girl-1149933_1280

Młodociani w przemyśle i rzemiośle

JÓZEF LESZCZYC.

Młodociani w przemyśle i rzemiośle

I.

Dziedziną najmniej znaną i badaną u nas jest praca dzieci, praca robotników nieletnich i młodocianych w przemyśle i rzemiośle. Nietylko szerokie warstwy społeczeństwa, wtem inteligencja pracująca, nic o tem nie wiedzą, ale nie mamy nawet żadnych książek, żadnych dzieł w tym zakresie, które mówiłyby o pracy fabrycznej dzieci w Polsce. 

Tymczasem - nie trudno zrozumieć, że jest to sprawa pierwszorzędnej wagi, sprawa, która powinna obchodzić państwo, rząd i całe społeczeństwo, bo tu wchodzi w grę byt i rozwój młodego pokolenia, sił twórczych, świeżych, wzrastających na terenie ojczyzny już niepodległej. Troska o znośne warunki rozwoju i egzystencji dla tych młodziutkich wytwórców materjalnej wartości naszego życia, o konserwację ich zdrowia, - obrona przed wyzyskiem ich pracy, grożącym nadwątleniem organizmów młodocianych - powinna zająć najpierwsze miejsce w naszem życiu społecznem.

Ale żeby tak się stało, żeby poruszyć umysły i serca, trzeba wkroczyć w tę dziedzinę, trzeba uchylić zasłony, tak szczelnie ją okrywającej.

Dzieci, zrodzone w klasie, pracującej fizycznie, idą do pracy zarobkowej bardzo wcześnie.  Wprawdzie ustawowa ochrona pracy młodocianych zakreśla (od r. 1924-ego) granice wieku, niżej których nie wolno zatrudniać dziecko w pracy zarobkowej: skończone 15 lat. Ale dziś jeszcze nawet w większych fabrykach spotykamy bardzo często dzieci czternastoletnie; - cóż dopiero mówić o małych warsztatach pracy, do których nie zagląda żadna kontrola, o rzemiośle, często nie rejestrowanem, ukrywającem się po różnych prywatnych mieszkaniach. Tam praca dzieci nieletnich (11-13 lat) jest zupełnie powszechną.

Obowiązek pójścia do szkoły niewiele zmienia w tej sytuacji, ponieważ szkoły powszechne warszawskie nie mogą dziś jeszcze objąć wszystkich dzieci; pozatem dla dzieci, spóźnionych z nauką, są wielkie trudności przy przyjęciu; rodzice bardzo często nie chcą lub nie mogą posyłać dziecka do szkoły: faktycznie nie mamy dziś jeszcze powszechnego nauczania.

Przemysł wielki zatrudnia przeważnie dzieci w wieku starszym niż w rzemiośle, w wieku, odpowiadającym mniej więcej skończeniu szkoły powszechnej. Dziecko takie (około 15-tu lat, 16, 17 lat) pracuje w przemyśle tę samą ilość godzin, co reszta robotników dorosłych. Nie jest tajemnicą, że ośmiogodzinny dzień pracy nie jest przestrzegany należycie nawet na wielkich fabrykach. Często młodociani pracują wraz z resztą robotników po dziesięć, dwanaście i więcej godzin na dobę. Na domiar złego bardzo często dziś pracuje się bez żadnej przerwy odpoczynkowej (obiadowej!) w przeciągu całego dnia roboczego, lub też z przerwą skróconą do pół godziny, do kwadransa. Nie trzeba tu chyba mówić, jak bardzo wyczerpuje siły praca wielogodzinna bez żadnego odpoczynku.

Jeżeli konstatujemy, że w przemyśle nie przestrzega się czasu pracy, normowanego przez prawo, to w rzemiośle, w małych warsztatach panuje pod tym względem zupełna samowola majstra. Dzień roboczy chłopca lub dziewczynki w krawiectwie, szewstwie, ślusarstwie i t. d. wydłużony jest stale i powszechnie do 12, 14, 16-tu godzin na dobę. Praca w warsztatach rozpoczyna się o 7-ej, 8-ej rano trwa do 9-tej, 10-ej, 11-ej wieczór, jeżeli tylko jest obstalunek. Dzieci, zatrudniane po małych warsztatach szczególnie w krawiectwie i szewstwie, bardzo  często mieszkają w warsztacie, a zawsze po ukończonej pracy muszą sprzątać warsztat, rozpoczynają zaś swój dzień - na długo przed rozpoczęciem pracy w warsztacie - sprzątaniem mieszkania majstra, spełnianiem rozmaitych posług i poleceń majstrowej i t. d.

Praca nadmiernie wydłużona, przechodząca wielokrotnie siły dziecka, nie może być dotąd u nas zwalczana skutecznie nietylko w rzemiośle, ale i nawet w wielkim przemyśle. Jeżeli nawet przyjmiemy, że inspektor pracy umie dzielnie i sprężyście dopilnować powierzonego mu zakładu (co, niestety, rzadko się zdarza!), to niema innej drogi tępienia wykroczeń przeciw ustawodawstwu, jak zaskarżyć przedsiębiorcę do sądu.

Do sprawy powrócimy w następnym numerze.

  "Kobieta współczesna" 3 kwietnia 1927, nr 1, str. 2-3.

bille5

Rodzina Państwa Bille cz. 5

Rozdział III-ci.

KĄPIEL.

Emma wyszukała odpowiednią trzcinę. Przedziurawiła oba jej końce szydłem, przewlekła przez otwory różową wstążeczkę, którą cukiernik obwiązał placek z truskawkami, zgięła trzcinę jak mogła najsilniej. Utworzył się wcale znośny łuk. Krótkie gałązki, ozdobione piórami kurzemi, zaostrzone scyzorykiem, stanowiły strzały dość niepewne by można było celować niemi w zuchwałe wróble, które nakształt gęstej chmury unosiły się nad grządkami bobu i zielonego groszku. Prawdę mówiąc nie była to zabawa odpowiednia dla małej dziewczynki! A jednak pomysł ten pochodził od osoby wytwornej, szanowanej, której pani Bille co rano nader starannie własnoręcznie okurzała kark, piersi, ramiona.

Djana Łowczyni, którą los umieścił na kuli zegarowej, pochylała swe drobne piersi z bronzu nad areokarją. Oczy jej szukały celu, którego niepodobna było dojrzeć. Do nóg jej tulił się lubieżnie chart. Emma zaniedbała cukiernika i lalki. Ukryta w cieniu czerwonych orzechów, wzgardziła cudowną galopadą poprzez zagony kapusty i fryzowanej cykorji.

Tydzień zbiegł jakoś do czwartku. Zrana pani Bille wydała rozporządzenie:

- Kasiu, przygotuj rzeczy małej. O dziesiątej pójdziecie do kąpieli.

Emmę ogarnęła tkliwość – otoczyła ramionami szyję Kasi.

Kasia rozłożyła numer „Pont sur Loir”. Położyła na gazetę ręczniki, mydło, gąbkę, parę pływaków korkowych, parę papierowych łódek, a nawet starą gumową lalkę. Emma śledziła te przygotowania. Z pod fartuszka wyciągnęła łuk i strzały.

- Proszę cię – jeszcze i to!

Kasia podskoczyła.

- Po co? To nie ma sensu.

-Moja Kasieńko…

Kasia włożyła łuk, zrobiła paczkę. Była to poczciwa dziewczyna. Niedbale zawiązała sznurek. Rzuciła okiem w lustro, szukając pochlebnej odbitki. Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

Emma zawołała:

- O, wyglądasz bardzo ładnie!

Ruszono w drogę.

Szły w upał, w lekkich sukienkach, przez które przenikały krople słońca. Emma pociągała nogami, podnosiła tumany kurzu. Spotkała panią Conseil.

- Idę do kąpieli – oznajmiła.

Okoliczność ta napełniała ją dumą.

Katarzyna burczała:

-Idź spokojnie. Zgrzejesz się. Kąpiel ci zaszkodzi.

Minęły katedrę. Zegar wydzwonił godzinę. Dziesięć uderzeń spadło ciężko, jak żelazo.

-Mój Boże! A to będzie ci przyjemnie w tej wodzie! – westchnęła Kasia.

Przeszły próg zakładu kąpielowego. W poczekalni było pełno ludzi.

Emma zażądała:

- Łazienka z geranjami.

Lubiła tę kabinę obszerną i jasną, której firanki, niezupełnie zasunięte, pozwalały dojrzeć czerwone i różowe krzewy. Co więcej, przyzwyczaiła się do niej. Lubiła pisać na jej ścianach. A co się tyczy kurków do wody – odczuwała do nich wyjątkową i osobliwą słabość.

Chłopiec potrząsnął głową.

- Zajęta.

- Poczekamy – postanowiła Emma.

Kasia rozgniewała się.

- Co to – to nie! dobre sobie!

- To się nie rozbiorę!

- Poskarżę się Mamie!

- Nic mnie to nie obchodzi!

Czekano.

Obie usiadły na ławeczce. Kasia wpatrywała się w zawiniątko. W ten sposób mogła odczytać niektóre ustępy felietonu. Emma przyglądała się wchodzącym i wychodzącym. Ludzie wchodzili ze wzrokiem mętnym, z miną zmęczoną, z trudem dźwigając zawiniątka. Wychodzili z twarzami zaróżowionemi, wilgotnemi włosami, w lekkich jasnych ubraniach, które na wietrze szybko opadały. Zjawiła się stara dama. Miała niebieskie okulary i podpierała się laską.

- Numer piąty wolny! – zawołał posługacz.

- Też kaprysy – szemrała służąca.

- Nic mię to nie obchodzi – powtórzyła Emma i weszła pierwsza.

Poznała kabinę. Palcami dotknęła swoich napisów. Co tydzień pisała ołówkiem „sentencję”. Można było wyczytać: „Jaki Pan taki kram”, „Ludwik XVI umarł na szafocie”, „Ludwiś jest świnią”. Szybko rozwierała paczkę, wyjęła korki, szerokim ruchem wrzuciła do wanny. Łódki miały czekać, aż się tam zainstaluje. Lalka poszła w ślad za korkami. I natychmiast popłynęła nieruchoma, jakby martwa. Zrzuciwszy fartuszek, Emma zabrała się do odkręcania kurków. Były to dwa wspaniałe łabędzie z zółtej miedzi. Oddawna nadała im imiona: Onezyna wlewała gorącą wodę, Celestyn wyrzucał strumienie wody zimnej; w istocie, była to para poczciwych koleżków, trochę hałaśliwych, ale posłusznych na najmniejsze skinienie palca. Wreszcie Emma zrzuciła koszulkę, klasnęła w dłonie, i oznajmiła, że chętnie pobawi się w dzikusa. Kasia schwyciła ją za ramiona.

- Wejdziesz do wody.

Wrzuciła ją nieomal. Rozległ się plusk. Mignęły różowe paluszki nóg.

- Uraziłaś mnie! Bydlę!

Zaczęto spuszczać łodzie. Padały jedne po drugiej, jak wielkie białe skoczki. Emma zasłaniała oczy wilgotnemi rękami. A jednak flota zajmowała ją. Ruchem ręki zmuszała ją do trzymania się ścian wanny. Powoli pogłaskała Onezynę. Później przyszła kolej na Celestyna. Woda leciała dwoma cienkiemi sznurkami. Za firanką, pochylone wiatrem, kwiaty geranium, podobne do mikroskopijnych człowieczków, wymieniały bezustannie ukłony. Kasia wzięła dziennik. Szybko odnalazłszy odcinek powieściowy, rozkoszowała się każdym zdaniem.

„Noc była ciemna. Markiz konno pędził przez las. Co się stanie z Margarytą? Myślał. I silniej kłuł ostrogami boki rumaka”.

- Kasiu!

- Co?

- Podaj mi łuk!

- A to po co?

- Tak sobie.

- Masz.

„Nagle spostrzegł zamek. Okna ziały mrokiem. Boże! Szepnął, przykładając dłoń do serca. Wtem usłyszał kroki. jakiś cień mignął w aleji”.

- Nie dałaś mi strzał.

- Masz, oto są, te twoje strzały.

Kasia z wściekłością wrzuciła je do wanny.

- Zamoczyłaś pióra. Nie będą leciały!

- Proszę cię, nie zawracaj mi głowy! Daj mi spokój. Mam dość twoich głupstw!

„Rozległ się wystrzał. Kula przeszyła kapelusz markiza. W tej samej chwili okrzyk rozdarł powietrze. Do mnie! wołała Genowefa!”

Emma obrzuciła Kasię szybkim spojrzeniem. Byłą pogrążona w czytaniu. Marszczyła czoło. Grdyka jej podnosiła się i opadała z regularnością metronomu. Powoli bardzo powoli Emma uniosła się w wannie. Wychyliła tułów, wyciągnęła kolanko, wypięła drobną pierś. Podniósłszy podbródek, -ujęła strzałę, potrzymała ją w palcach, pogardliwie wpatrzyła się w jakiś nieistniejący cel. Nagle Kasia krzyknęła:

- Oszalałaś?! Zaraz mi tu…

Emma broniła się.

- Daj mi spokój. Nie robię nic złego. Czy nie jestem tak piękna, jak tamta dama? Prawda, że jestem piękna, jak tamta dama?

Kasia wstała. Była gotowa wykonać jakiś brutalny gest. Emma spokojnie skrzyżowała ramiona.

- Jeżeli się zbliżysz – ochlapię cię wodą. Będziesz cała mokra. Ale nie na tem koniec – powiem mamie, że chłopiec od kupca cię całował.

- To nieprawda! Nieprawda! – ryknęła Kasia.

- Tak, to nieprawda. Wiem o tem równie dobrze jak ty. A jednak Mamusia mi uwierzy, bo ja jestem jej córką, a tobie nie uwierzy, bo ty jesteś tylko służącą!

d.c.n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

"Kobieta współczesna" 1927, nr 3, str. 17-18.

mama_main

6 kroków do zerwania z macierzyńskim - czyli o tym, jak po projekcie "Dziecko" wrócić do pracy zawodowej

Dziś będzie o powrocie mam do pracy, bo ten temat bywa tak trudny, że niejednej z nas spędza sen z powiek. To nie tylko kwestia zmiany domowej logistyki, to dużo więcej, jak same doskonale wiecie. Bo powrót do pracy obejmuje więcej niż tylko nasze "ja", nie jest kwestią tylko naszej indywidualnej decyzji, dotyczy całej rodziny; a nam towarzyszy z związku z tym cały krajobraz różnorodnych myśli i emocji. Te emocje mają naprawdę bardzo szerokie spektrum - od euforii po lęki, obawy, a także wewnętrzne rozdarcie pomiędzy najważniejszymi życiowymi rolami. Zdarza się, że w takim momencie decydujemy się na totalną reorganizację życia zawodowego. A z tyłu głowy ten dramatyczny dialog wewnętrzny: "Czy będę dobrą mamą, jeśli wrócę do pracy albo czy będę dobrym pracownikiem? Czy będę w stanie funkcjonować zawodowo, nie zadręczając się o moje dzieci? Kto na tym zyska? Czy nie za wiele tracę, czy dam radę, czy dobrze robię?". Te pytania dają w kość wielu kobietom, towarzyszą im podczas powrotu do pracy po przerwie i powodują mnóstwo stresu.

Co robić, droga redakcjo?

A zdarzyło się dobrych kilka razy, że na coaching do mnie trafiały kobiety, które potrzebowały wsparcia właśnie w tym momencie - momencie powrotu do pracy po urlopie wychowawczym. Miały swój zawód, umiejętności, doświadczenie zawodowe, ale kiedy przychodził czas powrotu do zadań zawodowych, dosłownie ogarniała je panika. Bardzo trudny emocjonalnie czas, z całym arsenałem różnorodnych obaw i lęków oraz festiwalem ograniczających przekonań. Czytającym mądralom, którzy od razu ferują wyroki i zadają tylko dla nich zrozumiałe pytania: "No, ale w czym problem?", polecam teksty z innym przesłaniem. Ten artykuł jest dla kobiet, które myślą, że nie poradzą sobie z powrotem do pracy. Które mają trudność z podjęciem decyzji - czy, kiedy i jak wracać do pracy. Które przeraża pierwszy dzień po urlopie wychowawczym i myślą, że nie dadzą rady. Także dla tych, które stoją przed wyzwaniem znalezienia nowej pracy po czasie pracowicie poświęconym ich rodzinom i które czują dojmujące rozdarcie między uczuciami macierzyńskimi a potrzebami powrotu do swojego życia zawodowego; do pracy, która przynosi satysfakcję, dochody oraz samorealizację.

1. Uruchom swoją Kobiecą Moc

Urlop macierzyński, wychowawczy czy opiekuńczy, czyli każda przerwa, która spowodowała brak ciągłości zawodowej, prowokuje brak wiary w siebie, olbrzymi stres i obniżone poczucie własnej wartości w sferze zawodowej. Czy zawsze tak się dzieje? Nie, to nie jest tak, że każda kobieta tak ma. Każda z nas ma inny charakter, osobowość oraz towarzyszą nam inne okoliczności; niektóre  dziewczyny mają to szczęście, że rodzina wspiera a i pracodawca tęskni; każda ma inny poziom wiary w siebie, każda ma inne podejście do wyzwań. Wreszcie każda z Was ma inną motywację powrotu do pracy. Warto wtedy postawić sobie tak zwane trzy pytania przywołujące Cię do Siebie; w coachingu mówi się o przywołaniu do zasobów, czyli do tego, co masz najważniejszego w sobie, do Twoich doświadczeń. Trzy małe, a ważne przypomnienia, do których warto sięgać, kiedy jest Ci gorzej czy trudniej:

Pamiętaj, kim jesteś.

Pamiętaj, jaką drogę przeszłaś, do tego aktualnego momentu, w którym jesteś teraz.

Pamiętaj, po co robisz i komu jeszcze to służy.

2. Poukładaj myśli, a pojawią się priorytety

Spokojnie. Oddychaj. Najważniejsze już za Tobą, czyli urodziłaś dziecko. Teraz przechodzisz do następnego etapu i dokładnie tak to traktuj. Następny etap. Warto się do niego na spokojnie przygotować, zebrać możliwe scenariusze, poszukać dostępnych rozwiązań (także logistycznych) i zorganizować sobie wsparcie na różnych poziomach. A, i proszę Cię, pamiętaj, że bardzo duże znaczenie ma Twój sposób myślenia, Twoje podejście do tematu "praca". Choć domyślam się, że o spokojne myśli w tej sytuacji jest tak samo trudno, jak o spokojną chwilę tylko dla siebie. Tylko że od Twojego myślenia, postrzegania siebie i sytuacji tak dużo teraz zależy. To przede wszystkim Twoje myślenie, Twój ogląd sytuacji, a także Twoja aktualna samoocena kreują cały ten bogaty, emocjonalny krajobraz. Wybieraj pozytywne myśli; takie, które Cię wspierają, pomagają, dają nadzieję.

3. Zrób pranie i rozwieś w nieczynnej pralni myśli, które Cię ograniczają

Znasz je? Te najczęstsze przekonania towarzyszące różnym mamom: "Ale wszyscy poszli do przodu, a ja zostałam w tyle" albo "Nie poradzę sobie", "Nic już nie pamiętam" czy "Już tego nie potrafię, bo to było dawno".

Myśląc sama o sobie w ten sposób, nie pomagasz  swojemu zamiarowi powrotu do pracy. Przypomnij sobie, dlaczego wracasz, po co i co Ci to przyniesie. Dochody? Ok, często fundamentalna, niezaprzeczalnie ważna motywacja. Swoje życie? Samorealizacja? Tak, daj sobie do tego prawo, nie ulegaj presji rodziny czy stereotypowi matki- Polki. Nikt nie każe Ci się poświęcać .

Nawet jeśli masz takie myśli, to WCALE nie znaczy, że Twoje zawodowe "ja" wraz z umiejętnościami zostało bezpowrotnie unicestwione niczym marchewka w blenderze? Serio. To po prostu ważny moment w Twoim życiu, wymaga Twojej energii, Twoich świadomych wyborów, decyzji oraz działania. Do dzieła zatem!

Przypomnij sobie własne sukcesy, różne ważne momenty z pracy, przypomnij sobie, w czym jesteś dobra, co lubisz robić i jak to, co robisz, wpływa na świat. Sama daj sobie prawo do powrotu na własnych warunkach, bez wyrzutów sumienia. Jeszcze masz wątpliwości?

4. Potraktuj powrót do pracy jako projekt

Zacznij myśleć od kogo i jakiego wsparcia potrzebujesz, i zrób plan. Potraktuj ten cały powrót do pracy jako kolejny projekt. W pracy miałaś ich wiele, a w domu to już całe mnóstwo. Metody realizacji są te same. Zasoby, cele, plan działania, kalendarz, lista tego, czego będziesz potrzebowała. Tak jak przed dużym wydarzeniem rodzinnym planujesz działania i robisz listę zakupów. Tak samo -  siadasz z kartką i notujesz. Plan działania, plan wsparcia i jego rodzaje, bo być może potrzebujesz kilku: psychologicznego, merytorycznego, emocjonalnego.

5. Wsparcie raaazzz

Przede wszystkim mąż bądź partner. To z nim ustalasz warunki swojego powrotu do pracy, bo rzecz dotyczy przecież całej Waszej rodziny. Dużym wsparciem mogą być dla Ciebie wszystkie Twoje przyjaciółki, koleżanki-mamy, które już wróciły do pracy, ogarniają pracę i dom, i chętnie się z Tobą podzielą swoimi receptami. Masz takie? Jeśli nie, to aktywnie szukaj - są przyjaciółkami Twoich znajomych, spotkasz je na warsztatach dla mam, w sieciach kobiet, w grupach na Facebooku.

6. Wsparcie dla domu

Może być tak, że Twój powrót do pracy wymaga przeorganizowania dotychczasowych czynności i obowiązków. Pomyśl, jakiego rodzaju wsparcia możesz potrzebować: babcia, niania, ktoś do sprzątania, a może sąsiad, który pomoże wyprowadzać psa?

A może warto skorzystać z wsparcia zawodowego, jeśli przerwa rzeczywiście rujnuje Twoje poczucie zawodowego sprawstwa. Zawsze możesz zorganizować sobie wsparcie mentoringowe z pracy, koleżeńską pomoc, iść na kurs doszkalający z programu, którego się boisz, poprosić dział HR o wsparcie, np. indywidualny coaching. Warto też spotkać się z szefem czy zespołem jeszcze przed  datą powrotu do pracy, by ustalić warunki i zakres obowiązków.

Zrób wszystko, by obniżyć stres związany z powrotem do pracy. I pamiętaj -  jesteśmy różne, każda z nas inaczej podchodzi do swoich życiowych wyzwań, do swoich ról i do siebie w pracy.

Nowa sytuacja, nowe rozwiązania, przestań się upierać i otwórz oczy na swoje potrzeby

Co ja się będę produkować. Poczytaj, jak radzą sobie inne mamy. Specjalnie dla Ciebie przedstawiam spisane historie powrotów do pracy, w których kobiety dzielą się swoimi odczuciami i pokazują, jak różne przybierają postawy w takiej sytuacji. Niech będą inspiracją dla nas wszystkich pozytywną inspiracją.

"Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim to zawsze rozdarte serce. Kiedy przyszła moja pora, to pomimo fantastycznej niani, z którą zostawiałam córkę, zalałam się łzami, zamykając za sobą drzwi od mieszkania. Stałam, rycząc jak bóbr, aż spłakałam cały makijaż. Moje dziecko było półrocznym maleństwem, całą sobą czułam, że to nie jest dobry moment na rozstanie. Czułam, że coś strasznie ważnego mi umykało. Dwa dni w pracy upewniły mnie, że moje priorytety całkowicie się zmieniły. To była najlepsza chwila na zostawienie obecnej pracy i rozpoczęcie własnej, pomyślanej na mój sposób. Pracowałam z domu i tak mocno determinowało mnie dobro dziecka, że zorganizowałam swoje mikrobiuro na maksa efektywnie, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko. Chyba nigdy nie pracowałam tak intensywnie i z takim poczuciem spełnienia. Po roku zatrudnił mnie na stałe u siebie jeden z najlepszych klientów. Córka została z nianią na pełen etat." Ania Wachowicz, dyrektor PR.

Wybrałam własną firmę, bo chcę żyć po swojemu

"Właściwie po pierwszym dziecku wiedziałam już, że nie chcę wrócić za biurko. Że to dla mnie strata czasu - siedzieć 8 godzin, mieć te wszystkie zebrania, ustalenia, zadania. Wiedziałam i czułam całą sobą, że to już nie dla mnie, że nie chcę tego i całą drugą ciążę myślałam, co zrobić, jaką dziedzinę zawodową wybrać, by samej sobie być sterem i żeglarzem... Mając już dwóch synów, wpadłam na pomysł własnego biznesu -  sklepu dla mam.

Najsmutniejsze i jednocześnie najbardziej motywujące było jednak to, że szefowa wiedziała, że raczej nie wrócę i w momencie, kiedy faktycznie złożyłam wypowiedzenie, cała jej dotychczasowa przyjacielskość zniknęła i powiedziała mi: "I co Ty teraz po prostu będziesz ciuchy sprzedawać?". I to były te słowa, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że właśnie dlatego to robię, że nie chcę żyć nadmuchanymi problemami, deadlinami, prezentacjami, biurowymi grami... tylko po prostu - chcę żyć po swojemu. Chcę móc odbierać dzieci z przedszkola o 15.00 i iść z nimi półtorej godziny do domu z przystankiem na lody; chcę być w radzie rodziców; i chcę tworzyć coś mojego. Choć może czasem fajnie by było móc skonfrontować się z gronem osób w trakcie oddziałowej burzy mózgów, to jednak cena za to byłaby na co dzień zbyt wysoka." Lidia Oktaba, Mamabaja

Hurra, wracam do pracy

"Są kobiety, dla których praca jest naturalną częścią życia i wszelkie stereotypowe poświęcenia matki - Polki są im naturalnie całkiem obce. I to jest ok. I jeżeli tak czujesz, to daj sobie na to przyzwolenie. Życie jest ważne, dziecko jest ważne, praca jest ważna, bo Ty jesteś ważna. Ustal sobie własne priorytety i działaj zgodnie z tym, jak czujesz. Powrót z macierzyńskiego? Jakbym skrzydeł dostała. Byłam cała szczęśliwa, że wracam do tego, co bardzo lubiłam robić. Wreszcie mogłam wyjść z rutyny codziennych trzech do pięciu czynności. Kocham Zuzkę ponad wszystko, ale wiedząc, że ma fantastyczną opiekę u naszej wspaniałej niani, cieszyłam się, idąc do pracy. Jedyne co było moim małym smuteczkiem to fakt, że omijały mnie takie jej pierwsze razy, kroki czy gdy coś zabawnego powiedziała. Ale być może byłabym na zakupach i też tego nie widziała. A powrót do pracy był dla mnie jak powrót do siebie samej." Agnieszka Zimoch, dyrektor hotelu.

"Zdrowa psychicznie matka to zdrowe psychicznie dziecko"

"Kocham swoje dziecko najbardziej na świecie, ale dla mnie wszystko jest lepsze niż siedzenie w domu. Wytrzymałam pół roku na macierzyńskim i był to dla mnie bardzo trudny czas. Mąż może potwierdzić, że to było pół roku mojej frustracji. Z radością wróciłam do pracy. Bo naprawdę uważam, że dziecko dzieckiem, ale należy mieć własne życie. Działam zgodnie z zasadą, że dziecko chowamy dla świata, nie dla siebie. Dziś zabieramy ją we wszystkie nasze podróże, również te zawodowe, i z satysfakcją obserwujemy jej rozwój. Nasza córka przeleciała z nami setki tysięcy kilometrów i uważam, że dzięki temu jest dzieckiem otwartym. Nigdy nie chciałam, żeby dziecko, nawet najbardziej ukochane, w jakiś sposób mnie ograniczało, nigdy też nie szukałam wymówek, że czegoś nie mogę zrobić, bo mam dziecko. Dla mnie to kwestia priorytetów i dobrej organizacji." Joanna Krupińska, prezes firmy zatrudniającej ponad 500 osób.

Jednego jestem pewna. Kiedy przestaniesz się bać, zaczniesz myśleć całą sobą, szukać możliwych rozwiązań, wybierać i decydować z poziomu pozytywnego wewnętrznego "ja", działać zgodnie z zasadą "Mogę, chcę, wybieram", zdarzą się w Twoim życiu cuda. I mam nadzieję, że podzielisz się z nami swoimi przeżyciami. Udanego powrotu do pracy, Mamo! 🙂

Monika Chodyra -
kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer. Specjalizacja: coaching menedżerski.  

www.coachdlabiznesu.pl

FOTO. EDYTA BARTKIEWICZ

Jaka jest kobieta z klasą oraz co to znaczy savoir-vivre? Na to pytanie odpowiada ekspert Dr Irena Kamińska-Radomska

fot. Edyta Bartkiewicz

Kobieta z klasą to taka osoba, która nie zabiega o wyróżnienie się, nie wciska się na siłę na pierwszy plan, nie jest też głośna i ostentacyjna. Ona nie musi udowadniać sobie ani innym, że jest kimś. Paradoksalnie jednak to ją wyróżnia. Wygląd też jest daleki od ekstrawagancji i pstrokacizny. W wizerunku prawdziwej damy jest za to wysoka jakość, dobry styl i niewymuszona elegancja. Taki efekt wymaga sporej wiedzy i wyczucia. Przy czym styl to też sposób bycia.

Dla mnie dama to osoba, która potrafi znaleźć się w najróżniejszych sytuacjach, nie łamiąc swego kręgosłupa. Nie wywyższa się, a jeśli jest to tylko w jej mocy, stara się podnieść pozycję innych osób. To niekoniecznie osoba z arystokratycznym rodowodem czy osoba publiczna. Spotykam takie kobiety, które mogą być prawdziwym wzorem dla innych, tak jak moja dentystka czy osoba, z którą stworzyłyśmy książkę "Dress code dla kobiet"

Klasa to jednocześnie coś wyjątkowego, jak i nabytego, ukształtowanego w procesie wychowania i nauki. Z tym się nikt nie rodzi. Żeby mieć w sobie to coś, trzeba wielu lat pracy nad charakterem, doskonalenia swojej osobowości. Niektórzy mogą mieć pewne zarzuty dotyczące tej wypowiedzi, twierdząc, że charakter jest tożsamy z osobowością; często zresztą te dwa pojęcia stosowane są zamiennie. Dla przejrzystości mojej myśli - ja przyjmuję, że charakter to zespół cech wrodzonych, autonomicznych predyspozycji, a na osobowość składają się zarówno cechy wrodzone, jak i te ukształtowane przez doświadczenia.

Kobietę z klasą wyróżnia kultura i jej trzy podstawowe wartości: dobro, prawda i piękno. Dama dba o szacunek dla siebie i innych. Jest skromna, uczciwa, odważna, ma dobre serce, poczucie humoru i swobodę niezależnie od środowiska, w jakim się znajdzie. Natomiast kłamstwo, obmowa, sztuczność, wulgarność kobiety są automatycznym samowykluczeniem się z rangi damy.

FOTO. EDYTA BARTKIEWICZ

Savoir-vivre to sztuka życia, a jego zasady przygotowują na wiele przeróżnych sytuacji. Nie wszystko jednak da się przewidzieć, więc nawet przy dużej wiedzy błędy będą się zdarzały.  Niemniej mam pewną radę, kiedy nie wiadomo, jak w danym momencie się zachować. Najlepiej jest: zatrzymać się, pomyśleć i zdecydować. Wiele osób w trudnych sytuacjach działa dokładnie odwrotnie: szybko, bez zastanowienia i dopiero po fakcie przychodzi refleksja. Ale wtedy jest już za późno.

Chociaż bardzo często savoir-vivre utożsamiany jest z przyjęciami, sztućcami i zachowaniem się przy stole, wbrew pozorom to nie on jest najważniejszy. Najwięcej czasu poświęcić trzeba sprawom związanym z komunikowaniem się ludzi. Na swoich warsztatach przekazuję zasady, które ułatwiają nawiązywanie nowych kontaktów, prowadzenie rozmowy, radzenie sobie w konflikcie i podczas wystąpień publicznych. Staram się pokazać, jak zachowania mogą być różnie odbierane. Dużą część zajęć poświęcam też na kreowanie stylu i wizerunku.

Kiedyś otrzymałam takie pytanie od uczestniczki jednego z moich szkoleń: "Jeśli źle odłożę łyżeczkę, to znaczy, że jestem gorszym człowiekiem"? Na podstawie tego jednego zdania napisałam nawet rozprawę naukową. Od razu dodam, że na to pytanie nie ma jednoznacznej właściwej odpowiedzi. Jest zaczepne, zamknięte, na które standardowo odpowiada się "tak" lub "nie". A w tym wypadku żadna z tych odpowiedzi nie miałaby sensu: gdybym odpowiedziała "tak", byłoby to spłyceniem problemu, a z kolei negatywna odpowiedź jest demotywująca: "skoro zachowanie nie ma wpływu na postrzeganie mojej osoby, to po co uczyć się zasad".

Dr Irena Kamińska-Radomska

czas_main

Czas, w którym nie musisz być taka święta

“- Planujesz już coś? - Tak, nawet mam prezenty, ale dalej nie wiem, co z tymi Świętami, czy u nas czy u teściów. Chciałam wcześniej zamrozić pierogi, ale wiesz, Kasia mówi, mamo, jak to, mrożone uszka? No i chyba jednak zrezygnuję, i będę lepić w Wigilię, bo ten klimat, ten zapach...”

Zaczęło się. Jingle bells i Merry Christmas. Jak co roku. Wiadomo, cudowny świąteczny kołowrotek, w którym – jak to się dla nas beznadziejnie potoczyło - nas, kobiety, czeka całe mnóstwo zajęć. Czas, w którym jesteśmy pochłonięte przez planowanie, gotowanie, koncepcje menu, wszelkie przygotowania, zakupy i oczywiście ogrom pracy w domu. To specjalny czas dla kobiet, które nawet jeśli bywają asertywne tak na co dzień w życiu, to w grudniu przestają takie być: bo święta, bo rodzina, bo dzieci, bo pierogi... Wielkimi krokami zbliżają się Święta i nadchodzi czas, w którym niejedna kobieta doznaje karuzeli sprzecznych ze sobą uczuć: od “Ojej, cudownie!”, przez: „Ostatni raz!”, do: “W przyszłym roku wyjeżdżamy!”.

Test białej rękawiczki

O porządkach nawet nie chce mi się pisać, bo jak pomyślę, ile kobiet ulega presji wysprzątania każdego kąta w domu, to mam dreszcze. Jak pomyślę, ile stresu codziennie wywołuje w kobietach myśl: “No ale okna, ale porządki w szafie…”, to od razu chciałabym być mężczyzną. Wiem, że tak po prostu jest, i to nasza kobieca narodowa trauma, że tymi świątecznymi porządkami najbardziej dręczymy same siebie, bo ani okna, ani szafa, ani mąż w tej udręce nie towarzyszą nam wcale. I tak, tak, wiem, przecież na święta musi być posprzątane...ale zastanów się tylko nad tym: kto to ocenia? Kto to doceni?

Perfekcyjna Pani Domu na 100% nie przyjedzie do Ciebie z testem białej rękawiczki, i nie, naprawdę, nie masz szans na występy w ukrytej kamerze w kategorii: “Ta, która zupełnie nie sprząta na święta”. Po prostu zastanów się, jak możesz inaczej to wszystko zorganizować po to by, wszystko nie było tylko na Twojej głowie.  Policz głowy w rodzinie i podziel role. Część czynności odpuść, wrzuć na luz, wewnętrzna perfekcyjna niech zmniejszy wymagania, a część obowiązków rozdysponuj. Poproś o pomoc, spisz kluczowe zadania, ustal podział prac w rodzinie. Wiem, że na początku nie będzie Ci łatwo. I nie, nie jest mi łatwo o tym mówić. Po prostu myślę o tym, żeby Tobie było lżej. Serio!

Nie wszystko musi być hande made

Musi czy nie musi? W Twoim domu to Ty decydujesz, co znajdzie się na stole. Więc tylko jedno pytanie: ile z tego co Ty uważasz, że powinno być na Waszym świątecznym stole, musi być własnoręcznie przygotowane, i to wyłącznie przez Ciebie?! Dobre pytanie, prawda. Nasze babcie i mamy urobione po kokardę szykowały nam święta, tak jakby jedzenie było najważniejsze. Dziś, gdy zbieram wspomnienia ze swoich świąt w dzieciństwie, przyznaję: pamiętam te wszystkie smaki i tę całą magiczną atmosferę. Tylko pamiętam również, że bardzo chciałam, żeby mama nie była taka zmęczona po całej krzątaninie. Bo potem nie chciała iść z nami na spacer… Dziś myślę, że zajęci wszystkim, absurdalnie zabiegani, zapominamy o tym, co najważniejsze - że każdą chwilą razem budujemy rodzinne wspomnienia. Domowe pierogi można kupić i też będzie smacznie. I z przykrością stwierdzam, że porządków w szafie nikt nie będzie pamiętał przez całe życie… Biedna szafa, a tak się starała.

Dekoracje świąteczne

Pamiętam, że najfajniej było robić ozdoby choinkowe  z mamą. Ten czas wspólnego lepienia łańcucha zdarzył się chyba tylko raz, potem lepiłyśmy już same. Dziś w czasach domowych metamorfoz, urządzenie domu na święta nabiera nowego znaczenia. Choinka biała czy kolorowa? Lampki jednokolorowe czy wszystkie kolory tęczy? Wszystko to bardzo urocze i wprowadza niesamowity nastrój. A jak już tak wszystko ogarniesz, bo i tak wiesz lepiej, co masz robić na święta, i nawet wieniec na drzwiach będzie się już uśmiechał do sąsiadów, to nie zapomnij tylko o tym, co jest najważniejszą niewidzialną dekoracją świąteczną. Co łączy gwiazdę z łańcuchem na choince i najpiękniejszymi prezentami, po co to wszystko? Uważaj, żeby ten Mikołaj, co siedzi  na drabinie na Twoim balkonie i udaje, że wspina się z prezentami, nie zabrał przez pomyłkę czegoś ważniejszego z Twojego domu...albo od Ciebie.

Wymyśl sobie święta i zrób takie, o jakich marzysz

A jeśli tylko masz już odwagę stawiać na siebie, odmówić ciotkom i kuzynom, nie pojechać do teściów, budować swoje wspomnienia na święta, zrób to. Zrób święta po swojemu, po Waszemu i buduj nowe tradycje. Wyjeżdżacie na narty już w pierwszy dzień świąt? Bardzo dobrze, Wy tak lubicie, i to wystarczy, nie musisz się tłumaczyć przed całym światem. Własne zwyczaje, upodobania, pasje są najlepszym argumentem do spędzania świąt dla siebie, ze sobą, we własnym gronie, według własnych pomysłów i tak jak się lubi. Wybieraj, co chcesz i cenisz, wybieraj otoczenie,w którym chcesz miło, leniwie bądź aktywnie spędzić ten świąteczny czas, bez wyrzutów sumienia. Twórz własną rodzinną tradycję i zwyczaje! Uwierz, że kiedy sięgniesz po to własne prawo, świat się dostosuje. Masz prawo wybrać własny sposób na święta. I bardzo Cię proszę, przestań reagować histerycznie na hasło: “To nie wypada”. Wypada to kijek. Z ręki, na nartach i tylko czasem się zdarza, że to prawdziwy kłopot.

Kiedy święta bolą

I tak na zakończenie -  ten rodzaj asertywności, z którym mamy do czynienia w grudniu nazywany jest przeze mnie asertywnością wobec świata. Czyli jak być sobą, kiedy świat, rodzina, wszyscy inni, reklama i tradycja wywierają na nas niewidzialną presję, a my miotamy się między tym, o czym marzymy i czego chcemy lub tym, czego absolutnie nie chcemy, nie lubimy, ale ulegamy. Presja społeczna świąt ma także swoje niechlubne żniwo. Wiele osób cierpi w samotności, porównuje się z innymi, ulega nierealnym scenkom z wszędobylskich reklam: choinka, mama, tata, biały pies, prezenty. W święta dochodzi do wzrostu popełnianych samobójstw, gdyż samotność w ten szczególny czas dla wielu bywa nieznośnie dokuczliwa. Dziś, kiedy oprócz manii kupowania sobie kolejnych prezentów, na szczęście wkręciliśmy się też w szlachetną paczkę i aktywnie pomagamy, zastanówmy się, komu podać pomocną dłoń, do kogo się uśmiechnąć, a komu powiedzieć choćby jedno wspierające zdanie. A Ty w te Święta nie daj się zwariować! Bądź niczym dumna i wyprostowana choinka -  trzymaj pion!

Wspaniałych Świąt - właśnie takich, jakie Ty sama sobie wymarzysz i sprawisz.

Monika Chodyra -
kobieta z pasją do życia i rozwoju. Współautorka książki „Energia Kobiet”. Doświadczony coach, trener i menedżer. Specjalizacja: coaching menedżerski. 

www.coachdlabiznesu.pl

house-2595582_1280

Rodzina Państwa Bille cz. 4

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 4

 

Rozległ się dźwięk dzwonka. Pan Bille pośpieszył na śniadanie. Pani Bille stała we drzwiach. Wargi jej poruszały się lekko:

- Pst!

- Hę? Co?

- Jesteś głuchy?...Pytam się, czy panna Josse może usiąść z nami do stołu?

- Mnie to nie przeszkadza - oznajmił pan Bille.

A gdy z potrawki zaczął unosić się delikatny, pachnący opar, pan Bille okazał się niezwykle łaskawym, rzucając na talerz z czerwonej laki elipsoidalne plasterki białego chleba. W międzyczasie skrytykował karafkę z wodą, oznajmiając, że świeżość jej jest "nader względną". Następnie potarł ręką czoło. Zdawało się, że odpędza troski. Mówił "Napisałem do tego tam", lub "Machin zanadto się rozbija. Muszę mu uszu natrzeć". Pani Bille nie zwracała uwagi na gadaninę swego małżonka. Dyskutowała z panną Josse na temat, co da się zrobić z koronek, które odziedziczyła po babce.

Panna Josse zachowywała się bardzo taktownie. Piła dyskretnie, a przy pomocy noża nader zręcznie wyciągała szpik ukryty w dość pokrzywionej kości.  Ponieważ oznajmiła: "Niech pani będzie spokojna, zrobimy, co będzie można najlepszego", pani Bille poruszyła się zgorszona.

- Ależ pani nic nie pije!

Lała wino z wysoka. Panna Josse uśmiechnęła się nieznacznie. Pan Bille dojrzał ten uśmiech, odpowiedział podobnym, wziął dwa ziarnka soli. W tej chwili słońce zbladło, zmiotło trójkąt słoneczny, zarysowany na posadzce.

- O, chmurzy się! ? powiedziała pani Bille.

- Tylko mała chmurka!

Rzeczywiście trójkąt słoneczny pojawił się nanowo. I zniknął po chwili.

Za oknem topole stały nieruchomo. Nad niemi unosił się delikatny białawy opar. Upał dokuczał nieznośnie. Pan Bille nieustannie sięgał po karafkę.

Podano deser. Pan Bille wybrał kilka owoców, opierając się o poręcz krzesła. Jakieś niezwykłe fluidy zaostrzyły jego zmysły. Nie wątpił już w zwycięstwo, które osiągnie nad panną Josse.

Ta zaś, zaróżowiona i spocona, dyskretnie łuskała orzechy lewą ręką. Lekka materja stanika pozwalała domyślać się rozkosznych kształtów.

Pan Bille wytrzeszczał oczy na wycięcie stanika. Dusiła go niecierpliwość. Dla zaspokojenia jej wyciągnął zegarek. W oddali zagrzmiało.

- Ach! ach! ? zawołała pani Bille. ? Nadciąga burza!

Pan Bille, siląc się na uśmiech, zerwał się i podbiegł do barometru. Wpatrzył się w ustawienie wskazówek na tarczy.

- Oczywiście. Śniło ci się.

Zagrzmiało po raz drugi.

-Widzisz! widzisz!

Panna Josse powróciła na swoje miejsce. Szyła. Świeży jej karczek przeświecał poprzez mgiełkę blond włosów. W tej pozycji wyglądała nieskończenie pociągająco. Pan Bille zerwał się. Nie mógł już dłużej usiedzieć. Nie ufano jego oznajmieniom! Pocóż więc pytać go o radę, jeżeli przed jej powiedzeniem nie ma się zamiaru brać pod uwagę jego słów?

Grzmoty następowały jeden po drugim. Pan Bille zmienił taktykę.

- Oczywiście - będziemy mieli burzę - czy jesteś zadowolona, żoneczko? - będziemy mieli burzę  - ale nie w tej chwili -  za jakie trzy, cztery godziny. Stąd do Guerneville idzie się najwyżej dwadzieścia minut. Oczywiście, krótszą drogą. Przecież u Toussel'ów nie będzie się siedziało całą wieczność. Ale trzeba się wybrać zaraz, natychmiast...

Emma siedziała przy stole. Bawiła się wiśniami.

"Ten dostanie, ten dostanie,

A ostatnio pozostanie!"

Zabrała głos.

- Ja chcę iść do Janki i Gustawa!

Pan Bille poruszył się.

- Co mówisz, kochanie?

Pani Bille wmieszała się również.

- Nie wtrącaj swoich trzech groszy!

Drzwi otworzyły się nagle. Zjawiła się w nich pokojówka. W lewym ręku trzymała talerz. Wycierała go energicznie, wołając głośno:

- Proszę Pani, deszcz pada. Takie olbrzymie krople, jak pięciofrankówki!

Wszyscy podbiegli do okna. Z ogrodu dolatywał szum. Krzewy różane gięły się ku ziemi. Burza nadciągała. Posypały się liście. Pan Bille poczuł, że otrzymał cios w samo serce. Była to chwila nader przykra. Powiedział głosem zmienionym:

- Kwestia jest wyczerpana?

Oczyma przeszył pokojówkę.

- Moje dziecko, obuj się. Nie lubię klepania pantoflami.

Burza szalała. Do szóstej blizko niebo zlewało ziemię strumieniami deszczu. Po oknem szumiał sztuczny wodospad. Pan Bille widział, jak wraz z kwiatami i liśćmi zamiera jego krótki moment rozkoszy.

Wieczorem rezonował:

- Trzeba było wyjść zaraz po śniadaniu. Burza byłaby cię zastała u Toussel'ów. I nie złamałabyś danej obietnicy.

Następnie dorzucił:

- Biedni ci Toussel'owie! Oto rodzina, którą się zawsze traktuje przez nogę!

                                                                                              d.c.n.

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

"Kobieta współczesna" 1927, nr 2, str. 9.

 

 

OPOWIADANIE CZ.3

Rodzina Państwa Bille cz. 3

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 3

 

            W poniedziałek panna Josse zjawiła się o oznaczonej porze. Miała popielate mitenki. Zdjęła je bez pośpiechu, potrząsając dwoma palcami zdobnymi w pierścienie. Poczęstowano ją białą kawą. Odmówiła. Panią Bille zachwyciła podobna wstrzemięźliwość.

              Pod oknem, w łagodnym świetle poranka, panna Josse nawlekała igłę. Nie spuszczano z niej oka. Jej wypłowiałe włosy miały miejscami ton prawie czarujący.

              Dwie perły w kształcie łez odciągały ku dołowi jej uszy. Prawdopodobnie miała piękne oczy. Jednak posługiwała się nimi nader skromnie.

            Pan Bille raczył zejść do jadalni. Powiedział "Dzień dobry Pani" tonem, który pani Bille uznała za przyzwoity. Pan Bille rzucił roztargnione spojrzenie. Następnie kilkakrotnie przebiegł pokój.

                O dziesiątej listonosz przyniósł dwa listy. Jeden z nich pochodził od węglarza, który proponował brykiety na nader przystępnych warunkach. Pani Bille, otworzywszy drugą kopertę, rozpaczliwym ruchem stuknęła się w czoło.

               - Sapristi! Umówiłam się na dziś z Toussel'ami!

                 Miało to miejsce przed dwoma tygodniami. Wtedy jeszcze nie było mowy o pannie Josse. Pani Bille była niepocieszona. Kilkakrotnie odczytywała list. Wreszcie oznajmiła:

               - To moja wina. Zapomniałam. Ale nie jestem dziś wolna. Zadepeszuję do nich.

                  Pan Bille zmrużył lewe oko.

                 Julja zrozumiała. Podniosła się z krzesła, mówiąc:

               - Idę po nożyczki.

                 Pan Bille zszedł do ogrodu.

                 Dyskutowano długo. Pani Bille podnosiła ramiona, mięła zawiązki czepka.

              - Niezmiernie mi przykro... Ale niepodobna... Pierwszy dzień... Konieczność dozoru... Toussel'owie zrozumieją.

                 Pan Bille był spokojny. Mówił rozsądnie. Od dawna znają podejrzliwość Toussel'ów. Podobna bezceremonialność nie usposobi ich przychylnie.

               Następnie, dość subtelnie, kpił z lekkomyślności niewiast. Dwa palce, jak omdlałe motyle, przykładał do czoła. Słowa jego, jak szmer wartkiego potoku przerywały uroczyste milczenie ogrodu. Nagle zrozumiał, że odniósł zwycięstwo. Julja skrzyżowała ramiona. Głowę skłoniła nieomal smutnie.

              - Masz rację ? powiedziała wreszcie. ? Wymknę się na chwilę pomiędzy drugą i czwartą.

                I znikła.

              Pan Bille śledził ją oczyma. Szła irysową aleją. Minęła róże, zatrzymała się przy jasnej plamie buków. W tej chwili pan Bille jednym uderzeniem pięści wsunął na głowę słomkowy kapelusz. Następnie skierował się ku krzakom berberysu i zielonej leszczyny.

            Anekdoty Severin'a unosiły się na tle nieba w kształcie nikłych sylwetek "niezbyt katolickich". Zapach heliotropu i werweny śmiało pieścił jego nozdrza. Skrył się w cieniu. Widocznie jednak delikatne promienie słońca zdążyły wcisnąć się do jego kieszeni. Nagle poczuł, że krążą w jego ciele, jak małe, rozżarzone zwierzęta. Orzechy stały nieruchomo. W gęstwinie brzęczał szerszeń. Coś, jakby warczenie tajemniczego kołowrotka, snującego nić godzin.

              Pan Bille ośmielił się spojrzeć w głąb duszy. Zaczynał mieć nadzieję. Z początku dość nikłą. Zostanie sam. Wślizgnie się do jadalni. (Potrafi przecie nawiązać rozmowę).

                                                                            d.c.n.

 

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

"Kobieta współczesna" 1927, nr 2, str. 8-9.

 

grand-cafe-de-la-poste

Rodzina Państwa Bille cz. 2

 

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 2

PRACOWNICA IGŁY

 

             Pani Bille oznajmia:

            - Panna Josse przyjdzie w poniedziałek. Na próbę. Nie twierdzę, że będę z niej zadowolona. A jednak, jeżeli mam wierzyć paniom Gizel?...Czy zauważyłeś koronkową bertę Pauliny? Zresztą, mój drogi, chodzi mi przedewszystkiem o oszczędność. Pani Fonissot bierze piętnaście i dwadzieścia franków za fason. A robi?

            Pan Bille pod oknem przegląda dzienniki. Jest nader zaabsorbowany jakąś zbrodnią.

            - Słuchasz, Gasparze?

            "Tak", które spływa z jego warg, spoza zaciśniętych zębów gwarantuje chwilę spokoju.

            Pani Bille szepce:

            - Prawdziwa czarodziejka z tej panny Josse!

            Nagle pan Bille uświadamia sobie w czem rzecz. Sumienie się w nim budzi. Podnosi się z miejsca, chwyta za krzesło:

            - Panna Josse u mnie? Nigdy, nigdy!

            Julja uśmiecha się. Jest pełna godności. Bez pośpiechu układa owoce na różową kompotjerę. Z owocem w dłoni mówi:

           - Prawdopodobnie chodzi ci o kwestię moralności! Ach, jesteście nieporównani! (Jak gdybym nie znała mężczyzn!) Nie macie pojęcia o naszych kłopotach. Wyobrażacie sobie, że drobne zawikłania codziennego życia, to tylko dziecinne zabawki! Chciałabym widzieć was na naszem miejscu?

            - Ależ?

            - Chwileczkę. Zanim się zdecydowałam na ten krok, zważyłam wszystkie ?za i przeciw?. Doprawdy, Gaspardzie, bawisz mnie! Czyż naprawdę jesteśmy wyżsi od Dalibert'ów?

            - Pozwól, żona Dalibert'a?

           - Cóż masz przeciwko Konstancji? Zamilknij ? wolę już, żebyś nic nie mówił! Panna Josse szyje u Dalibert?ów i są z niej zadowoleni. Ach, mój przyjacielu, ty, który Bóg wie po jakiemu!...ty nie powinieneś się nigdy mieszać do takich spraw!

             Pan Bille jest zmieszany. Żałuje, że poruszył tę kwestję.

            Obecnie wycofanie się jest już trudne. Obu rękoma mnie dziennik. Jego zastrzeżenia nie są już szczere. Przedłuża walkę jedynie z dumy. W głębi duszy marzy o szturmie, który go obezwładni.

            Oto i on.

         - Bądź spokojny. Niemniej od ciebie dbam o nasz honor. Tylko, że ja jestem praktyczna. A zresztą, mój drogi, gdy się nie wnosi nic do wspólnego gospodarstwa - należy mieć tyle taktu, żeby nie otwierać ust.

           Cios jest dobrze wymierzony. Pan Bille wychodzi, trzasnąwszy drzwiami. Biegnie do ogrodu. Wściekły, ścina laską białe pokrzywy. Zagniewanem spojrzeniem obrzuca podwórko. Przechadza się po żwirze. Łamie słonecznik. Ta egzekucja uspokaja go. Pan Bille wpada w nastrój melancholijny. Nastrój ten zachowa do wieczora.

           O trzeciej pan Bille wychodzi ze swego pokoju. Zmierza ku "Café de la Poste". Słońce praży. Pan Bille idzie wzdłuż cieni rzucanych przez domy z czerwonej cegły. Dwie niewiasty oglądają odrzwia kościelne, ciągnąc za sobą zakurzone rowery. Nad kołnierzykami męskiego kroju wiją się blond włosy.

        Pan Bille szepce: "Znowu te djablice angielskie!" Na widok  "Café de la Poste", oddycha z ulgą. Severin, jak zwykle, jest już na stanowisku. Starannie słodzi swój absynt. Kiedy Bille wyciąga do niego rękę, mruczy:

          - Boże, co za bezczelność!

            Gaspard kładzie laskę na dziennik.

          - Mój drogi, tych przyjemniaczków należałoby spalić żywcem.

        Aby uniknąć pyłu z ulicy obaj opuszczają taras i zajmują stolik w głębi kawiarni. Dwaj przyjezdni goście grają w domino. Z sali bilardowej dochodzi hałas. Pociąg towarowy skarży się żałośnie.

            Severin tasuje karty.

         - Cóż nowego?

         - Ach, mój stary?

           Zajście zostaje opowiedziane. Severin jest przyjacielem Bille'a od lat dwudziestu. Nie ukrywano przed nim niczego prawie. Potrząsnął głową, jak gdyby chciał zrzucić ją na ziemię.

          - Doprawdy? Ależ masz najzupełniejszą słuszność! Panna Josse ? to szmata!

            Posypały się anegdoty. Padały gęste, przeplatane uderzeniem kul bilardowych, dudnieniem biegnących szybko kół. W snopie promieni słonecznych wtórowało im kilka much.

           I nagle, niezwykle interesujące stały się damy gotujące tapiokę, pasterki z ukwieconymi laskami - cały ów mały światek z afiszów, tak barwny, tak młody, świat - który reklama wyczarowuje na czterech ścianach knajpy.

            Pan Bille poczuł że jego zły humor topnieje.

            Strząsnął fajkę.

          - Ach, mój drogi! Cóż to za piękny dzień!

         Dzień ów brał go w swe posiadanie, rozlewny i wspaniały, wraz z niepojętemi, niejasnymi uczuciami. Wypił skrawek nieba odbity w szklance wody. Promienie słońca, jak cieniutkie szpady z polerowanego złota, przeniknęły delikatną tkankę jego serca.

            Szepnął:

           - A, czegóżbym nie zrobił dla miłego spokoju!

            Severin "markował" króla. Odrzekł:

           - Oczywiście.

            Następnie, gdy już słońce schyliło się ku zachodowi, odprowadził Gasparda do domu. Jeszcze na ulicy poczuł pan Bille zapach pieczeni cielęcej. Nie mógł się powstrzymać od okrzyku:

          - Moja żona miewa czasami dobre pomysły.

             Przy stole Gaspard zacierał ręce. Julja znowu stała się uprzejma. Emma ćwierkała, jak wróbel. O pannie Josse nie mówiono więcej. Tem niemniej odkładano chwilę zapalenia lampy, jak gdyby w obawie, że się ją wtedy ujrzy.

             Przy serze, pani Bille powiedziała głosem pogodnym:

           - Wiesz, wiatr złamał słonecznik.

           - Bydlę!

             Pani Bille pokazała mu język. Gaspard zagrał na nosie.

             Emma zaczęła się śmiać serdecznie. Po takich zdarzeniach okazywano jej zazwyczaj bezgraniczne pobłażanie.

 

                                                                       d.c.n.

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

"Kobieta współczesna" 1927, nr 1, str. 8.

 

shutterstock_674496517

Rodzina Państwa Bille cz. 1

Rodzina Państwa Bille

Odcinek 1

PORANEK

             Słychać szum wiatru. Promień słońca musnął szafę. Za oknem topola potrząsa tysiącem drobnych liści. Pani Bille podnosi się z łóżka, podchodzi do gotowalni. Idąc, przeciąga się. Palce jej bosych stóp kurczą się jak piskorze przy zetknięciu z gorącą fryturą. Podnosi dzbanek, rzuca krótkie "znów cieknie", następnie nerwowym ruchem popycha miseczkę na mydło. Woda, gąbka, fajans - wszystko to natychmiast wprawiła w ruch. Powstał ładny hałas! Pan Bille śpi jeszcze. Jego kołdra marszczy się w szereg drobnych wzgórków. Pan Bille oddycha ciężko, przez nos i gardło. Nagle otworzył oczy: ujrzał olbrzymie równiny; koza wyciąga pyszczek po źdźbło trawy, które jej podaje wieśniaczka strojna w długie wstęgi; markiz i markiza tulą się do siebie miłośnie; przedziela ich pasterz, który, okrakiem siedząc na beczce dmie w kobzę, aż policzki mu nabrzmiały. W głębi rysują się wiatraki - bardzo białe, bardzo sztywne, o nieruchomych skrzydłach. Pan Bille wpatrzył się uważnie, poznał firanki, mruknął:

                - Ależ hałasujesz, kochanie, przy myciu!

                  Odcięła mu krótko:

               - Mój drogi, nie słyszysz swojego chrapania!

                 Zamilkli oboje. Żadne z nich nie miało ochoty przedłużać rozmowy. Czuli dla siebie rodzaj lekkiej pogardy. W rzeczywistości kochali się tkliwie.

                  Pan Bille jest człowiekiem dużej wartości. Przez lat piętnaście był ozdobą urzędu pocztowego. Dwa drobne spadki, które otrzymał, i ruptura skłoniły go do przedwczesnej bezczynności.

                  Obecnie lubi przerzucać książki. Nie zapoznaje poezji. Twierdzi, że Musset powiedział kilka ślicznych rzeczy o pelikanach. Lamartine'owi zawdzięczamy jezioro "nie powiem nic ponad to". Ale Wiktor Hugo... przedewszystkiem Wiktor Hugo.

                   Pan Bille cytuje "les confitures", "le cercle de famille", "l'enlizement". Przy sposobności nie opuszcza wierszy, przedstawiających duchowieństwo w niezbyt pochlebnych barwach. Wszystkie damy machają wtedy rękami (sza! sza!), jak gdyby chciały opędzić się od much. Wskazujący palec grozi.

                - Panie Bille, panie Bille, pójdzie Pan do piekła!

                  Pan Bille konkluduje:

                - Cóż to za żartownisie ? ci poeci!

                  Krzyżuje ramiona. Wpatruje się w dal. Pan Bille jest filozofem. Nabrał pewnego tiku w oczach i marszczy czoło. Dowodzi to, że pan Bille jest człowiekiem myślącym. W Noyelles mówią wszyscy:

                - Panie Bille, pan, który wie wszystko, powiedz pan...

                  Pani Bille odsłania firanki. Kozy zaczęły kuleć, wiatraki skurczyły się, twarze skrzywiły w grymas. A potem słońce zalało pokój. Cudowny jest ów kwadrans, gdy pan Bille rozkosznie wyciągnięty, czując, że mu nogi wypoczęły, jasnemi oczyma śledzi, jak żona się ubiera. Mój Boże! Ileż w tem bezużytecznych wzruszeń! Topola za oknem drży. Pusty wózek mleczarza dudni po bruku. Dwa koguty uparły się zwiastować świat. Pan Bille oznajmia:

                 - Koguty są zupełnie głupie!

                   Następnie siada. Bezmyślnie gładzi gardło. Pani Bille nie odzywa się ani słowem. Myśli.

                - Pamiętajmy: czwartek. Rzeźnik bije dzisiaj! - "Ten wiatr, cóż to za klęska!" - "Pani Fifre odniosła tylko 6 chusteczek. Wytrącić z tygodniowego rachunku!"

                   Nagle.

                - Gaspard!

                 - Juljo!

                 - Czy byłeś u ślusarza?

                 - Sapristi!

                 - Spodziewałam się tego. Jesteśmy zdani na łaskę złodziei. Te drzwi  otworzy nawet dziecko!

                  Pan Bille:

                 - Zajdę do niego.

                 - Mniejsza o to. Nie liczę na ciebie. Jesteś niemożliwy.

                  Pan Bille prostuje plecy. W ten sposób łatwiej znosi grad drobnych strzał. Wreszcie uśmiecha się tchórzliwie.

                  Uśmiech ten do rozpaczy doprowadza Julję. Kładzie kaftanik, czepeczek, wybiega szybko, trzasnąwszy drzwiami. Pan Bille sięga ręką po buty. Nuci: "Tu - tu -tu -tu -tu -tu" Chce udać obojętnego. W głębi jest trochę poruszony. Starannie myje uszy, zęby, paznogcie. Skrapia szczotkę jakimś kosmetykiem. Lustro odbija jego postać. Mówi mu o jego różowej cerze, mięsistym nosie i rzadkim zaroście. "Tu - tu -tu..."

                 Egzamin wypadł pomyślnie. To usposabia go do ustępstw. Jujla jest kobietą rozsądną. Należy przezwyciężyć apatję, którą mu wyrzuca. A zresztą, czy Jujla jest zdolna go zrozumieć?

                 Przed domem wita go cudowny poranek. Kałuże lśnią w piasku. Wiatr chwilami się wzmaga. Topole kołyszą się, jak gdyby chciały wymieść niebiosa. O, ileż tu zielonych śliwek, ileż czereśni białych jeszcze! Zasypały ziemię, pomieszane z gałązkami kasztanów i begonji.

                 Pani Bille siedzi pod parasolem. Pan Bille poznaje ją po fioletowym szalu. Podejść? Oczywiście! Właściwie nie ma czego się obawiać. Pani Bille pije kawę. Sześć okruchów pływa w starej filiżance, którą mąż zna tak dobrze.

               - Jakże apetycik?

               - Nie rozmawiam z tobą. 

               - Dobrze. Siadam.

               - Jak chcesz.

                Chmiel zacieśnia widok. Tu i ówdzie między gałęziami buków tworzą się szczeliny. Wzrok biegnie het, ku pagórkom po drugiej stronie rzeki. Oto wierzchołek drogi, kominy fabryki Goberta, a w głębi stare cedry parku Andrieu'go. Pani Bille kończy jeść swoje okruchy. Zdaje się być niezadowolona z całej okolicy. Krzyk?Jak strzała biegnie Emma, za nią Bismarck, czarny pudel. Nie widać ich. Z prawa i z lewa rosną gęste krzewy. Pani Bille mówi:

              - Trawa jest wilgotna, zaziębi się.

                Pan Bille prosi:

              - Zostaw ją! Śmieje się tak serdecznie!

                 Z za buków wybiega Emma. Dwiema rękami przytrzymuje delikatnie piersi. Przy niej kroczy Bismarck, uszy spuszczone język wyciągnięty.

                Pani Bille mruczy:

               - Nie widzi nas. Zrobimy jej niespodziankę.

                Panu Bille rozszerzają się źrenice:

               - Właśnie! Niespodziankę!

                Myśli : "Zapomniała o ślusarzu. Pójdę do niego niebawem." Jest miło. Po stole łażą drobne muszki, siadając na plamach po kawie. Słychać ćwierkanie wróbli i szum gałązek chmielu, osuszonych słońcem. A topole osypują ziemię śniegiem swych białych, miękkich jak wata nasion, jak gdyby z nieba, jeszcze wilgotnego, okruchami spadały białe chmury. Emma zbliża się. Podskakuje. Macha rękami. Lewą nogą posuwa odłamek krzemienia.

                Pani Bille szepce:

              - Och, smarkata, w tym miesiącu skończy osiem lat.

                Pan Bille powrócił do łaski. Wzdycha z ulgą, mówiąc:

              - A tak?

                                                                       d.c.n.

 

 

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofii Popławskiej

"Kobieta współczesna" 1927, nr 1, str. 7-8.

 

 

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved