rozmowa z seksuologiem

Problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że kobiety nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym

Wywiad z Joanną Niedzielą, seksuolożką, psycholożką, autorką bloga „Seksuolog bez tabu”

Trudno wymyślić dziś ciekawe, nieoklepane, owiane opinią tabu pytanie do seksuologa! Wychodzi pełno książek o takiej tematyce, mamy pełno przeróżnych artykułów na ogólne i szczegółowe tematy dotyczące seksu, pojawiły się naprawdę dobre blogi i strony prowadzone przez seksuologów i edukatorów seksualnych. Dlatego trochę na przekór i na odwrót zapytam: jakie pytanie Pani zadałaby seksuologowi?

Rzeczywiście wiele pytań się powtarza, dlatego zamiast zadawać kolejne, chciałabym zwrócić uwagę na kwestię patologizacji seksualności czy straszenia nią. Szczególnie mam tu na myśli seksualność kobiet, która postrzegana jest głównie przez pryzmat trudności, dysfunkcji, nakazów czy męskich potrzeb. Niewiele mówi się o rozwijaniu tej sfery życia, czerpaniu z niej przyjemności, cieszenia się nią. W konsekwencji wiele kobiet obawia się, że to, czego doświadczają czy co przeżywają, nie mieści się w normie, że coś jest z nimi nie tak. 

Naprawdę? A to ciekawe, bo ja powiedziałabym zupełnie co innego – że współczesne młode, ale i te dojrzałe, wykształcone kobiety wiedzą czego chcą, a przynajmniej doskonale wiedzą, czego nie chcą, co im się nie podoba. Zaczynają jasno mówić o swoich pragnieniach, fantazjach, są w sferze seksualnej bardzo czynne, a jeżeli mają jakieś problemy, odczuwają dysfunkcje, to od razu szukają rozwiązania – czy to w internecie, czy w książkach czy u specjalisty?

Myślę, że taki obraz rzeczywistości kreują media – obraz kobiety mającej nieziemskie orgazmy przy każdym zbliżeniu, zdrowej, wysportowanej, zawsze seksownie ubranej i wiedzącej czego chce. Tymczasem większość kobiet nie jest w stanie zbliżyć się do tego sztucznie wykreowanego ideału, co wpędza je w kompleksy. Powszechne podczas konsultacji są takie zdania jak: „chciałabym mieć orgazmy jak każda normalna kobieta” albo „kochać się tak często jak wszyscy”. To bardzo ogólne stwierdzenia, bo nie wiemy, co to dokładnie znaczy dla tej osoby. Ale to nie bierze się znikąd – to właśnie wrażenia zaczerpnięte z mediów o tym, jak “powinno” wyglądać życie seksualne większości kobiet. 

Czy Polki w porównaniu do innych Europejek są dobrze wyedukowane seksualnie? Podobno jest tak, że Polki dużo wiedzą na temat seksu, ale to i tak nie sprawia, że doznają większej i częstszej satysfakcji w łóżku?

Nie chcę się wypowiadać na temat innych krajów europejskich, mogę jednak powiedzieć, jak to wygląda w przypadku Polek, które zgłaszają się do mnie na konsultacje seksuologiczne. W bardzo wielu przypadkach nieodłącznym jej elementem jest właśnie edukacja seksualna. Bardzo często polega ona np. na wyjaśnieniu jaka jest różnica między pożądaniem responsywnym (charakteryzującym przeważającą część kobiet) a pożądaniem spontanicznym. To pomaga wielu paniom zrozumieć (i odczuć ulgę), dlaczego nie inicjują seksu z same siebie – o co często obwiniają je partnerzy, twierdząc, że są oziębłe. Nierzadko pojawia się także temat orgazmu. Tu z kolei rozmawiamy o konieczności nauki jego doświadczania (np. podczas treningu masturbacyjnego), a także o tym, że kluczową rolę w drodze na szczyt odgrywa stymulacja łechtaczki a nie pochwy. Warto wiedzieć, że podczas penetracji regularnie szczytuje niewielki procent kobiet – i jest to normalne. Myślę, że w ogóle kluczową sprawą jest zmiana tego, jak postrzegamy seks. Seks to nie tylko stosunek waginalny – warto czasem z niego zrezygnować, aby poszerzyć seksualne horyzonty i doświadczyć czegoś nowego. Odpowiadając na Pani pytanie – widzę ogromne braki w edukacji seksualnej kobiet, ale także mężczyzn. Dlatego gorąco apeluję – sięgnijmy chociaż po jedną książkę na temat seksualności. To bardzo często wystarcza, aby zrozumieć, czego doświadczamy czy rozwiać nasze obawy i wątpliwości. Nie bójmy się też zgłaszać po pomoc do specjalistów.

Interesujące to naukowo brzmiące określenie: pożądanie responsywne. Opowiedzmy o nim nieco więcej, skoro charakteryzuje przeważającą część kobiet.

Terapeutka seksualna dr Christine Hyde, wyjaśniając, czym jest pożądanie responsywne, użyła analogii z otrzymaniem zaproszenia na imprezę. Kiedy zaprasza nas dobra przyjaciółka, zazwyczaj takie zaproszenie akceptujemy bez większego namysłu. Jednak im bliżej do imprezy, niekoniecznie mamy na nią ochotę – musimy się przecież ładnie ubrać, umalować, dojechać tam, znaleźć opiekunkę do dziecka… Ostatecznie mimo wszystko postanawiamy wybrać się na imprezę, bo przecież to nasza dobra przyjaciółka. I co się okazuje? Że świetnie się na niej bawimy. Podobnie jest z pożądaniem responsywnym. Kobieta nabiera ochoty na seks, wraz z pogłębianiem się zaangażowania w stosunek zainicjowany przez partnera/kę, mimo że wcześniej sama z siebie nie odczuwała na niego ochoty. Nie mam tu jednak na myśli zmuszania się do seksu, to zupełnie co innego. W bardzo wielu przypadkach, w których kobiety zgłaszają się do mnie z powodu obniżonej ochoty na seks, okazuje się, że problem nie tkwi w niskim libido, a w tym, że nie znają różnicy między pożądaniem responsywnym a spontanicznym. Mają do siebie pretensje, że nigdy nie inicjują seksu samodzielnie, bo nie czują takiej potrzeby. Okazuje się jednak, że ten seks sprawia im przyjemność i się w niego angażują, gdy zainicjuje go druga osoba. Dlatego tak ważna jest komunikacja w związku. Warto też podkreślić, że oba rodzaje pożądania są jak najbardziej zdrowe i normalne. 

Problem właśnie tylko z tym, że zdecydowana większość badanych w przeróżnych ankietach chciałaby, aby to ta druga strona była bardziej pomysłowa i to ona inicjowała nowości w łóżku. Więc mamy mały impas – my nie inicjujemy, a chcemy, żeby inicjował nasz partner, tylko on może oczekiwać tego od nas… Co wtedy? Próbujemy się przełamać?

Głównym problemem wielu par jest brak komunikacji w sferze seksualnej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest powszechne przekonanie, że o seksie się nie rozmawia, tylko się go uprawia. Znaczenie ma jednak także wstyd, obawa przed tym, jak odbierze nas druga osoba i co o nas pomyśli, a także brak pomysłu jak taką rozmowę w ogóle zacząć. Komunikacja jest jednak podstawą satysfakcjonującego życia seksualnego. To właśnie dzięki niej mamy szansę uzgodnić, kto inicjuje seks w związku i z czego to wynika. Brak rozmowy prowadzi do wielu nieporozumień, bo np. mężczyzna może pomyśleć, że skoro partnerka nie inicjuje, to pewnie jest oziębła, a ona z kolei, że skoro on nie inicjuje, to pewnie nie jest już dla niego atrakcyjna… W odpowiedzi na liczne pytania moich czytelników, obserwatorów w social mediach, jak i klientów na temat tego, jak o seksie rozmawiać, stworzyłam narzędzie, które takie rozmowy ma ułatwić. Jest nim Seksomównik – zbiór haseł, dzięki którym mamy możliwość porozmawiać na wiele istotnych tematów dotyczących życia intymnego. 

Wychodzi na to, że jak zwykle kobiety mają w życiu trudniej, nawet jeżeli chodzi o tak podstawowe odruchy, mechanizmy, o tak podstawową sferę jak seksualność. Nawet jeżeli idzie o orgazm  – u mężczyzn to coś wrodzonego, naturalnego, a kobiety muszą się go nauczyć…

To prawda, męski orgazm jest zjawiskiem fizjologicznym zazwyczaj pojawiającym się w momencie wytrysku (orgazm i wytrysk nie zawsze jednak idą ze sobą w parze). Kobiety natomiast, tak jak już mówiłam, muszą nauczyć się go doświadczać. Warto jednak zaznaczyć, że panie mają za to większe predyspozycje fizjologiczne, aby po jednym orgazmie osiągnąć w krótkim czasie kolejny (lub nawet kilka) – apetyt rośnie u nich w miarę jedzenia. Wracając do nauki szczytowania – nie jest ono możliwe bez poznania swojego ciała i jego reakcji, tego jaki rodzaj dotyku sprawia nam przyjemność, gdzie są nasze strefy erogenne, czy warunków, które mu sprzyjają. Bardzo ważna jest także umiejętność zatracenia się w chwili obecnej, odpuszczenie ciągłej kontroli, poddanie się doświadczanej przyjemności, bycie w kontakcie z ciałem. Warto także wiedzieć, że dużo częściej do orgazmu prowadzi stymulacja łechtaczki, a nie pochwy. Przez długi czas uważano, głównie za sprawą Freuda, że orgazmy łechtaczkowe są niedojrzałe czy po prostu gorsze. Jest tu zupełna nieprawda. Orgazm jest jeden, różne są natomiast drogi jego osiągania – żadna nie jest lepsza, ani gorsza. Na szczyt może zaprowadzić nas nawet sama wyobraźnia. 

Przeglądałam niektóre statystyki większość Polek deklaruje zadowolenie z seksualnych doznań, ale realnie okazuje się, że ponad połowa z nich udaje orgazm albo żeby skrócić nudny stosunek, albo nie urazić partnera?

Kobieca seksualność często postrzegana jest z perspektywy męskich potrzeb. Wiele pań nie domaga się zaspokojenia ich własnych (np. doprowadzenia ich do orgazmu oralnie, dłonią czy wibratorem, jeśli partner osiągnął orgazm wcześniej), bo nie mówi się głośno o tym, że mają do tego takie same prawo jak mężczyźni. W ankiecie, którą przeprowadziłam na moim instagramowym profilu (@seksuologbeztabu), do udawania orgazmu przyznały się 1223 osoby, a zaprzeczyło 1168. Wynika z tego, to co Pani powiedziała, że połowa (51%) kobiet chociaż raz w życiu z jakiegoś powodu symulowała szczytowanie. Spytałam także o powody, dla których panie to robiły. I rzeczywiście pojawiły się wśród nich takie odpowiedzi, jak chęć skrócenia nudnego stosunku czy nagrodzenie starań partnera. Dla mnie te dane są zatrważające. Według moich obserwacji przyczyną wielu trudności u kobiet w sferze seksualnej jest to, że nie potrafią zauważyć w niej źródła przyjemności. Jest ona głównie postrzegana jako (nierzadko przykry) obowiązek. A przecież seks powinien być zabawą, okazją do poznania siebie, odkrywania swoich potrzeb, doznawania rozkoszy – czy to podczas sesji samomiłości, czy igraszek z partnerem. Zmuszanie się do seksu może mieć wiele negatywnych konsekwencji – problemy z libido, obniżenie nastroju, pochwica, pogorszenie relacji partnerskiej itd. A przede wszystkim odbieramy sobie w ten sposób prawo do przyjemności.

Tylko 13% Polek praktykuje seks oralny? Dlaczego tylko co dziesiąta z nas?

Uprawianie seksu oralnego nie jest obowiązkiem – nie każdemu musi się on podobać i nie ma w tym nic złego. Jeśli tak jest, warto znaleźć inne techniki seksualne, które odpowiadają obydwu stronom zaangażowanym w relację intymną. Czasem się jednak zdarza, że niechęć do seksu oralnego wynika z niewiedzy na temat miłości francuskiej czy pewnych obaw z nią związanych. Myślę, że z jednej strony powodem może być to, że seks oralny przez długi czas uważany był za zboczenie czy grzech. Dla wielu kobiet nie do przyjęcia jest też pozycja, w jakiej dają rozkosz partnerowi. Klęczenie u stóp drugiej osoby kojarzy im się z uległością, poniżeniem czy wręcz odbiera im podmiotowość. Panie często mają też trudność z tym, aby w pełni oddać się drugiej osobie i być biorcą przyjemność. Często hamuje je obawa przed tym, czy aby na pewno dobrze pachną i smakują. Nierzadko wstydzą się swoich wagin i ich wydzielin, nie akceptują ich wyglądu. Ale problemem bywa także higiena drugiej osoby. Przede wszystkim warto zauważyć, że seks oralny jest techniką niezwykle intymną – można nawet pokusić się o stwierdzenie, że bardziej intymną niż penetracja. Z pewnością wymaga on otwarcia się na drugą osobę, zaufania do niej, poczucia bezpieczeństwa. Często nie jest to możliwe do osiągnięcia, gdy relacja między partnerami jest zaburzona. 

Mam wrażenie, że to jedna z najczęstszych sytuacji-problemów dla kobiet: „Kocham swojego mężczyznę, on mnie też. Czuję się przy nim bezpieczna, ufam mu, nie wstydzę się go. On w łóżku bardzo się stara (osiągając satysfakcję), zresztą ja też (już orgazmu nie osiągając). Doczytuję, dopytuję, edukuję się, próbujemy różnych pozycji, zmian tempa itd. Fizycznie jestem zdrowa. Na co dzień świetnie się dogadujemy. I dalej nic, nie jestem w stanie osiągnąć orgazmu”. Co się dzieje, jak zaradzić?

Po pierwsze należałoby poznać cały kontekst tej sytuacji. Takie stwierdzenia jak „stara się” czy „dogadują się” są bardzo ogólne. Para może się dogadywać na podstawowym poziomie codziennego funkcjonowania, jednocześnie nie rozmawiając ze sobą o swoich potrzebach, emocjach, pragnieniach. Nie wiemy też jak ich zbliżenia faktycznie wyglądają. Czy ich kluczowym elementem jest penetracja, czy sięgają też po inne techniki sztuki miłosnej, czy kobieta jest wystarczająco rozbudzona, czy jest w stanie oddać się chwili obecnej… Kolejnym pytaniem jest, czy kobieta nie osiąga orgazmu jedynie podczas seksu partnerowanego, czy także podczas samomiłości. Ważne jest także to, co robi na rzecz swojego orgazmu podczas zbliżenia z partnerem. A może robić wiele – np. pokazać drugiej osobie, jaki rodzaj dotyku jest dla niej przyjemny, sięgnąć po gadżety, doprowadzić się do orgazmu sama, czy stymulować samodzielnie łechtaczkę, gdy partner ją penetruje. Warto także wyzbyć się myślenia, że bez orgazmu seks nie jest satysfakcjonujący. Seks bardzo często jest źródłem szczęścia i spełnienia – pozwala zaspokoić potrzebę bliskości, pogłębić więź z druga osobą czy być formą relaksu. Paradoksalnie, gdy kobieta przestanie usilnie dążyć do orgazmu, ma szansę pozwolić rozkoszy na zawładnięcie jej ciałem, a w konsekwencji osiągnąć szczyt. 

Trzy największe mity na temat seksu, w które uparcie wierzą Polacy?

Pierwszym takim mitem jest przekonanie, że penetracja jest głównym i nieodłącznym elementem seksu. Takie myślenie, które jest oczywiście błędne, bo seks to cały wachlarz różnych technik i aktywności, może mieć wiele negatywnych konsekwencji. Jedną z nich jest pojawienie się różnych dysfunkcji seksualnych – np. pochwicy (skurcz mięśni uniemożliwiający odbycie stosunku) czy zaburzeń erekcji. Warto czasem z penetracji zrezygnować, aby odkryć nowe seksualne horyzonty. Zaprzestanie traktowania jej jako dania głównego zdejmuje też z wielu mężczyzn presję związaną z koniecznością sprawdzenia się. Drugim mitem, o którym warto wspomnieć, jest przekonanie, że seks czasem boli. Jeśli jakiś rodzaj seksu jest bolesny koniecznie zgłośmy się na konsultację lekarską! Seks powinien dostarczać przyjemności a nie cierpienia. Trzecim mitem jest myślenie, że seks musi zakończyć się orgazmem (mam tu na myśli szczególnie orgazm kobiecy), aby był satysfakcjonujący – o czym zdążyłam już powiedzieć. Dlatego dodam jeszcze czwarty mit, w który często wierzymy. Jest nim przekonanie, że mężczyźni mają zawsze ochotę na seks, co oczywiście nie jest prawdą. 

A czego większość kobiet nie wie na temat męskiej seksualności, choć zdecydowanie powinna?

Tego, że trudności z osiągnięciem erekcji są sygnałem ostrzegawczym, że mężczyzna może mieć jakieś problemy ze zdrowiem. Zaburzenia wzwodu (szczególnie wtedy, gdy brak jest porannych erekcji, jak i erekcji podczas masturbacji) nawet o wiele lat mogą wyprzedzać pojawienie się choroby układu krążenia. Dlatego powinny skłaniać do wizyty u specjalisty. Na trudności z uzyskaniem erekcji może mieć także wpływ styl życia – brak aktywności fizycznej, niezrównoważona dieta, stres, przemęczenie, sięganie po używki. 

W jednym z artykułów na swoim blogu pisze Pani o seksualnym self-care? Cóż to takiego i dlaczego warto się tym terminem zainteresować?

Seksualne self-care to czynności, które wykonujemy po to, aby zatroszczyć się o sferę seksualną, a w konsekwencji, by dobrze się z nią czuć. Chodzi tu przede wszystkim o działania, które podejmujemy dla przyjemności, a nie z poczucia obowiązku czy przymusu. Dla każdego z nas będzie to oczywiście coś odmiennego, ponieważ na dobre samopoczucie nie ma uniwersalnej recepty. Jedną z takich czynności może być samomiłość, którą warto potraktować jako randkę z samym sobą. Dzięki niej możemy skupić się jedynie na własnej przyjemności i o nią zatroszczyć – np. znajdując różne sposoby jej doświadczania. 

Podobno w większości badań na temat fantazji seksualnych europejskich kobiet zawsze w pierwszej 5-tce pojawiają się fantazje homoseksualne. Czy to „normalne”, że wiele kobiet heteroseksualnych  fantazjuje o innych kobietach?

Oczywiście! Fantazje erotyczne to zupełnie normalna część naszego życia seksualnego. Są wytworem naszej wyobraźni, który nas podnieca i stymuluje. A ponieważ dzieją się w głowie – stanowią bezpieczną przestrzeń do eksploracji swojej seksualności. Warto podkreślić, że nie podlegają one wartościowaniu – nie ma lepszych, ani gorszych fantazji. Nie zawsze muszą być one odbiciem ukrytych pragnień czy deficytów. Wiele osób nie chce też wcale realizować ich w rzeczywistości – i jest to zupełnie naturalne. 

Bardzo dziękuję za pouczające słowa!

sesja pokoleniowa z Ireną Kamińską-Radomską

„Potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami do żywego” – Irena Kamińska-Radomska, jakiej jeszcze nie znacie, w wywiadzie specjalnie dla kobietazklasa.pl

Pomysł na nietypowy wywiad z surową jurorką „Projektu Lady” dojrzewał w głowie naszej redaktor naczelnej już od dłuższego czasu, ale efekt przeszedł najśmielsze redakcyjne oczekiwania! Irena Kamińska-Radomska nie tylko opowiedziała o nieznanych dotąd momentach swojego życia, ale wzięła udział w rodzinnej, pokoleniowej sesji zdjęciowej.

Na całą rodzinę czekam w podkrakowskim hotelu, niedaleko uroczego dworku w Mogilanach. Piękny, lipcowy poranek już zapowiada upalne południe. Wszyscy jesteśmy umówieni na miejscu o godzinie 9.00. Do największego hotelowego pokoju (żebyśmy się pomieścili) tuż przez wyznaczoną godziną wpadają nie tylko panie makijażystka i fryzjerka, ale zespół fotografów i redaktor naczelna z naszymi gośćmi – ambasadorką portalu Ireną Kamińską-Radomską, jej mamą Heleną, córką Dominiką oraz dwoma wnukami, starszym Tomkiem i młodszym Filipem.

Robi się jeden wielki harmider, wszyscy rozkładają się z rzeczami, przygotowują do sesji. Irena najpierw upomina swojego najstarszego wnuka, że powinien przepuścić wszystkie kobiety w drzwiach; potem śmieje się, że nie powinna tego robić przy wszystkich, a jedynie zwrócić dyskretnie uwagę na osobności. Pani Helena siada z boku dużej kanapy, w dłoni trzymając jakąś książkę. Podchodzę się przywitać i podpytać cóż to za tytuł. Okazuje się, że „Jesteś najlepszą mamą na świecie” Isabelle Laurent. Na samym początku wydaje mi się, że w takim tonie Panie będą o sobie opowiadać, jako o najlepszych babciach, mamach, córkach. Ale okazuje się, że jednak nie. Ich rodzina to prawdziwa rodzina z krwi i kości…

Irena Kamińska-Radomska: Ostatnio odpowiadałam na pytania czytelników i było o babciach. Że babcie mimo zakazu rodziców rozpieszczają dzieci. W swoim artykule napisałam, że to dobrze! Że babcie to lubią i od tego są! Choć nie powinnam była tak napisać! Sama jestem tą gorszą babcią, bo nie rozpieszczam.

Dominika, córka Ireny, gdzieś w tle: Jaką babcia będzie mieć fryzurę!

Joanna, redaktor naczelna kobietazklasa.pl: Ale są babcie, które nie rozumieją, że dziecku słodycze naprawdę mogą szkodzić. Moja przyjaciółka ma takie małe utrapienie ze swoją mamą. Bo sama nie karmi dziecka drożdżówkami, po prostu nie dla drożdżówek i tyle, ale na co dzień córką opiekuje się babcia. I opowiadała mi ostatnio, że córka ciągnie ją do jednej z piekarni; wchodzą, a tam pani ekspedientka: “O cześć, Milenko, drożdżóweczka?” “Jaka drożdżóweczka?” “No, przecież Milenka to codziennie jest z babcią po drożdżówkę!”.

Irena: Ale to jeszcze lepiej jak się zasiada w jakiejś restauracji, a kelner podchodzi i pyta: “Tak jak ostatnio dwie seteczki?” Albo jeszcze gorzej “Dwie setki czystej tak jak zwykle”! (śmiech)

Aleksandra, zastępca redaktor naczelnej: Skoro już mówimy o podobieństwach i różnicach między babciami, to podpytam o podobieństwa i różnice między Wami w ogóle, bo przecież więzy krwi nie zawsze sprawiają, że jesteśmy do siebie podobni… Jak rozmawiałam wcześniej z Dominiką to trochę wyszło, że jesteście na przykład nieco innymi matkami…

Irena: Ludzie mówią, że bardzo!

Aleksandra: Ale co bardzo? Że jesteście podobne? Ty z Dominiką?

Irena: Tak. Do tego stopnia, że mamy te same gesty. Na przykład jak idziemy ulicą i sobie gadamy, to ja tak trzymam ręce. I Dominika identycznie. Po prostu identycznie! Zawsze gubimy pilota na szkoleniach i prezentacjach, to jest genetyczne! (śmiech) Ale Dominika jest podobna do ojca. I całe szczęście!

Joanna: Ale z charakteru?

Irena: Nie, z charakteru pozbierała wszystko co najgorsze!

Aleksandra: Dominika, słyszysz? Mama mówi, że pozbierałaś z charakteru wszystkie najgorsze rodzinne cechy!

Dominika szczerze się zaśmiewa: Nieeeee! Nie uważam tak.

Irena: Yhym, od mamy i taty. Nie no, żartuję oczywiście. 

Aleksandra: To w czym się różnicie?

Irena: Jak my się różnimy pod względem charakteru?

Maja Kupidura Fotografia

Dominika: Filip, chcesz jakieś książki?

Bo babcia Helena jest czesana, Dominika się przebiera, Irena akurat w przerwie między sesjami, a chłopaki grzecznie siedzą na kanapie. Zostali już przeze mnie wcześniej wymaglowani i teraz grzecznie czekają na wspólną sesję, więc ich mama oczywiście dba, żeby najmłodszy się nie nudził przy pogawędce samych Pań😉

Irena: Ja jestem niesamowicie konsekwentna, a Dominika nie. To jest zasadnicza różnica między nami.

Aleksandra: Ona powiedziała dokładnie to samo.

Irena: Tak? No widzisz. Pamiętam nawet taką sytuację, jak Tomek był jeszcze mały. Dzieci intuicyjnie wyczuwają konsekwencję, nawet bardzo małe dzieci. Tomek miał Komunię i dostał różne prezenty. Widziałam, że nie do końca był z nich zadowolony, więc go zapytałam, czy ma jakieś marzenie, czego by tak naprawdę chciał? A lubił autka i zawsze chciał żółtą taksówkę. Ale nie byle jaką!

Poprosiłam zatem kolegę ze Stanów, Willa Richardsona, który akurat wracał tam na chwilę, żeby kupił żółtą taksówkę. Tylko że on akurat leciał do Waszyngtonu i mówił mi potem, że naprawdę szukał; nie, że zapomniał, tylko naprawdę szukał, ale w Waszyngtonie nie ma żółtych taksówek, bo one są oczywiście nowojorskie. Więc mówię do Tomka: “Tomek, pojedziemy do Nowego Jorku”. Już miałam kupione loty, hotel, wszystko i… niestety złamałam nogę. I to tak niefortunnie. Tomek przychodzi do mnie w odwiedziny z rodzinką, a tu noga na szynie. Ja załamana, że nie polecimy, a Tomek na to: “Ja wiem, babciu, że i tak polecimy!”. Było coś takiego, nie?

Tomek: Może i było. (śmiech)

Aleksandra: A przywiozłeś sobie, Tomku, tę taksówkę?

Tomek krzyczy do mnie z drugiego końca pokoju, próbując przekrzyczeć suszarkę: Tak, trzy!

Irena: Jedna jest u mnie w Warszawie. A jeszcze było tak, że jak wsiadaliśmy do taksówki na lotnisku, no to wiadomo jak to wygląda: ogonek ludzi, ale też taksówki podjeżdżają jedna za drugą. I tak stoimy… aaa, a to jest ważne, bo ja tego nie powiedziałam, że to nie miała być byle jaka taksówka, tylko właśnie Crown Victoria…

Tomek; Oczywiście, że Ford klasyczny!

Irena: No, właśnie! I tak sobie stoimy i ja liczę, ile jest osób w kolejce i czy nam wypadnie ta Crown Victoria. I się okazuje, że nie! Więc mówię do Tomka, że nie ma problemu, żeby się nie martwił, bo poproszę tego pana, który stoi przed nami, na którego wypadała ta nasza wymarzona taksówka, żeby nas przepuścił. Ale Tomek powiedział, że nie, że to głupio, więc wsiedliśmy do innego samochodu. Za to nazajutrz poprosiłam boya hotelowego, żeby nam złapał Crown Victorię. Do dziś mam zdjęcie miny Tomka jak do niej wsiadamy! Dla samej miny warto było lecieć tak daleko.

Dominika; Tak, to prawda, Ty zawsze potrafiłaś spełniać marzenia.

Irena: Oj, dzięki!

Robi się jeszcze większe zamieszanie, w międzyczasie rozmowy prababcia i wnuczka zamieniły się miejscami – teraz Dominika jest czesana, a prababci robiony jest delikatny makijaż. Gdzieś zza pleców słyszę jak Irena woła do Dominiki: “Iśka, gdzie dałaś rajstopy?”

Aleksandra: Iśka?

Dominika, zwracając się do Ireny i do mnie: Chyba jesteś ostatnią osobą, która tak do mnie mówi. Jak byłam mała i ktoś mnie pytał jak mam na imię, to zawsze tak odpowiadałam: Iśka-Dominiśka.

Irena: To dlatego, że Dominika mówiła tylko dwie ostatnie sylaby. Bardzo szybko zaczęła mówić, natomiast jak miała roczek, to wypowiadała tylko dwie ostatnie sylaby. Potem oczywiście miała już bardzo rozbudowane słownictwo.

Aleksandra: I mówisz, że mama jest ostatnią osobą, która tak do Ciebie mówi?

Irena: Ale to tylko jak jesteśmy w dobrych stosunkach!

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A kłócicie się?

Dominika: Eee, nieee…

Irena: My rozwiązujemy konflikty. (śmiech)

Joanna: W końcu dama się nie kłóci! (Nawiązanie do artykułu, który Irena napisała do nas kilka miesięcy temu)

Dominika: Ale myśląc nie tylko o mojej relacji z mamą – mamy to niesamowite szczęście, że my się rodzinnie chyba mało kłócimy. Ja się ani z mężem nie kłócę, ani z jego rodzicami. Być może dużo w tym mojej natury, po prostu nie lubię się kłócić.

Aleksandra: A chłopaki? 

Dominika: Między sobą oczywiście, że się kłócą. Ja się trochę bałam, każda matka boi się chwili, kiedy przy jedynaku pojawia się brat. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko dalej się potoczy. Ale Tomek był od początku bardzo dobrym bratem, nigdy się nie bałam, że mógłby zrobić krzywdę młodszemu dziecku. Mogłam być spokojna. A teraz to tak, jasne, że sobie dokuczają.

Irena: Nie, tak myślę sobie, że teraz się nie kłócimy. Były czasy trzaskania drzwiami aż tynki pękały; dziury w ścianach…

Aleksandra: Podpytywałam o to Dominikę, bo w jednym z wywiadów wspomniałaś chyba kiedyś, że Twoja córka miała dość intensywny okres buntu?

Irena: Nie! To ja miałam. Ale ona też miała!

Aleksandra: To też jest dziedziczne;)

Dominika: Ciekawe, jak będzie z chłopakami. Tomek będzie stoikiem, ale Filip ma mój charakter. Niestety!

Irena: Yhym! Ale ja to tak, wrzaski takie, że ho ho!

Aleksandra: Ale jak to tak, to przecież wbrew etykiecie!

Irena: Ale ja się nią zajmuję dopiero od dwudziestu lat!

Joanna: Myślę sobie, że to jest pytanie, na które ostatnio nie zareagowałaś w tym wywiadzie youtube’owym, a wszyscy właśnie w tym momencie czekali na odpowiedź na pytanie: “Jak się buntowałaś?”

Dominika: Ty chyba nie byłaś od rzucania, coś nie wydaje mi się.

Irena: Nie, ja niczym nie rzucałam. (do Dominiki) Jak Ty mnie znasz dobrze! Ja potrafiłam wrzeszczeć, skrzywdzić słowami tak, że do żywego…

Dominika: To takiej Cię nie pamiętam…

Irena: To bardziej mama będzie pamiętać. Bo ja się zmieniłam! Ja się generalnie bardzo, bardzo zmieniłam.

Dominika: Ja też się zmieniłam. I też bardzo. Nabyłam cierpliwości, mam teraz niesamowitą cierpliwość w porównaniu z tym, co było kiedyś. I opanowanie!

Irena: Jak kiedyś z Markiem, moim mężem, i Dominiką jako świeżo upieczonym kierowcą jechaliśmy do Krakowa, to Marek non stop upominał: “Tu przyspiesz! Tego wyprzedź!”. A Dominika na to: “Nie, pojadę tempem takim, jakim ja chcę”. 

Dominika: A piętnaście lat wcześniej bym się popłakała, jakby mi ktoś co chwilę taką uwagę wtrącał. Popłakałabym się z nerwów.

Irena: A Marek co chwilę coś wtrącał!

Dominika: Dlatego nie jeździsz samochodem.

Irena: Yhym! A Dominika na spokojnie, że nie, pojedzie swoją prędkością i super! Bardzo mi się to wtedy spodobało.

Aleksandra: Zanim mi uciekniesz na przerwę, Ireno, to jeszcze Cię dopytam, bo powiedziałaś, że potrafiłaś skrzywdzić słowami. To takie wredne jest…

Irena: Bolesne przede wszystkim! Tak, jak miałam kilkanaście lat…

Aleksandra: To byłaś trochę niedobrym dzieckiem!

Irena: Panną już. Ja jako dziecko byłam cudowna. Przecież ja wychowywałam Jasia, mojego brata. Byłam naprawdę dobrym dzieckiem. Dopiero okres dojrzewania był straszny.

Prababcia Helena: Pamiętam, jak Jasiu przychodził do Ciebie po pieniądze na kwiaty. Bo poznał wtedy dziewczynę, okazało się, że przyszłą żonę. I Irena zawsze mu je dawała.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Nie, to było tak, że ja miałam 2-go maja urodziny, a jego dziewczyna miała 13-go. I ja zawsze dostawałam coś fajnego na prezent, a on przychodził do mnie, czy może to wziąć i dać dziewczynie.

Dominika: Ale to jest właśnie to, że Ty byś swoim, ludziom, których kochasz, ostatnią koszulę oddała.

Połowa ekipy zbiera się do wyjścia na sesję. Wokół same kobiety, którym rodzicielstwo nie jest obcą sprawą, a więc toczy się rozmowa o własnych dzieciach, kładzeniu do łóżka, itd. Korzystam z okazji, że Dominika siedzi uziemiona na krześle, bo dopiero pół fryzury na głowie.

Aleksandra: A Ciebie mama też dużo przytulała?

Dominika: Pewnie! I też długo zasypiałaś ze mną, tak mi się wydaje.

Irena: Tak! Podwójnie długo, bo…

Dominika: Bo jak się przeprowadziłyśmy z bloków do większego mieszkania…

Irena: …to miałaś przynajmniej z dziesięć lat.

Dominika: Nie, z dziesięć nie, może dziewięć, ale też tam jeszcze przy mnie zasypiałaś. Zresztą Filip zaraz będzie miał dziewięć lat i co, też jeszcze dalej trochę wszystko z mamusią.

Znowu mały misz-masz, Dominika zagląda do chłopaków, Irena z Joanną uciekają na kolejną odsłonę sesji, a ja zagaduję seniorkę rodu, którą pani makijażystka właśnie kończy malować. Irena jeszcze podbiega, wołając do makijażystki: “Karolina, zobacz, czy dobrze usta zrobiłam, bo sobie troszkę poprawiłam”. Gdzieś z głębi dobiega mnie rozmowa Dominiki z chłopakami, czy by czegoś nie zjedli. “Dobry kolor, pani wybrała.” “Aaa, bo zmieszałam dwa. Ja zawsze łącze pudry, lakiery, nigdy nie mam takiego prostego ze sklepu, zawsze mam troszkę inne, bo zawsze mieszam dwa. Ciuchy też zwykle przerabiam, bo coś mi się nie podoba.” I Irena znika za rogiem.

Aleksandra: Jaka była mała Irenka?

Prababcia Helena: A więc, proszę Pani, śliczna. Naprawdę była piękna. I ta uroda jej oczywiście została. Nie lubiła, nie bawiła się lalkami. Ciągle chciała jakieś zwierzątko.

Aleksandra: To nie wiem, czy ktoś tu po babci czegoś takiego nie odziedziczył! (zerkam w stronę Filipa)

Dominika: O, to ja Wam dopowiem, bo właśnie mama mi opowiadała, że jako dziecko nie bała się żadnych pająków, że potrafiła jakieś dżdżownice wyciągać z ziemi, żadnych oporów nie miała… Jakieś dzikie koty głaskała… Z Filipem jest dokładnie to samo. Nie pozwolił mi posprzątać ostatnio w domu pajęczej sieci i dokarmiał pająka komarami i muchami.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: A Irenka była grzecznym dzieckiem? Czy małym buntownikiem?

Prababcia Helena: Była grzeczna. I zawsze z tymi zwierzętami! Miała świnkę morską i myszki. Jak mąż jeszcze żył, to wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze. Przed jednymi z wakacji Irena jakiś czas wcześniej poprosiła kuzyna o dwie myszki. I niestety przyniósł parkę. Tak się te myszki rozmnożyły, że było ich chyba z czterdzieści. Mówię do córki, że „wiesz co, no nie zabierzemy tych wszystkich myszek na wakacje, weź je do koszyczka i zanieś do parku, może tam będą dzieci i rozdaj im”. I z ciężkim sercem, ale rozdała. Później jak była starsza miała drugą świnkę morską, która niestety zachorowała. Więc też jej powiedziałam, żeby ją wzięła do koszyczka i zaniosła do weterynarza. Weterynarz niestety okazał się bardzo brutalny i powiedział Irenie, że zwierzątko już prawie nie żyje. I ona się tak przejęła, przyszła cała zapłakana…

Co jeszcze? W przedszkolu brała udział w różnych teatrzykach, wystąpieniach; już wtedy widać było, że ona ma taki artystyczny talent. Później jak chodziła do szkoły podstawowej, to nauczycielki powiedziały mi, żeby ją koniecznie zapisać do szkoły aktorskiej. Jak miała 14 lat, to odbywał się casting do filmu “Ptaki ptakom”. Do tego filmu przesłuchano chyba z czterysta dzieci. Irena wygrała ten casting i zagrała w filmie. “Ptaki ptakom” to taka historyczna sprawa, tam była scena w parku Kościuszki. A ja Pani tak ręką wskazuję, jakbym była w Katowicach! (śmiech)

Mój mąż bardzo uczył dzieci rywalizacji. Ponieważ grał jako piłkarz w Polonii Bytom, wprowadził dzieci w świat sportu, między innymi na korty tenisowe w Bytomiu. I właśnie przywiozłam Pani jeden z pucharów Ireny. Pokazać?

Aleksandra: Oczywiście!

Przez najbliższe minuty oglądamy pamiątki przywiezione z domowego zacisza. Irena wpada się przebrać i na moment dołącza się do rozmowy:

To jest moje? Ale numer! Ale żeś się mamo przygotowała!

Prababcia Helena: No! Chciałam Cię zaskoczyć! 

Aleksandra: Faktycznie tata Was uczył rywalizacji?

Irena: Strasznie! Oboje jesteśmy waleczni z bratem i… to nie był dobry pomysł. (śmiech)

Aleksandra: Czemu? Rywalizacja z kortu przełożyła się na rywalizację w życiu?

Irena: Nieeeee, to nie tak, nic z tych rzeczy, że komu lepiej się w życiu powiodło. Tylko po sportowemu, jakieś biegi, gry. No i w ogóle zabijaliśmy się z bratem. Biliśmy się potwornie! Ale mamo, ja w tenisie byłam słaba! Beznadziejna!

Prababcia Helena: Ależ dlaczego?

Irena: Oczywiście! W ogóle nie umiałam grać. To znaczy ja ładnie grałam, ale w ogóle nie umiałam wygrywać. 

Prababcia Helena: To z jakiej racji dostałaś puchary?

Irena: Oj tam, nie wiem. Widocznie mało startujących było. (oczko w moją stronę)

Aleksandra: Co to niby znaczy, że nie umiałaś wygrywać?

Irena: Bo ja sobie grałam ot tak, komuś na rakietę, żeby pograć, nie wygrać. A to już zupełnie inna dyscyplina sportu, jak mówił mój pierwszy mąż.

Mama Ireny cały czas pokazuje mi puchary i przytacza wygrane tenisowe córki. Puchar, który dostaję do ręki wcale nie jest sprzed tak dawna. 

Irena: No tak, bo ja całe życie grałam, od jedenastego roku życia.

Prababcia Helena: Jedenaście lat… jak zginął mój mąż to Irena miała jedenaście lat. Strasznie to przeżyła, miała traumę. Szczególnie z jednego powodu. Napisała do ojca wcześniej list, bo wyjechał służbowo do Włoch. Był z zawodu inżynierem, skończył Politechnikę Gliwicką i pracował później w dziale kontroli w takich zakładach. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Też miał ciężkie życie. Jak miał cztery lata stracił ojca, później mamę. Oni mieszkali z Żytomierzu, czyli na Ukrainie. Wiadomo, jakie to były lata, jaki to był ustrój. Ale on nigdy nie przyjął tej czerwonej kartki zbrodniczej ideologii, więc musiał się wykazywać tylko swoimi talentami, żeby awansować w pracy. 

Ale wracając do Włoch… Dowiedziałam się o adres miejsca, do którego męża wysłali i Irena napisała list. Proszę sobie wyobrazić, że był źle zaadresowany. I dotarł aż do Johannesburga, czyli do Afryki, ale wrócił. Więc Irena się zorientowała, że ojciec nie zdążył przed śmiercią przeczytać jej listu. To było straszne…

A w szkole z góry na dół same piątki. Jak wyszłam za mąż, to zamieszkałam u męża, a mąż mieszkał z babcią i z ciocią. I Irena była bardzo przez nie lubiana. W ogóle w szkole była lubiana. Przez nauczycieli także, bo była grzeczna, zawsze taka dobrze ułożona. Jest takie powiedzenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To dla niej było tak samo! Nic nie było niemożliwe. Mam siostrę bliźniaczkę, która swego czasu bardzo przytyła. A Irena do niej: “Przytyłaś, to schudnij!”. Proste. (śmiech)

Aleksandra: A takie bycie twardą dziewczyną to od początku jej charakter czy trochę ją Państwo do tego przyuczali?

Prababcia Helena: Dobre pytanie! Śmierć ojca spowodowała, że Irena wiedziała, czuła, że musi się trochę sama wychować. Miała dwóch braci, zresztą nadal przecież ma, i starała się być twarda. Żeby nikt się nad nią nie rozczulał. Żeby nikt nie pomyślał, że jako dziewczynka ma do rozczulania większe prawo…

A jeszcze sobie przypomniałam, że często nauczyciele wysyłali ją na konkursy recytatorskie. Do dnia dzisiejszego mam te wszystkie wiersze, których ona musiała się nauczyć na pamięć.

Ja sobie nie raz żartuję, że jak ktoś razem z nią by się urodził w tym samym czasie, to by potrzebował dodatkowych 50 lat, żeby zrobić wszystko to, co ona zrobiła. Ma bardzo silny charakter. A dla ludzi z silnym charakterem istnieje wiele różnych pokus. Ale Irena potrafi sobie czegoś odmówić. Nie raz tak było, że “Aha, tego i tego muszę sobie odmówić, bo jutro mam to i to do zrobienia”.

Moja córka jest bardzo hojnym człowiekiem, który lubi obdarowywać ludzi. Ale lubi też otrzymywać! (śmiech) Można powiedzieć, że naprawdę jest wzorem do naśladowania. Jestem z niej bardzo dumna. Kiedyś było coś takiego jak adopcja serca i też w niej uczestniczyła. Wysyłała chłopakowi do Rwandy różne dary.

Maja Kupidura Fotografia

Irena: Jaka Dominika! (Irena wróciła z sesji i dostrzegła córkę w obrotach pani fryzjerki) Jak na weselu! Jezu, nie! (śmiech)

Prababcia Helena: Moja córka jest w tej chwili bardzo zajęta. Ale ona nie czyni tego tylko dla siebie. Można się przy niej czuć bezpiecznie, gdyby komuś się coś stało, gdyby ktoś zachorował, jestem pewna na 100%, że ona poruszy niebo i ziemię, żeby pomóc. Ja wiem, że ona wymaga od innych, ale najwięcej wymaga od siebie. Nie wiem, może ma to po mnie odziedziczone, bo jeśli ja mam jakiś cel, to też nie używam półśrodków.

Aleksandra: A Dominika, ma coś po Pani?

Prababcia Helena: Jest zapominalska. Po tacie. Dominika, jesteś tam? Co masz po mnie?

Dominika: W ogóle wydaje mi się, że jestem do Ciebie coraz bardziej podobna. Ale tak fizycznie. Nie mam tych Waszych kości policzkowych, ale inne rzeczy tak. 

Prababcia: No pomyśl, pomyśl jeszcze.

Dominika: Nie mam zdolności kulinarnych. (śmiech) Bo babcia ma zdecydowanie!

Prababcia: Tak mówią!

Tomek: Jasne, że babcia Helena ma! I Ty mamo też!

Tomek: Ale babcia Irena absolutnie nie.

Prababcia Helena: Nie? Ale wiesz z czego to mogło wyniknąć? Że to widocznie nie był jej talent. A miała mnóstwo innych, które rozwinęła. Bo nie marnowała czasu, nie biegała za chłopakami, chociaż miała ogromne powodzenie. A ja sobie myślałam, że dobrze, nie będę przeszkadzać, bo zawsze kochała to, co robiła. A że nie wyszło z gotowaniem… jak Dominika była mała, to jeszcze przed pracą nosiłam do nich obiady. Irena się skupiała na czym innym i może mądrze zrobiła, bo są tego efekty.

Dominika: Pamiętam, że jak byłam dzieckiem, w podstawówce jeszcze, mama była w nielicznym gronie mam pracujących. I ja byłam z tego ogromnie dumna. Nie przeszkadzało mi to, że nie gotuje nam obiadów codziennie. Ja właśnie byłam dumna z tego, że mama robi karierę. Tylko to też nie było tak, że jej nie było całymi dniami, bo wtedy pracowała akurat w szkole.

Aleksandra: Jako?

Dominika: Jako nauczycielka.

Aleksandra: A czego?

Dominika: Najpierw uczyła rosyjskiego, a potem angielskiego. Jestem też dumna z tego, jak tak sobie myślę o tych Twoich pytaniach, że moja mama była taką nietypową mamą. Raz, że była jedną z młodszych mam, dwa że pracowała, że miała swoje zajęcia i od początku była taką kobietą, którą się chciało naśladować. Była bardzo wyemancypowana, była taką trochę walczącą feministką. Żadna tam pani domu. Ustawiała wszystko pod siebie. To był jej styl życia. I wiele ze mną na ten temat rozmawiała, że to nie jest tak, że kobieta jest podporządkowana mężczyźnie w domu, że ma swoje prawa. I przede wszystkim dawała tego przykład.

Myślę, że pod tym względem nie jestem akurat taka jak ona, bo ja jestem taką codzienną mamą: i ugotuję, i posprzątam… Mama zweryfikowała wiele swoich poglądów z młodości, ale wtedy była wojująca. Bardzo! Może to też wynika z tego, że mój ojciec był wychowany jednak… według takiego tradycyjnego podziału damsko-męskiego, takiego bardzo wyraźnego, że kobieta w domu ma dbać o męża i ma tylko zajmować się pielęgnowaniem ogniska domowego. Tego od niej oczekiwał, a ona… no dla niej coś takiego było nie do pomyślenia. Musiała walczyć o swoje.

Aleksandra: I chyba wyszło?

Dominika: Wyszło!

Aleksandra: Zatem mama nauczyła Cię walki o swoje?

Dominika: Myślę, że nie musiałam walczyć. Wychowywałam się już w innych czasach i żyjemy w innych czasach. Może właśnie to pokolenie mamy wywalczyło dla nas te prawa. Nadal nie jest idealnie, ale wiele rzeczy się zmieniło i stało się oczywistymi. Kwestie dotyczące kobiet, które teraz są oczywiste, dawniej wywoływały oburzenie i zdziwienie.

Maja Kupidura Fotografia

Aleksandra: Pani Heleno, a w Pani jeszcze wcześniejszych czasach? Jakieś przejawy wczesnej emancypacji czy na własnej skórze doświadczyła Pani wychowywania się i życia w starym porządku: mąż zarabia i decyduje, kobieta w kuchni gotuje?

Pani Prababcia: U mnie, proszę Pani, było tak, że kobieta… był taki właśnie dokładny podział: kobieta w domu, a mężczyzna musiał pracować i zarabiać. Ja miałam drugą matkę, mój ojciec się powtórnie ożenił jak miałam dziesięć lat. Macocha też nie miała łatwego życia, bo to były czasy wojny. Ale jak wyszła za ojca to z kolei było odwrotnie – to ona rządziła ojcem. I właściwie dobrze na tym wyszła. (śmiech)

Choć pracowała i zajmowała się domem, bo to były trudne lata 50-te, więc było ciężko materialnie. Później jeszcze troje braci się urodziło, więc ja pomagałam ich wychowywać. I raz nie zapomnę… jak macocha pracowała chyba szesnaście godzin, codziennie przez dwa tygodnie… a to ja byłam po zajmowaniu się rodzeństwem tak zmęczona, że raz zasnęłam. Obudziłam się rano. Więc ona mnie chyba jeszcze zaniosła do łóżka, jak przyszła z pracy. Albo tacie kazała. A jak już pracowałam, to przed pracą musiałam zaprowadzać brata do przedszkola. A on tak nie chciał tam zostawać. On płakał i ja też płakałam, bo na siódmą musiałam odbić kartę w pracy.

Po ojcu, a Irena po mnie, mam jeszcze jedną rzecz – troskę o innych, o tych, którym jest gorzej. W kamienicy, w której mieszkaliśmy, była kaplica. Ojciec opiekował się nią społecznie. Macocha się denerwowała, bo on czasem wynosił z piwnicy ziemniaki i rozdawał. Ona chciała ugotować, a tu nie ma ziemniaków. To były ciężkie czasy, ale takie trudne sytuacje wychowują, normują człowieka. Hartują. Ja kilka razy uciekałam z domu, bo macocha była apodyktyczna. Uciekałam do babci, która nas wychowywała przez siedem lat. 

Jeszcze po ojcu mam to, że jestem obowiązkowa. I dzieci mi mówią czasem, że byłam dobrą matką. Traktowałam dzieci bardzo poważnie, dla mnie nie istniał fryzjer, makijażystka. Do pracy szybko i z pracy szybko do domu, żeby się mogły uczyć. Choć niewiele mi pomagały, to trzeba przyznać! (śmiech) Irena mi pomagała dużo, ale chłopcy nie bardzo.

Aleksandra: A pani Heleno, co Pani uważa, bo niektórzy uważają, że kobiecie było wtedy mimo wszystko prościej. Były jasno wytyczone role, bo trzeba było siedzieć w domu i gotować, ale teraz de facto kobiety też muszą to robić… plus muszą pracować, zadbać o siebie, rozwijać się, mieć hobby, a współcześni mężczyźni to tak… no niekoniecznie poczuwają się do jakiejkolwiek pomocy czy choćby podziału obowiązków…

Pani Helena: Oj jest tak. Wtedy były rzeczywiście jasno wyznaczone role i to było, wydaje mi się, mądre. Ale dlaczego to się tak zmieniło? Dlatego, że kobiety nie pracowały poza domem. Bo rodzina była przeważnie wielodzietna i ktoś musiał się po prostu zająć dziećmi. Więc to raczej warunki życia tak dyktowały.

Aleksandra: A, pani Heleno, wtedy kobiety miały więcej klasy? Bo za wzór często stawia się kobiety międzywojnia i czasów wojny, a nawet po wojnie za komuny, pomimo tego, o czym teraz rozmawiamy, kobiety były eleganckie, ładnie ubrane. Pomimo zajmowania się domem i dziećmi były zadbane.

Pani Prababcia: Tak, to jest prawda. Moja córka ma taki charakter, że nie idzie z prądem, tylko pod prąd. A to jest trudniejsze. Czasami dostaje się po głowie za to, ale trzeba tak robić, żeby mówić ludziom, co jest słuszne. A to obnażanie się kobiet… Każdy skutek ma swoją przyczynę. Więc jeżeli dziewczyna czuje, że się jej nie szanuje, to raczej nie dzieje się to bez przyczyny. Dziewczyny nie powinny ulegać złym trendom. Kobiety zawsze były mocniejsze, ponieważ mężczyźni przede wszystkim koncentrowali się na zawodzie i pracy, a kobiety były i są wielofunkcyjne. Teraz okazuje się, że nadają się naprawdę do wszystkiego. Do trudnych, do ciężkich prac także.

Irena do Dominiki: Czemu tak masz na głowie?

Dominika: Oj, bo Ci się źle kojarzy! Ale to jest, wiesz, stylizacja.

Irena do mnie: Ja żadnych zdjęć z wesela nie widziałam, bo tak mi się ta fryzura nie podobała. 

Aleksandra: Sukienka chociaż była ładna?

Dominika: Byłam w ciąży, więc też tak… bez szału. (śmiech)

Aleksandra: Chciałaś tak w ciąży ślub?

Dominika: Tak, właśnie chciałam!

Irena: Mamuś, idź sobie coś zjeść, bo Ty głodna jesteś!

Pani Helena do mnie: Cieszę się, że możemy tak sobie porozmawiać jak w rodzinie. 

Irena: Mamuś, no idź!

Pani Helena znika z chłopakami, kierują się w stronę restauracji. Słyszę jeszcze tylko jak Irena woła do mamy: “Mamuś, jak chcesz, jesteś panem swojego losu”. Dominika przygląda się fryzurze, po czym podąża za synami.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 20 sierpnia.

Dziękujemy całej ekipie odpowiedzialnej za cudne efekty sesji – fotografie: Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzury: Beauty by Rockagirl, makijaż: Karolina Dobranowska – Glambymom.

Irena Kamińska z córką Dominiką

„Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka” – córka Ireny Kamińskiej-Radomskiej o łączącej je więzi

Porywam Dominikę na hotelowy taras, żeby mogła w nieskrępowany sposób odpowiedzieć na być może kilka niewygodnych pytań dotyczących jej relacji z mamą. Dominika ma już na sobie makijaż oraz sukienkę, w której wystąpi na sesji, więc mam wrażenie, jakbym przeniosła się w XVIII/XIX-wieczną przeszłość i rozmawiała z tamtejszą młodą damą. W trakcie naszej rozmowy dołącza Filip, który (o dziwo!) zamiast kręcić się wkoło nas, siada przy Dominice, wtula się w jej ramię i grzecznie słucha. W końcu to też rozmowa trochę o nim.

Aleksandra: Masz całkiem różnych synów!

Dominika: To całkowite przeciwieństwa, co już na pierwszy rzut można dostrzec. Nie tylko fizyczne, ale także pod względem temperamentu czy nawet kulinarnie – jeden lubi tylko mięso, drugi najchętniej mięsa nigdy by nie tknął…

A mają jakieś ewidentne cechy po babci?

Tak, ale też pod innym względem. Filip na pewno ma po mojej mamie kości policzkowe! Dostały mu się w drugim pokoleniu, bo ja niestety takich nie mam. Na pewno energię, tę życiową, też ma po niej. Tomek dostał jej nieco mniej, ale za to po babci potrafi się zastanowić. Bo o mamie zwykle mówi się, że jest dobrym rodzicem, babcią, specjalistą (co oczywiście jest prawdą), ale rzadziej wspomina się o jej poukładaniu. A jest niesamowicie poukładaną osobą. Rzadko coś dzieje się w jej życiu bez planu. Spontaniczność owszem, ale jak dzieje się w trakcie zaplanowanego przez nią czasu. I Tomek też taki jest – raczej najpierw sobie przemyśli, dopiero potem zrobi. Tę cechę nie tylko się dziedziczy, ale rozwija, a mama swoje poukładanie rozwinęła genialnie!

Świadczy o tym choćby jedna z licznych prozaicznych sytuacji, jakie pamiętam z dzieciństwa. Miałyśmy kotkę, która miała na imię Tili. I mama w pewnym momencie stwierdziła, że przyszedł odpowiedni dla niej czas, by poddać ją zabiegowi sterylizacji. Ale okazało się (nie wiem, czy ta opinia wciąż jest aktualna), że żeby przeprowadzić taki zabieg, to kotka powinna mieć najpierw przynajmniej raz małe kotki. Więc moja mama naprawdę zabrała się do tego konkretnie: zanim w ogóle umówiła się na zabieg, dowiedziała się, ile taka kotka może mieć kociąt w jednym miocie. Okazało się, że między cztery a pięć. Zanim doszło do konkretów, mama zrobiła wywiad środowiskowy i znalazła pięciu chętnych na te kocięta. Dopiero jak wiedziała, że ktoś na pewno się nimi zaopiekuje, zaprowadziła kotkę do kocura. Faktycznie urodziło się pięcioro kociąt i każde znalazło nowy dom. Więc widzisz, że mama wszystko planuje. I tego wciąż się od niej uczę, bo ja tego nie odziedziczyłam.

Jesteś inna, różna od mamy?

Jestem. Wydaje mi się, że tak.

A co Was przede wszystkim różni?

To, o czym już wspomniałam – mama to jest plan, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu. A u mnie wszystko rodzi się w bólu i chaosie. 

Maja Kupidura Fotografia

Czyli zawodowe pójście w ślady mamy nie było zaplanowane?

Nie. Tak się poskładało. Ale jestem zadowolona, że tak wyszło, bo dobrze mi z tym, dobrze nam się współpracuje. Być może jest to związane z tym, że odziedziczyłam po mamie pewne upodobanie do przekazywania wiedzy. To akurat mamy wspólne. I widzę tę umiejętność też u moich synów. Obaj chodzą do szkoły muzycznej i Tomek pomaga bratu przygotowywać się do przedmiotu, który nazywa się kształcenie słuchu. To bardzo ważny i trudny przedmiot. Ja nie jestem muzykiem, więc mam z tego typu sprawami mały problem, ale Tomek świetnie sobie radzi, a Filip potrafi go cierpliwie słuchać. I o dziwo w tym przypadku relacja brat-brat nie przeszkadza. Parę dni temu z kolei widziałam Filipa uczącego młodszego kolegę strzelania z łuku: „To się nazywa cięciwa”, „To się robi tak a tak”, „A tu troszeczkę napnij” – ustawiał postawę kolegi, cierpliwie dawał mu wskazówki, nie denerwował się, że mu coś nie wychodzi.

Siedzący przy mamie Filip zdecydowanie ożywia się na samo wspomnienie strzelania.

Filip: Jeszcze na tamtym obozie, o którym Ci wcześniej opowiadałem, strzelaliśmy z łuku. Trafiłem w trójkę, a potem trzy razy w jedynkę. Strzelaliśmy też z broni krótkiej i trafiłem w ósemkę, a ze snajperki chyba miałem trzydzieści dziewięć punktów.

A spotkałaś się z zarzutem, że robisz karierę trochę dzięki mamie?

Nie, szczerze powiedziawszy nie. Może dlatego że… nie jestem tak eksponowana w mediach jak ona. Jestem trenerem, to jest moje główne zajęcia i raczej nie jestem kojarzona z moją mamą. Poza tym swoją karierę trenerską zaczęłam na dużo, dużo wcześniej niż zaczął się medialny szum wokół mamy. Więc nie. A nawet jeżeli bym się spotkała z takim zarzutem, to nie brałabym tego do siebie, bo tak po prostu nie jest. Najpierw zajęłyśmy się szkoleniami i razem pracowałyśmy, a dopiero później był na przykład „Projekt Lady”.

A dobrze Ci się z mamą pracuje?

Tak.

Nie masz poczucia, że za dużo tego, bo macie intensywny kontakt w pracy plus bardzo bliskie relacje rodzinne? Czasem chyba dobrze od rodziców odpocząć

Nie powiem, było może parę razy w życiu takich myśli, że jak szefowa jest spoza rodziny, to przynajmniej jest sobota i niedziela dla siebie. A z mamą niekoniecznie. Ale nie, nie zamieniłabym się ani na moment z nikim innym ani nie wymieniłabym szefowej.

A byłaś wychowywana w domu tak jak mama wychowuje dziewczyny w „Projekcie Lady”: „Siedź prosto!”, „Nie garb się!”? Twoje chłopaki wspomniały, że odbierają babcię na co dzień zupełnie inaczej niż w sposób, który kreowany jest w mediach. Masz podobnie czy jednak dla córki mama Irena jest bardziej surowa?

Oczywiście, że w dzieciństwie mama zwracała mi uwagę! I ja się z tego bardzo cieszę! Jeżeli ktoś się spodziewa, że moje dzieciństwo było jakieś traumatyczne, że niczego mi nie było wolno, że miałam talerze pod łokciami – to nie! (śmiech) Tych talerzy czy kartek nawet nie trzeba stosować, bo jeżeli prawidłowa postawa jest pilnowana od małego dziecka, to naturalnie młody człowiek zachowuje postawę wyprostowaną. Tak że mama zwracała uwagę, ale oprócz tego potrafiłyśmy się też przewracać na ziemię i ze śmiechu trzymać za brzuchy, więc moje dzieciństwo było zdecydowanie normalne.

Maja Kupidura Fotografia

A istnieje takie pytanie, które byś się bała mamie zadać? Bałabyś się otrzymać na nie odpowiedź…

Hm, bardzo ciekawe i trudne pytanie. Nie wiem, czy wymyślę tak od razu. Nic mi nie przychodzi do głowy. Są sprawy, o których sobie nie mówimy, ale tak powinno być w relacji matka-córka. Jesteśmy przyjaciółkami, ale nie tylko. I nie chciałabym, żeby było inaczej. Jesteśmy blisko, ale jednak to nie jest relacja koleżeńska i dlatego uważam, że niektóre rzeczy powinny zostać… niewypowiedziane. To nie jest tak, że chciałabym z mamą porozmawiać o wszystkim. Myślę, że mogłabym, ale… nie.

Może to też jest trochę różnica, a trochę podobieństwo w Waszym podejściu do wychowania, bo Twoi synowie bardzo podkreślali, że są z Tobą blisko, że jesteś, że dużo rozmawiacie, ale że masz więcej luzu niż babcia.

Tak? O! To się bardzo cieszę, że tak mówili!

I że mama jest nie tylko mamą, ale też koleżanką, że Cię nie tylko kochają, ale też lubią.

Ojeeeeej! Jak pięknie! Jak mi miło! Chłopaki mają chyba faktycznie więcej luzu ze mną niż z babcią i niż ja miałam z mamą, ale może wcześniej źle sformułowałam jedną rzecz. Bo ja też moją mamę lubię (śmiech). I mamy fajną relację. To jest tak, że ja się naprawdę cieszę, jak przyjeżdżamy do siebie. Szczególnie gdy jesteśmy same, bo wtedy możemy sobie poplotkować o wszystkim i o niczym, i o kosmetykach, i o ubraniach… To są takie tematy, na które ja z chłopakami nie porozmawiam. Ani z mężem. Bo ich to nie interesuje. Dlatego cieszę się, że mam od tego mamę. Mamę, która zawsze była we mnie wsłuchana. Wydaje mi się, że jako dziecko mogłam się do niej zwrócić z każdym problemem. I do tej pory czuję takie wsparcie. To, że zdarzają się takie tematy, o których nie rozmawiamy… to normalne. Cały czas czuję, że jakby mi się świat walił, to naprawdę mam się do kogo zwrócić po ratunek.

Czyli masz przed mamą jakąś tajemnicę? Nastoletnią miłość albo rozbity wazon jak miałaś pięć lat…

A to pewnie, że tak! I dalej nic nie powiem! Pewnie, że mam przed mamą trochę tajemnic.

Maja Kupidura Fotografia

A czy mama przypomina Ci babcię?

Tak. I tak, i nie. Wydaje mi się, że moja mama wiele cech dostała po swoim ojcu. Nigdy go co prawda nie poznałam, bo zginął w młodym wieku. Mama miała wtedy 11 lat. Sądzę tak przez opowiadania. Mama bardzo dużo o dziadku opowiadała, z resztą babcia też, więc widzę takie podobieństwa córki do ojca. Ale po babci mama też ma oczywiście kilka rzeczy! Na przykład obie lubią mówić. Mama wykorzystuje to w pracy na co dzień. A jak idę do babci, to po prostu nastawiam się na słuchanie.  Oj tak, obie lubią sobie porozmawiać.

Czyli Ty jesteś od słuchania.

Lubię słuchać. Ale czy ja wiem, czy bardziej jestem od słuchania. Czasami też muszę się stopować i gryźć w język.

Zmieniłabyś coś w mamie?

Jeszcze parę lat temu odpowiedziałabym bez wahania: przepraszanie.

Nigdy nie odpuściła? Zawsze musiała mieć ostatnie słowo?

Mama jest zasadnicza. Myślę, że jest to cecha, którą można dostrzec nawet przy pobieżnym zapoznaniu. Ma bardzo mocny kręgosłup moralny i hierarchię wartości nie do ruszenia. Więc jeśli te najważniejsze życiowe wartości poddawane są pod dyskusję, to w jej przypadku nie ma mowy o kompromisie. I to jest jej siła. To jest bardzo ważne, aby rodzic pełnił funkcję guru. Powinien wsłuchać się w dzieci, ale i mieć ostatnie słowo. Natomiast ja miałam dość buntowniczą naturę i czasem mnie to uciskało. Bardzo chciałam od niej usłyszeć słowa: „Przepraszam, może faktycznie miałaś trochę racji”. Dlatego świadomie postanowiłam z moimi dziećmi postępować inaczej. Ja moje dzieci przepraszam i to często… na co jakiś czas temu chłopaki zareagowały niezwykle zaskakująco.

Pewnego razu Filip coś przeskrobał, usłyszał ode mnie kilka słów, po czym wysłałam go do jego pokoju, żeby przemyślał swoje zachowanie. Chwilę później podchodzi do mnie Tomek i mówi: „Mamo, bo ja wiem, że Ty za chwilę pójdziesz przepraszać Filipa. Nie rób tego”. Bardzo się zdziwiłam i pytam Tomka, dlaczego mam tego nie robić. „Bo miałaś rację”. Zapytałam go też wtedy, co sobie myślał, jak przychodziłam go przepraszać i zdziwił mnie jeszcze bardziej, bo usłyszałam: „Że na to zasłużyłem. I że niepotrzebnie mnie przepraszasz”. Podsumowując, nawet w tej małej rzeczy, przekonałam się, że racja była po stronie mojej mamy ?

A wspomniałaś o swoim okresie buntu…

Yhym, miałam. Taki ze spóźnionym zapłonem, można powiedzieć. Po liceum.

Oddaliłyście się wtedy trochę z mamą?

Tak, też tak było. Przenośnie i dosłownie. Mama wtedy była dużo w Stanach, ja byłam w Polsce, także dość duży dystans fizyczny i emocjonalny. To był trudny moment.

Czasami mówi się, że matka z córką zaczynają się dogadywać dopiero jak zaczną mieszkać osobno. U Was też tak było?

Może i u nas było podobnie. Nie wiem. Myśmy się zawsze lubiły, bo zanim właśnie te hormony, ten bunt, dojrzewanie, to było świetnie. A potem faktycznie może i było to dla nas dobre. Teraz mieszkamy 300 km od siebie i chciałoby się bliżej. Chociaż już się do tego przyzwyczaiłyśmy, a chłopaki dzięki miejscu zamieszkania babci doświadczają wielu rozrywek w stolicy.

Kolejna część wywiadu ukaże się w najbliższy wtorek, 27 sierpnia.

Wciąż niezmiennie jesteśmy wdzięczne całej ekipie, która spisała się cudnie przy: fotografii – Maja Kupidura z asystą Tomka Wilkosza, fryzurach – Beauty by Rockagirl, makijażu – Karolina Dobranowska (Glambymom).

Irena Kamińska-Radomska

“Wartości są ważniejsze niż rodzina. Kosztem zasad nic nie zrobię” – Irena Kamińska-Radomska po raz pierwszy w tak szczerej rozmowie

Na sam koniec naszego 4-częściowego wywiadu pokoleniowego zaplanowałyśmy rozmowę z członkiem rodziny, którego medialna popularność była powodem całego zamiesznia;) I choć wydawało nam się, że Irena Kamińska-Radomska będzie głównym bohaterem całego cyklu, okazało się, że każda z Pań z jej rodziny ma do opowiedzenia równie przejmującą, przeciekawą, pouczającą historię życia. Ich siła, determinacja, a równocześnie delikatność i empatia, nieustannie urzekały i fascynowały podczas rozmowy. O chłopakach nie wspominając, bo po przeczytaniu poprzednich części same doskonale wiecie, że najmłodszy skradł show;D Nie przedłużając, przed Państwem niezwykle wzruszająca, emocjonalna i trudna rozmowa naszej Redaktor Naczelnej, Joanny Weneckiej-Golik, z dr Ireną Kamińską-Radomską. Cała rodzina na obiedzie piętro niżej, więc Panie mogą w spokoju porozmawiać.

Joanna: Dużo ludzi nie przywiązuje dziś wagi do męskiego wychowania. A ja wyobrażam to sobie tak, że chłopak ma być w przyszłości mężczyzną i ma być taki…

Irena: To ma być głowa rodziny! Partner dla swojej żony. Ale nie na takiej zasadzie, że będzie żonie dyktował, jak ma żyć. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego.

Joanna: Tylko właśnie partner.

Irena: Dla mnie równouprawnienie jest bardzo ważne, bardzo. Choć absolutnie nie jestem feministką… ale Ty chciałaś pociągnąć wątek wychowania. Mam odpowiadać z punktu widzenia babci czy w ogóle mam mówić o wychowaniu?

Joanna: Z punktu widzenia opowieści o swoim tacie, którą przed momentem zaczęłaś. Powiedziałaś, że był bardzo ciekawym człowiekiem. Jesteś podobna bardziej do niego czy do mamy?

Irena: Wydaje mi się, że ja zebrałam i od jednego, i od drugiego. Bo moja mama jest bardzo pracowita, jest tytanem pracy. I ma nieprawdopodobną energię. Do dzisiaj! Jestem pod ogromnym tego wrażeniem. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Jest niesamowita. Mówi mi dzisiaj, że jedzie, mając 81 lat, do syna, do Wiesbaden, że rezerwuje bilet. I jeszcze sobie załatwi dwa wolne miejsca w autokarze, żeby nogi wygodnie położyć… I dla niej nie ma problemu z tym, że nie zna niemieckiego, swobodnie się porusza za granicą, zawsze sobie poradzi. Jest dla mnie niesamowicie otwartą osobą, zawsze dążącą do celu. Wykorzystuje wszystkie możliwości, ale przede wszystkim potrafi je znaleźć, dostrzec…

Joanna: … i Ty też tak masz!. A który z rodziców był bardziej zasadniczy, konsekwentny? 

Irena: Ojciec był bardziej konsekwentny. Bardziej się bałam ojca. Ale on nie był zasadniczy w taki sposób, że miał muchy w nosie. Miał ogromne poczucie humoru, był bardzo lubiany w towarzystwie. Często śpiewał. Potrafił nawet na ulicy iść i sobie zaśpiewać, nie miał z tym żadnego problemu. Był zabawny. Zabierał nas do parku, na sanki, potem mi rozcierał paluszki w domu, jak wróciliśmy, bo ja zawsze bardzo marzłam. Taki prawdziwy ojciec; taki, jakim każdy ojciec powinien być, bo rzeczywiście się nami zajmował. Troszkę byłam zazdrosna o starszego brata, że jego traktował jako tego bardziej odpowiedzialnego, a przecież jest między nami tylko półtora roku różnicy! I mój brat dostawał trudniejsze zadania, a ja byłam strasznie ambitna i też chciałam! 

Rodzina Kamińskich: mała Irena z braćmi i rodzicami, źródło: prywatne zbiory Ireny Kamińskiej-Radomskiej

Joanna: Troszkę córeczka tatusia?

Irena: Chyba tak. Był dumny ze mnie. Widziałam, że był ze mnie dumny. Zawsze chwalił moje nogi, nogi dziecka! (śmiech) Chude, bo ja byłam chuda jak patyk! Ale mówił mi, że mam długie i że szybko biegam. I faktycznie dobrze, szybko biegałam. W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal. Rekord szkoły chłopaków i dziewcząt, tak więc jak na dziecko… (dumny uśmiech)

Ojciec nie pozwalał kłamać. Walczył z fałszem, również takim zawoalowanym, bo dzieci właśnie tak potrafią kłamać. Pamiętam taką sytuację (gdzieś już opisałam to w jednej książce), była to dla mnie sytuacja bardzo ważna. Mianowicie moja mama miała jakieś imieniny czy coś. I ojciec poprosił brata, żeby dał mamie na prezent coś swojego. A brat nie bardzo chciał i ja mu wtedy powiedziałam: “Ja to bym matce wszystko oddała!”. Po jakimś czasie ojciec mnie również o coś poprosił i…  zachowałam się dokładnie tak samo jak brat. Ojciec zwrócił mi na to uwagę, że przecież mówiłaś, że wszystko byś mamie oddała. Jak mi się zrobiło głupio! Myślałam, że się pod ziemię zapadnę.

Joanna: Czyli ojciec uczył Was takiej odpowiedzialności za to, co się mówi.

Irena: Jasne! Zapamiętałam to na całe życie i być może dlatego teraz wszystko chętnie innym daję! (śmiech)

Joanna: Wydaje mi się, że po tacie masz jeszcze jedną rzecz: lubisz być wesoła i jesteś taką otwartą osobą.

Irena: Yhym. 

„W podstawówce wszystkie wyścigi wygrywałam. Daleko też skakałam, mam rekord szkoły w skoku w dal.” – Irena Kamińska-Radomska w czasach szkolnych,
źródło: prywatne zbiory rodziny

Joanna: Że masz po nim trochę beztroski.

Irena: Nie, ojciec nie był beztroski.

Joanna: Może to złe słowo, może takiej dziecinnej radości?

Irena: Ja nie pamiętam zbyt wiele dziecięcej radości… Raczej pamiętam z dzieciństwa walkę. Ze starszym bratem. I to, że musiałam zjadać dania do końca, a nienawidziłam jeść. I siedziałam nad tymi tłustymi oczkami rosołu godzinami… Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil. Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło. Pamiętam, jak ojciec wracał z pracy i opowiadał mamie, że znowu go prosili, żeby się zapisał do partii, że dostanie stanowisko takie a takie, znaczy dyrektorskie, bo ojciec był świetnym fachowcem. Natomiast miał zasady. Był przeciwny komunie, i to bardzo. A w tamtym czasie nie sprzyjało to sukcesom zawodowym. Był jednak na tyle wybitnym fachowcem, że musieli się pogodzić z tym, że się nie zapisuje, a i tak miał wysokie i bardzo odpowiedzialne stanowisko. Ale do czego zmierzam – zawsze kiedy go prosili, to im odpowiadał: “Dobrze, w takim razie jutro się zapiszę”. I przychodził nazajutrz do domu i się śmiał, że znowu przyszli go pytać, a on odpowiadał: “No dobrze, ale mówiłem przecież, że jutro”. I w końcu się zorientowali, że… że jutro. Tak, że nigdy się nie zapisał, bo on by się nie złamał. To był człowiek, który by się nigdy nie złamał. 

Ojciec zawsze nam powtarzał, żebyśmy stali za sobą murem. Mówił o nas “fajna ferajna”, bo była z nas fajna piątka.  I to, że walczyłam z braćmi, to jest jedna rzecz, ale wiem, że w razie czego, gdyby się paliło, waliło, to każdy by rzucił wszystko, żeby pomóc drugiemu. I mama też doskonale wie, że jakby cokolwiek się stało, to zawsze może na mnie liczyć. I to samo Dominika. I chłopaki. 

Joanna: Piękne wartości. Rodzina jest dla Ciebie chyba najważniejsza.

Irena: Wartości są ważniejsze. I nawet gdyby Dominika chciała ode mnie czegoś, co by wymagało ich złamania, nie zrobiłabym tego. Kosztem zasad nic nie zrobię. 

Joanna: Jakie to zasady?

Irena: Prawda, dobro, piękno…

Joanna: Ot, i kobieta z klasą.

Irena Kamińska-Radomska z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Irena: A takie pomniejsze, drobniejsze to na przykład punktualność… Tak jak większość, powiązana jest z dobrem, bo łączy się z szacunkiem do drugiego człowieka. Jak Dominika była młodsza, to chodziłyśmy razem do Kościoła. Ona się strasznie grzebała, a dla mnie nie było spóźnień. Więc powiedziałam Dominice, że jak następnym razem będę musiała na nią czekać, to pójdę sama. I poszłam. Poszłam sama. Jestem konsekwentna. A Dominika została sama w domu. Ale na następny raz szybko się pozbierała.

Joanna: Najlepsza metoda nauki… 

Irena: Dzisiaj widziałaś jak przyjechała? Chwilkę przed czasem. A zebrać moją mamę, Filipa, Tomka i siebie, i być przed czasem, to jest coś.

Joanna: A powiedz mi… bo nie mogę sobie Ciebie wyobrazić jako zbuntowanej nastolatki. Mówiłaś, że w ogóle się bardzo zmieniłaś. Był jakiś taki przełom, znaczący moment tej zmiany?

Irena: Wiadomo, że z jakąś osobowością się człowiek rodzi. Ze złymi i dobrymi cechami charakteru. Wiadomo, że te dobre starałam się zostawić. Dawniej byłam strasznie impulsywna i to było szczególnie widać w okresie dojrzewania. Ale też miałam swoje racje, bo na przykład spotykałam się z pogwałceniem prywatności. Na przykład brat otwierał mi szkatułkę, gdzie miałam jakieś listy, miałam pamiętnik, który pisałam… i potem było czytanie, naśmiewanie się… no, to to rodzi po prostu taki ogromny sprzeciw. A wiadomo, że wśród młodych różne rzeczy się zdarzają. Mama była z nami sama, więc ciężko jej było zapanować nad wszystkim. Prywatności bardzo mi brakowało. Do tego stopnia było mi w tym czasie źle, że już wtedy miałam ataki nerwicy, takie bardzo silne. Momentami myślałam, że to ostatnie sekundy mojego życia, pogotowie przyjeżdżało. Miałam potworny ból w okolicy serca… ataki serca… Dusiłam się.

Joanna: Ale w tak młodym wieku?

Irena: Bardzo młodym. Pierwsze symptomy były już w wieku 15 lat. Miałam ciężki okres tej wczesnej młodości… Nabijanie się ze mnie… bo bardzo późno zaczęłam dojrzewać… i jakieś komentarze, że wyglądam jak chłopak… To było dla mnie bolesne, bo w tym wieku człowiek jest wyjątkowo wrażliwy na punkcie swojego rozwoju fizycznego. Dodatkowo uprawiałam sport, więc nie wyglądałam zbyt kobieco. Dla mnie bardzo istotne były osiągnięcia w nauce, w recytacji, w sporcie, no wszystkie. Byłam bardzo ambitna. A to wszystko przecież też jest stresujące. 

Joanna: Musiałaś być we wszystkim najlepsza…

Irena: Tak, a w domu jeszcze nie miałam pełnego poczucia bezpieczeństwa. Matka zaczęła pracować na trzy zmiany, nie zawsze była, ojca nie było i tak dziwnie…

Joanna: Pewnie właśnie w tym okresie najbardziej ci brakowało taty…

Irena: To był ciężki okres. Najdotkliwsze przeżycia tego okresu nie mają jednak nic wspólnego z rodziną. Ale o tym nie opowiem…

Joanna: A kiedy to się zmieniło?

Irena: Co zmieniło? Kiedy zaczęłam wierzyć w siebie? Nigdy…

Joanna: Cały czas masz poczucie, że nie robisz wszystkiego najlepiej?

Irena: Yym. Żebym wierzyła w siebie, to muszę sobie ciągle coś udowadniać.

Joanna: A jak jesteś w czymś najlepsza?

Irena: To jeszcze co innego muszę zrobić najlepiej ?

Joanna: Jak rozmawiałam z Twoją mamą, to też mi opowiadała o swoim dzieciństwie i o tym, jak pewne sprawy z tego okresu odbiły się na niej, jak pamięta to do dziś, jak dziś czuje, że jej siostra bliźniaczka była kochana bardziej. Twoje dzieciństwo i młodość też odcisnęły duży ślad…

Irena: Ogromny. I mimo że racjonalnie potrafię sobie wszystko pięknie wytłumaczyć, to gdzieś tam, w środku…

Mama Irena z córką Dominiką,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: Bardzo dobrze się kamuflujesz!

Irena: Czy ja wiem, czy się kamufluję? Ja po prostu działam, mam mnóstwo pomysłów i to mi daje niebywałą energię, dobrą energię, dzięki której przyciągam fajnych ludzi… dobrego męża… Dominikę, Tomka, Filipa. Nic mi nie przeszkadza być szczęśliwą… bo nie szkodzi…

Joanna: A kiedy Ci przyszedł ten okres buntu? Jak zostałaś mamą?

Irena: Nie, co Ty, wcześniej! Jako nastolatka krzyczałam na matkę, bo z braćmi to wiadomo, że tak czy siak zawsze się walczyło i wrzeszczało, ale dla matki też byłam bardzo niedobra.

Joanna: A miałaś wtedy tylko ją…

Irena: Potem mi było głupio. Ale najgorsze było to, że to, co wygadywałam, musiało być zgodne z prawdą, bo nie kłamałam. Nawet będąc w tym okresie buntu, nie kłamałam, mówiłam prawdziwe rzeczy, które musiały być bolesne. 

Joanna: Żałujesz tego?

Irena: Dosłownie tydzień temu o tym z Dominiką rozmawiałam. I ona mi mówi: “Słuchaj, a Ty wiesz, że jak człowiek nie buntuje się w okresie dojrzewania, to raczej coś jest z nim nie tak?” (śmiech) Czyli wszystko było w porządku. Nie no, i tak mama wiedziała, że ją kocham.

Joanna: A rozmawiałaś ze swoją mamą o uczuciach?

Irena: Tak, tak! Ona była bardzo ciepłą mamą, tuliła nas dużo, lubiłam przy niej zasypiać. Bardzo ją kochałam, ale to tak bardzo, że za bardzo.

Joanna: Była Twoją najbliższą osobą, a najbliższym zawsze się najbardziej obrywa. 

Irena: Była najbliższą aż za bardzo! Potem, jak wyszłam za mąż pierwszy raz, to ona i tak była na pierwszym miejscu. 

Joanna: Za bardzo ingerowała?

Irena: Ale za moim przyzwoleniem! Ja co prawda byłam młoda, ale…Moim zdaniem mama też się zmieniła, jak zabrakło ojca, bo chciała być bardziej taką przyjaciółką, a my sobie na za dużo pozwalaliśmy. Imprezy były straszne…

Joanna: No, Irena na imprezie!…

Irena:  Do późnych godzin nocnych… ja nie wiem, jak ja sobie radziłam w liceum, bo bardzo dobrze się uczyłam, ale imprezy były straszne!

Joanna: To teraz masz chyba trochę wyrozumiałości dla dziewczyn z “Projektu Lady”? Też są młode…

Irena: A jasne! Ale też trochę musisz wziąć poprawkę, że straszne imprezy to znaczy, że był alkohol, były papierosy, ale rozmowy – intelektualne. Tu w tle jakieś nagrania z Jazz Jamboree… Mój brat się interesował muzyką, więc ja już jako młodsza dziewczyna słuchałam tego. Ale Marek był jednak dwie klasy wyżej. Przychodzili często jego koledzy… Zawsze był dobrym uczniem, był wręcz genialny, wygrywał jakieś olimpiady matematyczne, fizyczne, miał otwarty umysł, mnóstwo czytał… Więc przyciągał też ciekawych ludzi.

„Nie najlepiej wspominam dzieciństwo, chociaż było wiele bardzo dobrych chwil.
Natomiast dużo mnie to dzieciństwo nauczyło.”
źródło: prywatne zbiory rodzinne

Joanna: A to jak w ogóle Twoje rodzeństwo, mama, jak rodzina reaguje na Twój udział w “Projekcie Lady”? Z każdym sezonem program staje się coraz bardziej popularny, a w związku z tym i Ty stajesz się coraz bardziej rozpoznawalna. Jesteś też ekspertem TVN-u. Jak oni się w tym odnajdują?

Irena: Oni? Myślę, że coś tam są zadowoleni, ale nie oglądają tego wszystkiego za bardzo. Chociaż mama, jak powiedziałam, że mi jest przykro, to chyba zaczęła oglądać (śmiech). Ale nie zawsze oglądają… Przyzwyczaili się, że “O, książkę napisałaś? Drugą? I trzecią? I kilkaset artykułów… A czym Ty się tak naprawdę zajmujesz?” (śmiech) Czasem nie ukrywam, że to trochę boli… Bo zawsze, zawsze tym najzdolniejszym był Marek [najstarszy brat – przyp. red.]… ale nie chwaląc się, ja najwięcej osiągnęłam. Cześć Filipski! Zjadłeś?

Filip: Nie całe…

Babcia Irena: Zostawiłeś mi choć pół kawałeczka?

Filip: Nieee. Ale jakieś pół pizzy.

Irena: Ja i tak nie jem takiej jak Ty, bo Ty na pewno miałeś z czymś mięsnym.

Joanna: Filip, a lubisz się chwalić babcią? Mówisz kolegom i koleżankom, że babcia będzie w telewizji?

Filip: Na obozie w ostatni dzień się chwaliłem… Ale większość to już chyba o tym wie, nie wiem, czy wszyscy. Pierwszaki jeszcze na pewno nie.

Irena: Ale Filip, jak był na obozie, to do mnie zadzwonił i mówi: “Jesteś na głośnomówiącym, bo mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią”.

Filip: Że mi nie chcą wierzyć, że Ty jesteś moją babcią i żebyś powiedziała. I powiedziałaś.

Babcia Irena: I powiedziałam. I był taki pisk w sali. (śmiech)

Joanna: To chyba nie muszę Cię pytać o Twojego największego fana?

Irena: Filip, Ty jesteś moim największym fanem?

Filip: Yyy, nie wiem, bo wszystkich Twoich fanów nie znam.

Irena: Dzisiaj jak pojedziesz z mamą do domu, to chyba poznasz moją największą fankę, Anię Szyperską. Ale Filip chyba Ani nie ustępuje. Jeszcze zanim byłam w “Projekcie Lady”, jak miał  jakieś 4 lata, siedzimy sobie na ławeczce, a on nagle wstaje, podbiega do obcych ludzi i krzyczy: “Moja babcia występuje w telewizji!”. Oni tak spojrzeli na mnie: “Tak?” “Tak, odpowiedziałam, od czasu do czasu.”

Malutka Irenka w wózku,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A dużo czasu spędzasz, Filip, z babcią? Chociaż pewnie Ola Cię już o to pytała?

Irena: Spędzamy, nie? Kiedy przyjedziesz do mnie?

Filip: Jak będę mógł, to przyjadę. Z chęcią.

Babcia Irena: I co wyjmiemy z szafki?

Filip: Słonecznik!

Irena: Bo Filip ma u mnie swoją szafkę i tam jest słonecznik dla…

Filip: Wiewiórek!

Irena: I sikorek. Filip zawsze karmi je w Łazienkach. I mamy swój statek. I operacje różne robimy. 

Filip: A jak byłem na obozie rowerowym, to jak się starsi chłopcy spóźniali, to musieli robić… zapomniałem jak się to nazywało… ale pokażę!

Babcia Irena: Mów wyraźnie! Spokojnie i wyraźnie.

Filip: No, musieli zrobić takie kółka (Tu następuje prezentacja, co chłopcy musieli robić, jak się spóźniali na zbiórki)

Irena: To dobry obóz! Jeszcze raz pokaż! Choć po obiedzie to może nie… No już, wystarczy!

Joanna: Bardzo fajne te Wasze chłopaki.

Irena: Zupełnie różne. Filip jest otwarty, więc od razu mówi się o nim, że jest fajny, a Tomek jest zamknięty i po jakimś czasie dopiero; trzeba go poznać. Ale już w pierwszej klasie wychowawczyni mówiła o Tomku, że on zawsze powie prawdę, nawet ze szkodą dla siebie. I też nie ma „zmiłuj”. Teraz wychowawczyni Tomka jest wychowawczynią Filipa. Cudowna kobieta. Filip, jak się nazywa Twoja wychowawczyni? Jak pani Sidorska ma na imię?

Filip: Katarzyna?

Irena: Yhym, pani Kasia.

Joanna: I co lubisz swoją wychowawczynię? Bo wiesz, Filip, my napiszemy o tym w wywiadzie. Prześlemy szczególne pozdrowienia.

Irena: Ode mnie wyjątkowe.

Filip: I jeszcze Pani od religii. Lubię ją.

Joanna: To też pozdrowimy. 

Filip: Bo jak byłem na jednym obozie, to Pani od religii też tam była. I potem na pierwszej lekcji mi powiedziała, że jestem dzielny. I nie jestem pewien, ale chyba jestem jej ulubionym uczniem.

Wszystkie Panie wybuchają śmiechem. A Filip trochę się zawstydza:

No co, powiedziałem, że chyba.

Joanna:  A nie myślałaś, żeby gdzieś bliżej nich zamieszkać?

Irena: Nie. To znaczy myślałam o tym, żeby oni mieszkali w Warszawie. 

Rodzina Kamińskich,
źródło: prywatne archiwum rodziny

Joanna: A długo już tam mieszkasz?

Irena: Od urodzenia Tomka, czyli 15 lat. Jeszcze w międzyczasie był wyjazd do Stanów.

Joanna: A wyjechałabyś z Polski? Mogłabyś zamieszkać gdzie indziej?

Irena: Wydawało mi się, że tak, że w Stanach, że to taki fajny kraj, otwarty i w ogóle. Ale… to też historia z tymi Stanami… Mąż miał kolegę w Chicago, który mówił, że wszystko nam tam zapewni, że nie będzie żadnego problemu, żeby Marek pracował i ja też. Dominika już była dorosła, więc akurat z tym nie było żadnego problemu. Postanowiliśmy wyjechać, żeby tam zamieszkać. I ja już pierwszego poranka jak się obudziłam, to zaczęłam wyć, że nie, że ja nie chcę tu zostać. Po prostu taka tęsknota potężna mnie wzięła. Potem następny poranek dokładnie to samo…

Joanna: Ile było takich poranków?

Irena: Nie wiem, ale przeszło mi to. Tylko okazało się, że ani dla męża, ani dla mnie nie ma tej pracy; trzeba było czegoś szukać. Dlatego jak tylko wiza mi się kończyła, to wróciłam. W międzyczasie nawiązałam kontakt z polskim radiem w Chicago i tam udzielałam wywiadów na temat etykiety. Zrobiły się z tego wywiady cykliczne, więc potem, kiedy jeździłam do Stanów tam i z powrotem, to z tego radia cały czas dzwonili i rozmawialiśmy sobie przez telefon na fonii. A mój mąż został. I ja sama kursowałam między Stanami a Polską.

Pewnego razu zadzwoniła do mnie dyrektorka tego radia. Wcześniej tam był dyrektorem Amerykanin, a potem Amerykanka, ale polskiego pochodzenia, i mówi mi: “Irena, dzwonił do mnie taki młody biznesmen, znam go dobrze, milioner, on Cię słuchał u nas w radio, i chciałby, żebyś przyjęła propozycję pracy u niego tu w Stanach na stanowisku wiceprezesa.” Opowiedziała mi o konkretach. Propozycja wydała mi się bardzo, bardzo ciekawa, ale robiłam jeszcze doktorat w Polsce, więc powiedziałam, że na pewno będę musiała do Polski co jakiś czas wracać. Chciałam, żeby to było jasno zaznaczone. 

Prezes zaakceptował moje wstępne warunki uzgodnione za pośrednictwem dyrektor radia. Przyjeżdżam do Chicago już na spotkanie z prezesem. Bardzo miło nam się rozmawia. Negocjuję jeszcze i tak dobre warunki, potem wybieram kolor tapicerki do mebli w swoim przyszłym biurze i dostaję podpisaną umowę. Prezes prosił mnie, żebym jak najszybciej przyjechała, koniecznie przed targami międzynarodowymi, żebym już podczas tego wydarzenia reprezentowała firmę.  Zgodziłam się. Poleciałam szybko do Polski, zawiesiłam swoją działalność, przekazałam wszystko Dominice i… może kiedyś ciąg dalszy opowieści nastąpi 😉

Irena Kamińska-Radomska z wnukami

„Zabawne, jaki wizerunek babci jest kreowany w „Projekcie Lady”! Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest” – wnukowie dr Ireny Kamińskiej-Radomskiej o babci

Biorę chłopaków na chwilę z pokoju, w którym panie szykowane są na wyjątkową sesję, żeby nieskrępowani obecnością dorosłych mogli mi zdradzić trochę tajemnic rodzinnych. Na pierwszy rzut oka chłopaki całkiem się różnią. Tomek, lat 15, spokojny, w wyważony sposób odpowiada mi na pytania. Filip, lat 9, zaaferowany wszystkim; widzę, że trudno mu usiedzieć na miejscu. Ale nie ma się co dziwić, chłopaków dzieli kilka lat różnicy.

Aleksandra: Jaka jest babcia?

Filip: Fajna! Bardzo fajna!

Tomek: Bardzo pracowita! Na większość sukcesu rodziny zapracowała ona sama naprawdę ciężką pracą. Jej życie było bardzo barwne, ale też nie miała w nim łatwo. Wiele rzeczy, które robiła, wymagały od niej wielkiego nakładu pracy. Także jeżeli miałbym opisać babcię jakimś słowem, to na pewno pracowita. I zaradna.

Bierzecie przykład z babci?

Tomek: Jest dla nas wzorem, ale ja bym tego tak nie określił, że bierzemy z niej przykład. Ja niestety nie mogę siebie określić mianem pracowitego.

Filip, a Ty mówisz, że babcia jest fajna. Czemu jest fajna?

Filip: Bo jak do niej przyjeżdżam, to chodzimy razem do parku, do Centrum Kopernika…W parku karmimy wiewiórki i sikorki. I wiewiórki czasami mi jedzą z ręki. Raz nawet się po mnie wspinały! Najpierw po nogach, po brzuchu i na ręce sobie jadły.

I nie bałeś się?

Filip: Nie! Raz nawet jedna weszła mi na głowę!

Babcia mieszka w Warszawie, a Wy?

Tomek: My jesteśmy z Bytomia. Mieszkamy obok prababci. Tylko babcia jest z rodziny w Warszawie.

A często ją odwiedzacie?

Tomek: Tak, jak mamy tylko czas, jak są jakieś dłuższe wakacje, przerwy w nauce. Ja też mam kilku znajomych w Warszawie, więc przy okazji odwiedzania babci odwiedzam też ich, więc bardzo mi to na rękę, że babcia mieszka tam mieszka.

Zaczynam rozmawiać teraz głównie z Tomkiem, bo młodszy Filip trochę jeszcze się wstydzi, trochę widzę, że myśli o tych wiewiórkach z parku. Jest niezwykle ruchliwy, ale to jak na 9-latka przystało. Jest też niezwykle ciekawy tego, co się wokół nas dzieje. A wokół nas zaczynają przygotowywać się do sesji fotograficznej, więc siłą rzeczy Filipa bardziej ciekawi aparat i rozstawianie sprzętów niż to, o czym opowiada starszy brat.

Chciałam Was zapytać o to, czy babcia dużo pracuje, ale już na początku, Tomku, potwierdziłeś…

Tak, myślę, że to najbardziej pracowita osoba, jaką znam i jaką kiedykolwiek w ogóle w życiu poznam. Jak ma cokolwiek zrobić, to jest pewne, że będzie to zrobione i to zrobione najlepiej jak potrafi. I też najlepiej jak to jest możliwe. 

A z czego taka pracowitość babci wynika? Z charakteru? Czy wychowania?

Myślę, że jedno i drugie, bo jej charakter wynika trochę z tego jak ją wychowywali. Opowiadała mi na przykład, że jak była mała, to chodziła na zajęcia z gimnastyki i musiała sama się na te zajęcia dostać. Nie było wtedy tak jak teraz, że rodzice zawozili i odbierali dzieci, tylko musiała sama przejechać tę całą trasę, a była dużo młodsza niż ja. Z tego co pamiętam, nie była to krótka trasa i nie było tak wcześnie, jak ona tę gimnastykę miała. Ale chciała, więc jeździła.

Maja Kupidura Fotografia

To już wiemy, że babcia jest upartym pracoholikiem, ale z tego, co Filip mówi znajduje też czas dla wnuków?:)

Babcia pracuje bardzo dużo, ale dla niej rodzina jest najważniejsza. Jak do niej przyjeżdżamy, zawsze znajdzie dla nas czas.

I co wtedy robicie?

Zazwyczaj robimy to, co akurat dzieje się w stolicy, a że dzieje się dużo, to mamy co robić. Na przykład chodzimy na jakieś wystawy w Pałacu Kultury, do kina i bardzo często do Parku Łazienkowskiego, bo babcia tam obok mieszka.

Filip: Jeszcze mi się przypomniało!

Co takiego?

Filip: Że jeszcze w parku karmimy karpie.

Przez chwilę rozmawiamy o karpiach i pawiach. Ale w końcu udaje mi się zapytać:

A oglądacie babcię w telewizji? To inna babcia czy taka sama jak w domu?

Filip: Jak mogę, to oglądam.

I podoba Ci się babcia w telewizji?

Tak.

A co Ci się najbardziej podoba?

Hmmmm. Chyba „Projekt Lady”.

A babcia nie jest tam taka trochę surowa i groźna?

Filip: Jeeeest…

Tomek: Zabawne jest to, że jej wizerunek jest tam tak kreowany. Bo ona na co dzień absolutnie taka nie jest. To jest bardzo miła, ciepła osoba. Ja mam niestety taki problem, że jeśli babcia nie występuje akurat w „Projekcie Lady”, tylko w jakiejś telewizji śniadaniowej, to jestem w szkole. Z tego co oglądam raz po raz, to faktycznie babcia wydaje się tam inna. Ale wiadomo, to telewizja, więc czasem trzeba zrobić show.

A zabrała Was babcia kiedyś do telewizji?

Filip: Mnie tak. Ale nie za bardzo mogłem patrzeć. To znaczy mogłem, ale tylko na ekranie. Ale to nie był „Projekt Lady”. Choć na „Projekcie Lady” też byłem. I w jednym odcinku były takie szachy. No i jak byłem, to sobie w nie grałem. Ale jeszcze dodam, że te szachy były gdzieś taaaakie!

I z kim w nie grałeś?

Z mamą. A raz jeszcze byłem na śniadaniu w jakimś odcinku. I patrzyłem, co tam się dzieje. Pamiętam, że było fajnie. Jedna dziewczyna chyba nawet do mnie pomachała. A jeszcze w te szachy to chciałem, żeby zagrała mama i babcia, bo chciałem zbić króla i nim zostać.

Czego nauczyła Was każda z kobiet w Waszej rodzinie?

Tomek: To jest trudne pytanie. Każda z nich jest bardzo ważną osobą w naszym życiu, dlatego też wiele nas uczą, ale jakbym miał wybrać taką najważniejszą rzecz… Babcia na pewno jest odpowiedzialna za nasze zachowanie, dzięki niej mniej więcej wiemy jak się zachować; zwraca nam uwagę, oczywiście na osobności, nie tak jak dziś na wejściu przy Tobie, bo to nieeleganckie. Jest naszym domowym ekspertem w sprawie zachowania, a to się w życiu zawsze przydaje. A poza tym babcia jest świetną nauczycielką angielskiego. Tak naprawdę wszystko, co umiem powiedzieć w tym języku, zawdzięczam głównie jej. Przez bardzo długi czas robiła mi takie korepetycje przez telefon, także za to jestem jej bardzo wdzięczny, bo to dzisiaj ogromnie przydatna umiejętność. 

Prababcia próbuje nas taką drogą duchową prowadzić. Chodziła z nami do kościoła, no teraz z Filipem bardziej…

Filip: Tak, bo Tobie się nie chce…

Tomek: Nie, nieprawda, po prostu mam ważne spotkania w Puławach wtedy co tydzień.

Filip: Ta, jasne!

Tomek: To polaryzacyjna sprawa. Mama w kwestii mojej wiary ma tu trochę inne podejście niż babcia i prababcia. Ale to obecnie chyba w wielu rodzinach tak wygląda. 

Filip: A mogę coś tak trochę nie na temat powiedzieć?

No, jasne.

Dzięki babci mam swój nowy ulubiony owoc. 

Jaki?

Smoczy owoc, inaczej pitaję. 

I gdzie tego z babcią próbowałeś?

Kupiliśmy kiedyś różne egzotyczne owoce, no i ich próbowaliśmy.

Ale to w jakiejś podróży czy jak byliście u babci?

Filip: U babci.

Tomek: Ale odnośnie podróży to ja z babcią bardzo dużo jeździłem po świecie, co wakacje prawie. Byliśmy w takich miejscach jak Nowy Jork i Faro w Portugalii. To chyba najpiękniejsza miejscowość, jaką widziałem w życiu. Dokładnie mam na myśli miejscowość Estoi koło Faro. No i byliśmy jeszcze na wyspach Kanaryjskich.

Która wyspa?

Gran Canaria, dokładnie Las Palmas.

Filip uważnie nas słucha, wierci się, w końcu się zgłasza.

No, co chciałeś powiedzieć?

Że jeszcze byliśmy na Dominikanie. Tam akurat było fajnie. Poznałem jedną taką dziewczynę, Polkę akurat, nazywała się Sonia. Poznałem ją w hotelu. Mieliśmy blisko swoje mieszkania i raz udało mi się ją odwiedzić.

Tomek: Jak byliśmy na tej Dominikanie – taka anegdota, żeby podkreślić, jak bardzo starają się dbać o naszą wiarę – to zabrały nas do kościoła, w niedzielę oczywiście, ale było to ciekawe przeżycie, bo kościół był…

Maja Kupidura Fotografia

Filip się wyrywa:

Bardzo się zdziwiłem, bo ktoś mnie przytulił! Okazało się, że tam zamiast podawania ręki się przytula!

Tomek: No ogólnie bardzo inny kulturowo jest tamten katolicki Kościół. Na mszy był też taki jakby zespół, z perkusją i w ogóle, ale kolidowało mi to z pewnym wydarzeniem, ponieważ… w trakcie mszy rozpoczynał się finał mistrzostw świata w piłce nożnej, więc jak tylko skończyła się msza, to szybko wybiegłem, żeby wrócić do hotelu. Zdążyłem jeszcze na pierwszą połowę (śmiech).

Kto to wtedy grał?

Finał Francja kontra Chorwacja! Akurat zdążyłem na gola Griezmanna. Jak wszedłem, właśnie podchodził do karnego.

Filip: A jeszcze na Dominikanie pierwszy raz zobaczyłem delfiny!

Tomek: Oj tak, byliśmy na takiej wycieczce…

Filip: I mogliśmy sobie tam pływać z maskami i były płaszczki i rekiny! Ale bez zębów…i jeszcze… chyba wcześniej pływaliśmy motorówką, tak mocno przyspieszaliśmy i hamowaliśmy…

Filip może nie odpowie nam bezpośrednio i tak spójnie jak brat na pytania dotyczące kobiet w jego rodzinie, ale przynajmniej pośrednio dowiemy się jak Irena Kamińska-Radomska spędza wakacje;)

… No i taka woda słona wlatywała z oceanu. Trochę szczypało po oczach. A na samym końcu poszliśmy do delfinów, pan pokazywał sztuczki, mogliśmy sobie podotykać delfinów, pogłaskać po brzuchu i plecach.

Ale to podróżujecie większą ekipą, z rodzicami i babcią?

Tomek: Filip jeszcze był wtedy za mały, więc ja głównie sam z babcią jeździłem do tych miejsc, które wymieniłem. Teraz na Dominikanę pierwszy raz pojechaliśmy tak zbiorowo, my z babcią i mamą.

A skoro tak z babcią podróżujecie, można powiedzieć, że jest Waszą taką trochę nauczycielką świata?

Tomek: Oj tak, tu możemy jeszcze nawiązać do tego, czego babcia nas nauczyła. Bo ona też zajmuje się różnicami kulturowymi, także w trakcie naszych różnych podróży podziwiamy nie tylko piękne widoki, ale też obserwujemy zachowania miejscowych i uczymy się różnic kulturowych. A że babcia jest ekspertką w tej dziedzinie, to zwraca nam uwagę na takie rzeczy.

Filip: A na Komunię mam obiecane, że pojadę jeszcze z babcią do Legolandu, oczywiście w innym kraju.

A pamiętasz jakim?

Zapomniałem już.

Tomek: Pewnie tam, gdzie ja byłem, w Danii.

Filip: Chyba tak. 

A mama? Jaka jest Wasza mama? Podobna do babci?

Tomek: Wydaje mi się, że mama jest jednak inna. Hmm, mama ma trochę więcej luzu niż babcia. Mam z nią świetny kontakt, a to, jak patrzę po moich znajomych, nie zdarza się często. I myślę, że to bardzo duża zaleta mojej mamy, że da się z nią pogadać, że nie jest tak, że ja tylko kocham, ale ją też lubię. Oczywiście pod względem rozmowy tak samo jest z moimi babciami i mogę z nimi porozmawiać. Tylko w “Projekcie Lady” babcia jest taka surowa, dla nas jest ciepła, można się od niej nauczyć wielu rzeczy, bo jest bardzo doświadczoną osobą.

A Ty, Filip, co myślisz?

Ja, jak raz byłem z mamą w Warszawie, to pojechaliśmy z mamą i z babcią do papugarni. No i tam była taka jedna ara, która tak wrzeszczała, że ją nazwałem Grażyna. Bo Grażyna mi się kojarzy z krzyczeniem. A jeszcze są takie bardzo mądre papugi, że jak postawisz im w klatce takie kartonowe pudełko, to normalne papugi by widziały tylko najdalszy kąt klatki, no i by tam siedziały przez dwa dni, a tamte papugi od razu by przyleciały i zaczęłyby to rozbrajać! I próbować się dostać do środka. 

Tomek: Filip, jak widzisz jest zafascynowany zwierzętami.

Ja nie wiem, czy Filip nie będzie miał w przyszłości do czynienia z tymi zwierzętami zawodowo!

Filip: Też tak się zastanawiam, czy nie pójść w stronę zwierząt.

Tomek: No, kiedyś mówił, że chce zostać weterynarzem, tak że…

Filip: Ale zmieniłem zdanie! 

Maja Kupidura Fotografia

Tak? No to kim chcesz zostać w przyszłości?

Filip: Po tym, o czym teraz rozmawialiśmy, to się zastanawiam nad opiekunem w zoo.

Tomek: To jest świetna praca.

Na pewno ciekawa.

Filip: Darmowe zwiedzanie!

A Ty Tomek?

Ja spędziłem 8 lat w szkole muzycznej, grając na gitarze. I po tych 8 latach mogę stwierdzić, że nie chcę być muzykiem.

To już coś!

Wydaje mi się, że strasznie trudno jest powiedzieć w takim wieku, kim chce się zostać. Ja tak sobie myślałem, że z moimi dotychczasowymi kwalifikacjami, interesowaniem się piłką nożną, mógłbym zostać dziennikarzem sportowym. Bo na zostanie piłkarzem już jest raczej za późno, tym bardziej że nie ćwiczyłem od najmłodszych lat i nie jestem tak wysportowany. Ale pozostaje mi wiedza, którą mogę zgromadzić i chciałbym iść w tę stronę, dlatego też klasę w liceum wybrałem o profilu humanistycznym, żeby iść w dziennikarstwo. 

Filip: Nie raz byłem w zoo w porze karmienia i widziałem jak pingwiny były karmione.

I sam byś tak chciał karmić, tak? Filip jeszcze jest chyba za mały, ale Ty, Tomku, nie masz takiego poczucia, że mama z babcią zawodowo czegoś konkretnie od Ciebie wymagają? Mówisz o zawodzie dziennikarza sportowego. Wydaje się, że to dla chłopaka interesującego się piłką super zawód, ale jest też trudny, chyba nie jakoś wspaniale dochodowy i nie jest uważany za bardzo prestiżowy. Czy to pokoleniowe kobiece trio Twojej rodziny nie wymaga od Ciebie, żebyś był, nie wiem, prawnikiem albo lekarzem?

Oczywiście, że śmiejemy się w rodzinie, że mamy lekarza, więc teraz moja kolej, żebym został prawnikiem, ale to tylko takie podśmiechiwanie się. Tak naprawdę one wspierają mnie w tym, co chcę robić i wydaje mi się, że zawsze będę miał w nich oparcie i jakąkolwiek pomoc, jaka będzie mi potrzebna. Zaakceptują wszystko, kimkolwiek bym nie chciał być. Jestem pewien, że w przypadku Filipa będzie dokładnie tak samo.

A dostrzegasz jakieś różnice w wychowaniu każdej z kobiet w Waszej rodzinie?  Prababcia inaczej wychowywała babcię, babcia mamę, a mama Was?

Wydaje mi się, że mama zupełnie inaczej nas wychowuje niż babcia by nas wychowała. Czasami mi się wydaje, że mama nam daje za dużo luzu, co oczywiście na razie nam się bardzo podoba. Babcia była, z resztą dalej jest, taka najlepsza, że zawsze to, co robiła, chciała zrobić najlepiej, zawsze angażowała się w coś na 100%. W szkole zawsze miała najlepsze świadectwa, ja nawet nie próbuję jej w tym dorównać. Wydaje mi się, że babcia była wychowywana na pewno twardszą ręką niż my, to też wynika z tego nowego wychowawczego trendu. Choć słyszałem, że na przykład tata babci był świetnym człowiekiem, miał ogromne poczucie humoru, że darzył swoje dzieci ogromną miłością i poświęcał im dużo czasu. I pomimo tego, że mieli go dla siebie w swoim życiu krótko, to zdążył im przekazać bardzo wiele. Choć babcia wyniosła z tego chyba najwięcej, ale to wynika z jej charakteru, z tego, że jest bardzo pojętną osobą, umie wychwycić, co jest potrzebne i najbardziej wartościowe.

A prababcia jest surowa? Filip?

Prababcia? Nie.

Tomek: Na pewno nie znamy jej od tej strony, jak była jeszcze taką po prostu młodą. Tak naprawdę znamy ją, jako kobietę, która już jest na emeryturze. Choć zdecydowanie mogę powiedzieć, że pracowitość babcia Irenka ma po swojej mamie. Prababcia nawet w ciąży ciężko pracowała, chciała jak najlepiej dla swojej rodziny i to jej zostało po dziś dzień. Dalej jeździ do swojego syna dosyć często, do Niemiec, pomimo że ma już swoje lata.

A znacie dobrze historię Waszej rodziny? Uważacie ją za ważny element w Waszym wychowaniu?

Tomek: Nasze drzewo genealogiczne jest bardzo, bardzo poplątane. Rodzinę Kamińskich znam trochę gorzej niż rodzinę mojego ojca. Ale chyba ojciec mojego dziadka, pierwszego męża babci, był właścicielem dość rozległego majątku ziemskiego, chyba pod Poznaniem. Dziadek pochodzi z Kościana.  Byłem tam jakiś czas temu na Wszystkich Świętych, poznałem tamte okolice. Chodzi taka anegdota po rodzinie, że ten pradziadek, który miał wieś, był hazardzistą i przegrał ją w karty. (śmiech)

Babcia z kolei dużo opowiadała mi o swoim ojcu, który zginął w wypadku we Włoszech, kiedy była młodą dziewczynką. A rodzice mojej prababci to… to czasy wojny, dlatego prababcia też została osierocona w wieku najmłodszych lat. Także historia ze strony babć ma bardzo smutne i trudne momenty.

Filip, widzę, że chcesz coś powiedzieć?

Tak, ale nie do tego, o czym teraz rozmawiacie, tylko do tego, co wcześniej powiedział Tomek.

No jasne, proszę.

A ja jestem mistrz po dwóch latach i już chcę zmienić instrument.

Tomek: Filip chodzi do tej samej szkoły muzycznej, co ja chodziłem.

I grasz na…?

Filip: Skrzypcach.

A chcesz zmienić na…?

Jeszcze nie wiem.

Tomek: Ja bym Ci polecał trąbkę, ponieważ nauczyciel jest świetny. Choć ze skrzypiec też ma świetnego…

Filip: Ale to dla mnie za trudne!

Tomek: ….ale na skrzypcach trzeba być najlepszym z najlepszych, a to nie jest dla Filipa coś, co chce potem robić. Wydaje mi się, że może zostać w muzyce, ale nie na tym instrumencie.

Filip, Ty jesteś tak żywiołowy, że ja nie wiem, czy perkusja by Ci nie odpowiadała?

Słyszałem, że też bardzo trudne! Jedna dziewczyna z mojej klasy gra na perkusji i już chce zmienić instrument. 

A powiedzcie mi, bo rozmawiamy non stop o Paniach z Waszej rodziny… Czy zdominowały całkowicie Wasz dom, czy może mężczyźni Waszej rodziny też biorą czynny udział w Waszym wychowaniu?

Tomek: Mój ojczym jest handlowcem, więc zdarza się, że nie ma go w domu. Mama jest dużo więcej i częściej, ponieważ ma taki tryb pracy. Zajmuje się podobnymi rzeczami jak babcia, czasem występuje też w telewizji jako ekspertka, ale nie jest to jej główne zajęcie, dlatego może przebywać w domu przez dłuższy czas. Czasami może jej nie być w domu przez trzy dni, ale potem już jest cały miesiąc. Także mamy duże szczęście, że nie jest tak, że mama wraca z pracy, a my już śpimy. Bo według mnie to jest bardzo ważne, żeby rodzina była w domu, żeby się spędzało z nią czas. A z ojczymem, ojcem Filipa, bardzo lubimy oglądać filmy. Ma świetny gust, tak samo jeżeli chodzi o muzykę, więc słucham tego, co on słucha. Można powiedzieć, że mnie wychował, ukształtował moje popkulturalne gusta.

Macie swój ulubiony film, Filip?

Hmmmmmmmmm.

Tomek: To okropnie trudne pytanie. 

Filip: Mamy ich pełno, ale jeden, który oglądałem z tatą, jak byłem trochę młodszy, to “The Goonies”.

Tomek: O, też dobry film! Ja uwielbiam twórczość Nolana, ale wydaje mi się, że najlepszy film, jaki oglądałem, to “Interstellar”. 

To teraz pytanie zupełnie inne: czy chcielibyście mieć siostrę?

Tomek: Zaskoczę Cię – ja mam siostrę. Nie widuję się z nią co prawda często, najczęściej u babci, tej mojej drugiej babci, mamy ojca, ale mam siostrę. Doświadczyłem, co to znaczy mieć siostrę. (śmiech) Wiem, że rozbudowana ta nasza rodzina. Świadczy o tym jedna z rodzinnych anegdot: jak chcieli mi wyrobić wizę, jak byłem młodszy, miałem chyba 9 lat, kiedy babcia chciała mnie zabrać do Stanów na wycieczkę, to urzędnik sprawdzając te wszystkie rodzinne nazwiska, totalnie się zgubił. Bo na przykład nie mam nazwiska ludzi, z którymi mieszkam. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Filip nie odpowiada, bo od dłuższego czasu słucha nas z Tomkiem troszeczkę mniej. Łatwo zgadnąć po kierunku wzroku Filipa dlaczego – na moich kartkach, na których mam spisane pytania do chłopaków i różne notatki, przysiadł jakiś owad, bardzo dziwny, cały czarny. W połowie rozmowy przenieśliśmy się bowiem na stoki na tarasie, bo koło sesji zdjęciowej zaczęło się robić zbyt głośno. Filip zafascynowany śledzi poczynania owada, choć ma utrudnione zadanie;  wie, że obiekt jego zainteresowania siedzi na moich kartach i nie wypada po niego sięgać, choć jest na wyciągnięcie ręki.

A przepuszczanie dziewczyny w drzwiach i ustępujecie im miejsca?

Tomek: Zawsze. A szczególnie jak wchodzimy na żaglówkę. Dżentelmen zawsze puszcza dziewczyny przodem, bo jak one na przykład nie przytrzymają się sztagu i wpadną do wody, to można się z nich trochę pośmiać. 

Filip, a Ty? Przepuszczasz dziewczyny?

Zwykle na obozie pływam raczej z chłopakami.

Tomek: Ale chodzi nam ogólnie, Filip… Wydaje mi się, że on jest jeszcze w takim wieku, że wbiega do pomieszczeń, nie patrząc co i jak, ale to jest kwestia czasu, na razie można mu to wybaczyć.

A uważacie, że to jest szarmanckie? Że tak się powinno robić czy że to przeżytek?

Tomek: Że niby równouprawnienie i tak dalej?

Maja Kupidura Fotografia

No tak, czy nie obserwujecie tego na co dzień, że babcia z mamą uczą Was zasad i zachowań, które są już staroświeckie, których większość nie stosuje?

Tomek: Wydaje mi się, że babcia uczy nas takich trochę konserwatywnych zasad, ale mimo tego że są konserwatywne, dalej są używane i powszechnie uważane za kulturalne. Jednak te zasady zostały wymyślone po to, żeby zachować jakąś hierarchię, kulturę. Więc jak się zgodnie z nimi zachowujemy, jesteśmy kulturalni, a wydaje mi się, że kultura osobista nigdy nie stanie się przeżytkiem. Czasami znajomi się ze mnie śmieją, jak zdarzy mi się nie przepuścić dziewczyny albo zachować jakoś nie do końca kulturalnie, bo czasem się oczywiście zdarza, więc wtedy słyszę, że “Projekt Lady”, że “jak to Cię babcia nauczyła”.

Czyli w szkole jednak trochę jesteś kojarzony z zajęciem babci, przede wszystkim w tej medialnej odsłonie?

Ale oczywiście, babcia jest bardzo popularną osobą, więc tak.

A u Ciebie, Filip, jak to jest?

W przedszkolu to raczej nie, ale na obozie, już nie żeglarskim tylko innym, to w jakiś przedostatni dzień powiedziałem, że moja babcia jest w “Projekcie Lady” i wszyscy chcieli, żebym to udowodnił. Więc zadzwoniłem do niej.

I co babcia na to?

No powiedziała, że jest. I że nie jest taka surowa jak tam.

I uwierzyli? Zazdrościli trochę?

Już nie pamiętam, ale jedna dziewczyna powiedziała, że będzie oglądać “Projekt Lady” tylko dlatego, że tam występuje moja babcia.

Tomek: Jak u mnie się dowiedzieli pierwszy raz, że moja babcia jest w tym programie, to pamiętam, że bardzo dużo dziewczyn chciało, żebym załatwił autografy od babci. I załatwiłem. Nic z tego nie miałem, to była działalność czysto charytatywna, altruistyczna i zrobiłem to z dobroci serca.

Filip: U mnie dziewczyny, ale chłopacy też chcieli, głównie ze starszych klas.

Załatwiłeś?

Tak, też.

To teraz na koniec, uwaga, trudne pytanie: jaka jest dla Was kobieta z klasą? Istnieją takie jeszcze? Pytam Was o to dlatego, że ciekawi mnie męska perspektywa i to jeszcze tak młodych chłopaków.

Tomek: Hmmm, kobieta z klasą…. Ja bym może próbował zdefiniować tak, że to ktoś z dobrego domu, dobrze wychowany. Ja mam chyba dość osobliwy osąd ze względu na szkołę muzyczną, bo to dość elitarna szkoła i ten wzgląd na wizerunek, na kulturę osobistą jest tam bardzo duży. Często jeździmy na różne koncerty, do filharmonii, więc uczymy się jak się poprawnie zachowywać. Większość dziewczyn, które znam, właśnie między innymi przez wymogi szkoły muzycznej, umie się dobrze zachować w różnych sytuacjach. Wydaje mi się, że żeby kobieta miała klasę, to musi być właśnie taka wszechstronna, że jest świadoma wielu spraw i z tej strony kulturalnej, i ze strony towarzyskiej, popkultury itd. Może to nie do końca dobre słowo, ale kobieta z klasą to dla mnie kobieta rozgarnięta, to znaczy że da się z nią porozmawiać na wiele tematów i umie znaleźć odpowiedź na zapytania z różnych dziedzin. Nie chodzi mi o to, że od rana do wieczora musi zakuwać nad książką, ale żeby umiała się dostosować do różnych sytuacji, które będą ją napotykały. W zasadzie to dotyczy nie tylko kobiet, ale wydaje mi się, że każdy człowiek powinien umieć takie rzeczy, powinien umieć się dostosować, żeby nie wyjść na gbura.

A kobiety w Waszej rodzinie, które sobie tu trochę obgadujemy, to dla Was kobiety z klasą?

Tomek: Jak najbardziej, bo podlegają tym prawidłom, o których mówiłem. Umieją się odnaleźć w wielu, ale to bardzo wielu sytuacjach, które albo znam z opowiadań, albo sam doświadczyłem. Tak że uważam, że to ich ogromna zaleta. I są też bardzo mądre. O, może to jest jedno z lepszych określeń dla kobiety z klasą.

9M7A7982-2

Wielopokoleniowa gra w klasy – wywiad z autorkami bloga „Moja krew”

Lipiec Anno domini 2018 roku. Akcja toczy się w ogrodzie w pobliżu lasu. W promieniach słonecznych, przy mrożonej herbacie ze świeżej mięty siedzi sześć kobiet w wieku od 2 do 86 lat i szuka w sobie klasy.

No dobra, najmłodsza nie siedzi, tylko wszędzie jej pełno i ona akurat z gracją szuka… żab. A my dumamy: czy ta cała klasa to rzecz nabyta czy z tym trzeba się urodzić? Czy można się tego nauczyć, czy na klasę trzeba trochę zapracować? Bo jeśli to jest rzecz nabyta to „Moja Krew” ma jeszcze szansę.

Słowo o nas

Od kilku miesięcy piszemy bloga. Nasze rodzinne spotkania zawsze obfitowały w zabawne opowieści, było dużo śmiechu, nigdy nie mogliśmy się nagadać na zapas. Tak narodził się pomysł założenia babskiej wersji bloga wielopokoleniowego na miarę naszych czasów. To jedyny taki blog w Polsce i chyba na świecie też drugiego takiego nie znajdziecie. Dlaczego babski? Bo niektóre rzeczy zdarzają się tylko kobietom. Na początku huraoptymizmu nie było, ale w końcu udało się oswoić tę bestię. Piszemy o swoich przeżyciach, o tym co było kiedyś, co jest dziś, jak zmienił się świat i jak my się zmieniamy. Opowiadamy o różnych sytuacjach – o tym, co nam w sercu gra, jak na te same sytuacje reagują różne pokolenia. Przy okazji dowiadujemy się o sobie rzeczy, o których nie miałyśmy pojęcia.

„Moją krew” tworzą: Joanna seniorka rodu, przy okazji mama, babcia, prababcia, która pamięta lata 30-te XX wieku. Danuta i Ewa, siostry rodzone, matki i babcie pamiętają lata 60- i 70- te – to drugie pokolenie naszej rodziny. Filary trzeciego pokolenia leżą na barkach Dagmary i Oliwii – sióstr, córek, które lata 80- i 90-te pamiętają jak przez mgłę. Czwarte pokolenie jest najgłośniejsze – Patrycja mówi wiele, ale ciągle po swojemu. Jak się rozgada po polsku, będzie podporą bloga.

Od lewej Dagmara, Oliwia, Danuta, Joanna, Ewa

W poszukiwaniu klasy

Mamy jedną krew, podobno błękitną, ale i tak każda z nas jest inna. I jak się okazało każda inaczej rozumie kobiecą klasę. Bierzemy na warsztat temat, jedno jest pewne – będzie śmiesznie.

Ewa: Kobieta z klasą nie ma problemów w urzędach. Wchodzi taka babka do jakiejś instytucji niby niczym się nie różni od pozostałych, rzuca jedno spojrzenie, urzędnik zadaje uprzejme pytanie: „W czym mogę pomóc” i… sprawa jest załatwiona. Wchodzi druga, mówi „Dzień dobry”, a urzędnik na to „Niech poczeka”.

Dagmara: Może właśnie dlatego nie dopuszczam do głosu urzędników, zadaję pytania, sama na nie odpowiadam, ogarniam temat, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że brakuje mi klasy (śmiech). Dla mnie babcia jest kobietą z klasą. Zawsze jest elegancko ubrana, nawet w największy upał ma na nogach nylonowe rajstopy i buty na obcasie. Tylko zastanawiam się czy nie jest jej za gorąco?

Joanna: O mnie mówisz? Jasne, że jest mi gorąco, ale w rajstopach nogi wyglądają lepiej. Znacie to powiedzenie: chcesz być piękna, musisz cierpieć!

Danuta: Nie znam, nie praktykuje, zarobiona jestem. A tak serio, na co dzień stawiam na wygodę i naturalność. Jeśli więc kobieta z klasą nosi dresy, to można powiedzieć, że mam 100% klasy.

Ewa: Mam taką koleżankę, która też stawia na naturalność i w ogóle się nie depiluje!!! Mówi, że jak los coś daje, trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.

Danuta: Bez przesady. To przegięcie, w tym chyba nie ma klasy. Chodziło mi o to, że babka bez make-upu i fryzury z żurnala też może być na poziomie.

Oliwia: No właśnie, ale jednak błyszcząca czystością, nienagannie ubrana kobieta, w nieskazitelnym makijażu (czytaj brak rozmazanej pandy), pozostawiająca za sobą delikatną bryzę perfum, robi inne wrażenie na otoczeniu. Nie musisz mieć wówczas sukni do ziemi, kapelusza, ażurowych rękawiczek i stąpać 5 cm nad ziemią, żeby dżentelmeni rzucali ci pod nogi swoje peleryny, abyś przypadkiem swojej subtelnej stópki obutej w aksamitny pantofelek, nie zamoczyła w błocie. Ale pojechałam;) Grunt to wyobraźnia.

Dagmara: Skoro o wyobraźni mowa. Dziewczyny, zamknijcie oczy, rzucam hasło: kobieta z klasą. Kogo widzicie?

Ewa: Audrey Hepburn w długiej, idealnie skrojonej sukni, czarnych rękawiczkach do łokcia, nienagannym makijażu, dużym kapeluszu i z cygaretką w ustach. Wypisz wymaluj „Śniadanie u Tiffany’ego”. I znów paradoks: mamy piękną bohaterkę z petem w ustach, od rana sączącą szampana, ogółem prowadzącą hulaszczy tryb życia, a jednak emanującą kobiecością. Swego czasu każda chciała być jak Audrey.

Joasia: Albo jak Sophia Loren i Hanka Bielicka. Obie były eleganckie, a Bielicka miała pokaźną kolekcję kapeluszy i trafny żart na każdą okazję. To ją wyróżniało. Nie muszę zamykać oczu, żeby zobaczyć babkę z klasą. Wystarczy, że zajrzę do albumów ze starymi fotografiami i odnajdę na nich moją kuzynkę. Zawsze była elegancka. Do tego stopnia, że nawet w największe mrozy chodziła w czółenkach.

Ewa: Ciotka była też odrobinę zołzowata. Sorry, ciociu. Danka, pamiętasz jak dbała o swojego jedynaka?

Danusia: Pewnie, że pamiętam. My biegałyśmy po podwórku ubrudzone po łokcie i szczęśliwe, a smutny kuzyn w schludnym ubraniu obserwował nas z daleka. Chyba bał się zarazków (śmiech).

Oliwka: Hmmm, niech się zastanowię. Kobieta z klasą? Chyba… ja? Mam w szafie pokryty pajęczyną kapelusz, butów mam od groma i jeszcze trochę. W urzędach w pas mi się kłaniają, zołzowata też bywam. Wypisz wymaluj kobieta na poziomie.

Dagmara: U Ciebie to się nazywa foch i 100% skromności;) Dla mnie babki na poziomie używają pięknego języka i mają to coś, co trudno opisać słowami, a zdecydowanie rzuca się w oczy. Weźmy taką królową Elżbietę…

Danuta: Boże chroń królową.

Ewa: Halo, tu ziemia. Możecie już wylądować? Proponuję powrót do przeszłości, bo coś mi się wydaje, że przez kilkadziesiąt lat definicja kobiety z klasą uległa degradacji. W latach 50-, 60- i 70-tych w Polsce raczej się nie przelewało. W sklepach były pustki, a jednak babeczki wyglądały pięknie, wokół nich unosiła się aura niepowtarzalności. Potrafiły przygotować coś z niczego i nie dawały po sobie poznać, że coś jest nie tak.

Danuta: Masz rację. Tak było, nawet jeśli zajmowały się domem, nie pracowały zawodowo, to jednak dbały o siebie. Nie chodziły w szlafrokach i papilotach na głowie przez cały dzień, chciały się podobać.

Joasia: Podobnie było w latach 30- i 40-tych. Mam wrażenie, że wtedy było więcej takich kobiet na metr kwadratowy. Spacerowały po ulicach, z parasolami w dłoniach, w rozkloszowanych sukniach, zwracały na siebie uwagę.

Oliwia: Dziewczyny, ale w czasach, o których piszemy nawet mężczyźni byli inni i inaczej traktowali kobiety.

Danuta: Kiedyś mężczyźni byli wobec kobiet bardziej szarmanccy. Większość przepuściła w drzwiach, ustąpiła miejsca. Zwracali się do nas z szacunkiem.

Ewa: Kiedyś na co dzień można się było poczuć się damą. Panowie zabiegali o nas, starali się, a dziś mamy pokłosie walki o równouprawnienie. Chciałyśmy, to się pozmieniało.

Joanna: Ja tam o nic nie walczyłam, mnie było dobrze. Jak sobie przypominam, to kiedyś kobieta z klasą była dumna, trochę wyniosła, niedostępna, taka „ą, ę przez bibułkę”. Udawała nieporadną, zagubioną, a tymczasem gdzieś na poboczu sama potrafiła zmienić koło w samochodzie. Panowie nie mieli o tym pojęcia, w związku z tym na co dzień czuli się potrzebni… i tacy męscy;)

Danuta: Klasa u kobiet kiedyś wynikała z pozycji społecznej, ale nie zawsze szło to w parze. Dzisiaj przykładem stuprocentowej klasy jest według mnie Grażyna Torbicka. Subtelna, inteligentna, mądra i oczytana, zadbana, z pasją, wszystko robi z wdziękiem. Nie uczestniczy w skandalach, jest dyskretna i normalna.

Oliwia: Mówcie, co chcecie, dla mnie klasa rodzi się w głowie. Nie chodzi o to, co jest na zewnątrz, raczej o piękne wnętrze.

Dagmara: W takim razie każda z nas ma klasę, tylko może trzeba głębiej poszukać.

Patrycja: Mama! Dajjjjj!!!?

Nasza Patrycja wie, czego chce, potrafi nawet krzyczeć z klasą. Kokietuje, czaruje albo się złości, ale zawsze wie jak się zachować, żeby coś uzyskać. Zaznaczmy, że ma niecałe 2 lata!

Zsumujmy tę babską burzę mózgów w różnym wieku:

Dzisiejsza kobieta z klasą łączy pracę zawodową z obowiązkami domowymi, jest jak niepsujący się robot wielofunkcyjny. Ma czas na wszystko, realizuje się w każdej dziedzinie życia, jest zadowolona z tego, co ma, przeskakuje problemy jak lekkoatleta płotki. Wzbudza szacunek, roztacza charyzmę, zawsze jest zadbana, pachnąca i uśmiechnięta. Nie prowokuje, nie uczestniczy w skandalach.

profilowe

Areta Szpura – kobieta, która ekologią podbiła świat!

Wpadła do knajpki zziajana, bo umówiłyśmy się w dwóch różnych kawiarniach. Gdyby nie telefony komórkowe trochę byśmy na siebie poczekały;) Założę się, że już od progu bystrym okiem filtruje, gdzie tu jest za dużo plastiku. Wszędzie jej pełno, zaraża dobrą energią, a w życiu jest jak Kapitan Planeta w spódnicy. Areta Szpura uczy nas ekologicznego życia i dbania o planetę dopóki mamy na to czas. „Zero waste” –  to jej życiowe motto.

Dagmara Kowalska: No dobra, rozejrzyjmy się… jak myślisz, ile kilogramów plastiku znalazłybyśmy w tej warszawskiej restauracji? Zrobimy eksperyment?

Areta Szpura: Mnóstwo! Na szczęście Warszawa nie jest taka zła; takie mam wnioski po ostatniej podróży. Mam wrażenie, że ludzie chcą zmienić przyzwyczajenia jak im się zwróci uwagę. To wynika z braku wiedzy: gdzieś widziałam słomiane słomki, gdzieś widziałam ludzi w ekotorbą, a jak byłam w Stanach Zjednoczonych, bez względu na to, czy to jest środek Florydy czy Nowy Jork, jest wszędzie tak samo źle i tam ten plastik rzuca się w oczy. U nas, aż tak bardzo nie boli, ale wiadomo, że jest wszędzie. Non stop widzę kogoś z jednorazowym kubkiem kawy, ze słomką, z reklamówką foliową, a ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że jest w tym coś złego.

D.K.: Siedzimy w modnej stołecznej restauracji, widzisz tu jakiś plastik, który można zastąpić innym tworzywem – bardziej przyjaznym dla planety?

A.Sz.: Nie ma tutaj aż tak dużo. Jest dobrze. Pewnie fotele są z jakiegoś plastiku. Ale widzisz, nie chodzi o to, że plastik jest zły. Sam w sobie, jako tworzywo, plastik jest ekstra, bo pozwolił się rozwinąć nam jako społeczeństwu. Mamy krzesła, samoloty, auta, które nie palą tyle, bo są lżejsze itd. Problem tkwi w używaniu go jednorazowo i z tym właśnie walczę.

D.K.: Dostałam kawę, Ty herbatę zimową w wielorazowym naczyniu, wspaniale Skąd u Ciebie to ogromne zamiłowanie do ekologii i filozofii „zero waste”? Kojarzysz się z walką ze słomką i wiedzą o tym prawie 64 tysiące obserwujących Cię na Instagramie.

A.Sz: (Śmiech) Jak to pięknie można sobie zmienić wizerunek w ciągu tylko jednego roku, to niesamowite. Słomka się za mną wlecze, bo to była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważyłam, zaczęło mnie to wkurzać, irytować, a to przecież tak łatwo to zmienić. Walka z plastikiem na świecie jest trudna i długofalowa, bo to nas otacza, jest wszędzie i nie mamy jednej gotowej alternatywy, żeby to podmienić. Tam, gdzie można używajmy plastiku, a jeżeli się da, zamieniajmy jednorazówki na przedmioty wielorazowego użytku. Dwa trzeba myśleć, i tu jest pole do popisu dla wszystkich mądrych naukowców, jakim tworzywem zastąpić plastik, żeby opakowanie miało taki sam termin ważności, jak produkt, który w nim jest. Wiem, że są jakieś pomysły, ale na razie nie ma jednego rozwiązania, które można by wprowadzić na skalę masową. Są konkursy, są zachęty, a ludzie już powoli zdają sobie sprawę z tego, że musimy zadbać o planetę. Słomka jest świetnym przykładem, bo jest wszędzie, nawet czasem po dwie albo trzy, a możemy jej po prostu nie używać.

D.K.: Czyli ta fascynacja ekologią zaczęła się u Ciebie od zauważenia tej mitycznej słomki?

A.Sz.: To na pewno nie był jeden dzień, to był cały proces. Spędziłam całe życie w modzie, więc zaczęło się od tego, że dostrzegłam, ile tam jest niedobrych rzeczy, a potem zaczęłam zagłębiać się w te tematy i trafiłam na trend „zero waste”. Ciuchy ciuchami, ale to jest cały duży proces wytwarzania, który trudno zmienić. A ile my możemy zmienić, nie czekając na zmiany w dużych firmach? To mnie bardzo wciągnęło, bo poczułam, że ja, osobiście, każdego dnia mam na to wpływ. I to jest ekstra, że ma się poczucie sprawczości i że jak pod koniec dnia miałabym zliczyć, ile rzeczy uchowałam przed zużyciem, to myślę, że tam niezła kupka, by się uchroniła.

D.K.: I to tylko Ty jesteś sama! A gdyby to przełożyć na innych ludzi?

A.Sz.: Tak, dokładnie i gdyby każdy z tych 8 miliardów ludzi na świecie zrobił coś dla planety, to mamy siłę. Siła tkwi w social mediach, bo dziś prawie każdy ma telefon, możemy się dzielić dobrymi przykładami. Musimy się jako ludzkość ogarnąć, bo według najnowszych badań zostało nam 1,5 roku wg ONZ. W innym przypadku nastąpią na ziemi nieodwracalne zmiany. Równia ku katastrofie będzie zbyt pochyła.

Tu nie chodzi o 20-ścia czy 50-siąt lat; zostało nam do uratowania planety i samych siebie 1,5 roku. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że plastik, który wyrzucamy, gdzieś sobie leży, rozkłada się pod wpływem słońca, wydziela więcej metanu, który z kolei znowu nakręca globalne ocieplenie. To jest po prostu zamknięte koło, niekończąca się historia. Żeby to przerwać, musimy przestać produkować plastik. Po drugie musimy myśleć, co zrobić z tym, który już jest. Powstają nowe projekty wyławiania plastiku z oceanów, ale przede wszystkim to każdy przeciętny, szary człowiek musi i może wpływać na firmy, które są źródłem tego wszystkiego.

D.K.: Jak Ty wpływasz na te wielkie firmy?

A.Sz.: Działam poprzez social media. Nie mam znajomości w każdej dużej firmie, ale wiem, jaką ma moc Instagram czy instastories. Dziś tagowałam jakąś firmę i w konsekwencji zebrał się zarząd tej firmy, bo nie wiedzieli, co mają robić.

D.K. (Śmiech) Powiem Ci więcej, w jednej z sieci kawiarni rzuciłam hasło Areta Szpura, zareagowali: „O rety, słomki!!!” Staramy się zrobić coś, żeby usunąć słomki z kawiarni, ale to zależy od centrali firmy, a podjęcie decyzji o wycofaniu z sieci na całym świecie słomek jest procesem…

A.Sz: Bullshit! Ja z tymi dużymi firmami spotykam się, walczę, rozmawiam z nimi, żeby dowiedzieć się, jakie mają problemy. Wiadomo, że jeśli to jest franczyza zagraniczna, nie mają zgody, ale ja wierzę, że za każdą firmą stoi człowiek, który ma uczucia i mózg i powinno mu zależeć, żebyśmy mieli, gdzie mieszkać i żyć. Jak się chce, to można. Słomka, to słomka – rozumiem proces wycofywania. Ale przykład – są trzy główne sieci kawiarniane w Polsce, a tylko jedna z nich daje ci zniżkę, jeśli przyjdziesz z własnym kubkiem. Dwie pozostałe nie dają nawet takiej możliwości, żeby nalać ci kawę do twojego kubka i zasłaniają się sanepidem. I teraz pytanie: czy te kawiarnie obowiązują inne przepisy sanitarne? Skoro jedna kawiarnia może zrobić kawę w twoim kubku, to czemu inna nie może? Nie wydaje mi się. To jest zasłanianie się przepisami, że niby to wszystko kwestia interpretacji. Prawda jest taka, że jak się chce, to można.

D.K.: Oczywiście, tu najważniejsze jest podejście. Ty często odbijasz się od różnych drzwi. Jak sobie z tym radzisz i jak motywujesz się, żeby do tych samych drzwi zapukać jeszcze raz, albo – wejść oknem?

A.Sz.: Udaję się do innej osoby z tej samej firmy. Próbuję innymi sposobami. Jak nie Instagram, to mail, telefon, idę osobiście porozmawiać. I męczę, męczę, męczę. Nie zniechęcam się, bo to jest dla mnie temat bardzo ważny i też widzę, co już zrobiłam, jak motywuję ludzi. To jest najbardziej zajebista kula śniegowa i ci ludzie, którzy gromadzą się wokół mnie w Internecie, dają mi taką energię do działania! Codziennie dostaję setki wiadomości czy zdjęć typu: to mój kubek na kawę, tu moja butelka, tu zamówiłam eko słomki, tu kupiłam książkę o plastiku. To jest bezcenne, jeżeli ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli pojęcia, o tym, o co walczę, a dzięki temu, że ja coś napisałam, wrzuciłam do mediów społecznościowych, zainteresowali się i weszli w to i sami się teraz starają.

To najlepsze, co mogło mnie spotkać. I to ci ludzie mnie napędzają, bo wiem, że każdy mój pomysł trafia do odbiorców i idzie dalej w świat. Działa to także w drugą stronę. Bardzo często to ludzie podsyłają mi jakieś artykuły, eventy i super, bo ja nie chcę się pozycjonować na osobę wszystkowiedzącą. Na szczęście dane mi było stworzyć platformę, na której komunikuję ze sobą ludzi.

D.K.: Twój uśmiech mówi wszystko: nawet jeśli są jakieś drobne niepowodzenia, wracasz do kolejnej firmy milionowy raz!

A.Sz.: Ależ niepowodzenia są cały czas, ciągle walę głową w ścianę. To jest życie, które nie jest usłane biodegradowalnymi płatkami róż, tylko plastikiem. Nie można się poddawać. Poza tym wychodzę z założenia, że wolę się skupić na tych dobrych, nie złych rzeczach, bo z narzekania nic nie wyjdzie, wręcz przyciągnę więcej złych tematów.

D.K.: Ostatnio okazało się, że działasz nie tylko na Instagramie. Zrobiłaś kampanię z gwiazdami i Noizz.pl. Dziś już chyba każdy wie, że Hubert Urbański przyznał się do zabijania delfinów. O co chodzi w kampanii „Tu pijesz bez słomki”?

A.Sz.: Chodziło o to, żeby pokazać ludziom, że bardzo często robimy coś szkodliwego dla środowiska, nie mając o tym pojęcia. Dlatego tak bardzo stawiam na edukację. I mam nadzieję, że teraz, kiedy już wiadomo, że słomka jest czymś totalnie zbędnym, na zawsze zniknie z naszego życia. A po niej reszta plastikowych złoczyńców. Namówienie Maffashion, Huberta Urbańskiego, Anji Rubik, Michała Piróga do tego, by wsparli akcję nie było żadnym problemem. To są ludzie, którym zależy na własnej planecie.

D.K.: Bardzo mi się to podoba, że poruszasz dużo ważnych tematów, że mnóstwo ludzi Cię obserwuje, ale jestem ciekawa, co myślisz sobie w środku, kiedy widzisz, że ludzie zaczynają dbać o swoje otoczenie. Jakie emocje Ci w takich sytuacjach towarzyszą?

A.Sz.: Czasem mnie to przeraża. Gdyby to ratowanie ziemi było bardziej opłacalne zawodowo, to chciałabym mieć asystentkę czy kogoś, kto by mi pomagał. Chciałabym każdej osobie odpisać na każde pytanie, na każde zdjęcie, ale nie wystarcza mi na to czasu. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania, pomijam tylko te, na które odpowiadałam milion razy, bo myślę, że każdy kto chce, znajdzie odpowiedź. Jestem strasznie wdzięczna, że jestem w takim miejscu. Czuję, że dostałam z góry jakąś misję do spełnienia i to, że mam dostęp do tylu ludzi mogę teraz wykorzystać w dobrym celu.

D.K.: Powiedziałaś wcześniej, że każdego dnia wybierasz drogę dzięki, której świat staje się swobodniejszy od plastików, śmieci jednorazowego użytku. Powiedz a przykładzie jednego dnia: czego unikasz, jak się Twój dzień układa tak, że jest bardziej eko?

A.Sz.: Wychodzę z założenia, że każdy z nas ma wpływ, może zmienić świat, a plastik jest tylko jednym z przykładów. Chciałabym w ludziach wywołać to coś, żeby oni też czuli, że mogą zmienić świat swój, osoby bliskiej w każdy sposób. Jeśli zrobisz coś dobrego, miłego, drobny gest, uśmiech w kierunku innej osoby to wraca do ciebie z potrójną mocą. Nie trzeba od razu ratować świata. Ja się tak zapędzam, chciałabym od razu, żeby wszyscy robili jak ja, ale wystarczy, że poratujesz koleżankę ładowarką, to też jest cenne.

Mnie codziennie bardzo trudno jest wyjść z domu bez niczego lub tylko z małą torebką, nawet na imprezę . No chyba, że idę na domówkę i będę miała dostęp do normalnych naczyń. Na co dzień muszę wychodzić przygotowana, bo nigdy nie wiem jak mój dzień się potoczy i co mnie zaskoczy. Staram się mieć przy sobie termos lub kubek na kawę, który służy nie tylko jako naczynie na kawę, ale też jako pudełko do przenoszenia różnych rzeczy.

Mam butelkę szklaną wielorazowego użytku, napełniam ją wodą z kraju, nie kupuję w plastikowych pojemnikach, ani nawet szklanych, bo to też jest surowiec, który się bez sensu zużywa, a o surowce trzeba dbać. Zawsze mam przy sobie pojemnik na wodę, mam ich całą kolekcję, bo je gubię, tłukę, jakaś czarna dziura je zjada. Mam nadzieję, że trafiają do kogoś, kto ich bardziej potrzebuje. Ostatni byłam na bezludnej wyspie, gdzie potłukła mi się butelka, a ja zaparłam się, że nie kupię plastiku i przez cały pobyt nalewałam wody do szklanej butki po winie. Wspaniale zdała egzamin. Można? Można!

Mam swój metalowy łyżkowidelec, który zastępuje plastikowe, drewniane narzędzia. To jest mój niezbędnik w podróży. Mam oldskulową siatkę na zakupy, która zajmuje mega mało miejsca, a mieści bardzo dużo. Często staram się mieć przy sobie metalowy pojemni, bo mam mały żołądek, nie dojadam porcji zamówionych w restauracji, ale zabieram je ze sobą, bo nie mam też sumienia wyrzucać jedzenia. Oszczędzam w ten sposób pojemniki na wynos, nawet te ekologiczne z papieru albo trzciny cukrowej i oszczędzam moją torebkę, w której jestem w stanie wylać wszystko, co tylko się da. Mój metalowy pojemnik jest szczelny, dlatego jeździ ze mną.

D.K.: Ile waży Twoja torebka przed wyjściem „na miasto”?

A.Sz.: Nie ma tragedii ☺ Przyzwyczaiłam się, że nie jest to mini torebka channelka, tylko raczej torba albo plecak, ale satysfakcja jaką mam, jest bezcenna i mogę się obyć bez tych gadżetów.

D.K. Już wiemy jak Ty sobie radzisz z tym, żeby żyć bardziej ekologicznie, a co my możemy zrobić każdego dnia, żeby ratować naszą planetę? Czyli być taką Aretą Szpurą 2, 3, 50, 120?

A.Sz.: Kapitan planeta. Ważne jest to, żeby nie zmieniać wszystkiego na raz, bo to może być zniechęcające. Fajnie jest popatrzeć sobie na swój dzień i ocenić gdzie plastiku zużywamy mniej i pomyśleć czy możemy go łatwo zamienić, np. w pracy. Często spotykam się, że w pracy są dystrybutory do wody z plastikowymi kubkami, albo plastikową butelką. Często ludzie piją kawę z kubka w automacie, a przecież mają szklanki i wodę w kranie. Taka mała zmiana może naprawdę wiele. Jeśli zaczniemy od siebie, może to później przejdzie na kolegów w pracy, całą firmę. Myślę, że jeżeli ludzi się delikatnie ukierunkuje, nie karci to mogą zrobić lepiej.

D.K.: To jest zaraźliwe, masz rację. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu pobiegłam kupić kubek na kawę z silikonową nakładką wielorazowego użytku. Nie biorę toreb foliowych, zawsze mam przy sobie materiałowy worek. I myślę, że trzeba mieć klasę, żeby nie myśleć o sobie, tylko o innych i o tym co nas otacza.

A.Sz.: No jasne! Bycie eko jest sexi, bycie eko jest cool, bycie eko jest klasą. Wspaniałe jest to, ze jeden cel nas łączy nadrzędny. Nieważne jakie mamy poglądy, politykę ekologia łączy ludzi.

D.K.: Czujesz się wówczas lepiej sama ze sobą?

A.Sz.: Tak, bo my tutaj nie jesteśmy u siebie. Jesteśmy gośćmi na tej planecie i dobrze byłoby żebyśmy szanowali to.

D.K.: Skoro jesteśmy przy klasie, na czym polega klasa u kobiety? Czym się wyróżnia kobieta z klasą?

A.SZ.: Hmmm. To nie jest coś oczywistego. Na pewno klasa przejawia się w tym, że ma własną opinię, że kwestionuje rzeczy i że nie boi się tego wyrazić. To jest dla mnie wyznacznik.

D.K.: Czyli nie musi jeździć Mercedesem klasy S?

A.Sz.: Tu nie chodzi o materialne rzeczy, bo jednego dnia możemy je mieć, drugiego możemy nie mieć. Ta klasa to jest coś niezbywalnego, np. charakter. To jest najcenniejsze w ludziach, kiedy mają swoją opinię, nie boją się jej wyrażać, co może mieć cenny wkład w życie innych. W dzisiejszych czasach jesteśmy zalewani rożnymi tematami i często ludzie to podłapują, nie sprawdzają, biorą za pewnik i podają dalej. Świat byłby trochę lepszym miejscem gdyby każdy chciał mieć swoją opinię.

D.K. : Znasz kobiety z klasą, które mogłabyś krótko opisać?

A.Sz.:Codziennie poznaję mnóstwo wspaniałych kobiet. Wspaniałe jest to, że się takie osoby przyciąga. Szukam osób poza światem celebryckim, tych, które są na backstage?u i odwalają całą czarną robotę, ale kochają to co robią. Każda osoba, którą poznajemy ma super historię, własną i jeśli się nią podzieli to jest to dla nas wzbogaceniem i super motywacją. Ostatnio miałam spotkanie z super laską. Ja miałam być mentorką, a się okazało, że bardzo wiele nauczyłam się od niej. Nawet jej to powiedziałam, że przez te dwie godziny więcej nauczyłam się od niej, niż ona ode mnie.

D.K.: Aretko, jak się widzisz za pięć lat, kiedy już wszyscy będą wiedzieli, że ekologia jest bardzo ważna?

A.Sz.: Za rok, a nawet za pół roku będą widzieli. Nie mamy 5 lat, nie ma tyle czasu. Nie mam pojęcia gdzie ja będę za 5 lat, ale mam nadzieję, że będziemy tutaj na tej planecie. Mam nadzieję, że ogarniemy się jako ludzkość i nie będziemy wykorzystywać tej biednej naszej planety, tylko, że opatentujemy jak się dalej rozwijać i żyć z szacunkiem dla zasobów. I żeby to wszystko działało i miało sens. Chciałabym żeby każdy z nas mógł się spełniać. Marzy mi się, żeby pieniądze nie sterowały ludźmi aż w takim stopniu jak teraz to jest. Dziś dla pieniędzy ludzie doprowadzają do ogromnych tragedii. Ta zmiana już się dzieje, nadchodzi, a ja mam nadzieję, że ludzie zmienią swoje priorytety, docenią te rzeczy, które są najbliższej i nie będą się tak spieszyć.

D.K.: Pij herbatę, bo wystygnie, gaduło (śmiech)! Dziękuję Ci za tę inspirującą dyskusję i system wczesnego ostrzegania przed alarmem jaki wysyła do nas ziemia.

Katarzyna Dolak-Mazurek

„Z przyjacielem pijesz wino i gadasz do rana, z coachem pijesz wodę i gadasz godzinę” – wywiad z Katarzyną Dolak-Mazurek, pedagogiem i coachem od związków

Aleksandra Kałafut: Podtytuł Pani książki brzmi „Praktyczny poradnik dla złamanych serc”. Według mnie to w ogóle świetny poradnik dla wszystkich chcących stworzyć związek i szczęśliwie w nim trwać.

Katarzyna Dolak-Mazurek: Ludzie tak już mają, że gdy jest im dobrze, to nie szukają pomocy, nie zmieniają. A wszystko to w myśl, po co zmieniać skoro działa. I ja to rozumiem. Sama tak robię! (śmiech) Podtytuł o złamanych sercach, wskazuje na sytuacje, które przymuszają nas do szukania pomysłu na lepszy związek. A dlaczego? Bo partner zrobił nam przykrość i zastanawiamy się dlaczego? Albo związek nie jest taki fajny jak dawniej. Albo osoba ma złe doświadczenia w szukaniu partnera. I to są wszystko osoby, których serce zostało zranione, a w książce znajdą sposób na wyleczenie.

A.K.: Mówi Pani o sytuacjach przymuszających nas do myślenia o lepszym starym czy nowym związku? Bo to że partner zrobił nam przykrość, nie jest jeszcze chyba powodem, żeby myśleć o rozstaniu?

K. D.-M.: Lepszy związek, to taki, w którym się dobrze się czujemy. Ja i partner. Może to być nowy związek, jeśli sytuacja wymaga. Ja jednak namawiam do naprawiania tego co już mamy. Jeśli chodzi o przykrość ze strony partnera, to wszystko zależy, co to dla nas oznacza. Dla kogoś rękoczyny mogą być tylko nieporozumieniem, a dla innej osoby powodem do rozwodu.  Tutaj należy zastanowić się, co dla nas jest przykrością, którą można wyjaśnić i dogadać się, a co jest zachowaniem niedopuszczalnym. Bywa, że również w stałym związku, ludzie łamią sobie serca. A kiedy tak się dzieje? Gdy mówią sobie przykrości, gdy dochodzi do przemocy, gdy nie mają dla siebie szacunku. Są osoby, które przy najmniejszym niepowodzeniu w związku, chcą się wyprowadzać, grożą rozstaniem lub rozwodem. Tylko, że to już jest opowieść o pracy z wewnętrznym dzieckiem.

A.K.: Bardzo często podkreśla Pani, że w związku, przede wszystkim na początku, trzeba być czujnym. To chyba niezbyt popularna teoria. Na początku to raczej motyle w brzuchu, porywy serca…

K. D.-M.: Porywy serca i te motyle, to jeden z piękniejszych stanów, w jakich człowiek ma okazję się znaleźć. I ja bardzo namawiam, aby poddać się temu, bo to coś unikatowego. Nawet poeci mają trudność z oddaniem towarzyszących temu emocji. To trzeba przeżyć!

Pisząc o tym, że trzeba być czujnym, chcę zwrócić uwagę, aby w czasie „latania pod sufitem”, nie podejmować tzw. życiowych decyzji. Zwłaszcza tych dotyczących związku. Nie deklarować miłości do grobowej deski, bo od motyli do miłości droga jest zaskakująco daleka. Mam na myśli czujność dotyczącą partnera, jego zachowania, tego czy jesteśmy z nim bezpieczni. Czy traktuje nas należycie. I jak my sami postępujemy w nowo tworzącym się związku. Zadbanie o powyższe już na początku, pozwoli na długo cieszyć się motylami (śmiech).

A.K.: Pisze Pani też o tym, że presja społeczna potrafi zatruć życie i że tak naprawdę jedynymi osobami, które dadzą odpowiednie wsparcie bazujące na potrzebach osoby, która go potrzebuje, są psycholog, coach, terapeuta. Nie rodzina, nie znajomi… To chyba opinia znowu idąca całkowicie pod prąd powszechnego myślenia?

K. D.-M.: Na tym właśnie polega coaching. Uczy jak myśleć po swojemu 🙂 Otoczenie, w jakim się wychowujemy, zazwyczaj w dobrej intencji, daje nam swoje dobre rady. Rady, które wcale u nas nie muszą działać. Jestem zdania, że jeśli komuś odpowiada taki sposób na życie, dobrze mu z tymi radami i jest szczęśliwy, to jest w porządku. Jeśli jednak złości nas wścibstwo i wtrącanie się, to najlepiej poszukać pomocy u specjalisty.

Zapytano mnie kiedyś jak to jest, że wmawia się ludziom, że powinni pytać obcego (czyt. coacha) o zdanie? Jeszcze zanim zostały zebrane i nazwane metody coachingowe i terapeutyczne, ludzie zawsze szukali pomocy u tych, co wiedzą więcej i mówią inaczej… Był to zazwyczaj ktoś ze starszyzny. Ci odważniejsi lub w większej potrzebie szli do zielarek mieszkających w lesie. Duchowni również pełnili rolę doradców i powierników. A różnica między coachem i przyjacielem jest zasadnicza:

  • z przyjacielem pijesz wino i gadasz do rana, z coachem pijesz wodę i gadasz max godzinę;
  • przyjaciel chce dla Ciebie najlepiej i doradza Ci najlepiej jak umie, ze swojego punktu widzenia, coach wyciąga z Ciebie to jak możesz sobie pomóc, nie doradza, aczkolwiek może podzielić się opinią;
  • rozmowa z przyjacielem jest przyjemnością, rozmowa z coachem jest przyjemnością doprawioną wysiłkiem znalezienia rozwiązań;
  • coach nie obrazi się na Ciebie, gdy będziesz mówił tylko o sobie;
  • łatwiej zniesiesz informację o tym, że robisz coś ze szkodą dla siebie, od coacha niż od przyjaciela;
  • przyjaciel może być zakłopotany tym, że nie umie Ci pomóc, coach jeśli sam nie jest w stanie, to znajdzie Ci pomoc;
  • coach powie Ci to, czego nie chcesz usłyszeć od przyjaciela i nie obrazisz się za to, no i zawsze po skończonym procesie coachingowym, możesz udawać, że nie znasz człowieka (śmiech).

A.K: Posłużę się tytułem podrozdziału Pani książki – jak zakochują się kobiety a jak mężczyźni? 

K. D.-M.: Panie zakochują się w tym, co słyszą. Panowie w tym, co widzą. Potem obie strony weryfikują, jak słowa i wygląd mają się do czynów. Jeśli wszystko lub większość się zgadza, to ludzie chętnie ze sobą zostają. Bywa tak, że zakochujemy się w naszym wyobrażeniu osoby. Dlatego tak ważnym jest, aby z decyzjami o wspólnym życiu poczekać do momentu, gdy już ochłoniemy z pierwszych emocji.

A czasem jest jeszcze inaczej. Ludzie są ze sobą, bo się lubią, bo są przyjaciółmi, bo mają fajny seks. I to jest wystarczająca więź, żeby stworzyć udany związek. Stan zakochania jest pięknym uczuciem. Jednak nie należy odrzucać osoby, do której nie czujemy mięty i nie ma motyli w brzuchu. Porywy serca zaskakują i mogą przyjść później.

A.K.: A co jeżeli nie przyjdą? Przyjaźń to jednak nie miłość, fajny seks to jednak nie wszystko, więc czy aby na pewno wystarczą?

K. D.-M.: Wg mnie miłość to przyjaźń doprawiona namiętnością. Namiętność bywa kapryśna, a przyjaźń jest tym, co ludziom pozwala utrzymać związek. Jeśli porywy miłości nie przyjdą same, to można samemu sprawić, że się pojawią. Wszystko zależy od tego, jak bardzo chcemy być ze sobą:)

A.K.: Pani poradnik jest dość nietypowy jeszcze pod jednym względem. Mówi Pani wprost,  dosadnie i bez pardonu: Jesteś sam, nie potrafisz się zakochać, stworzyć dobrego związku? To Twoja… może nie wina, ale to Ty jesteś za to odpowiedzialny, bo to od Ciebie wszystko zależy! Przestań siedzieć w kącie, zajmij się sobą, odpowiedź sobie na kilka najważniejszych pytań i do dzieła, nikt za Ciebie niczego nie zrobi!

K. D.-M.: Jestem daleka od obwiniania kogokolwiek. Jednak źródła niepowodzeń, moim zdaniem, należy szukać najpierw u siebie, a później u innych. A z doświadczenia wiem, że u innych znaleźć jest… łatwiej. Chodzi o to, aby mieć świadomość swojej mocy sprawczej. Czyli to co się przysłowiowo mówi, że człowiek jest kowalem swojego losu, działa i ma sens. Gdy nie wychodzi nam w miłości, to oznacza, że za bardzo chcemy, aby nas kochano. Jesteśmy zaborczy albo pozwalamy na pomiatanie naszymi uczuciami. To, jak kochamy albo jak bronimy się przed miłością, jest w nas. I dlatego na początku każdej pracy na sesjach, zaczynam od budowania miłości do siebie. Dzięki temu, wiadomo jakiego partnera szukać i jak dbać o związek, żeby być szczęśliwym. Tak po prostu.

A.K.: Miałam taką koleżankę, która po bardzo rozczarowującym rozstaniu stworzyła sobie listę, której punkty odliczała zaraz po przyjściu z kolejnych randek: czy mężczyzna jest przystojny, czy ma stałą pracę, czy ma rodzeństwo, czy jest dowcipny, wykształcony, czy uprawia sporty i słucha podobnej muzyki. Czy o to chodzi? Czy nie odbieramy czasem zakochaniu, a potem miłości i związkowi tego, co w tym wszystkim najtrudniejsze, czyli pracy nad sobą, ale w tym kontekście, żeby właśnie dostosować się do drugiej osoby pod pewnymi względami? Pod pewnymi dostosować, ale też umieć się pięknie różnić?

K. D.-M.: Robienie listy, jest ciekawym sposobem na sprawdzenie na kim nam zależy. Jakie mamy oczekiwania. Często jest tak, że ludzie chcą partnera, ale nie wiedzą jaki ma być. A to wbrew pozorom ważne. Czy jest przystojny lub bogaty? No właśnie. Dla niektórych osób to istotne, dla innych nie. Listę warto zrobić również dla siebie. Taką, która będzie odpowiadała na pytanie: Co ja dam partnerowi?

Jest jeszcze jedna kluczowa zasada, która rządzi naszymi wyborami partnera. Otóż są to przekonania i opinie jakie mamy na temat związków. Te, które możemy umieścić na liście, to są te, których jesteśmy świadomi. Pozostałe są ukryte lub nie chcemy o nich pamiętać. Chodzi o wzorce wyniesione z domu. I jeśli ich nie zmienimy, to zawsze będziemy trafiać na partnera, jakiego „znamy”.  Różnorodność w związku jest rozwojowym wyzwaniem. I faktycznie wpływa korzystnie na związek. Dzieje się tak jednak dopiero, gdy jesteśmy w zgodzie z samym/ samą sobą. I tego uczę na sesjach – miłości do siebie.

A.K.: A portale randkowe? Dobro czy zło dla poszukujących miłości?

K. D.-M.: Tutaj opinie są bardzo podzielone. Niektórzy z moich klientów chwalą sobie taką możliwość. Inni natomiast mają złe doświadczenia. Moim zdaniem portale randkowe są dobrym miejscem na poznanie nowych osób. Są ciekawą propozycją dla nieśmiałych, którzy na początku wolą być mniej widoczni. Jednak portale randkowe mogą być także źródłem frustracji. Dzieje się tak dlatego, że zdarzają się osoby oczekujące, że portal znajdzie miłość ich życia za nich. Należy więc pamiętać, że portal randkowy jest opcją, a nie jedyną możliwością.  

A. K.: A o co chodzi z postępowaniem kota?

K. D.- M.: W zachowaniu kota lubię jego dążenie do celu. Nieważne, że dostanie po głowie, gdy wejdzie na stół i ukradnie jedzenie. Nieważne, że właściciel wścieka się, gdy futrzak „śpiewa pieśń ludu swego”, bo akurat o trzeciej nad ranem chce pokazać, że ma pustą miskę. On zawsze próbuje dopiąć swego. Używam określenia „metoda na kota”, aby pokazać, w jaki sposób osiągnąć sukces w sprawie. Proszę sobie wyobrazić związek, w którym kobieta nie zawsze ma ochotę na seks. Natomiast partner owszem, ochotę ma zawsze. I jak tu elegancko namówić panią? Otóż próbowaniem i namawianiem. To nic, że za pierwszym razem powie, że boli ją głowa, a za drugim coś innego. Nie należy się zrażać i za jakiś czas spróbować znowu. Ale nie na zasadzie chamskiej odzywki, tylko z taktem. Gwarantuję, że w końcu się zgodzi.  Sposób można wykorzystać również w innych sytuacjach.  

A.K.: „Jak jeden raz to nie zdrada, jak chłop w wojsku nie zdrada, na delegacji nie zdrada, na wczasach i po francusku nie zdrada, po pijaku to już w ogóle” – wielu wyznawców takiej „teorii” spotkała Pani w swoim życiu?

K.D.-M.: Niestety tak. I prywatnie i zawodowo. Wszystko zależy od dorobienia swojej filozofii do działania. Takie podejście w filmach pokazywane w zabawny sposób, jest wzorem wyniesionym ze środowiska, w jakim się wychowywaliśmy.

A.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę;)

profilowe

Jowita Michalska o tym, jak odnalazła się w męskim świecie, zachowując 100% kobiecości

Wstaje przed godziną 5:00 – to jej czas wyłącznie dla siebie. Na co dzień businesswoman, zawsze w dobrym humorze i z masą pomysłów na kolejne projekty. W weekendy odpoczywa, bo w życiu warto być człowiekiem, nie robotem. W życiu zawodowym oswaja nas z nowymi technologiami i sztuczną inteligencją. W tym świecie czuje się jak ryba w wodzie, a Dolina Krzemowa stoi przed nią otworem. Jowita Michalska – człowiek do zadań specjalnych, prezes Fundacji Digital University.

Dagmara Kowalska: Wolisz, kiedy mówią do Ciebie „Pani Prezes” czy „Prezesko”?

Jowita Michalska: Ani jedno, ani drugie. Nie przepadam za tytułowaniem. Najbardziej lubię jak do mnie mówią po prostu Jowita. Nie lubię oficjalnych sformułowań typu „proszę pani”, bo to stwarza niepotrzebny dystans, a wydaje mi się, że dystans przeszkadza w życiu. Nie lubię tych słów, bo przepracowałam wiele lat w korporacji i doskonale rozumiem mechanizm chowania się za swoją wizytówką. Są osoby, które uważają się za ważne, ponieważ mają dany tytuł. Ja jednak myślę, że człowiek powinien być rozpoznawalny na podstawie tego, jaki jest i co w życiu zrobił, a niekoniecznie poprzez tytuły.

D.K: Czyli w Fundacji Digital University wszyscy mówią siebie po imieniu?

J.M.: No jasne! To jest oczywiste (śmiech). Niezależnie od wieku czy stanowiska mówimy sobie po imieniu. Nie patrzę z punktu widzenia ani wieku ani płci, patrzę przez prymat misyjności, bo dla nas jest istotne, żeby dogadywać się na tej płaszczyźnie, że wszyscy chcemy zrobić coś fajnego. Część zespołu ma doświadczenie pracy w dużych korporacjach i biznesach. Odeszli ze względu na wysoki poziom odhumanizowania, jaki panuje w korporacjach albo ze względu na brak większego celu, brak misyjności w życiu. Te wszystkie cechy w naszej fundacji łączą ludzi i dzięki temu znikają bariery.

D.K. Zapytałam o tę żeńską odmianę „prezeska” nie bez powodu. Mnie jawisz się jako osoba działająca w przestrzeni, która jest sprofilowana pod mężczyzn. Ciekawa jestem, co robisz, by w tym świecie być zauważalną?

J.M.: Zawsze kiedy jestem na dużej konferencji technologicznej, występuję w różowej sukience (śmiech). Jak robią zdjęcia to mnie widać na mur beton. Oczywiście żartuję, chociaż czasami zdarza mi się tak robić. Myślę, że ta przestrzeń technologii od strony strategicznego podejścia, zmiany modeli biznesowych, wprowadzania nowego, innego podejścia do organizacji nie ma płci. Tak samo mężczyźni, jak i kobiety mamy problem ze zrozumieniem, jaki świat na nas czeka za kilka, kilkanaście lat. Mamy też kłopot z pojęciem jak do tego świata przejść „suchą nogą”. Żyjemy w świecie, który doskonale znamy, bo wykonujemy te czynności od wielu lat. Ten obszar nie ma płci głównie dlatego, że to jest nowe i wszyscy się trochę tego boimy. Dokładnie takie same problemy ze zrozumieniem, jaką firmę będę prowadzić albo w jakiej firmie będę pracować za 8 czy 10 lat ma czarnogarniturowy, elegancki prezes z branży usługowej, jak i przedsiębiorczyni sprzedająca sukienki, z kobiecym targetem i małą firmą. Wszyscy mamy dzisiaj duży krok do zrobienia i duży dyskomfort w związku z tym, że wkraczamy już jedną nogą w świat, który jest kompletnie nieprzewidywalny i prawdopodobnie jeszcze wielokrotnie się zmieni. W Polsce, co jest ciekawe, to jeszcze bardzo mało widać. Dużo teoretyzujemy, dużo opieramy się o książki, wszyscy cytujemy teraz Yuvala Noaha Harariego. Kiedyś na każdym spotkaniu cytowano biografię Steve’a Jobsa, teraz na fali jest Harari i jego książka „Homo Deus” i nowa o predykcjach na XXI wiek, ale de facto mało z tego rozumiemy. Jak popatrzymy od strony konkretnych przykładów wdrożeń tych technologii, o których sobie rozmawiamy, to u nas ich nie ma. Wydaje mi się, że każda płeć, każdy zawód musi się tego nauczyć od strony praktycznej, najchętniej analizując przeróżne przykłady takich działań ze świata. Weryfikacja w pewnym momencie będzie błyskawiczna.

D.K.: Działasz na rynku ponad 20 lat, ale zaczynałaś swoją przygodę z marketingiem i dużą sprzedażą. To był moment kiedy trzeba było umościć sobie miejsce wśród tych wszystkich mężczyzn. Jaką strategię obrałaś wtedy?

J.M.: Świadomość, że trzeba walczyć o kobiety w biznesie, mam od jakiegoś czasu, nie od samego początku. Zresztą z całym szacunkiem 20 lat temu nie było żadnej dyskusji na ten temat. Zaczynałam karierę od branży reklamowej, w której nie było dominacji którejś z płci. Kiedy wchodziłam na imprezy i mówiłam, że jestem z agencji reklamowej, to wszyscy chcieli ze mną pogadać i to było coś bardzo fajnego, najmodniejsza wtedy branża. Poza tym szybko wchodziliśmy do świata międzynarodowego, wszyscy byli na „Ty”, obowiązywały standardy amerykańskie, więc my tam pracowaliśmy godzinami, czasem mieszkaliśmy, łącząc życie prywatne z zawodowym i z zabawą. Tam nie było takich problemów. Trzeba było dużo i szybko pracować, chcieć się tego uczyć. Ja w ogóle podchodzę do życia z entuzjazmem – wiesz to, już trochę mnie znasz. Jak mnie coś nie kręci to odpadam, a jeśli mnie coś zaciekawi, to zazwyczaj wchodzę w to na 120%. Zresztą mnie dość dużo tematów interesuje i oddaję dużo pozytywnej energii rzeczom, w które się angażuję. Wydaje mi się, że to jest kluczem. Dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że kobiety są gorzej wynagradzane na podobnych stanowiskach. Ostatnio miałam spotkanie ze znajomym z początków mojej drogi zawodowej i ten człowiek powiedział mi tak: „No Jowita, powiem Ci szczerze, że jestem zaskoczony, że tak się wybiłaś, stałaś się samodzielna, robisz niesamowite rzeczy. Kiedyś Twojego partnera biznesowego postrzegałem jako dojrzalszego, bardziej wartościowego w biznesie, a dzisiaj patrzę na to inaczej”.

Nie miałam też przypadku jawnej dyskryminacji kobiet, ale czasem kobiety dyskryminowały inne kobiety i uważam, że naszą misją jest nie tylko ośmielanie kobiet, żeby rywalizowały z mężczyznami o takie same stanowiska i wierzyły w to, że są równie dobre, ale też nauczenie kobiet, że powinny się nawzajem wspierać. Sprawić, żeby kobiety nie eliminowały innych kobiet z tego wyścigu. To się często zdarza. Kobiety walczą ze sobą, a mężczyźni się dogadują. Mam taki przypadek znajomej, która była bardzo zadowolona, że jest jedyną kobietą w zarządzie, bo otrzymywała masę komplementów. Dlatego z Fundacją Sukces Pisany Szminką przygotowujemy projekt dla dziewczyn opuszczających domy dziecka. Chcemy pokazać, że kobiety mogą współpracować. Żadna nie jest ważniejsza lub mniej ważna. Robimy razem daną rzecz i pokazujemy też takie wzorce. Chciałabym, żeby jak najwięcej kobiet pokazywało wzorce wspierania się w biznesie, bo wydaje mi się, że kobiece organizacje, które powstały wiele lat temu na początku opierały swoją działalność na opowiadaniu o tym, jaka dyskryminacja spotkała te kobiety i na wzajemnej empatii.: „Och, Ty też zostałaś wykorzystana i niedoceniona?” To okropne! Mało tam było biznesowego pomagania sobie, co generalnie popycha nas na kolejny poziom. Moja ukochana nowojorska mentorka Tess Mateo zaczyna swoje wystąpienie od pytania, kto jest projektantem twojej torebki i czy jest to kobieta? Bo kobiety trzeba wspierać na poziomie biznesowym, i Tess ciągle mi to mówi. Wsparcie biznesowe da nam skalę, pieniądze i wpływy, a emocjonalna bliskość i empatyczność jest ważna, natomiast nie zaprowadzi nas do rozwiązania wszystkich problemów, nie da nam skali, której potrzebujemy. Mam menteeiski (podopieczne mentorek), które umawiają się ze mną kawę, opowiadają o swoim biznesie i zaznaczają z góry: „Jowita ja Cię strasznie przepraszam, ja nie chcę Ci nic sprzedać”. A ja na to: „Ale dlaczego nie?”. Przecież to jest normalna rzecz. Nie powinnyśmy się wstydzić tego, że chcemy zarobić, chcemy kontaktów. Jeśli Ty reprezentujesz daną firmę czy produkt, to ja wiem, że Ty w to wierzysz. W takiej sytuacji powinnaś mi powiedzieć: „Jowita, czy mogłabyś mi spróbować załatwić kontakt do takiej osoby albo podpowiedzieć, co powinnam zrobić, żeby mój biznes szedł lepiej?”. Ja na to mówię: „Jasne, że tak”. Pytanie nic nie kosztuje. Jeśli będę mogła pomóc, pomogę, jeśli nie, nie pomogę. Jak się nie zapytasz, nie będzie opcji, żeby móc coś w tej kwestii zdziałać. Dziewczyny zazwyczaj przepraszają, że żyją, krygują się, żeby się wzajemnie wesprzeć, kiszą swoje kontakty, żeby się nie podzielić. To jest głupie i niedojrzałe. Faceci współpracują i fantastycznie na tym wychodzą. Powinnyśmy się od nich uczyć. Trzeba wzajemnie podpatrywać swoje najlepsze cechy.

D.K.: Co Cię popchnęło w kierunku świata nowych technologii? To jest oczywiste, że przechodzisz płynnie z marketingu do nowych technologii?  

J.M.: Nie było to oczywiste, bo nie zawsze jest tak, że od razu wiemy co chcemy dalej robić. To było bardzo burzliwe przejście, nawet nie do końca jest moje. Mówią, że powinnaś mieć w życiu pasję i ją realizować, co jest cudowne, ale moja ścieżka była inna. Wiedziałam, że chce zmiany, ale nie wiedziałam jakiej. Po 20 latach w korporacji byłam zmęczona i potrzebowałam roku odpoczynku, ale przy okazji chciałam też coś jednak robić. Przyszła moja koleżanka, która zaproponowała by założyć wspólnie fundację, bo dużo się dzieje w świecie nowych technologii, a Polska bardzo słabo absorbuje te wszystkie zmiany i ja powiedziałam robimy, nie do końca rozumiejąc na co się zgadzam. Ale pomyślałam sobie, że to jest dobry pomysł, a przy okazji nauczę się czegoś nowego, nauczą się też inni. Kręciło mnie zrobienie czegoś zupełnie innego, bo wydawało mi się, że w marketingu robię ciągle to samo. Poza tym przy stanowiskach dyrektorskich jeździsz po świecie, chodzisz na zarządy, bronisz raczej koncepcji, a większość fajnych, kreatywnych rzeczy robi team. Bardziej już reprezentowałam, a zatęskniłam za ubrudzeniem sobie rąk pracą ☺. Nigdy wcześniej nie pracowałam w fundacji, chciałam poznać ten obszar. Rozpoczęłyśmy przygodę wspólnie, a po roku dziewczyny wróciły do biznesu korporacyjnego, ja zostałam. Pojawiały się co prawda różne propozycje powrotu do dużego biznesu, które powodowały, że wskakiwałam jedną nogą do korporacji, ale cały czas jednocześnie prowadziłam fundację. Praca w korporacji uczy innych kompetencji, niż praca u siebie . Tam jest duża skala, tu mała i trzeba zrobić wszystko, żeby ta skala urosła, a to wymaga wiele odwagi. Biznes trzeba rozwijać systematycznie, ale raczej stabilnie. W korporacji robisz przegląd, przygotowanie kadry, jesteś liderem, motywujesz zespół, wprowadzasz nowe tematy. We własnej firmie musisz szybko wiedzieć czy ktoś się sprawdza czy nie, zbudować zespół i całą jego filozofię oraz misję. To są rzeczy, które ja robię pierwszy raz, ale pierwsze trzy lata zajęło mi dojście do tego, że to jest właśnie to, co ja chcę robić w życiu. Już nie tęsknię za wszystkimi fajnymi pracami, u kogoś. Mam 12 osób w zespole i pracujemy razem nad czymś co zmienia świat na lepsze w naszej małej skali. Wymyślamy coś nowego i od razu sprawdzamy czy to działa, czy daje efekty, czy ludzi to interesuje. Jest to fajna przygoda.

D.K.: Jak wywalczyć miejsce na rynku nowych technologii na świecie? Twoja fundacja pojawia się na wielu międzynarodowych konferencjach, super projektach. Ten świat zdaje się być bardzo zamknięty.

J.M.: Praca u siebie nauczyła mnie tego, że nie ma opcji pt. „czegoś nie wypada albo nie da się zrobić”. Ja chce robić dobre rzeczy, staram się być dobrym człowiekiem i nie mam też kompleksów. My od początku uważałyśmy, że musimy się w Polsce nauczyć świata nowych technologii od bardziej rozwiniętych krajów. Pierwszym naszym projektem w fundacji było zaproszenie do Polski profesorów z Harvardu. To się wydawało niemożliwym i nieosiągalnym. Potem okazało się, że wysłałyśmy maile, oni odpowiedzieli, zażyczyli sobie dużo pieniędzy za wzięcie udziału w konferencji, ale można było negocjować. Znaleźliśmy także partnerów, którzy zapłacili za przylot ekspertów. Udało nam się rozpocząć działalność i od początku miałam wizję powołania organizacji międzynarodowej. Wiele robimy w Polsce, ale mamy też partnerów w Czechach, Estonii, Singapurze, Izraelu, USA i ciągle znajdujemy innych. Chcemy pokazywać ciekawych ludzi nie tylko z Polski, także ze świata. Jedną z misji naszej działalności jest mieszanie tych światów ze sobą, żeby polscy przedsiębiorcy mieli łatwiejszy dostęp na rynki zagraniczne. Estonia ma 2,5 mln ludności, nie ma szans zarobienia pieniędzy na rynku lokalnym. Ci ludzie mówią po angielsku, myślą o swojej firmie jako o globalnej, a u nas tego trochę brakuje. My się boimy, choć marzymy o tej przysłowiowej Dolinie Krzemowej, ale jak my zrobiliśmy konkurs, gdzie nagrodą było 10 tygodni w NASA w Dolinie Krzemowej na programie akceleracyjnym to wiele startupów uznało, że są za słabi żeby nawet wziąć udział w konkursie.

Drugą taką rzeczą, którą zrobiliśmy, by być globalni, było wyszukanie partnera międzynarodowego, który dostarczy nam „know how”, czyli silną nogę strategiczną. Dlatego wyszukaliśmy Singularity University. I widzisz, tu można było powiedzieć, że za wysokie progi, a my wysłaliśmy maila, wstąpiliśmy o partnerstwo i okazało się, że można nawiązać współpracę. W tym roku jestem dumna, bo dostaliśmy główną nagrodę, jako Polska, za najlepsze przygotowanie i przeprowadzenie oraz wybór najciekawszych zwycięzców w programie Global Impact Challenge. Odebrałam nagrodę w San Francisco, Polska była najlepsza wśród 40 krajów, które też przygotowały to samo wydarzenie. Wygraliśmy rywalizację, mimo, że robiliśmy tę imprezę pierwszy raz. Warto próbować.

Wczoraj dosłownie, zostałam wybrana do zespołu strategicznego Singularity University jako jedna z 5 osób  z całego świata i jedyna z Europy!

Wiesz, kiedyś bałam się matury, potem bałam się pójść na zarząd w korporacji itp. Zawsze jak się coś robi pierwszy raz jest jakiś stres, że się nie uda. Dziś wiem, że nie wolno się bać, trzeba się rozwijać. Poza tym myślę, że my kobiety długo nie wiemy czego chcemy, ale w pewnym momencie dojrzewamy, zaczynamy siebie lepiej rozumieć i podejmujemy decyzję, że teraz jest czas żeby zrobić coś dla siebie. Miałam świetną rozmowę z moim przyjacielem, facetem po 50-tce, osiągającym sukcesy prezesem, który sobie zrobił sabbatical, czyli roczną przerwę. Przyszedł do mnie kiedyś na wino i mówi tak: „Powiedz mi jak to jest, że Ty wiesz, że to chcesz właśnie robić. Jak do tego dojść?”. Odpowiedziałam, że nie ma jednej metodologii, która jest fenomenalna i u wszystkich się sprawdza. On na to: „Mnie się wydaje, że wszystkie ćwiczenia opisane w książkach o sukcesie to jest bullshit.”  Ja mówię: „Masz rację to jest bullshit, musisz wziąć jeden z tych bullshitów i przetestować go na sobie, a jeśli będziesz konsekwentny to zadziała.” Moja metoda polega na tym, że zaczęłam wstawać o 5:00 rano, kiedy mój umysł był w dużo lepszej formie niż o 23:30 po położeniu dziecka spać. Brałam zeszyt i po prostu wyobrażałam sobie, że jestem 12 miesięcy do przodu. Miałam potężną wizualizację, że siedzę oto przy biurku, pije kawę i wspominam 12 miesięcy wstecz. Pisałam o tym, o czym marzę. Zderzyłam się z tym, że na początku w ogóle nie wiedziałam, o czym ja marzę. Codziennie pisałam w zeszycie, coś skreślałam, coś wyrzucałam. Mój mózg zaczął się przyzwyczajać do tego, że te zapisane zadania trzeba zrobić, czyli strefę totalnie niezorganizowaną przekuć w zorganizowaną. Potem zaczęły się dziać cuda. Zgłaszały się do mnie odpowiednie osoby. W wieku, w którym sama mogłabym być mentorką, poszukałam mentora, ponieważ jestem bardzo kreatywna, mam dużo pomysłów, ale niekoniecznie potrafię je dobrze uziemić. Moim mentorem zgodził się zostać prezes dużej firmy konsultingowej, podpowiedział mi, jak wybierać pomysły, jak je selekcjonować, czyli wybierać to, co mi pasuje i z czego będzie efekt społeczny lub biznes. Kiedyś mi się wydawało, że moim obowiązkiem jest spotkanie z każdym, który chce się ze mną spotkać. W pewnym momencie nauczyłam się myśleć pragmatycznie. Jeśli ja chcę zrobić coś dobrego, to muszę mieć na to czas. Zapamiętałam, że jeśli komuś mówisz tak, komuś innemu jednocześnie mówisz nie. I musisz wiedzieć, które „tak” jest najważniejsze. Nauczyłam się wszystkiego od podstaw, wiem w czym jestem dobra, bo trochę już siebie znam, ale wiem też, w których obszarach muszę się pilnować i się pilnuję.

D.K.: Pięknie powiedziane, inspirujące dla innych. Zastanawiam się nad tym czy Ty masz czas na życie prywatne? Co lubisz robić najbardziej kiedy niczego nie musisz robić?

J.M.: To jest mega nudne, ale ja najbardziej na świecie lubię czytać książki mojej córeczce Jagodzie. Latem czytamy w ogródku, a zimą na kanapie, pod kocem, z fistaszkami. Czytamy jedną książkę razem albo ja swoją i Jagoda swoją. To jest najfajniejsze. Rzeczywiście dużo rzeczy robię, ale wolę „work life integration's” niż „work life balance”, czyli tam gdzie mogę zabrać moją córkę, to ją zabieram, staram się ją angażować we wszystkie rzeczy, które robię. Staram się zabierać ją ze sobą na konferencje, żeby potem mieć czas dla siebie. W fundacji mamy mnóstwo zajęć dla dzieci, w których ona też uczestniczy i też jest pierwszym testerem. Pilnuję, by weekendy mieć wolne. Czasem w niedzielę coś piszę, ale staram się nadrabiać zaległości w tygodniu o 5 rano. Między 5 a 9 rano w sobotę i niedzielę mam swój czas kiedy albo słucham podcastów, albo coś czytam lub piszę. Singularity University nasza organizacja matka produkuje mnóstwo materiałów, a ja muszę być na bieżąco więc tym się zajmuję. W weekend chce odkręcić głowę, pozbierać kasztany, usiąść na trawie. My bardzo łatwo możemy się sami skrzywdzić. Pracoholizm jest niedobry. My kobiety często idziemy w pracoholizm, bo wydaje się nam, że tego się od nas wymaga, że musimy innym udowadniać, że jesteśmy czegoś warte. Ja mówię do koleżanki, że widać, że jest przemęczona, a w odpowiedzi słyszę, że wszystko musi sama zrobić, bo jest niezastąpiona. To nie jest dobry kierunek. Dziewczyny mają w sobie autodestrukcję, ale ja jestem trochę inna. Powierzam pracę swoim ludziom, nie boję się tego, bo nie jestem od wszystkiego. Oni są w wielu sprawach dużo lepsi ode mnie, mają niesamowite pomysły, są bardzo pracowici. Dziewczyny nie jest prawdą, że wszystko musicie same zrobić. Nie sztuką jest się zajechać na śmierć, nic z tego nie będzie.

D.K.: Każde spotkanie z Tobą powoduje, że w mojej głowie otwierają się drzwi, o których zapomniałam. To o pracoholizmie zapamiętam, cenna uwaga. Faktycznie nie wszystko trzeba zrobić samemu. I to także Twoja działka, bo nowe technologie są po to, żeby nas odciążyć, ułatwić nam życie.

J.M.: Poza tym nowe technologie będą nas w dłuższej perspektywie uczyły jak być bardziej człowiekiem. Niektórzy z moich znajomych dziwią się, że tak huraoptymistycznie patrzę na nowinki, bo przecież one zabiorą nam pracę, bliskość, interakcje bezpośrednie. A ja mówię, że my żyjemy w trudnych czasach, bo jesteśmy w procesie zmiany, a w takim momencie wszystko się burzy, żeby zbudować od początku. Będzie się burzył nasz sposób pracy, system pracy, nasze relacje, biznesy, korporacje, systemy wartości, bo technologia wprowadza dyzrupcję. To słowo jest specjalnie takie chropowate i brzydkie, bo ono będzie powodowało zmianę, która nie będzie miła, ale w dłuższej perspektywie nauczy nas nowego świata. Świat dużych organizacji zbudował w nas potrzebę bycia w pewnym sensie robotami, bo wiele powtarzalnych czynności wykonujemy każdego dnia. Nie mamy też możliwości tworzenia czegoś od początku do końca, najczęściej robimy jedno z zadań, które tworzą całość. Z drugiej strony świat zrobił nam psikusa, bo powstały roboty, które te wszystkie powtarzalne rzeczy będą wykonywać i musimy się zastanowić co my mamy ze sobą zrobić? Musimy przejść ten bolesny proces z powrotem stać się ludźmi. Spotkałam w San Francisco chińskiego eksperta od technologii ? Kai Fu Lee, który zrobił na Uniwersytecie Berkley doktorat ze sztucznej inteligencji, jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób w Dolinie Krzemowej, napisał świetną książkę A.I. Superpowers” mówiącą o tym, że Chiny technologicznie zdominują świat. Ten człowiek uspokaja, że nieprawdą jest, iż roboty przejmą wszystkie funkcje. Nie przejmą funkcji, w których będzie potrzebna ludzka empatia, zwykła rozmowa, emocje. Robot zmierzy Ci ciśnienie, pobierze krew, zaniesie do łazienki jeśli jesteś niepełnosprawna, umyje, bo tu jest potrzebna siła fizyczna. Natomiast nie będziesz chciała rozmawiać z robotem, będziesz chciała rozmawiać z człowiekiem, opiekunem, empatycznym stworzeniem, który cię zrozumie, wysłucha i zareaguje po ludzku. Ludzkie odruchy: empatia, miłość, kreatywność, to przetrwa. Są obszary, w których nie wygramy ze sztuczną inteligencją, ale taki przykład: AlphaGo – program komputerowy do gry w go stworzony przez firmę DeepMind  wygrał z mistrzem świata Lee Sedolem i dla człowieka to był dramatyczny moment. Zwyczajnie płakał, ponieważ on kocha tą grę, od dziecka się w niej specjalizował i stał się w niej mistrzem, a sztuczna inteligencja ani się nie ucieszyła, ani nie zasmuciła faktem wygrania rywalizacji. My musimy wrócić do swoich korzeni.

D.K.: Na co Ty czekasz w dziedzinie nowych technologii. Ty już wiesz co będzie się działo w najbliższych latach. W jakich obszarach będziemy musieli odpuścić sobie działalność, a które będą do zagospodarowania przez ludzi?

J.M.: Cieszę się, że w obszarze zdrowia jest gigantyczna zmiana. Jeśli sobie wyobrażasz, mając w Polsce wciąż tradycyjną służbę zdrowia, poranne kolejki do zapisów po numerek, to wiedz, że gdzieś na świecie drukują się organy, które za chwilę będziemy przeszczepiać, to jest gigantyczna zmiana. Mamy już  tzw. „wearables”, które mierzą puls, ciśnienie i dostarczają w czasie rzeczywistym dane do bazy. Algorytm porównuje wyniki i sprawdza czy nie ma odchyleń, anomalii, czy na przykład nie czeka nas wkrótce zawał serca. Fascynuje mnie ten obszar, bo uwielbiam medycynę chińską i przed nami jest taki moment, w którym będziemy płacić lekarzowi dopóki jesteśmy zdrowi. Druga sprawa: algorytmy i roboty przejmą tak dużo różnych funkcji, że lekarz w końcu będzie mógł skupić się na swoim pacjencie. Dużo więcej osób przeżyje, nie będzie błędów lekarskich, to jest super ważne. Teraz można kupić rodzicom urządzenie, które jest programem wczesnego ostrzegania w trudnych, niespodziewanych przypadkach. To już się dzieje. To jest tanie, dostępne i można dzięki temu uratować ludzkie życie.

D.K.: A ja osobiście czekam na słuchawki, które tłumaczą w czasie rzeczywistym obce języki. Sztuczna inteligencja się szalenie rozwija w obszarach rozpoznawania mowy – jest prototyp takich słuchawek. Dwa tygodnie temu widziałam ten sprzęt, który będzie w użyciu w ciągu najbliższych lat. Będziemy mieli słuchawkę w uchu, która będzie tłumaczyła nam z dowolnego języka na dowolny język. Zniknie dzięki temu mnóstwo barier i podróżowanie oraz robienie biznesu za granicą stanie się dużo łatwiejsze. Kilka tygodni temu w Hiszpanii dron, który patrolował linię brzegową, uratował tonącego człowieka. Zaalarmował, podleciał szybciej, rzucił koło ratunkowe. Tego jest cała masa, codziennie powstaje jakiś przełom. Co ważne: jeśli ktoś się będzie bał i zamknie przed nowymi technologiami, będzie mu bardzo trudno przetrwać na rynku. W wielu zawodach zostaną tylko wybitni, twórczy ludzie. Firma Moley Robotics stworzyła robota, który jest w stanie przygotować dwa tysiące różnych posiłków, ale nie zastąpi on Gordona Ramseya, który jest artystą w kuchni. Tam gdzie jest kreatywność, jest miejsce dla człowieka. Wszystkie powtarzalne czynności będzie wykonywał robot.

D.K.: W tym męskim świecie sztucznej inteligencji, nowinek technologicznych zachowujesz klasę i reprezentujesz 100 procent kobiecości. Masz jakiś przepis na ten świat, na zachowanie w nim kobiecości?

J.M.: Trochę mam. Po prostu nie ma się czego bać, technologia jest dla wszystkich. Po prostu opowiadam jak świat się zmieni. Przekonujemy w fundacji kobiety do rozpoczynania pracy w dziedzinie nowych technologii, bo świetnie się tam sprawdzają. Ja teoretycznie jestem humanistką, pracowałam 20 lat w marketingu, a dziś zajmuję się nowymi technologiami od strony ich strategicznego wpływu na rozwój biznesu, nowych modeli biznesowych, wpływu technologii na zmiany. Nauczyłam się programować, bo uważam, że to jest potrzebne zajęcie. Nie jest to trudne. Nie wierzę też w zakładanie z góry, że ktoś może być matematykiem, ktoś inny humanistą – to jest bzdura. Jeśli się otworzymy, w każdym obszarze znajdziemy dla siebie coś dobrego. Dziś jest czas dla ludzi renesansu.

Zostaję kobietą w swojej branży, bo o kobiecość należy dbać. Nie mam modelu męskiego, nie chodzę  w garniturach, nie przeklinam i nie piję wódki, bo to szkodzi na rozwój duchowy. Nowe technologie są moim planem na drugą część mojego życia, a w trzeciej części będę podróżować i rozwijać się duchowo.

D.K.: Marzenia skrojone zupełnie pod Ciebie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że się spełnią. Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia ze spektaklu

Bez lukru. Grażyna Wolszczak – Babka z klasą

Nie sposób jej nie zauważyć. Ma w sobie to coś, co powoduje, że niezależnie od płci masz chęć być bliżej, obserwować i kibicować. Pełna klasa, czyli Grażyna Wolszczak – aktorka teatralna, filmowa, serialowa, bizneswoman, matka, partnerka, dobra znajoma z telewizji. Dekadę temu wydała książkę „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”, dziś jest młoda, jeszcze piękniejsza i bogatsza – wewnętrznie i zewnętrznie. Na czym polega sekret kobiecości i jak znaleźć w sobie klasę – zdradza Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dagmarą Kowalską.

Nie bierze udziału w skandalach, żyje normalnie i ma rzeszę fanów przed telewizorem, na widowni i w Internecie. Ludzie ją lubią, lubią też postacie, które kreuje. Jaka jest naprawdę Grażyna Wolszczak? Kiedy zadzwoniłam do Niej z prośbą o rozmowę, krzyknęła: „Super! Tylko jutro będę po wizycie u dentysty, mam nadzieję, że będą mogła mówić”. Taka jest. Nie buduje murów, a mosty. Jest otwarta, szczera, uśmiechnięta, dowcipna i ma klasę. Z Cezarym Harasimowiczem scenarzystą tworzą od lat idealną parę.

Dagmara Kowalska: Patrzę na Ciebie i zadaję sobie to pytanie – „jak to się robi”? Kiedy pomyślałam sobie o kobiecie z klasą wśród polskich aktorek, po prostu przyszłaś mi do głowy…

Grażyna Wolszczak:  Bardzo Ci dziękuję… (chwila zadumy) Zawsze mogę powiedzieć, że klasę się ma albo się jej nie ma. Zastanawiam się… Wiesz, ja nie czuję żebym miała jakąś szczególną klasę. Trzeba chyba zastanowić się, czym jest klasa.

D.K.:  No właśnie, co to w ogóle dziś znaczy mieć klasę? Kiedyś mówiono o klasie w przypadku kobiet eleganckich, dobrze wychowanych, niedostępnych i odrobinę wyniosłych.

G.W.: Klasa to rodzaj dystyngowania, nie, raczej szlachetności w zachowaniu, w tym co kobieta robi, jak się nosi. Szlachetność najlepiej opisuje kobietę z klasą. Słowo niedostępna do mnie kompletnie nie pasuje, bo ja jestem dostępna, chyba nawet za bardzo. Błyskawicznie się spoufalam i to z każdym człowiekiem, a później bywam zaskoczona. Trudno od „Pana Zdzisia”, kiedy mówi mu się po imieniu, wyegzekwować dokładniejsze pomalowanie mieszkania (śmiech).

D.K.: Nie da się ukryć. Czyli kobieta z klasą jest szlachetna i niekoniecznie niedostępna. Szukajmy dalej: kobieta z klasą jest inteligentna i ma świetne poczucie humoru? Ty takie masz?

G.W.: No wiesz, może bardziej chodzi o dystans do siebie? Także świadomość swoich zalet i wad. Skoro mam wady, a mam, każdy je ma, to umiem się z nich też nabijać. Poczucie humoru jest podstawowym wyróżnikiem jakiegoś poziomu. Jeśli człowiek traktuje siebie zbyt serio, to jest znerwicowany, bo w życiu nic nie idzie tak gładko jakby się chciało. Jeśli do tego człowiek nie ma dystansu, daje się złapać w różne pułapki. Z jednej strony może być bufonem, z drugiej zaś człowiekiem z nerwami na postronkach. Jak to się objawia? Przechodzisz koło kogoś, kto parska śmiechem, a ty się czerwienisz, bo masz pewność, że z ciebie się śmieją. Taką sytuację miałam ostatnio w podstawówce.

D.K.: I tym sposobem mamy pewność, że jesteś kobietą z klasą. Wyluzowaną, z dystansem do siebie, niezwykłym poczuciem humoru. Czyżby z tego właśnie powodu portale plotkarskie nie mogły na Tobie zarobić? Poukładane, normalne życie… ale błagam powiedz, że nie jest nudne? Bo nie jest, prawda?

G.W.: Czy ja wiem? No widzisz, ja jestem taka, że jak się zaczynam nudzić, to wymyślam sobie nowe tematy, które rozwiewają nudę. Ale tak z punktu widzenia czytelników portali plotkarskich, to chyba jednak nuda w tym moim życiu (śmiech). W którymś momencie życia stajesz przed wyborem: albo będę sobie fundować ekstremalne przeżycia, będzie emocjonalny roller coster, albo postawisz na spokojne życie. Jak się wzlatuje wysoko, to spada się z większym hukiem. Ja staram się złapać w życiu balans, żeby było łatwiejsze. Nigdy żadnych ekscesów nie wyczyniałam: nie sikałam na peronie metra, nie piję, bo mi organizm nie pozwala się stoczyć. Troszkę sobie podpalam, ale też bez szaleństw. Ogólnie z używkami mam słabo. Rzadko imprezuję po nocach, bo mnie to męczy i nie sprawia frajdy.

D.K.: Zaraz, zaraz, ale na ściankach czasem się jednak pokazujesz i na Twoim Instagramie widać, że sprawia Ci to frajdę, a fotografowie szaleją. Czyli można połączyć przyjemne z pożytecznym i jeszcze znaleźć zdrowy balans w życiu: żeby nikt się nie czepiał, nie śledził Cię z aparatem, żebyś Ty była w mediach i była szczęśliwa w życiu prywatnym.

G.W.: No pewnie można…. Myślę o tym instagramowym życiu, tam jest mnóstwo takich przesłodzonych profili. Codziennie to samo: „Kochani, jak jest dzisiaj cudownie, jest piękne słońce i dziś będzie piękny dzień, a moje dziecko zrobiło dziś pierwszy gest i to było takie cudowne”. Owszem to pewnie jest cudowne, ale sposób opowiadania o tym jest dla mnie nie dość że nudny, to niewiarygodny. Życie jest raz takie, raz inne, nie wierzę, że ktoś ma je wyściełane płatkami róż (śmiech). Ale ludzie chyba kochają idealne ciała przepuszczone przez mnóstwo filtrów i photoshopa oraz komunikaty o cudownym życiu. Może myślą, że do nich też kiedyś los się uśmiechnie i z Justinem Biberem przy boku będą pływać w błękitnych wodach jakiejś laguny.

D.K.:  Na Twoim instagramowym koncie nie ma lukru. Jest wesoło, z jajem, a Ty jesteś sobą. 44 tysiące obserwujących nie mogą się mylić?!

G.W.: Dziękuję, ale w porównaniu do profilu Mariusza Szczygła na przykład – dość powierzchowne. Tam też mnóstwo pozytywnej energii i afirmacji życia, ale jakoś tak mądrzej.

D.K.: Instagram – instagramem, ścianki ściankami, a po drugiej stronie toczy się normalne życie. Od 15 lat grasz w serialu „Na wspólnej” – to już prawie jakbyś pracowała w korporacji (śmiech). Jaka jest ta wasza mała korporacja?

G.W.: Nasza korporacja „Na wspólnej” jest pewnie bardziej wyluzowana niż te prawdziwe. Jest dla mnie trochę jak drugi dom, który w tym niestabilnym zawodzie, daje poczucie bezpieczeństwa. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie i kiedyś to się skończy, to jednak Wspólna póki co jest stałym punktem, do którego wracam, wiem kogo tam spotkam, mam przetarte ścieżki, zbudowane relacje. To daje komfort psychiczny, bo nie trzeba się stresować. Druga wspaniała rzecz, która wynika z grania w serialu to jest miłość ludzka. Ludzie cię znają, rozpoznają, jesteś im bliska. Wiesz o czym mówię, tez masz grono wiernych słuchaczy, którzy rozpoznają Cię po głosie i czekają na spotkanie z Tobą. I to jest prawdziwe. Ten, kto nie lubi, to nie ogląda, albo nie słucha, ale jeśli już polubi, to jest wierny. Przez to, że jesteśmy częścią czyjegoś życia prawie każdego dnia, zżywają się z nami i zaprzyjaźniają

D.K.: Jak w rodzinie. A skoro mówisz o przyjaźni, to jak ona wygląda na planie serialu? Lubicie się wszyscy, zawiązały się jakieś przyjaźnie przez tych 15 lat?

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Zdjęcia ze spektaklu „Polowanie na łosia” / Fundacja Garnizon Sztuki

G.W.: Przyjaźń to za dużo powiedziane, ale na pewno jest fajna ekipa. Wiesz, ona jest naprawdę duża, a te wszystkie wątki serialowe rzadko się ze sobą spotykają na planie. Każdy ma swój krąg rodzinny, zawodowy i znajomych i w tym kręgu na planie się porusza. Tak naprawdę pracuję z małą grupą aktorów i rzeczywiście ważne jest, żeby trafić na kogoś z kim jest miło… chociaż ja łatwo wchodzę w dobre relacje i mało jest ludzi, od których wole trzymać się z daleka.

D.K.: Kobiece przyjaźnie w Twoim środowisku są możliwe, czy to co się mówi o ciągłej rywalizacji w Twoim środowisku jest prawdą?

G. W.: Ja tej rywalizacji nie widzę, albo nie chcę widzieć (śmiech). Żyję sobie w świecie, w którym wszystkim dobrze życzę i wszyscy mi dobrze życzą, tak sobie wymyśliłam i się go trzymam.

D.K.: Twoje życie to nie tylko serial, to także teatr. Ile siebie trzeba włożyć w spektakl, żeby dać widzom 100 % radości i sobie tle samo satysfakcji?

G.W.: Jest różnie, bo są różne dni, lepsze i gorsze. Lubię teatr, bo niby za każdym razem robisz to samo, ale tak naprawdę zawsze wnosisz trochę inną energię, więc coś innego proponujesz partnerowi i on ci odpowiada niby tymi samymi słowami, ale inaczej. To są żywe interakcje, a po skończonej sztuce czasem jesteśmy zadowoleni, że poszło świetnie. Innym razem się nie kleiło, więc satysfakcji brak. Na to nakłada się jeszcze energia widowni, czasem pomocna, a czasem trudno się przebić. W żargonie wewnętrznym mówimy wtedy o „Węgrach na widowni”. To znaczy, że mówimy innymi językami, więc nie ma szans na porozumienie.

D.K.: Od razu przychodzi mi do głowy spektakl „Pozytywni” zrealizowany w ramach Twojej Fundacji Garnizon Sztuki, który tak mnie rozbawił, że się popłakałam ze śmiechu. Nie dość, że na jednej scenie zobaczymy Janusza Chabiora, Łukasza Simlata, Magdę Boczarską i Olgę Bołądź, to jeszcze klimat spektaklu doskonale pokazuje w jakich czasach żyjemy i jak sobie nie radzimy z problemami… lub jak bardzo wyolbrzymiamy problemy, które nie są problemami… Świetna sztuka!

G.W.: Dziękuję! To znaczy, że nasz pomysł, idea Fundacji się sprawdza. Opowiadamy na wesoło o całkiem poważnych sprawach. Przemycany tematy, które pozostaną z widzem na dłużej. W „Pozytywnych” poruszamy problem tolerancji, problem naszych leków, niechęci, a czasem wrogości do ludzi, którzy różnią się od nas. Mają inną narodowość, inna orientację seksualną, albo są chorzy na… jak to powiedzieć, żeby spojlera nie zrobić, na niezwykle choroby. Wiele razy widzowie mówili lub pisali, że „Pozytywni” to było wyjątkowe dla nich doświadczenie. Podobnie jest z druga naszą sztuką pt. „Polowanie na Łosia” Michała Walczaka, rzecz o potrzebie wolności i o tym jak trudno tę potrzebę realizować w związku. Autor nazwał te sztukę kryminalną komedią romantyczną, bo jest i kryminalnie i śmiesznie i romantycznie, ale momentami jest też poważnie i filozoficznie. No i obsadę też mamy genialną: Agnieszka Więdłocha, Antek Pawlicki, Piotr Cyrwus, Leszek Lichota na zmianę z Łukaszem Konopką i ja.

D.K. Wcześniej mówiłaś, że każdy spektakl jest inny. Ten, na którym byłam zapamiętamy nie tylko ze względu na świetny tekst, znakomitą grę aktorską, ale też dzięki temu, że Łukasz Simlat dopowiedział coś więcej niż było w scenariuszu, Janusz Chabior dorzucił swoje i wszyscy aktorzy „ugotowali się” na scenie. Publika wrzała, ryczeliśmy ze śmiechu, to było coś niezwykłego!

G.W.: I to jest najpiękniejsze w teatrze, że są ramy sytuacyjne, które mamy wypracowane z reżyserem w czasie prób, tekst nauczony i rytmy wyznaczone, punkty kulminacyjne itd., ale zawsze jest margines na improwizację. Czasem chwytasz improwizację kolegi i idziesz dalej, a czasem jest tak jak mówisz, że aktorzy sami wypadają z ról, nie dźwigają sytuacji. ( śmiech)

D.K.: To było urocze. Improwizowali, pokazali też trochę siebie i swój dystans do wielu rzeczy. Stworzyli drugie dno tej sztuki.

G.W.: A trzecie dno „Pozytywnych” dzieje się za kulisami. Janusz Chabior z Łukaszem Simlatem mają stałe sceny, odgrywają za kulisami miniserial pt. „Głupkowaty syn i jego ojciec”. To jest coś tak obłędnie śmiesznego, że aż żal, że tylko my możemy to oglądać.

D.K.: Mówię w imieniu instagramowych obserwujących, prosimy o krótki serial zza kulis „Pozytywnych” – poprawicie nam humory.

G. W. : Czasem udaje się coś uchwycić, ale rzadko, bo to są chwile ulotne i niepowtarzalne.

D.K.: Wspomniałyśmy o Fundacji Garnizon Sztuki, którą prowadzisz od 2014 roku. Co ona Ci daje?

G. W.: To jest taka moja „druga noga”. Aktor jest człowiekiem do wynajęcia i czeka na telefon, zawsze więc miałam marzenie, żeby zrobić coś co będzie ode mnie zależało. I żeby to inni czekali na mój telefon (śmiech). Stworzyć coś od początku do końca. Wymyślić projekt, ideę i potem jeszcze decydować kto ma reżyserować i kto ma zagrać (śmiech). Spełniam marzenie o wolności twórczej . Oczywiście ta wolność to złudzenie, dlatego, że zawsze tworzy się cała siatka zależności i ograniczeń. Chcemy pracować z najlepszymi, a Ci bardzo są rozrywani, więc głupie ułożenie grafiku graniczy z cudem. No i finanse. Kiedyś wydawało mi się, że jak mam piękny projekt, to nie będzie problemu ze znalezieniem partnerów, którzy wesprą go finansowo. Tymczasem o to bardzo trudno, a może to ja jestem po prostu nieudolna.

D.K. Jesteś dla siebie zbyt surowa. Na West Endzie nie ma problemu ze znalezieniem pieniędzy na realizację musicalu, bo tam inwestowanie pieniędzy w kulturę jest normalnością. My ciągle przecieramy ten szlak. U nas mało kto chce inwestować w kulturę, bo ciągle pokutuje świadomość, że to pchnie pieniędzy w coś nierealnego. A przecież kultura jest podstawą.

G. W.: To prawda, ale łapię się czasem na tym, że nie czuję się komfortowo kiedy muszę prosić o wsparcie mojego szlachetnego projektu teatralnego, wiedząc, że chore dziecko potrzebuje leczenia.

D.K.: Wcześniej mówiłaś o balansie, trzeba znaleźć zdrowy balans, wspierać jednych i drugich. Wróćmy do Twoich ról. Zagrałaś ich setki w kinie, teatrze, w telewizji. Która z zagranych przez Ciebie postaci jest do Ciebie najbardziej podobna?

G. W.: Każda z tych postaci mówi moim głosem, ma moje zachowania, przepuszczam ją niejako przez siebie, więc te postacie są w jakiś sposób do mnie podobne, ale największą frajdę przynoszą aktorowi postacie od niego odległe, które trzeba zbudować od początku do końca – sposób poruszania, mówienia… moją ukochaną postacią była Mary ze spektaklu „Jak się kochają w niższych sferach”. Niezbyt sprawny intelektualnie kocmołuch terroryzowany przez męża. Spektakl zszedł już z afisza, ale liczę na to, że taka gratka jeszcze mi się kiedyś trafi.

D.K. Ok, czyli musi być wyzwanie. Jest taki slogan, który często się powtarza i w sumie do Twojego zawodu świetnie pasuje. Mówi się, że kobiety mają wiele twarzy. Masz jakąś swoją twarz faworytkę?

G. W.: Tutaj dotykamy tematu zabawy w stylizację i modę, którą ja ciągle dla siebie odkrywam, jak wyjść z bezpiecznych i wygodnych jeansów i trampek, żeby dalej było wygodnie, ale z charakterem.

D.K.: Zaraz, zaraz… Kobieta z klasą dobrze wygląda nawet w takim zestawie.

G. W.: Pewnie tak…

D.K.: Masz jakieś ulubione stylizacje? Często widać Cię w garniturach, co tylko podkreśla kobiecość.

G.W.: Bardzo lubię męskie warianty kobiety, np. Tilda Swinton jest taką postacią. Właściwie nie wiadomo czy to kobieta czy mężczyzna, czy może jakiś stwór nie z tej ziemi. I to jest fascynujące. Z drugiej strony obserwuję na IG Iris Apfel, która ma 97 lat, często siedzi na wózku, bo fizycznie już trochę nie domaga, ale ciągle w swoich przepięknych kolorowych stylizacjach, obwieszona mnóstwem biżuterii, mówi do mnie z tych zdjęć, że się nie poddaje, że walczy do końca, że jest ciągle kobietą, która ma wiele do powiedzenia. Ostatnio nawet wypuścili lalkę Barbie z jej podobizną.

D.K. : Fajnie, że wspomniałaś o kobiecości. Co to dla Ciebie konkretnie znaczy? Na czym polega sekret Twojej kobiecości?

G.W.: Nie wiem, nie potrafię na to odpowiedzieć. Wiem, co mnie urzeka w innych kobietach. Delikatność połączona z siłą, błysk w oku, zmysłowość, ale taka mimochodem, trochę nieświadoma. Wszystko co udawane i na pokaz się kompromituje. Kobiecość rozkwita w akceptacji, w męskim spojrzeniu pełnym miłości.

D.K.: Można by pomyśleć, że Twoje życie jest pasmem sukcesów i szczęścia, ale zdarzały się w nim trudniejsze momenty. Jednym z nich było z pewnością przedwczesne odejście Twojego męża. Jak sobie radzić w trudnych chwilach i nadal uśmiechać się do życia?

G.W.: To zabrzmi banalnie. Ale- nie poddawać się. Łatwo powiedzieć, co? Trzeba znaleźć powód do życia w każdej trudnej sytuacji. Mnie było łatwo po śmierci męża, bo miałam małe dziecko. To była silna i naturalna motywacja, żeby zebrać do kupy to, co się rozpadło na 1000 kawałków. Nie oczekiwałam, że ktoś mi pomoże. Wyciągnęłam naukę z depresji przyjaciółki.  Ogromnie się zaangażowałam z pomocą, ale kiedy ta sytuacja trwała niezmiennie przez wiele miesięcy, miałam jej serdecznie dość. Ludzie współczują i mobilizują się do pomocy na krótką metę. Nie ma co się dziwić, każdy ma własne życie i swoje problemy. Głaskanie i przytulanie jest fajne, pomocne, ale niewiele zmieni. Trzeba sobie samemu znaleźć powód do życia, w każdej sytuacji.

D.K.: I nie przejmować się popełnianymi błędami, bo to się zdarza. Warto inwestować w coś, co daje szczęście i szukać swojego szczęścia.

G. W.:  Trawa u sąsiada zawsze jest zieleńsza, ale trzeba mieć z tylu głowy, że sąsiad, który wydaje się szczęśliwszy od nas pewnie też ma swoje smutki. Każda sytuacja ma dobre i złe strony, mamy jedno, to innego nie mamy. Jak mamy dziecko, to mamy pieluchy i nieprzespane noce, ale per saldo trzeba mieć dziecko, żeby doznać całego spectrum emocji, które w życiu inaczej by nas nie spotkały. Tak samo jest z podróżami. Wyjeżdżasz w świat, spotykają Cię różne okoliczności, często nieprzyjemne, ale to nie znaczy, że lepiej siedzieć w domu. Przeciwnie: jechać, poznawać, dotykać, smakować i samemu się przekonać. Zbierać doświadczenia, fajne i niefajne, to wszystko składa się na urodę życia.

D.K.: A jednak, jak obserwuję męski świat to myślę, że oni mają w życiu łatwiej. Nie dbają o dom, nie myślą o pięciu rzeczach na raz, są zadaniowi. My kobiety: martwimy się, rodzimy, wychowujemy dzieci, łączymy to z pracą, czasem rąk nam brakuje do kolejnych czynności. Z drugiej strony chyba jednak dobrze być kobietą.

G.W.: Oj, tak zgadzam się z Tobą. Tylko w dzieciństwie żałowałam, że jestem dziewczynką, bo świat męski wydawał mi się dużo bardziej atrakcyjny, a ich zabawki ciekawsze niż lalki. Na szczęście z tego się wyrasta.

Zdjęcia ze spektaklu "Polowanie na łosia" / Fundacja Garnizon Sztuki
Fundacja Garnizon Sztuki

D.K.: Pamiętasz ten moment, kiedy przyszła Ci do głowy myśl: „Uff, jak dobrze, że jestem kobietą”?

G.W.: To było wtedy, kiedy zauważyłam, że kobieta ma władzę nad mężczyzną. I to był bardzo przyjemny moment, dowiedzieć się, że wiele od nas zależy w tych relacjach. Poza tym kobieta ma większe przyzwolenie na wrażliwość, a od mężczyzny się wymaga bycia twardzielem przez całe życie. Fajnie być kobietą, mamy bogatszą emocjonalność.

D.K.: Kiedyś powiedziałaś, że „człowiek ma tyle szczęścia , na ile sam sobie pozwoli” – jesteś szczęśliwa?
G.W.: No tak robię co mogę i nawet to mi się udaje, bo nie stawiam sobie zbyt wysokich poprzeczek. Potrafię się cieszyć z małych rzeczy, które do mnie przychodzą. Zauważyłam taką prawidłowość, że ludzie jak mają naprawdę pięknie ułożone życie, to zawsze sobie znajdą powód do narzekania. Ja czasem też łapię się na jakichś frustracjach mniejszych lub większych, ale moja przewaga polega na tym, że potrafię się postawić do pionu, zrobić szybki bilans i jak ten bilans wychodzi na plus to mówię ? Uspokój się, masz obowiązek być szczęśliwa, bo masz zdrowie, najbliższych i za co pojechać na wakacje. Mówię sobie nie marudź, i to działa.

D.K.: Zapytam Cię na koniec o książkę, którą w dekadę temu „Jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą”. To jak być wiecznie młodą, piękną i bogatą?

G.W.: Tytuł był prowokacyjny, bo wiadomo, że w życiu nie ma nic na zawsze i wiecznie. Podstawową cechą życia jest zmienność. To jest czasem fajne, a czasem bardzo niefajne. Fajne jest wtedy kiedy dopadają cię złe doświadczenia, tak jak w moim przypadku śmierć męża no i to, że to mija i że człowiek jest w stanie pójść dalej. Niefajne jest to, że kiedy zdarzają się uniesienia i ekscytacje, to prędzej czy później mijają i robi się zwyczajnie.

D.K.: Czyli trzeba się cieszyć z małych rzeczy?

G.W.: Ja tak sobie założyłam i się tego trzymam.

D.K.: Z tych małych rzeczy, czego się teraz trzymasz?

G.W.: Fundacja przygotowuje kolejną premierę. Sztukę „Czworo do poprawki” napisał Cezary Harasimowicz, a inspiracją był film „Dwoje do poprawki” z Meryl Streep i Tommy’m Lee Jonesnem. Spotykają się w pensjonacie: starsze, przeżyte małżeństwo, by podjąć ostatnią próbę ratowania ich rozpadającego się związku oraz pełna emocji i namiętności młoda para, by na łonie natury począć dziecko, które ostatecznie scementuje ich związek. Obie pary mają inne problemy, ale i jednym i drugim trudno się ze sobą porozumieć. Jaki będzie finał tego spotkania? Gdy stare skrzyżuje się z młodym? Czy starsi będą się kochać jak dawniej? A młodzi? Może….jak nigdy dotąd? Więcej opowiem bliżej premiery, a ta się nam przesuwa. Jak zwykle chcemy mieć najlepszych aktorów, z terminami wieczny kłopot.

D.K. : A marzenia? Masz jakieś?

G. W.: Fajnie by było znaleźć swoje miejsce, swoją scenę i uniezależnić się od wynajmowanych miejsc. Ale to nie jest takie proste.

D.K.: Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę.

Definicja kobiety z klasą według Beaty Tyszkiewicz – pierwszej damy polskiego kina

Aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna. Ikona kobiety z klasą. Pełna wdzięku, gracji i elegancji. Nazywana polską Sophią Loren. Grała w wielkich produkcjach zagranicznych: niemieckich, rosyjskich, francuskich, węgierskich, a nawet w hollywoodzkim filmie „Aleksander i Chanakaya”.

Do jej najsłynniejszych kreacji należą rola Izabeli Łęckiej w „Lalce”, Marii Walewskiej w „Marysi i Napoleonie” Leonarda Buczkowskiego oraz Donny Rebeki Uzedy w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”. Pracowała z Wajdą, Machulskim, Konwickim, Hasem, Meszaros, Gavrasem. Na deskach teatralnych pojawiła się tylko w dwóch sztukach: „Karierze Artura Ui” w reż. Erwina Axera na deskach Teatru Współczesnego w Warszawie  oraz w „Za rzekę, w cień drzew” w reż. Jacka Woszczerowicza w warszawskim Teatrze Ateneum.

Z każdą rolą zyskiwała coraz większą sympatię publiczności i krytyków filmowych oraz kolejne zaszczytne tytuły: „Catherine Deneuve Wschodu”, „Gwiazda stylowego kostiumu”, „Caryca kina słowiańskiego” czy „Anioł PRL-u”. Z pewnością jest pierwszą damą polskiego kina, ale również niekwestionowaną kobietą z klasą.

Redakcja: Pani Beato, jeśli miałaby Pani opisać „Kobietę z klasą”, to co pierwsze przychodzi Pani na myśl? Jaki portret damy rysuje się przed Panią?

Beata Tyszkiewicz: Dzisiejsza kobieta z klasą jest niezależna mimo związku z mężczyzną. Kobieta z klasą nie demonstruje klasy… dobre wychowanie to jest to, czego pozornie nie widać. Tak jak nie widać zmytych naczyń lub pościelonego łóżka. To widać tylko kiedy nie jest zrobione. Kobieta z klasą nie zachowuje się wyzywająco w zachowaniu i ubiorze. Jest stonowana.

Redakcja: Kobieta zmienną jest. Ale czy opis „kobiety z klasą” zmienił się na przestrzeni lat? Jeśli tak, to w jaki sposób? Zauważyła Pani brak pewnych cech, które kiedyś były „marką” damy? Może pojawiły się nowe, które bardziej Pani ceni?

Beata Tyszkiewicz: Nowe cechy to niezależność finansowa. Sama może decydować o sobie. Nie popada w konfliktowe sytuacje. Jest panią sama dla siebie.

Redakcja: Co kobieta z klasą zawsze nosi w torebce? Jakie atrybuty posiada dama?

Beata Tyszkiewicz: Kobieta z klasa ma zawsze w torebce pieniądze na taksówkę, by nie być zależna od kogoś, kto ma ja odwieźć. Poza tym ma potrzebne według niej kosmetyki.

Redakcja: Jak stać się damą? Co doradziłaby Pani jako matka dwóch córek, w jaki sposób od najmłodszych lat wychować córkę, by w przyszłości stała się prawdziwą damą i wyróżniała się z tłumu? Jakie rady dawała Pani babcia i mama, by być kobietą wyjątkowa?

Beata Tyszkiewicz: Nawet nie przyszło mi to do głowy. Sama też nie uważam się za damę. Przylgnęło do mnie to określenie, chyba sprawiły to role kostiumowe w filmach. W takich filmach wszyscy starają się być dobrze wychowani. Smoking i długa suknia wymaga innego zachowania. Wychowanie przez moją Matkę mnie i mojego młodszego brata wypadło w najtrudniejszych latach powojennych. Żyliśmy bardzo skromnie, ale Matka uczyła nas manier przy stole i w zachowaniu. Była bardzo wymagająca. Moja babka została po wojnie zakonnicą, więc dbała o nasze wychowanie pod kątem religijnym.

Redakcja: Jakie ma Pani zdanie na temat kobiet coraz bardziej wyemancypowanych, o feministkach? Zwłaszcza w relacjach damsko-męskich. Czy Pani zdaniem kobieta z klasą „nosi spodnie” w związku?

Beata Tyszkiewicz: Cóż kobiety się usamodzielniły i nie przestają walczyć o swoje prawa i to jest wspaniałe, a czy noszą spodnie czy spódnicę to już nie ma żadnego znaczenia według mnie.

Redakcja: Dama może pozwolić sobie na wykazanie inicjatywy?

Beata Tyszkiewicz: To kobiety przejmują inicjatywę i to one wybierają sobie mężczyzn. Znam przypadki kiedy na przyjęciu kobieta sama dawała kontakt do siebie mężczyźnie. Nie ma w tym nic złego. Jedynie to jest ryzykowne. Ważne, żeby nasza inicjatywa była zgodna z instynktem.

Redakcja: Kobieta z klasą daje mężczyźnie drugą szansę? Jak powinna zachować się dama, która nakryła męża na zdradzie? Gdyby to mało miejsce z Pani przyjaciółką? Jakie słowa padłby z Pani ust w stosunku do męża, a jakie do przyjaciółki? Może milczenie i zachowanie zimne krwi to domena kobiety z klasą?

Beata Tyszkiewicz: Cóż ze zdradą zawsze trzeba się liczyć, ale uważam, że wszystkie rozmowy z mężem w takiej sprawie są zbędne, bo on wie co zrobił. Jeśli chodzi o przyjaciółkę powiedziałabym: „Droga moja przedłożyłaś miłość ponad przyjaźń. Twoja decyzja i życzę powodzenia”.

Redakcja: Dama przeklina? Pije mocny alkohol? Wychodzi przed szereg?

Beata Tyszkiewicz: Zdarzyło mi się w filmie ” Zakochani ” powiedzieć takie właśnie zdanie, że dama pije… pali… i przeklina. To miało w filmie swoje wewnętrzne uzasadnienie. Wydawało mi się to zabawne. A od swojego wuja usłyszałam kiedyś, że dama nigdy się nie spieszy… Też zabawne.

Redakcja: Czy przeżyła Pani jakaś sytuację, w której nie zachowała się jak dama? I w jaki sposób udało się Pani wybrnąć?

Beata Tyszkiewicz: Z gafy trudno dobrze wybrnąć. Kiedyś zagadnęłam o planowany poród pewną tłuściutką panią; wiedziałam, że jest w ciąży. Okazało się, że jej synek ma już dwa miesiące… Jak z tego wybrnąć?… Trudno, uśmiechnęłam się, ucieszyłam się bardzo i pogratulowałam.

ból brzucha

„W ponad 75% jest to już choroba zaawansowana, gdzie powodzenie skutecznego wyleczenia jest niewielkie”

Co trzy minuty gdzieś na świecie umiera jedna kobieta z powodu raka jajnika. Co roku na tego jednego z najczęściej występujących nowotworów umiera około 2,5 tysiąca Polek. A i tak kobiety niewiele o nim wiedzą, nie badają się, nie znają objawów ani czynników ryzyka?

Dr n. med. Tadeusz Oleszczuk: Strach przed rakiem często paraliżuje. Kobiety boją się wykonać określone badania od razu, jak tylko pojawią się niepokojące objawy. Część z nich wcale nie jest rakiem i zwykle szybko mija, jednak niebezpieczne jest utrzymywanie się dolegliwości ze strony jamy brzusznej dłużej niż dwa-trzy miesiące. Trudno jest też wychwycić wczesną postać raka jajnika, ponieważ nie dysponujemy skutecznymi metodami profilaktycznych badań. Nie tak jak w przypadku raka szyjki, gdzie mamy cytologię, a w przypadku raka piersi mammografię. Przy wykrywaniu raka jajnika nie ma takiej metody. Można jedynie w grupach zwiększonego ryzyka rodzinnego występowania nowotworów częściej wykonywać badania USG czy określić poziom markerów, jeśli stwierdzi się guz. W jamie brzusznej jest dużo miejsca i powiększający się jajnik często bardzo długo nie daje żadnych objawów. Nawet jeśli pojawiają się objawy, to są one zwykle związane z przewodem pokarmowym: wzdęcia, nudności, biegunki, zaparcia, niestrawność. To utrudnia szybkie wczesne rozpoznanie.

Stąd jak rozumiem tytuł tegorocznej kampanii – Rewolucje w brzuchu, może to nie to, co myślisz?

dr T.O: Tak. Skoro jedyne objawy mogące sugerować guz jajnika, występują ze strony jamy brzusznej, to „rewolucje w brzuchu” zawsze powinny być skonsultowane przez ginekologa i poparte wykonaniem badania USG. Należy tak postępować szczególnie u kobiet po okresie menopauzy i tam, gdzie ryzyko pojawienia się nowotworu jest wysokie.

Właśnie! Jakie czynniki zwiększonego ryzyka zachorowania na raka jajnika pojawiają się najczęściej u kobiet?

dr T.O.: Dzięki ostatniej konferencji poświęconej diagnostykajajnika.pl mogliśmy usłyszeć, że optymalizacja poziomu we krwi określonych pierwiastków ma ogromne znaczenie w ryzyku zachorowania na każdy nowotwór. W połączeniu z badaniami genetycznymi możemy z dużym prawdopodobieństwem określić, które osoby bezwzględnie powinny poddawać się regularnym badaniom, a nawet zaproponować profilaktyczne usunięcie jajników i jajowodów, jeśli ryzyko pojawienia się raka jajnika będzie bardzo wysokie. Tymi badanymi pierwiastkami są cynk, selen, arsen i kadm. Okazuje się, że nie może być ich ani za dużo ani za mało. Zmiany poza poziomem optymalnym działają niekorzystnie na sprawne działanie układu immunologicznego, zwiększając ryzyko zachorowania na nowotwór. Dodatkowo wiek powyżej 50-60 roku życia statystycznie jest czynnikiem ryzyka. W tym okresie jajniki powinny zmniejszać swoją objętość.

To ze względu na to wszystko, o czym Pan mówi, raka jajnika nazywany „cichym zabójcą”?

dr T.O.: Dokładnie to brak objawów sugerujących zmiany na powiększającym się jajniku powoduje, że rak ten nazywany jest „cichym zabójcą”. W ponad 75% rozpoznań jest to już choroba zaawansowana, gdzie powodzenie skutecznego wyleczenia jest niewielkie. Pięcioletnie przeżycia są w granicach 35-40 procent. Dużo też zależy od kompleksowego leczenia w ośrodkach specjalistycznych od samego początku rozpoznania choroby.

Podobno jajnik jest jedynym miejscem w naszym ciele, które zawiera w swojej budowie komórki posiadające materiał genetyczny wszystkich komórek człowieka. Stąd też w głównej mierze wynika problem z diagnozą jego choroby?

dr T.O.: Problem z diagnozą wynika z braku metody przesiewowych badań profilaktycznych. Jedynie świadomy wysokiego ryzyka, czujny lekarz może zaproponować wykonanie określonych badań. Często są to bowiem pacjentki oddziałów internistycznych hospitalizowane właśnie z powodu objawów zaburzeń pracy przewodu pokarmowego. Same kobiety świadome występowania nowotrorów w historii rodziny również powinny częściej wykonywać badanie ginekologiczne USG, badania genetyczne czy kolejne specjalistyczne w ramach zwiększonego ryzyka.

Mówi Pan, że tak naprawdę jedynie świadomy wysokiego ryzyka, czujny lekarz może zaproponować wykonanie określonych badań. Czy nie jest zatem trochę tak, że problem z rakiem jajnika jest tak duży również dlatego, że sami lekarze nie są wyczuleni na możliwość jego występowania i że tak naprawdę kobieta już w momencie pójścia do lekarza musi być niezwykle świadoma i poniekąd bardziej zorientowana w objawach i ich skutkach niż lekarz?

dr T.O.: Generalnie niestety tak to nie działa. Sam jestem jak najbardziej po stronie pacjentki, ale wiedza i doświadczenie medyczne jest nieporównywalnie większe u lekarza. Często spotkamy się ze zirytowaniem pacjenta, kiedy przychodzi z postawioną przez siebie diagnozą i listą potrzebnych badań, a okazuje się, że lekarz stwierdza coś innego. Po prostu przyczyn poszczególnych objawów jest kilkadziesiąt, a dodatkowo mogą występować „maski” innych chorób. Przykładowo duszności. Pacjentka rozpozna chorobę płuc, a mogą one wynikać z niewydolności serca. Podobnie przyczyn bólu brzucha jest ponad trzysta i łatwo nawet na siłę sobie dopowiedzieć inne, aby „się zgadzało”. Medycyna to nie matematyka i tu 2 + 2 nie zawsze da taki sam wynik. Każdy też ma inne uwarunkowania, inną mikroflorę jelitową, inne środowisko wewnętrzne i zewnętrzne. Tak samo jest ze zmianami w piersiach, szczególnie torbielach. Uważam, że można i powinno się je leczyć? Kto jednak ma się tym niby zająć? Ginekolog? Onkolog? Chirurg? Lekarz rodzinny? Nie do końca wiadomo i pacjentka najprędzej dowie się, że „czasem tak jest” i zostanie jej zlecone kolejne coroczne badanie USG. Problem jednak dotyczy zaburzeń hormonalnych, często związanych z tarczycą, dlatego czasem lepiej poszukać innego lekarza, porównać diagnozy i zalecenia niż przyjść z listą badań i domagać się zrobienia wszystkich. Część badań bowiem się wyklucza, lepiej iść zatem po nitce do kłębka niż pruć od razu wszystko na oślep.

Mimo licznych starań lekarzy i edukatorów na całym świecie skuteczność leczenia raka jajnika wciąż jest jednak bardzo niska?

dr T.O.: Problem raka jajnika dotyczy tego, że w większości jest rozpoznawany w chwili wysokiego zaawansowania. Postaci niskiego zaawansowania często są wykrywane przypadkowo. Niestety to stopień zaawansowania w chwili rozpoznania ma największy wpływ na rokowanie. Najważniejsze są objawy ze strony przewodu pokarmowego, które jeżeli pomimo leczenia (przez różnych lekarzy, różnymi metodami) nadal się pojawiają i trwa to więcej niż trzy miesiące, to należy wykluczyć guz jajnika. Niestety czasem pacjentki dalej leczone są objawowo, zamiast wykonać USG ginekologiczne sondą dopochwową, na której widać więcej szczegółów. Generalnie, dla mnie jako praktyka nie da się rozpatrywać jakichkolwiek zaburzeń bez oceny sposobu odżywiania, pracy przewodu pokarmowego, wywiadu położniczego: ile ważyły noworodki, ile przybyło masy ciała w ciąży, czy ktoś w rodzinie choruje na tarczycę, czy stolec jest codziennie (bo jeśli nie, to mamy problem), czy poród był dokładnie w terminie, czy są zmiany w piersiach, w badaniu USG tarczycy itd. To wszystko osobno i razem jest niezwykle istotne. A teraz jeszcze doszło oznaczenie poziomu selenu (norma 98-108) i cynku (poniżej 60 roku życia – norma powyżej 6800, potem po 60-tce 5600- 6000). Te minerały są potrzebne pracy tarczycy i sprawnemu układowi immunologicznemu. Do tego dochodzi jeszcze w związku z objawami ryzyko rodzinne nowotworów (maksymalnie 15-20%), a reszta to środowiskowe czynniki ryzyka, czyli dieta i tym podobne sprawy.

Dlatego ze względu na swoje wieloletnie doświadczenie na oddziale ginekologicznym twierdzi Pan, że to dociekanie przyczyn dolegliwości, a nie leczenie objawów jest największym wyzwaniem w pracy z pacjentami?

dr T.O.: Tak. Leczenie objawów nie przybliża do wyeliminowania problemu wywołującego dolegliwości. Często istnieje ryzyko genetyczne zachorowania na raka. Ogromne, żeby nie powiedzieć największe znaczenie ma codzienna dieta i warunki środowiskowe, używki, alkohol. Mogą one wpływać na sprawność działania układu immunologicznego. Osłabiony po wielu latach nie jest w stanie wyszukać i zniszczyć komórek nowotworowych. Dlatego 80% wszystkich nowotworów pojawia się po 50 roku życia.

Gdyby jako specjalista miał Pan zrobić małe kompendium wiedzy, dosłownie kilka punktów, których każda kobieta powinna być świadoma, jeżeli chodzi o raka jajnika, co by się w nim znalazło?

dr T.O.: Na pewno określenie, czy w rodzinie występują nowotwory. Zbadanie, czy mam mutacje genetyczne zwiększające ryzyko zachorowania. Dobrze jest zbadać poziom selenu, cynku, arsenu i kadmu we krwi. Raz w roku wykonać badanie ginekologiczne z USG narządu rodnego sondą dopochwową oraz we wszystkich przypadkach nieprawidłowości ze strony przewodu pokarmowego. W razie wątpliwości określić poziom markerów ryzyka raka jajnika, takich jak test ROMA.

Serdecznie dziękuję za niezwykle pouczający wywiad!

dr n. med. Tadeusz Oleszczuk – 30 lat pracy zawodowej od asystenta do ordynatora oddziału położniczo-ginekologicznego nauczyły mnie zadawania pytań o przyczyny dolegliwości. Obrona pracy doktorskiej w Centrum Onkologii-Instytut w Warszawie w 2001 roku obudziła we mnie pasje naukowe i odkrywanie zależności stanu zdrowia od sposobu odżywiania. Od ponad dziesięciu lat z powodzeniem dzielę się tą wiedzą z pacjentkami i z przyjemnością słyszę kiedy mówią, że „teraz mają apetyt na życie, a nie na jedzenie”. Wykorzystując zmianę sposobu odżywiania u ciężarnych, pokazuję jak w bezpieczny sposób unikać powikłań w ciąży. Od dziesięciu lat jestem wykładowcą na Wydziale Nauk o Zdrowiu, gdzie prowadzę zajęcia ze studentami pielęgniarstwa, kosmetologii, dietetyki oraz fizjoterapii. Obecnie pracuję w centrum medycznym POLMED w Warszawie. Swoje doświadczenie zawodowe i naukowe staram się przekazywać w ogólnopolskiej prasie adresowanej do kobiet oraz częściowo na swojej stronie internetowej i Facebooku (fb.com/drtadeusz). Związane jest to też z tym, że podjąłem się napisania książki wyjaśniającej mechanizmy powstawania zaburzeń oraz postępowania z korzyścią dla zdrowia. Ogromne zainteresowanie moimi live chat-ami z mamotoja.pl potwierdza duże zapotrzebowanie na praktyczną wiedzę wśród kobiet.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved