shutterstock_1455202499

Odwieczny problem ze wsi czy z miasta.

Mieszkam na wsi i bardzo lubię reakcję osoby pytającej mnie o miejsce mojego zamieszkania. Pytający patrzy i w oczach ma wypisane zdziwienie. Nie wiem czy nie pasuje do wyobrażeń, czy też inne okoliczności powodują opisaną reakcję. Moja znajoma na pytanie gdzie pani mieszka, udzieliła odpowiedzi na wsi i usłyszała: a nie wygląda pani! Zastanawiałyśmy się wtedy jak powinna wyglądać, żeby spełnić wyobrażenie pytającego.
Podobno większość Polaków ma wiejskie pochodzenie, trzeba tylko sięgnąć do historii pochodzenia rodziców i dziadków, dlaczego więc jest to powód do wstydu i tak zwanego „obciachu”.
Moje mieszkanie na wsi to wypadkowa wielu okoliczności. W 1995 roku kiedy pobraliśmy się z mężem, nie było 100 procentowych kredytów dla nieruchomości, deweloperów budujących wszędzie, a mieszkania na wynajem pozostawiały wiele do życzenia i było ich mało. Nasze miejsca pracy położone były w różnych miastach, więc zdecydowaliśmy, że na początek zamieszkamy z rodzicami, gdyż większość czasu i tak jesteśmy w drodze do pracy i w pracy, zaś za zaoszczędzone pieniądze kupimy nowego Fiata 126p. Wiejskie mieszkanie rodziców było oddalone 200 m od centrum pobliskiego małego miasta, jednak administracyjnie jest to teren wsi. Śmieszne jest to, że zarówno ja i mąż pochodzimy z dużych miast, a zamieszkanie na wsi to wyłącznie wynik ówczesnej sytuacji mieszkaniowej i życiowej. Mieszkanie, o którym piszę rodzice otrzymali jako służbowy przydział gminy dla nauczycieli, którzy w latach 80 zdecydowali się nieść kaganek oświaty na wsi. Wybudowane na terenach zalewowych, w standardzie serialu Alternatywy 4, doprowadzane latami do używalności i do dziś budzące zdziwienie kolejnych fachowców od remontów. Jednak w tamtych czasach opisane lokum to było coś. I tak sobie myślę, że gdyby dziś nauczyciel dostał ów prezent, jako zachętę do pracy na wsi, pewnie zostałby wieśniakiem, gdyż w kieszeni miałby oszczędności z tytułu niezaciągniętego kredytu, stałą pracę i więcej czasu dla siebie. Obecnie samorządy tego pomysłu już nie powielają, gdyż łatwiej jest im sprzedać grunty prywatnym inwestorom niż prowadzić budowy dla pracowników państwowych instytucji. Zważywszy, że gmina pozbywała się mieszkań służbowych sprzedając je zamieszkałym lokatorom.
Podobnie nie rozumiem stereotypów o ludziach mieszkających na wsi. Są miejsca i ludzie w Polsce gdzie wydawałoby się, że cywilizacja jeszcze nie dotarła, zwłaszcza pokazywane w programach typu „Damy i wieśniaczki”. Według mnie to obraz przekłamany, a jeżeli w części prawdziwy to opieka socjalna dawno już powinna tam dotrzeć i pomóc, ale chyba nie może, bo wcześniej pojawia się Pani Kasia z ekipą pomagając wraz z innymi w trudnej sytuacji życiowej potrzebujących.
Częściowo obraz ludzi wsi telewizja odczarowała pokazując jak silny, bogaty i atrakcyjny mężczyzna szuka żony (czasami rola przypada wiejskim kobietom). Tu znowu mamy grupę posiadaczy ziemskich, mających status rolnika a raczej rolniczego biznesmena tylko w branży, w której nie każdy chciałby pracować, stąd rekrutacja na stanowisko odbywa się przez telewizyjny program. Rekompensatą zaś jest występ w telewizji, gdzie perypetie bohaterów śledzą telewidzowie i nie przeszkadza nikomu wieś, bo przecież to całkiem normalne, że rolnik szuka żony, nawet wśród kobiet z miasta.
Prawdą jest, że na terenach wiejskich dostęp do lekarza, edukacji, środków komunikacji i innych usług użyteczności publicznej nie jest taki jak w mieście, co może wpłynąć na wygląd i jakość wiejskich ludzi. Jednak przywóz z za zachodniej granicy samochodów używanych spowodował, że w gospodarstwie stoi ich kilka, to pozwala na rozwiązanie problemów komunikacyjnych. Dzieci mają autobusy do szkoły a lekarz i tak jak jest bardzo potrzebny dostępny może być prywatnie. Faktem jest, że tereny po PGR-ach i ludzie tam zamieszkali nie są tak zamożni, ale po tylu latach najgorsze czasy ma już za sobą.
Porównując opisane usługi w mieście to wcale nie jest lepiej. Długie terminy oczekiwania na lekarza specjalistę, w szkołach walka o miejsce związane z rankingiem, korki, smog, problemy z infrastrukturą, parkingi płatne w całym centrum i galerie jak dawne bazary coraz bardziej oblegane, bo przecież drobny handel przy nich nie ma szans.
Jako przykład niech posłuży moja sytuacja, codziennie dojeżdżam do pracy w mieście, dlatego że w moim zawodzie na wsi pracy nie ma (dopiero w ostatnich latach pracodawcy pozwalają na pracę zdalną pracownika, a firmy wyprowadzają biura pod większe miasta). Problem dojazdu wzięłam więc w swoje ręce i zakupiłam samochód, z braku połączeń na taki sam pomysł wpadli inni pracujący i teraz wszyscy stoimy w korkach. I to jest wiocha, ciągle słyszeć, że miasto nie ma pieniędzy, gdy ruch turystyczny jak w Europie, opłaty, podatki i ciągły brak rozwiązań.
Odnosząc się do osób, które zamieszkują wieś, to zawsze jednak przypominam sobie moją babcię, która mieszkała w małym mieście, a wyniku działań administracyjnych zmieniono rodzaj gminy z miejskiego na miejsko-wiejski, co w praktyce oznaczało zmniejszenie obszaru miasta i wyłączenie z niego dawnych wsi. Zawsze mieszkała w mieście, ale mając pochodzenie chłopskie pamiętając hrabiego, u którego służyła jako dziecko, nigdy nie czuła się mieszczką. Babcia skończyła 7 klas szkoły podstawowej i nie mogła się uczyć dalej, bo wybuchła wojna. Oddawała kontyngent z pola dla Niemców, a w czasach komuny z części pola została wywłaszczona, zaś za otrzymane pieniądze mogła kupić sobie płaszcz. Ówczesne władze miejskie wybudowały na tzw. ojcowiźnie bloki, zamieszkałe do tej pory. Obecnie lokatorzy mają już wykupione mieszkania a niektórzy ze sporym zyskiem już je sprzedali, z uwagi na panującą koniunkturę. I co mnie dziwi często za tak uzyskane pieniądze, zdecydowali się na zakup działki na wsi. Babcia miała krowę, pracowała na polu, była wdową i sama musiała wyżywić dwoje dzieci. Dziadek zmarł wcześnie na zapalenie opon mózgowych, był jednym z założycieli ochotniczej straży pożarnej, jednak nie zostawił po sobie żadnego uposażenia. System rentowy w tamtym okresie nie zabezpieczał ludzi w renty rodzinne i inne zasiłki. Ziemia, którą zostawił dawała marne płody, ale umożliwiała przeżycie jej i dzieciom. W małym mieście dla osoby z podstawowym wykształceniem pracy nie było, a uzupełnienie edukacji, to rzecz niemożliwa dla samotnej matki. W związku z tym babcia pracowała w parku wycierając ławki, jako salowa w lokalnej porodówce, potem awansowała na kucharę w stołówce zorganizowanej izby chorych. I tylko dzięki ludziom dobrej woli miała możliwość pracy, a że była osobą jak to się dziś mówi „mega ogarniętą” za zarobione pieniądze oszczędzała, ale co ciekawe pomagała jeszcze miastowym, gdyż obie córki były w mieście. Dziewczyny założyły tam rodziny, mieszkały u mężów, czekając na swoje M. Nie raz korzystały z zaradności i ofiarności matki. Babcia potrafiła robić na drutach, szyć, haftować, upiec mega szarlotkę, w ogródku miała grządki więc soki, kompoty i inne wiktuały w piwnicy były zawsze. Można powiedzieć teraz też ludzie to umieją, ale czy to robią, przecież nic się nie opłaca. Wtedy też nie wszystko się opłacało, ale jedno uzasadniało tą pracę, pewnych rzeczy w sklepie nie można było kupić. Wakacje babci to urlop z pracy i wszystkie wnuki, które tylko wtedy widziała, gdyż córki w mieście pracowały. A Pani Józia, szefowa babci w kuchni, wiedziała, że musi dać jej urlop, bo inaczej wnuków nie zobaczy. Ot taka babska solidarność. Babcia miała też zaprzyjaźnionego Pana Tadzia, który prowadził księgarnię. Regularnie zamawiała u niego różne książki, czytała i poszerzała swój księgozbiór. Trylogię, dzieła Mickiewicza, powieści Reymonta i inne polskie klasyki, które według niej trzeba było mieć. Znała historię i zawsze pytała nas o daty, królów i inne szczegóły, a jak nie umieliśmy odpowiedzieć zastanawiała się czego nas w tej szkole uczą.
Postanowiłam napisać o mojej cichej bohaterce, bo ona w zupełności nie wpisuje się w stereotyp osoby ze wsi czy małego miasta. Jej przykład jest pewnie jeden z wielu, o których przeciętny mieszczuch nie ma zielonego pojęcia. Jak widać również osoby, z którymi przyszło jej żyć to prawdziwi przyjaciele pomocni w biedzie i rozumiejący położenie innych. Czasy są już inne i lepsze, chcemy się czuć europejsko, miastowo i kulturalnie.
Jedno jest pewne gdyby nie wieś i ich ludzie pewnych miast w Polsce po wojnie dziś nie widzielibyśmy, nasza stolica sama z gruzów nie powstała, a jedzenie do niej nie przyjechało z Hiszpanii. Gdyby nie wieś dzieci nie wiedziałyby skąd jest mleko. Gdyby nie babcia nie umiałabym być wytrzymała w mieście, które dużo zabiera a wiele w zamian nie daje, a jak daje to za wszystko skrzętnie pobiera pieniądze, przy czym nie stwarza przyjaznej przestrzeni dla człowieka, który nie wiedzieć czemu coraz częściej ucieka na wieś. Tylko na tej wsi jak widzi ludzi, którzy z dziada pradziada pozostali i nadal mieszkają, to często czuje się od nich lepszy. Tylko pozostaje pytanie dlaczego?
Proszę więc doceńmy wieś, ich mieszkańców, zwłaszcza że chcemy żyć zdrowo i ekologicznie.
Przestańmy dzielić się na ze wsi i z miasta, bo przecież jedni drugim bardzo dużo zawdzięczamy.

Pozdrawiam, miejsko-wiejska kobieta.

profilowe

Areta Szpura – kobieta, która ekologią podbiła świat!

Wpadła do knajpki zziajana, bo umówiłyśmy się w dwóch różnych kawiarniach. Gdyby nie telefony komórkowe trochę byśmy na siebie poczekały;) Założę się, że już od progu bystrym okiem filtruje, gdzie tu jest za dużo plastiku. Wszędzie jej pełno, zaraża dobrą energią, a w życiu jest jak Kapitan Planeta w spódnicy. Areta Szpura uczy nas ekologicznego życia i dbania o planetę dopóki mamy na to czas. „Zero waste” –  to jej życiowe motto.

Dagmara Kowalska: No dobra, rozejrzyjmy się… jak myślisz, ile kilogramów plastiku znalazłybyśmy w tej warszawskiej restauracji? Zrobimy eksperyment?

Areta Szpura: Mnóstwo! Na szczęście Warszawa nie jest taka zła; takie mam wnioski po ostatniej podróży. Mam wrażenie, że ludzie chcą zmienić przyzwyczajenia jak im się zwróci uwagę. To wynika z braku wiedzy: gdzieś widziałam słomiane słomki, gdzieś widziałam ludzi w ekotorbą, a jak byłam w Stanach Zjednoczonych, bez względu na to, czy to jest środek Florydy czy Nowy Jork, jest wszędzie tak samo źle i tam ten plastik rzuca się w oczy. U nas, aż tak bardzo nie boli, ale wiadomo, że jest wszędzie. Non stop widzę kogoś z jednorazowym kubkiem kawy, ze słomką, z reklamówką foliową, a ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że jest w tym coś złego.

D.K.: Siedzimy w modnej stołecznej restauracji, widzisz tu jakiś plastik, który można zastąpić innym tworzywem – bardziej przyjaznym dla planety?

A.Sz.: Nie ma tutaj aż tak dużo. Jest dobrze. Pewnie fotele są z jakiegoś plastiku. Ale widzisz, nie chodzi o to, że plastik jest zły. Sam w sobie, jako tworzywo, plastik jest ekstra, bo pozwolił się rozwinąć nam jako społeczeństwu. Mamy krzesła, samoloty, auta, które nie palą tyle, bo są lżejsze itd. Problem tkwi w używaniu go jednorazowo i z tym właśnie walczę.

D.K.: Dostałam kawę, Ty herbatę zimową w wielorazowym naczyniu, wspaniale Skąd u Ciebie to ogromne zamiłowanie do ekologii i filozofii „zero waste”? Kojarzysz się z walką ze słomką i wiedzą o tym prawie 64 tysiące obserwujących Cię na Instagramie.

A.Sz: (Śmiech) Jak to pięknie można sobie zmienić wizerunek w ciągu tylko jednego roku, to niesamowite. Słomka się za mną wlecze, bo to była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważyłam, zaczęło mnie to wkurzać, irytować, a to przecież tak łatwo to zmienić. Walka z plastikiem na świecie jest trudna i długofalowa, bo to nas otacza, jest wszędzie i nie mamy jednej gotowej alternatywy, żeby to podmienić. Tam, gdzie można używajmy plastiku, a jeżeli się da, zamieniajmy jednorazówki na przedmioty wielorazowego użytku. Dwa trzeba myśleć, i tu jest pole do popisu dla wszystkich mądrych naukowców, jakim tworzywem zastąpić plastik, żeby opakowanie miało taki sam termin ważności, jak produkt, który w nim jest. Wiem, że są jakieś pomysły, ale na razie nie ma jednego rozwiązania, które można by wprowadzić na skalę masową. Są konkursy, są zachęty, a ludzie już powoli zdają sobie sprawę z tego, że musimy zadbać o planetę. Słomka jest świetnym przykładem, bo jest wszędzie, nawet czasem po dwie albo trzy, a możemy jej po prostu nie używać.

D.K.: Czyli ta fascynacja ekologią zaczęła się u Ciebie od zauważenia tej mitycznej słomki?

A.Sz.: To na pewno nie był jeden dzień, to był cały proces. Spędziłam całe życie w modzie, więc zaczęło się od tego, że dostrzegłam, ile tam jest niedobrych rzeczy, a potem zaczęłam zagłębiać się w te tematy i trafiłam na trend „zero waste”. Ciuchy ciuchami, ale to jest cały duży proces wytwarzania, który trudno zmienić. A ile my możemy zmienić, nie czekając na zmiany w dużych firmach? To mnie bardzo wciągnęło, bo poczułam, że ja, osobiście, każdego dnia mam na to wpływ. I to jest ekstra, że ma się poczucie sprawczości i że jak pod koniec dnia miałabym zliczyć, ile rzeczy uchowałam przed zużyciem, to myślę, że tam niezła kupka, by się uchroniła.

D.K.: I to tylko Ty jesteś sama! A gdyby to przełożyć na innych ludzi?

A.Sz.: Tak, dokładnie i gdyby każdy z tych 8 miliardów ludzi na świecie zrobił coś dla planety, to mamy siłę. Siła tkwi w social mediach, bo dziś prawie każdy ma telefon, możemy się dzielić dobrymi przykładami. Musimy się jako ludzkość ogarnąć, bo według najnowszych badań zostało nam 1,5 roku wg ONZ. W innym przypadku nastąpią na ziemi nieodwracalne zmiany. Równia ku katastrofie będzie zbyt pochyła.

Tu nie chodzi o 20-ścia czy 50-siąt lat; zostało nam do uratowania planety i samych siebie 1,5 roku. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że plastik, który wyrzucamy, gdzieś sobie leży, rozkłada się pod wpływem słońca, wydziela więcej metanu, który z kolei znowu nakręca globalne ocieplenie. To jest po prostu zamknięte koło, niekończąca się historia. Żeby to przerwać, musimy przestać produkować plastik. Po drugie musimy myśleć, co zrobić z tym, który już jest. Powstają nowe projekty wyławiania plastiku z oceanów, ale przede wszystkim to każdy przeciętny, szary człowiek musi i może wpływać na firmy, które są źródłem tego wszystkiego.

D.K.: Jak Ty wpływasz na te wielkie firmy?

A.Sz.: Działam poprzez social media. Nie mam znajomości w każdej dużej firmie, ale wiem, jaką ma moc Instagram czy instastories. Dziś tagowałam jakąś firmę i w konsekwencji zebrał się zarząd tej firmy, bo nie wiedzieli, co mają robić.

D.K. (Śmiech) Powiem Ci więcej, w jednej z sieci kawiarni rzuciłam hasło Areta Szpura, zareagowali: „O rety, słomki!!!” Staramy się zrobić coś, żeby usunąć słomki z kawiarni, ale to zależy od centrali firmy, a podjęcie decyzji o wycofaniu z sieci na całym świecie słomek jest procesem…

A.Sz: Bullshit! Ja z tymi dużymi firmami spotykam się, walczę, rozmawiam z nimi, żeby dowiedzieć się, jakie mają problemy. Wiadomo, że jeśli to jest franczyza zagraniczna, nie mają zgody, ale ja wierzę, że za każdą firmą stoi człowiek, który ma uczucia i mózg i powinno mu zależeć, żebyśmy mieli, gdzie mieszkać i żyć. Jak się chce, to można. Słomka, to słomka – rozumiem proces wycofywania. Ale przykład – są trzy główne sieci kawiarniane w Polsce, a tylko jedna z nich daje ci zniżkę, jeśli przyjdziesz z własnym kubkiem. Dwie pozostałe nie dają nawet takiej możliwości, żeby nalać ci kawę do twojego kubka i zasłaniają się sanepidem. I teraz pytanie: czy te kawiarnie obowiązują inne przepisy sanitarne? Skoro jedna kawiarnia może zrobić kawę w twoim kubku, to czemu inna nie może? Nie wydaje mi się. To jest zasłanianie się przepisami, że niby to wszystko kwestia interpretacji. Prawda jest taka, że jak się chce, to można.

D.K.: Oczywiście, tu najważniejsze jest podejście. Ty często odbijasz się od różnych drzwi. Jak sobie z tym radzisz i jak motywujesz się, żeby do tych samych drzwi zapukać jeszcze raz, albo – wejść oknem?

A.Sz.: Udaję się do innej osoby z tej samej firmy. Próbuję innymi sposobami. Jak nie Instagram, to mail, telefon, idę osobiście porozmawiać. I męczę, męczę, męczę. Nie zniechęcam się, bo to jest dla mnie temat bardzo ważny i też widzę, co już zrobiłam, jak motywuję ludzi. To jest najbardziej zajebista kula śniegowa i ci ludzie, którzy gromadzą się wokół mnie w Internecie, dają mi taką energię do działania! Codziennie dostaję setki wiadomości czy zdjęć typu: to mój kubek na kawę, tu moja butelka, tu zamówiłam eko słomki, tu kupiłam książkę o plastiku. To jest bezcenne, jeżeli ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli pojęcia, o tym, o co walczę, a dzięki temu, że ja coś napisałam, wrzuciłam do mediów społecznościowych, zainteresowali się i weszli w to i sami się teraz starają.

To najlepsze, co mogło mnie spotkać. I to ci ludzie mnie napędzają, bo wiem, że każdy mój pomysł trafia do odbiorców i idzie dalej w świat. Działa to także w drugą stronę. Bardzo często to ludzie podsyłają mi jakieś artykuły, eventy i super, bo ja nie chcę się pozycjonować na osobę wszystkowiedzącą. Na szczęście dane mi było stworzyć platformę, na której komunikuję ze sobą ludzi.

D.K.: Twój uśmiech mówi wszystko: nawet jeśli są jakieś drobne niepowodzenia, wracasz do kolejnej firmy milionowy raz!

A.Sz.: Ależ niepowodzenia są cały czas, ciągle walę głową w ścianę. To jest życie, które nie jest usłane biodegradowalnymi płatkami róż, tylko plastikiem. Nie można się poddawać. Poza tym wychodzę z założenia, że wolę się skupić na tych dobrych, nie złych rzeczach, bo z narzekania nic nie wyjdzie, wręcz przyciągnę więcej złych tematów.

D.K.: Ostatnio okazało się, że działasz nie tylko na Instagramie. Zrobiłaś kampanię z gwiazdami i Noizz.pl. Dziś już chyba każdy wie, że Hubert Urbański przyznał się do zabijania delfinów. O co chodzi w kampanii „Tu pijesz bez słomki”?

A.Sz.: Chodziło o to, żeby pokazać ludziom, że bardzo często robimy coś szkodliwego dla środowiska, nie mając o tym pojęcia. Dlatego tak bardzo stawiam na edukację. I mam nadzieję, że teraz, kiedy już wiadomo, że słomka jest czymś totalnie zbędnym, na zawsze zniknie z naszego życia. A po niej reszta plastikowych złoczyńców. Namówienie Maffashion, Huberta Urbańskiego, Anji Rubik, Michała Piróga do tego, by wsparli akcję nie było żadnym problemem. To są ludzie, którym zależy na własnej planecie.

D.K.: Bardzo mi się to podoba, że poruszasz dużo ważnych tematów, że mnóstwo ludzi Cię obserwuje, ale jestem ciekawa, co myślisz sobie w środku, kiedy widzisz, że ludzie zaczynają dbać o swoje otoczenie. Jakie emocje Ci w takich sytuacjach towarzyszą?

A.Sz.: Czasem mnie to przeraża. Gdyby to ratowanie ziemi było bardziej opłacalne zawodowo, to chciałabym mieć asystentkę czy kogoś, kto by mi pomagał. Chciałabym każdej osobie odpisać na każde pytanie, na każde zdjęcie, ale nie wystarcza mi na to czasu. Staram się odpowiadać na wszystkie pytania, pomijam tylko te, na które odpowiadałam milion razy, bo myślę, że każdy kto chce, znajdzie odpowiedź. Jestem strasznie wdzięczna, że jestem w takim miejscu. Czuję, że dostałam z góry jakąś misję do spełnienia i to, że mam dostęp do tylu ludzi mogę teraz wykorzystać w dobrym celu.

D.K.: Powiedziałaś wcześniej, że każdego dnia wybierasz drogę dzięki, której świat staje się swobodniejszy od plastików, śmieci jednorazowego użytku. Powiedz a przykładzie jednego dnia: czego unikasz, jak się Twój dzień układa tak, że jest bardziej eko?

A.Sz.: Wychodzę z założenia, że każdy z nas ma wpływ, może zmienić świat, a plastik jest tylko jednym z przykładów. Chciałabym w ludziach wywołać to coś, żeby oni też czuli, że mogą zmienić świat swój, osoby bliskiej w każdy sposób. Jeśli zrobisz coś dobrego, miłego, drobny gest, uśmiech w kierunku innej osoby to wraca do ciebie z potrójną mocą. Nie trzeba od razu ratować świata. Ja się tak zapędzam, chciałabym od razu, żeby wszyscy robili jak ja, ale wystarczy, że poratujesz koleżankę ładowarką, to też jest cenne.

Mnie codziennie bardzo trudno jest wyjść z domu bez niczego lub tylko z małą torebką, nawet na imprezę . No chyba, że idę na domówkę i będę miała dostęp do normalnych naczyń. Na co dzień muszę wychodzić przygotowana, bo nigdy nie wiem jak mój dzień się potoczy i co mnie zaskoczy. Staram się mieć przy sobie termos lub kubek na kawę, który służy nie tylko jako naczynie na kawę, ale też jako pudełko do przenoszenia różnych rzeczy.

Mam butelkę szklaną wielorazowego użytku, napełniam ją wodą z kraju, nie kupuję w plastikowych pojemnikach, ani nawet szklanych, bo to też jest surowiec, który się bez sensu zużywa, a o surowce trzeba dbać. Zawsze mam przy sobie pojemnik na wodę, mam ich całą kolekcję, bo je gubię, tłukę, jakaś czarna dziura je zjada. Mam nadzieję, że trafiają do kogoś, kto ich bardziej potrzebuje. Ostatni byłam na bezludnej wyspie, gdzie potłukła mi się butelka, a ja zaparłam się, że nie kupię plastiku i przez cały pobyt nalewałam wody do szklanej butki po winie. Wspaniale zdała egzamin. Można? Można!

Mam swój metalowy łyżkowidelec, który zastępuje plastikowe, drewniane narzędzia. To jest mój niezbędnik w podróży. Mam oldskulową siatkę na zakupy, która zajmuje mega mało miejsca, a mieści bardzo dużo. Często staram się mieć przy sobie metalowy pojemni, bo mam mały żołądek, nie dojadam porcji zamówionych w restauracji, ale zabieram je ze sobą, bo nie mam też sumienia wyrzucać jedzenia. Oszczędzam w ten sposób pojemniki na wynos, nawet te ekologiczne z papieru albo trzciny cukrowej i oszczędzam moją torebkę, w której jestem w stanie wylać wszystko, co tylko się da. Mój metalowy pojemnik jest szczelny, dlatego jeździ ze mną.

D.K.: Ile waży Twoja torebka przed wyjściem „na miasto”?

A.Sz.: Nie ma tragedii ☺ Przyzwyczaiłam się, że nie jest to mini torebka channelka, tylko raczej torba albo plecak, ale satysfakcja jaką mam, jest bezcenna i mogę się obyć bez tych gadżetów.

D.K. Już wiemy jak Ty sobie radzisz z tym, żeby żyć bardziej ekologicznie, a co my możemy zrobić każdego dnia, żeby ratować naszą planetę? Czyli być taką Aretą Szpurą 2, 3, 50, 120?

A.Sz.: Kapitan planeta. Ważne jest to, żeby nie zmieniać wszystkiego na raz, bo to może być zniechęcające. Fajnie jest popatrzeć sobie na swój dzień i ocenić gdzie plastiku zużywamy mniej i pomyśleć czy możemy go łatwo zamienić, np. w pracy. Często spotykam się, że w pracy są dystrybutory do wody z plastikowymi kubkami, albo plastikową butelką. Często ludzie piją kawę z kubka w automacie, a przecież mają szklanki i wodę w kranie. Taka mała zmiana może naprawdę wiele. Jeśli zaczniemy od siebie, może to później przejdzie na kolegów w pracy, całą firmę. Myślę, że jeżeli ludzi się delikatnie ukierunkuje, nie karci to mogą zrobić lepiej.

D.K.: To jest zaraźliwe, masz rację. Pamiętam, że po pierwszym naszym spotkaniu pobiegłam kupić kubek na kawę z silikonową nakładką wielorazowego użytku. Nie biorę toreb foliowych, zawsze mam przy sobie materiałowy worek. I myślę, że trzeba mieć klasę, żeby nie myśleć o sobie, tylko o innych i o tym co nas otacza.

A.Sz.: No jasne! Bycie eko jest sexi, bycie eko jest cool, bycie eko jest klasą. Wspaniałe jest to, ze jeden cel nas łączy nadrzędny. Nieważne jakie mamy poglądy, politykę ekologia łączy ludzi.

D.K.: Czujesz się wówczas lepiej sama ze sobą?

A.Sz.: Tak, bo my tutaj nie jesteśmy u siebie. Jesteśmy gośćmi na tej planecie i dobrze byłoby żebyśmy szanowali to.

D.K.: Skoro jesteśmy przy klasie, na czym polega klasa u kobiety? Czym się wyróżnia kobieta z klasą?

A.SZ.: Hmmm. To nie jest coś oczywistego. Na pewno klasa przejawia się w tym, że ma własną opinię, że kwestionuje rzeczy i że nie boi się tego wyrazić. To jest dla mnie wyznacznik.

D.K.: Czyli nie musi jeździć Mercedesem klasy S?

A.Sz.: Tu nie chodzi o materialne rzeczy, bo jednego dnia możemy je mieć, drugiego możemy nie mieć. Ta klasa to jest coś niezbywalnego, np. charakter. To jest najcenniejsze w ludziach, kiedy mają swoją opinię, nie boją się jej wyrażać, co może mieć cenny wkład w życie innych. W dzisiejszych czasach jesteśmy zalewani rożnymi tematami i często ludzie to podłapują, nie sprawdzają, biorą za pewnik i podają dalej. Świat byłby trochę lepszym miejscem gdyby każdy chciał mieć swoją opinię.

D.K. : Znasz kobiety z klasą, które mogłabyś krótko opisać?

A.Sz.:Codziennie poznaję mnóstwo wspaniałych kobiet. Wspaniałe jest to, że się takie osoby przyciąga. Szukam osób poza światem celebryckim, tych, które są na backstage?u i odwalają całą czarną robotę, ale kochają to co robią. Każda osoba, którą poznajemy ma super historię, własną i jeśli się nią podzieli to jest to dla nas wzbogaceniem i super motywacją. Ostatnio miałam spotkanie z super laską. Ja miałam być mentorką, a się okazało, że bardzo wiele nauczyłam się od niej. Nawet jej to powiedziałam, że przez te dwie godziny więcej nauczyłam się od niej, niż ona ode mnie.

D.K.: Aretko, jak się widzisz za pięć lat, kiedy już wszyscy będą wiedzieli, że ekologia jest bardzo ważna?

A.Sz.: Za rok, a nawet za pół roku będą widzieli. Nie mamy 5 lat, nie ma tyle czasu. Nie mam pojęcia gdzie ja będę za 5 lat, ale mam nadzieję, że będziemy tutaj na tej planecie. Mam nadzieję, że ogarniemy się jako ludzkość i nie będziemy wykorzystywać tej biednej naszej planety, tylko, że opatentujemy jak się dalej rozwijać i żyć z szacunkiem dla zasobów. I żeby to wszystko działało i miało sens. Chciałabym żeby każdy z nas mógł się spełniać. Marzy mi się, żeby pieniądze nie sterowały ludźmi aż w takim stopniu jak teraz to jest. Dziś dla pieniędzy ludzie doprowadzają do ogromnych tragedii. Ta zmiana już się dzieje, nadchodzi, a ja mam nadzieję, że ludzie zmienią swoje priorytety, docenią te rzeczy, które są najbliższej i nie będą się tak spieszyć.

D.K.: Pij herbatę, bo wystygnie, gaduło (śmiech)! Dziękuję Ci za tę inspirującą dyskusję i system wczesnego ostrzegania przed alarmem jaki wysyła do nas ziemia.

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved