shutterstock_1316255549

Nie tylko Harry wybrał miłość – o rodzinnych dramatach Windsorów, które zaprowadziły Elżbietę na tron

Historia Windsorów, brytyjskiej rodziny królewskiej, jest pełna wzlotów i upadków. Władcy mieli stanowić moralny wzór do naśladowania, chronić podstawowe wartości i stać na straży tradycji, co – jak pokazuje historia – nie zawsze było łatwe do wykonania. Szczególnie ciężko zostali naznaczeni potomkowie króla Jerzego V ( dziadka królowej Elżbiety II). Pięciu braci i ich siostra nigdy nie doświadczyli rodzicielskiej czułości: swoich rodziców widywali rzadko i jedynie po to, by otrzymać naganę za niewłaściwe zachowanie. Król i królowa nie mogli publicznie okazywać żadnych emocji i uczuć, musieli zachowywać się dostojnie, tego wymagali także od swoich dzieci. Jerzy V prywatnie był człowiekiem nerwowym, wybuchowym, spiętym i apodyktycznym, jego żona Maria była małomówna i zamknięta w sobie. Żadne z nich nie dążyło do bliższych relacji z własnymi dziećmi. Król nie był zadowolony ze swoich potomków: synowie nie spełniali jego oczekiwań, odczuwał rozczarowanie, wstyd i frustrację z ich powodu. Dwaj starsi synowie, jako najbliżsi kandydaci do tronu, wychowywani byli bardzo surowo, młodsze rodzeństwo posiadało odrobinę więcej swobody. Los najbardziej doświadczył trzech braci: najstarszego Davida, drugiego z kolei Alberta i najmłodszego Jana. Ich życie pełne było tragicznych wydarzeń, które kiedyś ukrywane, dziś wychodzą na światło dzienne.

Edward Windsor (1894-1972), wuj Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Edward VIII, był najstarszym synem Jerzego V i Marii Teck. Król Jerzy nie lubił Davida (tego imienia używano prywatnie), uważał go za chłopca nieposłusznego i krnąbrnego, wymagającego silnej dyscypliny, wątpił w jego zdolności przywódcze i z niepokojem myślał o nim jako o następcy tronu. Książę w wieku 12 lat został wysłany do szkoły marynarki, a dwa lata później rozpoczął naukę w bazie morskiej w Dortmuth. Brał udział w działaniach wojennych, jego kompani zapamiętali go jako żołnierza o szalonej odwadze, który nie boi się śmierci. W wieku 17 lat zachorował na świnkę, którą przeszedł bardzo ciężko. Współcześni historycy podejrzewają, iż świnka wywołała u królewskiego syna zapalenie jąder i bezpłodność, które zaważyły na jego późniejszych wyborach życiowych. Książę do końca życia cieszył się młodzieńczym wyglądem, a jednocześnie określano go jako człowieka niedojrzałego i dziecinnego (co może być objawem zaburzeń hormonalnych), nigdy nie doczekał się potomstwa mimo licznych romansów i wieloletniego małżeństwa z amerykańską rozwódką Wallis Simpson. W obawie przed nadwagą jadł bardzo niewiele (w literaturze pojawiają się sugestie, iż książę cierpiał na anoreksję). Według opinii niektórych historyków Edward VIII abdykował nie tylko z powodu chęci poślubienia ukochanej, lecz także dlatego, iż będąc świadomym swojej bezpłodności nie chciał zostać królem, który nie jest w stanie zapewnić następcy tronu. Książę po swojej abdykacji został zmuszony do opuszczenia kraju, do końca życia utrzymywał się z renty wypłacanej przez królewską rodzinę i sprzedaży dóbr odziedziczonych po zmarłym ojcu. Sympatyzował z Adolfem Hitlerem i nazistami, prawdopodobnie ujawniał sekrety rządu brytyjskiego, dlatego został uznany za zdrajcę kraju. Jego brat, król Jerzy VI i bratanica, królowa Elżbieta II, nie chcieli kontaktować się z nim i nie wyrażali zgody na jego powrót. Zmarł w roku 1972 na raka krtani, który spowodowany był wieloletnim paleniem tytoniu i piciem alkoholu.

Albert Windsor (1895-1952), ojciec Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Jerzy VI, urodził się jako drugi syn króla Jerzego V. Bertie, jak nazywano go pieszczotliwie, okazał się dzieckiem chorowitym o słabej kondycji fizycznej i psychicznej. Był nieśmiały i lękliwy, często wybuchał płaczem. Przez całe życie męczyły go silne bóle żołądka, prawdopodobnie na tle nerwowym. Miał koślawe kolana, które leczono za pomocą niewygodnych i sprawiających ból szyn. Podczas nauki pisania okazało się, że jest leworęczny, co w tamtych czasach traktowane było jako choroba: biciem zmuszano Alberta do pisania prawą ręką. Okrutna dyscyplina oparta na karach fizycznych stosowana przez jego pierwszą niańkę oraz paniczny strach przed apodyktycznym ojcem wywołały u chłopca kolejny problem – jąkanie się. Albert miał duże trudności z pisaniem i wysławianiem się, osiągał kiepskie wyniki w nauce. Mimo to posłuszny, uległy i bojaźliwy Bertie był lepiej tolerowany przez ojca niż jego niezależny i zafascynowany nowoczesnością starszy brat. Młody Albert wsławił się jako dobry żołnierz, był odważny i opanowany, jednak jego problemy ze zdrowiem nie pozwoliły mu kontynuować kariery żołnierskiej. Był również człowiekiem konsekwentnym: Elżbietę Bowes-Lyon, w której się zakochał, trzykrotnie prosił o rękę i dopiero za trzecim razem został przyjęty. Elżbieta darzyła sympatią jego przebojowego brata Edwarda, jednak ten nie był zainteresowany ożenkiem. Albert i Elżbieta stworzyli ciche, ale spokojne i zgodne małżeństwo. Ambitna Elżbieta była głową domu, co nieśmiałemu Albertowi odpowiadało. Mimo traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa książę stał się czułym i troskliwym ojcem dla swoich córek. Królem Jerzym VI został po abdykacji swojego brata; pełnienie roli władcy przerażało go, ale czuł się zobowiązany wobec swojego kraju. Żona pomagała mu w publicznych wystąpieniach, zatrudniła dla niego logopedę, który pomagał królowi radzić sobie z jąkaniem pojawiającym się podczas silnego stresu (epizod ten stał się głównym wątkiem filmu „Jak zostać królem”). Palił bardzo dużo – papierosy miały go rozluźniać. Jerzy VI był władcą rozważnym, zasłynął aktem odwagi, gdy wraz z rodziną pozostał w zamku mimo wielokrotnego bombardowania przez nazistów. Zmarł na raka płuc i gardła, które były spowodowane nadużywaniem tytoniu.

Jan Windsor (1905-1919), oficjalnie książę Zjednoczonego Królestwa, urodził się jako najmłodsze, szóste dziecko królewskiej pary. Od chwili jego narodzin pieczę sprawowała nad nim czuła i łagodna niania Charlotte Bill, do której był bardzo przywiązany. Johnny, jak go nazywano, był chłopcem wesołym i pogodnym, uwielbiał zabawy ze starszym rodzeństwem i łatwo nawiązywał kontakty. Jego początkowa edukacja była dość swobodna: jako piąty syn był daleko w kolejce do tronu, dlatego nie przywiązywano większej wagi do jego zachowania. Niestety w wieku czterech lat pojawiły się u niego pierwsze napady padaczkowe, które z czasem nasiliły się, niszcząc jego zdrowie fizyczne i psychiczne. Dla rodziny królewskiej chore dziecko było powodem wstydu: w ówczesnych czasach medycyna stała na niskim poziomie i niemożliwe było jakiekolwiek leczenie, a za wszelkie choroby wrodzone potomka obwiniani byli rodzice. Książę Jan został wykluczony z życia rodzinnego: przestał brać udział w uroczystościach, nie pojawił się na koronacji swojego ojca, nie pozował już do fotografii rodzinnych, nie widywał swojego rodzeństwa. Nękany częstymi napadami Jan nie rozwijał się prawidłowo, nauka pisania i czytania przychodziła mu z dużym trudem, dlatego nie został wysłany do szkoły. Z czasem pojawiły się u niego objawy autyzmu: nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, niewiele mówił, lubił zabawy polegające na powtarzaniu tych samych czynności (np. wrzucanie monet do skarbonki). W roku 1916 jedenastoletni Jan został umieszczony wraz ze swoją ukochaną nianią Lalą na farmie w miejscowości Wolfarton, gdzie spędzał samotnie kolejne dni swojego życia. Oczywiście okoliczni mieszkańcy nie mieli świadomości tego, że chłopiec jest królewskim synem. Na farmę zapraszano niekiedy dziewczynkę cierpiącą na astmę, która pełniła rolę towarzysza zabaw chorego chłopca. Król i królowa odwiedzali syna zwykle raz w roku, jednak surowy ojciec i powściągliwa matka byli dla niego obcymi ludźmi. Jan zmarł w wyniku ciężkiego napadu padaczki w roku 1919, został pochowany podczas prywatnej ceremonii na lokalnym cmentarzu. Jego śmierć nie została odnotowana w królewskich dokumentach. Przez wiele lat historycy nie wiedzieli o istnieniu księcia Jana, dopiero współczesne badania rodziny królewskiej przywróciły pamięć o najmłodszym dziecku Jerzego V. Jego losy ukazuje film dokumentalny „Jan: tragiczny sekret Windsorów” oraz miniserial brytyjski „The Lost Prince”.

Troje pozostałych dzieci króla Jerzego V cieszyło się bardziej spokojnym życiem, choć i tutaj nie brakowało osobistych tragedii. Księżniczka Maria, jedyna córka Jerzego V, otrzymała edukację domową (w jej czasach nie istniały szkoły dla dziewcząt), wyszła za mąż w wieku 25 lat, doczekała się dwóch synów. Zajmowała się działalnością charytatywną, podczas wojny pracowała jako pielęgniarka. Zmarła w podeszłym wieku na zawał serca. Książę Henryk po zakończonej edukacji ożenił się i został ojcem dwóch synów. Pełnił funkcję gubernatora Australii, jednak nie udało mu się nawiązać dobrych relacji z mieszkańcami wyspy i został z tego stanowiska ostatecznie odwołany. Ciężko przeżył tragiczną śmierć swojego trzydziestoletniego syna w katastrofie lotniczej. Zmarł jako starszy człowiek. Książę Jerzy, podobnie jak jego bracia, służył w marynarce wojskowej. Ożenił się z księżniczką grecką, z którą doczekał się dwóch synów i córki. Zginął w wypadku lotniczym w wieku 40 lat, dwa miesiące po narodzinach swojego najmłodszego dziecka.

Monarchia brytyjska bardzo zmieniła się od czasów Jerzego V. Członkowie rodziny królewskiej mogą dziś kierować się głosem serca w wyborze małżonka, osobiście sprawują opiekę nad potomkami, a królewskie dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie traktowane są na równi ze swoimi rówieśnikami. Królewska etykieta obowiązuje członków rodziny jedynie podczas oficjalnych uroczystości, natomiast w swoim prywatnym czasie mogą zachowywać się swobodnie. Czasy upiornych nianiek, wzbudzających grozę ojców i surowej dyscypliny monarchia brytyjska ma już, na szczęście, za sobą.

Literatura:

Marcus Kiggell, Denys Blakeway: The Queen’s Story, Headline Book Publishing 2002

Iwona Kienzler: Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, Wydawnictwo Lira 2019

Matthew Glencross, Judith Rowbotham, Michael D. Kandiah: Windsor Dynasty. 1910 to the Present, Palgrave Macmillan 2016

dorothy-day-2

Czy amerykańska feministka i komunistka zostanie „świętą naszych czasów”? – Dorothy Day

Uważana za jedną z najciekawszych kobiet XX wieku. Porównywana do Gandhiego. W młodości doświadczyła aborcji i małżeństwa-pomyłki. By zrozumieć, czym jest głód i bezdomność, żywiła się tylko solonymi orzeszkami i pomieszkiwała na lodowatym poddaszu. Najpierw obracała się w kręgu artystycznej bohemy, potem żarliwie zaczęła należeć do Boga.

Młoda i gniewna

Urodziła się 8 listopada 1897 roku w Brooklynie (Nowy Jork) w stosunkowo zamożnej rodzinie protestanckiej. Była trzecim z piątki dzieci Johna i Grace. W wieku 16 lat skończyła liceum i otrzymała stypendium na Uniwerytecie w Illinois. Zaczęła wtedy swoją dziennikarską działalność. Wstąpiła do Partii Socjalistycznej. Wyznawała pogląd, że religia to opium dla ludu. Zniechęcała ją hipokryzja i materializm wielu ludzi uważających się za dobrych chrześcijan.

W 1916 roku porzuciła edukację i wróciła do rodzinnego miasta. Zafascynowana życiem najbiedniejszych, obsesyjnie przemierzała najgorsze dzielnice Nowego Jorku, by przyglądać się życiu bezdomnych, głodnych i chorych. Została zatrudniona w socjalistycznej gazecie „New York Call” jako reporterka. Z czasem zaczęła też pisywać do magazynów feministycznych The Masses i The Liberator o socjalizmie i feminizmie. Była gorącą zwolenniczką prawa wyborczego kobiet, które czynnie manifestowała. Jej kariera zaczęła nabierać tempa. Dla dziennika „The Call” przeprowadziła nawet wywiad z Lwem Trockim!

W 1917 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Jako zdeklarowana pacyfistka Dorothy nie mogła odpuścić i tej kwestii. Wraz z innymi sufrażystkami, które swoją kampanię na rzecz uzyskania przez kobiety praw wyborczych nazwały Silent Sentinels, zaczęła pikietować pod Białym Domem. Kobiety zostały aresztowane i skazane na 30 dni. Dorothy odsiedziała 15 dni, podczas których zdążyła jeszcze wziąć udział w strajku głodowym. Nowojorskie feministki chciały w ten sposób uzyskać status więźni politycznych. Zarzucono im, że jako kobiety oczywiście tylko mówią zamiast naprawdę pracować na rzecz innych. Dorothy do tego stopnia oburzyła się tego rodzaju pomówiniami, że zaraz po wyjściu z aresztu zatrudniła się w szpitalu.

źródło: thoughtco.com

Zawirowania

Ta decyzja doprowadziła ją do trudnych doświadczeń i wyborów. W szpitalu poznała bowiem Lionela Moisego, uroczego awanturnika, swojego pierwszego kochanka, w którym zakochała się równie żarliwie jak w komunizmie. Zaszła w ciążę. Bała się, że Lionel ją zostawi. Mówi się, że to za jego namową w końcu dokonała aborcji. Zostawił ją zaraz po zabiegu. Stać go było tylko na pożegnalny list. Paradoksalnie, ten wielki ideowiec, który twierdził, że „idea doskonałej miłości wyklucza posiadanie dzieci”, życzył jej, by wyszła za mąż za jakiegoś bogacza. Dokładnie tak zrobiła.

W 1921 roku wyszła za mąż za zamożego wydawcę, Berkeleya Tobey’a, z którym wyjechała do Europy. Nie było to jednak szczęśliwe małżeństwo. Dorothy zakończyła je po roku. Po powrocie poznała Forstera Battinghama, biologa, kolejnego szalonego idealistę, który instytucję rodziny uważał za przeżytek. W 1924 roku zamieszkała z nim z jego rustykalnym domku na plaży w Staten Island. Tam zaczęła się modlić i uprawiać rosarium, w którym miała figurę Matki Boskiej. W wieku 30 lat zaszła w kolejną ciążę. Urodziła córkę, Tamar, którą ochrzciła. Sama przyjęła chrzest w 1927 roku. Forster, zatwardziały ateista, nie mógł pogodzić się z tym, że dla Dorothy wiara katolicka zaczęła stawać się czymś fundamentalnym w codziennym życiu. Para rozstała się, jednak dla Dorothy nie był to już taki cios jak za pierwszym razem.

Nawracanie siebie i innych

Powróciła do dokładnie takich samych aktywności jak za czasów młodości, tylko że tym razem protestowała, pisała i agitowała na rzecz katolicyzmu. Oddała się swojej wierze w tak samo gorliwy sposób jak wcześniej feminizmowi i komunizmowi. Do końca życia codziennie uczęszczała we Mszy Świętej. W soboty brała udział w adoracji i nabożeństwie dziękczynnym. W każdej wolnej chwili rozważała Pismo Święte. Szczególnie lubiła lektury pism św. Teresy z Avili. Katolicyzm wiązał się dla niej z aktywnym działaniem. Dlatego nie mogła pogodzić się z tym, że podczas szalejącego Wielkiego Kryzysu Kościół nie spełniał swojego ewangelicznego zadania.

Na szczęście zrządzeniem losu poznała emigranta z Francji, Petera Maurina, samouka, wizjonera i filozofa. Obydwoje mówili potem, że modlili się o znalezienie bratniej duszy i trafili na siebie. Założyli wspólnie miesięcznik, „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik), którego pierwszy numer ukazał się 1 maja 1933 roku w nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy po cencie za sztukę.

źródło: Universty of Michigan Library Digital Collections

Pismo zaczęło cieszyć się uzananiem i poczytnością, dlatego że nie był to zwykły katolicki miesięcznik. Obok tekstów piętnujących wyzyskujący robotników kapitalizm drukowano na przykład wiersze prześmiewające bogactwo biskupów. Wokół pisma zaczęli gromadzić się wolontariusze. Zalążkiem zapoczątkowanego chwilę później ruchu społecznego o tej samej nazwie jak gazeta, było mieszkanie Dorothy przy Piętnastej Ulicy. Organizowano tam wieczorne modlitwy, kolacje dla bezdomnych oraz dyskusje filozoficzne. W przeddzień wybuchu II wojny światowej „The Catholic Worker” sprzedawał się w 150 tysiącach egzemplarzy, a w 1937 r. dom Doroty w Nowym Jorku wydawał obiady dla 400 osób dziennie!

W stronę świętości

Dorothy nieprzerwanie pisała i brała udział w protestach przeciw wojnom, za co w latach 1917-1973 wielokrotnie trafiała do więzienia.Organizowała demonstracje przeciw prześladowaniom Żydów w hitlerowskich Niemczech i nawoływała, by Ameryka przyjmowała uchodźców, co było poglądem zdecydowanie niepopoluarnym i przysporzyło jej wiele problemów. W latach 50-tych trafiła do więzienia za ignorowanie ćwiczeń na wypadek ataku atomowego, a w latach 60-tych wystąpiła przeciw wojnie w Wietnamie. Organizowała demonstracje przeciw interwencji w Indochinach i w czasie II soboru watykańskiego głodowała z grupą kobiet w intencji potępienia przez sobór wszelkiej wojny.

Do organizowanej i zarządzanej przez nią wspólnoty zaczęły napływać dary. Dzięki nim otwierano coraz to nowe domy pomocy ubogim i głodującym. Pod koniec lat 30-tych w całych Stanach było już ponad trzydzieści takich ośrodkόw. Dzisiaj jest ich 130 i kilka w innych krajach. Wraz z Peterem odważyła się na kolejny krok, po domach pomocy zaczęła organizować samowystarczalne farmy na amerykańskich wsiach.

Peter Maurin podczas prac na farmie św. Izydora w Aitkin, w Minnesocie w 1941 roku.
źródło: Courtesy of the Department of Special Collections and University Archives, Marquette University Libraries, fot. Mary Humphrey

W listopadzie 1965 roku doszło do największej tragedii w historii jej ruchu. Podczas jednego z protestów grupa współpracowników Day paliła karty powołania do wojska. Ktoś w tłumie nagle zakrzyknął: „Spalcie siebie, a nie karty!”. Nie wiadomo, czy Roger LaPorte, członek wspólnoty, uznał to za wyzwanie czy współnotowe zawezwanie do czynu. Oblał się benzyną i podpalił. Zmarł w szpitalu.

Dorothy Day dobrze znała się z Matką Teresą, ale miała też wielu wrogów i przeciwników. Jako feministka nigdy nie zyskała sympatii radykalnych feministek. Niektóre grupy katolików potępiały ją za bezkompromisowy pacyfizm i niezbyt lubiły za podkreślanie wagi dobrowolnego ubóstwa. Jeszcze w latach 30-tych stała się osobistym wrogiem wpływowego kaznodziei, ojca Charlesa Coughlina.

Zmarła 29 listopada 1980 roku. Swoje życie opisała w powieści „The Eleventh Virgin” (Jedenasta dziewica), którą wydała drukiem w 1924 roku, i w której szczególnie podkreślała, że aborcja odcisnęła duże piętno na jej życiu.

“Myślałam,że jestem wolną i wyemancypowaną młodą kobietą i odkryłam,że wcale tak nie jest. Wolność to modna kreacja, pułapka, w którą my kobiety staramy się schwytać mężczyznę na którym nam zależy”.

Olga Boznańska w swojej pracowni

Olga Boznańska – królowa zagraconej pracowni czy rozchwiana emocjonalnie melancholiczka?

Pół-Polka, pół-Francuska. Ekscentryczna mademoiselle de Boznańska nigdy nie wyszła za mąż, choć jej legenda osnuta jest wokół niespełnionych miłości. Sławny oryginał, który całe życie poświęcił sztuce. Otoczona psami, „hodująca” myszy i szczury, rozdarta pomiędzy Kraków i Paryż. Na czym polegał fenomen Boznańskiej?

Urodziła się 15 kwietnia 1865 roku w stosunkowo zamożnej rodzinie zamieszkującej w Krakowie. Ojciec był posiadaczem ziemskim i inżynierem z wykształcenia; matka, Francuzka, Eugenia Mondan, dyplomowana nauczycielka, przyjechała do Galicji nauczać francuskiego. Mieli dwójkę córek. Starsza, panna Olinka, została sławną na całą Europę starą panną-malarką, młodsza, Izabela, o chorobliwie bladej cerze i nieobecnym spojrzeniu, pianistką-samobójczynią.

Talenty dziewczynki odziedziczyły zdecydowanie po mamie, która postanowiła je od najmłodszych lat w dziewczynkach rozwijać. Olga z początku uczyła się u prywatnych, najlepszych nauczycieli, potem uczęszczała na kursy, z racji płci nie mogąc należeć do grona studentów Akademii Sztuk Pięknych. Miała 20 lat, kiedy wyjechała na dalszą naukę do Monachium. Okres ten uważała do końca życia za najważniejszy. Mawiała potem, że to w Monachium nauczyła się malować i żyć, choć to właśnie tam objawiły się pierwsze stany lękowe, strach przed tłumem i obcymi ludźmi.

Niektórzy krytycy twierdzą, że w jednym ze swoich obrazów ewidentnie zawarła „program” swojego życia. W oranżerii przedstawia młodą dziewczynę stojącą w cieplarni, blisko ściany, w otoczeniu bujnych roślin i kwiatów w doniczkach. Kobieta zdaje się z niepokojem i zaciekawieniem patrzeć na kogoś, kto właśnie wszedł. Mówi się, interpretując dzieło biograficznie, że już wtedy 25-letnia autorka obrazu widziała się jako samotną, żyjącą w swoim twórczym świecie, tylko dla siebie samej artystkę.

Olga Boznańska, W oranżerii, 1890, Muzeum Narodowe w Warszawie,
źródło: niezlasztuka.net

Ekscentryczna, zamknięta w sobie i ze swoimi obrazami, a jednak intrygująca i czarująca. Olga nie stroniła od relacji, była adorowana przez wielu mężczyzn. Podobno była bardzo zakochana w Paulu Nauenie, polskim malarzu i nauczycielu. Według obiegowej opinii Olga też była jego uczennicą. Nie było to prawdą, chociaż oboje znali się i przyjaźnili, a nawet wzajemnie się portretowali. Z jednym z portretów Nauena autorstwa Boznańskiej wiąże się nawet mały skandal.

W drugim tygodniu stycznia 1894 roku, zaraz po święcie Trzech Króli, monachijski Związek Artystów i Przyjaciół Sztuki „Kunstverein” wystawił obraz Portret mężczyzny. Tajemnicą Poliszynela było oczywiście, że portretowanym mężczyzną jest zaprzyjaźniony z autorką malarz. W kilka dni po wystawieniu obrazu ukazała się w felietonie „Kuriera Bawarskiego” druzgocąca krytyka sportretowanego mężczyzny:

„W głównej sali wystawowej, na przedniej ścianie, wisi wcale nieźle namalowany portret męski. Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie, i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka – krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami, skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się «interesującą», tchnie nędzą naszych czasów”.

Plotkom i komentarzom nie było końca. Paul Nauen wniósł sprawę o zniesławienie… i wygrał. Gazeta musiała publicznie przeprosić. Skandal pomógł jednak Boznańskiej, tym bardziej, że to dzieło uznaje się za nie tylko przełomowe dla jej kariery, ale i przełomowe w historii modernistycznego polskiego malarstwa portretowego. Portret uznany jednogłośnie przez ówczesną krytykę artystyczną za arcydzieło, został w 1896 roku zakupiony przez Muzeum Narodowe w Krakowie i był pierwszym obrazem Boznańskiej pozyskanym do zbiorów narodowych. 

Olga Boznańska, Portret malarza Paula Nauena, 1893, Muzeum Narodowe w Krakowie

W trakcie dekady spędzonej w Bawarii, Boznańska stała się w pełni ukształtowaną malarką. Udoskonaliła swoją technikę i zdobywała grono klientów, których portretowała, bowiem to właśnie portret stał się jej artystyczną domeną. Jej wielki talent miał jednak rozkwitnąć na dobre w Paryżu, dokąd wyjechała w 1898, mając 33 lata i listownie zrywając zaręczyny z młodszym od niej malarzem, Józefem Czajkowskim.

W artystycznej stolicy świata zaczęła wszystko od nowa. Zatraciła się w pracy, wypijając hektolitry herbaty i odpalając jednego papierosa od drugiego. Swoje prace pokazywała na licznych wystawach, zdobywała coraz to nowe nagrody, poszerzała grono nowych klientów. Choć chowała się w swojej zakurzonej pracowni, znała biegle cztery języki. Dlatego bez skrępowania mogła dziękować za odbierane nagrody, a tych przybywało. W 1900 roku dostała złoty medal na wystawie w New Gallery w Londynie. Na Wystawie Światowej w Paryżu otrzymała wyróżnienie. W 1901 po raz pierwszy wystawiała w Pittsburghu, a rząd francuski zakupił jej Bretonkę i Portret panny Dygat do państwowych zbiorów sztuki.

Olga Boznańska, Bretonka, 1890, Muzeum Narodowe w Krakowie

Wybuch pierwszej wojny światowej negatywnie wpłynął na sukcesy, a w związku z tym i dochody Olgi Boznańskiej. Przestały napływać zlecenia, Paryż opustoszał, wreszcie zmienił się. Coraz trudniej było pozyskać środki na utrzymanie siebie i pracowni. Rodzice zmarli, a więc nie mogli dopomóc, coraz trudniej było wiązać koniec z końcem. Jedno było jednak niezmienne – malowanie, które pozwoliło jej przetrwać XX-wieczne nawałnice. Boznańska nigdy nie ulegała modom ani nie podążała za nowymi trendami, dlatego też z czasem stawała się dla wszystkich coraz większym dziwadłem. Nosiła się „po staremu”; w dzielnicy, w której żyła, całe rzesze artystów kreowały zupełnie nowe kierunki w sztuce, bawiąc się do upadłego, pijąc w kawiarniach i kabaretach Montparnasse’u. A ona? Osobliwie niemodna w swojej sukni i wielkim kapeluszu wychodziła z pracowni, by samodzielnie donieść wiadra z wodą do nieopalanej pracowni, po której biegały myszy.

W 1934 roku do tragicznego stanu materialnego doszedł fatalny stan psychiczny Boznańskiej. Izabela, młodsza siostra, nie radząc sobie z uzależnieniem od morfiny i niespełnionym śnie o zostaniu pianistką, popełniła samobójstwo. Wybitną malarkę ratowały w tym czasie znajomi i przyjaciele. Alarmowali, że Boznańska żyje niemal w skrajnej biedzie. Od lat 30-tych Państwo Polskie wykupiło kilkanaście płócien i przyznało malarce liczne nagrody. Pomimo powszechnego uznania, Boznańska zmarła w niewiele lepszym stanie 26 października 1940 roku w Paryżu.

Olga Boznańska w pracowni, EAST NEWS, źródło: polityka.pl
Olga Tokarczuk

Kim jest polska Noblistka? – kilka faktów z życia Olgi Tokarczuk, które powinnaś znać (teraz już koniecznie!)

Z dumą powtarzamy pojawiającą się nieustanie od wczoraj w mediach frazę: druga po Wisławie Szymborskiej polska laureatka Literackiego Nobla! Pisarka, eseistka, autorka scenariuszy – m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland „Pokotu”. Laureatka Nagrody Bookera w 2018 roku za powieść „Bieguni”, dwukrotna laureatka Nagrody Nike za „Biegunów” (2008) i „Księgi Jakubowe” (2015). Skąd wzięło się zjawisko literackie: Olga Tokarczuk i jaka była jej droga na literacki szczyt?

1. Nadtrojańska wyobraźnia

Olga Tolarczuk urodziła się w 1962 roku (57 lat) w Sulechowie (województwo lubuskie), wychowała w Klenicy, skąd przeniosła się z rodzicami do Kietrza nad Troją. Tam ukończyła liceum i dostała się na warszawską psychologię. Jeszcze jako nastolatka próbowała swoich sił w poezji. W 1979 roku zadebiutowała na łamach pisma „Na przełaj” swoim pierwszym opowiadaniem. Potem na długo zamilkła i do pisania powróciła dopiero po wielu latach.

W czasie studiów opiekowała się osobami z problemami psychicznymi jako wolontariuszka i żywo zainteresowała pracami Junga. Oba fakty miały później znaczący wpływ na jej twórczość. Po studiach pracowała jako pokojówka w londyńskim hotelu. Podczas uroczystej gali w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie, gdy obierała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie, zdradziła, że ma na sobie kolczyki, które kupiła właśnie w tamtym czasie, w 1987 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. „Dziś wracam w tych kolczykach jako zdobywczyni nagrody Bookera”, mówiła dziennikarzom. Po powrocie do Polski pracowała jako psychoterapeutka we Wrocławiu i Wałbrzychu.

źródło: TVP Info, fot. Beata Zawrzel

2. Pierwsze koty za płoty

Powróciła w wieku 31 lat z powieścią „Podróż ludzi Księgi”, która nie została zbyt dobrze przyjęta przez wydawców. Podobnie jak z „Harrym Potterem” Rowling, nikt nie chciał jej wydać. Gdy jednak powieść o XVII-wiecznej podróży z Paryża ku podnóżom Pirenejów została już wydana w oficynie Przedświt, przyznano jej nagrodę…. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za debiut. Dwa lata później już bez większch problemów wyszła druga powieść Olgi Tokarczuk „E.E.” – tytuł od imion głównej bohaterki powieści, Erny Eltzner. Tym razem czas i miejsce akcji pisarka umieściła w znanym sobie otoczeniu, wczesnym XX-wiecznym Wrocławiu.

Trzecią powieść Tokarczuk, wydaną w 1996 roku, od razu okrzyknięto „szczytowym osiągnięciem nowszej polskiej prozy mitograficznej”. „Prawiek i inne czasy” to opowieść o mitycznej wiosce położonej rzekomo w samym środku Polski. Jest ona archetypicznym mikrokosmosem, w którym w pomniejszonej skali można obserwować prawa rządzące wszechświatem. Powieść zdobyła uznanie krytyków nie tylko w Polsce. Po jakimś czasie zaczęto się o niej rozpisywać dużo szerzej. „The Prague Post” oznajmiał, że „Prawiek i inne czasy to znakomite dzieło o rzadko dziś spotykanej randze i głębi”, a „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał: „W tej napisanej z rozmachem powieści Olga Tokarczuk wykorzystuje tradycję magicznego realizmu do kreacji świata, który jest przesiąknięty dawnymi mitami tak samo mocno, jak jest zakorzeniony w teraźniejszości”.

3. Poświęcenie literaturze

W momencie gdy Tokarczuk zaczęła być coraz szerzej kojarzona, a jej książki sprzedawane w coraz większych ilościach, pisarka postanowiła w jeszcze większym stopniu oddać się pisaniu. Zrezygnowała z pracy i przeprowadziła do Nowej Rudy. Do momentu powstania jej najbardziej utytułowanej książki „Biegunów”, powstało kilka tomów opowiadań, esej oraz powieść „Dom dzienny, dom nocny”, którą niektórzy krytycy określili mianem „najambitniejszego projektu prozatorskiego Tokarczuk”. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej osobistych opowieści, akcja utowru rozgrywa się bowiem w miejscu, gdzie autorka mieszka, na pograniczu polsko-czeskim, i inspirowana jest opowieścią o średniowiecznej świętej Kummernis (Wilgefortis) – kobiecie, którą Bóg wybawił przed niechcianym małżeństwem, dając jej męską twarz. W czasie, kiedy do ulubinych form literackiego wyrazu Tokarczuk należały opowiadania, została też pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

4. „Bieguni” – ten tytuł każdy powinien kojarzyć

Nad tą powieścią Tokarczuk pracowała trzy lata. Wydana została w październiku 2007 roku i od razu uzyskała bardzo duży rozgłos. Powieść została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS, a także nagrodzona Nagrodą Literacką „Nike” 2008. Zaczęto ją tłumaczyć na różne języki. m.in. angielski. Właśnie to tłumaczenie – angielski tytuł „Flights” (autorka tłumaczenia Jennifer Croft) – zostało nominowane do prestiżowej nagrody Booker Prize, którą Tokarczuk otrzymała wraz z tłumaczką w 2018 roku, zyskując ogromną międzynarodową sławę.

„Bieguni” to studium psychologii podróży. Tytuł książki jest zarazem nazwą dawnej prawosławnej sekty uważającej, iż pozostawanie w jednym miejscu naraża człowieka na ataki Złego, a więc ciągłe przemieszczanie się służy zbawieniu duszy. Sama Tokarczuk w wywiadach wspominała, że większość notatek do tej powieści robiła w czasie podróży. „Ale nie jest to książka o podróży. Nie ma w niej opisów zabytków i miejsc. Nie jest to dziennik podróży ani reportaż. Chciałam raczej przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy” – napisała we wstępie do „Biegunów”. 

5. H jak hejt

Od 2015 Olga Tokarczuk organizuje w Nowej Rudzie i okolicach Festiwal Góry Literatury. Pomaga jej w tym Karol Maliszewskiego, Stowarzyszenie Kulturalne „Góra Babel” oraz Gmina Nowa Ruda. W programie festiwalu znajdują się: akcje edukacyjne, debaty, koncerty, panele, pokazy, spotkania, Noworudzkie Spotkania z Poezją, warsztaty: filmowe, kulinarne, literackie; wystawy.

Po „Biegunach” wydała też kolejne powieści, m.in. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, dlatego na jej opus magnum fani musieli chwilę poczekać. W 2015 roku ukazały się jednak w końcu „Księgi Jakubowe”, nad którymi Tokarczuk pracowała 6 lat. Ponad 900- stronicowa opowieść osnuta wokół postaci Jakuba Franka, XVIII-wiecznego żydowskiego mistyka, zamieszkującego wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, który ogłosił się Mesjaszem i dał początek frankizmowi, judaistycznej herezji, wywołała ogólnopolską awanturę.

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak wystawił Teatr Powszechny w Warszawie,
premiera miała miejsce 13 maja 2016
źródło: powszechny.com

Powieść nominowana została do Nagrody „Nike”, którą w 2015 roku Olga Tokarczuk po raz drugi otrzymała. Po gali wręczenia nagrody autorka wypowiedziała się dla TVP Info, komentując swoją książkę i nagrodę w ten sposób: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„.

Po tych słowach w internecie zawrzało. Słowa Tokarczuk wywołały ogromną falę nienawiści, którą pisarka została zalana. Nie warto cytować krążących wtedy po sieci komentarzy, bo zasługują one na wieczne zapomnienie i potępienie, ale trzeba zaznaczyć, że naszej obecnej Noblistce niejednokrotnie grożono nawet śmiercią.

Pozytywnym akcentem wyciszajacym szum wokół „Ksiąg Jakubowych” była zdobyta w rok później kolejna nagroda. Tokarczuk wraz z tłumaczem powieści na język szwedzki, Janem Henrikiem Swahnem, w październiku 2016 roku zostali pierwszymi laureatami Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern (czyli Domu Kultury i Teatru Miejskiego) w Sztokholmie.

Najnowsze utwory Olgi Tokarczuk to wydana w 2017 roku „Zagubiona dusza” i rok późniejsze „Opowiadania bizarne”.

Barbara Piasecka-Johnson

Barbara Piasecka Johnson – najbogatszy polski Kopciuszek w historii

W 2001 roku „Forbes” zaliczył ją do 20 najbogatszych kobiet na świecie. W 2011 według tego samego czasopisma znalazła się na 393. miejscu wśród najbogatszych ludzi na świecie tuż obok Stevena Spielberga czy Ronalda Laudera, właściciela ekskluzywnej marki Estee Lauder. Jej majątek szacowano wtedy na 2,9 miliarda dolarów. Kim była pochodząca ze Staniewicz, obecnie należących do Białorusi, polska imigrantka, która postawiła amerykańskiemu bogaczowi ultimatum – ślub albo koniec romansu?

Czeka mnie wielka przygoda!

Barbara Piasecka urodziła się w 1937 roku w Staniewiczach, które w wyniku powojennej zawieruchy znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Jak znaczna część przesiedleńców, rodzice Barbary wraz z dziećmi przenieśli się do dolnośląskiego. W domu się nie przelewa. Barbara zdaje jednak maturę i po dwóch latach przerwy zaczyna studiować najpierw polonistykę, potem rolnictwo, aż w końcu historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Rozpoczęła też pracę we wrocławskim oddziale Muzeum Narodowego, co pozwoliło jej na bliskie obcowanie ze sztuką. Jak przystało na każdego porządnego historyka sztuki, pobyt naukowy na studiach doktoranckich spędziła w Rzymie. Jej życiowa przygoda rozpoczyna się jednak jesienią 1967 roku. W wieku 30 lat podejmuje wyzwanie i udaje jej się przedostać za ocean.

Sławomir Koper, autor książki „Najbogatsze”, na podstawie dokumentów IPN dowiódł, że Barbara odziedziczyła spadek po wujku w Brazylii. Ponoć dzięki pobytowi we Włoszech, a potem w USA, miała zarobić na podróż do Ameryki Południowej i prawników, którzy mieli jej pomóc w uzyskaniu spadku w wysokości nawet 300 tysięcy ówczesnych dolarów,
źródło: Keith Meyers, The New York Times

Od zera do milionera

Od zera, a w zasadzie podobno od 100 dolarów, bo tyle miała w kieszeni, kiedy przybyła na Manhattan. Nie znała tam nikogo, po angielsku też jakoś świetnie nie mówiła. Nie mogła znaleźć pracy, w Stanach jej europejskie wykształcenie nikogo nie obchodziło. Nawiązała znajomość z Zofią Kowerdan, która w 1969 roku poleciła ją do pracy u swoich pracodawców, państwa Johnsonów. Tym sposobem Barbara została kucharką u jednego z najbogatszych ludzi Ameryki, współwłaściciela wielkiego koncernu farmaceutycznego, nie umiejąc nawet dobrze gotować. Dlatego po przypaleniu kolejnego obiadu, zmieniono jej stanowisko na pokojówkę.

U Johnsonów przepracowała niecały rok, odkładając pieniądze na kolejne studia, które podjęła na Uniwersytecie Nowojorskim. Nie wiadomo, czy już wtedy piękna Polka urzekła milionera na tyle, że rozpoczął się ich romans. Pewne w amerykańskim epizodzie Barbary jest to, iż po jakimś czasie zawiesiła naukę, by wrócić do rezydencji Johnsona jako kurator zbiorów sztuki, które zamierzał zacząć kolekcjonować. Podobno stracił dla niej głowę. Zapraszał ją na rejsy po Morzu Karaibskim, które rozpoczynały się od wręczenia bukietu róż.

źródło: East News

Instytucja małżeństwa chyba niezbyt wiele znaczyła dla postarzałego już Johna Sewarda, który miał duże doświadczenie i w oświadczynach, i w zakańczaniu małżeństw, bo gdy tylko Barbara postawiła jasne ultimatum, po rozwodzie z Esther, w 1971 roku została jego trzecią żoną.

Na bogato

Pan młody na dobry początek wniósł do kolejnego małżeństwa 330 milionów dolarów, jacht i kilka domów, między innymi posiadłość w Toskanii, do której świeżo upieczeni małżonkowie często podróżowali. Odwiedzali liczne galerie i muzea. Wzbogacili swoją kolekcję o dzieła Tintoretta, Rembrandta, El Greca i Tycjana, a także Witkacego, Moneta i Gauguina.

Krótko po ślubie Barbara zaczęła realizować swoje marzenie – budowę dworu, najdroższego domu prywatnego w tamtych czasach. Nazwała go Jasną Polaną. 36 łazienek, marmur z Carrary, podgrzewana podłoga, kominki z francuskich pałaców, kuta brama przed wjazdem do okalającego rezydencję parku, no i dzieła sztuki zakupione podczas podróży po Europie. Najpierw amerykańska socjeta traktowała Barbarę jako parweniuszkę, która zachłysnęła się milionami. Potem jednak przyznali, że zna się na sztuce, a sposób jej bycia całkowicie licuje z wydawanymi sumami. Jasna Polana nie była powiem martwym muzeum, a żywo używanym domem. Barbara nie miała żadnego problemu z tym, żeby na przykład pić kawę przy stoliku za 4 miliony. Prace nad budową rezydencji trwały siedem lat, a ich koszt szacuje się na 30 milionów dolarów. 

Sielanka?

Związek Polki i jej starszego o 40 lat amerykańskiego męża był burzliwy. Choć podobno zawsze stawiali na pierwszym miejscu tę drugą osobę ze związku i dbali o siebie. Spędzili razem 12 lat szczęśliwego małżeństwa. Basia przyjęta została jednak przez rodzinę męża bardzo zimno. Na początku traktowali ją jak maskotkę Sewarda. Doceniali, że dobrze na niego wpływa, że chce gromadzić wokół niego rodzinę, bo jak pisze w swojej książce o amerykańskim Kopciuszku z Polski Ewa Winnicka, to właśnie „z polskiego wychowania wyniosła przekonanie, że rodzina powinna być razem.

Nigdy jednak nie uznali emigrantki kaleczącej język angielski za równą sobie”. I o ile o trzecim ślubie nie zjawiło się żadne z sześciorga dzieci Johnsona, a o ceremonii nie było nawet wzmianki w kronikach towarzyskich New Jersey, o tyle o procesie podziału majątku po zmarłym w 1983 roku Sewardzie, usłyszał cały świat. Było to najbrutalniejsze tego rodzaju widowisko w amerykańskiej popkulturze. Pierwszy raz wyprano publicznie brudy bogaczy.

500 milionów dla przybłędy z Polski, dla dzieci raptem resztki

Zaraz przed śmiercią milioner zmienił testament i zapisał wszystko ukochanej trzeciej żonie. Spośród dzieci wyróżnił tylko syna Sewarda Juniora, któremu zostawił przystań jachtową i milion dolarów. Takiej zniewagi i takiego majątku rodzina nie mogła puścić płazem. Wytoczyła Barbarze proces, który był największym w historii USA pojedynkiem firm prawniczych. Trwał 2,5 roku i żyła nim cała Ameryka. 75 świadków usiłowało udowodnić, że Barbara Piasecka była oszustką, służbistką, która nie kochała męża. Ostatecznie strony doszły do porozumienia. Barbara zatrzymała blisko 350 milionów dolarów, a dzieci 42,5 mln do podziału. Honoraria adwokatów wyniosły 24 mln dolarów.

Okazała się, że Barbara zna się nie tylko na sztuce (w jej kolekcji dzieł sztuki znalazł się m.in. obraz Święta Prakseda przypisywany Vermeerowi, obrazy Artemisji Gentileschi i Fra Filippo Lippiego), ale ma też głowę do interesów. Zostawiony jej przez męża majątek pomnożyła prawie dziesięciokrotnie! W 1998 roku przebudowała Jasną Polanę na ekskluzywny klub golfowy. Kupowała i sprzedawała dzieła sztuki, zakładała fundacje wspierające artystów.

Barbara Piasecka- Johnson wraz z mężem ufundowała wiele stypendiów, m.in. młodemu Krystianowi Zimermanowi, wybitnemu pianiście i dyrygentowi.
źródło: East News

Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson

Ameryka ją rozczarowała. Po śmierci męża i batalii sądowej z jego dziećmi miała dość, pomimo że była bardzo mocnym charakterem. Żywo zaangażowała się w sprawy odradzającej się Polski, za którą tęskniła. Miała bardzo bliskie kontakty z ludźmi „Solidarności”, chciała ratować Stocznię Gdańską. 1 czerwca 1989 roku wzięła udział w słynnej mszy w kościele św. Brygidy, gdzie dała na tacę 100 000 złotych! Jak mówi Ewa Winnicka, miała ambicje, żeby być „dobrą wróżką” Polski. Nie wyszło, bo cała polska transformacja się nie udała. Do dziś jej niedogadanie się z wierchuszką Solidarności i władzami polskimi owiewa aura tajemniczości.

Już w 1974 roku założyła „The Barbara Piasecka Johnson Foundation”, która fundowała stypendia dla naukowców i artystów, zbudowała m.in. gdański Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka oraz była fundatorką Domu Matki i Dziecka w Gnieźnie. Kiedy w 1992 roku Zbigniew Religa dowiedział się o problemach z organizacją charytatywnego koncertu Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu, po krótkiej chwili zastanowienia rzucił do swoich współpracowników: „Łączcie mnie z Barbarą Piasecką-Johnson. Tylko najpierw sprawdźcie, która w Jasnej Polanie jest godzina!”. Załatwiła Placida Dominga, wybitnego tenora, który miał wypełniony koncertami kalendarz na najbliższe 4 lata.

źródło: East News

W 2003 roku Barbara Piasecka-Johnson udzieliła jedynego wywiadu, w którym odniosła się do swoich biznesowo-filantropijnych doświadczeń: „Wiele stypendiów przyznałam nieodpowiednim osobom, które zmarnowały moją pomoc, nie doceniły jej. Przepadło dziewięćdziesiąt procent stypendiów, a wielu stypendystów nie widziałam na oczy. Powinnam bardziej się zastanowić, komu daję pieniądze. Inwestycje mojego dobrego serca zostały zmarnowane, nie przeze mnie, ja chciałam dobrze. Dlatego obraliśmy jeden cel: leczenie autyzmu. To najlepszy wybór”.

W 1995 roku przeprowadziła się do Monte Carlo, gdzie kupiła dom. Zaczęła coraz mocniej wierzyć w Boga, co zaskutkowało przenosinami do Asyżu, miejsca związanego ze św. Franciszkiem. W 2009 roku zachorowała na raka. Na cztery lata przed śmiercią przeprowadziła się do Sobótki, pod Wrocławiem, o czym niewiele osób wiedziało. Zmarła 1 kwietnia 2013 w wieku 76 lat.

Nie miała dzieci, a część majątku zapisała fundacji swojego imienia, którą zarządzają jej bratankowie.

pierwsze posłanki

„Na tyłach” walki o Polskę – Zofia Moraczewska

Działaczka społeczna, polityk, „posełka” na sejm, nauczycielka, założycielka kół kobiecych, edukatorka, żona, matka, gospodyni domowa. Żywo i prężnie działająca na co dzień, dziś w cieniu wielkich męskich nazwisk, których sława nie byłaby może tak wiekopomna, gdyby nie ona i kobiety jej podobne.

(1873 – 1958)

Zofia Moraczewska, z domu Gostkowska. Informacja ta jest o tyle istotne, że jej ojciec był rektorem Politechniki Lwowskiej, a więc Zosia i jej siostry wywodziły się z bardzo charakterystycznego środowiska. Odebrała najpierw domowe, później dalsze wykształcenie w Zakładzie Wyższym Naukowym Żeńskim W. Niedziałkowskiej oraz Seminarium Nauczycielskim Żeńskim we Lwowie. Najpierw zarabiała na swój byt, wykonując pracę nauczycielki, później obowiązek utrzymania rodziny przejął mąż – Jędrzej Moraczewski.

„Zdaje mi się, że kocham”

Paradoksalnie, biorąc pod uwagę do czego obydwoje państwo Moraczewscy w przyszłości doszli, rodzice Zofii nie byli zbytnio zadowoleni z jej życiowego wyboru. Tym bardziej, że na początku ich córka doprowadziła nieomal do skandalu towarzyskiego. Przed jednym z kinderbali poznała pana Andrzeja, którego postanowiła kokietować. Zagadywała, dała bilecik oraz największy order dla dobrze tańczących, choć wszyscy wiedzieli, że z Jędrzeja to żaden tancerz. Przysiadła obok na kolacji i pierwsza wszczęła rozmowę, choć to absolutnie nie uchodziło. Tak samo jak później, gdy wybranek odwzajemnił uwagę i po dłuższym czasie znajomości zaproponował, że listownie podzieli się z nią wrażeniami z wakacji. A dorosłej pannie pod żadnym pozorem nie wolno było korespondować bez kontroli z mężczyzną. Ha, co Wy na to współczesne dwudziestolatki?! Zofia się nie zgadza. Za pierwszym razem, bo za drugim przestaje już przejmować się konwenansami;) Dużo rozmawiają, wspólnie interesują się polityką, wstępują do partii. W październiku 1896 roku biorą ślub.

Zofia i Jędrzej Moraczewscy, fot. Edward Trzemeski, 1896, Biblioteka Narodowa

Dolce far niente

Dzięki pracy Jędrzeja, który nadzoruje budowę odcinków kolei, dużo jeżdżą. Nie tylko po Galicji. W listopadzie 1899 roku przeprowadzają się do Dalmacji (wówczas część Austro-Węgier). Zamieszkują w Splicie i będzie to jeden z najpiękniejszych okresów w życiu Zofii. Bo wszystko jest niedrogie, nie trzeba palić w piecu, przez okno widać morze. Zamiast pasztetów i legumin, zdrowo się odżywiają dorodnymi warzywami, owocami, świeżymi rybami i smaczną oliwą. Jędrzej dużo pracuje, dlatego Zofia codziennie rano wychodzi z książką nad morze i „całe dnie spędza dryfując po Adriatyku zatopiona w czytaniu i zachwycie”. Czas spędzony w Spalato, to chyba jedyny okres w jej życiu pełen beztroski i codziennego, śródziemnomorskiego spokoju. Niestety praca męża dobiega końca i czas wracać do domu.

„Bardzo mi dziwno”

Zofia rodzi pierwsze dziecko w 1901 roku. Niespełna rok później mały Tadzio umiera. „Lekarz od razu rozpoznaje szkarlatynę – we wsi zachorowało już kilkoro dzieci, ale państwo Moraczewscy o tym nie wiedzieli. Medyk nawet nie chce zbliżyć się do dziecka – na twarzy pojawiły się już sine plamy – z odległości kilku metrów stwierdza zgon i wychodzi.” Zofia nie najlepiej znosi stratę, Jędrzej wcale nie lepiej. wyjeżdżają na urlop do Włoch na dwa tygodnie. Rok później rodzi się Kazik.

Jędrzej dostaje awans, a więc kolejne przenosiny. I kolejna ciąża. Wanda rodzi się latem 1905 roku. Dwa lata później ukochany mąż zostaje wybrany na posła do austriackiego parlamentu. A trzydziestoletnia Zofia rodzi czwarte dziecko – „Adaś przychodzi na świat tego samego dnia, w którym zatwierdzono kandydaturę jego ojca”. Zajmuje się domem i dziećmi. Męża prawie nie widuje. Sama o swoim życiu pisze w liście do siostry:

„Mój Boże – ja sama nie wiem, co to jest – czym jest moje życie – gdzie się czas podziewa – wiem tylko – a raczej odczuwam, że gdzieś lecę bez pamięci – że ludzie, rzeczy, wrażenia, godziny przemykają mi się przed oczyma z bajeczną jakąś szybkością… Co dziś robiłam? Rano o siódmej gotowałam kawę, grzałam śmietankę i mleko. Potem rozdawałam dzieciom śniadanie, sprzątałam na gwałt w pokojach – o dziesiątej byłam już na mieście, na poczcie, nadawałam rozmaite pieniądze i listy w sprawach publicznych, przyleciałam do domu, gotowałam na gwałt sama obiad. Po obiedzie leżałam na kanapie dosłownie pięć minut, po czym zerwałam się, myłam z Hanią naczynia, garnki i wyszorowałam kuchnię. Przed chwilą rozpaliłam w piecu w sypialni, ponieważ pozimniało na dworze.

Ale Zofia nie narzeka. Odnalazła lekarstwo na nieobecność męża i oderwanie się od dzieci – sprawę społeczną.

„Zaczynam być naprawdę całym człowiekiem”

Cały czas zamieszkująca w Stryju Zofia organizuje przedsiębiorstwa spółdzielcze – piekarnię, masarnię i szwalnię. W piekarni jest dostawczynią, w szwalni skarbniczką. Jest też suflerką w teatrzyku amatorskim. Organizuje wykłady i spotkania patriotyczne, na których sama przemawia. Zaangażowała się w powstanie galicyjskiego czasopisma „Głos kobiet”. Wybuch wojny w niczym jej nie przeszkadza, tylko na moment zmusza do przeorganizowania. Pomimo że musiała uciekać ze Stryja i wylądowała na Śląsku, nie przeszkodziło jej to w zajęciu się finansowaniem Legionów. „Polska formacja działająca w ramach armii austriackiej pieniędzy ma na razie tylko tyle, ile uzbierają dla niej kobiety – te z Królestwa, i te z Galicji. Pieką ciasta, robią słodycze i chodzą z nimi po domach, zbierając fundusze.”

Posłanki na posiedzeniu klubu parlamentarnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem w sejmie (Zofia Moraczewska siedzi trzecia od prawej), 26 listopada 1930, Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1915 roku powstaje Liga Kobiet. Od 1916 roku Zofia staje na jej czele i robi z organizacji prawdziwą potęgę. Liga zbierała olbrzymie fundusze dla Legionów. Szeregi Ligi rozrosły się do trzynastu tysięcy członkiń (Jeżeli wydaje Wam się, że to niewiele, spróbujcie stworzyć dziś taki ruch. I weźcie pod uwagę niezwykle sprzyjające organizowaniu się kobiet ówczesne warunki społeczne i kwestię rozbiorów). Pomimo represji prowadzonych przez administrację austriacką, które doprowadziły w 1917 r. do rozwiązania Ligi, Zofia zorganizowała przejście do działalności konspiracyjnej. Władze austriackie miały nawet wszcząć śledztwo w sprawie antypaństwowej działalności tworzących go kobiet. Nie zdążyły.

„Gdybym mogła zacząć życie na nowo – oddałabym wszystkie myśli i całą duszę moją tej sprawie”

Zofia Moraczewska startowała w uzupełniających wyborach z okręgów na obszarach włączonych do odrodzonego państwa w 1922 roku. Została posełką z okręgu krakowskiego i dołączyła do grona pięciu posłanek wybranych trzy lata wcześniej. Nie owijała w bawełnę. Doskonale znała się na tym, czym się zajęła, a więc kwestią edukacji, warunkami pracy kobiet i służbą zdrowia. Jej niezależność wielokrotnie doprowadziła do odchodzenia z partii, do których należała i odchodzenia z polityki w ogóle na dłuższy czas. Ale zawsze wracała. Nawet po tragedii, jaka dotknęła Moraczewskich w 1920 roku. W walkach z bolszewikami zginął ich najstarszy syn, siedemnastoletni Kazimierz.

Zofia Moraczewska za walkę o niepodległość ojczyzny i niepodległość kobiet zapłaciła najwyższą cenę. Poświęciła nie tylko całe swoje życie zawodowe, ale i rodzinne. Przeżyła swoich rodziców, siostry, męża i czwórkę dzieci.

Jędrzej zginął 5 sierpnia 1944 r., ugodzony odłamkiem pocisku w czasie niemiecko-sowieckich walk o Sulejówek. Wanda została aresztowana przez Niemców i zmarła na Pawiaku w 1942 r. Najmłodszy syn, Adam, doktor historii, działał w Związku Walki Zbrojnej. Zajmował się kontaktami z polskimi placówkami na Węgrzech. W trakcie trzeciej wyprawy został aresztowany, poddany śledztwu i wysłany z jedną z pierwszych grup więźniów do obozu w Oświęcimiu, gdzie zmarł z wycieńczenia 31 października 1941 r.

Do końca życia mieszkała w Sulejówku. Pracowała nad biogramami działaczek kobiecych międzywojnia, m.in. Marii Piłsudskiej. Planowała wydanie „Encyklopedii polskiego ruchu kobiecego”. Zmarła w 1958 roku.

Odznaczona Krzyżem Kawalerskim (1927), Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1930) i Krzyżem Niepodległości (1931).

współczesny portret Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit

Papieżyca polskiego feminizmu

Paulina Kuczalska-Reinschmit

dzierżąca „Ster” w walce o prawa Polek

(1859 – 1921)

Porywająca rzesze kobiet mówczyni, bezkompromisowa działaczka społeczna, założycielka Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich, redaktorka naczelna pierwszego pisma feministycznego. W wyniku nieszczęśliwego małżeństwa straciła oko, lecz mimo to postrzegała jaśniej i wyraziściej od innych, jak wiele potrzeba uczynić dla Polek.

Urodziła się w Warszawie w zamożnej rodzinie szlacheckiej. Już jej matka należała do Grupy Entuzjastek Narcyzy Żmichowskiej, oczywistym więc było, że młoda Paulina otoczona gronem ludzi wykształconych i światłych od początku nasiąkała emancypacyjną atmosferą budzącej się niepodległości. Odebrała znakomite wykształcenie domowe, władała kilkoma językami obcymi: francuskim i niemieckim niemal jakby były to jej języki ojczyste, dobrze po ukraińsku nauczyła się od służby, czytała po angielsku i włosku.

Jako młoda dziewczyna, miała bowiem dopiero 20 lat, wyszła za mąż za wysokiego urzędnika Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego Stanisława Reinschmita, przełamując tym samym kastowe przesądy. Miała wtedy prawo naiwnie uważać, że „pochodzący ze starej rodziny saskiej, nobilitowanej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego, będący siostrzeńcem znakomitego publicysty i pisarza, Władysława Wójcickiego, autora „Klechd”, a wnukiem Reinschmita, który był przyjacielem od serca samego Frycka Chopina” Stanisław podzieli jej poglądy i sposób na życie. Jak bardzo się pomyliła, wiedziała chyba tylko ona sama…

Jej małżeństwo przetrwało 6 lat. Było nie tylko nieudane pod kątem ideologicznego niedopasowania małżonków, ale przede wszystkim tragiczne w skutkach dla Pauliny. Jej mąż okazał się zwolennikiem tradycyjnego porządku świata, na emancypacyjne wyczyny żony patrzył co najmniej nieprzychylnie, a później okazało się, że odreagowywał je w równie nieodpowiedni sposób. Zaraził siebie i żonę chorobą weneryczną, w wyniku której późniejsza liderka polskiego ruchu feministycznego straciła oko i zapadła na poważną chorobę serca. Sam poczciwy małżonek zmarł zresztą w kilka lat po ich rozstaniu, które Paulinie dodało tylko wiatru w żagle.

Wyprzedała resztki swojego majątku, syna zostawiła z żyjącym jeszcze ojcem i resztą rodziny i wyjechała zagranicę… na studia. Od 1885 roku studiowała w Genewie i Brukseli nauki ścisłe. Na bieżąco jednak interesowała się tym, co dzieje się w Polsce. Pisywała do najważniejszych polskich czasopism, jasno formułując program swojej kobiecej krucjaty.


Ilustracja dla Fundacji Feminoteka, źródło: mituni.wordpress.com

Gdy wróciła, założyła we Lwowie swój własny dwutygodnik. Była jego redaktorką naczelną, a „Ster” stał się skutecznym narzędziem w walce o udział kobiet w życiu politycznym, równe szanse kobiet i mężczyzn na rynku pracy czy jednakowe prawo do edukacji. W 1890 roku Paulina poznała przyjaciółkę życia i wierną współpracownicę, Józefę Bojanowską. Ich przyjaźń utrwalona została w pamiętnikach Romany Pachuckiej, znanej pedagożki i działaczki ruchu kobiecego, która pisała:

„Gdy Kuczalska była mózgiem polskiego feminizmu, Bojanowską porównać można do jego serca. Gdy pierwsza planowała, druga w lot chwytała jej myśl, by przekształcić ją w realny czyn.”

Paulina życzyła sobie nawet, by pochowano je obok siebie, jej życzenia jednak nie spełniono.

Po przeprowadzce do Warszawy założyła Związek Równouprawnienia Kobiet Polskich, a przy ulicy Marszałkowskiej zaczęła prowadzić salon, w którym dyskutowały i kawę pijały najwybitniejsze kobiety tamtego czasu: Maria Konopnicka, Maria Dulębianka, Maria Komornicka, Eliza Orzeszkowa, Justyna Budzińska-Tylicka czy Cecylia Walewska.

Na inicjowanych przez siebie zjazdach, jednoczyła kobiety ponad podziałami klasowymi czy politycznymi. Zależało jej na wszystkich, choć potrafiła prowadzić dość ostrą polemikę z Elizą Orzeszkową. W przeciwieństwie do niej uważała, że o prawa kobiet upominać się trzeba niezależnie od walki o niepodległość. Choć nie mogła przystać na samopoświęcenie się kobiet, potrafiła docenić wieloletni wkład Orzeszkowej w bitwę o prawa Polek oraz jej literacki talent, organizując uroczyste obchody dwudziestopięciolecia twórczości pisarki.

„Pierwsza niezmordowana rzeczniczka pełnych, bezkompromisowych praw kobiety”, jak pisała o niej kronikarka polskiego ruchu feministycznego – Cecylia Walewska, zmarła w Warszawie i tam też została na Cmentarzu Powązkowskim pochowana. Jej grób opatrzony został jedynie skromnym, ale konkretnym napisem, zupełnie oddającym charakter papieżycy polskiego feminizmu:

„Paulina Kuczalska- -Reinschmit. Przewodnicząca Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich. Redaktorka „Steru”. Ty, która żyłaś dla idei – Chwała Ci. „

Oj, chwała!

maria dulębianka

Pietrek z powycieranymi łokciami

Maria Dulębianka –

targana emancypacyjną namiętnością

(1861-1919)

Czyż kobieta stoi na zewnątrz swego narodu?

Współczesne menedżerki, kobiety biznesu, posłanki i działaczki społeczne mogłyby jej buty czyścić. Jako pierwsza Polka przeprowadziła kampanię wyborczą, wystartowała w wyborach do galicyjskiego Sejmu i zebrała aż 511 głosów, choć… jej nazwiska nie było na liście! Zostało usunięte z powodów formalnych – kobiety nie mogły ani głosować ani być wybierane. Choć de facto nigdzie nie zostało to zapisane.

W 1908 roku nie mieściło się nikomu w głowie, że kobieta mogłaby wystartować w wyborach, a co dopiero być wybraną na posłankę. Dlatego nie istniał żaden zapis, żadne literalne prawo, które by o tym stanowiło. Tak po prostu było. Dlatego lwowskie działaczki nie tylko na rzecz kobiet, ale też na rzecz niepodległości, polepszenia stanu edukacji czy stosunków polsko-ukraińskich postanowiły sprytnie to wykorzystać:

„Wzięłyśmy do ręki ustawę, która mówi o wyborach sejmowych i znalazłyśmy tam różne rzeczy. […] nigdzie nie jest powiedziane, że kobiety nie mogą być do Sejmu wybierane. Jest wyliczone, że nie mogą głosować ani być wybieranymi ci, którzy np. byli sądownie karani za jakieś występki, a o kobietach nie ma mowy. Widać, że ci, którzy tę ustawę pisali, ani nie pomyśleli, że kobiety mogłyby kiedyś upomnieć się o swoje prawa” – pisały na łamach lwowskiej „Zorzy Ojczystej”.

Portret Marii Konopnickiej autorstwa Marii Dulębianki, przed 1896,
źródło: cyfrowe.mnw.art.pl

Kandydatura Dulębianki nie była przypadkowa. W 1908 roku była już znaną działaczką społeczną, aktywistą pierwszej fali polskiego feminizmu, rozpoznawalną malarką. Jej malarska pasja zamieniła się z czasem w emancypacyjną namiętność. Dulębianka urodziła się bowiem w Krakowie, tu pobierała też nauki na pensji u Maliszewskiej, a po ukończonej szkole całkowicie chciała poświęcić się sztuce. Była uczennicą Jana Matejki i chciała też zostać studentką krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Aha, akurat! Pani jest kobietą, pani podziękujemy… Wyjechała zatem studiować malarstwo do Wiednia. Potem pobierała także nauki w Warszawie u Wojciecha Gersona i w Paryżu w Academie Julian.

Choć mówi się raczej, że nie miała ogromnego talentu, niektóre jej obrazy miały w sobie „to coś”, co ona sama miała w sobie. Malowała głównie kobiety i obrazy rodzajowe. Wystawiała w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Paryżu, Monachium, Kijowie, Dreźnie, Londynie i Pradze. Obraz Studjum dziewczyny został zakupiony przez Muzeum Narodowe, a za obrazy Na pokucie i Sieroca dola otrzymała wyróżnienie mention honorable na międzynarodowej wystawie paryskiej w 1900 roku.

Jej osobiste doświadczenia zmotywowały ją do walki o wpuszczenie kobiet na polskie uczelnie. Tak jak Bujwidowa w Krakowie, tak Dulębianka we Lwowie podjęła starania na rzecz utworzenia gimnazjum żeńskiego. Wygłaszała liczne odczyty, przy okazji „startu w wyborach” założyła Związek Uprawnienia Kobiet we Lwowie. Upominała się nie tylko o kobiety. Agitowała na rzecz polskiej niepodległości i przyjaznych stosunków polsko-ukraińskich. Angażowała się tak mocno, że Maria Konopnicka zaczęła się o nią poważnie martwić. „Dulębianka z wypiekami na twarzy, nie je, nie śpi, tylko pakuje w siebie brom, który jej nic nie pomaga” – pisała.

Przyjaźń Dulębianki i Konopnickiej jest jedną z najżywiej komentowanych relacji polskiego świata artystów. Jedni badacze twierdzą, że przez 20 lat były partnerkami życiowymi. Inni, że łączyła je relacja nauczycielka-uczennica, że Konopnicka była dla Dulębianki mentorką i najlepszą przyjaciółką. Fakty są takie, że poznały się w 1889 roku, od pewnego momentu razem mieszkały (niektórzy zaznaczają, że w osobnych pokojach) i pracowały. Wspólnie odbyły podróże po Włoszech, Austrii, Niemczech, Szwajcarii i Francji. Często podróżowały rowerami, co jak na owe czasy było bardzo nietypowe i wymagało od pań nie lada wysiłku.

Maria Konopnicka i Maria Dulębianka na werandzie dworku w Żarnowcu,
źródło: Zbiory Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu,
myvimu.com

Konopnicka mocno wspierała Dulębiankę w jej politycznych i społecznych inicjatywach. Nazywała swoją młodszą o 20 lat towarzyszkę „Pietrkiem”. Nic dziwnego, Dulębianka nosiła się po męsku. Nie wdziewała co prawda spodni, co na ówczesne warunki było czymś dalece zdrożnym, ale obcięta była na krótko, nosiła męski żakiet i bluzki z mankietami podobne do męskich koszul. Rozpoznawana była także ze względu na swoją długą, prostą spódnicę, męskie krawaty i pince-nez, czyli szkła trzymające się na nosie za pomocą sprężynki, z długim czarnym sznureczkiem wokół szyi.

W 1911 roku żywo protestowała przeciwko oderwaniu Chełmszczyzny i wcieleniu tej części Polski do Rosji. Zorganizowała też komitet mający na celu przeciwdziałanie tej grabieży. Redagowała „Głos kobiet” poświęcony sprawie równouprawnienia. Publikowała w „Nowym Słowie” i „Kurierze Lwowskim”. Do końca swoich dni realizowała swoją misję. Zmarła młodo, 7 marca 1910 roku, mając 58 lat. Zaraziła się tyfusem w obozie dla polskich jeńców wojennych wziętych do niewoli przez Ukraińców podczas trwającej wtedy wojny polsko-ukraińskiej.

W dwa miesiące po śmierci Marii Dulębianki, tak żegnano ją na łamach prasy („Na posterunku” maj 1919):

„Ofiarą patryotycznego obowiązku, stała się Marya Dulębianka, jedna z najwybitniejszych kobiet, kończącego się okresu naszych dziejów. Różnostronność uzdolnień, subtelność i głębia uczuć, prawość i szlachetność charakteru Maryi Dulębianki, śmiałość jej przekonań i siła poczucia godności ludzkiej sprawiły, iż Marya Dulębianka, utalentowana malarka i literatka, nie ześrodkowała swej mocy twórczej w żadnym z posiadanych talentów, a więc i nie zdobyła rozgłośnej sławy artystycznej, ale stała się przedewszystkiem gorącą i śmiałą Działaczką-Patryotką, Rzeczniczką obywatelskiej równości kobiet.”

skłodowska

Skłodowska-Curie nie mogła, a Ty możesz!

Po raz pierwszy Maria Skłodowska wyjeżdżała z nieistniejącej Polski, bo jako kobieta nie mogła tu studiować. Wróciła z francuskim dyplomem, chcąc podjąć pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na nic zdał się dyplom z Sorbony, na nic zdał się jej genialny mózg. Po raz drugi z płaczem opuszczała Kraków, odmówiono jej bowiem pracy tylko ze względu na to, że była kobietą. A dziś współczesny świat myśli, że ta dwukrotna zdobywczyni nagrody Nobla, pierwsza kobieta, która w dowód uznania dla jej zasług naukowych spoczęła w paryskim Panteonie, była Francuską…

Sto lat temu wraz z odzyskaniem niepodległości, swoją niezależność zaczynały zyskiwać polskie kobiety. Powoli słabną już głosy komentujące setną rocznicę odzyskania niepodległości i nowoczesność państwa polskiego, a tym samym głosy przypominające o uzyskaniu przez Polki zarówno praw wyborczych, jak i wielu innych, dziś zdawałoby się zupełnie podstawowych i niekwestionowanych praw. Współczesne młode kobiety nie są w pełni świadome, ile zawdzięczają kobietom sprzed 100 lat; ile kobiety te musiały poświęcić, jak wyglądało ich życie, co musiały, a czego nie mogły w swoim życiu realizować i uprawiać. Zamiast marzeń realizowanie powinności wobec męża i dzieci, zamiast polityki uprawianie ogrodów.

Jako portal bazujący na dziedzictwie tych kobiet, na ideologicznym spadku środowiska “Kobiety współczesnej” i wielu innych dawnych czasopism kobiecych, bojowniczek o naszą wolność i niezależność, nie możemy nie wspominać o takich kulturalnych inicjatywach, jak mającej obecnie miejsce w Krakowie wystawie prezentującej historię walki o NASZE prawa wyborcze. Przedstawia ona przede wszystkim najważniejsze działaczki na rzecz praw polskich kobiet, a także kilka krakowskich emancypantek, którym i u nas poświęcimy kilka słów.

Wystawa ta jest dla nas niezwykle istotna przede wszystkim z jednego punktu widzenia – pokazuje, jak wiele kobiety te poświęciły, nie tyle dla idei niezależności i równouprawnienia, ale dla NASZEGO LEPSZEGO, CODZIENNEGO ŻYCIA. O ile słyszymy w szkole o kilku emancypantach-pisarkach (Żmichowskiej, Orzeszkowej, Konopnickiej) o tyle reszta heroin kobiecej niepodległości została przez ogół całkiem zapomniana. Najwyższa pora na wydobycie kilku z nich z czeluści zbiorowej niepamięci! Tym bardziej, że jako współczesne kobiety wykształcone, realizujące swoje życiowe cele i marzenia, jako niezależne bizneswomen, które starają się łączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym, doskonale powinnyśmy sobie zdawać sprawę, jak wiele czasu, energii, poświęcenia, samozaparcia, przekonania i wiary w realizowane postulaty musiała mieć każda z nich. Zatem nie przedłużając, jako pierwszą przedstawiamy Wam –

Kazimiera Bujwidowa –

krakowska bojownica o edukację Polek

(1867-1932)

Człowiekiem się czuję, więc ludzkich praw żądam!

Najwybitniejsza krakowska (choć urodziła się w Warszawie) działaczka emancypacyjna. Została wcześnie osierocona przez matkę, dlatego już jako młoda dziewczyna dotkliwie odczuła, co to znaczy być zależną. Od starszych, od pieniędzy i społecznych ustaleń. Zdolna, ambitna i bardzo inteligentna, chciała dalej się kształcić – nie mogła, bo w nieistniejącej Polsce kobietom studiować nie było wolno, na studia za granicą nie pozwoliła jej prawna opiekunka, na samodzielny wyjazd nie miała pieniędzy. Zaczęła uczęszczać na nielegalny Uniwersytet Latający, pracować jako laborantka u boku znanego później bakteriologa, za którego wychodzi za mąż. I pomimo że pracuje u jego boku (!)i ze względu na propozycję pracy dla męża (!) przenosi się do Krakowa, są dobranym małżeństwem o podobnych nowoczesnych zapatrywaniach na otaczający ich świat.

Dlatego ich przyjazd do konserwatywnego od wieków i chyba na wieki Krakowa wywołuje małe zamieszanie. Kazimiera nie dość, że otwarcie deklaruje bezwyznaniowość, utrzymuje bliskie kontakty ze środowiskiem socjalistycznym i feministycznym, to jeszcze zostaje liderką ruchu emancypacyjnego w Krakowie. Jest bezkompromisowa. Głośno rozpowiada, że małżeństwo powinno opierać się na partnerstwie, a kobiety powinny wychodzić za mąż nie wcześniej niż przed ukończeniem 24-ego roku życia ze względu na odbycie edukacji i osiągnięcie większej dojrzałości emocjonalnej.

Okazuje się, że dzięki wywieranej presji, można osiągnąć zadziwiająco wiele. Na Kongresie Pedagogicznym we Lwowie wygłasza przemowę, oburzając się, że kobiety nie mogą normalnie studiować, mogą uczestniczyć w zajęciach jedynie jako wolne słuchaczki, na co z założenia czas i pieniądze mają tylko nieliczne kobiety z wyższych sfer. Dzięki niej na kongresie zostaje uchwalony wniosek popierający dostęp kobiet do wyższej edukacji. Nieprzerwanie pracując wraz z mężem w laboratorium, edukuje i nawołuje do zmian. Nakłania 50 kobiet do napisania oficjalnej prośby o przyjęcie na studia na Uniwersytet Jagielloński. Dzięki jej naciskowi rektor najstarszej polskiej uczelni wyższej podejmuje historyczną decyzję i jeszcze tego samego 1894-ego roku, przyjmuje na studia trzy kobiety. Co prawda i tak nie są na równych prawach z mężczyznami, nie mają bowiem prawa do dyplomu, mają za to obowiązek chodzić do każdego profesora i pytać o zgodę na udział w jego wykładach, jest to jednak milowy krok w uzyskaniu przez kobiety dostępu do wyższej edukacji

Kazimiera Bujwidowa ze swoją córką w laboratorium przy ulicy Lubicz, Kraków 1918 rok; źródło: Muzeum Odona Bujwida w Krakowie via historiaposzukaj.pl

Wydawać by się mogło z dzisiejszego punktu widzenia, że wykształcona, obyta, zarówno damska, jak i męska część krakowskiej elity powinna przyklasnąć tej światłej inicjatywie Bujwidowej. Otóż nie! Jeden z wybitnych chirurgów, którego imienia szpital mamy obecnie w Krakowie, Ludwik Rydygier, pisał w 1895 roku: „Biorąc rzecz zasadniczo, to równouprawnienie kobiet z mężczyznami jest nonsensem, bo się sprzeciwia odwiecznym prawom natury. […] Precz więc z Polski z dziwolągiem kobiety-lekarza!”. Mąż Kazimiery, Odo Bujwid, zapisał nawet we wspomnieniach: „Profesor Rydygier, oburzając się na nasze reformatorskie poglądy w kwestii kształcenia kobiet, powiedział: «Prędzej mi włosy na dłoni wyrosną niż kobiety zaczną w naszym uniwersytecie studiować»”. Zaczęły, a wyszczekana Bujwidowa nie omieszkała na jednym z zebrań, na które przyszedł Rydygier, zagadnąć go o owłosione dłonie.

Kazimiera była praktyczna i życiowa. Szybko zorientowała się, że niektórzy mężczyźni głośno nie oponują, ponieważ zdają sobie sprawę, że warunkiem zaporowym dla kobiet, które chcą studiować jest… matura. Młode kobiety nie miały jej gdzie zrobić, ponieważ żeńskie szkoły do niej nie przygotowywały. Kobiety i mężczyźni mieli wtedy odrębne programy nauczania, mężczyzn przygotowywano do studiów i dalszej kariery, kobiety uczyły się… prowadzić dom. Bujwidowie zakładają więc pierwsze żeńskie gimnazjum na ziemiach polskich, które uczy według równorzędnego gimnazjom męskim programu i pozwala na zdanie matury. Cztery lata później Kazimiera dostarcza krakowskim sceptykom i niedowiarkom 21 dowodów z krwi i kości na to, że można – 21 dziewcząt zdaje w Krakowie maturę.

Pierwsze polskie studentki Pierwsze Polki na uniwersytecie na ziemiach polskich, od prawej: Janina Kosmowska, Jadwiga Sikorska, Stanisława Dowgiałłówna,
źródło: Muzeum Farmacji UJ.

Bujwidowa czynnie uprawiała zawód biolożki, angażowała się w inicjatywy feministyczne, ruchy oświatowe, zakładała i budowała. Pisała dla “Steru”, dwutygodnika poświęconego prawom ówczesnych kobiet, zakładała bezpłatne czytelnie dla młodzieży. Była współorganizatorką i prezeską krakowskiej Czytelni dla Kobiet. Było to ważne miejsce na kulturalnej i oświatowej mapie Krakowa. Wraz z drugą krakowską emancypantką Marią Siedlecką, Bujwidowa gromadziła tam książki, organizowała odczyty, wykłady, pogadanki, a także kursy. Z książek, czasopism liberalno-demokratycznych, gazet obcojęzycznych korzystać mógł każdy, jednorazowa opłata wynosiła 10 centymów, stałe członkostwo wynosiło miesięcznie trzy razy więcej. Jak informowano na łamach lwowskiego “Steru poniedziałkowa działalność Czytelni była starannie opracowana i dość intensywna: “W pierwszy poniedziałek miesiąca omawiane będą kwestie literatury i sztuki, w drugi (…) polityka i higiena, w trzeci (…) pedagogika oraz ekonomia, a w czwarty kwestia kobieca”.

Bolesław Drobner pisał o niej w swoich pamiętnikach tak: “Konserwatywny cnotliwy Kraków bał się profesorowej jak ognia, a jej nie zdołałoby nic powstrzymać od wyrażenia swej opinii, gdy to uważała za wskazane. Rozumowała bardzo logicznie, a przemówienia zwykła zaprawiać swoistym ciętym dowcipem”.

Ta radykalna inteligentka i skrajna idealistka dopiero pod koniec życia uświadomiła sobie, że niektóre z jej postulatów i planów były całkowicie nierealne i niemożliwe do zrealizowania. Załamała się psychicznie. Jej stan pogarszała postępująca choroba. Odsunęła się od życia publicznego i zamknęła w kręgu spraw rodzinnych. Zmarła w 1932 roku, na szczęście nie doświadczywszy wojennej zawieruchy.

cocomain

Czego nie mówi się o Coco Chanel? – zadziwiająca prawda o legendarnej projektantce

Nie zdając sobie sprawy z tego, że jednym zdaniem opisuje całe życie Coco Chanel, Gaston Defferre, członek francuskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej, podsumował kiedyś kolaborujących z Nazistami Francuzów w takich oto słowach: Bogaci, sprytni, mający dobre znajomości uniknęli kary – wrócili po burzy…

Dla Gabrielle Chasnel, znanej później całemu światu jako Coco Chanel, współczesnej ikony mody, ozdoby paryskich salonów, uosobienia dobrego smaku Francji, burza trwała przez 80 lat jej życia. Wcześnie osierocona przez matkę, podrzucona przez ojca do sierocińca, przydzielona do pracy jako szwaczka, marnie śpiewająca do kieliszka szampana w kawiarni, w wieku 23 lat została utrzymanką bogatego francuskiego przemysłowca Étienne’a Balsana, który odmienił jej życie. Zdradziła go po dwóch latach z jego przyjacielem, Arthurem Capelem. Romans z przystojnym i bogatym angielskim arystokratą dał jej nie tylko 11 lat szczęścia, ale i całkiem wymierne korzyści, które Capel finansował – między innymi pierwszy sklep i pracownię kapeluszy Chanel, wieloletnią edukację siostrzeńca Coco oraz całkiem pokaźny zapis, który odziedziczyła po jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Chanel i wielki książę Rosji, Dymitr Pawłowicz Romanow, znany z udziału w zabójstwie Rasputina. Uciekł do Francji, zabierając ze sobą zbiór drogich kamieni, w tym sznury pereł, które wkrótce wylądowały na szyi jego paryskiej kochanki.

Chanel zbiła fortunę na ubieraniu bogatych kobiet w kosztowną prostotę, którą podpatrzyła w szafach swoich kochanków. Rozpoczęła modę na opaleniznę, perfumy i odważniejsze odkrywanie nóg czy ramion. Ubrała kobiety w spodnie i garnitury, ponieważ dzięki uprawianiu typowo w tamtym czasie męskich sportów, a więc jeździectwa i narciarstwa, doskonale wiedziała, że współczesnej kobiecie wyzwolenie z gorsetów pozwoli na nieskrępowanie, niezależność i wygodę.

W 1918 roku, a więc w czasie zakończenia największego do tego czasu konfliktu zbrojnego w Europie, klientki Chanel płacąc 7 000 franków za sukienkę (równowartość dzisiejszych ~3500 dolarów), w zasadzie sfinansowały jej zakup luksusowej willi w Biarriz. Zakupiła ją za 300 000 franków w złocie (dziś około 150 milionów dolarów). Najbogatszy kochanek, książę Westminsteru obdarowywał ją dziełami sztuki, drogimi kamieniami, domem w Mayfair i pięcioakrową działką w luksusowym miasteczku między Mentoną a Monte Carlo. Wspólnie wybudowali tam willę, której równowartość wynosiła w 2010 roku 12 milionów. W 1930 roku, a więc w szczytowym okresie krachu ekonomicznego w Stanach, otrzymała od Goldwyna mniej więcej 14 milionów dolarów za spędzenie w Hollywood kilku tygodni i zaprojektowanie garderoby dla jego aktorskich gwiazd. W 1931 roku, a więc kiedy Chanel dobijała do pięćdziesiątki, Jannet Flanner pisała dla „New Yorkera”, że francuska projektantka mody „co roku próbuje nie tylko pobić konkurencję, ale także samą siebie. Podano do publicznej wiadomości, że jej ostatnie roczne interesy wyniosły sto dwadzieścia milionów franków, czyli niemal cztery i pół miliona dolarów (dzisiaj 60 milionów). Chanel nigdy nie chce rozmawiać, nie udziela wywiadów, do niczego się nie przyznaje i sprytnie rozdziela pieniądze pomiędzy różne banki w wielu krajach, nie można dokładnie obliczyć fortuny, jaką zebrała. Według pogłosek w londyńskiego City, może to być około trzech milionów funtów (dzisiaj około 230 milionów dolarów), co we Francji, a zwłaszcza dla kobiety jest olbrzymią sumą.

Londyn, 1938, źródło: Getty Images/ aut.: Cecil Beaton/Condé Nast

Uzależniona od morfiny, opuszczana przez kolejnych kochanków, cały czas zachowywała klasę i młodzieńczą urodę. Od momentu wyjazdu do Ameryki zaczęła okłamywać świat odnośnie swojego wieku. Na sam początek odjęła sobie 6 lat, wpisując na liście pasażerów luksusowego liniowca zmierzającego do Nowego Jorku rok urodzenia 1889 (zamiast 1883), w późniejszych latach odjęła sobie jeszcze cztery. Tego rodzaju drobne kłamstewka i tajemnice były jednak uwielbianej Coco wybaczane. Francja nie wybaczyła jej tylko jednego – zagorzałego antysemityzmu, który przerodził się w „horyzontalną kolaborację”.

W wieku 57 lat Chanel rozpoczęła swój ostatni wielki romans. W 1940 roku, w momencie kiedy Hitler zdążył już zgnieść Polskę, napaść na Danię i Norwegię, w 6 dni zająć całe Niderlandy i wkroczyć do Paryża, Coco zakochała się oficerze niemieckiego wywiadu wojskowego, który przez następne kilka lat regulował jej stosunki z nazistowskimi dostojnikami w Paryżu i Berlinie. W 1941 roku tak jak połowa Europy Chanel otrzymała swój numer – w berlińskim rejestrze zaczęła funkcjonować jako agentka F-7124. Tyle tylko że nie umierała przez niego w obozach, a między innymi dzięki niemu bywała na kolacjach, gdzie „szampan lał się strumieniami”. Znajomości wykorzystała do wyciągnięcia siostrzeńca z obozu jenieckiego, mieszkania w najbardziej prestiżowym hotelu Paryża okupowanym na specjalnych warunkach przez Niemców oraz do pozbawiania wspólników udziałów ze sprzedaży najbardziej chyba znanych na świecie perfum Chanel no 5. Próba wykorzystania swojego aryjskiego statusu w prywatnej walce o odzyskanie perfumeryjnej własności zdaje się przekreślać jakiekolwiek próby bronienia jej przed powojenną nagonką na kolaborujących z Niemcami Francuzów. Nie można zapomnieć o jej wielu dobrodziejstwach, przede wszystkim finansowym wspieraniu rodziny i szerokiego grona przyjaciół, niemniej jednak nie można odmawiać jej też na tyle dużej dozy inteligencji, sprytu i obycia, żeby nie była świadoma, w co się zaangażowała i za jaką cenę. Chanel musiała też wiedzieć o obławach na paryskich Żydów, choć zdawało się, że dzięki miłości żyje w zupełnie innym świecie. W 1998 roku John Updike napisał w „New Yorkerze”, że „wszystkie dowody świadczą o całkowitej obojętności Chanel na los jej żydowskich sąsiadów czy na wyrzeczenia i upokorzenia będące udziałem przeważającej liczby paryżan.”

Coco paląca z Salvadorem Dali, 1938 r. źródło: reedit.com

Gdyby w tamtych czasach istniały komórki, Chanel miałaby chyba najbardziej oszałamiającą listę kontaktów na swoim iphonie. Nie tylko bawiła się na przyjęciach z Sertem i jego żoną Misią, Strawińskim, Picassem, Cocteau, Lifarem, Diagilewem i Reverdy’m, nie tylko podejmowana była przez ówczesne gwizdy Hollywood, nie tylko była kochanką arystokratów i następców tronów, przyjaźniła się także z samym Churchillem, który prawdopodobnie uratował ją po jej aresztowaniu w dwa tygodnie po wyzwoleniu Paryża. W 1944 roku mimo napiętych stosunków pomiędzy chyba wszystkimi państwami świata, pomimo presji Stanów, by zaatakować Francję i uciszyć Stalina, Churchill na prośbę Chanel poświęcał swój cenny czas i uwagę ratowaniu przyjaciółki Coco, Very Lombardi, która uwięziona była jako szpieg we Włoszech.

Pierwszy powojenny pokaz Chanel odbył się 5 lutego 1954 roku. Na początku z problemami, ostatecznie wróciła z powodzeniem na światowe salony modowe. Jak pisze Hal Vaughan, autor książki „Coco Chanel. Sypiając z wrogiem”, szczytowy okres kariery Coco nastąpił osiem miesięcy przed jej śmiercią. Jej wielbicielką była m. in. żona francuskiego prezydenta, Claude Pompidou.

Chanel przez całe życie twierdziła, że chce być niezależna od mężczyzn. I być może wcale nie wyklucza to potrzeby kochania, którą odczuwała równie mocno. Powiedziała kiedyś, że „bez względu na wiek kobieta niekochana jest zgubiona; jeśli nie jest kochana, równie dobrze może umrzeć”. Sama kochała, a zdaje się, że i ją kochano równie mocno. W ostatnim epitafium jeden z mężczyzn jej życia, francuski poeta Pierre Reverdy, napisał:

Jeśli będziesz potępiona

Lub będzie ci przebaczone

Wiedz, że jesteś kochana

Kochana i zapamiętana. Rację miał historyk znad Loary André Malraux, który stwierdził, że z francuskiego XX stulecia pozostaną dla potomnych trzy postaci: de Gaulle, Picasso i Chanel właśnie. Imperium przez nią stworzone ma się bardzo dobrze pod wodzą Karla Lagerfelda, perfumy Chanel no 5 to zapachowy hit już niemal od stu lat, a za noc (!) w jej apartamencie w hotelu, w którym spędziła 30 lat życia, zapłacić dziś trzeba 25 tys. euro. A to wszystko dlatego, iż Mademoisselle nie tworzyła mody; Coco Chanel stworzyła styl, a jak sama mawiała – „moda przemija, a styl pozostaje”.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki: „Coco Chanel. Sypiając z wrogiem” Hal Vuaghan (Wydawnictwo Marginesy, przekład: Hanna Pawlikowska-Gannon, data wydania: 23.10.2013, liczba stron: 336).

zoskamain

O tej, która wino z dzbana pijała – słowo o Zośce Stryjeńskiej

Zofia Stryjeńska z domu Lubańska, żyjąca w latach 1891- 1976, polska malarka, grafik, projektantka zabawek, tkanin, plakatów, ilustratorka, pisarka, scenografka, reprezentantka art déco, która interesowała się boksem; żona znanego i zasłużonego architekta Karola Stryjeńskiego, kochanka jednego pisarza i innego bon vivanta, matka trójki dzieci, niespokojny duch, autorka podręcznika do savoir-vivre’u, kompanka Boya-Żeleńskiego przy kieliszku wina w „Ziemiańskiej”, przyjaciółka Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, bliska znajoma Grydzewskiego i Leśmiana, odważna, nieobliczalna, ze wszech miar warta pamięci.

Jam jest Tadeusz Grzymała

Urodziła się w Krakowie na 9 lat przed końcem XIX stulecia. Wszystkie źródła na jej temat podają, że od dziecka dużo malowała i rysowała. Talent i natchnienie towarzyszyły jej więc od najmłodszych lat, dlatego też po krótkim epizodzie pracy jako telefonistka na poczcie, uczęszczała do prywatnej szkoły sztuki dla kobiet Marii Niedzielskiej (na co na szczęście stać było jej rodziców; jej ojciec był prezesem Izby Handlowej oraz właścicielem sklepu galanteryjnego przy ulicy Świętej Anny 2 i kilku innych kamienic). Z tego okresu zachowało się jedynie kilka szkicowników z rysunkami. Kraków stał się chyba jednak dla niej za ciasny i zbyt prowincjonalny po odbytej wraz z ojcem podróży przez Austro-Węgry do Włoch. Spakowała się po raz kolejny, ukradła dokumenty brata i, podając się za niego, 1 października 1911 roku została studentem Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Wybór logiczny, lecz niesamowicie odważny, skoro jak sama pisała: Stefuś skończył konserwatorium i zaczął zarabiać muzyką, grając w orkiestrze i chórach kościelnych, Maryla i Janka zostały jeszcze w szkołach, a ja zgoliłam głowę do skóry i w ubraniu męskim Tadzia i za jego papierami pojechałam zapisać się do Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdyż uznawano wtedy tę uczelnię za najtrudniejszą i najlepszą. Maskarada moja była o tyle konieczna, że ani w Akademii monachijskiej, ani w ogóle na wyższych uczelniach kobiet wtedy nie przyjmowano. Warszawska Szkoła Sztuk Pięknych przyjmowała co prawda w tym czasie kobiety, ale nie ma się co dziwić, że Zocha – zdolna i ambitna bestyja – chciała do najtrudniejszej i najlepszej akademii, by studiować pod okiem takich osobistości jak Hugo von Habermann, Fritz Burger czy Gabriel von Hackl. Po jakimś czasie koledzy ze studiów zaczęli niestety podejrzewać, że z Tadeuszem jest coś nie tak i po roku życia z dala od rodziny Zocha wróciła do rodzinnego Krakowa.

Zaznaczona na zdjęciu Zofia Stryjeńska podająca się za Tadeusza, Akademia Sztuk Pięknych w Monachium, 1911/12, źródło: domkulturysm.pl

Proszę mi nie przeszkadzać!

Już dwa lata później – ma 22 lata! –  na łamach krakowskiego „Czasu” znany krytyk sztuki Jerzy Warchałowski opisuje jej prace. To dla niej czas rozwoju i dopracowywania własnego stylu. Staje się rozpoznawalna w gronie krakowskiej śmietanki towarzysko-artystycznej, zaczyna przyjaźnić się z siostrami Kossakównymi (Magdaleną Samozwaniec i Marią Pawlikowską-Jasnorzewską). Z początkiem znajomości tych trzech kobiecych ikon dwudziestolecia wiąże się mała legenda. Dziewczyny poznały się jakoby w ten oto sposób, iż – jak przytacza w biograficznej książce Kuźniak – w pewnym momencie w willi Kossaków, gdzie dwie siostry same spędzały wieczór, nagle zaczął grać fortepian. Zbiegły na parter, by zobaczyć zasiadającą za instrumentem Stryjeńską – jakieś zabawne stworzenie z murzyńską kręconą czupryną i wspaniałymi ognistymi ciemnymi oczami – która przedstawiła się w te oto słowy: Jestem Zofia Lubańska. Ten domek mi się spodobał, więc weszłam przez werandę i gram sobie na fortepianie. Proszę mi nie przeszkadzać.

Dzięki pobytowi w Monachium zrodziło się w niej zainteresowanie baletem i tańcem. Zetknęła się tam ze środowiskiem awangardy „Błękitnego jeźdźca” skupionej wokół Wasilija Kandinsky’ego i przeżyła swoją pierwszą większą (platoniczną) miłość do kontrowersyjnego tancerza Aleksandra Sacharowa, który przeciwnie niż ona paradował po ulicach Monachium w damskich strojach. Fascynacja ta zaowocowała serią rysunków o życzeniowej chyba nazwie Romans z życia nieznanego artysty. Co ciekawe Stryjeńska portretuje się na nich jako… pastuszek☺. Odtąd jedną z cech charakterystycznych stylu Stryjeńskiej będzie ekspresja, rytm, witalność. Malowane przez nią postaci niemal zawsze już przedstawiane będą w ruchu, przede wszystkim tańcząc lub wykonując codzienne czynności, a towarzyszyć im będą spadający kaskadą wodospad, falująca w biegu spódnica, płomienie ogniska czy promienie zachodzącego słońca.

Zofia Stryjeńska, Piast (Aniołowie u Piasta), dat. między 1932 a 1936, źródło: mnk.p

Powrót do rodzinnego Krakowa, gdzie niemal całe dzieciństwo spędziła, przechadzając się z ojcem po Rynku i obserwując tętniące tam życie, zaowocował potrzebą wyrażenia się w inny artystyczny sposób. Stryjeńska stworzyła cykl 18 bajek opartych na ludowych i historycznych wątkach i motywach. Jak przypomina Piotr Łopuszański, Stryjeńska pisała swoje teksty pismem wzorowanym na stare druki i opatrzyła je ilustracjami. Całość została zakupiona przez znanego mecenasa sztuki, hrabiego Edwarda Tyszkiewicza, za 3 tysiące koron. Nie możemy dziś niestety podziwiać obrazowej wersji opowieści o Maćku Roztropku, kwiecie paproci czy dwóch braciach Okpile i Biedzile, ponieważ oryginalne plansze uległy spaleniu na Wołyniu w czasie wojny.

Wraz z Wyspiańskim i Leśmianem chyba najżywiej i najbardziej dociekliwie interesowała się polskim folklorem i historią. Nie tylko potrafiła opisać i wymienić części niemal wszystkich strojów ludowych, nie tylko znakomicie orientowała się w słowiańskiej mitologii, ale interesowała się także odkryciami archeologicznymi. Dlatego gdyby koniecznie trzeba było skrótowo określić i opisać prace Stryjeńskiej i charakteryzujący je styl, w tej artystycznej kompilacji nie mogłoby zabraknąć takich sformułowań jak: feeria barw, żywiołowa ludowość, klimat archetypiczno-baśniowy, dynamiczność, słowiańskość, wyidealizowana, pokolorowana piastowska przeszłość, ruch i obfitość szczegółów. Zwolennicy malarstwa „polskiej Fridy Kahlo” mówią o indywidualności podejścia do ludowej egzotyki, o specyficznej zmysłowości, wręcz nawet cielesności, łamaniu konwencji. Przeciwnicy jej twórczości oceniają ten styl jako jarmarczny, przerysowany i kiczowaty. Jedną z najbardziej sprawiedliwych ocen wydaje się chyba opinia Iwony Chojnackiej z Polskiej Akademii Umiejętności, która o tańczących przy ognisku zbójnikach i góralach, rozchełstanych babach, słowiańskich bożkach i jaskrawych obrzędach pisała: Kompozycję jej rysunków uważano za niepoprawną, nieuporządkowaną, poplątaną w płaszczyznach i punktach widzenia, ale właśnie te wady nadały rysunkowym dynamizm, komizm, oryginalność i charakterystyczne dla jej twórczości cechy: nieokiełznaną dzikość ruchu, wręcz wrzaskliwość kolorów przeplataną humorem, który uzewnętrznia w wyrazach twarzy i gestów.

Zofia Stryjeńska, Puszczanie wianków na Wiśle, ok. 1950-52, źródło: klimatwarszawy.pl

Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! Zwal na mnie cierpienie moralne o tysięczne gorycze – …

Po wybuchu I wojny Stryjeńska wciąż intensywnie działa. Uczestniczy między innymi w Warsztatach Krakowskich Miejskiego Muzeum Techniczno-Przemysłowego, na których poznaje Karola Stryjeńskiego – swojego przyszłego męża. Architekta z ze znanej krakowskiej rodziny, społecznika o niebieskich oczach i blond włosach, w którym zakochuje się bez pamięci. Miłośnika Zakopanego i projektanta wnętrz, który za jakiś czas umieści ją w zakładzie dla obłąkanych. Sama malarka okres narzeczeństwa opisywała w pamiętniku jako czas wspólnych spacerów, pierwszego pocałunku, jakiś białych róż od Karola, po czym nocnych westchnień przy księżycu, wreszcie daty ślubu w sekrecie przed światem. Żenią się 4 listopada 1916 roku. Mieszkają w kamienicy z widokiem na Wawel. Są sobą zauroczeni i zakochani. Karol nazywa Zofię swoim „czupiradełkiem”, ona zaczyna się przy nim otwierać, bawić, z chęcią wkracza w środowisko znajomych męża, poznaje Skoczylasa, Witkacego, Reymonta, Żeromskiego, Kunę, poetów Skamandra. Malowana przez nią przez całe życie sielanka nie trwa jednak w ich życiu długo. Po niedługim czasie okazuje się, że w ich przypadku totalna odmienność charakterów prowadzi do gwałtownych kłótni, skandali, nieszczęść. Hanna Ostrowska-Grabska opisywała młode małżeństwo jako stanowiące wielki kontrast. Córka poetki Bronisławy Mierz-Brzezickiej i rzeźbiarza Stanisława Ostrowskiego nakreśliła ich porter w ten oto sposób: Zofia – trochę kanciasta, pospieszna, milkliwa, napięta, z wielką ciemną, jakby kędzierzawą czupryną, spadającą na oczy – i Karol, promieniejący urokiem, wdziękiem, o czarującym sposobie bycia. Zośka dzika, indywidualistka, potrzebująca samotności, on dusza towarzystwa, która musi się bawić i flirtować. Kiedy w 1921 roku przenieśli się do Zakopanego na 6 lat, bo Karol został tam dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego, zaczęło dochodzić do otwartych konfliktów. Podczas kłótni Zocha drze swoje rysunki, bo uważa, że to je mąż kocha bardziej od niej. Po Zakopanym krążą pogłoski, że śledzi męża. Raz miała nawet przyłapać go z kochanką, napaść na nią, zadrapać jej dość mocno policzki, a potem przez dłuższą chwilę ukrywać się w pobliskiej od zajścia kosodrzewinie. Podobno kiedyś też pocięła Karolowi frak, gdy wybierał się na spotkanie z inną kobietą. Bo faktycznie ją zdradzał, to akurat nie było żadnym wymysłem.

Zofia Stryjeńska, Na góralską nutę, Warszawa 1930, źródło: Wydawnictwo Naukowe PWN

Dwa razy za jego sprawą została umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Sensacje i plotki, których stała się główną bohaterką lotem błyskawicy rozprzestrzeniały się od Zakopanego przez Kraków aż do Warszawy: Porwanie to nastąpiło około godz. 10 wieczorem – informuje „Kurier Czerwony” – kiedy p. Stryjeńska zajęta była wykańczaniem kartonów autoligrafii  „Tańce polskie”. Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski [jak się okazało – dobry znajomy Karola Stryjeńskiego] w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono. Krakowski sąd uznaje, że Stryjeńska nie jest niepoczytalna i jednak nie cierpi na umysłową chorobę. W 1929 roku rozwodzą się. Trójka dzieci, której w międzyczasie zdążyli się dorobić (córka Magdalena i dwóch synów bliźniaków Jan i Jacek) zostaje z ojcem. Stryjeńska wyjeżdża do Warszawy. W 1929 roku wychodzi ponownie za mąż za aktora Artura Sochę. Zmienia dla niego wyznanie na ewangelickie, a on zaraża ją syfilisem (prawdopodobnie, choć niektórzy sugerują późniejszego kochanka). Trzy lata później, 21 grudnia 1932 roku niespodziewanie na udar mózgu umiera Stryjeński. Zocha po kilku latach ponownie się rozwodzi. Zaangażuje się jeszcze w kilka relacji, również w tą z Arkadym Fiedlerem, podróżnikiem i pisarzem, autorem znanego na całym świecie Dywizjonu 303.

Była „księżniczką polskiego malarstwa”, lecz swoje obrazy nie raz musiała sprzedawać za bezcen. Swego czasu ona ścigała przez Zakopane Karola, potem ją ścigali dłużnicy i komornik. Nie miała szczęścia w miłości, ani jeżeli chodzi o pieniądze. Wymodliła – nie zaznała ani dobrobytu, ani szczęścia rodzinnego, spokoju ni przyjaźni, która ratowałaby ją przed podejmowaniem nierentownych decyzji. Wojnę spędziła w Krakowie, ratując się przed biedą prowadzeniem biura matrymonialnego i sklepu z obranymi ziemniakami. Po wkroczeniu Sowietów do Krakowa wyjechała jednym z ostatnich pociągów. Mieszkała w Belgii, Francji, Szwajcarii, choć – jak wspomina jej wnuczka Martine – słabo mówiła po francusku. Wszystkie jej dzieci zamieszkały w Genewie, ona chciała jednak wyjechać do Stanów. Nie udało się i do końca życia pozostała na szwajcarskiej emigracji. Jak podaje Piotr Łopuszański, żyła w biedzie, chociaż syn Jan proponował, że kupi od niej jakiś obraz

Odnowiona polichromia Kamienicy pod Lwem w Warszawie, oryginalnie autorstwa Zofii Stryjeńskiej i Stanisława Ostrowskiego, źródło: http://zabytki.um.warszawa.pl

ale za to daj mi możność wypowiedzenia się artystycznego i sławę!

W 1922 roku Stryjeńska wstąpiła do Stowarzyszenia Artystów Polskich „Rytm”, dzięki czemu mogła wystawiać indywidualnie i zbiorowo na całym świecie. Jej prace można było podziwiać we Włoszech, Niemczech, Francji, Anglii, Szwecji, Austrii czy Holandii. Cały czas doceniana przez krytykę nie tylko tworzyła swoje najbardziej rozpoznawalne prace – cykl Bożków słowiańskich, cykl Młoda wieś polska, Sakramenty, Tańce polskie i Obrzędy polskie, ale uprawiała także malarstwo dekoracyjne. Wykonała freski w Muzeum Techniczno-Przemysłowym w Krakowie, polichromię sal w baszcie Senatorskiej na Wawelu, dekorację wnętrza winiarni Fukiera i cukierni Wedla w Warszawie oraz wnętrz MS „Batory” i „Piłsudski” – dwóch polskich bliźniaczych statków pasażerskich. Była wraz ze Stanisławem Ostrowskim autorką polichromii kilku warszawskich kamieniczek na Starym Mieście, między innymi polichromii Kamienicy pod Lwem. Ilustrowała Karmazynowy poemat Lechonia, Treny Kochanowskiego, Monachomachię Krasickiego, Sielanki Szymonowica, a wydanie z jej rysunkami do Rymów dziecięcych Iłłakowiczówny czy Jak baba diabła wyonacyła Tetmajera osiągnęły nie tylko bibliofilskie standardy, ale i przyzwoite ceny – dostępne na rynku egzemplarze Jak babawarte są około 2500 złotych.

Pocztówka przedstawiająca wnętrze Polskiego Pawilonu na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu w 1925 roku z fragmentem panneaux Cztery pory roku Zofii Stryjeńskiej, źródło: myvimu.com

Apogeum jej artystycznej sławy przypada na rok 1925, kiedy Stryjeńska bierze udział w Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu. Jej obrazy i gobeliny zdobią salę polskiego pawilonu. Przedstawiła na nich polską alegorię całego roku. Angelika Kuźniak przytacza w swojej książce taki opis nagrodzonego w Paryżu dzieła: Na przykład Styczeń i Luty – niby pióra mają na głowie – ale nie! To kwiaty mrozu, zmarzłego na szybach – a czapki ich to jakieś kryształy ogromne! Sierpień – to przecudna anielska postać z legendy, bohater – poeta – kochanek – artysta – bożek. Postacie są otoczone scenami z życia, obyczaju i pieśni ludowej. Tu wianki puszczają na wodę – ach, co to za woda – to fale stylizowane, zaznaczone tak, jak je mogli właśnie malować prymitywi. Wystawa ta była ogromny triumfem. Zarówno samej Stryjeńskiej, jak i całej polskiej ekipy. Zocha została nagrodzona czterema Grand Prix za malarstwo ścienne, plakat, tkaninę i ilustrację książkową. W sumie Polacy otrzymali 36 najwyższych nagród. Z 250 wyróżnień – aż 136!

Pawilon Polski na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu, 1925, na ścianie gobelin Zofii Stryjeńskiej Sobótka, źródło: http://cyfrowe.mnw.art.pl

Uważana przez Wallisa, Warchałowskiego i Tretera za najwybitniejszą polską malarkę międzywojnia. Księżniczka polskiego malarstwa, wariatka opętana „fiołem etnograficznym”, pustelniczka, bohaterka ogólnopolskich skandali i laureatka ogólnoświatowych nagród. Przeżyła dwie wojny i dwóch mężów. Znała najsławniejszych, najlepszych, najbardziej utalentowanych ludzi swojej epoki, a przez całe życie była niszcząco samotna. Już dawno nie natknęłam się na słowa napawające tak głęboki smutkiem, jak te z jej pamiętnika zapisane pod datą 1 stycznia 1934 roku: Wstrętna, ohydna samotność. Gęby ni do kogo otworzyć, nie ma z kim podzielić radości, gdy stworzy się coś dobrego. Nie ma z kim posmucić, powzdychać. Nie ma z kim iść do kina.

Znana, lecz później zapomniana. Jej obrazy tchną witalnością, energią, kolorem i ruchem, radosną emocją. Jej życie napawa refleksją, smutkiem, żalem. Zanim wyjechała z Monachium, poszła do kaplicy jednego z tamtejszych kościołów i modliła się w te oto przytoczone już słowa: Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! Zwal na mnie cierpienie moralne o tysięczne gorycze – ale w zamian za to daj mi możność wypowiedzenia się artystycznego  i sławę! Dużo bym dała, żeby ją zapytać, czy w ostatecznym rozrachunku nie były to słowa, których najbardziej w swoim życiu żałowała.

źródło: www.ipsb.nina.gov.pl

Nie zasługuje na niepamięć

Obok Tamary Łępickiej najwybitniejsza polska artystka-plastyk dwudziestolecia międzywojennego. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Legii Honorowej, wielkim złotym medalem za ilustracje książkowe na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 roku, srebrnym medalem na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Religijnej w Padwie w 1931, rok później złotym medalem na XVIII weneckim Biennale. Dwukrotnie – w 1919 i 1926 roku – wystawiano jej prace w warszawskim Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych, w 1921 roku w paryskiej Galerie Crillon, w 1927 roku w londyńskim New Art Salon, w 1932 w lwowskim Muzeum Przemysłu Artystycznego.

I wiele, wiele więcej… nie o odznaczenia jednak chodzi, gdy mówimy o Zofii Stryjeńskiej. Dla szerokiej publiczności nie liczą się tak naprawdę specjalistyczne wyróżnienia i tytuły sprzed lat, bo informują nas – zwykłych współczesnych śmiertelników tylko o tym, że ich laureatka została doceniona przez znawców kiedyś. I jak najbardziej to wcale dużo, lecz cóż z tego, skoro jedna z najzdolniejszych i najciekawszych polskich twórców nie jest tak naprawdę rozpoznawalna. Nawet jeżeli komuś obiło się dziś o uszy nazwisko Stryjeńskiej, to dopasowanie do nazwiska twarzy, do twarzy życiorysu, a do życiorysu choćby jednego dzieła, nie wspominając o charakterystycznym malarskim stylu, graniczy niemal z cudem.

Na szczęście o tej nietypowej kobiecie, której życiorys starczyłby spokojnie na biografie kilku innych bohaterek, zaczęto coraz głośniej mówić, zaczęto o niej pisać, ponownie wystawiać. W tym roku wydawnictwo BOSZ wydało przepiękny album z pracami Stryjeńskiej, w 2016 roku Angelika Kuźniak napisała o niej nominowaną do nagrody Nike książkę Stryjeńska. Diabli nadali wydaną w Wydawnictwie Czarne i założyła też „Zośce” profil na facebooku (bardzo ciekawy, w wolnej chwili koniecznie zerknijcie), a w 2008 roku Muzeum Narodowe w Krakowie zorganizowało monograficzną wystawę autorstwa Światosława Lenartowicza pokazywaną rok później także w Muzeach Narodowych Warszawy i Poznania.

Aleksandra Kałafut

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved