website-logo
fitness po ciąży

O wyższości wyglądu nad rozsądkiem

Jakiś czas temu rozgorzała w mediach dyskusja na temat powrotu Ani Lewandowskiej do formy po ciąży i urodzeniu dziecka. A także, utyskiwanie, że epatuje świetną formą i pięknym ciałem. No skandal! Jak ona śmiała!

Jeśli nie pamiętasz, to nie szkodzi, za chwilę doczytasz o co chodzi.

Otóż, będąc mamą trójki dzieci (z czego dwoje żyje), zastanawiało mnie, z jakiego powodu wylało się na tę dziewczynę tyle jadu, przede wszystkim w związku z jej wyglądem. Jednak olśniło mnie, gdy w końcu po roku od urodzenia syna, zebrałam się i przebiegłam całe 1,5 km bez zadyszki, na początku sądząc, że umrę z wyczerpania po 50 metrach.

Ciało ludzkie ma taką fajną umiejętność jak pamięć mięśni i pamięć komórkowa. Czyli po ludzku: wszystko to, co kiedykolwiek zadziało się z Twoim ciałem, jest zapamiętane. Nawet jeśli Ty tego nie pamiętasz lub nie chcesz pamiętać.

W swoim ciele masz zapisane wszystko, co dobrego je spotkało. Ale również i to, co było złego. Co mam na myśli, pisząc o dobroci? Nawyki, przyzwyczajenia, związane na przykład z aktywnością fizyczną i odpowiednią dietą. A co złego?

To też nawyki kiepskiego odżywiania, chodzenia w niewygodnych butach, zadawanie sobie bólu umyślnie lub bycia krzywdzonym przez kogoś. Brak treningu dla mięśni też.

Wracając do olśnienia.

Każda osoba, która kiedykolwiek ćwiczyła, nawet jeśli miała dłuższą przerwę, jest w stanie wykonać ćwiczenia, bez większego wysiłku. Przed ciążą biegałam i ćwiczyłam, więc moje ciało potrzebowało sobie tylko przypomnieć, co to znaczy ruch. I po tygodniu od ostatniego treningu przebiegłam już 3 km!

Jeśli ciało przed np. ciążą było wytrenowane, mięśnie wyćwiczone, nie ma powodu, by nie wrócić po ciąży do dobrej formy szybciej niż ci, którzy nie ćwiczyli.

No dobra, a co ma pamięć mięśniowa do epatowania płaskim brzuchem dwa tygodnie po urodzeniu dziecka? Ano to, że wyćwiczone mięśnie łatwo wracają do swojego stanu przed zmianą. Ot i cała filozofia.

Zatem, moja droga młoda mamo, jeśli nie trenowałaś swojego ciała przed ciążą, tak jak Ania lub inna trenerka fitness, to nie miej pretensji i nie załamuj się, że zaraz po porodzie, nie wyglądasz jak trenerka fitness.

W tym całym ocenianiu i pretensjach o wpędzanie w kompleksy, ja mam ochotę przyjrzeć się sprawie od innej strony. Ciśnie mi się na usta magiczne pytanie: dlaczego wygląd Lewandowskiej tak bardzo poruszył inne kobiety? Co u nich w duszy i umyśle pękło, że tak bardzo zabolał idealny wygląd trenerki?

Rozumiem doskonale, jak mogą czuć się kobiety zaraz po porodzie. Hormony huśtają nami jak chcą. Ciało wygląda jak pomarszczony balon, z którego spuszczono powietrze. Nie ma kiedy się wyspać. A z każdej strony jesteśmy bombardowane wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Można dostać białej gorączki? Można!

Ale pamiętaj młoda mamo – jesteś absolutnie doskonała taka, jaka jesteś. Jeśli potrzebujesz zmienić swój wygląd, to tylko dlatego, że to TY tego chcesz, a nie dlatego, że tak trzeba, bo co ludzie powiedzą?

Każda z nas przeżywa macierzyństwo na swój, jedyny w swoim rodzaju sposób. Chcesz mieć płaski brzuch? To wyznacz sobie takie zadanie na najbliższy czas. Nie chcesz mieć płaskiego brzucha? To miej taki, jaki Tobie się podoba. Po prostu. Bo możesz:)

A „gadaczom” w swojej głowie i innym „życzliwym” powiedz uprzejmie kilka dosadnych słów – niech odejdą prędko!

konflikt w pracy

4 kroki do rozwiązywania konfliktów, czyli co robić, gdy sytuacje konfliktowe przeszkadzają nam w pracy

Z moich obserwacji pracy z menedżerkami, a często też z ich osobistych wniosków, z różnych doświadczeń w zarządzaniu, wyłania się dość uniwersalny obraz wyzwań i bieżących problemów. Ten, który często się powtarza to: własna postawa wobec codziennych trudnych sytuacji w zespole, konfliktów między pracownikami w zarządzanym przez siebie teamie, sytuacje, którą psychologowie nazywają kryzysowymi, a które wymagają reakcji ze strony szefa.

Przecież ja nie jestem mediatorem!

„Józek co miesiąc przychodzi po podwyżkę, bo uważa, że za mało zarabia. Robert notorycznie się spóźnia, co wkurza innych pracowników, Beata za to pracuje tak samodzielnie, że aż za bardzo i nie dzieli się efektami swojej pracy z innymi. A teraz się pokłócili i atmosfera w zespole tak siadła, że już nie wiem, co mam robić. Ja tu jestem dyrektorem, a nie psychologiem” – mówi do mnie Marzena.

Taaak, zarządzanie ludźmi czasem przypomina rollercoster. Rozpędzony, zaskakujący, nieprzewidywalny rollercoster zróżnicowanych ludzkich postaw, uczuć i emocji. Tam się znowu ktoś nie dogaduje, tu się ciągle ktoś obraża… Ta dynamika różnych osobowości, charakterów, nastrojów bywa zaskakująca i dość trudna do ogarnięcia. I to jest wyzwanie, Moja droga pani Menedżerko. Codziennie zmierzasz się z emocjami swoich pracowników, które powstają w wyniku ich wzajemnych relacji i interakcji, a do tego jeszcze dochodzą klienci, ich emocje, relacje z nimi, a za wszystkim stoją cele firmy. I tak wiele zależy od Ciebie. Jak to pogodzić? Jak sobie z tym radzić na co dzień?

Szef nadaje rytm

„Słuchaj, znowu mam problem. Już mam dość tego niedogadania moich pracowników! K. obraziła się na M., a ten C. znowu nie robi tego, o co go prosiłam. Nie mam już siły. Proszę, tłumaczę, wyjaśniam, a to nie przynosi oczekiwanych efektów. Czasem myślę, że to całe zarządzanie jest ponad moje siły.” – żali się Paulina, na co jej zdecydowanie pozwalam, daję jej dłuższy czas na opowiedzenie sytuacji, dopytując o jej dotychczasowe reakcje i zachowania.

Na pewno to znacie. Codzienna praca, nawet rutyna wykonywanych czynności (obojętnie czy to w zakładzie fryzjerskim, czy w zespole projektowym) wcale nie zapobiega powstawaniu co chwilę różnych sytuacji kryzysowych, konfliktów, animozji, nieporozumień. Tylko dla przypomnienia mówię czasem krótko: „Szef nadaje rytm,” co dla mnie oznacza przywołanie do roli lidera, do tego pozytywnego aspektu przywództwa, który możesz stworzyć jako optymalny dla siebie samej. A dla Ciebie co to oznacza? Jaki rytm nadajesz swojemu zespołowi? Jaką postawę przyjmujesz wobec konfliktów w zarządzanym przez siebie zespole? Jaki komunikat dostają od Ciebie pracownicy, kiedy zwracają się o pomoc? Czy masz zaufanie swoich pracowników?

Ach, te konflikty

Bywają jawne i ukryte. Te jawne rozgrywają się czasem wręcz widowiskowo i mimo, że bywają trudne w odbiorze, to powiem Wam, że chyba nawet bardziej je lubię. Jeżeli w ogóle można tak powiedzieć o konfliktach. Bo w takim przypadku przynajmniej wiadomo kto, o co i dlaczego. Łatwiej się do nich ustosunkować, poszukać źródeł, znaleźć rozwiązania. Znacznie trudniejsze są konflikty ukryte, bo wtedy nie znamy ani ich skali, ani powodów. Mogą być niewypowiedziane, a wtedy rzeczywiście trudno je rozwiązać, mimo że bezsprzecznie przeszkadzają w pracy, utrudniają efektywne działania, psują atmosferę, uniemożliwiają rozwój.

A teraz przewrotnie do tytułu, zapytam:

Czy rzeczywiście sytuacje konfliktowe przeszkadzają nam w pracy? A może tylko bywają przypomnieniem o czymś, czego nie robimy, może czegoś mają nas nauczyć, a może pokazują, jaki obszar w firmie wymaga usprawnienia? Na pewno mogą pokazać niezaspokojone potrzeby i te indywidualne i te zespołowe, i może właśnie im może warto się przyjrzeć? Dziś pragnę się z Wami podzielić właśnie takim coachingowym podejściem do sytuacji konfliktowych w firmie w małym lub większym zespole. Czego jako szefowa dowiaduję się dzięki nim o sobie, o swoim stylu zarządzania? Co jako firma potrzebujemy zrobić, by uniknąć ich w przyszłości lub zminimalizować ich negatywne skutki uboczne?

Empatia sp. z o.o.

To, co łączy nas kobiety w zarządzaniu, to na pewno empatia, na którą czasem niektóre z moich klientek wręcz narzekają. Empatia rozumiana jako współodczuwanie, dzielenie emocji, wchodzenie w nie, branie czyjejś strony, osobiste zaangażowanie. Bo kiedy bywa nadmierna, zdarza się, że znacznie utrudnia wykonywanie szefowi jego zadań, pilnowanie realizacji celów, zamazuje obraz wydarzeń. Tak się dzieje na różnych poziomach zarządzania i dlatego na moich treningach, sesjach, warsztatach namawiam Was na szukanie swojego indywidualnego stylu zarządzania, pozytywnego bycia sobą na stanowisku, czyli w roli szefa; podążania za swoimi uczuciami i nie zaprzeczania ani emocjom, ani swoim cudownym cechom osobowości. Zatem ode mnie nie usłyszycie nakazowego: przestań być taka empatyczna. To, co daję Wam pod rozwagę to hasło: wybierz postawę na TAK. Empatia tak, tylko z ograniczoną własną odpowiedzialnością, żeby było ciut biznesowo.

A co możesz chcieć ograniczyć? Zachowania, komunikaty, działania, które będą wynikały nie z twojej roli zawodowej, tyko z innych archetypów. Które mogą się automatycznie włączać w sytuacjach konfliktowych, np. wewnętrzną mamę, która pociesza, przyjaciółkę, która akceptuje bezgranicznie i daje się wypłakać. Nic nadmiarowo, nic ponad swoją rolę w organizacji. Ha. I to jest wyzwanie. Zachować przypisane swojej roli zadania, nie tracić nadmiernie swoich zasobów, być rozjemcą i szefem jednocześnie. Empatia sp. z o.o. Niech ta spółka działa z korzyścią dla Ciebie!

4 małe wskazówki, kiedy już jakiś konflikt dopadnie Twój zespół:

  • Patrz na duży obrazek: Warto włączyć metaforycznie aparat fotograficzny, a w nim tryb Panorama, żebyś mogła zobaczyć więcej elementów niż np. tylko dwie skonfliktowane osoby. I jestem przekonana, że wtedy kiedy dopiszesz dotąd niewidoczne elementy do tego konfliktu. Pojawią się rzeczy, na które do tej pory nie zwracałaś uwagi. A może właśnie najbardziej istotne jest to czego nie widać? Może czegoś Wam brakuje? Może to jakaś procedura, może brak ustalonych wspólnie wartości i zasad, a może niespełnione potrzeby? Za każdym razem pamiętaj, by szukać nowego spojrzenia na sprawę. Możesz sobie np. narysować schematy relacji i powiązań, zaznaczyć swoją rolę, przypomnieć stronom zadania, przywołać obowiązujące w firmie wartości. A może czas na warsztat z komunikacji? Otwórz się na nowe rozwiązania.
  • Nazywaj zjawiska, procesy, emocje, potrzeby, i cele: Czerpiąc dalej z metafory aparatu, tym razem wyłącz tryb Macro, czyli nie zbliżaj się nadmiernie i nie wyolbrzymiaj problemu. Trzymaj niezbędny dystans. Wyobraź sobie, że patrzysz na konflikt w zespole przez aparat fotograficzny. Może to pozwoli Ci zająć miejsce obserwatora i jego postawę, a Twoje spojrzenie na dany konflikt, na dwie zaangażowane strony, niech stanie się możliwie jak najbardziej obiektywne. Wyłącz swoje osobiste zdanie, sympatie i antypatie, jeśli się da zapomnij o swoich przekonaniach. Pomóż zwerbalizować potrzeby i motywację, pokazuj inną perspektywę problemu. Patrz na to, co możesz zrobić dla obu stron, neutralnie, na ile się da.
  • Szukaj salomonowych rozwiązań, które angażują obie strony, oddając im odpowiedzialność. Sama angażuj się jako rozjemca dopiero, gdy strony potrzebują Twojego autorytetu i o niego poproszą. Szukaj cech wspólnych, tego co łączy, a nie dzieli. Konflikt po prostu potrzebuje innej perspektywy, a Twoją rolą jest jej pokazanie swoim współpracownikom. Jako szef szukaj w konfliktach czegoś pozytywnego dla siebie, dla firmy. Bo dzięki kryzysom mamy szansę się rozwijać. I to twoja rola, szefie. Nadać nowy, pozytywny wymiar konfliktom w zespole.
  • Nie unikaj konfrontacji, wręcz do niej zapraszaj. Czasem zdarza się, że w obliczu kolejnego konfliktu szef nie podejmuje żadnych działań i nie tylko nie pomaga, lecz wręcz utrudnia rozwiązanie poprzez swoje osobiste ograniczenia, ucieka i unika określonych problemów w zespole. Tłumacz zadania, przypomnij o rolach, wyznaczaj granice, dawaj realną informację zwrotną obu stronom i jasno przedstawiaj perspektywę firmy. Zadawaj dużo otwartych pytań, po czym uwspólniaj stanowiska. Bo może dążenie do wspólnych rozwiązań, praca w dobrej atmosferze na jasnych zasadach, to niewypowiedziana motywacja wielu z nas, szefów i pracowników?

Ooo, mamy konflikt? Super!

Bo czegoś możemy się wszyscy nauczyć. O sobie, o relacjach, procedurach, o tym, czego potrzebujemy jako zespół. Będzie się działo rozwijająco dla wszystkich, inspirująco, jeśli tak do tego podejdziesz, jako do stałego elementu, wręcz naturalnego rozwoju firmy. Za każdym razem konflikty będą wyglądać inaczej. A kiedy przestaniesz się ich obawiać, zaprzeczać im, bądź też udawać, że nic się nie stało, a zaczniesz traktować je jako nieodzowny element rozwoju organizacji, zaczniesz patrzeć na nie jako potencjalne możliwości, zaczniesz wyciągać efektywne wnioski, wprowadzać inne, skuteczniejsze sposoby do swojej firmy, to zobaczysz w nich potencjał do zmian. I Ty nimi zarządzisz, razem ze swoim zespołem. Tego bardzo Wam wszystkim życzę. Świadomości, wyciągania efektywnych wniosków, wprowadzania pozytywnych zmian. W swoim zespole, w swojej firmie.

Monika Chodyra

kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer.

Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

idealny związek

Idealny związek

„Kobieta: Wysoki Sądzie, mąż sam upadł na nóż.

Sędzia: I tak siedem razy?!!!”

Sposób bycia człowieka jest kształtowany przez środowisko, w jakim żyje. A konkretnie przez swoich rodziców. To oni pokazują mu wzory lub antywzory postępowania w związku, traktowania siebie i drugiej osoby. I te właśnie postawy człowiek zabiera ze sobą i przynosi do związku. Jak porcelanę w posagu.

Wiążąc się z drugim człowiekiem, zakładamy, że jest to osoba dorosła i świadoma swoich czynów. Jednak praktyka życia pokazuje, że w wielu przypadkach jest zupełnie inaczej. W związku ludzie próbują zaspokoić swoje niezrealizowane pragnienia dziecka. Lub odzwierciedlają postawy swoich rodziców. Zazwyczaj dzieje się tak, bo człowiek ma jedynie konkretny wzór i nie wie, że można inaczej.

Idealny związek to dwoje dorosłych i świadomych ludzi

A dlaczego tak się normalnie nie dzieje? Bo wchodzimy w rolę matki dla męża, ojca dla żony. Przyjmujemy postawę dziecka dla partnera. Zatem w takim układzie relacja partnerska jest nie możliwa, bo nie dzieje się na jednym poziomie. Co mam na myśli, pisząc o poziomie? Wyobraź sobie, że za żonę masz kobietę, która emocjonalnie zachowuje się jak dwunastolatka, albo za męża masz mężczyznę, który chce żebyś była jego matką…

Kto to jest dorosły człowiek?

To taki człowiek, który potrafi zaopiekować się swoim wewnętrznym dzieckiem i kieruje się emocjami dorosłego, a nie charakterystycznymi dla dziecka.

Potrafi „na zimno” ocenić, czy osoba, z którą jest w związku, jest jego partnerem czy pełni inną funkcję, np. matki, oprawcy, dziecka. A jeśli sam nie potrafi tego zrobić, to ma odwagę poprosić o pomoc.

To osoba, która potrafi  zakończyć związek, jeśli widzi zagrożenie dla siebie lub swojego potomstwa.

Dla przypomnienia. Związek między dwojgiem ludzi jest rodzajem kontraktu, w którym umawiacie się, na co jest wasza zgoda, a na co nie.

Zatem twierdzę, że odpowiedzialność za przyzwolenie na określone traktowanie ponoszą obie strony. W związku należy być czujnym. Bo nic nie jest nam dane na zawsze. To co na początku wydawać się mogło zaletą, z czasem może okazać się zmorą nie do zniesienia.

Pamiętaj o ważnej zasadzie. Twój partner zrobi dla Ciebie tyle, o ile go poprosisz.

Będzie Cię traktował tak, jak mu na to pozwolisz.

I z wzajemnością.

komunikacja z szefem

Język zarządzania, czyli jak można rozmawiać z pracownikami

Rzecz jasna, tylko pod warunkiem, że chcesz się rozwijać w zakresie własnego stylu zarządzania.

„Nie, Monika, tak się nie zawsze udaje.”

„Ja się boję, że to tylko teorie.”

„Wiesz, chciałbym tak mówić, ale nie jestem przekonany, czy to jest efektywne.”

Jako trener na szkoleniach spotkałam się z wieloma obiekcjami wobec zasad skutecznej komunikacji. Zauważam cechy wspólne tych wszystkich głosów i, co zabawne, niezależnie od branży czy poziomu zarządzania. Zawsze jest podobnie: pewien rodzaj głębokiego powątpiewania, niewiary w to, że coś tak pozornie nieuchwytnego jak własne wypowiedzi może być efektywniejsze od dotychczasowych. Ten rodzaj zaskoczenia, niedowierzania, a często nieuświadomionego biernego oporu, czy aby na pewno można się czegoś w tym zakresie nauczyć. Albo oczekiwania na cudowne rozwiązania, których umysł ludzki nie ogarnia…

A ja przekornie, pozytywnie, z niezachwianą wiarą w człowieka jako istotę rozumną, powiadam Wam: zaprawdę, komunikacja z pracownikami to podstawa zarządzania, a jak chcesz być skuteczna w komunikowaniu zadań, rozwiązywaniu na bieżąco konfliktów, dawania informacji zwrotnych, to… namawiam Cię: zacznij trenować swój indywidualny sposób komunikowania się z innymi. A, i może tylko warto dodać: ćwicz, trenuj, poprawiaj, sprawdzaj swój indywidualny styl komunikacji ze wszystkimi swoimi bliskimi, zacznij zauważać swoje mocne i słabsze strony.

Trening czyni mistrza

Tego rodzaju artykuł, to taka próba podzielenia się z Wami prywatnymi obserwacjami. Umówmy się zatem w następujący sposób: napiszę specjalnie dla Was wskazówki z mojej osobistej perspektywy, te, które (wiem z doświadczenia swojego i moich Klientów) są tego warte, jako skuteczne i przynoszące realne korzyści stosującym, a Wy sprawdzicie w życiu, czy to jest dla Was. Przyda się lub nie. To Wy zdecydujecie, jeśli tylko zachcecie sprawdzić, zastosować, wprowadzić, a może po prostu tylko Was zainspiruję, i zaczniecie myśleć o warsztatach, szkoleniach, wykładach? Decyzja o tym, czy warto, też należy do Was.

Przedstawię Wam tylko kilka wariantów języka zarządzania, w który nie tylko wierzę, ale ufam i wiem, że może być skuteczny. A, i skoro pewne jest, że te moje wskazówki mogą być tylko częściowo przydatne dla Ciebie, po prostu spisz też swoje własne. To może być bardzo interesujące ćwiczenie samemu łapać się za język;)

Dekalog wskazówek

1/ Warto na dobre rozstać się z trybem nakazowo-rozkazującym, czyli z : „Zadzwoń…”, „Musisz…”, „Ma być zrobione”. A także z kategorycznym formułowaniem wypowiedzi: „Bo TAK”, „Bo NIE i KROPKA”, ,,Bo tak musi być”, „Bo ja tak zdecydowałam” itd. Wyluzuj. Sama nie znosisz, gdy ktoś do Ciebie zwraca się w ten sposób. Także… – wiadomo.

2/ Nie zapomnij parę razy nagrać się gdzieś w zaciszu. Po to, by sprawdzić, jak brzmisz, kiedy jesteś autentycznie wkurzona. Określ swój ton i… po prostu ćwicz lżejsze tony. Serio.

3/ Zdanie „Powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu” dobrze się czyta, dużo gorzej słyszy i odbiera. A to przecież nadawca odpowiada za jakość komunikatu. Czyż nie?

4/ Warto pamiętać o wartościach obowiązujących w życiu i w firmie. Odwoływać się do nich samemu, a także przywoływać je w rozmowach. Ps. szacunek jest jedną z nich. Śiąga z niezbędnych wartości, niech wisi w Twoim gabinecie. Patrz, stosuj, pamiętaj. Bo warto!

5/ Kiedy nie wiesz, co powiedzieć, najlepiej dać sobie czas. Pozwolić sobie na „Teraz nie wiem” lub „Potrzebuję się zastanowić” czy „Wrócę do Ciebie z odpowiedzią” (tak, wiem, trochę sztywne korpo zdanie na maksa, ale trzeba powiedzieć, że warto je tu zacytować; ładne jest).

6/ Warto mieć świadomość swoich filtrów – subiektywnych ograniczeń widzenia sytuacji. A przecież chcesz być w miarę obiektywnym szefem, a jeśli nie, spoko, to po prostu pomiń ten punkt.

7/ Absolutnie zakazane są wulgaryzmy w sytuacjach oficjalnych, a sam na sam z pracownikiem także jest taką sytuacją. Jeśli tego nie rozumiesz, patrz punkt drugi.

8/ Emocje, zwłaszcza te trudniejsze, jak złość, gniew, dezaprobata, wściekłość to nie są Twoi najlepsi doradcy. Zastanów się, proszę, na jakich równie dynamicznych, za to bardziej pozytywnych „kumpli” możesz ich zamienić.

9/ Tak tylko dla przypomnienia napiszę, że na pytanie: „Jak budować swój autorytet szefa? ”, moja odpowiedź jest od zawsze taka sama: Codziennie, w każdej sytuacji, każdą lub prawie każdą wypowiedzią. Aha.

10/ Swoje królewskie pozy, teatralne miny, podbijające tylko Twoje ego zdanka, tudzież inne fochy, wyślij na wieczne wakacje. One nie służą efektywnemu dogadywaniu się z kimkolwiek.

Jesteś szefem/szefową? To codziennie jesteś nadawcą wielu przekazów do swoich podwładnych.

Na ten moment to tyle wskazówek pozamerytorycznych, bo modele komunikacji, słynną Komunikację Bez Przemocy (Non Violent Communication) naprawdę warto przećwiczyć na dedykowanych temu warsztatach czy treningach. A ja jeszcze na zakończenie napisze parę intencji, z jakimi warto się zaprzyjaźnić, zwłaszcza w relacjach z pracownikami.

Także tak… jak już coś przekazujesz, mówisz, wypowiadasz się, rozmawiasz, klarujesz, tłumaczysz, prosisz, przedstawiasz to pamiętaj, bo dobrze, by było:

  • Inspirująco, tak by w innych uruchamiać ich własną, niczym nieposkromioną kreatywność, szukanie rozwiązań, niestandardowe myślenie. Wszyscy będą wygrani. I Ty, i on i Firma.
  • Partnersko, bo nie wynaleziono lepszego sposobu traktowania siebie bardziej po ludzku. Na równi, we wzajemnej relacji, a hierarchia niech będzie tylko tłem.
  • Coachingowo, bo jako szefowa, możesz być bardziej motywująca i wspierająca niż ja, pisząc tylko na tym portalu. A kiedy poczujesz moc coachingu, jako partnerskiego procesu ukierunkowanego na rozwój i realizację celu, to natychmiast odetchniesz z ulgą, bo to fajne jest. I działa!
  • Wyjaśniająco, bo jesteś też od udzielania informacji, od ich przekazywania z góry, zatem czasem tłumaczysz, objaśniasz, opowiadasz, pokazujesz i przekazujesz. Taka praca.
  • Wzmacniająco, bo tego potrzebuje każdy człowiek, pracownik tym bardziej. Docenienia, zrozumienia, akceptacji dla swoich działań, zauważania sukcesów, talentów czy zadań specjalnych każdy potrzebuje jak kania dżdżu. Często. Co poradzę, to nie trend, to psychologia człowieka.

A na zakończenie powiem Ci, że jak pomyślisz, ile symbolicznych figur ma w zadaniach szef, menedżer czy lider, to hm… sama nie wiem, czy nie uciekniesz z krzykiem człowieka słusznie rozjuszonego… (cytat z M. Musierowicz;) Mówiąc metaforycznie, dla mnie rola szefa to naprawdę wielka orkiestra talentów i umiejętności, szafa pełna wewnętrznych kompetencji o wiecznym statusie in progress. Bo przecież szef to dyrygent słów wywierających wpływ, kapitan statku, który prowadzi projekt, trener motywacji na stałym etacie nie ujętym na liście płac, malarz kreujący obrazy w głowach swoich pracowników, poszukiwacz ukrytych skarbów czyli ludzkich talentów, detektyw na tropie przyczyn takich a nie innych ludzkich zachowań, psycholog – terapeuta, mediator, sprzedawca marzeń, businessman….

Oj, wybierz sobie, kogo chcesz, kto Cię najbardziej inspiruje, i czerp z magii symboli, a ja życzę Ci spokoju i siły autorytetu indiańskiego wodza. Ten to się przynajmniej nie musiał nagadać. Powodzenia!

Monika Chodyra

kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer.

Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

pray

Wbijanie pala w ziemię! – terapia duchowa a coaching

Zauważyłam, iż ludzie w ostatnich latach odkryli na nowo i rozkoszują się pracą nad swoim życiem duchowym. Nad swoim rozwojem duchowym. Zdejmują klątwy, przyrzeczenia, obietnice do pięćdziesiątego pokolenia wstecz. Odkrywają swój ukryty potencjał i możliwości.

Sama chętnie zaglądam do historii swojej Duszy. Za każdym razem zaskakuje mnie czymś nowym albo przyprawia o zawrót głowy. Podczas takiej pracy dowiedziałam się, że w poprzednim życiu już napisałam książkę. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej! Można by zrobić kopiuj – wklej ;) 

Fantastyczna sprawa! 

Zauważyłam również, że sporo osób terapie duchowe traktuje jak lekarstwo na wszystko. Traktują je jak cudowną moc, która „załatwi” za nich wszystko. Na przykład: ktoś, kto ma trudność ze znalezieniem partnera, oczekuje, że terapeuta duchowy tak zaczaruje teraźniejszość i przeszłość, że ten partner zjawi się, ot tak, po prostu.

Owszem, zjawi się. Wtedy, gdy będziesz na to gotowa. Gdy przygotujesz grunt swoim działaniem w kierunku znalezienia miłości. Wtedy, gdy zastosujesz zalecenia terapeuty. Najczęściej są to afirmacje i modlitwy. Najważniejszym przesłaniem rozwoju na poziomie duchowym, jest bowiem posprzątanie, odblokowanie, uporządkowanie i wyczyszczenie drogi, którą podążasz do celu.

Co nie oznacza, że masz teraz leżeć i pachnieć, a miłość lub szczęście samo Cię znajdzie! Jak szczęście zobaczy, że masz w szanownym poważaniu swoje możliwości, to ono będzie miało w szanownym poważaniu Ciebie…Chodzi o to, że terapie pracujące z Twoją duszą, służą uwolnieniu jej od blokad z przeszłości, od klątw; po to, abyś Ty, w obecnym wcieleniu, mogła realizować swój plan.

A co to jest realizacja planu?

Jeśli masz za sobą sesje z terapii duchowej, to z pewnością już doświadczyłaś stanu, gdy Twoja dusza wolna od kamieni z przeszłości aż rwie się do działania. I jak zwykle to od Ciebie zależy, czy zostaniesz sobie w takim „klimacie” i poczekasz, aż przejdzie ochota na działanie. Czy wykorzystasz wolną drogę i zrobisz cokolwiek?

Dlaczego to takie ważne? Samo latanie pod sufitem i rozkoszowanie się „lekkością bytu”, nijak ma się do sukcesów w miłości, biznesie, w ogóle w życiu. Działanie to ugruntowanie lub, jak to określił jeden z moich klientów, „wbijanie pala w ziemię”. Aby czerpać energię również z dołu, z ziemi. Energia nie może iść tylko w jedną stronę, czyli w górę. Musi być zachowany przepływ między górą i dołem. To tak jakbyś używała tylko głowy, a nogi były zbędnymi częściami ciała.

Uwaga!

Skupianie się wyłącznie na duchowej stronie życia, lubi stać się uzależnieniem. Kiedy powinna włączyć się czerwona lampka? Jeśli:

  • wzdrygasz się na myśl o wprowadzaniu w życie uzyskanej na terapii wiedzy;
  • wynajdujesz kolejne i kolejne szkolenie, wykład z zakresu wiedzy duchowej, a sama nic nie robisz;
  • mówisz sobie, że jeszcze tylko jedno ustawienie, tylko jedna sesja oczyszczająca i już, już będzie ta ukochana osoba.

To jest sygnał, że nie masz połączenia ze swoimi korzeniami. Dosłownie. Osobiście bardzo lubię tę formę pracy z duszą. I lubię też polatać pod sufitem, bo to takie przyjemne… Jednak dla równowagi, dla harmonii, potrzebne jest również działanie. I to właśnie robi ludziom coaching. 

Zapewne zastanawiasz się, jak połączyć się z energią ziemi?

Zdradzę Ci swoje sposoby na ugruntowanie:

  • jedzenie czekolady (najbardziej lubię);
  • wyznaczanie konkretnych celów i działań jako uzupełnienie wiedzy z terapii duchowej;
  • medytacje pozwalające stać twardo na ziemi.

Jeśli jednak, masz jeszcze wątpliwości co do słuszności wbijania pala w ziemię, to zastanów się nad poniższym pytaniem:


Widziałaś kiedyś drzewo z pięknymi, zielonym konarami zawieszone w powietrzu?

angry boss

Język zarządzania, czyli jak nie rozmawiać z pracownikami

O komunikacji w zarządzaniu wiele się mówi, pisze i czyta, temat jest szeroki jak rzeka, a ja nadal mam wrażenie, że proporcjonalnie za mało tłumaczy się skutki dyrektywnego, przemocowego sposobu rozmowy z pracownikiem.

Za mało podkreślane bywają podstawowe wartości zarządzania, a szefowie stanowczo zbyt rzadko ćwiczą pozytywnie sformułowane komunikaty i ich efektywność. Bo przykłady, które słyszę na sesjach, treningach czy warsztatach stanowią przykre potwierdzenie tego wciąż występującego zjawiska.

„To się organizuj!”

I to się nazywa naprawdę twarde lądowanie, kiedy po swoich miękkich, rozwojowych, wspierających wakacyjnych artykułach wracam do codziennej pracy i podczas sesji menedżerskiej słyszę opowieść swojej Klientki o spotkaniu z jej przełożonym. Oho, myślę sobie, zaczyna się! Nieubłagany powrót do twardej, biznesowej rzeczywistości, której przykłady budzą dreszcze. Znowu! Ciekawe, jakie literki przed nazwiskiem dopisuję sobie w stopce taki szef, myślę sobie, i czemu jest przekonany, że język pełen przemocy względem pracowników jest taki skuteczny. Organizuj się! Dobrze, to się organizuję i rozkładam na części pierwsze możliwe reperkusje tego rodzaju komunikatów.

Pozornie prosty komunikat tylko że: dyrektywny, zbyt ogólny, nakazowy, sugerujący, że coś jest z pracownikiem nie tak. Nie wspomnę, że mało konkretny i mało merytoryczny. Mogę się założyć, że odczytany indywidualnie przez dziesięciu pracowników, będzie miał dziesięć różnych interpretacji, w tym najwięcej tych emocjonalnych.

„Gdybym miała gorszy dzień, to bym Cię rozszarpała”

Nie, to nie jest wymyślony przykład, i tak, wiem, brzmi jak dialog z filmu grozy. Taki sposób wyrażania swojego niezadowolenia z sytuacji firmowej, wybrała jedna z przełożonych dla swej podwładnej, doświadczonej menedżerki. Przyznaję, to są momenty, w których moja coachingowa dusza drży: modlę się mocno o własną neutralność, stawiam zasieki dla własnej empatii i gorączkowo szukam narzędzi, by skutecznie wesprzeć moją Klientkę. Wtedy też sama siebie pocieszam, że to jednostkowy przypadek, że przecież to się nie zdarza nagminnie, że może tak naprawdę, ktoś tylko miał zły dzień.

Przyznaję, takiego zdania nie wymyśliłabym w najgorszych snach. Tak jawnie atakującego, wyrażonego bezpośrednio, w zaciszu spotkania 1:1, tzw. one to one, tak groźnego w skutkach. Z jakim stylem zarządzania mamy tu do czynienia? Jaki rodzaj relacji buduje taki przełożony? Przerażona szukam pozytywów, wniosków z tego komunikatu i tylko jeden na ten moment przychodzi mi do głowy: podzielić się nim w tym artykule, by przybliżyć złote zasady języka zarządzania. Przemoc, ukryta groźba, bo tryb przypuszczający; jawna, bo jest określony skutek. Brr. Analiza przemocowego języka zarządzania to nie jest to, co prawdziwi coachowie kochają najbardziej. Napiszę, myślę sobie. Ku pamięci. A może ku przestrodze? A może ku refleksji? A może, żeby zaalarmować działy HR?

„Dla mnie słowa nie da się nie istnieją”

Pada kategoryczny komunikat na zebraniu i cały zespół jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Przecież nie będą polemizować. A formułujący go menedżer jest cały z siebie zadowolony, bo przecież kiedyś powiedzieli mu, że ma ustalać zasady z zespołem i je jasno komunikować. No to powiedział, nieźle, prawda? Ba! Może być głęboko przeświadczony, że takim komunikatem buduje autorytet, a także swoją niezłomną postawę ukierunkowaną na realizację celów. Przecież to bardzo motywujące. A skutki bywają wielostronne, zarówno indywidualnie u pracownika, jak i dla całego zespołu: brak otwarcia na konstruktywny dialog, brak zgłaszania problemów w czasie projektu, skumulowany, napędzający stres, który „morduje” kreatywność, a samego szefa zamyka w kręgu twardych oczekiwań i mało realnych wymagań. I takich pełnych przemocy, dyrektywnych, subiektywnych „kwiatków” zamykających relacje, dialog z pracownikami mogę przedstawić więcej. Niestety.

„Nie lubię marudzenia”

Coś trzeba tłumaczyć? Negatywne komunikaty mogą wywoływać negatywny odbiór – wydaje się to oczywiste, ale w komunikacji nie ma oczywistych rzeczy. Bo na przykład tajemnicą, niepotrzebną zagadką może być już na wstępie szukanie prawdziwego znaczenia użytych słów: co jest dla takiego szefa marudzeniem? Co to oznacza: marudzenie do przełożonego. I tak możemy tylko zgadywać: wyrażanie niezadowolenia? Zgłaszanie problemów? Dawanie informacji zwrotnej? Przekaz trendów rynkowych, które nie są po linii firmy? I to chcę podkreślić. Tak niejasny, a zarazem pejoratywny komunikat odgradza szefa od bieżącego dialogu z pracownikami, zgłaszania problemów, zapalnych punktów, obiektywnych trudności. Zamyka przekaz, wymuszając coś nieokreślonego. Bo to, czym jest marudzenie dla jednych, nie będzie marudzeniem dla drugich. I to „nie lubi”? Czyli unikać trzeba. Nie mówić, nie zgłaszać, nie informować. Bo co? Bo będzie zły?

„Od Ciebie wymagam więcej”

Ten komunikat z kolei wielokrotnie słyszałam sama od swoich przełożonych. I być może nawet ukryty był w nich jakiś komplement dla moich zdolności czy ambicji; lecz był dla mnie wtedy zupełnie nieczytelny. Za to dobrze pamiętam mieszane uczucia, jakie mi towarzyszyły, słysząc go, a także własną wewnętrzną niezgodę na zwiększone oczekiwania, które, jak się łatwo teraz domyślić, oceniałam jako niesprawiedliwe, wygórowane i powodujące we mnie presję. Wyzwanie, jako kolejne wezwanie do pełnej mobilizacji nieświadomie spinało mnie ponad miarę i żałuję, że w czasach kiedy byłam pracownikiem, nie było tak rozpowszechnionych form rozwojowych jak coaching, warsztaty, mentoring, dzięki którym mogłam zrównoważyć swoje możliwości wobec oczekiwań szefa, nauczyć się efektywnie pozytywnej asertywności, uświadomić sobie model zasad, w którym przyszło mi funkcjonować. Co z tym komunikatem jest nie tak? Może być odebrany jako wartościujący, niesprawiedliwy wobec innych, wywołujący niewidzialną presję i stres. Bo nie da się w zarządzaniu mówić: BEZ ODBIORU.

Moją intencją jest, by naprawdę każdy szef, niezależnie od płci, zastanowił się nad swoim językiem zarządzania. Jakie sformułowania są przez Ciebie najczęściej stosowane? A być może jakichś nieświadomie nadużywasz? W jaki sposób formułujesz zastrzeżenia, obiekcje, negatywną informację zwrotną? Czy przygotowujesz się do spotkań z pracownikami, pracując nad celem i skutkiem swych wypowiedzi, czy koncentrujesz się na efekcie, na rezultacie, z jaką intencją wygłaszasz swoje przekazy? Wreszcie – czy myślisz o obrazie swojej osoby, jaki budujesz u swoich pracowników? Że nie wspomnę o wizerunku firmy…

Komunikacja bywa największym wyzwaniem i dla szefów i dla pracowników, a jednocześnie wcale nie tak często wybieranym tematem szkoleń. Wg mnie i mojego doświadczenia uwspólnienie zasad komunikacji, budowanie wartości firmy poprzez komunikowanie się, określenie granic komunikacji w sytuacjach konfliktowych, kryzysowych jest niemiernie istotne. Mówimy, piszemy, przedstawiamy, czyli komunikujemy się nieustannie. Na dodatek obecnie wielokanałowo (e-mail, sms, skype itd.). A tak często zapomina się o wieloznaczności użytych słów, pojęć i o indywidualnej percepcji. A, i o szacunku dla drugiej strony. Elementarnym. I wstyd mi za szefów, ich nieumiejętności, postawę, braki. I za pracowników, którzy tego doświadczają. Myślcie głową, mówcie z serca – taki mi się nasuwa wniosek, a temat komunikacji z wartościami obiecuję rozwinąć w następnym artykule. Za tydzień obiecuję, będzie pozytywnej czyli jak rozmawiać z pracownikami.

Zapraszam, pozdrawiam wszystkich czytających, i życzę, by takie przykłady były dalekie od Waszej rzeczywistości. Proszę, po prostu uczyńcie je niemożliwymi.

Monika Chodyra

kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer.

Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

łyżka cukru

Zamienniki przyjemności – ksylitol i stewia

Cukier. Najbardziej rozpowszechniony przez ostatni wiek. Uzależnia dyskretnie od najmłodszych lat. Prawda jest taka, że „przywiązuje do produktu”. Dodawany do mieszanek dla niemowlaków, potem przez babcie do herbaty, aż w końcu sami sięgamy po „coś słodkiego” i nie możemy przestać.

Mózg pracuje TYLKO na glukozie. Jeszcze nigdy w historii rozwoju człowieka tyle glukozy nie pojawiało się nagle we krwi co od ponad stu lat, kiedy cukier zaczął wlewać się do przemysłu spożywczego szerokim strumieniem. „Cukier krzepi”, a cukrownie, rolnicy, cukiernie, przemysł spożywczy mogą dużo zarabiać. Biznes się kręci, nęci i rozrasta. To nic, że psują się zęby (zarobi stomatolog). To nic, że ludzie chorują i umierają na powikłania nieleczonej cukrzycy. Kasa, kasa, kasa. Ostatecznie każdy ma wybór, a dorosły człowiek przecież niby jeszcze większy. Czyżby?

Niejednokrotnie 30% składu przypraw to cukier. Truizmem będzie przypominanie, ile cukru jest w kechupie. Może dlatego moje dzieci lubią dodawać go nawet do schabowego?

Mózg „widząc” tyle cukru, czuje się „szczęśliwy”. Oto nagle pojawiła się „nagroda”. Takie zjawisko wykorzystuje się też w trenowaniu zwierząt, choćby koni. Skoczył ładnie, to kostka cukru. Równo i grzecznie biega? Proszę bardzo – kostka cukru. Koduje się.

Ludzie przyzwyczajeni do słodkiego szukają bardziej lub mniej podświadomie zamienników. To tylko jednak przedłuża cierpienie. Mózg dalej dostaje sygnały, że „oto jest coś słodkiego”. Podświadomie więc „pamięta”, że trzeba po to sięgać, aby czuć się troszkę szczęśliwiej. Dostać nagrodę. Pomijam fakt badań nad sztucznymi słodzikami, które mają zgubne działanie na zdrowie udokumentowane w pracach naukowych. Ostatecznie to sztuczny związek chemiczny i raczej nie ma nic wspólnego z naturalnymi warzywami. Stewia, ksylitol i inne słodkości pochodzące z natury, też nie pozwalają zapomnieć, że słodki smak jest nagrodą dla mózgu.

Stewia i ksylitol – nadzieja tych, którzy powinni zrezygnować z cukru?

Dopuszczona jako dodatek do żywności pod kodem E-960. Ekstrakty glikozydów stewiolowych w różnych procentowych układach w dawce do 4 mg/kg masy ciała na dobę nie wywołują nieprzyjemnych działań ubocznych ze strony przewodu pokarmowego. Na pewno nie zawiera glukozy, więc pozbawiona jest efektów wysokiego indeksu glikemicznego. Daje uczucie słodkości na języku, nawet przyjemnej, delikatnej, jakby ulotnej. Wykorzystywana jako zamiennik cukru, kiedy chcemy uzyskać efekt słodki w potrawie czy napoju. Osobiście uważam, że lepiej jest zjeść jedną figę niż garść liści stewii. Wiele jednak zależy też od proporcji w pożywieniu. Jeśli w większości oparte jest ono na zielonych warzywach, to jest najkorzystniejsze. Najlepszym reduktorem apetytu na słodkie jest sok z kiszonych ogórków, ale też i same kiszone ogórki czy kiszona kapusta.

Ksylitol powstaje naturalnie w jelitach w procesie trawienia. Jest słodki, przyjemny w spożyciu, praktycznie smakuje jak cukier. Utrudnia rozwój grzybów z rodzaju Candida. Przeciwdziała tworzeniu się próchnicy, choć jest słodki. Otrzymuje się go w wyniku bardzo złożonego procesu chemicznego, wysokich temperatur i różnych związków chemicznych. Generalnie nie ma takiej czystej postaci krystalicznej w świecie roślinnym, w sensie kwiatu czy owocu zawierającego suchą postać skrystalizowanego ksylitolu. Nadmierne spożycie ksylitolu zwykle kończy się biegunką. Jeśli nie preferujemy takich atrakcji, to wystarczy jeść choćby jagody. Dodatkowo zawierają wiele bardzo cennych minerałów i związków potrzebnych do prawidłowej pracy przewodu pokarmowego.

Bez cukru można żyć

Przez dziesiątki tysięcy lat istnienia człowieka na ziemi tak to funkcjonowało. Sami powinniśmy ocenić, gdzie jesteśmy ze swoim uzależnieniem od cukru i ile możemy dla siebie zrobić. Czasem wystarczy świadomość tego, co i jak działa. Czasem dopiero pobyt na neurologii (udar) czy kardiologii (zawał) mogą dać do myślenia. Choć to, czym są karmieni chorzy w szpitalach, często zawiera duże ilości cukru, ale to już inna bajka. 

Cukier nie rośnie na drzewach, krzakach czy w ziemi. Robi się go w fabrykach i cukrowniach. Wydobywa wysublimowany składnik w dużym stężeniu. Jest słodko, ale co za dużo to niezdrowo. Zbyt łatwo ulegamy złudzeniu nagrody, a prawdziwą cenę płacimy w aptece czy szpitalu. 

Oczywiście dla osób, które w większości opierają dietę na zielonych warzywach, okazjonalne „coś słodkiego” nie stanowi zagrożenia. Ważny jest świadomy umiar, a o ten bardzo trudno, bo granica jest niewidoczna i bardzo subtelna. Sami też lubimy w łatwy sposób się oszukiwać/uspokajać. Sięgamy po „zdrowy cukier” (miód, stewia, ksylitol), ale czy to nam ułatwia odejście od tego prawdziwego cukru, który obecnie można znaleźć w ok. 75% tego, co leży na półkach sklepowych? 

Jeśli już koniecznie musimy coś słodkiego, to może wystarczy jedna figa, arbuz czy gorzka czekolada. Pamiętajmy – ważne są proporcje w codziennych nawykach żywieniowych!

randka w ciemno

Miłość wirtualna? Grzech nie spróbować!

Czasem jest tak, że masz dosyć szukania partnera w tradycyjny sposób. Masz dosyć marnowania czasu na strojenie się na darmo. I wcale Ci się nie dziwię. Jeśli jeden ze sposobów szukania partnera przestał się sprawdzać, to należy znaleźć inny. Czas na portale randkowe!

Łatwo powiedzieć! – założę się, że tak pomyślałaś…

W obecnych czasach, kiedy dostęp do sieci internetowej jest tak powszechny i oczywisty, warto go wykorzystać. Ludzie o tym nie mówią, bo zwyczajnie się wstydzą, ale szukanie ciekawych osób na portalach randkowych jest bardzo popularne. Przyznam się, że sama próbowałam szczęścia w ten sposób. Pierwszy raz, gdy rzucił mnie facet. A drugi raz już zawodowo, żeby sprawdzić, jaką oni tam mają ofertę.

Wiesz, co jest cenne w takim rozwiązaniu? Czas. To też dobra opcja dla osób nieśmiałych, które na początku wolą być mniej widoczne. No i z praktycznego podejścia, o którym już wspomniałam – na czas rozmów na czacie nie musisz się stroić i malować.

A zatem o co chodzi w tych portalach randkowych?

Po pierwsze jest tam ciekawa funkcja, która załatwia temat pisania o sobie. Zazwyczaj jest do wypełnienia test, który składa się z pytań określających twoje cechy osobowości, upodobania, zainteresowania. Już na wstępie otrzymujesz informacje, które ułatwią ci opisanie własnej osoby.

Po drugie trzeba się zastanowić, kogo tak naprawdę szukasz. Czy to ma być ktoś na stałe, na zawsze i do grobowej deski? Czy to ma być towarzysz kilku spotkań…. Bardziej zależy ci na seksie czy na romantycznych randkach? To jest bardzo ważne, bo anons przyciągnie takich ludzi, o jakich napiszesz.

Po trzecie pomyśl, co możesz i chcesz zaoferować. Tutaj dobrym rozwiązaniem jest sprecyzowanie swoich oczekiwań i tego, co ty masz komuś do dania.

Po czwarte odpowiadaj tylko na zapytania, które pasują do twojego opisu. Pozwoli to już na wstępie wybrać najtrafniejsze oferty oraz uniknąć rozczarowania podczas spotkania na żywo.

Po piąte nie zrażaj się po pierwszej nieudanej rozmowie, dziwnym spotkaniu, randce-pomyłce. Umawianie się na randki jest jak jazda próbna samochodem. Zanim wybierzesz właściwy model, rocznik i kolor, próbujesz i próbujesz, i próbujesz. Może być tak, że sprawdzisz tysiąc modeli i nic, a przy tysiąc pierwszym zaiskrzy!

Jedna z moich przyjaciółek, osoba bardzo wytrwała w poszukiwaniu idealnego partnera, po kilku kiepskich randkach stwierdziła, że jeszcze „będzie musiała się tych żab na całować”.

Co powoduje, że masz ochotę umówić się z tą konkretną osobą przez portal randkowy?

Musi być chemia, musi zaiskrzyć. Coś musi być, żeby warto było zakręcić się koło takiej osoby. Teorii na temat dobierania się ludzi w pary jest tyle co par. Ja proponuję rozejrzeć się wokół potencjalnych kandydatek i kandydatów i zastanowić się, co w nich jest dla ciebie atrakcyjne. Może to być jedna cecha. Zastanów się też, co cię denerwuje. A na koniec wyobraź sobie siebie z tą osobą na starość. I czy to, co atrakcyjne i wkurzające nadal takie pozostało.

I tutaj nie ma znaczenia czy rozmawiasz na żywo, czy na portalu. To się po prostu wie, czy dana osoba nas pociąga oraz czy my jesteśmy atrakcyjne dla rozmówcy.

Druga strona korzystania z portali

Trafiają się osoby, które kłamią w opisach profili, a potem również w trakcie rozmowy bezpośredniej. Jednakże, jak mówi przysłowie, kłamstwo ma krótkie nogi, zatem szybko zorientujesz się, w czym rzecz.

Klienci i klientki opowiadali mi o takich przypadkach:

  • „kandydat napisał, że jest wysoki, a w rzeczywistości okazał się sporo niższy ode mnie”,
  • „kandydat napisał, że jest dorosły, a w zasadzie tylko pesel świadczył o jego dorosłości”,
  • „kandydatka umówiła się na spotkanie i nie przyszła”,
  • „kandydat pisał romantyczne listy, a chodziło mu o naciągnięcie na pieniądze”.

Zrozumiałe są również obawy, że przez internet nie można nikogo ciekawego poznać lub że tylko dziwni ludzie mają swoje profile. Są osoby uważające portale randkowe za targowisko próżności i stratę czasu oraz swoich danych osobowych.

Portale randkowe mogą być również źródłem frustracji. Dzieje się tak dlatego, że zdarzają się osoby oczekujące, że portal znajdzie miłość ich życia za nich.  Należy pamiętać, że portal randkowy jest opcją, ale nie jedyną możliwością. 

Spotkałam się również z opinią, że poszukiwania na portalu osoby, z którą człowiek chce spędzić resztę życia albo przynajmniej większą jego część, wiążą się ze sporym wysiłkiem i zaangażowaniem. To taaaka ciężka praca, bo trzeba coś o sobie napisać i pilnować się, żeby za bardzo nie nakłamać. I jeszcze zdjęcie ładne wstawić. Najlepiej swoje.

Randki umawiane przez portal bywają zaskoczeniem. I to nie jest tajemnica. Randki w ciemno kojarzą mi się z robieniem zakupów w sieci. O zamawianej rzeczy wiesz tyle, że ma jakiś kolor, kształt i jest np. fotelem. Ale jaki jest w dotyku, czy jest wygodny i czy odcień będzie pasował do wnętrza?

Podobnie jest z randką umawianą przez portal. Wiesz, że to człowiek, kobieta lub mężczyzna. Widziałaś zdjęcie, a na spotkaniu jako znak szczególny będzie mieć różę w zębach. Jednak umówienie się niesie ze sobą dreszczyk emocji, bo nie wiadomo jak będzie. Jestem zdania, że warto próbować, bo między ludźmi iskrzy w najmniej spodziewanych miejscach i sytuacjach.

Sposób na poznawanie osób najlepiej dostosować do siebie. Jeśli wolisz spotykać się na żywo, to tak rób. Jeśli lubisz łączyć świat wirtualny z rzeczywistym, to jeszcze lepiej. Warto pamiętać o jednym: bądź autentyczna, bądź czujna i próbuj aż do skutku. W końcu masz „mecz do wygrania”;)

joga na plaży

Wczasowniki z wakacji, z którymi warto zaprzyjaźnić się na cały rok

Tak sobie rozmyślałam, siedząc na pomoście, gdy nagle uświadomiłam sobie, że jestem cała taka absolutnie wewnętrznie szczęśliwa. Jak to zrobić, żeby pewne stany, uczucia można było zapakować w termos i mieć „na potem”. Na później, kiedy praca i jesienne zadania przysłonią nam te pełne dobrostanu wspomnienia.

Też tak macie? Jak utrwalić tę lekkość istnienia, wolną głowę, poczucie spełnienia, radość z życia, które tylko razem stanowią niezwykłe doznania, niezrównany stan duszy? Same wspomnienia, fotografie czy filmy to za mało. Same wiecie, takie namiastki szczęśliwych chwil, które potem z biegiem czasu tracą na swojej emocjonalnej wiarygodności, wydają się nieosiągalne. No i wymyśliłam, żeby napisać dla Was i dla siebie takie wakacyjne vademecum z czasowników, o których warto pamiętać cały rok. Wczasowniki! Aktywne, pozytywne, sprawcze, na które zawsze możemy liczyć! Może to one nas uratują? Bo wakacje nie trwają wiecznie i to jest ich największa wada. Wczasowniki – najlepiej stosować w swojej pierwszej, najważniejszej osobie i dla swojego wewnętrznego JA.

Oddycham

Głęboko, przeponowo, spokojnie, całą sobą, bez udziału myśli. Kilka razy powtarzam ten proces możliwie świadomego, uważnego procesu. Tylko oddech, nic więcej. Wdech, wydech. To tylko pozornie fizjologiczna czynność, podstawowa przecież funkcja życiowa. Z jej znaczenia i ukrytej mocy często nie zdajemy sobie sprawy – oznacza życie. Kiedy skupiamy się na niej, czyniąc z niej świadomy proces, uczymy się swojego rytmu i mamy szansę poczuć swoją energię, a następnie móc uczyć się nią zawiadywać. Oddychaj, daj odpocząć umysłowi, tak, by uspokoił natłok myśli, by zamilkł na dłuższą chwilę dialog wewnętrzny, a gdy uda Ci się całkowicie go wyłączyć… no, to sama zobaczysz. Poczujesz, obiecuję. Oddech jest Twoim największym przyjacielem, a na pewno może nim być.

Odpuszczam

Ooo, tu nie będzie tak łatwo. Znasz to? Bo to Ty wiesz, gdzie najbardziej potrzebujesz odpuścić, w jakich obszarach swojego życia, a raczej myślenia o swoim życiu. Pamiętaj, spinka to jest przedmiot do włosów, a włosy są na głowie. Po co Ci spinka w głowie? Na czym tak bardzo się fiksujesz z napięciem godnym lepszej sprawy? I dlatego odpuszczanie umiejscowiłam zaraz za oddechem. Oddychaj, uprzednio odpowiadając sobie na pytanie, CZEGO potrzebujesz/ chcesz/ CO możesz odpuścić/ jest możliwe? Wtedy podczas głębokiego oddychania wyświetl sobie niczym końcowy kadr z filmu wielki napis: ODPUSZCZAM. I powtarzaj oddychanie, aż poczujesz zanik napięcia w całym ciele. I tak, masz rację, to może być wczasownik wielokrotnego użytku. Bardzo wartościowy, zaręczam. Sama też sobie obiecuję jeszcze bardziej się z nim zaprzyjaźnić.

Odreagowuję

Ten wczasownik też się przyda na zawsze, choć może okazać się dość wymagający. Bo po pierwsze znowu nie ma uniwersalnej recepty dla wszystkich i trzeba się wykazać pewnym wysiłkiem powielanym podczas różnych prób, by odnaleźć sposób, w jaki Ty odreagowujesz najlepiej. Spa? Sport? Książka/kino? Po drugie nakłada na Ciebie wysiłek działania. Co lubisz? Biegać, skakać, ćwiczyć? Śpiewać, krzyczeć, tańczyć? Zwierzęta wytrząsają swój stres, a ludzie niestety kumulują go w ciele, dlatego podkreślam wielowymiarowe aspekty odreagowania. Coś dla ciała, a w rezultacie otrzymasz też coś dla duszy, coś dla swojego emocjonalnego ja. Na poziomie fizycznym, mentalnym, duchowym. Odreagowanie ma moc uwolnienia ze stresu, nadmiaru emocji, spinek i innych mechanizmów, które nabywamy codziennie, świadomie i nieświadomie. Zatem świadomy, intencjonalny zamiar odreagowania niech stanie się dobrym nawykiem, nie tylko w wakacje.

Dbam o siebie

I znowu taki indywidualny wczasownik, bo dla każdego będzie to co innego. Dbanie o siebie to szerokie pojęcie, zawiera wszystkie powyższe, poniższe i wiele tu nie wymienionych. Mogę tylko przypomnieć, że oprócz urody i wyglądu, które często przejmują u nas, kobiecej płci, prowadzenie, jest także samopoczucie, zdrowie, kondycja psychiczna. Warto o tym pamiętać i uwzględniać to w swoich aktywnościach. Dbam o siebie całą, opiekuję się sobą, troszczę się o siebie, pilnuję swoich spraw, unikam zaniechań, planuję działania, które mają mi ułatwiać życie, poprawiać codzienne funkcjonowanie, czynią je bardziej satysfakcjonującym i komfortowym. Szukaj dobroczynnych aktywności, które polepszają Twoje samopoczucie. I bądź dla siebie dobra. Po prostu.

Dostrzegam

Na wakacjach jest łatwiej, bo po pierwsze naturalnie dajemy sobie na to więcej przestrzeni, po drugie wyjazdy, podróże dosłownie temu służą – oglądamy świat, podziwiamy widoki, atrakcje. Po trzecie wydaje nam się, że mamy na to czas i możemy sobie na to pozwolić. Podkreślam, wydaje się, bo przecież dostrzeganie różnych zjawisk, ludzi z otaczającego świata, taka świadoma uważność nie jest przepisana tylko wakacjom. Dostrzegam oznacza uważne patrzenie z własną interpretacją, pozwala na swoje wnioski, a jednocześnie nadaje tym oglądom z pozycji obserwatora lekkości, dystansu i tak pożądanej często perspektywy czy zmiany punktu widzenia. Także patrz, podziwiaj, dostrzegaj. Czasownik wszechstronny, całoroczny, jego nie obejmuje żadna, nawet branżowa sezonowość.

Doceniam

Czyli zauważam wartość zjawisk, ludzi, przeżyć i wyrażam względem nich swoje emocje, nawet tylko wewnętrznie. Doceniam oznacza również wdzięczność, w tym tą taką mało używaną, tą dla siebie. Być wdzięcznym za coś komuś to się częściej zdarza, a być wdzięcznym sobie np. za dostarczenie sobie ważnych przeżyć czy emocji, albo udanych relacji, to już wyższa szkoła jazdy. Uwaga, ostrożnie z używaniem tego wczasownika, żeby Wam się literka D nie zgubiła, bo wtedy zostaje gołe oceniam, a wtedy może być niekomfortowo, trochę krepująco. Doceniam ma większą moc, bo właściwie wyrażone, zdecydowanie działa wzmacniająco na relacje. Doceniam to czasownik nieodzowny w zarządzaniu, praktycznie taki druh przyboczny każdego szefa.

Śmieję się

Często, dużo, z różnych powodów i bez powodu też. Śmiech to zdrowie, jak mówiły jeszcze nasze babcie, i nie potrzebowały na to żadnych naukowych dowodów. „Śmiejcie się dużo” – mawia nasza mama przy każdym rodzinnym pożegnaniu i w tym życzeniu zawarta jest głębsza prawda o śmiechu, wspólnej radości, a także obietnica jego cudownych konsekwencji. Poczucie humoru, śmiech do łez, z sytuacji, kontekstu, z siebie, ze swoich słabości, i ta lekkość, którą przynosi ciału i głowie serdeczny śmiech. Śmiej się cały rok i szukaj do tego pretekstów, nawet jeśli tak się zdarzy trochę na siłę, jak ja to nazywam: z jasną premedytacją. Na poziomie emocjonalnym uwolnienie, na poziomie fizycznym uwolnienie napięć w ciele, tyle korzyści czyni z tego czasownika wieczną aktywność na każdy dzień. Jeśli więc tylko możesz, nie żałuj sobie okazji do śmiechu.

Działam w zgodzie ze sobą

Bezcenne. Czasownik, który określa różne czynności podległe temu pojęciu, zawiera w sobie ocean innych. Oznacza szacunek dla siebie, swoich potrzeb, podążanie za nimi, uznanie siebie. Na wakacjach złudnie można mieć poczucie, że tylko tu można działać w pełni w zgodzie ze sobą, a przecież to może być cały sens życia. Pytać samego siebie o zgodę na jakieś działania, podejmować wybory, sprawdzać swoje reakcje, wszystko w duchu: co ja na to? Czy to coś jest dla mnie? Jakie to jest dla mnie? Działanie w zgodzie ze sobą, kolejny wieczny czasownik, który świadomie używany we wszystkich obszarach życia ma szansę przyczynić się realnie nie tylko do rozwoju osobistego, ale też zwiększyć wewnętrzne poczucie szczęścia.

I powiem Wam, że tych wczasowników, tych pozytywnych czasowników z wakacji, które określają służące nam czynności, aktywności, działania jest dużo, dużo więcej. Namawiam Was, zbierajcie je równie czule co wspomnienia i fotki! Pozwalam sobie, wrzucam na luz, marzę, tworzę, kreuję, odpoczywam. Każdy ma swoją ukrytą moc, dla każdego z nas może on oznaczać co innego i różne też będą z niego płynąć dla nas korzyści. Pomyślałam, że ze wszystkich części mowy języka polskiego lubię najbardziej właśnie czasowniki, bo są sprawcze, dynamiczne, aktywne, oznaczają działanie, określają nasz wpływ na sytuację, na nasze sprawy, budują nasze życie, są nim. I dlatego stworzyłam dla nich tę specjalną nazwę, bo na wakacjach łatwiej przyjrzeć się temu, co robimy łatwo, z przyjemnością, i co może nam służyć zawsze, nie tylko w wakacje. Wczasowniki na cały rok! Ode mnie dla Was z życzeniami cudownych wakacji, niech trwają!

Monika Chodyra

kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer.

Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

plan na związek

Plan związku? Czyli co?

Aby związek miał „ręce i nogi”, powinien mieć również zasady i mieć plan.  Wiem, to często bolesne. I może być jeszcze bardziej, gdy nie ustalisz tego z partnerem.

Jak zaplanować związek?

Planowanie zacznij od nauczenia się, czym jest związek dwojga ludzi. Przede wszystkim, to układ między DOROSŁYMI ludźmi. Niby oczywiste, ale życie pokazuje zupełnie inne scenariusze. 

Związek przechodzi przez trzy fazy:

  • zauroczenia, 
  • tworzenie związku i rozczarowania, 
  • wzajemnego zrozumienia i otwarcia na zmiany.

Najistotniejszym jest, abyś pamiętała, że każda z tych faz przemija poprzez zmianę.

Faza pierwsza, czyli te sławne „motyle w brzuchu”, trwają zdecydowanie za krótko. Tak się tylko wydaje, bo trwają tyle, ile trzeba. Gdyby było inaczej, człowiek wykończyłby się życiem w ciągłej ekstazie. Natura wie, co robi. Nie chce Cię zamordować ze szczęścia, bo może warto dotrwać do kolejnego etapu.

Czas na tworzenie związku wiąże się z poczuciem rozczarowania. A czemuż takie uczucie się pojawia? A poniewuż odkrywamy swoje wady, niedoskonałości i okazuje się, że motyle dawno zdechły, bo na podłodze leżą skarpetki albo panna za długo się maluje. To jest ten czas, kiedy bywa, że ludzie nie dają rady i rozstają się.

Jeśli przetrwałaś z partnerem drugą, moim zdaniem kluczową fazę, to jesteście gotowi na ciąg dalszy. Czyli rozmawianie „ludzkim głosem” – umiecie dogadywać się, szukać rozwiązań i kompromisów.

W związku nie ma tak, że jak coś zostało powiedziane raz, to tak ma być „na wieki wieków, amen”.  Właściwie nigdzie tak nie ma!

My ludzie zmieniamy się, bo się rozwijamy, uczymy się siebie, uczymy się być w związku. Zatem normalnym jest to, że gdy zmieniacie się z partnerem (niektórzy nazywają to dorastaniem do związku), to wasza relacja też będzie się zmieniała. Należy być przy tym czujnym, żeby nie przegapić zmiany lub nadążyć za partnerem.

I otóż właśnie, świadomość tego jak związek się zmienia i że w ogóle się zmienia, pomaga zaplanować wspólne życie!

No wiem, że romantyzmu nie ma tu za grosz. Jednakże mam dla Ciebie świetną wiadomość! Romantyzm i porywy serca tworzysz sobie sama! A tym łatwiej możesz to zrobić, gdy wiesz, co Cię czeka. Na początku wiadomo, że romantyzm planuje się sam i wszystko jest takie „och i ach”. Natomiast dobrze jest przenieść trochę tego entuzjazmu na kolejny etap. A przede wszystkim pamiętać, że musi być ten czas, gdy poznajecie się od podszewki. Bo pomyśl, czy chcesz żyć z osobą, która gra kogoś przed Tobą zamiast być sobą?

Z udanym związkiem jest jak z domem. Gdy wracasz do domu, to zrzucasz wszystko, co niewygodne i dopiero wtedy czujesz się komfortowo. 

Gdy możesz swobodnie zdjąć buty, włożyć dres i poczuć się wygodnie w obecności swojego towarzysza życia, to jest właśnie swoboda i dobra relacja.

Krótka ściągawka jak zaplanować związek i żeby było romantycznie?

  • naucz się faz związku,
  • sama zadbaj o romantyzm i porywy serca – stosuj je na każdym etapie,
  • nastaw się na to, że związek to ciągłe docieranie się, uczenie kompromisów, dbanie o zaufanie,
  • przygotuj się na ciągłe zmiany.

Do dzieła!

wojna na poduszki

Między ramą a wolnością – o poszukiwaniu złotego środka w wychowaniu

Z wolności trzeba umieć korzystać. Małe dziecko tego nie potrafi, więc koncepcja tzw. bezstresowego wychowania spaliła na panewce. Co rozsądniejsi rodzice intuicyjnie wyczuli, że nie tędy droga i bardziej tradycyjnie podchodzili do wychowywania swoich dzieci. Tradycyjnie, czyli przygotowując je do życia wśród ludzi, do dzielenia tej samej przestrzeni z innymi, przekazując wiedzę, jakie zachowania są powszechnie akceptowalne, a jakie uznane za naganne. 

Jednak nie ma recepty na idealne wychowanie, bo każdy człowiek jest inny, zarówno rodzic, jak i dziecko. Zatem oprócz ram potrzebne jest jeszcze indywidualne podejście do młodej osoby. Tak jak niektórzy rodzice pozwalają swoim wychowankom na zbyt wiele, nie licząc się z konsekwencjami społecznego nieprzystosowania własnego dziecka, tak inni kurczowo trzymają się pewnych ram, myląc pożądaną rodzicielską konsekwencję z tyranią i tresurą, nie dając dziecku żadnej swobody i zabijając jego radosną twórczość, zapał, inicjatywę i pomysłowość.

Mąż opowiadał mi kiedyś historię ze swojego dzieciństwa. Pewien sąsiad miał dwóch synów; wołali na nich Grzechce. Nie wiem, czy to nazwisko, czy przezwisko. Kiedy chłopcy byli na dworze i zbliżał się moment ich powrotu do domu, ojciec wychylał się przez okno i gwizdał. Chłopcy w tej samej sekundzie rzucali się pędem, na wyścigi do domu. Ten, który był drugi, już w drodze zanosił się płaczem, ponieważ wiedział, że jako drugi będzie bity.

To dość drastyczna historia. Karą, która będzie szkodliwa, nie musi być aż przemoc fizyczna. Są rodzice, którzy wprowadzają do relacji z dzieckiem terror psychiczny; podopieczni takich osób żyją w ciągłym strachu, który paraliżuje działanie i w konsekwencji rzekome dobre wychowanie odbywać się będzie za cenę twórczego rozwoju dziecka.

Trzeba zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie szukać wychowawczego złotego środka.  Dla mnie wzorem wychowawcy był Janusz Korczak, który potrafił obierać perspektywę dziecka. Krótko mówiąc, starał się zrozumieć dzieci. Nie da się jednak osiągnąć tego celu bez poświęcenia dziecku czasu i uwagi. W obcowaniu z młodym człowiekiem trzeba wejść w jego świat. Słuchając, nie odpowiadajmy, zanim on skończy mówić. Uzbrójmy się w cierpliwość. Ciągle przerywając i zasypując swoimi „mądrościami”, zanim dowiemy się, o co dziecku chodzi, budujemy między sobą mur. W przyszłości, kiedy zaistnieje paląca potrzeba komunikacji, nie zachęcimy go do otwarcia się przed nami. 

Są też rodzice przesadnie krytyczni. Przy każdej pomyłce dziecka poprawiają albo – jeszcze gorzej – naśmiewają się z jego błędów, powodując tylko lęk przed kolejną wypowiedzią i osłabiając poczucie jego własnej wartości.

Nie chcę kreować się na autorytet w sprawach wychowania, ale jeśli kogoś interesuje moje osobiste zdanie na ten temat, to mam kilka rad, które sama staram się stosować w obcowaniu z młodymi ludźmi. Warto:

  1. poświęcać dziecku czas i dużo z nim rozmawiać o jego sprawach;
  2. chwalić je, kiedy tylko jest okazja, a krytykować mądrze;
  3. wyznaczać granice i zasady, ale pozwolić też dziecku wygrać;
  4. ponad wszystko szanować jego godność osobistą;
  5. dawać dobry przykład; kiedy wymagamy czegoś od dziecka, przede wszystkim wymagajmy tego od siebie.

Pierwsza część artykułu: „Od bezstresowego wychowania do domowego piekiełka”

shutterstock_407013514

Kto trzyma Twojego pilota, czyli co emocje mogą z nami zrobić?

Z pewnością znasz stan bycia w złości, w szale, chęć zamordowania gołymi rękami…

Kto nie zna?

I wiesz, znowu napiszę, że to dobry objaw.

To znaczy, że reagujesz na bodźce z otoczenia. To znaczy, że żyjesz. Dla ścisłości – dziś będzie o tych emocjach, po których masz wyrzuty sumienia, że je masz.

Jako przykład podam relację Rodzic-Dziecko. To najlepiej obrazuje, co się z Tobą dzieje, gdy starasz się odnaleźć w świecie, który jest zagadką.

We wspomnianej wcześniej relacji zdarza ci sie reagować nieadekwatnie do sytuacji. A dlaczego tak się dzieje? A dlatego, że dzieci mają funkcję wybiórczego słuchania tego, co do nich mówisz. Robienia tego, co chcą, bez względu czy jest to bezpieczne czy nie. Robienia dokładnie odwrotnie, wszystkiego tego, co chcesz, żeby zrobiły. 

No i jak tu żyć?

I tak, często doprowadzona do ostateczności reagujesz krzykiem, zakazami, złością i bywa, że wchodzisz w pyskówkę z takim dziecięciem.

I powiem Ci, że to jest normalne. Ludzie tak robią i żyją. Tylko niestety mają potem poczucie winy, że za dużo powiedzieli, że dziecko będzie miało traumę itp.

A teraz przypomnij sobie, ile razy „głupio” reagowałaś podczas kłótni lub tzw. wymiany poglądów z partnerem, swoim rodzicem, rodzeństwem, baranem, który zajechał Ci drogę…? A potem fatalnie się czułaś, bo dałaś się sprowokować, bo mogłaś tak nie wrzeszczeć, bo mogłaś czegoś tam nie mówić…

Wygląda to tak, jakby inni mieli pilota z przyciskami do Twoich reakcji i emocji.

Szał i złość pojawia się, gdy ktoś lub coś zaburza Twój porządek świata. Pojawiają się, gdy ktoś porusza w Tobie jakąś niezaleczoną ranę w duszy. I to jest normalne. Każdy ma takie miejsca, w które sam nie zagląda, a gdy ktoś inny je odkryje, to biada mu. No dobrze, to wiesz już, co cię złości. I aby się tego pozbyć, to potrzeba trochę pracy z terapeutą.

Natomiast co możesz zrobić już dzisiaj? Możesz nauczyć się jak reagować na nieposłuszeństwo dziecka, na głupie komentarze bliskich lub złośliwości obcych.

Mała dygresja. Bogdan Wenta, trener polskich piłkarzy ręcznych, stworzył nową jednostkę czasu: „jedna Wenta”. Jest to piętnaście sekund, dzięki którym polska drużyna wygrała, bo trener wmówił im, że to jest bardzo dużo czasu. Zastanawiasz się po co Ci o tym opowiadam? Gdy jest sytuacja, o której wiesz, że wywoła emocję, której nie chcesz, po której masz kaca moralnego, to wiedz, że możesz zdecydować jak zareagujesz.

Pomyślisz sobie, że to się dzieje automatycznie, że nie masz na to wpływu. 

I masz rację, jeśli nie wiesz, że można inaczej.

Jednak, jeśli wiesz, że gdy dziecko nie chce zasnąć, a ciebie roznosi z tego powodu, to możesz zdecydować jak zareagujesz. Czy krzykniesz, czy zagrozisz, czy weźmiesz głęboki oddech i na spokojne zrobisz kolejne podejście.

Jeśli wiesz, że sąsiadka będzie Ci dogadywać, że znowu masz nowe paznokcie albo źle wychowujesz dzieci, to też możesz zdecydować, jak na to zareagujesz.

Jeśli jakiś baran zajedzie ci drogę, to też możesz zdecydować, czy wyskoczysz z auta, żeby na niego nawrzeszczeć, czy na spokojnie powiesz mu w elegancki sposób, że jest baranem drogowym:)

Czas między zdarzeniem a pojawieniem się emocji jest bardzo krótki. Nawet krótszy niż wspominane piętnaście sekund. Jednak wystarczająco długi, żeby samej zdecydować jaka emocja się pojawi, jak zareagujesz…

Fajne! Prawda?

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved