jedzenia. Oszczędzam w ten sposób pojemniki na wynos, nawet te ekologiczne z papieru albo trzciny cukrowej i oszczędzam moją torebkę, w której jestem w stanie wylać wszystko, co tylko się da. Mój metalowy pojemnik jest szczelny, dlatego jeździ ze mną.

D.K.: Ile waży Twoja torebka przed wyjściem „na miasto”?

A.Sz.: Nie ma tragedii ☺ Przyzwyczaiłam się, że nie jest to mini torebka channelka, tylko raczej torba albo plecak, ale satysfakcja jaką mam, jest bezcenna i mogę się obyć bez tych gadżetów.

D.K. Już wiemy jak Ty sobie radzisz z tym, żeby żyć bardziej ekologicznie, a co my możemy zrobić każdego dnia, żeby ratować naszą planetę? Czyli być taką Aretą Szpurą 2, 3, 50, 120?

A.Sz.: Kapitan planeta. Ważne jest to, żeby nie zmieniać wszystkiego na raz, bo to może być zniechęcające. Fajnie jest popatrzeć sobie na swój dzień i ocenić gdzie plastiku zużywamy mniej i pomyśleć czy możemy go łatwo zamienić, np. w pracy. Często spotykam się, że w pracy są dystrybutory do wody z plastikowymi kubkami, albo plastikową butelką. Często ludzie piją kawę z kubka w automacie, a przecież mają szklanki i wodę w kranie. Taka mała zmiana może naprawdę wiele. Jeśli zaczniemy od siebie, może to później przejdzie na kolegów w pracy, całą firmę. Myślę, że jeżeli ludzi się delikatnie ukierunkuje, nie karci to mogą zrobić lepiej.

D.K.: To jest zaraźliwe, masz rację. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu pobiegłam kupić kubek na kawę z silikonową nakładką wielorazowego użytku. Nie biorę toreb foliowych, zawsze mam przy sobie materiałowy worek. I myślę, że trzeba mieć klasę, żeby nie myśleć o sobie, tylko o innych i o tym co nas otacza.

A.Sz.: No jasne! Bycie eko jest sexi, bycie eko jest cool, bycie eko jest klasą. Wspaniałe jest to, ze jeden cel nas łączy nadrzędny. Nieważne jakie mamy poglądy, politykę ekologia łączy ludzi.

D.K.: Czujesz się wówczas lepiej sama ze sobą?

A.Sz.: Tak, bo my tutaj nie jesteśmy u siebie. Jesteśmy gośćmi na tej planecie i dobrze byłoby żebyśmy szanowali to.

D.K.: Skoro jesteśmy przy klasie, na czym polega klasa u kobiety? Czym się wyróżnia kobieta z klasą?

A.SZ.: Hmmm. To nie jest coś oczywistego. Na pewno klasa przejawia się w tym, że ma własną opinię, że kwestionuje rzeczy i że nie boi się tego wyrazić. To jest dla mnie wyznacznik.

D.K.: Czyli nie musi jeździć Mercedesem klasy S?

A.Sz.: Tu nie chodzi o materialne rzeczy, bo jednego dnia możemy je mieć, drugiego możemy nie mieć. Ta klasa to jest coś niezbywalnego, np. charakter. To jest najcenniejsze w ludziach, kiedy mają swoją opinię, nie boją się jej wyrażać, co może mieć cenny wkład w życie innych. W dzisiejszych czasach jesteśmy zalewani rożnymi tematami i często ludzie to podłapują, nie sprawdzają, biorą za pewnik i podają dalej. Świat byłby trochę lepszym miejscem gdyby każdy chciał mieć swoją opinię.

D.K. : Znasz kobiety z klasą, które mogłabyś krótko opisać?

A.Sz.:Codziennie poznaję mnóstwo wspaniałych kobiet. Wspaniałe jest to, że się takie osoby przyciąga. Szukam osób poza światem celebryckim, tych, które są na backstage?u i odwalają całą czarną robotę, ale kochają to co robią. Każda osoba, którą poznajemy ma super historię, własną i jeśli się nią podzieli to jest to dla nas wzbogaceniem i super motywacją. Ostatnio miałam spotkanie z super laską. Ja miałam być mentorką, a się okazało, że bardzo wiele nauczyłam się od niej. Nawet jej to powiedziałam, że przez te dwie godziny więcej nauczyłam się od niej, niż ona ode mnie.

D.K.: Aretko, jak się widzisz za pięć lat, kiedy już wszyscy będą wiedzieli, że ekologia jest bardzo ważna?

A.Sz.: Za rok, a nawet za pół roku będą widzieli. Nie mamy 5 lat, nie ma tyle czasu. Nie mam pojęcia gdzie ja będę za 5 lat, ale mam nadzieję, że będziemy tutaj na tej planecie. Mam nadzieję, że ogarniemy się jako ludzkość i nie będziemy wykorzystywać tej biednej naszej planety, tylko, że opatentujemy jak się dalej rozwijać i żyć z szacunkiem dla zasobów. I żeby to wszystko działało i miało sens. Chciałabym żeby każdy z nas mógł się spełniać. Marzy mi się, żeby pieniądze nie sterowały ludźmi aż w takim stopniu jak teraz to jest. Dziś dla pieniędzy ludzie doprowadzają do ogromnych tragedii. Ta zmiana już się dzieje, nadchodzi, a ja mam nadzieję, że ludzie zmienią swoje priorytety, docenią te rzeczy, które są najbliższej i nie będą się tak spieszyć.

D.K.: Pij herbatę, bo wystygnie, gaduło (śmiech)! Dziękuję Ci za tę inspirującą dyskusję i system wczesnego ostrzegania przed alarmem jaki wysyła do nas ziemia.

profilowe

Jowita Michalska o tym, jak odnalazła się w męskim świecie, zachowując 100% kobiecości

Wstaje przed godziną 5:00 – to jej czas wyłącznie dla siebie. Na co dzień businesswoman, zawsze w dobrym humorze i z masą pomysłów na kolejne projekty. W weekendy odpoczywa, bo w życiu warto być człowiekiem, nie robotem. W życiu zawodowym oswaja nas z nowymi technologiami i sztuczną inteligencją. W tym świecie czuje się jak ryba w wodzie, a Dolina Krzemowa stoi przed nią otworem. Jowita Michalska – człowiek do zadań specjalnych, prezes Fundacji Digital University.

Dagmara Kowalska: Wolisz, kiedy mówią do Ciebie „Pani Prezes” czy „Prezesko”?

Jowita Michalska: Ani jedno, ani drugie. Nie przepadam za tytułowaniem. Najbardziej lubię jak do mnie mówią po prostu Jowita. Nie lubię oficjalnych sformułowań typu „proszę pani”, bo to stwarza niepotrzebny dystans, a wydaje mi się, że dystans przeszkadza w życiu. Nie lubię tych słów, bo przepracowałam wiele lat w korporacji i doskonale rozumiem mechanizm chowania się za swoją wizytówką. Są osoby, które uważają się za ważne, ponieważ mają dany tytuł. Ja jednak myślę, że człowiek powinien być rozpoznawalny na podstawie tego, jaki jest i co w życiu zrobił, a niekoniecznie poprzez tytuły.

D.K: Czyli w Fundacji Digital University wszyscy mówią siebie po imieniu?

J.M.: No jasne! To jest oczywiste (śmiech). Niezależnie od wieku czy stanowiska mówimy sobie po imieniu. Nie patrzę z punktu widzenia ani wieku ani płci, patrzę przez prymat misyjności, bo dla nas jest istotne, żeby dogadywać się na tej płaszczyźnie, że wszyscy chcemy zrobić coś fajnego. Część zespołu ma doświadczenie pracy w dużych korporacjach i biznesach. Odeszli ze względu na wysoki poziom odhumanizowania, jaki panuje w korporacjach albo ze względu na brak większego celu, brak misyjności w życiu. Te wszystkie cechy w naszej fundacji łączą ludzi i dzięki temu znikają bariery.

D.K. Zapytałam o tę żeńską odmianę „prezeska” nie bez powodu. Mnie jawisz się jako osoba działająca w przestrzeni, która jest sprofilowana pod mężczyzn. Ciekawa jestem, co robisz, by w tym świecie być zauważalną?

J.M.: Zawsze kiedy jestem na dużej konferencji technologicznej, występuję w różowej sukience (śmiech). Jak robią zdjęcia to mnie widać na mur beton. Oczywiście żartuję, chociaż czasami zdarza mi się tak robić. Myślę, że ta przestrzeń technologii od strony strategicznego podejścia, zmiany modeli biznesowych, wprowadzania nowego, innego podejścia do organizacji nie ma płci. Tak samo mężczyźni, jak i kobiety mamy problem ze zrozumieniem, jaki świat na nas czeka za kilka, kilkanaście lat. Mamy też kłopot z pojęciem jak do tego świata przejść „suchą nogą”. Żyjemy w świecie, który doskonale znamy, bo wykonujemy te czynności od wielu lat. Ten obszar nie ma płci głównie dlatego, że to jest nowe i wszyscy się trochę tego boimy. Dokładnie takie same problemy ze zrozumieniem, jaką firmę będę prowadzić albo w jakiej firmie będę pracować za 8 czy 10 lat ma czarnogarniturowy, elegancki prezes z branży usługowej, jak i przedsiębiorczyni sprzedająca sukienki, z kobiecym targetem i małą firmą. Wszyscy mamy dzisiaj duży krok do zrobienia i duży dyskomfort w związku z tym, że wkraczamy już jedną nogą w świat, który jest kompletnie nieprzewidywalny i prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie się zmieni. W Polsce, co jest ciekawe, to jeszcze bardzo mało widać. Dużo teoretyzujemy, dużo opieramy się o książki, wszyscy cytujemy teraz Yuvala Noaha Harariego. Kiedyś na każdym spotkaniu cytowano biografię Steve’a Jobsa, teraz na fali jest Harari i jego książka „Homo Deus” i nowa o predykcjach na XXI wiek, ale de facto mało z tego rozumiemy. Jak popatrzymy od strony konkretnych przykładów wdrożeń tych technologii, o których sobie rozmawiamy, to u nas ich nie ma. Wydaje mi się, że każda płeć, każdy zawód musi się tego nauczyć od strony praktycznej, najchętniej analizując przeróżne przykłady takich działań ze świata. Weryfikacja w pewnym momencie będzie błyskawiczna.

D.K.: Działasz na rynku ponad 20 lat, ale zaczynałaś swoją przygodę z marketingiem i dużą sprzedażą. To był moment kiedy trzeba było umościć sobie miejsce wśród tych wszystkich mężczyzn. Jaką strategię obrałaś wtedy?

J.M.: Świadomość, że trzeba walczyć o kobiety w biznesie, mam od jakiegoś czasu, nie od samego początku. Zresztą z całym szacunkiem 20 lat temu nie było żadnej dyskusji na ten temat. Zaczynałam karierę od branży reklamowej, w której nie było dominacji którejś z płci. Kiedy wchodziłam na imprezy i mówiłam, że jestem z agencji reklamowej, to wszyscy chcieli ze mną pogadać i to było coś bardzo fajnego, najmodniejsza wtedy branża. Poza tym szybko wchodziliśmy do świata międzynarodowego, wszyscy byli na „Ty”, obowiązywały standardy amerykańskie, więc my tam pracowaliśmy godzinami, czasem mieszkaliśmy, łącząc życie prywatne z zawodowym i z zabawą. Tam nie było takich problemów. Trzeba było dużo i szybko pracować, chcieć się tego uczyć. Ja w ogóle podchodzę do życia z entuzjazmem – wiesz to, już trochę mnie znasz. Jak mnie coś nie kręci to odpadam, a jeśli mnie coś zaciekawi, to zazwyczaj wchodzę w to na 120%. Zresztą mnie dość dużo tematów interesuje i oddaję dużo pozytywnej energii rzeczom, w które się angażuję. Wydaje mi się, że to jest kluczem. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że kobiety są gorzej wynagradzane na podobnych stanowiskach. Ostatnio miałam spotkanie ze znajomym z początków mojej drogi zawodowej i ten człowiek powiedział mi tak: „No Jowita, powiem Ci szczerze, że jestem zaskoczony, że tak się wybiłaś, stałaś się samodzielna, robisz niesamowite rzeczy. Kiedyś Twojego partnera biznesowego postrzegałem jako dojrzalszego, bardziej wartościowego w biznesie, a dzisiaj patrzę na to inaczej”.

Nie miałam też przypadku jawnej dyskryminacji kobiet, ale czasem kobiety dyskryminowały inne kobiety i uważam, że naszą misją jest nie tylko ośmielanie kobiet, żeby rywalizowały z mężczyznami o takie same stanowiska i wierzyły w to, że są równie dobre, ale też nauczenie kobiet, że powinny się nawzajem wspierać. Sprawić, żeby kobiety nie eliminowały innych kobiet z tego wyścigu. To się często zdarza. Kobiety walczą ze sobą, a mężczyźni się dogadują. Mam taki przypadek znajomej, która była bardzo zadowolona, że jest jedyną kobietą w zarządzie, bo otrzymywała masę komplementów. Dlatego z Fundacją Sukces Pisany Szminką przygotowujemy projekt dla dziewczyn opuszczających domy dziecka. Chcemy pokazać, że kobiety mogą współpracować. Żadna nie jest ważniejsza lub mniej ważna. Robimy razem daną rzecz i pokazujemy też takie wzorce. Chciałabym, żeby jak najwięcej kobiet pokazywało wzorce wspierania się w biznesie, bo wydaje mi się, że kobiece organizacje, które powstały wiele lat temu na początku opierały swoją działalność na opowiadaniu o tym, jaka dyskryminacja spotkała te kobiety i na wzajemnej empatii.: „Och, Ty też zostałaś wykorzystana i niedoceniona?” To okropne! Mało tam było biznesowego pomagania sobie, co generalnie popycha nas na kolejny poziom. Moja ukochana nowojorska mentorka Tess Mateo zaczyna swoje wystąpienie od pytania, kto jest projektantem twojej torebki i czy jest to kobieta? Bo kobiety trzeba wspierać na poziomie biznesowym, i Tess ciągle mi to mówi. Wsparcie biznesowe da nam skalę, pieniądze i wpływy, a emocjonalna bliskość i empatyczność jest ważna, natomiast nie zaprowadzi nas do rozwiązania wszystkich problemów, nie da nam skali, której potrzebujemy. Mam menteeiski (podopieczne mentorek), które umawiają się ze mną kawę, opowiadają o swoim biznesie i zaznaczają z góry: „Jowita ja Cię strasznie przepraszam, ja nie chcę Ci nic sprzedać”. A ja na to: „Ale dlaczego nie?”. Przecież to jest normalna rzecz. Nie powinnyśmy się wstydzić tego, że chcemy zarobić, chcemy kontaktów. Jeśli Ty reprezentujesz daną firmę czy produkt, to ja wiem, że Ty w to wierzysz. W takiej sytuacji powinnaś mi powiedzieć: „Jowita, czy mogłabyś mi spróbować załatwić kontakt do takiej osoby albo podpowiedzieć, co powinnam zrobić, żeby mój biznes szedł lepiej?”. Ja na to mówię: „Jasne, że tak”. Pytanie nic nie kosztuje. Jeśli będę mogła pomóc, pomogę, jeśli nie, nie pomogę. Jak się nie zapytasz, nie będzie opcji, żeby móc coś w tej kwestii zdziałać. Dziewczyny zazwyczaj przepraszają, że żyją, krygują się, żeby się wzajemnie wesprzeć, kiszą swoje kontakty, żeby się nie podzielić. To jest głupie i niedojrzałe. Faceci współpracują i fantastycznie na tym wychodzą. Powinnyśmy się od nich uczyć. Trzeba wzajemnie podpatrywać swoje najlepsze cechy.

D.K.: Co Cię popchnęło w kierunku świata nowych technologii? To jest oczywiste, że przechodzisz płynnie z marketingu do nowych technologii?  

J.M.: Nie było to oczywiste, bo nie zawsze jest tak, że od razu wiemy co chcemy dalej robić. To było bardzo burzliwe przejście, nawet nie do końca jest moje. Mówią, że powinnaś mieć w życiu pasję i ją realizować, co jest cudowne, ale moja ścieżka była inna. Wiedziałam, że chce zmiany, ale nie wiedziałam jakiej. Po 20 latach w korporacji byłam zmęczona i potrzebowałam roku odpoczynku, ale przy okazji chciałam też coś jednak robić. Przyszła moja koleżanka, która zaproponowała by założyć wspólnie fundację, bo dużo się dzieje w świecie nowych technologii, a Polska bardzo słabo absorbuje te wszystkie zmiany i ja powiedziałam robimy, nie do końca rozumiejąc na co się zgadzam. Ale pomyślałam sobie, że to jest dobry pomysł, a przy okazji nauczę się czegoś nowego, nauczą się też inni. Kręciło mnie zrobienie czegoś zupełnie innego, bo wydawało mi się, że w marketingu robię ciągle to samo. Poza tym przy stanowiskach dyrektorskich jeździsz po świecie, chodzisz na zarządy, bronisz raczej koncepcji, a większość fajnych, kreatywnych rzeczy robi team. Bardziej już reprezentowałam, a zatęskniłam za ubrudzeniem sobie rąk pracą ☺. Nigdy wcześniej nie pracowałam w fundacji, chciałam poznać ten obszar. Rozpoczęłyśmy przygodę wspólnie, a po roku dziewczyny wróciły do biznesu korporacyjnego, ja zostałam. Pojawiały się co prawda różne propozycje powrotu do dużego biznesu, które powodowały, że wskakiwałam jedną nogą do korporacji, ale cały czas jednocześnie prowadziłam fundację. Praca w korporacji uczy innych kompetencji, niż praca u siebie . Tam jest duża skala, tu mała i trzeba zrobić wszystko, żeby ta skala urosła, a to wymaga wiele odwagi. Biznes trzeba rozwijać systematycznie, ale raczej stabilnie. W korporacji robisz przegląd, przygotowanie kadry, jesteś liderem, motywujesz zespół, wprowadzasz nowe tematy. We własnej firmie musisz szybko wiedzieć czy ktoś się sprawdza czy nie, zbudować zespół i całą jego filozofię oraz misję. To są rzeczy, które ja robię pierwszy raz, ale pierwsze trzy lata zajęło mi dojście do tego, że to jest właśnie to, co ja chcę robić w życiu. Już nie tęsknię za wszystkimi fajnymi pracami, u kogoś. Mam 12 osób w zespole i pracujemy razem nad czymś co zmienia świat na lepsze w naszej małej skali. Wymyślamy coś nowego i od razu sprawdzamy czy to działa, czy daje efekty, czy ludzi to interesuje. Jest to fajna przygoda.

D.K.: Jak wywalczyć miejsce na rynku nowych technologii na świecie? Twoja fundacja pojawia się na wielu międzynarodowych konferencjach, super projektach. Ten świat zdaje się być bardzo zamknięty.

J.M.: Praca u siebie nauczyła mnie tego, że nie ma opcji pt. „czegoś nie wypada albo nie da się zrobić”. Ja chce robić dobre rzeczy, staram się być dobrym człowiekiem i nie mam też kompleksów. My od początku uważałyśmy, że musimy się w Polsce nauczyć świata nowych technologii od bardziej rozwiniętych krajów. Pierwszym naszym projektem w fundacji było zaproszenie do Polski profesorów z Harvardu. To się wydawało niemożliwym i nieosiągalnym. Potem okazało się, że wysłałyśmy maile, oni odpowiedzieli, zażyczyli sobie dużo pieniędzy za wzięcie udziału w konferencji, ale można było negocjować. Znaleźliśmy także partnerów, którzy zapłacili za przylot ekspertów. Udało nam się rozpocząć działalność i od początku miałam wizję powołania organizacji międzynarodowej. Wiele robimy w Polsce, ale mamy też partnerów w Czechach, Estonii, Singapurze, Izraelu, USA i ciągle znajdujemy innych. Chcemy pokazywać ciekawych ludzi nie tylko z Polski, także ze świata. Jedną z misji naszej działalności jest mieszanie tych światów ze sobą, żeby polscy przedsiębiorcy mieli łatwiejszy dostęp na rynki zagraniczne. Estonia ma 2,5 mln ludności, nie ma szans zarobienia pieniędzy na rynku lokalnym. Ci ludzie mówią po angielsku, myślą o swojej firmie jako o globalnej, a u nas tego trochę brakuje. My się boimy, choć marzymy o tej przysłowiowej Dolinie Krzemowej, ale jak my zrobiliśmy konkurs, gdzie nagrodą było 10 tygodni w NASA w Dolinie Krzemowej na programie akceleracyjnym to wiele startupów uznało, że są za słabi żeby nawet wziąć udział w konkursie.

Drugą taką rzeczą, którą zrobiliśmy, by być globalni, było wyszukanie partnera międzynarodowego, który dostarczy nam „know how”, czyli silną nogę strategiczną. Dlatego wyszukaliśmy Singularity University. I widzisz, tu można było powiedzieć, że za wysokie progi, a my wysłaliśmy maila, wstąpiliśmy o partnerstwo i okazało się, że można nawiązać współpracę. W tym roku jestem dumna, bo dostaliśmy główną nagrodę, jako Polska, za najlepsze przygotowanie i przeprowadzenie oraz wybór najciekawszych zwycięzców w programie Global Impact Challenge. Odebrałam nagrodę w San Francisco, Polska była najlepsza wśród 40 krajów, które też przygotowały to samo wydarzenie. Wygraliśmy rywalizację, mimo, że robiliśmy tę imprezę pierwszy raz. Warto próbować.

Wczoraj dosłownie, zostałam wybrana do zespołu strategicznego Singularity University jako jedna z 5 osób  z całego świata i jedyna z Europy!

Wiesz, kiedyś bałam się matury, potem bałam się pójść na zarząd w korporacji itp. Zawsze jak się coś robi pierwszy raz jest jakiś stres, że się nie uda. Dziś wiem, że nie wolno się bać, trzeba się rozwijać. Poza tym myślę, że my kobiety długo nie wiemy czego chcemy, ale w pewnym momencie dojrzewamy, zaczynamy siebie lepiej rozumieć i podejmujemy decyzję, że teraz jest czas żeby zrobić coś dla siebie. Miałam świetną rozmowę z moim przyjacielem, facetem po 50-tce, osiągającym sukcesy prezesem, który sobie zrobił sabbatical, czyli roczną przerwę. Przyszedł do mnie kiedyś na wino i mówi tak: „Powiedz mi jak to jest, że Ty wiesz, że to chcesz właśnie robić. Jak do tego dojść?”. Odpowiedziałam, że nie ma jednej metodologii, która jest fenomenalna i u wszystkich się sprawdza. On na to: „Mnie się wydaje, że wszystkie ćwiczenia opisane w książkach o sukcesie to jest bullshit.”  Ja mówię: „Masz rację to jest bullshit, musisz wziąć jeden z tych bullshitów i przetestować go na sobie, a jeśli będziesz konsekwentny to zadziała.” Moja metoda polega na tym, że zaczęłam wstawać o 5:00 rano, kiedy mój umysł był w dużo lepszej formie niż o 23:30 po położeniu dziecka spać. Brałam zeszyt i po prostu wyobrażałam sobie, że jestem 12 miesięcy do przodu. Miałam potężną wizualizację, że siedzę oto przy biurku, pije kawę i wspominam 12 miesięcy wstecz. Pisałam o tym, o czym marzę. Zderzyłam się z tym, że na początku w ogóle nie wiedziałam, o czym ja marzę. Codziennie pisałam w zeszycie, coś skreślałam, coś wyrzucałam. Mój mózg zaczął się przyzwyczajać do tego, że te zapisane zadania trzeba zrobić, czyli strefę totalnie niezorganizowaną przekuć w zorganizowaną. Potem zaczęły się dziać cuda. Zgłaszały się do mnie odpowiednie osoby. W wieku, w którym sama mogłabym być mentorką, poszukałam mentora, ponieważ jestem bardzo kreatywna, mam dużo pomysłów, ale niekoniecznie potrafię je dobrze uziemić. Moim mentorem zgodził się zostać prezes dużej firmy konsultingowej, podpowiedział mi, jak wybierać pomysły, jak je selekcjonować, czyli wybierać to, co mi pasuje i z czego będzie efekt społeczny lub biznes. Kiedyś mi się wydawało, że moim obowiązkiem jest spotkanie z każdym, który chce się ze mną spotkać. W pewnym momencie nauczyłam się myśleć pragmatycznie. Jeśli ja chcę zrobić coś dobrego, to muszę mieć na to czas. Zapamiętałam, że jeśli komuś mówisz tak, komuś innemu jednocześnie mówisz nie. I musisz wiedzieć, które „tak” jest najważniejsze. Nauczyłam się wszystkiego od podstaw, wiem w czym jestem dobra, bo trochę już siebie znam, ale wiem też, w których obszarach muszę się pilnować i się pilnuję.

D.K.: Pięknie powiedziane, inspirujące dla innych. Zastanawiam się nad tym czy Ty masz czas na życie prywatne? Co lubisz robić najbardziej kiedy niczego nie musisz robić?

J.M.: To jest mega nudne, ale ja najbardziej na świecie lubię czytać książki mojej córeczce Jagodzie. Latem czytamy w ogródku, a zimą na kanapie, pod kocem, z fistaszkami. Czytamy jedną książkę razem albo ja swoją i Jagoda swoją. To jest najfajniejsze. Rzeczywiście dużo rzeczy robię, ale wolę „work life integration’s” niż „work life balance”, czyli tam gdzie mogę zabrać moją córkę, to ją zabieram, staram się ją angażować we wszystkie rzeczy, które robię. Staram się zabierać ją ze sobą na konferencje, żeby potem mieć czas dla siebie. W fundacji mamy mnóstwo zajęć dla dzieci, w których ona też uczestniczy i też jest pierwszym testerem. Pilnuję, by weekendy mieć wolne. Czasem w niedzielę coś piszę, ale staram się nadrabiać zaległości w tygodniu o 5 rano. Między 5 a 9 rano w sobotę i niedzielę mam swój czas kiedy albo słucham podcastów, albo coś czytam lub piszę. Singularity University nasza organizacja matka produkuje mnóstwo materiałów, a ja muszę być na bieżąco więc tym się zajmuję. W weekend chce odkręcić głowę, pozbierać kasztany, usiąść na trawie. My bardzo łatwo możemy się sami skrzywdzić. Pracoholizm jest niedobry. My kobiety często idziemy w pracoholizm, bo wydaje się nam, że tego się od nas wymaga, że musimy innym udowadniać, że jesteśmy czegoś warte. Ja mówię do koleżanki, że widać, że jest przemęczona, a w odpowiedzi słyszę, że wszystko musi sama zrobić, bo jest niezastąpiona. To nie jest dobry kierunek. Dziewczyny mają w sobie autodestrukcję, ale ja jestem trochę inna. Powierzam pracę swoim ludziom, nie boję się tego, bo nie jestem od wszystkiego. Oni są w wielu sprawach dużo lepsi ode mnie, mają niesamowite pomysły, są bardzo pracowici. Dziewczyny nie jest prawdą, że wszystko musicie same zrobić. Nie sztuką jest się zajechać na śmierć, nic z tego nie będzie.

D.K.: Każde spotkanie z Tobą powoduje, że w mojej głowie otwierają się drzwi, o których zapomniałam. To o pracoholizmie zapamiętam, cenna uwaga. Faktycznie nie wszystko trzeba zrobić samemu. I to także Twoja działka, bo nowe technologie są po to, żeby nas odciążyć, ułatwić nam życie.

J.M.: Poza tym nowe technologie będą nas w dłuższej perspektywie uczyły jak być bardziej człowiekiem. Niektórzy z moich znajomych dziwią się, że tak huraoptymistycznie patrzę na nowinki, bo przecież one zabiorą nam pracę, bliskość, interakcje bezpośrednie. A ja mówię, że my żyjemy w trudnych czasach, bo jesteśmy w procesie zmiany, a w takim momencie wszystko się burzy, żeby zbudować od początku. Będzie się burzył nasz sposób pracy, system pracy, nasze relacje, biznesy, korporacje, systemy wartości, bo technologia wprowadza dyzrupcję. To słowo jest specjalnie takie chropowate i brzydkie, bo ono będzie powodowało zmianę, która nie będzie miła, ale w dłuższej perspektywie nauczy nas nowego świata. Świat dużych organizacji zbudował w nas potrzebę bycia w pewnym sensie robotami, bo wiele powtarzalnych czynności wykonujemy każdego dnia. Nie mamy też możliwości tworzenia czegoś od początku do końca, najczęściej robimy jedno z zadań, które tworzą całość. Z drugiej strony świat zrobił nam psikusa, bo powstały roboty, które te wszystkie powtarzalne rzeczy będą wykonywać i musimy się zastanowić co my mamy ze sobą zrobić? Musimy przejść ten bolesny proces z powrotem stać się ludźmi. Spotkałam w San Francisco chińskiego eksperta od technologii ? Kai Fu Lee, który zrobił na Uniwersytecie Berkley doktorat ze sztucznej inteligencji, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Dolinie Krzemowej, napisał świetną książkę A.I. Superpowers” mówiącą o tym, że Chiny technologicznie zdominują świat. Ten człowiek uspokaja, że nieprawdą jest, iż roboty przejmą wszystkie funkcje. Nie przejmą funkcji, w których będzie potrzebna ludzka empatia, zwykła rozmowa, emocje. Robot zmierzy Ci ciśnienie, pobierze krew, zaniesie do łazienki jeśli jesteś niepełnosprawna, umyje, bo tu jest potrzebna siła fizyczna. Natomiast nie będziesz chciała rozmawiać z robotem, będziesz chciała rozmawiać z człowiekiem, opiekunem, empatycznym stworzeniem, który cię zrozumie, wysłucha i zareaguje po ludzku. Ludzkie odruchy: empatia, miłość, kreatywność, to przetrwa. Są obszary, w których nie wygramy ze sztuczną inteligencją, ale taki przykład: AlphaGo – program komputerowy do gry w go stworzony przez firmę DeepMind  wygrał z mistrzem świata Lee Sedolem i dla człowieka to był dramatyczny moment. Zwyczajnie płakał, ponieważ on kocha tą grę, od dziecka się w niej specjalizował i stał się w niej mistrzem, a sztuczna inteligencja ani się nie ucieszyła, ani nie zasmuciła faktem wygrania rywalizacji. My musimy wrócić do swoich korzeni.

D.K.: Na co Ty czekasz w dziedzinie nowych technologii. Ty już wiesz co będzie się działo w najbliższych latach. W jakich obszarach będziemy musieli odpuścić sobie działalność, a które będą do zagospodarowania przez ludzi?

J.M.: Cieszę się, że w obszarze zdrowia jest gigantyczna zmiana. Jeśli sobie wyobrażasz, mając w Polsce wciąż tradycyjną służbę zdrowia, poranne kolejki do zapisów po numerek, to wiedz, że gdzieś na świecie drukują się organy, które za chwilę będziemy przeszczepiać, to jest gigantyczna zmiana. Mamy już  tzw. „wearables”, które mierzą puls, ciśnienie i dostarczają w czasie rzeczywistym dane do bazy. Algorytm porównuje wyniki i sprawdza czy nie ma odchyleń, anomalii, czy na przykład nie czeka nas wkrótce zawał serca. Fascynuje mnie ten obszar, bo uwielbiam medycynę chińską i przed nami jest taki moment, w którym będziemy płacić lekarzowi dopóki jesteśmy zdrowi. Druga sprawa: algorytmy i roboty przejmą tak dużo różnych funkcji, że lekarz w końcu będzie mógł skupić się na swoim pacjencie. Dużo więcej osób przeżyje, nie będzie błędów lekarskich, to jest super ważne. Teraz można kupić rodzicom urządzenie, które jest programem wczesnego ostrzegania w trudnych, niespodziewanych przypadkach. To już się dzieje. To jest tanie, dostępne i można dzięki temu uratować ludzkie życie.

D.K.: A ja osobiście czekam na słuchawki, które tłumaczą w czasie rzeczywistym obce języki. Sztuczna inteligencja się szalenie rozwija w obszarach rozpoznawania mowy – jest prototyp takich słuchawek. Dwa tygodnie temu widziałam ten sprzęt, który będzie w użyciu w ciągu najbliższych lat. Będziemy mieli słuchawkę w uchu, która będzie tłumaczyła nam z dowolnego języka na dowolny język. Zniknie dzięki temu mnóstwo barier i podróżowanie oraz robienie biznesu za granicą stanie się dużo łatwiejsze. Kilka tygodni temu w Hiszpanii dron, który patrolował linię brzegową, uratował tonącego człowieka. Zaalarmował, podleciał szybciej, rzucił koło ratunkowe. Tego jest cała masa, codziennie powstaje jakiś przełom. Co ważne: jeśli ktoś się będzie bał i zamknie przed nowymi technologiami, będzie mu bardzo trudno przetrwać na rynku. W wielu zawodach zostaną tylko wybitni, twórczy ludzie. Firma Moley Robotics stworzyła robota, który jest w stanie przygotować dwa tysiące różnych posiłków, ale nie zastąpi on Gordona Ramseya, który jest artystą w kuchni. Tam gdzie jest kreatywność, jest miejsce dla człowieka. Wszystkie powtarzalne czynności będzie wykonywał robot.

D.K.: W tym męskim świecie sztucznej inteligencji, nowinek technologicznych zachowujesz klasę i reprezentujesz 100 procent kobiecości. Masz jakiś przepis na ten świat, na zachowanie w nim kobiecości?

J.M.: Trochę mam. Po prostu nie ma się czego bać, technologia jest dla wszystkich. Po prostu opowiadam jak świat się zmieni. Przekonujemy w fundacji kobiety do rozpoczynania pracy w dziedzinie nowych technologii, bo świetnie się tam sprawdzają. Ja teoretycznie jestem humanistką, pracowałam 20 lat w marketingu, a dziś zajmuję się nowymi technologiami od strony ich strategicznego wpływu na rozwój biznesu, nowych modeli biznesowych, wpływu technologii na zmiany. Nauczyłam się programować, bo uważam, że to jest potrzebne zajęcie. Nie jest to trudne. Nie wierzę też w zakładanie z góry, że ktoś może być matematykiem, ktoś inny humanistą – to jest bzdura. Jeśli się otworzymy, w każdym obszarze znajdziemy dla siebie coś dobrego. Dziś jest czas dla ludzi renesansu.

Zostaję kobietą w swojej branży, bo o kobiecość należy dbać. Nie mam modelu męskiego, nie chodzę  w garniturach, nie przeklinam i nie piję wódki, bo to szkodzi na rozwój duchowy. Nowe technologie są moim planem na drugą część mojego życia, a w trzeciej części będę podróżować i rozwijać się duchowo.

D.K.: Marzenia skrojone zupełnie pod Ciebie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że się spełnią. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia ze spektaklu

Bez lukru. Grażyna Wolszczak – Babka z klasą

Nie sposób jej nie zauważyć. Ma w sobie to coś, co powoduje, że niezależnie od płci masz chęć być bliżej, obserwować i kibicować. Pełna klasa, czyli Grażyna Wolszczak – aktorka teatralna, filmowa, serialowa, bizneswoman, matka, partnerka, dobra znajoma z telewizji. Dekadę temu wydała książkę „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”, dziś jest młoda, jeszcze piękniejsza i bogatsza – wewnętrznie i zewnętrznie. Na czym polega sekret kobiecości i jak znaleźć w sobie klasę – zdradza Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dagmarą Kowalską.

Nie bierze udziału w skandalach, żyje normalnie i ma rzeszę fanów przed telewizorem, na widowni i w Internecie. Ludzie ją lubią, lubią też postacie, które kreuje. Jaka jest naprawdę Grażyna Wolszczak? Kiedy zadzwoniłam do Niej z prośbą o rozmowę, krzyknęła: „Super! Tylko jutro będę po wizycie u dentysty, mam nadzieję, że będą mogła mówić”. Taka jest. Nie buduje murów, a mosty. Jest otwarta, szczera, uśmiechnięta, dowcipna i ma klasę. Z Cezarym Harasimowiczem scenarzystą tworzą od lat idealną parę.

Dagmara Kowalska: Patrzę na Ciebie i zadaję sobie to pytanie – „jak to się robi”? Kiedy pomyślałam sobie o kobiecie z klasą wśród polskich aktorek, po prostu przyszłaś mi do głowy…

Grażyna Wolszczak:  Bardzo Ci dziękuję… (chwila zadumy) Zawsze mogę powiedzieć, że klasę się ma albo się jej nie ma. Zastanawiam się… Wiesz, ja nie czuję żebym miała jakąś szczególną klasę. Trzeba chyba zastanowić się, czym jest klasa.

D.K.:  No właśnie, co to w ogóle dziś znaczy mieć klasę? Kiedyś mówiono o klasie w przypadku kobiet eleganckich, dobrze wychowanych, niedostępnych i odrobinę wyniosłych.

G.W.: Klasa to rodzaj dystyngowania, nie, raczej szlachetności w zachowaniu, w tym co kobieta robi, jak się nosi. Szlachetność najlepiej opisuje kobietę z klasą. Słowo niedostępna do mnie kompletnie nie pasuje, bo ja jestem dostępna, chyba nawet za bardzo. Błyskawicznie się spoufalam i to z każdym człowiekiem, a później bywam zaskoczona. Trudno od „Pana Zdzisia”, kiedy mówi mu się po imieniu, wyegzekwować dokładniejsze pomalowanie mieszkania (śmiech).

D.K.: Nie da się ukryć. Czyli kobieta z klasą jest szlachetna i niekoniecznie niedostępna. Szukajmy dalej: kobieta z klasą jest inteligentna i ma świetne poczucie humoru? Ty takie masz?

G.W.: No wiesz, może bardziej chodzi o dystans do siebie? Także świadomość swoich zalet i wad. Skoro mam wady, a mam, każdy je ma, to umiem się z nich też nabijać. Poczucie humoru jest podstawowym wyróżnikiem jakiegoś poziomu. Jeśli człowiek traktuje siebie zbyt serio, to jest znerwicowany, bo w życiu nic nie idzie tak gładko jakby się chciało. Jeśli do tego człowiek nie ma dystansu, daje się złapać w różne pułapki. Z jednej strony może być bufonem, z drugiej zaś człowiekiem z nerwami na postronkach. Jak to się objawia? Przechodzisz koło kogoś, kto parska śmiechem, a ty się czerwienisz, bo masz pewność, że z ciebie się śmieją. Taką sytuację miałam ostatnio w podstawówce.

D.K.: I tym sposobem mamy pewność, że jesteś kobietą z klasą. Wyluzowaną, z dystansem do siebie, niezwykłym poczuciem humoru. Czyżby z tego właśnie powodu portale plotkarskie nie mogły na Tobie zarobić? Poukładane, normalne życie… ale błagam powiedz, że nie jest nudne? Bo nie jest, prawda?

G.W.: Czy ja wiem? No widzisz, ja jestem taka, że jak się zaczynam nudzić, to wymyślam sobie nowe tematy, które rozwiewają nudę. Ale tak z punktu widzenia czytelników portali plotkarskich, to chyba jednak nuda w tym moim życiu (śmiech). W którymś momencie życia stajesz przed wyborem: albo będę sobie fundować ekstremalne przeżycia, będzie emocjonalny roller coster, albo postawisz na spokojne życie. Jak się wzlatuje wysoko, to spada się z większym hukiem. Ja staram się złapać w życiu balans, żeby było łatwiejsze. Nigdy żadnych ekscesów nie wyczyniałam: nie sikałam na peronie metra, nie piję, bo mi organizm nie pozwala się stoczyć. Troszkę sobie podpalam, ale też bez szaleństw. Ogólnie z używkami mam słabo. Rzadko imprezuję po nocach, bo mnie to męczy i nie sprawia frajdy.

D.K.: Zaraz, zaraz, ale na ściankach czasem się jednak pokazujesz i na Twoim Instagramie widać, że sprawia Ci to frajdę, a fotografowie szaleją. Czyli można połączyć przyjemne z pożytecznym i jeszcze znaleźć zdrowy balans w życiu: żeby nikt się nie czepiał, nie śledził Cię z aparatem, żebyś Ty była w mediach i była szczęśliwa w życiu prywatnym.

G.W.: No pewnie można…. Myślę o tym instagramowym życiu, tam jest mnóstwo takich przesłodzonych profili. Codziennie to samo: „Kochani, jak jest dzisiaj cudownie, jest piękne słońce i dziś będzie piękny dzień, a moje dziecko zrobiło dziś pierwszy gest i to było takie cudowne”. Owszem to pewnie jest cudowne, ale sposób opowiadania o tym jest dla mnie nie dość że nudny, to niewiarygodny. Życie jest raz takie, raz inne, nie wierzę, że ktoś ma je wyściełane płatkami róż (śmiech). Ale ludzie chyba kochają idealne ciała przepuszczone przez mnóstwo filtrów i photoshopa oraz komunikaty o cudownym życiu. Może myślą, że do nich też kiedyś los się uśmiechnie i z Justinem Biberem przy boku będą pływać w błękitnych wodach jakiejś laguny.

D.K.:  Na Twoim instagramowym koncie nie ma lukru. Jest wesoło, z jajem, a Ty jesteś sobą. 44 tysiące obserwujących nie mogą się mylić?!

G.W.: Dziękuję, ale w porównaniu do profilu Mariusza Szczygła na przykład – dość powierzchowne. Tam też mnóstwo pozytywnej energii i afirmacji życia, ale jakoś tak mądrzej.

D.K.: Instagram – instagramem, ścianki ściankami, a po drugiej stronie toczy się normalne życie. Od 15 lat grasz w serialu „Na wspólnej” – to już prawie jakbyś pracowała w korporacji (śmiech). Jaka jest ta wasza mała korporacja?

G.W.: Nasza korporacja „Na wspólnej” jest pewnie bardziej wyluzowana niż te prawdziwe. Jest dla mnie trochę jak drugi dom, który w tym niestabilnym zawodzie, daje poczucie bezpieczeństwa. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie i kiedyś to się skończy, to jednak Wspólna póki co jest stałym punktem, do którego wracam, wiem kogo tam spotkam, mam przetarte ścieżki, zbudowane relacje. To daje komfort psychiczny, bo nie trzeba się stresować. Druga wspaniała rzecz, która wynika z grania w serialu to jest miłość ludzka. Ludzie cię znają, rozpoznają, jesteś im bliska. Wiesz o czym mówię, tez masz grono wiernych słuchaczy, którzy rozpoznają Cię po głosie i czekają na spotkanie z Tobą. I to jest prawdziwe. Ten, kto nie lubi, to nie ogląda, albo nie słucha, ale jeśli już polubi, to jest wierny. Przez to, że jesteśmy częścią czyjegoś życia prawie każdego dnia, zżywają się z nami i zaprzyjaźniają

D.K.: Jak w rodzinie. A skoro mówisz o przyjaźni, to jak ona wygląda na planie serialu? Lubicie się wszyscy, zawiązały się jakieś przyjaźnie przez tych 15 lat?

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Zdjęcia ze spektaklu „Polowanie na łosia” / Fundacja Garnizon Sztuki

G.W.: Przyjaźń to za dużo powiedziane, ale na pewno jest fajna ekipa. Wiesz, ona jest naprawdę duża, a te wszystkie wątki serialowe rzadko się ze sobą spotykają na planie. Każdy ma swój krąg rodzinny, zawodowy i znajomych i w tym kręgu na planie się porusza. Tak naprawdę pracuję z małą grupą aktorów i rzeczywiście ważne jest, żeby trafić na kogoś z kim jest miło… chociaż ja łatwo wchodzę w dobre relacje i mało jest ludzi, od których wole trzymać się z daleka.

D.K.: Kobiece przyjaźnie w Twoim środowisku są możliwe, czy to co się mówi o ciągłej rywalizacji w Twoim środowisku jest prawdą?

G. W.: Ja tej rywalizacji nie widzę, albo nie chcę widzieć (śmiech). Żyję sobie w świecie, w którym wszystkim dobrze życzę i wszyscy mi dobrze życzą, tak sobie wymyśliłam i się go trzymam.

D.K.: Twoje życie to nie tylko serial, to także teatr. Ile siebie trzeba włożyć w spektakl, żeby dać widzom 100 % radości i sobie tle samo satysfakcji?

G.W.: Jest różnie, bo są różne dni, lepsze i gorsze. Lubię teatr, bo niby za każdym razem robisz to samo, ale tak naprawdę zawsze wnosisz trochę inną energię, więc coś innego proponujesz partnerowi i on ci odpowiada niby tymi samymi słowami, ale inaczej. To są żywe interakcje, a po skończonej sztuce czasem jesteśmy zadowoleni, że poszło świetnie. Innym razem się nie kleiło, więc satysfakcji brak. Na to nakłada się jeszcze energia widowni, czasem pomocna, a czasem trudno się przebić. W żargonie wewnętrznym mówimy wtedy o „Węgrach na widowni”. To znaczy, że mówimy innymi językami, więc nie ma szans na porozumienie.

D.K.: Od razu przychodzi mi do głowy spektakl „Pozytywni” zrealizowany w ramach Twojej Fundacji Garnizon Sztuki, który tak mnie rozbawił, że się popłakałam ze śmiechu. Nie dość, że na jednej scenie zobaczymy Janusza Chabiora, Łukasza Simlata, Magdę Boczarską i Olgę Bołądź, to jeszcze klimat spektaklu doskonale pokazuje w jakich czasach żyjemy i jak sobie nie radzimy z problemami… lub jak bardzo wyolbrzymiamy problemy, które nie są problemami… Świetna sztuka!

G.W.: Dziękuję! To znaczy, że nasz pomysł, idea Fundacji się sprawdza. Opowiadamy na wesoło o całkiem poważnych sprawach. Przemycany tematy, które pozostaną z widzem na dłużej. W „Pozytywnych” poruszamy problem tolerancji, problem naszych leków, niechęci, a czasem wrogości do ludzi, którzy różnią się od nas. Mają inną narodowość, inna orientację seksualną, albo są chorzy na… jak to powiedzieć, żeby spojlera nie zrobić, na niezwykle choroby. Wiele razy widzowie mówili lub pisali, że „Pozytywni” to było wyjątkowe dla nich doświadczenie. Podobnie jest z druga naszą sztuką pt. „Polowanie na Łosia” Michała Walczaka, rzecz o potrzebie wolności i o tym jak trudno tę potrzebę realizować w związku. Autor nazwał te sztukę kryminalną komedią romantyczną, bo jest i kryminalnie i śmiesznie i romantycznie, ale momentami jest też poważnie i filozoficznie. No i obsadę też mamy genialną: Agnieszka Więdłocha, Antek Pawlicki, Piotr Cyrwus, Leszek Lichota na zmianę z Łukaszem Konopką i ja.

D.K. Wcześniej mówiłaś, że każdy spektakl jest inny. Ten, na którym byłam zapamiętamy nie tylko ze względu na świetny tekst, znakomitą grę aktorską, ale też dzięki temu, że Łukasz Simlat dopowiedział coś więcej niż było w scenariuszu, Janusz Chabior dorzucił swoje i wszyscy aktorzy „ugotowali się” na scenie. Publika wrzała, ryczeliśmy ze śmiechu, to było coś niezwykłego!

G.W.: I to jest najpiękniejsze w teatrze, że są ramy sytuacyjne, które mamy wypracowane z reżyserem w czasie prób, tekst nauczony i rytmy wyznaczone, punkty kulminacyjne itd., ale zawsze jest margines na improwizację. Czasem chwytasz improwizację kolegi i idziesz dalej, a czasem jest tak jak mówisz, że aktorzy sami wypadają z ról, nie dźwigają sytuacji. ( śmiech)

D.K.: To było urocze. Improwizowali, pokazali też trochę siebie i swój dystans do wielu rzeczy. Stworzyli drugie dno tej sztuki.

G.W.: A trzecie dno „Pozytywnych” dzieje się za kulisami. Janusz Chabior z Łukaszem Simlatem mają stałe sceny, odgrywają za kulisami miniserial pt. „Głupkowaty syn i jego ojciec”. To jest coś tak obłędnie śmiesznego, że aż żal, że tylko my możemy to oglądać.

D.K.: Mówię w imieniu instagramowych obserwujących, prosimy o krótki serial zza kulis „Pozytywnych” – poprawicie nam humory.

G. W. : Czasem udaje się coś uchwycić, ale rzadko, bo to są chwile ulotne i niepowtarzalne.

D.K.: Wspomniałyśmy o Fundacji Garnizon Sztuki, którą prowadzisz od 2014 roku. Co ona Ci daje?

G. W.: To jest taka moja „druga noga”. Aktor jest człowiekiem do wynajęcia i czeka na telefon, zawsze więc miałam marzenie, żeby zrobić coś co będzie ode mnie zależało. I żeby to inni czekali na mój telefon (śmiech). Stworzyć coś od początku do końca. Wymyślić projekt, ideę i potem jeszcze decydować kto ma reżyserować i kto ma zagrać (śmiech). Spełniam marzenie o wolności twórczej . Oczywiście ta wolność to złudzenie, dlatego, że zawsze tworzy się cała siatka zależności i ograniczeń. Chcemy pracować z najlepszymi, a Ci bardzo są rozrywani, więc głupie ułożenie grafiku graniczy z cudem. No i finanse. Kiedyś wydawało mi się, że jak mam piękny projekt, to nie będzie problemu ze znalezieniem partnerów, którzy wesprą go finansowo. Tymczasem o to bardzo trudno, a może to ja jestem po prostu nieudolna.

D.K. Jesteś dla siebie zbyt surowa. Na West Endzie nie ma problemu ze znalezieniem pieniędzy na realizację musicalu, bo tam inwestowanie pieniędzy w kulturę jest normalnością. My ciągle przecieramy ten szlak. U nas mało kto chce inwestować w kulturę, bo ciągle pokutuje świadomość, że to pchnie pieniędzy w coś nierealnego. A przecież kultura jest podstawą.

G. W.: To prawda, ale łapię się czasem na tym, że nie czuję się komfortowo kiedy muszę prosić o wsparcie mojego szlachetnego projektu teatralnego, wiedząc, że chore dziecko potrzebuje leczenia.

D.K.: Wcześniej mówiłaś o balansie, trzeba znaleźć zdrowy balans, wspierać jednych i drugich. Wróćmy do Twoich ról. Zagrałaś ich setki w kinie, teatrze, w telewizji. Która z zagranych przez Ciebie postaci jest do Ciebie najbardziej podobna?

G. W.: Każda z tych postaci mówi moim głosem, ma moje zachowania, przepuszczam ją niejako przez siebie, więc te postacie są w jakiś sposób do mnie podobne, ale największą frajdę przynoszą aktorowi postacie od niego odległe, które trzeba zbudować od początku do końca – sposób poruszania, mówienia… moją ukochaną postacią była Mary ze spektaklu „Jak się kochają w niższych sferach”. Niezbyt sprawny intelektualnie kocmołuch terroryzowany przez męża. Spektakl zszedł już z afisza, ale liczę na to, że taka gratka jeszcze mi się kiedyś trafi.

D.K. Ok, czyli musi być wyzwanie. Jest taki slogan, który często się powtarza i w sumie do Twojego zawodu świetnie pasuje. Mówi się, że kobiety mają wiele twarzy. Masz jakąś swoją twarz faworytkę?

G. W.: Tutaj dotykamy tematu zabawy w stylizację i modę, którą ja ciągle dla siebie odkrywam, jak wyjść z bezpiecznych i wygodnych jeansów i trampek, żeby dalej było wygodnie, ale z charakterem.

D.K.: Zaraz, zaraz… Kobieta z klasą dobrze wygląda nawet w takim zestawie.

G. W.: Pewnie tak…

D.K.: Masz jakieś ulubione stylizacje? Często widać Cię w garniturach, co tylko podkreśla kobiecość.

G.W.: Bardzo lubię męskie warianty kobiety, np. Tilda Swinton jest taką postacią. Właściwie nie wiadomo czy to kobieta czy mężczyzna, czy może jakiś stwór nie z tej ziemi. I to jest fascynujące. Z drugiej strony obserwuję na IG Iris Apfel, która ma 97 lat, często siedzi na wózku, bo fizycznie już trochę nie domaga, ale ciągle w swoich przepięknych kolorowych stylizacjach, obwieszona mnóstwem biżuterii, mówi do mnie z tych zdjęć, że się nie poddaje, że walczy do końca, że jest ciągle kobietą, która ma wiele do powiedzenia. Ostatnio nawet wypuścili lalkę Barbie z jej podobizną.

D.K. : Fajnie, że wspomniałaś o kobiecości. Co to dla Ciebie konkretnie znaczy? Na czym polega sekret Twojej kobiecości?

G.W.: Nie wiem, nie potrafię na to odpowiedzieć. Wiem, co mnie urzeka w innych kobietach. Delikatność połączona z siłą, błysk w oku, zmysłowość, ale taka mimochodem, trochę nieświadoma. Wszystko co udawane i na pokaz się kompromituje. Kobiecość rozkwita w akceptacji, w męskim spojrzeniu pełnym miłości.

D.K.: Można by pomyśleć, że Twoje życie jest pasmem sukcesów i szczęścia, ale zdarzały się w nim trudniejsze momenty. Jednym z nich było z pewnością przedwczesne odejście Twojego męża. Jak sobie radzić w trudnych chwilach i nadal uśmiechać się do życia?

G.W.: To zabrzmi banalnie. Ale- nie poddawać się. Łatwo powiedzieć, co? Trzeba znaleźć powód do życia w każdej trudnej sytuacji. Mnie było łatwo po śmierci męża, bo miałam małe dziecko. To była silna i naturalna motywacja, żeby zebrać do kupy to, co się rozpadło na 1000 kawałków. Nie oczekiwałam, że ktoś mi pomoże. Wyciągnęłam naukę z depresji przyjaciółki.  Ogromnie się zaangażowałam z pomocą, ale kiedy ta sytuacja trwała niezmiennie przez wiele miesięcy, miałam jej serdecznie dość. Ludzie współczują i mobilizują się do pomocy na krótką metę. Nie ma co się dziwić, każdy ma własne życie i swoje problemy. Głaskanie i przytulanie jest fajne, pomocne, ale niewiele zmieni. Trzeba sobie samemu znaleźć powód do życia, w każdej sytuacji.

D.K.: I nie przejmować się popełnianymi błędami, bo to się zdarza. Warto inwestować w coś, co daje szczęście i szukać swojego szczęścia.

G. W.:  Trawa u sąsiada zawsze jest zieleńsza, ale trzeba mieć z tylu głowy, że sąsiad, który wydaje się szczęśliwszy od nas pewnie też ma swoje smutki. Każda sytuacja ma dobre i złe strony, mamy jedno, to innego nie mamy. Jak mamy dziecko, to mamy pieluchy i nieprzespane noce, ale per saldo trzeba mieć dziecko, żeby doznać całego spectrum emocji, które w życiu inaczej by nas nie spotkały. Tak samo jest z podróżami. Wyjeżdżasz w świat, spotykają Cię różne okoliczności, często nieprzyjemne, ale to nie znaczy, że lepiej siedzieć w domu. Przeciwnie: jechać, poznawać, dotykać, smakować i samemu się przekonać. Zbierać doświadczenia, fajne i niefajne, to wszystko składa się na urodę życia.

D.K.: A jednak, jak obserwuję męski świat to myślę, że oni mają w życiu łatwiej. Nie dbają o dom, nie myślą o pięciu rzeczach na raz, są zadaniowi. My kobiety: martwimy się, rodzimy, wychowujemy dzieci, łączymy to z pracą, czasem rąk nam brakuje do kolejnych czynności. Z drugiej strony chyba jednak dobrze być kobietą.

G.W.: Oj, tak zgadzam się z Tobą. Tylko w dzieciństwie żałowałam, że jestem dziewczynką, bo świat męski wydawał mi się dużo bardziej atrakcyjny, a ich zabawki ciekawsze niż lalki. Na szczęście z tego się wyrasta.

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Fundacja Garnizon Sztuki

D.K.: Pamiętasz ten moment, kiedy przyszła Ci do głowy myśl: „Uff, jak dobrze, że jestem kobietą”?

G.W.: To było wtedy, kiedy zauważyłam, że kobieta ma władzę nad mężczyzną. I to był bardzo przyjemny moment, dowiedzieć się, że wiele od nas zależy w tych relacjach. Poza tym kobieta ma większe przyzwolenie na wrażliwość, a od mężczyzny się wymaga bycia twardzielem przez całe życie. Fajnie być kobietą, mamy bogatszą emocjonalność.

D.K.: Kiedyś powiedziałaś, że „człowiek ma tyle szczęścia , na ile sam sobie pozwoli” – jesteś szczęśliwa?
G.W.: No tak robię co mogę i nawet to mi się udaje, bo nie stawiam sobie zbyt wysokich poprzeczek. Potrafię się cieszyć z małych rzeczy, które do mnie przychodzą. Zauważyłam taką prawidłowość, że ludzie jak mają naprawdę pięknie ułożone życie, to zawsze sobie znajdą powód do narzekania. Ja czasem też łapię się na jakichś frustracjach mniejszych lub większych, ale moja przewaga polega na tym, że potrafię się postawić do pionu, zrobić szybki bilans i jak ten bilans wychodzi na plus to mówię ? Uspokój się, masz obowiązek być szczęśliwa, bo masz zdrowie, najbliższych i za co pojechać na wakacje. Mówię sobie nie marudź, i to działa.

D.K.: Zapytam Cię na koniec o książkę, którą w dekadę temu „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”. To jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą?

G.W.: Tytuł był prowokacyjny, bo wiadomo, że w życiu nie ma nic na zawsze i wiecznie. Podstawową cechą życia jest zmienność. To jest czasem fajne, a czasem bardzo niefajne. Fajne jest wtedy kiedy dopadają cię złe doświadczenia, tak jak w moim przypadku śmierć męża no i to, że to mija i że człowiek jest w stanie pójść dalej. Niefajne jest to, że kiedy zdarzają się uniesienia i ekscytacje, to prędzej czy później mijają i robi się zwyczajnie.

D.K.: Czyli trzeba się cieszyć z małych rzeczy?

G.W.: Ja tak sobie założyłam i się tego trzymam.

D.K.: Z tych małych rzeczy, czego się teraz trzymasz?

G.W.: Fundacja przygotowuje kolejną premierę. Sztukę „Czworo do poprawki” napisał Cezary Harasimowicz, a inspiracją był film „Dwoje do poprawki” z Meryl Streep i Tommy’m Lee Jonesnem. Spotykają się w pensjonacie: starsze, przeżyte małżeństwo, by podjąć ostatnią próbę ratowania ich rozpadającego się związku oraz pełna emocji i namiętności młoda para, by na łonie natury począć dziecko, które ostatecznie scementuje ich związek. Obie pary mają inne problemy, ale i jednym i drugim trudno się ze sobą porozumieć. Jaki będzie finał tego spotkania? Gdy stare skrzyżuje się z młodym? Czy starsi będą się kochać jak dawniej? A młodzi? Może….jak nigdy dotąd? Więcej opowiem bliżej premiery, a ta się nam przesuwa. Jak zwykle chcemy mieć najlepszych aktorów, z terminami wieczny kłopot.

D.K. : A marzenia? Masz jakieś?

G. W.: Fajnie by było znaleźć swoje miejsce, swoją scenę i uniezależnić się od wynajmowanych miejsc. Ale to nie jest takie proste.

D.K.: Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę.

Beata_Tyszkiewicz_main

Definicja kobiety z klasą według Beaty Tyszkiewicz – pierwszej damy polskiego kina

Aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna. Ikona kobiety z klasą. Pełna wdzięku, gracji i elegancji. Nazywana polską Sophią Loren. Grała w wielkich produkcjach zagranicznych: niemieckich, rosyjskich, francuskich, węgierskich, a nawet w hollywoodzkim filmie „Aleksander i Chanakaya”.

Do jej najsłynniejszych kreacji należą rola Izabeli Łęckiej w „Lalce”, Marii Walewskiej w „Marysi i Napoleonie” Leonarda Buczkowskiego oraz Donny Rebeki Uzedy w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Pracowała z Wajdą, Machulskim, Konwickim, Hasem, Meszaros, Gavrasem. Na deskach teatralnych pojawiła się tylko w dwóch sztukach: „Karierze Artura Ui” w reż. Erwina Axera na deskach Teatru Współczesnego w Warszawie  oraz w „Za rzekę, w cień drzew” w reż. Jacka Woszczerowicza w warszawskim Teatrze Ateneum.

Z każdą rolą zyskiwała coraz większą sympatię publiczności i krytyków filmowych oraz kolejne zaszczytne tytuły: „Catherine Deneuve Wschodu”, „Gwiazda stylowego kostiumu”, „Caryca kina słowiańskiego” czy „Anioł PRL-u”. Z pewnością jest pierwszą damą polskiego kina, ale również niekwestionowaną kobietą z klasą.

Redakcja: Pani Beato, jeśli miałaby Pani opisać „Kobietę z klasą”, to co pierwsze przychodzi Pani na myśl? Jaki portret damy rysuje się przed Panią?

Beata Tyszkiewicz: Dzisiejsza kobieta z klasą jest niezależna mimo związku z mężczyzną. Kobieta z klasą nie demonstruje klasy… dobre wychowanie to jest to, czego pozornie nie widać. Tak jak nie widać zmytych naczyń lub pościelonego łóżka. To widać tylko kiedy nie jest zrobione. Kobieta z klasą nie zachowuje się wyzywająco w zachowaniu i ubiorze. Jest stonowana.

Redakcja: Kobieta zmienną jest. Ale czy opis „kobiety z klasą” zmienił się na przestrzeni lat? Jeśli tak, to w jaki sposób? Zauważyła Pani brak pewnych cech, które kiedyś były „marką” damy? Może pojawiły się nowe, które bardziej Pani ceni?

Beata Tyszkiewicz: Nowe cechy to niezależność finansowa. Sama może decydować o sobie. Nie popada w konfliktowe sytuacje. Jest panią sama dla siebie.

Redakcja: Co kobieta z klasą zawsze nosi w torebce? Jakie atrybuty posiada dama?

Beata Tyszkiewicz: Kobieta z klasa ma zawsze w torebce pieniądze na taksówkę, by nie być zależna od kogoś, kto ma ja odwieźć. Poza tym ma potrzebne według niej kosmetyki.

Redakcja: Jak stać się damą? Co doradziłaby Pani jako matka dwóch córek, w jaki sposób od najmłodszych lat wychować córkę, by w przyszłości stała się prawdziwą damą i wyróżniała się z tłumu? Jakie rady dawała Pani babcia i mama, by być kobietą wyjątkowa?

Beata Tyszkiewicz: Nawet nie przyszło mi to do głowy. Sama też nie uważam się za damę. Przylgnęło do mnie to określenie, chyba sprawiły to role kostiumowe w filmach. W takich filmach wszyscy starają się być dobrze wychowani. Smoking i długa suknia wymaga innego zachowania. Wychowanie przez moją Matkę mnie i mojego młodszego brata wypadło w najtrudniejszych latach powojennych. Żyliśmy bardzo skromnie, ale Matka uczyła nas manier przy stole i w zachowaniu. Była bardzo wymagająca. Moja babka została po wojnie zakonnicą, więc dbała o nasze wychowanie pod kątem religijnym.

Redakcja: Jakie ma Pani zdanie na temat kobiet coraz bardziej wyemancypowanych, o feministkach? Zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Czy Pani zdaniem kobieta z klasą „nosi spodnie” w związku?

Beata Tyszkiewicz: Cóż kobiety się usamodzielniły i nie przestają walczyć o swoje prawa i to jest wspaniałe, a czy noszą spodnie czy spódnicę to już nie ma żadnego znaczenia według mnie.

Redakcja: Dama może pozwolić sobie na wykazanie inicjatywy?

Beata Tyszkiewicz: To kobiety przejmują inicjatywę i to one wybierają sobie mężczyzn. Znam przypadki kiedy na przyjęciu kobieta sama dawała kontakt do siebie mężczyźnie. Nie ma w tym nic złego. Jedynie to jest ryzykowne. Ważne, żeby nasza inicjatywa była zgodna z instynktem.

Redakcja: Kobieta z klasą daje mężczyźnie drugą szansę? Jak powinna zachować się dama, która nakryła męża na zdradzie? Gdyby to mało miejsce z Pani przyjaciółką? Jakie słowa padłby z Pani ust w stosunku do męża, a jakie do przyjaciółki? Może milczenie i zachowanie zimne krwi to domena kobiety z klasą?

Beata Tyszkiewicz: Cóż ze zdradą zawsze trzeba się liczyć, ale uważam, że wszystkie rozmowy z mężem w takiej sprawie są zbędne, bo on wie co zrobił. Jeśli chodzi o przyjaciółkę powiedziałabym: „Droga moja przedłożyłaś miłość ponad przyjaźń. Twoja decyzja i życzę powodzenia”.

Redakcja: Dama przeklina? Pije mocny alkohol? Wychodzi przed szereg?

Beata Tyszkiewicz: Zdarzyło mi się w filmie ” Zakochani ” powiedzieć takie właśnie zdanie, że dama pije… pali… i przeklina. To miało w filmie swoje wewnętrzne uzasadnienie. Wydawało mi się to zabawne. A od swojego wuja usłyszałam kiedyś, że dama nigdy się nie spieszy… Też zabawne.

Redakcja: Czy przeżyła Pani jakaś sytuację, w której nie zachowała się jak dama? I w jaki sposób udało się Pani wybrnąć?

Beata Tyszkiewicz: Z gafy trudno dobrze wybrnąć. Kiedyś zagadnęłam o planowany poród pewną tłuściutką panią; wiedziałam, że jest w ciąży. Okazało się, że jej synek ma już dwa miesiące… Jak z tego wybrnąć?… Trudno, uśmiechnęłam się, ucieszyłam się bardzo i pogratulowałam.

1-e1536324392779

Dama polskiej sceny muzycznej

Jest konsekwentna, odważna, lubi się zmieniać i zaskakiwać fanów. Cała jest muzyką. Gwiazda, która kocha być mamą i żoną, robi zakupy, sprząta dom, w studiu komponuje z dźwięków, a w kuchni z produktów spożywczych. Od lat jest na szczycie, bez ciśnienia na mainstream, ale z ogromnym apetytem na dobrą, własną muzykę. Dobry strateg, długodystansowiec, kobieta z klasą.

NATALIA KUKULSKA od lat w żółtej koszulce lidera, wyznacza trendy, rozgrzewa tłumy, ma grono wiernych fanów, które wnika w kolejne etapy jej kariery muzycznej. Szukam czegoś co byłoby łyżką dziegciu w tej beczce miodu… i nie znajduję. Zaraz, zaraz – jest coś: Umówić się na wywiad z aktywną Natalią trudno, ale jest jedyną gwiazdą, która sama oddzwania do dziennikarzy i po kilku próbach udało się porozmawiać… przez telefon:)

Rozmowę podzieliłyśmy na trzy obszary: życie, muzyka, kobieta z klasą.

ŻYCIE

Dagmara Kowalska: Kochana, przygotuj się, na pewno będę Cię pytać o klasę? Masz ją niezaprzeczalnie! Od wielu lat to obserwuję. 

Natalia Kukulska: (Śmiech) Zwłaszcza, gdy udzielam wywiadu przez telefon! (śmiech).

D.K.: Kobiety pracujące czasem mogą poplotkować przez telefon. Ważne, że się udało. Gdybyś na tym etapie życia miała określić, kim dziś jesteś najbardziej: Natalią muzykiem, kompozytorką, producentką muzyczną czy Natalią mamą, żoną, a może Natalią Instagramerką? 

N.K.: Myślę, że składam się z każdej z nich po trochu. Instagramerka najmniej mi zabrzmiała, chociaż… Od jakiegoś czasu staram się mieć aktywny kontakt z ludźmi, którzy do mnie piszą czy mnie obserwują – robię to właśnie poprzez media społecznościowe. Niemniej jednak najważniejszą funkcją jest moja rola życiowa, czyli bycie mamą, dla niej umiem rzucić sprawy zawodowe. Natomiast jest też moim wielkim darem od losu, że mogę robić to, co kocham. Z racji tego, że jestem związana z moją życiową pasją, ona mnie wciąga i czasem wygląda to życie jak przeciąganie liny pomiędzy różnymi funkcjami. Odczuwam to najbardziej kiedy czegoś w moim życiu jest za dużo. We wszystkim jest potrzebny zdrowy balans, jakiś rodzaj harmonii, nie jest dobrze kiedy jakieś zajęcie czy funkcja za bardzo zasłania inne. Oczywiście na krótką metę to jest nawet fajne, bo skupiasz się na jednej rzeczy i wykonujesz ją perfekcyjnie, ale za chwilę inne dziedziny kuleją i trzeba je nadrabiać. Czuję się niespełniona i nieszczęśliwa kiedy zaniedbuję którąś z moich życiowych funkcji: związaną z muzyką, z zawodem czy z macierzyństwem. 

D.K.: Każda z ról odbija się także w Twojej muzyce. I nie chodzi mi tylko o teksty, myślę o kompozycjach. Melodie pięknie przewodzą emocje, w których się znajdujesz, potem płyną one do słuchaczy. Myślę, że każdą z tych ról wygrywasz także na instrumentach podczas koncertów. 

N.K.: Wydaje mi się, że świadomość, coraz bardziej wkracza do mojego życia zawodowego i zdaję sobie sprawę ile jeszcze mam roboty. Z drugiej strony otworzyła mnie na kreatywność. Jestem autorką tekstów i współautorką muzyki piosenek. Oczywiście nie byłabym taka hej do przodu, gdybym nie miała tak fantastycznych ludzi wokół siebie, muzyków, którzy mnie inspirują. A co do gry podczas koncertów to nie jest to żaden wyczyn. Gram na syntezatorze dosłownie kilka partii. Mam sobie dużo do zarzucenia w tym temacie. Od skończenia szkoły muzycznej pierwszego stopnia nie kontynuowałam grania na pianinie i nie umiałabym sobie akompaniować. Czuję się o to uboższa, ale kiedy np. tworzymy muzykę razem z Michałem Dąbrówką czy jak ostatnio w kolektywie z muzykami, to jestem odpowiedzialna za melodię. Jeśli nie ma harmonii, która mnie pociągnie i zainspiruje, to nie będzie fajnej melodii. Jest to gra zespołowa, ale cieszy mnie to, że mogę być częścią przekazu w muzyce. Podobnie w tworzeniu teledysków. Coraz bardziej mam ich wizję. Ostatnio napisałam nawet scenariusz teledysku „Ostatnia prosta”. W ogóle uważam, że utwór znajdujący się na płycie daje wspaniały pretekst do dalszych twórczych wypowiedzi czy to za pomocą obrazu, czy występu na żywo. Wspaniale jest móc sobie na to pozwolić, na dalsze samodzielne wybryki twórcze, bez posiłkowania się osobami trzecimi. Oczywiście nie mam nic przeciwko tym artystom, którzy wykonują perfekcyjnie utwór czyjegoś autorstwa, za to są genialnymi instrumentalistami albo wokalistami, choć sami nie tworzą. Mówię tylko, że tworzenie sprawia mi wielką radochę.

N.K.: Doba każdej kobiety, zwłaszcza tej z klasą, ma tylko 24 godziny. Zastanawiam się jak godzisz wszystkie obowiązki domowe z pasją muzyczną? Mówi się, że muzyka jest zazdrosna o inne dziedziny życia. Jaki jest przepis na wydłużenie doby?

N.K.: Tak to właśnie jest. Tutaj idę z córką na zakupy, bo szkoła się zaczyna. Tu wywiad, bo to jest część mojej pracy, żeby ktoś mógł się dowiedzieć o tych moich „wytworach” muzycznych (śmiech). Przyznaję, czasem jest to szalone tempo. Pamiętam jeden najbardziej hardcore’owy moment w życiu kiedy urodziła się Laura. Po pięciu tygodniach wyszłam na scenę i zaśpiewałam, a wiesz, że w zasadzie połóg trwa od czterech nawet do sześciu tygodni. To było wyzwanie, ale chciałam tego. Bardzo się staram, żeby u mnie wszystko było przemyślane, ale czasami to moje zaplecze i kulisy wyglądają jak parodia planu. To nie jest tak, jak w amerykańskich wielkich produkcjach, że mam 100 osób obstawy, a każdy jest odpowiedzialny za inny fragment życia. Na szczęście mam bardzo pomocnych ludzi wokół np. Monikę Małyszek wspaniałą menadżerkę, dzięki niej od niedawna mam poczucie prawdziwej, solidnej opieki. Zawsze to ja miałam oczy dookoła głowy i myślałam o wszystkim, a teraz nagle okazuje się, że mam kogoś kto myśli perspektywicznie i nawet wyprzedza moje myśli. Zadaję pytanie o coś, co trzeba zrobić, a Monika odpowiada, że już dawno to zrobiła. Wiesz jaka to ulga i komfort mieć taką Monikę? Bez jej pomocy nie dałabym sobie rady. W sprawach stylizacyjnych mam niezastąpioną pomoc w osobie Pawła Talagi. A prywatnie? Od niedawna mam też wspaniałą nianię do Laurki, bez niej nie mogłabym sama kroku zrobić. Czasami z pomocą przychodzą też niezastąpieni dziadkowie. W obowiązkach domowych jestem samodzielna, bo sama w domu gotuję, dbam o każdy detal, sprzątam. Mój dom i moje życie nie jest złotą klatką, a ja nie chodzę w złotych szpilkach, przeciwnie jestem urobiona po pachy i czuję pełnię życia. Żyję normalnie, jak każdy człowiek, ale dodatkowo muszę z siebie wykrzesać jakiś rodzaj mobilizacji i zasobów twórczych, co nie jest łatwe kiedy proza życia cię trzyma za nogi. Mam wrażenie, że doba jest dla mnie za krótka i chyba tylko jakimś cudem udaje mi się wszystko spiąć. O dziwo, im więcej się dzieje, tym jestem bardziej produktywna i cały plan układa się sam. Jak trochę wypadnę z rytmu, to wszystko staje się trudniejsze. Trudniej jest wejść z powrotem w tempo wyższych obrotów. 

D.K.: Hmmm, skąd ja to znam?! To nasze szalone umawianie się na rozmowę, to przecież wypadkowa zajętości dwóch osób (śmiech). A jednak myślę, że to, o czym mówisz jest cechą kobiet z klasą – świetnie sobie radzą kiedy obowiązków jest za dużo. A propos inspiracji: zaciekawił mnie wątek kulinarny – co jest Twoją specjalnością w kuchni? 

N.K.: Kuchnia bywa dla mnie polem do popisu. Bardzo lubię wymyślać dania. Czasami zaczyna się od tego, że sięgam do przepisu, bo brakuje mi pomysłu, ale za chwilę jednak okazuje się, że z pierwotnego przepisu nic nie zostaje, totalnie go zmieniam. Coraz częściej używam różnych ciekawych przypraw, coraz mniej chemicznych kostek i różnych gotowców, ale przyznam szczerze, że zmiana przyzwyczajeń z dzieciństwa trochę trwała. Moja babcia zawsze gotowała zupy na mięsie i kostce rosołowej i oczywiście smakowało to wyśmienicie, ale dziś wiem, że nie sztuką jest używać gotowych, przetworzonych składników. Teraz bardziej kombinuję: łączę różne smaki, miksuję różne kuchnie. Używam przypraw indyjskich, które uwielbiam, tajskich i chińskich. Moja córka jest wegetarianką, np. dziś zażyczyła sobie kotletów wegetariańskich. Powstały z kaszy jaglanej, różnych warzyw z panierką sezamową. 

D.K.: Chyba się wproszę, brzmi smakowicie. 

N.K.: Juro mam w planach przygotowanie zupy rybnej z różnych gatunków ryb i owoców morza, z mlekiem kokosowym. Moja kuchnia jest różnorodna. Podziwiam teściową – gotuje pysznie, ale takie dania, które zabijają figurę: pierogi, pampuchy, pulpety. Długo się nie da wytrzymać na takiej diecie, a poza tym przyrządzenie posiłku jest czasochłonne. Ja gotuję na świeżo i dania, które nie pochłaniają wiele czasu. 

D.K.: Czyli komponujesz nie tylko w studiu nagraniowym, także na talerzu. Mów co chcesz, ale ja uważam, że od lat masz żółtą koszulkę lidera na scenie muzycznej. Jedni się pojawiają i znikają, a Ty jesteś, konsekwentnie robiąc, to co lubisz. Przy tym rozkwitasz, wyznaczasz trendy muzyczne, półtora roku temu pojawił się nowy członek rodziny – to dopiero wygląda jak jedna wielka kompozycja ułożona na całe życie. Masz przepis na to jak być szczęśliwą i spełnioną? Jak być w każdym ze światów po trochu i wyciągać z nich esencję życia? 

N.K.: Bardzo Ci dziękuję za te miłe słowa, ale nie do końca jest tak, jak mówisz. Na pewno są chwile, w których rzeczywiście udaje mi się żyć pełnią życia i robię rzeczy, które kocham. Inspiruje mnie piękno, tak jak to jest w wierszu Cypriana Kamila Norwida: „Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. Tak to jest, piękno w sztuce, ale i codzienności np. w urządzaniu domu, podaniu do stołu. Zdecydowanie estetyka bardzo mnie kręci. Przykładam wagę do detalu i tak samo rozkminiam rzeczywistość. Nie umiem napisać piosenki z wytartymi schematami słów, nie dla tego, że silę się na wielką formę, ale dlatego, że zawsze bawię się słowem, szukam w sobie pokładów autoironii, żeby opisać coś niezbyt dosłownie i użyć słów, które będą odpowiednie. Bycie kreatywnym i działanie na własnych zasadach daje poczucie szczęścia. Staram się żyć tak, żeby nie robić niczego wbrew sobie, by się spełniać. Ważne jest dla mnie to, żeby otaczać się ludźmi, którzy mnie inspirują i nie są toksyczni. Odkryłam, że od toksycznych ludzi trzeba uciekać, odcinać takie relacje, bo potrafią bardzo dużo złego człowiekowi narobić, np. łatwo stracić wiarę w siebie. Nie chodzi o to, żeby się otaczać klakierami, ale ludźmi prawdziwymi, którzy wyzwalają dobre rzeczy. 

D.K.: Mnie się wydaje, że ludzie ze złą energią nie mają do Ciebie podejścia. I tak samo jest z plotką, one się Ciebie nie trzymają. Na to też jest potrzebny przepis, zwłaszcza w czasach Facebooka i Instagrama . 

N.K.: To chyba jest kwestia ustawienia sobie w życiu priorytetów. Jeżeli będę się starała utrzymywać z kimś znajomość wbrew sobie, przez zwykłą interesowność, to zawsze się zdarzą w moim życiu toksyczni ludzie. Tak samo jest z plotkami. W pewnym momencie musiałam sobie zadać pytanie o co mi chodzi? Doszłam do wniosku, że nie zależy mi na popularności, którą dają programy rozrywkowe, gdzie nagle pojawiasz się wszędzie i wszyscy interesują się wszystkim co ciebie dotyczy. Tak jak w filmie Woody’ego Allena „Zakochani w Rzymie”, w którym znanego celebrytę pytano nawet o kolor majtek, a on szczęśliwy odpowiadał na każde, najdziwniejsze nawet pytanie. Nie mogę być specem od wszystkiego tylko dlatego, że jestem znana. Oczywiście też miałam taki etap w swoim życiu, niestety, nie zawsze byłam taka święta, kiedy za dużo zdradzałam prywatności (śmiech). Wtedy nie wiedziałam, że nie wolno się dzielić całym swoim życiem. Kiedyś ktoś mądry, powiedział, że jak dziennikarz jest miły i ze mną rozmawia, to nie znaczy, że jest już moim przyjacielem i muszę mu o wszystkim opowiadać. A ja mam taki rodzaj otwartości do ludzi, że jak ktoś mnie podpuścił, podpytał o osobisty temat, to ja z grzeczności odpowiadałam. Był więc moment, że dałam się namówić na różne zwierzenia. Na szczęście to były inne czasy, teraz jestem uważna, chronię swoją prywatność, ale rozsądnie. Jeśli ktoś robi ze swojego życia totalną tajemnicę, to jest jeszcze większym kąskiem. Staram się, żeby moje życie było normalne. Nie ukrywam, że mam dzieci, ale nie chcę żeby ich twarze były rozpoznawalne. Czasami pokazuję się w ich kontekście, nawet sama wrzucam wybrane zdjęcia na Facebook czy Instagram. Uważam, że to jest naturalny kontekst mojego życia ale nie sprzedaję swojej prywatności, mam granice. Staram się też nie opowiadać o relacjach z innymi znanymi osobami, żeby nie rozprzestrzeniać plotek. Poza tym to ja mam szczęście do takich absurdów, że czasami naprawdę sama nie mogę uwierzyć w to co się dzieje. Jak słyszę lub czytam, że wreszcie zdradzę swoją największą tajemnicę, albo że kogoś uratowałam, albo: „wielkie kłopoty Natalii Kukulskiej” – no to sama wiesz, kupuję tę gazetę, żeby się dowiedzieć, co tam u mnie nowego słychać? (śmiech). Czasami dziennikarze tworzą jakieś dziwne historie i bardzo oczekują mojej reakcji. Pytałaś o receptę na plotki, już wiele razy nauczyłam się, że brak reakcji jest najlepszą receptą, żeby ta plotka zginęła śmiercią naturalną. Powiedzmy, że jakaś część osób się dowiedziała o tej plotce za pierwszym razem, ale jak dam na nią ripostę, to dowie się o niej kolejna grupa ludzi, a potem kolejne pisma to przedrukują. To jest machina samonakręcająca się, więc już się nauczyłam, żeby nie reagować. Niektóre plotki mnie śmieszą i nie są groźne, ale niektóre są tak wkurzające, że mam ochotę od razu zareagować. Ostatecznie robi to mój management, żeby nie było widać mojego stosunku emocjonalnego do tego wydarzenia, bo to tylko jest tzw. woda na młyn. Ostatnio usłyszałam śmieszną plotkę, że niby którejś z wokalistek nie podałam ręki na imprezie. Bardzo rzadko „bywam”, ale poszłam na wręczenie nagród zaprzyjaźnionego radia, a potem śmiałam się z siebie, że raz się wybrałam na imprezę i od razu zostałam obsmarowana, że z kimś się nie przywitałam. To oczywiście jest jakaś bzdura kompletna, bo zawsze odpowiadam cześć i mówię to dwa razy głośniej, żeby wszyscy usłyszeli i nie mieli wątpliwości. Przedziwna sytuacja. Najlepiej nie pokazywać się konsekwentnie w przestrzeniach, które dają pretekst do powstania plotki. I dlatego, już pomijając to, że nie mam czasu i średnio mam ochotę wychodzić na imprezy, to po prostu wiem, że to nie jest nic co służy propagowaniu mojej muzyki. 

D.K.: No właśnie, przecież w Twoim życiu chodzi o muzykę, a nie o bywanie, a jeśli masz ochotę na fajną imprezę, w gronie przyjaciół, to wystarczy zejść do piwnicy. (przyp. red: piwnica Natalii i Michała jest miejscem, w którym odbywają się najlepsze muzyczne imprezy w mieście) 

N.K.: (śmiech)!

D.K.: Zresztą co by nie mówić, wydaje się, że nie przepadasz za tym sztucznie wykreowanym, pompowanym światem showbiznesu, który jest bardziej show niż biznesem.

N.K.: No tak, ja też do biznesu mam dwie lewe ręce, jakby co (śmiech). Natomiast jakoś stronię od tego świata, ale wśród muzyków, artystów jest mnóstwo osób, z którymi uwielbiam spędzać czas. Mam całe grono przyjaciół z mojej branży, bo wiele rzeczy nas łączy. Spędzamy całe godziny razem w garderobie, na koncertach i często nawiązują się bardzo bliskie, serdeczne, wręcz przyjacielskie relacje. To jest fajne i cieszę się z tego, że mam spore grono ludzi godnych zaufania. Przyciągają się ludzie bardzo podobni do siebie o podobnej wrażliwości: to samo nas bawi, te same rzeczy żenują i zazwyczaj o tym rozmawiamy w kuluarach. 

D.K.: A co Cię śmieszy, co żenuje? 

N.K.: Trudno tak odpowiedzieć bez przytaczania anegdot. Muszę przyznać, że łatwo mnie rozbawić. Abstrakcja jest kluczem. Mam to po moim tacie, który uwielbiał podsumowywać jakieś wydarzenie i dawać taką sentencję, która w kontekście sytuacyjnym bawiła towarzystwo. Mistrz riposty. Nieskromnie przyznaję, że czasami jak siebie słyszę, to tak jakbym słyszała swojego tatę. Nasiąkłam jego poczuciem humoru. Tak samo mamy z Michałem, moim mężem. Wiele podobnych rzeczy nas śmieszy, czasem są to gry słów. Wiesz jakie to ważne, żeby z ludźmi bliskimi i przyjaciółmi śmiać się z podobnych rzeczy? To jest ten papierek lakmusowy, który sprawdza czy odbieramy na podobnych falach, czy do siebie pasujemy. Jeżeli to się zgadza to jest to dobry punkt wyjścia. Co mnie żenuje? Sztuczność, egoizm, próżność – chyba to najbardziej. 

D.K.: Skoro jesteśmy przy anegdotach, przypominasz sobie jakiś zabawny wątek z koncertu? 

N.K.: O takich rzeczach to można książkę napisać, są ich tysiące: od mrożących krew w żyłach do zabawnych. Jedna z najśmieszniejszych sytuacji wydarzyła się już dawno podczas koncertu, kiedy to mojemu chórzyście podczas śpiewania wypadł ząb… Nie muszę tego kryć, Łukasz Zagrobelny kiedyś sam o tym opowiadał. W czasach kiedy razem z Anią Szarmach śpiewał u mnie w chórkach, miał problem z zębem po wypadku, ale nie powiedział mi o tym. Podczas piosenki „Natural women”, nie zapomnę tego, mamy taką kodę (przyp.red.: finał piosenki) kończy się śpiewaniem na trzy głosy „women, women, women”. Łukasz uśmiechnął się do mnie podczas śpiewania, ja patrzę – a on ma taką czarną dziurę w przednim uzębieniu. Myślałam, że dowcip mi zrobił, namalował sobie coś, przykleił może. Tak się zgotowałam, że kompletnie nie mogłam zaśpiewać tego rozwiązania, więc to trwało i trwało. Ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, ja nie mogłam im tego powiedzieć. To była sytuacja, w której najtrudniej mi było się zebrać. Potem się okazało, że ząb Łukasza naprawdę wypadł, to było o zgrozo!… ale bardzo śmieszne. Takich anegdot jest naprawdę cała masa.

MUZYKA

D.K.: No i popłakałam się ze śmiechu! Nie znałam tej historii, a tyle lat się znamy. Nawet kilka imprez zaliczyłyśmy razem..

N.K.: Tak było :) 

D.K.: A propos znajomości, to jest fascynujące, że znam Cię od wielu lat, ale wciąż myślę, że nie znam Cię wcale. Wciąż czymś nas zaskakujesz, np. nową fryzurą- swoją drogą piękne są te Twoje loki. Czy zmiany zewnętrze, choćby w stylizacjach, strojach scenicznych generują zmiany w muzyce jaką tworzysz czy wręcz odwrotnie? 

N.K.: Zmiany wizerunku są dla mnie czymś naturalnym. Zawsze byłam obdarzona dużą ilością włosów i fryzury traktowałam jak czapki. Jak na prawdziwą kobietę przystało, to zawsze byłam na przekór swojej naturze. Przez wiele lat nosiłam długie włosy i je prostowałam, potem na przekór chciałam udowodnić, że ja to nie włosy (jak śpiewała India Arie  „I’m not my hair”). Coś w tym jest, że nie chciałam być zaszufladkowana wizerunkowo, więc tutaj sobie wygoliłam bok, tu spięłam na gładko czy obcięłam na krótko. Na szczęście nie ma w tym nic złego, włosy odrastają, a człowiek lubi sobie poeksperymentować, żeby sprawdzić, w którym nakryciu głowy jest mu najlepiej. Teraz mam najbardziej naturalną fryzurę w całym moim życiu. Myję głowę i nic więcej nie robię. Mam naturalny skręt, a w tej długości jest on jeszcze większy. Wszelkie zmiany wizerunkowe przy płytach, były dla mnie formą ekspresji i zabawy. Są płyty, teledyski i piosenki, w których bardziej mój wizerunek jest wyeksponowany, a są takie jak przy płycie „Ósmy plan”, gdzie mój wizerunek był na dalszym planie. Klip do piosenki „Pióropusz” jest nawet wykonany w technice animacji poklatkowej, więc mnie tam nie ma w ogóle i jakoś nie czułam potrzeby opowieści tej historii swoim wizerunkiem. Natomiast album „Halo tu ziemia!” i temat kosmiczny, teksty, które napisałam dały mi już większy pretekst do zabawienia się tą formą. Nawet zaszalałam, co widać w teledyskach, zwłaszcza w klipie do piosenki „Kobieta”, w której bawię się tematem postrzegania kobiet, wizerunku, stereotypów na nasz temat. Ten teledysk ma bardzo groteskowy, przerysowany charakter i muszę przyznać, że tutaj najbardziej wyżyłam się wizerunkowo. 

D.K.: No właśnie, ale lubisz eksperymenty nie tylko z wizerunkiem, także te muzyczne. Udowadniasz to kolejnymi krążkami, każdy z nich jest inny. Wspomniałaś o „Ósmym planie” i „Halo tu ziemia!”, zastanawiam się gdzie szukasz inspiracji? Wiem, że lubisz np. Little Dragon, że często robicie sobie z Michałem Youtube Party. 

N.K.: Muzyka sama w sobie jest inspirująca, więc jak się słucha, to dzieje się to automatycznie. Michał miał taki moment, że dzień zaczynał od tego, żeby zobaczyć co nowego, zwłaszcza w elektronice i alternatywie. Szukaliśmy, łowiliśmy różne rzeczy, jesteśmy otwarci na to, co ktoś nam poleci, a poza tym jeździmy na różne festiwale. Muzyka sama w sobie jest pokarmem.  Inspiracją jest też spotkanie, bo np. przy płycie „Halo tu ziemia!” pojechaliśmy w góry bez żadnych założeń, że chcemy nagrać płytę taką czy owaką. Nie mieliśmy żadnego nastawienia, po prostu wzięliśmy sporo instrumentów w tym syntezatory analogowe, które zdefiniowały tę muzykę. Wszystkich nas wkręciły te chropowate brzmienia i każdy był dla siebie inspiracją, to jak graliśmy nas nakręcało. Pojechaliśmy z całym zespołem  – Archie Shevskym, Marcinem Górnym i Michałem, i to był czas totalnej zajawki. Na powstanie kolejnej płyty ma wpływ wiele czynników: twoja przeszłość, to czego się nasłuchałeś jako dziecko, wnioski, błędy, nowe fascynacje muzyczne, brzmienia. Kiedyś okazało się np., że oboje z Michałem od lat uwielbiamy Depeche Mode. Wiele gatunków po drodze nas inspirowało, od jazzu poprzez funk, soul itd. I to wszystko ma potem ujście w tym, co człowiek nagrywa. Ale z drugiej strony chciałoby się zrobić coś swojego, czystego, więc jak nagrywam nowy materiał, to nigdy nie ma założenia, że chcę, żeby to było jak coś, co już istnieje na rynku muzycznym. Radiowcy często mówią: nagraj płytę, która będzie jak coś, albo coś na miarę tego artysty. Takie myślenie zawsze jest dla mnie bolesne, jest też olbrzymim ograniczeniem. Takimi rzeczami przy nagrywaniu płyt już od dawna się nie kieruję, świadomie ponosząc konsekwencje. 

D.K.: Mówi się, że ludzie lubią te dźwięki, które już gdzieś słyszeli. Może o to chodzi dziennikarzom?

N.K.: No tak, ale zawsze jest ten pierwszy raz. Kiedy Dawid Podsiadło pokazał się w Polsce, też wcześniej byś nie powiedziała, że radio zagra taką muzykę. Potem wszyscy już chcieli być i są „jak Dawid Podsiadło”. Kiedy Adele pojawiła się z balladą, też nikt by nie pomyślał, że będzie grana w eterze. Nagle wysypały się same Adele, jedna po drugiej. Nie o to chodzi w muzyce, by była podobna do tej, z którą jesteśmy osłuchani. 

D.K.: W takiej sytuacji dobrze jest się wyróżnić, a Ty się wyróżniasz. A może Ty tęsknisz za muzyką klubową? 

N.K.: Nie, wiesz tęsknoty za klubowym życiem nie ma we mnie w ogóle. Natomiast uwielbiam grać koncerty, gdzie przychodzi publiczność, która chce przyjść i posłuchać muzyki. Bardzo lubię grać koncerty w klubach, nawet kameralnych, gdzie ludzie są w miarę blisko, przeżywają, a ja widzę ich oczy, w nich emocje. Oczywiście lubię też grać w większych salach, ale nie segreguję muzyki w ten sposób. Jedną z największych inspiracji muzycznych jest dla mnie grupa Son Lux, która najpierw grała w klubach. Byłam na takim koncercie w Polsce. Dziś grają w ogromnych halach, bo nagle okazało się, że ten zespół stał się modny. Zaskakujące, bo muzyka, którą grają nie jest mainstreamowa. Zrobiła się na nich koniunktura i to jest super fajne. Co do klubowego wątku, zapewne pewne moje brzmienia mogą się kojarzyć z taką muzyką. Polecam zresztą remiksy, np. do piosenki Miau czy Sexi Flexi…

D.K.: Prawie rok mija od wydania ostatniej płyty „Halo tu ziemia!”. Schodzisz czasem do piwnicy, do studia nagraniowego, masz już tęsknotę, żeby zrobić coś nowego?  

N.K.: Trochę zmieniamy, przekształcamy nasze studio, rozwijamy je, więc mam nadzieję, że to miejsce dostarczy nam jeszcze więcej inspiracji. Na razie jest wiele projektów, do których zostałam zaproszona w międzyczasie. Ciągle jeszcze żyję płytą „Halo tu ziemia!”, gramy koncerty w różnych miastach w Polsce. Wkrótce też  będziemy grać koncerty akustyczne, co oznacza, że oparte będą o gitarę akustyczną. Żeby przełamać typowo akustyczne brzmienie, Michał gra wówczas wyłącznie na perkusji elektronicznej a bas grany jest na Moog’u. Brzmi to nietypowo, kameralnie, taki minimal. Dla publiczności ten rodzaj koncertu jest wyjątkowy bo mamy z nią bliski kontakt. Gram też koncerty ze znakomitym Atom String Quartet. Nawet piosenki z ostatniej płyty zostały fantastycznie przearanżowane przez nich. Marek Napiórkowski zaprosił mnie do projektu, który łączy w sobie cechy koncertu i spektaklu, są to kołysanki dla dzieci i dorosłych „Szukaj w snach”. Ja nie bardzo chciałam wracać do świata dziecięcego, trochę się tego bałam, ale jak usłyszałam tę muzykę, to nie miałam żadnych wątpliwości. Te utwory niosą ogromną wartość. To jest zbiór ciekawych i pięknych  kompozycji Marka, niezwykle kojących i nie zaśpiewać ich byłoby grzechem (śmiech). Dlatego weszłam w to całą sobą. Zagraliśmy 17 spektakli w Teatrze Starym w Lublinie, bo to była ich inicjatywa i wydaliśmy niedawno album pod tym samym tytułem. Polecam tę płytę nie tylko tym, którzy mają dzieci, ale także tym, którzy chcą sobie posłuchać ciekawej akustycznej, kojącej, delikatnej i subtelnej muzyki. To jest taka trochę muzykoterapia. Dodatkowo biorę udział w serii koncertów „Cohen i kobiety”, gdzie śpiewam dwa utwory Leonadra Cohena. Cały czas coś się dzieje, więc nie doszłam jeszcze do tego momentu, w którym jestem zupełnie gotowa na nowe… aczkolwiek powoli już mnie nosi. Przez najbliższe kilka miesięcy będzie się wiele działo koncertowo i projektowo, ale przyjdzie moment, w którym nowe rzeczy zaczną mi się napraszać. Planuję także pewien projekt na 2020 rok, na razie nic nie mogę zdradzić, może tylko to, że powoli się do niego przygotowuję a kalendarz koncertowy na przyszły rok też powoli się zapełnia. 

autor zdjęć Zuza Krajewska
autor zdjęć Zuza Krajewska

 

NATALIA KUKULSKA KOBIETA Z KLASĄ

D.K.: Lubisz być kobietą?

N.K.: Czasami lubię, a czasami przeklinam (śmiech). Wydaje mi się, że natura dużo nałożyła na nas obowiązków i wyzwań, a sprostanie im wszystkim nie jest łatwe, zwłaszcza dla kobiet z ambicjami. Ambicje czasami potrafią zjadać cię od środka, a jeśli do tego dołożysz jeszcze perfekcjonizm, jest dużo trudniej. Dlaczego? Bo wszystko chcesz zrobić na własnych zasadach i ze stuprocentową dokładnością. W piosence: „Kobieta” jest  bardzo dużo mojej refleksji o kobiecej naturze. Opisują nas słowa: 

„Szyja jak pal
Jest wbita na dno
A sięga do gwiazd
Panoramiczny wzrok”

Mam czasem takie wrażenie, że muszę być nogami bardzo mocno na ziemi, że ziemia woła do mnie: ziemia do Natalii, a ja z kolei chcę się unosić artystycznie. Z drugiej strony oczy mam dookoła głowy, wszystko staram się dostrzegać. Widzę też różnice między nami, a mężczyznami choć oczywiście to generalizowanie. Oni są zadaniowi, poukładani: wchodzą w jeden temat i skupiają się na wykonaniu zadania, są przy tym precyzyjni. My kobiety mamy podzielność uwagi i wiele różnych funkcji w życiu, które łączymy.

D.K.: Podzielność uwagi bywa naszą zmorą, masz rację. 

N.K.: Dlatego śpiewam: 

„Poczuj cukier i sól. 

Dobrze ją znam. 

I wiem czego chcę. 

Bo ten przekorny głos. 

Kobieta we mnie jest.”

Wiem też, że potrafimy nie być łatwe, a czasem także porywcze:

„Z niczego i tak umie wywołać dym”

W piosence „Kobieta” zabawiłam się stereotypami myślenia o nas, bo przecież każda kobieta jest inna i tak często generalizuje się nasz wizerunek. Chociaż… pewne cechy pojawiają się u większości kobiet. 

>



D.K.: Kto jest dla Ciebie przykładem kobiety z klasą? I co to właściwie znaczy kobieta z klasą? 

N.K.: Po przeczytaniu książki Michała Rusinka o Wisławie Szymborskiej, to ona mi się widzi jako taka osoba. Miała lotność spostrzeżeń i opisywania tego, co dusza przeżywa w sposób unikatowy i niesamowity. W taki sposób, który pozwala czytelnikowi poczuć i przeżyć to samo. W relacjach międzyludzkich też była urocza: była trochę damą, która trzymała pewien rodzaj dystansu, a z drugiej strony miała niezwykłe poczucie humoru i nie brakowało jej temperamentu. Była prawa, ale też w elegancki sposób wymagająca, przyznawała się do błędów i niedoskonałości – bardzo mi się podoba ta postać. Ona przyszła mi jako pierwsza do głowy, ale niezwykle trudno jest wybrać jedną ikonę. Kasia Nosowska ma klasę, to rodzaj kobiety, która ma mocny charakter, ma poczucie humoru, ale ma też jaja, jest bardzo inteligentna i niezwykle twórcza. Cały czas robi ciekawą muzykę i pisze takie teksty, ma dużo do powiedzenia. Myślę, że w każdej dziedzinie byłaby to jakaś inna postać. 

D.K.: Zabrzmi jak pytanie starego piernika, z góry przepraszam ;) Zastanawiam się, czy czasy, w których żyjemy, są dobrymi czasami dla kobiet z klasą? Trudno jest odnaleźć swoją życiową ścieżkę w tym labiryncie pokus, niewiele znaczących świecidełek, które kuszą i zawracają z obranej drogi.

N.K.: Trudno ocenić, ale czasem jak przeglądam Instagram i widzę treść wrzucaną przez niektóre kobiety, w jaki sposób siebie pokazują i co jest dla nich ważne (zwykle jest to kawałek ciała w różnych odsłonach), to ja tego nie rozumiem i wydaje mi się, że to jest dalekie od klasy, ale – nie mnie to oceniać. Może właśnie klasą jest nieocenianie innych? (śmiech) Chyba jednak klasy mi brakuje, bo często ulegam pokusie oceniania tego, co widzę. 

Kobieta z klasą kojarzyła się kiedyś z jakąś niedostępnością, nawet z zadzieraniem nosa. Współczesna kobieta z klasą to jest ta, która potrafi się przyznawać do własnych słabości, doskonali się i jest otwarta. Może nawet przekląć, jeśli to zrobi… po prostu z klasą (śmiech). 

D.K.: Dziękuję Ci, kobieto z klasą, za miłą rozmowę. Uznaję Twoją klasę w 100%, bo wcale nie oceniasz, tylko masz swoje zdanie. I tego się trzymajmy. 

9M7A7982-2

Wielopokoleniowa gra w klasy

Lipiec Anno domini 2018 roku. Akcja toczy się w ogrodzie w pobliżu lasu. W promieniach słonecznych, przy mrożonej herbacie ze świeżej mięty siedzi sześć kobiet w wieku od 2 do 86 lat i szuka w sobie klasy.

No dobra, najmłodsza nie siedzi, tylko wszędzie jej pełno i ona akurat z gracją szuka… żab. A my dumamy: czy ta cała klasa to rzecz nabyta czy z tym trzeba się urodzić? Czy można się tego nauczyć, czy na klasę trzeba trochę zapracować? Bo jeśli to jest rzecz nabyta to „Moja Krew” ma jeszcze szansę.

Słowo o nas

Od kilku miesięcy piszemy bloga. Nasze rodzinne spotkania zawsze obfitowały w zabawne opowieści, było dużo śmiechu, nigdy nie mogliśmy się nagadać na zapas. Tak narodził się pomysł założenia babskiej wersji bloga wielopokoleniowego na miarę naszych czasów. To jedyny taki blog w Polsce i chyba na świecie też drugiego takiego nie znajdziecie. Dlaczego babski? Bo niektóre rzeczy zdarzają się tylko kobietom. Na początku huraoptymizmu nie było, ale w końcu udało się oswoić tę bestię. Piszemy o swoich przeżyciach, o tym co było kiedyś, co jest dziś, jak zmienił się świat i jak my się zmieniamy. Opowiadamy o różnych sytuacjach – o tym, co nam w sercu gra, jak na te same sytuacje reagują różne pokolenia. Przy okazji dowiadujemy się o sobie rzeczy, o których nie miałyśmy pojęcia.

„Moją krew” tworzą: Joanna seniorka rodu, przy okazji mama, babcia, prababcia, która pamięta lata 30-te XX wieku. Danuta i Ewa, siostry rodzone, matki i babcie pamiętają lata 60- i 70- te – to drugie pokolenie naszej rodziny. Filary trzeciego pokolenia leżą na barkach Dagmary i Oliwii – sióstr, córek, które lata 80- i 90-te pamiętają jak przez mgłę. Czwarte pokolenie jest najgłośniejsze – Patrycja mówi wiele, ale ciągle po swojemu. Jak się rozgada po polsku, będzie podporą bloga.

Od lewej Dagmara, Oliwia, Danuta, Joanna, Ewa

W poszukiwaniu klasy

Mamy jedną krew, podobno błękitną, ale i tak każda z nas jest inna. I jak się okazało każda inaczej rozumie kobiecą klasę. Bierzemy na warsztat temat, jedno jest pewne – będzie śmiesznie.

Ewa: – Kobieta z klasą nie ma problemów w urzędach. Wchodzi taka babka do jakiejś instytucji niby niczym się nie różni od pozostałych, rzuca jedno spojrzenie, urzędnik zadaje uprzejme pytanie: „W czym mogę pomóc” i… sprawa jest załatwiona. Wchodzi druga, mówi „Dzień dobry”, a urzędnik na to „Niech poczeka”.

Dagmara: Może właśnie dlatego nie dopuszczam do głosu urzędników, zadaję pytania, sama na nie odpowiadam, ogarniam temat, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że brakuje mi klasy (śmiech). Dla mnie babcia jest kobietą z klasą. Zawsze jest elegancko ubrana, nawet w największy upał ma na nogach nylonowe rajstopy i buty na obcasie. Tylko zastanawiam się czy nie jest jej za gorąco?

Joanna: O mnie mówisz? Jasne, że jest mi gorąco, ale w rajstopach nogi wyglądają lepiej. Znacie to powiedzenie: chcesz być piękna, musisz cierpieć!

Danuta: Nie znam, nie praktykuje, zarobiona jestem. A tak serio, na co dzień stawiam na wygodę i naturalność. Jeśli więc kobieta z klasą nosi dresy, to można powiedzieć, że mam 100% klasy.

Ewa: Mam taką koleżankę, która też stawia na naturalność i w ogóle się nie depiluje!!! Mówi, że jak los coś daje, trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.

Danuta: Bez przesady. To przegięcie, w tym chyba nie ma klasy. Chodziło mi o to, że babka bez make-upu i fryzury z żurnala też może być na poziomie.

Oliwia: No właśnie, ale jednak błyszcząca czystością, nienagannie ubrana kobieta, w nieskazitelnym makijażu (czytaj brak rozmazanej pandy), pozostawiająca za sobą delikatną bryzę perfum, robi inne wrażenie na otoczeniu. Nie musisz mieć wówczas sukni do ziemi, kapelusza, ażurowych rękawiczek i stąpać 5 cm nad ziemią, żeby dżentelmeni rzucali ci pod nogi swoje peleryny, abyś przypadkiem swojej subtelnej stópki obutej w aksamitny pantofelek, nie zamoczyła w błocie. Ale pojechałam;) Grunt to wyobraźnia.

Dagmara: Skoro o wyobraźni mowa. Dziewczyny, zamknijcie oczy, rzucam hasło: kobieta z klasą. Kogo widzicie?

Ewa: Audrey Hepburn w długiej, idealnie skrojonej sukni, czarnych rękawiczkach do łokcia, nienagannym makijażu, dużym kapeluszu i z cygaretką w ustach. Wypisz wymaluj „Śniadanie u Tiffany’ego”. I znów paradoks: mamy piękną bohaterkę z petem w ustach, od rana sączącą szampana, ogółem prowadzącą hulaszczy tryb życia, a jednak emanującą kobiecością. Swego czasu każda chciała być jak Audrey.

Joasia: Albo jak Sophia Loren i Hanka Bielicka. Obie były eleganckie, a Bielicka miała pokaźną kolekcję kapeluszy i trafny żart na każdą okazję. To ją wyróżniało. Nie muszę zamykać oczu, żeby zobaczyć babkę z klasą. Wystarczy, że zajrzę do albumów ze starymi fotografiami i odnajdę na nich moją kuzynkę. Zawsze była elegancka. Do tego stopnia, że nawet w największe mrozy chodziła w czółenkach.

Ewa: Ciotka była też odrobinę zołzowata. Sorry, ciociu. Danka, pamiętasz jak dbała o swojego jedynaka?

Danusia: Pewnie, że pamiętam. My biegałyśmy po podwórku ubrudzone po łokcie i szczęśliwe, a smutny kuzyn w schludnym ubraniu obserwował nas z daleka. Chyba bał się zarazków (śmiech).

Oliwka: Hmmm, niech się zastanowię. Kobieta z klasą? Chyba… ja? Mam w szafie pokryty pajęczyną kapelusz, butów mam od groma i jeszcze trochę. W urzędach w pas mi się kłaniają, zołzowata też bywam. Wypisz wymaluj kobieta na poziomie.

Dagmara: U Ciebie to się nazywa foch i 100% skromności;) Dla mnie babki na poziomie używają pięknego języka i mają to coś, co trudno opisać słowami, a zdecydowanie rzuca się w oczy. Weźmy taką królową Elżbietę…

Danuta: Boże chroń królową.

Ewa: Halo, tu ziemia. Możecie już wylądować? Proponuję powrót do przeszłości, bo coś mi się wydaje, że przez kilkadziesiąt lat definicja kobiety z klasą uległa degradacji. W latach 50-, 60- i 70-tych w Polsce raczej się nie przelewało. W sklepach były pustki, a jednak babeczki wyglądały pięknie, wokół nich unosiła się aura niepowtarzalności. Potrafiły przygotować coś z niczego i nie dawały po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Danuta: Masz rację. Tak było, nawet jeśli zajmowały się domem, nie pracowały zawodowo, to jednak dbały o siebie. Nie chodziły w szlafrokach i papilotach na głowie przez cały dzień, chciały się podobać.

Joasia: Podobnie było w latach 30- i 40-tych. Mam wrażenie, że wtedy było więcej takich kobiet na metr kwadratowy. Spacerowały po ulicach, z parasolami w dłoniach, w rozkloszowanych sukniach, zwracały na siebie uwagę.

Oliwia: Dziewczyny, ale w czasach, o których piszemy nawet mężczyźni byli inni i inaczej traktowali kobiety.

Danuta: Kiedyś mężczyźni byli wobec kobiet bardziej szarmanccy. Większość przepuściła w drzwiach, ustąpiła miejsca. Zwracali się do nas z szacunkiem.

Ewa: Kiedyś na co dzień można się było poczuć się damą. Panowie zabiegali o nas, starali się, a dziś mamy pokłosie walki o równouprawnienie. Chciałyśmy, to się pozmieniało.

Joanna: Ja tam o nic nie walczyłam, mnie było dobrze. Jak sobie przypominam, to kiedyś kobieta z klasą była dumna, trochę wyniosła, niedostępna, taka „ą, ę przez bibułkę”. Udawała nieporadną, zagubioną, a tymczasem gdzieś na poboczu sama potrafiła zmienić koło w samochodzie. Panowie nie mieli o tym pojęcia, w związku z tym na co dzień czuli się potrzebni… i tacy męscy;)

Danuta: Klasa u kobiet kiedyś wynikała z pozycji społecznej, ale nie zawsze szło to w parze. Dzisiaj przykładem stuprocentowej klasy jest według mnie Grażyna Torbicka. Subtelna, inteligentna, mądra i oczytana, zadbana, z pasją, wszystko robi z wdziękiem. Nie uczestniczy w skandalach, jest dyskretna i normalna.

Oliwia: Mówcie, co chcecie, dla mnie klasa rodzi się w głowie. Nie chodzi o to, co jest na zewnątrz, raczej o piękne wnętrze.

Dagmara: W takim razie każda z nas ma klasę, tylko może trzeba głębiej poszukać.

Patrycja: Mama! Dajjjjj!!!?

Nasza Patrycja wie, czego chce, potrafi nawet krzyczeć z klasą. Kokietuje, czaruje albo się złości, ale zawsze wie jak się zachować, żeby coś uzyskać. Zaznaczmy, że ma niecałe 2 lata!

Zsumujmy tę babską burzę mózgów w różnym wieku:

Dzisiejsza kobieta z klasą łączy pracę zawodową z obowiązkami domowymi, jest jak niepsujący się robot wielofunkcyjny. Ma czas na wszystko, realizuje się w każdej dziedzinie życia, jest zadowolona z tego, co ma, przeskakuje problemy jak lekkoatleta płotki. Wzbudza szacunek, roztacza charyzmę, zawsze jest zadbana, pachnąca i uśmiechnięta. Nie prowokuje, nie uczestniczy w skandalach.

Aneta Pisaniec

Jak odnaleźć swój własny styl radzi stylistka gwiazd i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec

„Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. W tym wszystkim nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku.”

Stylistka gwiazd, perfekcjonistka w każdym „detalu”, miłośniczka piękna, mody, a przede wszystkim wielka optymistka i kobieta sukcesu – Aneta Pisaniec.

W dzisiejszej dobie możemy zamówić, kupić absolutnie wszystko i wyglądać jak gwiazda. Jak tego dokonać, by jednak nie stracić majątku?

Aneta Pisaniec: Tak jak zaznaczyłaś w swoim pytaniu, na rynku jest już wszystko. Oznacza to ogromną konkurencyjność również cenową. Wyglądać „jak gwiazda” można wręcz dosłownie. Internet pełen jest stron, na których możemy zamawiać kopie sukienek naszych ulubionych celebrytek, w których widziałyśmy je na jakiejś gali. Sugerowałabym jednak powściągliwość w takich zakupach. Suknie gwiazd kosztują zazwyczaj od kilku do kilkudziesięciu, nawet kilkuset tysięcy złotych. Nie oszukujmy się, że jakość materiału i wykonania, w naszej tańszej wersji będzie taka sama. Patrząc z mojej perspektywy na klientki, z którymi współpracowałam na przestrzeni lat, najważniejszy w wyglądzie gwiazdy jest zadbany wygląd. Mam na myśli ładną skórę, zdrowe włosy. Potem zakupy. Z każdej kolekcji możemy wybrać coś dla siebie. Warto jednak najpierw poznać dobrze swoją sylwetkę. Wyglądać ja gwiazda oznacza podkreślać atuty i tuszować mankamenty, one to robią przecież najlepiej. Ja zawsze namawiam osoby, z którymi pracuję do kupienia kilku ekstrawaganckich rzeczy w czasie wyprzedaży. Ciekawe buty, torebka, kolczyki. Normalnie szkoda nam pieniędzy na dodatki „okazjonalne”, a to one potrafią dodać smaku całej stylizacji.

Przybliż nam trochę swoją pracę zza kulis. Przychodzi do Ciebie klientka, która ma przed sobą „wielkie wyjście”. Jak odkrywasz jej styl?

A. P.: Klientki, które zgłaszają się do stylisty to kobiety, które zazwyczaj chcą całościowo zmienić swój styl. Drugą kategorię stanowią panny młode, ale to zupełnie inny temat :) Wracając do klienta numer jeden, jest to osoba, którą muszę dobrze poznać. Wiedzieć czym się zajmuje, jak wygląda jej dzień i też co chciałaby poprzez nowy wizerunek osiągnąć. Motywacje są bardzo różne. Dodatkowo, zazwyczaj umawiam się z klientką najpierw w jej domu, by przejrzeć szafę. Wyrzucamy z niej rzeczy, które kompletnie się nie nadają, dajmy drugie życie tym, z których nie umiała korzystać, a okazują się przydatne. Potem idziemy na zakupy i tworzymy różne zestawy. Stylista to również trochę psycholog, współcześnie można powiedzieć coach. Kobiety, które chcą coś zmienić w wizerunku, często mają już na to jakąś wizję, ale potrzebują osoby, która je w tym utwierdzi. Pewne rzeczy są dla nich naprawdę nowe, więc nie staram się ich przestraszyć i tylko sugeruję, że mogą to sobie kupić same, za jakiś czas, jak już się z tą wizją oswoją. Robię im w tym zdjęcie, żeby mogły na nie spojrzeć po upływie czasu, kiedy czują się już pewniej ze zmianami, jakie następują. Nie zmuszam, ale kiedy widzę, że ktoś wygląda w czymś naprawdę świetnie, namawiam. Troszkę je terroryzuje, ale mam wrażenie, że tego potrzebują, bo inaczej niczego nie zmienią ;)

W jaki sposób określiłabyś „styl damy”? Kto przychodzi Ci na myśl pod hasłem „kobieta z klasą”?

A. P.: To jest trudne pytanie z względu na to, że tak jak w każdej dziedzinie życia i w tej jaką jest moda i wizerunek, granice wciąż się przesuwają. Mogłabym podawać klasyczne przykłady jak Audrey Hepburn, mam jednak wrażenie, że to już trochę nieaktualne. Oczywiście, prostota zawsze się obroni i będzie wyglądać dobrze, jednak czy każda kobieta, która włoży małą czarną od YSL, do tego szpilki od Loubutina i torbę od Chanel ma klasę? Czy po prostu dużo pieniędzy? Audrey to przykład nie tylko kobiety z klasą i prawdziwej damy, ale też dobrego człowieka, działającego na rzecz ludzkości. Człowieka, dla którego wizerunek był dodatkiem do całości tego, jaką była osobą. W bardzo trafny sposób na Twoje pytania odpowiada Garance Dore w swojej książce. Pisze tam o czymś co według YSL nazywa się elegance de coeur, czyli elegancją serca. Dla mnie kobieta z klasą to osoba, potrafiąca zachować się w każdej sytuacji, tak by nie dając się nikomu poniżyć, nie poniżać również innych. Kobieta, która jest zmysłowa poprzez sposób rozmowy i uśmiechu, a nie eksponowaniu atutów wyglądu. Oczywiście, mówimy tu o emocjonalnej stronie. W dzisiejszym świecie ciężko być damą, każdego dnia spotyka nas tyle wyzwań i trudnych sytuacji, że musimy naprawdę nad sobą panować, aby coś nas nie wyprowadziło z równowagi. W moich oczach kobietą z klasą i prawdziwą damą jest ta kobieta, która nie dostosowuje się do wymogów danego środowiska, wulgarności. Kobieta, która ma swoje zdanie i potrafi je obronić.

Nieodłączne atrybuty „Kobiety z klasą” to…

A. P.: Uśmiech :) Dodatkowo zawsze warto mieć przy sobie, coś aby się okryć, móc zasłonić ramiona, ze względu na wielokulturowość miejsc, w jakich możemy się znaleźć. Reszta atrybutów kobiety z klasą nie jest moim zdaniem związana z ubiorem, a z pewnością siebie i zadbanym wyglądem, który jest odzwierciedleniem szacunku do osób z którymi ma się spotkać. Mam na myśli czyste dłonie, zadbane paznokcie, uczesane włosy, zapach…

To prawda, że „Moda przemija, styl pozostaje”? Jak odnaleźć swój własny styl?

A. P.: Styl to sposób ubierania się, który pasuje do tego jak i gdzie funkcjonujemy na co dzień. Odnajdywanie swojego stylu to dość długi proces, ponieważ składają się na niego nie tylko suche informacje, dotyczące tego w czym nam jest dobrze. To też akceptacja siebie, a jej nabieramy z wiekiem. Styl młodych ludzi często się zmienia, ponieważ poszukują jeszcze swojej drogi. Kiedy już wiedzą, kim są, mogą ten styl pokazać sobie i światu, i być konsekwentnymi w wyborach. Wtedy z każdej kolekcji potrafią dobrać coś, co ich nie przebierze tylko unowocześni wygląd, pozwoli dopasować się do trendów.

Jakie są trendy na lato 2018?

A. P.: Pantone wybrał na ten sezon fiolet. Kolejnym modnym dodatkiem będzie coś w odcieniach intensywnej żółci lub ognistej czerwieni. Dla kobiet delikatnych sprawdzi się pudrowy róż i jasny niebieski, tzw. baby blue. Dla niezdecydowanych polecam biel. Ponadto torebki – koszyki, mini wersje tych piknikowych będą absolutnym hitem. Wszystko co dżinsowe i błyszczące, a najlepiej ze sobą zmiksowane. Ponadto boho w każdym wydaniu w postaci eklektyzmu, np. kwiatki łączymy z paskami. Bawimy się fakturą, wzorem i kolorem.

W każdym wieku możemy ubrać się modnie, zgodnie z trendami, seksi?Wiek, sylwetka Twoim zdaniem nie gra roli?

A. P.: Odpowiedzi na to pytanie są dwie. Pierwsza jest taka, że każdy może robić to na co ma ochotę,  o ile nie jest to przestępstwo. Ubiór, o ile kogoś nie obraża, nie jest zbrodnią. A więc wolno nam w każdym wieku nosić to na co mamy ochotę. Druga wersja odpowiedzi na to pytanie jest taka, że jeśli chcemy dostosować się do ogólnie panujących norm, wszystkiego nam robić nie wypada. Moda w dzisiejszym świecie jest dla każdego i wyglądać modnie możemy wszyscy. Co do trendów, nawet młode osoby nie powinny za nimi wszystkimi podążać, tym bardziej osoby ciut starsze.

Moje spostrzeżenie jest takie, że osoby w późniejszym wieku zazwyczaj rezygnują z intensywnych kolorów. Zupełnie nie wiem czemu. Królowa Elżbieta jest przykładem tego, że kolory z biegiem lat są wręcz wskazane.

Twoje najciekawsze modowe wyzwanie? Na przykład przychodzi klientka, która ma za dwa dni wielką imprezę, za to nie ma pomysłu w co się ubrać, nic jej się nie podoba. Co wtedy robisz?

A. P.: Nigdy nie miałam takiego problemu z klientkami. Miałam za to kłopoty z gwiazdami. Kiedyś jednej z nich tak spodobała się sukienka wypożyczona od projektantki do sesji zdjęciowej, że po prostu nie chciała jej oddać (kupić też nie). My zwykli śmiertelnicy zazwyczaj zachowujemy się normalnie i jeśli już prosimy o czyjąś poradę to po to, by z niej skorzystać. Gdyby przyszła do mnie osoba, której faktycznie nic z zaprezentowanych rzeczy by się nie spodobało, zapytałabym, czy jest jakaś kreacja, którą gdzieś widziała i chciałaby mieć podobną. Po ocenieniu czy jej ta rzecz pasuje, znalazłabym taką lub zleciła ekspresowe szycie u zaprzyjaźnionych krawców. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, najważniejsze to się nie zniechęcać i słuchać klienta.

Klasyka. Co zawsze warto mieć w szafie. Twoje „must have”?

Obawiam się, że moja odpowiedź nie zrewolucjonizuje niczyjego podejścia do tego tematu:

  • czarna klasyczna sukienka,
  • czarny żakiet,
  • biała koszula,
  • czarne szpilki,
  • trencz,
  • para gładkich dżinsów,
  • sportowe buty.

To są rzeczy, w których możemy w dzisiejszych czasach odnaleźć się w każdej sytuacji. Dodałabym jeszcze czarną skórzaną kurtkę.

Jakie masz motto lub jaką myślą kierujesz się w swoim zawodzie?

A. P.: Strój to dla mnie narzędzie komunikacji. Chcę przekazywać ludziom informacje, bez potrzeby artykułowania tego. To samo staram się robić dla swoich klientów. Nie zapominając, że mimo wszystko są to tylko ubrania, a to co najważniejsze i tak mamy w środku:)

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved