Zrzut ekranu 2021-04-21 o 10.32.48

Którą z "Przyjaciółek" jesteś? Fenomen serialu a nasze życie.

Serial „Przyjaciółki” emitowany w każdy czwartek na Polsacie ( a także na platformie Ipla, gdzie można obejrzeć wszystkie sezony) przyciąga przed telewizory nie tylko kobiety. Napisano już wiele na temat fenomenu popularności tej produkcji i myślę, że sukces serialu tkwi w atrakcyjności tytułowych przyjaciółek i łączącej ich relacji. Inga, Anka, Patrycja i Zuza to cztery przyjaciółki, które mogą zawsze na siebie liczyć. Mimo że są już dorosłe, każda ma ułożone życie prywatne, rodzinę, pracę, zawsze znajdą czas dla siebie, a w sytuacjach trudnych zjednują siły i pomagają tej, która najbardziej w danym momencie potrzebuje wsparcia. Kiedy rozmawiam ze znajomymi na temat tego serialu zazwyczaj zadaję pytanie – którą z bohaterek „Przyjaciółek” jesteś? Roztrzepaną, ale niezwykle ciepłą i wrażliwą Ingą? A może bliżej ci do rodzinnej i spokojnej Anki? Czy praca jest dla ciebie najważniejsza tak jak dla Zuzy? Może jednak przypominasz twardo stąpającą po ziemi Patrycję? Myślę, że każda z nas ma swoją ulubienicę, której szczerze kibicuje, choć myślę, że wszystkie bohaterki mają w sobie tyle ciepła, dobroci, humoru, że nie sposób ich nie lubić. Nawet Dorotka, która stała się piątą, trochę „przyszywaną” przyjaciółką budzi naszą sympatię i wywołuje uśmiech na twarzy.

Którą z przyjaciółek jesteś?

Inga Gruszewska – grana przez Małgorzatę Sochę.

Inga ujmuje wrażliwością, spokojem i bijącym od niej ciepłem. Jest niezwykle piękną kobietą, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. W pierwszym odcinku serialu poznajemy ją jako osobę zrezygnowaną, przeżywającą odejście męża do innej kobiety, samotną, nieszczęśliwą. Inga zmienia się w czasie trwania kolejnych odcinków i sezonów. Dzięki przyjaciółkom zaczyna wierzyć w siebie, jest też bardziej otwarta na relacje damsko – męskie. Wychowuje córkę Hankę, która ze ślicznej i ułożonej dziewczynki zmienia się w zbuntowaną nastolatkę. Myślę, że każda mama dorastającej pociechy rozumie dylematy i frustrację Ingi. Kocha córkę, jednak nie zawsze znajduje z nią wspólny język. W życiu Ingi pojawiają się różni mężczyźni. Prócz Andrzeja ( pierwszego męża i ojca Hani) ważny jest również Robert – ojciec drugiej córki Ingi – Marysi oraz Maks, któremu kobieta ucieka sprzed ołtarza. Gruszewska nie ma szczęścia do mężczyzn, choć ciągle poszukuje miłości. W najnowszym sezonie spotyka się z dużo młodszym od siebie mężczyzną – Sajmonem, jednak wstydzi się tej relacji ze względu na zbyt dużą różnicę wieku. Jaka jest Inga Gruszewska? Ciepła, pełna empatii, stara się być dobrą matką , jednak bywa zagubiona jak każda z nas. Podoba mi się, że Inga potrafi przyjaźnić się z byłymi partnerami i ojcami swoich córek. Andrzej i Robert stają się przyjaciółmi, a ich relacja wywołuje wiele przezabawnych sytuacji w serialu. Kibicujemy Indze i wierzymy, że znajdzie w końcu mężczyznę swojego życia. Czy to będzie młody i zakochany w niej do szaleństwa Sajmon? Czy Inga porzuci w końcu przesądy i stereotypy?

Anna Strzelecka – grana przez Magdalenę Stużyńską – Brauer.

Anka jest typową matką Polką. Myślę, że niejedna z nas odnajdzie w postaci Strzeleckiej samą siebie. Dla bohaterki najważniejsza jest rodzina. Tak bardzo koncentruje się na potrzebach męża i dzieci, że zapomina o sobie samej. Anka jest wspaniałą gospodynią domową, matką, jednak początkowo nie jest atrakcyjna dla swojego męża. Paweł nie jest jej wierny, jednak Anka wierzy, że nie może dopuścić do rozpadu rodziny. Kocha i cierpi. Na początku irytowała mnie uległość Anki, ale zdawałam sobie sprawę, że to zamierzony chwyt scenarzystów. Kobieta coraz więcej pije, aż po wpływem alkoholu powoduje wypadek samochodowy. I po raz kolejny w serialu pojawił się temat tabu – alkoholizm u kobiet. Strzelecka początkowo nie dopuszcza do siebie myśli, że może być uzależniona. Dopiero kiedy się do tego przyznaje, jej życie zaczyna się zmieniać. W serialu doskonale ukazana została metamorfoza bohaterki. Kiedy dzieci dorastają Anka zaczyna inwestować w siebie. Kończy porzucone studia, idzie do pracy, zaczyna zarabiać, staje się atrakcyjna nie tylko dla samej siebie, ale i dla męża. Paweł w końcu zaczyna ją zauważać i doceniać. Dlaczego lubimy Ankę? Bo się nie poddaje. Nawet z traumatycznych sytuacji ( śmierć jednego z synów w katastrofie lotniczej) wychodzi z podniesioną głową. Walczy o swoją rodzinę i męża. Wspiera przyjaciółki dobrym słowem i zawsze ma czas dla najbliższych. W najnowszym sezonie Anka Strzelecka to pewna siebie i elegancka prawniczka. Nadal jednak zjednuje ludzi uśmiechem i przekonaniem, że każdy z nas jest z natury dobry. No i co najważniejsze? Anka nie stosuje diet, nie przejmuje się dodatkowymi kilogramami, a i tak jest niezwykle piękną i seksowną kobietą. Kobietą świadomą swojej kobiecości.

Zuzanna Markiewicz – grana przez Anitę Sokołowską.

Zuza zdaje się być najbardziej ambitna ze wszystkich przyjaciółek, z determinacją pnie się po kolejnych szczeblach kariery, aż zostaje dyrektorem banku. Praca to jej żywioł. Dopóki nie ma rodziny, poświęca się jej całkowicie. Zawsze dobrze i modnie ubrana, uczesana , elegancka i profesjonalna. Umie zarabiać pieniądze i daje jej to satysfakcję. Zuza nie przebiera w słowach, podejmuje odważne decyzje, jednak jest przy tym dobrym i życzliwym człowiekiem. Wiedzą o tym jej przyjaciółki. W pracy trzyma wszystkich na dystans, z wyjątkiem niezwykle wpatrzonego w „panią dyrektor” Dagmara. Zuzę ukształtowało trudne dzieciństwo i matka, która nadużywała alkoholu i nie zajmowała się córką. Być może dlatego Markiewicz sprawia wrażenie pewnej siebie i oschłej kobiety. To tylko maska. Zuza jest niezwykle atrakcyjna dla mężczyzn, jednak to ona podejmuje decyzje w relacjach damsko – męskich. Kiedy Zuza zachodzi w ciążę jest zdezorientowana, ponieważ tego nie planowała. Nigdy nie chciała być matką, ponieważ w dzieciństwie nie miała odpowiednich wzorców. Kiedy jednak na świat przychodzą jej synowie Grześ i Krzysio czuje się szczęśliwa. I mimo że jest okropną gospodynią domową, nie potrafi gotować, to jednak odnajduje się w tym świecie. Zuzę możemy podziwiać za jej siłę i determinację. Pokonuje raka, radzi sobie z utratą pracy, kłopotami finansowymi, chorobą dziecka. Podobnie jak Inga nie ma szczęścia do mężczyzn. Czy to Jasiek, któremu pozwoliła odejść, jest miłością jej życia? A może mężczyzna, którego poznaje na terapii swojego synka?

Patrycja Kochan – grana przez Joannę Liszowską.

Patrycja to dobry duch tej przyjaźni. To w jej salonie fryzjerskim spotykają się wszystkie przyjaciółki, to ona usprawiedliwia niewłaściwe zachowania, to ona też pierwsza wyciąga rękę do zgody. Jej serialowe życie obfituje w wielu niespodziewanych zwrotów akcji. Lubimy Patrycję za jej normalność, zwyczajność, dobre serce i piękny uśmiech. Kochan od zawsze pragnęła zostać matką. Udało jej się to, choć w trakcie narodzin synka mogła stracić życie. Kobieta choruje na nadciśnienie płucne, a jednak zdecydowała się na ciążę i poród. Przeżyła w swoim życiu wiele trudnych chwil – śmierć swojego męża Michała, odkrycie prawdy o jego podwójnym życiu, przemoc ze strony kolejnego partnera i utratę przyszywanej córki Klary. W najnowszym sezonie Patrycja ulega urokowi przystojnego kucharza ze skłonnością do hazardu. Zanim jednak kobieta zorientuje się, co wieczorami robi jej ukochany, będzie już za późno. Patrycja bywa szalona, spontaniczna i pełna wewnętrznego ciepła. Jest kobietą z krwi i kości. I mimo sporej nadwagi przyciąga męskie spojrzenia. Patrycja bywa nieidealna i na tym polega jej wyjątkowość. Bo Pati jest każdą z nas.

Dorota Grabowska – grana przez Agnieszkę Sienkiewicz.

Postać epizodyczna, która szybko stała się perełką produkcji. Bo Dorotka to kobieta, którą każda z nas chciałaby, choć przez moment, być. Bogata, zmanierowana, wybredna, leniwa, a jednak pełna uroku. Jej cięty język nikogo nie razi, a nonszalancki sposób bycia tylko dodaje jej wyjątkowości. Dorota ma świadomość swojej urody i ciekawej osobowości. Nie wie, czym jest skromność. Z uśmiechem na ustach obserwujemy jej serialowe losy. Widzimy, że nie potrafi być dobrą matką dla córki, ani opiekuńczą partnerką dla Sławka, jednak potrafimy wybaczyć jej wszystko. Bo Dorotka zawsze dostaje to, czego chce. W ostatnich sezonach postanowiła zostać artystką. Jeszcze wcześniej próbowała zaznać życia zwykłego człowieka. Scena, w której Dorotka pierwszy raz w życiu jedzie autobusem, przeszła już do historii najlepszych scen serialu.

Którą zatem przyjaciółką jesteś? Ingą, Anką, Patrycją, Zuzą, a może szaloną Dorotką?

Projekt bez tytułu (6)

MYSIA 3: zakupy i relaks w sercu Warszawy

Niezmiennie tęsknimy za spotkaniami w gronie najbliższych, wydarzeniami rozrywkowymi, a nawet skromnymi aktywnościami poza domem. Do tego kochamy robić zakupy w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich tych, którzy potrzebują chwili dla siebie, proponujemy odwiedzenie kameralnego miejsca w samym sercu Warszawy.

Dom handlowy MYSIA 3 cechuje atmosfera slow shoppingu i bardzo przyjazne nastawienie do czworonożnych przyjaciół. Możecie zrobić zakupy w towarzystwie swojego psa. Przy wejściu znajduje się wymiennik na książki. Przeczytaną i zalegającą w domu książkę warto wymienić na nową.

Intymne zakupy

Dom handlowy MYSIA 3 to miejsce dla osób, które cenią intymne, nowoczesne i autorskie przestrzenie, unikając wielkopowierzchniowych galerii handlowych. Na pięciu poziomach kameralnej kamienicy zlokalizowane są sklepy lokalnych i zagranicznych marek, które oferują produkty najwyższej jakości. Powstałe w trosce o każdy detal, zachwycają swoją prostotą i minimalizmem wszystkich miłośników dobrego designu. Znajdziecie tutaj produkty dla ciała i duszy, między innymi odzież i produkty wykonane zgodnie z filozofią #lesswaste, szczotki do ciała, naturalne kosmetyki, czy wyjątkową biżuterię i perfumy.

Harmonia i spokój

Obecnie przestrzeń w naszych domach spełnia dodatkowe funkcje – biura i miejsca do aktywności fizycznej. Warto, aby miejsce, w którym spędzamy większość naszego czasu było przytulne. W bogatej ofercie sklepu NAP znajdziecie unikatowe meble, tkaniny i dodatki, które dopełnią wnętrze i zapewnią największy komfort pracy.

Aby w pełni wyciszyć się po trudnym i intensywnym dniu pracy, warto rozpocząć praktykę jogi. Wystarczy kawałek wolnego miejsca, mata do ćwiczeń i wygodny strój, który umożliwi swobodę poruszania. Do tego idealnie sprawdzą się wygodne ubrania i stroje Blask, wykonane z organicznych materiałów. Codzienną praktykę dopełnią także naturalne kadzidła m.in. Yerba Santa i Palo Santo.

Nie należy zapominać o regularnym nawadnianiu i dostarczaniu organizmowi cennych wartości odżywczych. W sklepie Owoce&Warzywa znajdziecie zdrowe produkty od lokalnych dostawców – owoce, warzywa, nabiał, pieczywo, a także aromatyczne gotowe dania, zamknięte w szklanych słoiczkach.

Kawałek sztuki

Odwiedzając kamienicę na Mysiej 3, warto zobaczyć aktualną prezentację współczesnej fotografii dokumentalnej i artystycznej, która znajduje się na drugim piętrze w Leica 6×7 Gallery Warszawa.  Szczególnie w czasie pandemii, fotografie potrafią nas przenieść w różne zakątki świata i przypomnieć sytuacje, kiedy swobodnie mogliśmy podróżować i poznawać inne kultury. Tą szczególną moc ma również muzyka. W gościnnych progach galerii znajdziemy sklep z płytami winylowymi polskiej wytwórni Asfalt Records, który w swojej bogatej ofercie posiada zarówno winyle polskich, jak i zagranicznych artystów.

Wszystkie marki dostępne w przestrzeni MYSIA 3: COS, NAP, MUJI, Odette, ORSKA, Alba1913, Bynamesakke, Blask Store, SVOI, Rilke, perfumeria niszowa Impressium, Elementy, Balagan, Gloomy Sunday, Leica Store, 6×7 Leica Gallery Warszawa, Asfalt Shop, Owoce&Warzywa.

Dodatkowe informacje www.mysia3.pl

shutterstock_1723170616

Alkoholawirus - o tym się nie mówi

Dawno nie pisałam, bo cóż pisać. Trochę przygnębiające to nasze otoczenie ostatnio. Pandemia, zamknięte szkoły i przedszkola, a teraz powodzie. Jak się w tym odnaleźć? Nie wiem. Do tego dochodzi strach o pracę i o to, co będzie jesienią, kiedy koronawirus uderzy znowu, ale tym razem w asyście innych sezonowych wirusów. Przyznajcie, że trochę to przerażające. Szukałam jakiegoś fajnego „babskiego” filmu na Netflix-ie, bo myślę sobie, poprawi mi nastrój i trafiłam na film: „Zabawa, zabawa”. No nie poprawił mi humoru, ale przeraził jeszcze bardziej. To film o trzech kobietach, trzech pokoleniach i jednym co łączy je wszystkie…alkohol. Alkoholizm kobiecy. Dlaczego mnie przeraził? Bo nie zobaczyłam w nim stereotypowych „menelek” spod przysłowiowego sklepu, ale zobaczyłam siebie i otaczające mnie kobiety. Robiące karierę, matki, młode bawiące się dziewczyny…nagle zobaczyłam jak alkoholizm potrafi być cwany, sprytny i cholernie przebiegły. Swojego czasu przeprowadzałam wstrząsający wywiad z autorką książki „Alkohol-piekło kobiet” Moniką Sławecką i myślałam, że ten temat mam już za sobą, ale film uderzył z podwójną mocą. Skończyłam oglądać i poszłam z psem na spacer. Spotykam sąsiada, pijany tak, że muszę się odsuwać, żeby się na mnie nie przewrócił. Wracam do domu, widzę dwóch sąsiadów popijających coś na schodach domu. Myślę sobie, że jestem w jakimś alkoholowym matrixie. Nie to nie inna rzeczywistość, to nasza rzeczywistość, która w tak przygnębiającym momencie jak dzisiaj jeszcze bardziej zyskuje na mocy. Pijemy, bo mamy towarzystwo, pijemy, bo jesteśmy samotne, pijemy, żeby odreagować sytuację w pracy, z mężem. Pamiętam jak kiedyś poszłam do psycholog bo nie mogłam poradzić sobie z różnicami w moim małżeństwie. Mój mąż oczekiwał ode mnie wsparcia w jego problemach, dzieci potrzebowałaby mnie, bo naturalnie są jeszcze małe, czułam bardzo silny obowiązek bycia idealną mamą i żoną. Wydawało mi się, że muszę sobie zasłużyć na bycie kochaną. Słowa bardzo mądrej psycholog otrzeźwiły mnie na miejscu (jak to zdanie paradoksalnie dzisiaj brzmi). Brzmiały tak: 80% kobiet tak zwanych „wspierających” kończy jako alkoholiczki. Później było spotkanie z Moniką Sławecką, którą poznałam na cyklicznych krakowskich spotkaniach „Porozmawiajmy o zdrowiu” i temat się powtórzył. Jedno pytanie powtarzało się kilkakrotnie: Alkoholizm jakie są objawy? Najbardziej wstrząsające były statystyki, mówiące o tym jak mało kobiet wychodzi z alkoholizmu i jak łatwiej w tym temacie mają mężczyźni nie tylko genetycznie, ale i społecznie. Wnioski są takie: łatwiej się uzależniamy, trudniej wychodzimy z nałogu - prawie zawsze jesteśmy odrzucone przez społeczeństwo. Mężczyzna alkoholik jest chory, kobieta alkoholiczka się nie szanuje. Nie doznajemy litości. To wszystko skłoniło mnie do podsumowania swojego życia, przeanalizowaniu tego ile w nim jest alkoholu i ile jest go o wśród moich znajomych. Wniosek jest jeden – zbyt dużo. Zwłaszcza w okresie pandemii. Mam wrażenie, że ograniczono nam możliwości dotychczasowych rozrywek, ładowania baterii, a alkohol jest łatwy do zdobycia i szybko rozładowuje. Doszło nam jeszcze dużo nowych obowiązków, zdalna nauka, opieka nad dziećmi 24/h. To może przytłoczyć. Zachęcam Was, nie chciejcie być idealne dla swoich mężów, dzieci. I chociaż brzmi to dość zwyczajnie, nikt idealny nie jest i każdy ma słabości. Ważne, by sobie na nie pozwalać przed samym sobą. Ukrywanie ich powoduje, że czujemy się jeszcze gorzej i próbujemy sobie radzić z nimi, popijając lampkę wina, wieczorem samotnie albo whisky z colą, bo to teraz też jest na topie. Kiedyś usłyszałam od faceta, że powinnam brać tabletki uspakajające, kiedy tylko czuję, że narasta we mnie złość i wiecie co? O większą bzdurę trudno. Każda z nas ma prawo do frustracji, złości i poczucia, że ma się dość. Ważne, żeby tego nie tłumić i nie wstydzić się, że czasami talerz poleci. Przyznaję się przed Wami, że ja stłukłam już dwa talerze, miskę na owoce, ramkę ze zdjęciem ślubnym i jajko. Szkoda tylko, że później trzeba to samemu sprzątać 🙂 ale wolę to niż udawanie, że jest super, kiedy jest dno. Tak, że drogie Panie rzucamy talerzem, trzaskamy drzwiami i idziemy na spacer, ale nie pijemy. Uważajcie, bo nie będziecie wiedzieć, kiedy ta lampka wina stanie się nieodłącznym elementem Waszego życia. Polecam film „Zabawa, zabawa” z Agatą Kuleszą.

shutterstock_1211071171

W podziwie dla kobiet „siedzących w domu"

Wiecie co?

To już 9 tydzień kiedy jestem pełnowymiarową „gospodynią domową”. Mam dwóch synów, męża i owczarka niemieckiego ( aktualnie się leni ). Piorę, sprzątam, gotuję ( codziennie dwa dania!), prasuję i zajmuję się dziećmi. Codziennie to samo, w kółko. Nieprawdopodobne jest to uczucie gdy wykonujesz ciągle te same prace a one się nie kończą. I do tego jeszcze nikt nie doceni Twoich starań o to by było czysto, pysznie i miło. Tak jakby pachnące koszulki same wskakiwały do szafy a obiad przywozili kurierzy z Pyszne.pl. Niektóre z Was się uśmiechną, a może nawet popatrzą z pogardą czytając ten artykuł bo wiele z Was żyje tak na co dzień i jest to normalne. I właśnie do Was się teraz zwracam – podziwiam Was! Ja dotychczas łączyłam pracę z domem i dzięki dobremu „ożenkowi” nie musiałam robić tych rzeczy sama. Przy dzieciach pomagała mi niania, w domu pomoc domowa a jedliśmy z mężem głównie na mieście w czasie pracy. Byłam nauczona, że jeśli wykonuję jakieś zadanie to na końcu czeka mnie jakaś gratyfikacja, zazwyczaj zarobek czy zadowolenie klienta albo po prostu satysfakcja. Dzisiaj jestem w sytuacji gdzie praca mojego męża jest ważniejsza od mojej, musi skupić się na prowadzeniu firmy, która jest naszym głównym źródłem utrzymania. W czasie kryzysu nie jest to łatwe. Wyprowadziliśmy się tym czasowo z naszymi dziećmi na wieś. Dlatego wszystkie obowiązki domowe spadły na mnie. Ten wpis postanowiłam poświęcić właśnie kobietom, które zajmują się domem, dziećmi i poświęcają się temu w 100%. Mając doświadczenie z obydwóch stron moim zdaniem, te kobiety maja trudniej. Często same się na to decydują i czerpią satysfakcję z takiego życia, ale bezwzględnie jest to praca 24/h, która nigdy się nie kończy. I to praca ciężka… . Na myśl przychodzą mi teraz te wszystkie rozmowy między nami kobietami gdzie pada pytanie: czym się zajmujesz? I wstyd przyznać się, że niczym, bo siedzę w domu, zajmuję się domem. I ja się teraz pytam jak to niczym?! Pasowałoby odpowiedzieć zupełnie inaczej: WSZYSTKIM, zajmuję się wszystkim.

Chodząc do pracy, robiąc karierę jest łatwiej. Naprawdę. Są trudności i czasami mamy ochotę zamknąć się w domu, ale to jest na chwilę, później wracamy do zadań, projektów, rozwoju osobistego. Zawsze też mamy wybór. W domu, zajmując się dziećmi, dbając o dom często tego wyboru nie ma. Nie ma L4, urlopów ani gratyfikacji. Dzień za dniem leci, każdy taki sam. Jest jeszcze jedna kwestia, o której wspomniałam powyżej. „Praca mojego męża jest ważniejsza”. I chociaż w moim kontekście chodzi o tymczasową sytuację związaną z koronawirusem to takiego samego stwierdzenia można użyć w odniesieniu do sytuacji panującej w wielu domach. Jeśli mężczyzna pracuje i utrzymuje rodzinę to często używa się stwierdzenia, że to jego praca jest ważniejsza, a ja nazwałabym to inaczej:W podziwie dla kobiet „siedzących w domu”… Nie ważniejsza a bardziej zauważalna i doceniana. Często praca mężczyzny wymaga od niego dużo mniej wysiłku niż praca kobiety zajmującej się domem. Stereotyp faceta wracającego z pracy i leżącego na kanapie na szczęście odchodzi już do lamusa, ale wciąż jeszcze panuje ten przeklęty stereotyp, że kobieta zajmująca się domem po prostu „siedzi w domu’. Ona nie siedzi! Ja się o tym w ostatnim czasie przekonałam. Mam wrażenie, że wydeptuję codziennie te same ścieżki: pralka, suszarka, kuchnia. Jestem sprzątaczką, kucharką, psychologiem dziecięcym, mediatorem, słuchaczem dla mojego męża, a między czasie usiłuję pisać na bloga i fanpage, które prowadzę. Oczywiście świetnie by było gdybym to wszystko robiła z uśmiechem na twarzy a między czasie znajdowała jeszcze czas na bycie kochanką. Dużo tych ról prawda?  Powiem Wam jedno, mija mi 9 tydzień kwarantanny i ja bym już bardzo chciała wrócić do pracy, żeby trochę odpocząć.

JW-G

shutterstock_576616186

Uzależniona – kilka słów o filmie i kobiecej satysfakcji

Kwarantanna to czas, w którym dużo czytam, ale też oglądam. Szukam ciekawych filmów o różnej tematyce.  Czasami myślę sobie, że jak tak dalej pójdzie oglądnę całego Netflix-a ( wiem, wiem to niemożliwe!). Bardzo lubię kiedy filmy skłaniają mnie do przemyśleń, lubię znajdować w nich inspirację do działań w realnym życiu. Nie piszę tutaj o horrorach czy kryminałach, bez obaw! Jeden film w ostatnim czasie wywarł na mnie szczególne wrażenie. Myślę, że znacznie wpłynął na postrzeganie przeze mnie seksualności kobiety i postrzegania jej w środowisku mężczyzn. „Uzależniona” to film o kobiecie uzależnionej od seksu. Zaczyna się dość niewinnie. Główna bohaterka to na pozór szczęśliwa mama i żona. Zabójczo przystojny mąż, matka chętna zawsze pomóc, wspaniała praca i dzieci. Idealnie. Od samego początku jednak można wyczuć, że coś jest nie tak. Co? Tej na pozór usatysfakcjonowanej kobiecie zaczyna brakować „czegoś”. Jakiejś nieznanej emocji, której chociaż jeszcze nie zna to bardzo pragnie. Choć jej życie seksualne z mężem jest bardzo bogate to ona pragnie czegoś jeszcze i pragnie tego więcej… .

Oglądałam ten film wspólnie z moim mężem, bardzo lubię słuchać jego komentarzy na temat tego co kobietom „wypada” a czego nie.  Mój mąż jest 100% mężczyzną, który nierzadko kobiety postrzega jako te słabsze, te gorzej sobie radzące. Lubię go jednak słuchać bo jego komentarze jeszcze bardziej motywują mnie do „walki” o swoje racje i sprawiają, że narasta we mnie bunt przeciwko tej męskiej ideologii samczej przewagi. To zaskakujące jak bardzo to co nas denerwuje może dawać siłę do działania. I oglądając ten film nieraz wyraził swoją dezaprobatę dla bohaterki o imieniu Meghan.

Jest scena gdzie Meghan tuż po seksie z mężem ma ochotę na więcej. On jednak zasypia. Ona wychodzi z łóżka, siada przed komputerem, włącza film, który sądząc po odgłosach jest bardzo gorący. Odpala więc wibrator i kończy to czego mąż nie dokończył.

Mój mąż nie krył oburzenia. Moja reakcja była natychmiastowa.

To Wam wolno a nam nie?!

I tu jest problem, który chcę poruszyć. Postrzeganie seksualności kobiety wciąż jest jeszcze mocno zdeformowane. Bardzo powoli wychodzimy z naszymi potrzebami „z ukrycia” lub może trafniej będzie jeśli napiszę "wychodzimy spod kołdry i zapalamy światło". Rozmawiamy o nich częściej, ale wciąż za mało odważnie. Wiele z nas czeka na inicjatywę faceta bo przecież nam nie wypada, bo jeszcze on pomyśli, że jestem jakaś niewyżyta. A może jestem? A może czegoś właśnie mi brakuje. Pamiętam też rozmowę z moim wspomnianym już współmałżonkiem o erotycznych książkach przy okazji czytania „Dotyk Crossa”. Stwierdził, że robią wodę z mózgu kobietom bo jak powiedział „naczytają się i później im się wydaje, że tak będzie w życiu”. Nieprawda. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że tego rodzaju książki są niejako impulsem do uwolnienia z siebie seksualności, o które może nawet same nie wiedziałyśmy. Nasze życie wygląda różnie, jedne z nas zajmują się dziećmi, inne robią karierę, jeszcze inne łączą jedno i drugie. Dążmy jednak do pełnej satysfakcji, a nie zagłuszajmy jej.  Każda z nas zasługuje na satysfakcjonujące życie, po które musi sama sięgnąć. Nikt za nas tego nie zrobi. Musimy mówić i domagać się tego czego chcemy. Mamy takie prawo wbrew temu czego nierzadko uczyły nas nasze matki. Mamy prawo do miłości na naszych warunkach, mamy prawo do emocji i własnych potrzeb – nie mniejsze niż mężczyźni. Nie namawiam, żeby krytykować mężczyzn, nie jestem feministką. Myślę, że możemy brać z nich przykład i uczyć się od nich tego, że jak coś chcę to to biorę, a nie zastanawiam się zbyt wiele co i kto sobie pomyśli. To doprowadzi nas wreszcie do równości płci, ale takiej zdrowej. Bo zawsze powtarzam nie dążę do równouprawnienia. Cieszy mnie kiedy wiem, że nie muszę odgarniać w zimie śniegu przed domem, ani nosić drzewa do kominka bo zawsze robi to mój mąż. Ostatnio miałam też okazję zobaczyć jak On smaży naleśniki i powiem Wam było to bardzo ciekawe doświadczenie! Podział ról w domu moim zdaniem jest OK, jeśli tylko obydwie strony czują się tym podziałem USATYSFAKCJONOWANE.

Na koniec życzę Wam dużo miłości, odwagi i prawdziwej SATYSFAKCJI z życia tego codziennego i tego seksualnego. Dodam jeszcze, że "Uzależniona" kończy się bardzo zaskakująco, ale dla mnie ten film był początkiem czegoś nowego.

JW-G

shutterstock_1702626652

Związek w koronie

Koronawirus to nie tylko zaraza, która dotyka nas cieleśnie, ale w większości z nas dotyka nas mentalnie, psychicznie. Mamy już dość tej sytuacji. Została ograniczona nam wolność czyli jedna z naszych podstawowych wartości. A jak wpływa to na nasze związki? O tym porozmawialiśmy z naszą ekspertką od rozwodów - Anną Klaus- Zielińską - założycielką Wise Mind.

Joanna Wenecka-Golik: Pani Anno, co z Państwa punktu widzenia dzieje się w tej chwili z naszymi związkami? Czy jak pokazują nam telewizyjne reklamy przeważnie siedzimy uśmiechnięci na kanapach i rodzinnie gramy w planszówki, zagryzając domową szarlotką?

Anna Klaus- Zielińska: Na pewno są domy w których tak się dzieje. Do nas odzywają się Panie, które przeżywają w swoich czterech ścianach zupełnie inną rzeczywistość. W rodzinach w których nie było komunikacji, nie było poszanowania granic i uważności na drugą osobę, często za to była pogarda czy poniżanie, nie mówiąc już o przemocy, teraz żyje się tylko trudniej...

JW-G: Związki w których jest przemoc zostawmy poproszę na razie na boku, chciałabym do nich wrócić jeśli Pani powoli w dalszej rozmowie. Dopytałabym natomiast o relacje których naokoło nas najwięcej; dwójka ludzi, zajętych codziennością, nie mających czasu na nic, a już najmniej na uważną rozmowę o sobie. Ja myślę tak; jeżeli nie było komunikacji, to mamy wreszcie czas, żeby zacząć rozmawiać, więc czemu jest trudniej?

AK-Z: Znowu, nie w każdym związku jest trudniej. Są relacje w których dwoje ludzi od jakiegoś czasu za dużo ze sobą nie rozmawiało, bo faktycznie, w codziennym kołowrotku nie mieli na to zbyt wiele czasu. Natomiast przez lata bycia razem nauczyli się uważności na siebie nawzajem. Wypracowali też (albo mieli „wyniesioną“ z domu) kompetencję pozwalającą na bycie w dobrym kontakcie ze swoimi potrzebami i emocjami, a idąc dalej – na mówienie o nich bez poczucia winy czy ukrytej agresji.

Jeżeli umiem spokojnie powiedzieć; „ chciałabym teraz posiedzieć parę godzin sama -  potrzebuję tego, czuję się przeciążona ciągła odpowiedzialnością za naukę dzieci, jestem zła bo mam poczucie że zbyt dużo w tej kwestii jest scedowane na mnie“.

A partner potrafi to przyjąć i możemy razem zacząć myśleć nad rozwiązaniem, które weźmie pod uwagę potrzeby nas obojga, to kolejne tygodnie czy miesiące narodowej kwarantanny w naszym życiu związkowym wiele nie napsują.

JW-G: A w jakim życiu związkowym w takim razie napsują?

AK-Z: W takim, w którym partnerzy zamiast rozmawiać o  trudnych emocjach regulowali je sobie przeważnie „na zewnątrz“ relacji. Czyli bardzo intensywną pracą, spotkaniami towarzyskimi, sportem, zakupowym szaleństwem czy używkami. A trudne tematy odkładały się i odkładały, czasem latami. Były skrzętnie omijane, chowane za kanapą, obstawiane doniczkami, bądź pudrowane.. Zależy w jakiej rodzinie i jaki temat.

JW-G: I w taką przypudrowaną rzeczywistość wkracza nam teraz koronawirus, i co robi?

AK-Z: Najkrócej i najprościej – urealnia. Jesteśmy teraz dostępni dla siebie 24 godziny na dobę, obcięto nam całkowicie możliwość „upuszczania“ ciśnienia na zewnątrz - trudno w takiej sytuacji nosić maski lub ustawicznie powstrzymywać się od wylewania zadawnionych żali i pretensji.

JW-G: A na to jeszcze nakładają się wielu osobom obawy o zdrowie, o źródło utrzymania...

AK-Z: Sofokles mówił: „Człowiekowi który się boi, wszystko szeleści“. Boimy się teraz niemal wszyscy; o bezpieczeństwo swoje i najbliższych, o przyszłość, o to jaki świat zostawi po sobie epidemia.

Mamy w związku z tym większą podatność na zranienie, raczej drugą osobę oceniamy niż próbujemy zrozumieć.

Przez ustawiczny kontakt mamy ze sobą więcej punktów styku – szukamy podświadomie powodów do zaczepki żeby rozładować napięcie które się w nas gromadzi. Drobne napięcia są eskalowane i przerzucane na kolejnych członków rodziny. Mąż robi żonie awanturę o brak ulubionego napoju w lodówce, kobieta krzyczy na syna za zbyt głośną muzykę, a skarcony chłopiec idąc przez kuchnię szturchnie boleśnie młodszą siostrę. Wszyscy czują się w tej sytuacji źle, ale nie mając narzędzi by porozmawiać o swoich obawach, lękach i i związanych z tym potrzebach – tylko nawzajem się krzywdzą eskalując konflikty. Dochodzimy do wniosku że żyjemy w prawdziwym piekle.

JW-G: Czytałam, że w Państwach które już się uporały z koronawirusem, odsetek rozwodów wzrósł dwukrotnie w porównaniu z analogicznym okresem z zeszłego roku.

AK-Z: Mamy zachwianą mapę świata zgodnie z którą interpretujemy rzeczywistość – więcej teraz znaków zapytania niż pewników, a z taką sytuacją mało kto z nas czuję się komfortowo.

Żyjemy w stałej niepewności. Ewolucyjnie w takich sytuacjach mamy wdrukowane; walcz albo uciekaj. Uciec w tym momencie nie możemy, więc walczymy, albo planujemy ucieczkę.

I coraz mocniej nabieramy przekonania, że nasz związek jest bez szans.

JW-G: Ile macie teraz Państwo takich klientek, z poczuciem że ich małżeństwo nie ma szans?

AK-Z: Od dwóch – trzech tygodni jest wyraźnie więcej Pań które piszą i dzwonią z pytaniem co mają robić. Opisują trudności jakie mają w związku, mówią o silnych emocjach. W Wise Mind uruchomiliśmy darmowe poradnictwo psychologiczne i prawne które cieszy się dużym zainteresowaniem. Po świętach ruszamy też z dyżurami mediatorów, ale mam poczucie że prawdziwe zapotrzebowanie na naszą pomoc zacznie się dopiero po korona wirusie. Jak ludzie wyjdą z domów, przestaną się bać o zdrowie czy życie, rozejrzą się wokół siebie i zaczną podejmować decyzje bazując na doświadczeniach z ostatnich, niezwykle trudnych tygodni.

JW-G: I co Pani wtedy doradzi swoim klientkom?

AK-Z: Staram się wogóle mało radzić, za to działać tak, żeby Panie pewne rzeczy same dostrzegły.

W moim poczuciu ten dziwny czas to nie jest w ogóle dobry moment na podejmowanie życiowych decyzji. To dobry czas na weryfikacje i urealnienie – związku i siebie w relacji.

JW-G: Czyli dobry czas na pracę nad związkiem?

AK-Z: Dokładnie. Zachęcam – porozmawiajmy o tym, co się teraz dzieje. Na początek zacznijmy od siebie i swoich uczuć; „Martwi  mnie że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, „Smuci mnie poczucie że nie lubimy już ze sobą spędzać czasu“.

Możemy też zacząć od mówienia o swoich obawach związanych z epidemią i być otwartym na to, jak to widzi druga strona. To jest ok że Ty się nie boisz, ale też jest ok że ja się boje.

Bądzmy dla siebie wyrozumiali – starajmy sie mniej oceniać partnera a bardziej starać się go zrozumieć.

JW-G: A co zrobić gdy raz po raz słyszymy zaczepki, drobne złośliwości? „Mówisz jak twoja matka“,  „dobrze ci wychodzi tylko wydawanie moich pieniędzy“, „jedz dalej tyle ciasteczek a  zaraz się w drzwi nie zmieścisz“?

AK-Z: Czasami takie zaczepki są wołaniem. Wołaniem o nawiązanie kontaktu, o zainteresowanie, o uważność, o czułość. „Zauważ mnie“, „zainteresuj się mną“.

Słyszymy słowa, które ranią, a pod spodem jest lęk i frustracja.

Jeżeli tylko mamy na to zasoby i zgodę możemy się nad tą frustracją partnera pochylić, rozbroić jego złośliwość żartem, zaopiekować się tym, co pod spodem.

Powtarzam – jeśli mamy na to zasoby, bo w sytuacji w ktorej się znajdujemy, o zasoby z których można czerpać jest bardzo ciężko. Z drugiej strony, dobry związek, moze być w trudnych, a ja wolę określenie pełnych wyzwań czasach które nadchodzą, naszym największym zasobem. Więc może warto teraz o niego szczególnie zadbać..

JW-G: Miałyśmy jeszcze Pani Anno, porozmawiać o przemocy w związkach która w okresie epidemii nabiera szczególnych rozmiarów?

AK-Z: Tak, i o temacie który się z tym wiąże -  uzależnieniach jako regulatorach emocji. Ale to dłuższy temat, i proponuje o tym porozmawiać następnym razem.

shutterstock_1521682595

Był opiekuńczy, szarmancki - a później zaczęło się piekło

Historia jakich wiele, ale ta jest moja i niestety ciągle jeszcze w niej tkwię. Reszta równie ,,przyjemnych to już historia ,,

Dziś, po 12 tygodniach terapii na oddziale leczenia nerwic, po tych wszystkich dniach wiem że takich facetów wybierałam, że to mechanizm i że wszystko ze mną w porządku .

Kiedy odchodzisz z toksycznego związku nawet kiedy już myślisz ze jesteś wolna to myśli zostają. Może gdybym się bardziej postarała albo gdybym wtedy zamknęła buzie. No właśnie , zostaje to uporczywe „gdybym". Dzisiaj rozumiem, jak bardzo ważne jest dowiedzieć się, że nie mamy na to wpływu i że nie mamy takiej mocy by to się udało .

Marcina poznałam 5 lat temu w mojej rodzinnym Wrocławiu. Ja miałam szkolenie, on przyjechał na jakieś sympozjum. Wpadliśmy na siebie na śniadaniu w hotelowej restauracji . Nie zwróciłam na niego uwagi totalnie! Nie mój typ. Zajadałam swoją kaszankę kiedy spytał czy może się przysiąść . Zamieniliśmy kilka zdań , nic specjalnego . Na przerwie znów się na niego natknęłam. Kiedy wychodziłam z hotelu do domu, zagadnął mnie i zapytał czy zjem z nim kolacje. Odmówiłam.  Bardzo nalegał wiec dałam mu swój numer telefonu. Był bardzo wytrwały i w końcu się z nim umówiłam, później drugi raz i  nie wiem kiedy kompletnie straciłam głowę . Teraz widzę jaki był sprytny, jak dobrze wiedział czego w tamtym momencie potrzebowałam .

A po 10 latach bycia samą potrzebowałam uwierzyć że miłość istnieje .

Był opiekuńczy, szarmancki. Kiedy rozładował mi się telefon podczas kolacji wysłał taksówkarza do sklepu po ładowarkę dla mnie . Innym razem dostałam 500 róż pocztą kwiatową. Kiedy potłukłam telefon dostałam kurierem nowy. Wtedy nie miałam pojęcia, że tak to się właśnie dzieje, że to jest wyrachowana gra . W styczniu się poznaliśmy, w lutym się oświadczył, a w czerwcu braliśmy ślub . Zabrałam moich synów (Aleksander 14, Franek 4) i przeprowadziliśmy się do Krakowa.

Niby wszystko było jak z bajki to dziś dopiero rozumiem ze sen, w  który zapadłam na 3 doby po ślubie, przez który musieliśmy odwołać podróż poślubną to były sygnały które mój organizm mi dawał . Przez kolejne 5 lat było różnie. Były momenty noszenia na rękach i spełniania wszystkich moich zachcianek, a były też momenty zimnej obojętności .

Nigdy nie było przemocy fizycznej, nigdy na mnie nie krzyczał, wszystko działo się po cichu we mnie. Nie mogłam mieć koleżanek, a raczej nie miałam czasu bo on ciągle był przy mnie. Dzieci miały mieć nianie, a ja miałam być do dyspozycji . Wydawał fortunę na wyjazdy do 5 gwiazdkowych hoteli , na prezenty, biżuterię bieliznę. Dziś wiem, że wszystko co robił było dla niego, a nie dla mnie. W ten sposób się karmił .

Marcin miał dwa oblicza:  jedno to ciepły spolegliwy miś który robił wszystko co chciałam, drugie  to zimny i bezwzględny kat. Były okresy kiedy pił i wtedy się zmieniał , potrafił być okrutny  , starał się za wszelka cenę pokazać ze jestem dla niego nikim. Kiedy pił znikał w burdelach. Zawsze to był taki zestaw wódka =burdel. Potem przepraszał, opowiadał ze to nic, że tam nic nie robi, że to po prostu taki mechanizm jak pije itd. A ja to wytrzymywałam. Po którymś ciągu spakowałem się u wróciłam do Wrocławia. Wtedy się przestraszył. Pojechał do kliniki i po powrocie nie pił prawie dwa lata. To wtedy zaszłam w ciąże i urodziłam naszą córeczkę .

Jeszcze zanim to nastąpiło podjęłam prace w jego firmie. Po długim nalegania w końcu zgodził się bym pracowała. Nie było mowy żebym czegoś szukała przecież niczego mi nie brakuje . Po kilku miesiącach pracy wylądowałam na zwolnieniu psychiatrycznym. Ja, manager z 10 letnim stażem nagle nie radziłam sobie z prostymi sprawami . Dziś wiem ze cała firma pracowała na to bym się załamała . Leczył mnie jego psychiatra. W pewnym momencie dostawałam 3 antydepresanty i Xanax. Miałam fobię społeczną, panicznie bałam się ludzi z jego firmy, czułam się głupia i nic nie warta. Kiedy zaszłam w ciąże odstawiłam wszystkie leki i czułam się świetnie. Dziś wiem, że byłam celowo wprowadzana w stan depresji .

Kiedy nasza córka skończyła rok znów zaczął popijać i znów zdarzył się jakiś wypad na noc. Potem znów przeprosiny i znów sielanka . Któregoś dnia natknęłam się na dokumenty finansowe z których wynikało ze ma ogromny dług we własnej firmie . Wpadłam w szał, zagroziłam rozwodem, wyparł się.  Kiedy zaczęłam drążyć, a cała księgowość siedziała ze mną i przeglądała papiery to czułam, że robili wszystko bym nic nie zrozumiała i po kilku dniach się poddałam.

Wtedy coś jednak we mnie pękło. 

On znów zaczął pić i znikać. Któregoś dnia jak wrócił mnie i dzieci już nie było. Wynajęłam mieszkanie i się wyprowadziłam. Wersja mojego męża jest taka, że porzuciłam go.  Myślałam ze będzie walczył o nas, że nas kocha i coś zrozumie.  Miesiąc po tym jak się wyprowadziłam już spotykał się z kimś innym 

Właśnie mija półtora roku od mojego odejścia. Niestety ten czas pokazał jak naiwna byłam sądząc, że wystarczy się wyprowadzić by skończyć ten koszmar. Wyprowadziłam się w czerwcu 2018 roku tuż przed naszą 4 rocznica ślubu. Jak już pisałam on natychmiast znalazł moją, jak ją nazywam zmienniczkę , wyjechali na urlop ja w tym czasie z dziećmi również. Brakowało mi go tak cholernie , mój chory, zatruty przez niego mózg domagał się go jak narkotyku. On też po pewnym czasie zaczął odczuwać brak ulubionej zabawki bo nagle zaczął pisać, nagle zatęsknił za dziećmi. Dziś wiem że spotkania z dziećmi były tylko pretekstem by znów zbliżyć się do mnie. Za którymś razem odwożąc dzieci rozpłakał się wyznając jak bardzo mnie kocha i jak nie może żyć bez nas, a ja …uwierzyłam. Odwołałam pełnomocnictwo i zrezygnowałam ze złożenia pozwu o rozwód .

Wprowadził się do nas, do wynajętego mieszkania. Znów przez chwile było jak w bajce.  Nie pamiętam już co się wydarzyło, że go wyrzuciłam. W ciągu tego roku kilka razy wracał do mnie i odchodził. Zawsze do tamtej kobiety. Po powrocie mówił mi jak to szukał ukojenia u niej, ale tylko ja się liczę . Któregoś dnia upił się i wtedy kazałam mu się wynosić. Był na moim terenie, w moim mieszkaniu i tutaj miałam odwagę postawić granice . Przez 8 miesięcy się nie odzywał, nie dzwonił, nie pisał, nie interesowały go dzieci. W styczniu złożyłam pozew o rozwód z orzekaniem o winie i wniosek o zabezpieczenie alimentów dla mnie j dla córki. 

W lutym znów się pojawił, znów płakał i wyznawał miłość. W efekcie wrócił, który to już raz… . Jak się później okazało tylko po to by mataczyć w sprawie i doprowadzić mnie do kolejnego załamania nerwowego, licząc na to ze skłoni mnie do ugody. W którymś momencie się ocknęłam zaczęłam słuchać swojej intuicji, włożyłam mu podsłuch do samochodu i w końcu miałam dowód.  Przez cały ten czas był z tamtą kobietą! Chciał zamknąć mnie w psychiatryku i odebrać córkę. Nie udało mu się. Po tych nagraniach zmieniłam zamki w drzwiach j i to był koniec. Nie reaguję na żadne maile ani inne próby kontaktu. Leczę się. Wiem ze czeka mnie długa droga. Wiem ze nie będzie łatwo. 

Komentarz naszych specjalistów:

Anna Klaus - Zielińska - Psycholog / Coach/Doradca Rozwoju Osobistego

Każda z nas ma siłę żeby wygrać siebie.

Dokładnie taka myśl jako pierwsza przyszła mi do głowy po przeczytaniu historii opisanej przez czytelniczkę. Druga myśl to refleksja o wielkim braku. Braku jakiegokolwiek wsparcia zewnętrznego, które przy wychodzeniu z „przemocowego” związku jest kluczowe. Mamy tu wszystkie charakterystyczne elementy takiej relacji; odcięcie kobiety od jej środowiska, ograniczenie niezależności, okresy miodowe w trakcie których gromadzi się napięcie któremu agresor w końcu musi dać ujście. Chwile sielanki (hotele, kwiaty, biżuteria) są coraz krótsze, wybuchy agresji coraz częstsze i silniejsze. Ofiara jest coraz słabsza. Na tyle słaba, że nie ma nawet siły bronić dzieci które w całej tej historii schodzą siłą rzeczy na plan dalszy. Z takiego związku jest ogromnie trudno się wydostać. Nasze w nim bytowanie często same przed sobą usprawiedliwiamy za pomocą Wielkiego Uczucia. Wizja Wielkiej Miłości którą od małego karmią nas przekazy medialne, której tak bardzo szukamy i za którą tak niesamowicie tęsknimy zamyka nam na początku relacji oczy na realność, a potem powoduje, że trwamy w toksycznym związku latami, w jej imię właśnie. Tworzeniu narracji o Wielkiej Miłości sprzyjają takie przekazy kulturowe jak np. prawdziwa miłość wszystko pokona, warto cierpieć dla miłości, cierpienie uszlachetnia itp. Paradoksalnie więc, im partner jest człowiekiem trudniejszym w relacji tym większą mamy często skłonność wierzyć w to, że jest to właśnie wielka miłość. A jeżeli mężczyzna ma np. nałogi, czy skłonności psychopatyczne to ta nasza wielka miłość go wyleczy. Z całym szacunkiem - nie wyleczy! Mit wielkiej miłości fatalnie robi kobietom właściwie na wszystko; na tworzenie bliskich relacji, na odczuwaną satysfakcję z aktualnego wystarczająco dobrego związku, i na umiejętność ochrony własnych granic w toksycznym związku zwłaszcza. Kobiety uwikłane w związki z obniżonym poczuciem wartości, z piętnem niemocy własnej, które partner przez lata w nich intensywnie buduje, mogą się wydostać w zasadzie wyłącznie dzięki zasobom zewnętrznym. Dopiero takie zasoby (rodzina, przyjaciele, środowisko pracy, praca jako taka) mają szansę uruchomić zasoby wewnętrzne i dać siłę do podjęcia decyzji. Wracając do początku wątku – w liście bohaterka o tych zewnętrznych zasobach nie wspomniała, a zatem albo ich nie było albo nie były dla niej dostępne.  Wyszła więc z tej niezwykle, trudnej sytuacji sama, korzystając z własnych zasobów, a to, powtórzę, oznacza że każda, naprawdę każda z nas ma siłę żeby wygrać siebie. I jeszcze jedno. Proszę pamiętać że ofiara NIGDY nie jest winna przemocy. ZAWSZE winien jest TYLKO sprawca. Co prawda jak pokazują badania około 75% sprawców przemocy domowej doświadczało przemocy w domu, a więc sami są ofiarami, ale to osobna historia. To nie wy Drogie Panie powinnyście im pomagać stanąć na nogi i uporać się z własnymi traumami, tylko psychoterapeuci i psychologowie. Nie odbierajcie nam pracy 🙂

Dr Anna Rustecka - Krawczyk - psycholog dla dzieci i młodzieży, pedagog.

Stanisław Lem napisał kiedyś: "Nie żałuj, nigdy nie żałuj, że mogłeś coś zrobić w życiu, a tego nie zrobiłeś. Nie zrobiłeś, bo nie mogłeś".

Cytat ten skojarzył mi się z opisaną historią. Bohaterce udało się po wielu, niewyobrażalnie trudnych momentach odciąć od męża o socjopatycznych cechach, pracuje nad sobą, uczestniczy w terapii, dostrzega mechanizmy działania. Nadszedł moment, w którym już mogła, była w stanie wziąć życie w swoje ręce. Historia głównej Bohaterki to także historia jej dzieci. Domyślam się, że to one mogły stanowić motywację do poszukiwania zmian. Równocześnie w takich sytuacjach dzieci często są wykorzystywane do uwikłania kobiety w toksycznej relacji. To bardzo ważny moment, aby wspomóc się konsultacją u specjalisty, podjąć decyzję o terapii. Dostrzegać swoje możliwości, ale obwarować się zewnętrznym wsparciem. Jeśli możemy liczyć na bliskich, prośmy, przyjmujmy ich pomoc, konsultujmy, rozmawiajmy. To może dać tak ważne, w tej i podobnych sytuacjach, poczucie dystansu. Odejście z tak toksycznego związku daje dzieciom szansę na prawidłowy rozwój i nabranie odporności. Mimo iż zmiany są trudne i wymagają ponownej adaptacji. Bez względu na to, jak dobre zamiary w relacjach mamy, nie mamy wpływu na zachowania innych ludzi, nie mówiąc już o wpływaniu na ich charakter. Warto o tym pamiętać i nie przypisywać sobie odpowiedzialności za zachowania innych.


Anna Klaus - Zielińska

Psycholog społeczny (Uniwersytet Warszawski), coach i trener warsztatów psychoedukacyjnych (Uniwersytet Warszawski) Absolwentka podyplomowych studiów "Psychologia zachowań" (UW), oraz „Pomoc psychologiczna i interwencje systemowe w rodzinie“ (SWPS).
Ukończyła liczne szkolenia m.in z dialogu motywującego, uważności i współczucia, pomocy psychologicznej osób zgłaszających niepowodzenie w związkach. A także wywiadu, pracy z genogramem, i diagnozy w systemowej terapii rodzin. Od kilkunastu lat pracuje, słuchając i zadając pytania, które pozwalają klientom odkryć, że mają w sobie wszystko, co jest im potrzebne do osiągnięcia poczucia satysfakcjonującego życia.
Ma szerokie doświadczenie w pracy coachingowej również ze starszymi nastolatkami (wybory ścieżki życiowej).
Szkoleniowiec i trener warsztatów z kompetencji miękkich (m.in; komunikacji werbalnej i niewerbalnej, asertywności, odporności na stres), autoprezentacji (firmy prywatne, Fundacja Polsko – Amerykańska, Szkoła Liderów) i warsztatów dla rodziców. Prowadzi też różnego rodzaju grupy rozwojowe. Pracowała jako wykładowca w Akademii Leona Koźmińskiego. Podróżnik, żeglarz, szczęśliwa żona i mama. Założycielka Wise Mind - gabinetu kompleksowej pomocy dla osób z problemami w związkach.

Dr Anna Rustecka - Krawczyk

Psycholog dla dzieci i młodzieży, pedagog. Na Uniwersytecie SWPS prowadzi zajęcia dotyczące znaczenia bliskich związków. Prowadzi konsultacje wychowawcze dla rodziców, wspiera psychologicznie dzieci i młodzież w Centrum Pomocy Rodzinie i prywatnym gabinecie Wise Mind.

Karolina

Można wytańczyć albo wyśpiewać marzenia, a wyjogować?

Wywiad z Karoliną Erdmann - kiedyś pracoholiczką korporacji, dziś założycielką Yoga Beat Studio w Warszawie oraz Magdaleną Gnot, pomysłodawczynią aplikacji Fitnoteq i projektu  "Joga dla mężczyzn"

"W moim treningu jest miejsce zarówno na te dynamiczne, płynne, głośne elementy jogi, ale również momenty przeznaczone wyciszeniu, koncentracji na oddechu, jak i maksymalnej relaksacji. Yoga Beat to duży wysiłek dla ciała, ale też cudowna terapia dla głowy." - mówi kobieta, która z dnia na dzień rzuciła swoje dotychczasowe życie, wyjechała do Stanów praktykować yogę. Wróciła i wpadła na autorski pomysł programu yogi dla kobiet. Poznajcie Karolinę Erdmann!

Czy kluczem do sukcesu jest spontaniczność i szaleństwo? Rzucenie stabilnej pracy w korporacji i wyjechanie w siną dal, na odległy kontynent, żeby się trochę porozciągać? Bo tak przecież Pani zrobiła?;D

Karolina Erdmann: Tak, tak to właśnie wygląda. Myślę, jednak, że kluczem do sukcesu jest wsłuchiwanie się we własne potrzeby. Stabilna praca w korporacji bardzo mnie ograniczała i tym samym unieszczęśliwiała. Dlatego zaczęłam poszukiwać swojej drogi – padło na USA. Wiedziałam, że ta decyzja wiele zmieni w moim życiu. Byłam pewna, że będą to zmiany na lepsze. Tak się też stało, wyjazd wywrócił moje życie do góry nogami. Cieszę się, że podjęłam tak odważną decyzję, bo dzięki niej teraz spełniam się i jestem szczęśliwa.

Jak to się stało, że trafiła Pani do znanej joginki, modelki i twórczyni metody Strala Yoga, Tary Stiles? Proszę wybaczyć, ale nie była Pani trochę osobą znikąd, zwykłym śmiertelnikiem, nie było trudno się Pani dostać na jej kurs? A może po prostu słono kosztował?

Karolina Erdmann: Obserwowałam Tarę Stiles już przez długi czas. Jednym z moich marzeń było wyjechać do Stanów i wziąć udział w jej szkoleniu. Przed tym pomysłem hamowały mnie praca i inne zobowiązania na miejscu, w Polsce. Kolejne sytuacje zbliżały mnie jednak do myśli, że najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu. Podświadomie czułam, że wyjazd i kurs u Tary to odpowiedni kierunek. Sprawdziłam dostępność miejsc i okazało się, że zostało kilka wolnych. Zapisałam się, zapłaciłam. Miałam ten plus, że moja znajoma mieszka w okolicy i mogłam na czas kursu zatrzymać się u niej. 

Dlaczego joga? Dlaczego nie fitness, taniec, bieganie?

Karolina Erdmann: Yoga Beat to nie taka sama joga, jaką zna wiele osób. Jestem bardzo dynamiczną osobą i taka jest moja metoda treningowa. Łączy w sobie wiele elementów, które wynikają z mojego doświadczenia i wsłuchiwania się w potrzeby ciała i umysłu. Joga daje naprawdę szerokie spektrum możliwości. To nie tylko medytacja i spokojne trwanie w pozycji, ale także silne bodźce dla naszego ciała, które wzmacniają, poprawiają sylwetkę, pozwalają pozbyć się niechcianej tkanki tłuszczowej. A to przecież te same efekty, których oczekujemy po fitnessie, tańcu czy bieganiu. 

Można chyba śmiało powiedzieć, że wprowadziła Pani strala jogę do Polski. Cóż kryje się za tą przedziwną nazwą?

Karolina Erdmann: Strala Yoga to joga z dużą ilością naturalnego ruchu i swobody. Zawiera się na nią wiele dynamicznych sekwencji, które płynnie przechodzą pomiędzy sobą. Strala była moją ogromną inspiracją, ale wciąż czymś niewystarczającym. Dlatego też dodałam kilka swoich zasad i elementów, tworząc własną interpretację jogi, czyli moją metodę − Yoga Beat. Zależało mi na tym, aby mój trening był pełny − dawał nam wszystko, czego potrzebuje nasze ciało i umysł. Dlatego yoga beat zawiera dynamiczne pozycje i wzmocnienia, które nie tylko modelują sylwetkę, mobilizują oraz uelastyczniają ciało, ale także wpływają relaksująco na nasz umysł. 

Joga kojarzy się raczej z wyciszeniem, spokojnym oddechem, relaksacyjną muzyką, a w Pani szkole chyba nie do końca tak właśnie wyglądają zajęcia. Podobno można się głośno śmiać, trening zawiera elementy fitnessu i muzyka też jakaś taka bardziej energiczna?

Karolina Erdmann: W moim treningu jest miejsce zarówno na te dynamiczne, płynne, głośne elementy, ale również momenty przeznaczone wyciszeniu, koncentracji na oddechu, jak i maksymalnej relaksacji. Yoga Beat to duży wysiłek dla ciała, ale też cudowna terapia dla głowy. Nie wyobrażam sobie treningu, który od A do Z wymaga od nas wykorzystania stu procent sił. Uważam, że musi znaleźć się w nim miejsce na uświadomienie sobie gdzie i po co jestem, a także podziękowanie sobie za to, co robię dla siebie.  Zależy mi na tym, aby ludzie, wychodząc z moich zajęć, byli fizycznie zmęczeni i wewnętrznie spokojni. Na treningu zużywamy energię zgromadzoną w naszym ciele, jednocześnie budując siłę, z którą wychodzimy pokonywać codzienne wyzwania.

Wspomniała Pani kiedyś, że inspiruje Panią to, co wokół; to, co Panią otacza i że część inspiracji czerpie Pani z podróży po świecie. Który kraj czy kultura były dla Pani najbardziej inspirujące? Gdzie poleciłaby Pani wybrać się komuś, kto właśnie złapał "zajawkę na jogę"? 

Karolina Erdmann: W głównej mierze tu nie chodzi o konkretny kraj czy kulturę, ale o podróżowanie samo w sobie. Ogromną wartość ma dla mnie to, że mogę wyjechać, odciąć się od codzienności, dać sobie chwilę głębszego oddechu oraz przestrzeni na poukładanie wielu spraw wewnątrz siebie. Takie warunki sprzyjają byciu ze sobą tu i teraz, a przecież o to właśnie walczy joga. Podczas podróży bardzo cenię sobie obcowanie z naturą − to mnie uspokaja, pozytywnie nastraja, inspiruje. Wiele szkoleń odbywałam w Stanach Zjednoczonych, jednak nie zainspirowały mnie one same w sobie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie natomiast zmysłowość Meksyku. W grudniu z kolei wyruszam na Bali. Czuję, że to będzie totalna otchłań jogowych inspiracji!

Jaka jest Pani historia, pani Magdaleno? Skąd się wzięła joga w Pani życiu?

Magdalena Gnot, pomysłodawczyni projektu joga dla mężczyzn: Od wielu lat poszukuję swojej jogi. Próbowałam wszystkich statystycznych i dynamicznych praktyk jogicznych i zdecydowanie dynamiczna Vinyasa jest moją ulubioną praktyką. Ten rodzaj jogi nie tylko wzmacnia i uelastycznia ciało, ale relaksuje i odpręża. Tak zrodziła się moja miłość do jogi, którą cenię szczególnie ze względu na jej zbawienny wpływ na nasze ciało, ale także umysł. 

Skąd u kobiety pomysł na trening jogi dla mężczyzn? Chciała im dać Pani trochę popalić?;) 

Magdalena Gnot: Tworząc programy prozdrowotne dla dużych firm, dowiedziałam się, jak duży procent pracowników szczególnie płci męskiej ma problemy z górnym i dolnym odcinkiem kręgosłupa. Mężczyźni jako główną aktywność fizyczną wybierają: bieganie, trening siłowy oraz crossfit. Zapominają jednak o tym, jak istotne po treningu jest rozciąganie. Dlatego postawiłam na jogę, która niesie liczne korzyści m.in. pomaga wydłużyć mięśnie oraz wyeliminować napięcia, wzmacnia mięśnie posturalne stabilizujące kręgosłup. Myślę również, że mężczyźni mogą polubić yogę beat, ponieważ jest to jej dynamiczna odmiana zawierająca w sobie oprócz tradycyjnych asan również liczne uniesienia, wykopy czy podpory.

Joga dla mężczyzn nie brzmi chyba zbyt męsko? Czy panowie uwielbiający właśnie siłownię, spływający po plecach pot i napinanie mięśni odnajdą się w tego typu aktywności?

Magdalena Gnot: W naszej aplikacji treningowej Fitnoteq mamy kilka odmian yogi: klasyczną, dynamiczną oraz yogę beat. Yoga Beat to dynamiczna forma jogi, która polega przede wszystkim na połączeniu tradycyjnych, wzmacniających i poprawiających elastyczność asan z fitnessowymi ćwiczeniami o większej intensywności. Proszę mi wierzyć, że pot będzie spływał bardziej niż na siłowni. Yoga niesie liczne korzyści dla mężczyzn m.in. pomaga wydłużyć mięśnie oraz wyeliminować napięcia, poprawia wytrzymałość stawów poprzez wzmocnienie tkanki mięśniowej, a także wzmacnia mięśnie głębokie, utrzymujące kręgosłup. Monotonne ruchy wykonywane podczas ćwiczeń na siłowni mogą prowadzić do zmniejszenia zakresu ruchu w stawach. Choć powszechnie wiadomo, że po treningu należy wykonać rozciąganie, to jednak wielu mężczyzn nie podchodzi do tego elementu z należytą uwagą. Joga to sposób na uelastycznienie ciała i znaczne zwiększenie mobilności. Dlatego tak ważne jest włączenie tego rodzaju aktywności fizycznej do planu treningowego.

Czy zestaw ćwiczeń dla kobiet i mężczyzn zdecydowanie się różni? Dlaczego i na czym polegałaby różnica?

Magdalena Gnot: Trening Yoga Beat Men oraz Yoga Beat Women różni się tylko kilkoma elementami. Kobiece ciało jest genetycznie dużo bardziej elastyczne, dlatego mężczyźni muszą włożyć wiecej pracy, aby osiągnąć podobne rezultaty.  Yoga Beat Men zostały wybrane stosunkowo proste pozycje, które budują siłę, zwiększają elastyczność i są głeboko terapeutyczne. Trening dla mężczyzn wzmacnia mięśnie posturalne, czyli utrzymujące stabilność całego ciała oraz dodatkowo skupia się na rozluźnieniu problematycznych obszarów np. spiętej obręczy barkowej i sztywnych biodrach. Trening Yoga Beat Men można również wykonywać wspólnie ze swoją partnerką. Wykonywanie asan we dwoje to także szansa na osiąganie lepszych wyników i większej satysfakcji z wysiłku fizycznego. Jak pokazują wyniki badań opublikowane w Prevention Magazine, aż 94% par trzymało się planu treningowego, gdy wykonywało go razem. Ćwiczenia uwalniają także endorfiny i dopaminę, które odpowiadają za uczucie szczęścia i satysfakcji. Gdy dzielimy się tym szczęściem z drugą osobą, zaczynamy je kojarzyć ze spędzaniem wspólnych chwil.

Gdyby miała Pani przekonać do jogi przeciętnego Kowalskiego, który na oczy maty do ćwiczeń nie widział, a jego ulubioną rozrywką jest komputer albo telewizor, jakby go Pani próbowała zachęcić?

Magdalena Gnot:  Mężczyźni lubią wyzwania i yogę można potraktować jako nowe wyzwanie w planie treningowym. Chcemy dać panom okazję do sprawdzenia, jak wiele korzyści płynie z jej regularnego praktykowania. Joga ma zbawienny wpływ nie tylko na nasze ciało, ale także umysł. Pomaga zwiększyć koncentrację i zniwelować efekty codziennego stresu. Co więcej, z naszą aplikacją ćwiczenia można wykonywać w zaciszu domowym. 

shutterstock_1316255549

Nie tylko Harry wybrał miłość - o rodzinnych dramatach Windsorów, które zaprowadziły Elżbietę na tron

Historia Windsorów, brytyjskiej rodziny królewskiej, jest pełna wzlotów i upadków. Władcy mieli stanowić moralny wzór do naśladowania, chronić podstawowe wartości i stać na straży tradycji, co - jak pokazuje historia - nie zawsze było łatwe do wykonania. Szczególnie ciężko zostali naznaczeni potomkowie króla Jerzego V ( dziadka królowej Elżbiety II). Pięciu braci i ich siostra nigdy nie doświadczyli rodzicielskiej czułości: swoich rodziców widywali rzadko i jedynie po to, by otrzymać naganę za niewłaściwe zachowanie. Król i królowa nie mogli publicznie okazywać żadnych emocji i uczuć, musieli zachowywać się dostojnie, tego wymagali także od swoich dzieci. Jerzy V prywatnie był człowiekiem nerwowym, wybuchowym, spiętym i apodyktycznym, jego żona Maria była małomówna i zamknięta w sobie. Żadne z nich nie dążyło do bliższych relacji z własnymi dziećmi. Król nie był zadowolony ze swoich potomków: synowie nie spełniali jego oczekiwań, odczuwał rozczarowanie, wstyd i frustrację z ich powodu. Dwaj starsi synowie, jako najbliżsi kandydaci do tronu, wychowywani byli bardzo surowo, młodsze rodzeństwo posiadało odrobinę więcej swobody. Los najbardziej doświadczył trzech braci: najstarszego Davida, drugiego z kolei Alberta i najmłodszego Jana. Ich życie pełne było tragicznych wydarzeń, które kiedyś ukrywane, dziś wychodzą na światło dzienne.

Edward Windsor (1894-1972), wuj Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Edward VIII, był najstarszym synem Jerzego V i Marii Teck. Król Jerzy nie lubił Davida (tego imienia używano prywatnie), uważał go za chłopca nieposłusznego i krnąbrnego, wymagającego silnej dyscypliny, wątpił w jego zdolności przywódcze i z niepokojem myślał o nim jako o następcy tronu. Książę w wieku 12 lat został wysłany do szkoły marynarki, a dwa lata później rozpoczął naukę w bazie morskiej w Dortmuth. Brał udział w działaniach wojennych, jego kompani zapamiętali go jako żołnierza o szalonej odwadze, który nie boi się śmierci. W wieku 17 lat zachorował na świnkę, którą przeszedł bardzo ciężko. Współcześni historycy podejrzewają, iż świnka wywołała u królewskiego syna zapalenie jąder i bezpłodność, które zaważyły na jego późniejszych wyborach życiowych. Książę do końca życia cieszył się młodzieńczym wyglądem, a jednocześnie określano go jako człowieka niedojrzałego i dziecinnego (co może być objawem zaburzeń hormonalnych), nigdy nie doczekał się potomstwa mimo licznych romansów i wieloletniego małżeństwa z amerykańską rozwódką Wallis Simpson. W obawie przed nadwagą jadł bardzo niewiele (w literaturze pojawiają się sugestie, iż książę cierpiał na anoreksję). Według opinii niektórych historyków Edward VIII abdykował nie tylko z powodu chęci poślubienia ukochanej, lecz także dlatego, iż będąc świadomym swojej bezpłodności nie chciał zostać królem, który nie jest w stanie zapewnić następcy tronu. Książę po swojej abdykacji został zmuszony do opuszczenia kraju, do końca życia utrzymywał się z renty wypłacanej przez królewską rodzinę i sprzedaży dóbr odziedziczonych po zmarłym ojcu. Sympatyzował z Adolfem Hitlerem i nazistami, prawdopodobnie ujawniał sekrety rządu brytyjskiego, dlatego został uznany za zdrajcę kraju. Jego brat, król Jerzy VI i bratanica, królowa Elżbieta II, nie chcieli kontaktować się z nim i nie wyrażali zgody na jego powrót. Zmarł w roku 1972 na raka krtani, który spowodowany był wieloletnim paleniem tytoniu i piciem alkoholu.

Albert Windsor (1895-1952), ojciec Królowej Elżbiety II, oficjalnie książę Yorku i późniejszy król Jerzy VI, urodził się jako drugi syn króla Jerzego V. Bertie, jak nazywano go pieszczotliwie, okazał się dzieckiem chorowitym o słabej kondycji fizycznej i psychicznej. Był nieśmiały i lękliwy, często wybuchał płaczem. Przez całe życie męczyły go silne bóle żołądka, prawdopodobnie na tle nerwowym. Miał koślawe kolana, które leczono za pomocą niewygodnych i sprawiających ból szyn. Podczas nauki pisania okazało się, że jest leworęczny, co w tamtych czasach traktowane było jako choroba: biciem zmuszano Alberta do pisania prawą ręką. Okrutna dyscyplina oparta na karach fizycznych stosowana przez jego pierwszą niańkę oraz paniczny strach przed apodyktycznym ojcem wywołały u chłopca kolejny problem - jąkanie się. Albert miał duże trudności z pisaniem i wysławianiem się, osiągał kiepskie wyniki w nauce. Mimo to posłuszny, uległy i bojaźliwy Bertie był lepiej tolerowany przez ojca niż jego niezależny i zafascynowany nowoczesnością starszy brat. Młody Albert wsławił się jako dobry żołnierz, był odważny i opanowany, jednak jego problemy ze zdrowiem nie pozwoliły mu kontynuować kariery żołnierskiej. Był również człowiekiem konsekwentnym: Elżbietę Bowes-Lyon, w której się zakochał, trzykrotnie prosił o rękę i dopiero za trzecim razem został przyjęty. Elżbieta darzyła sympatią jego przebojowego brata Edwarda, jednak ten nie był zainteresowany ożenkiem. Albert i Elżbieta stworzyli ciche, ale spokojne i zgodne małżeństwo. Ambitna Elżbieta była głową domu, co nieśmiałemu Albertowi odpowiadało. Mimo traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa książę stał się czułym i troskliwym ojcem dla swoich córek. Królem Jerzym VI został po abdykacji swojego brata; pełnienie roli władcy przerażało go, ale czuł się zobowiązany wobec swojego kraju. Żona pomagała mu w publicznych wystąpieniach, zatrudniła dla niego logopedę, który pomagał królowi radzić sobie z jąkaniem pojawiającym się podczas silnego stresu (epizod ten stał się głównym wątkiem filmu "Jak zostać królem"). Palił bardzo dużo - papierosy miały go rozluźniać. Jerzy VI był władcą rozważnym, zasłynął aktem odwagi, gdy wraz z rodziną pozostał w zamku mimo wielokrotnego bombardowania przez nazistów. Zmarł na raka płuc i gardła, które były spowodowane nadużywaniem tytoniu.

Jan Windsor (1905-1919), oficjalnie książę Zjednoczonego Królestwa, urodził się jako najmłodsze, szóste dziecko królewskiej pary. Od chwili jego narodzin pieczę sprawowała nad nim czuła i łagodna niania Charlotte Bill, do której był bardzo przywiązany. Johnny, jak go nazywano, był chłopcem wesołym i pogodnym, uwielbiał zabawy ze starszym rodzeństwem i łatwo nawiązywał kontakty. Jego początkowa edukacja była dość swobodna: jako piąty syn był daleko w kolejce do tronu, dlatego nie przywiązywano większej wagi do jego zachowania. Niestety w wieku czterech lat pojawiły się u niego pierwsze napady padaczkowe, które z czasem nasiliły się, niszcząc jego zdrowie fizyczne i psychiczne. Dla rodziny królewskiej chore dziecko było powodem wstydu: w ówczesnych czasach medycyna stała na niskim poziomie i niemożliwe było jakiekolwiek leczenie, a za wszelkie choroby wrodzone potomka obwiniani byli rodzice. Książę Jan został wykluczony z życia rodzinnego: przestał brać udział w uroczystościach, nie pojawił się na koronacji swojego ojca, nie pozował już do fotografii rodzinnych, nie widywał swojego rodzeństwa. Nękany częstymi napadami Jan nie rozwijał się prawidłowo, nauka pisania i czytania przychodziła mu z dużym trudem, dlatego nie został wysłany do szkoły. Z czasem pojawiły się u niego objawy autyzmu: nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, niewiele mówił, lubił zabawy polegające na powtarzaniu tych samych czynności (np. wrzucanie monet do skarbonki). W roku 1916 jedenastoletni Jan został umieszczony wraz ze swoją ukochaną nianią Lalą na farmie w miejscowości Wolfarton, gdzie spędzał samotnie kolejne dni swojego życia. Oczywiście okoliczni mieszkańcy nie mieli świadomości tego, że chłopiec jest królewskim synem. Na farmę zapraszano niekiedy dziewczynkę cierpiącą na astmę, która pełniła rolę towarzysza zabaw chorego chłopca. Król i królowa odwiedzali syna zwykle raz w roku, jednak surowy ojciec i powściągliwa matka byli dla niego obcymi ludźmi. Jan zmarł w wyniku ciężkiego napadu padaczki w roku 1919, został pochowany podczas prywatnej ceremonii na lokalnym cmentarzu. Jego śmierć nie została odnotowana w królewskich dokumentach. Przez wiele lat historycy nie wiedzieli o istnieniu księcia Jana, dopiero współczesne badania rodziny królewskiej przywróciły pamięć o najmłodszym dziecku Jerzego V. Jego losy ukazuje film dokumentalny "Jan: tragiczny sekret Windsorów" oraz miniserial brytyjski "The Lost Prince".

Troje pozostałych dzieci króla Jerzego V cieszyło się bardziej spokojnym życiem, choć i tutaj nie brakowało osobistych tragedii. Księżniczka Maria, jedyna córka Jerzego V, otrzymała edukację domową (w jej czasach nie istniały szkoły dla dziewcząt), wyszła za mąż w wieku 25 lat, doczekała się dwóch synów. Zajmowała się działalnością charytatywną, podczas wojny pracowała jako pielęgniarka. Zmarła w podeszłym wieku na zawał serca. Książę Henryk po zakończonej edukacji ożenił się i został ojcem dwóch synów. Pełnił funkcję gubernatora Australii, jednak nie udało mu się nawiązać dobrych relacji z mieszkańcami wyspy i został z tego stanowiska ostatecznie odwołany. Ciężko przeżył tragiczną śmierć swojego trzydziestoletniego syna w katastrofie lotniczej. Zmarł jako starszy człowiek. Książę Jerzy, podobnie jak jego bracia, służył w marynarce wojskowej. Ożenił się z księżniczką grecką, z którą doczekał się dwóch synów i córki. Zginął w wypadku lotniczym w wieku 40 lat, dwa miesiące po narodzinach swojego najmłodszego dziecka.

Monarchia brytyjska bardzo zmieniła się od czasów Jerzego V. Członkowie rodziny królewskiej mogą dziś kierować się głosem serca w wyborze małżonka, osobiście sprawują opiekę nad potomkami, a królewskie dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie traktowane są na równi ze swoimi rówieśnikami. Królewska etykieta obowiązuje członków rodziny jedynie podczas oficjalnych uroczystości, natomiast w swoim prywatnym czasie mogą zachowywać się swobodnie. Czasy upiornych nianiek, wzbudzających grozę ojców i surowej dyscypliny monarchia brytyjska ma już, na szczęście, za sobą.

Literatura:

Marcus Kiggell, Denys Blakeway: The Queen's Story, Headline Book Publishing 2002

Iwona Kienzler: Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści, Wydawnictwo Lira 2019

Matthew Glencross, Judith Rowbotham, Michael D. Kandiah: Windsor Dynasty. 1910 to the Present, Palgrave Macmillan 2016

reklama

Wstrząsający wywiad z autorką książki "Alkoholizm. Piekło kobiet" Moniką Sławecką

Kiedy słuchałam Moniki na jednym z ze spotkań kobiecych wiedziałam, że muszę z nią porozmawiać. Mówi o problemie globalnym w taki sposób jakby mówiła osobno do każdej z nas. Sam temat jest wstrząsający i niestety po raz kolejny uderza w nas kobiety, ale nie tylko w sensie samej choroby lecz również tym jak jest on postrzegany przez społeczeństwo. Kobieta pijąca to kobieta, która się nie szanuje, nie zna wstydu. Przecież to kobieta która "powinna" być idealna matką, żoną, przyjaciółką. I właśnie to słowo "powinna" ma tu kluczowe znaczenia, bo często to ono prowadzi nas do picia. Koniecznie przeczytajcie co na ten temat ma do powiedzenia autorka książki opowiadającej historie kobiet, które zmagają się z alkoholizmem.

Joanna Wenecka-Golik: Monika, poznałyśmy się przypadkiem na jednym ze spotkań kobiecych. Mówiłaś o swojej książce Alkoholizm - piekło kobiet. Porwałaś do dyskusji całą widownię kobiet, a kiedy Ty mówiłaś wszystkie wpatrywałyśmy się w Ciebie tak jakbyś miała nam do przekazania jakąś misję. Tak to dobre wyrażenie. Gdy się Ciebie słucha ma się wrażenie, że masz misję do spełnienia. Zgadzasz się z tym? Czy też to czujesz?

Monika Sławecka: Ojej, piękna słowa i mocno zobowiązujące. Chyba nie jestem w stanie przyjąć na siebie ciężaru takiej odpowiedzialności. Problem picia w naszym kraju jest galopujący. Pijemy więcej jak w słynnym okresie PRL-u, który wielu z nas kojarzy się właśnie z zakrapianymi dniami i nocami. Co alarmujące, według statystyk odpowiedzianych za zdrowie społeczne, codziennie jest sprzedawanych 3 miliony tzw. „małpek”. Największa sprzedawalność przypada na czas przed pójściem do pracy i w trakcie powrotu do domu. Znając te fakty i obserwując środowisko warszawskie, z którego się wywodzę, musiałam coś z tym zrobić. Sumienie nie pozwoliłoby mi żebym zignorowała tak poważny temat, a że kobiety właściwie na każdej płaszczyźnie życia zmagają się z brakiem taryfy ulgowej, postanowiłam skupić się na nich i ich historiach, przeżyciach, traumach.

JW-G: W którym momencie Twojego życia zdecydowałaś, że kolejną swoją książkę poświęcisz tematowi alkoholizmu u kobiet?

W zeszłym roku, na dzień przed swoimi urodzinami dowiedziałam się, że mój cudowny, przystojny, inteligentny brat zapił się na śmierć. Do dzisiaj nie mogę pogodzić się z jego stratą. Mając szansę napisać książkę w temacie, który sama wybiorę, decyzja była prosta. Poszukiwanie bohaterek, przekonanie ich do rozmowy a następnie zmierzenie się wraz z nimi z ich traumami, wywoływało często skrajne emocje u obu stron. Papier przyjmuje wszystko, łącznie z brutalną prawdą. Faktów, nie da się wyprzeć stąd później trud zmagania się z rzeczywistością.

JW-G: No właśnie Alkoholizm u kobiet, czy jest taki sam jak u mężczyzn? Jaki obraz kobiety rodzi Ci się w głowie kiedy słyszysz „alkoholiczka”?

Skojarzenie mocno pejoratywne. Alkoholizm rezonuje na całe nasze otoczenie, bliskich. Skoro kobieta jest przewodniczką stada, cudownym, czystym naczyniem w którym rośnie życie, myśl, że jest uzależnione od substancji toksycznej wręcz trucizny sprawia, że spychamy ją na margines społeczeństwa. A jak wiemy łatwo dzisiaj potępić drugiego człowieka. Myślimy i działamy niezwykle dynamicznie i skrótowo, często zapominając o tym co w życiu najistotniejsze czyli drugim człowieku.

JW-G: A jak się zaczyna ta choroba u kobiet. Są jakieś standardowe zachowania? Kiedy powinna nam się zaświecić czerwona lampka, że przestajemy już panować nad tym ile pijemy?

To jest moment w którym przestajemy kontrolować nasze picie, zaczynamy zawalać obowiązki dnia codziennego, pijemy dla lepszego samopoczucia, pijemy, bo towarzystwo jest nudne i przewidywalne. Najbardziej przeraził mnie schemat myślenia u niektórych osób z którymi się spotkałam: że alkohol to antydepresant. Przestańmy tak myśleć! Alkohol to wspaniały manipulant, przyczajone zło, zabija powoli, ale skutecznie. Najpierw infekując tak naprawdę psychikę a następnie cały organizm, niszcząc go od środka nieodwracalnie.

JW-G: Monika, przecież lampka wina przed snem to jeszcze nic. Przecież to tylko dla odprężenia, a wino tak elegancko się pije….

Ja się zgadzam! Cała kultura śródziemnomorska opiera się na spożywaniu alkoholu do posiłku, ale wszystko jest utrzymane w granicach normy. Czy przypominacie sobie Państwo sytuacje z podróży po Francji, Włoszech, gdzie spotkaliście się z osobami, na które alkohol wpływał destruująco? Może w pojedynczych przypadkach, ale przypadek potwierdza regułę.

JW-G: Czy według Ciebie alkoholizm wśród kobiet jest tematem tabu? Czym to jest spowodowane, jak myślisz? 

Wstydem. Wstydzimy się swojego zachowania po alkoholu, wstydzimy się za nasze pijane koleżanki, matki, ba! nawet szefowe. Dlatego stałyśmy się mistrzyniami kamuflażu, a w tym zawsze będziemy wyprzedać mężczyzn. Jednak przez tę zdolność, wpadamy w coraz większe sidła choroby.

JW-G: Dlaczego kobiety piją?

Trudno jest mi się wypowiadać za każdą obywatelkę tego kraju. Natomiast z mojego doświadczenia wynika, że kobiety piją… bo lubią. W drodze emancypacji zaczęłyśmy sięgać po alkohol w nadmiarze. Pijemy ze względu na ogromną ilość obowiązków, bodźców, żeby się wyciszyć, żeby się nagrodzić, bo czujemy się samotne. Tak naprawdę każde usprawiedliwienie czy wymówka na nasze picie jest dobra. Zastanówmy się tylko, czy jest dobre dla nas? Odpowiedzmy sobie tak szczerze, w duchu, na następujące pytania: czy alkohol daje nam szczęście, rekompensuje nam coś? Czy dzięki niemu jesteśmy fajniejsze? Czy przez alkohol zalazłam się kiedyś w sytuacji zagrażającej mojemu zdrowiu i życiu? Odpowiedzi na te proste pytania, wiele nam podpowiedzą.

JW-G: Pamiętam, że na naszym spotkaniu tak dobrze opisywałaś to jak nie możemy liczyć na mężczyzn w przypadku choroby. Zazwyczaj my otaczamy ich opieką a co się dzieje, kiedy my potrzebujemy pomocy - jako alkoholiczki? I jak powiedzieć drugiej połowie o tym, że mam problem. Jest jakiś dobry sposób? 

W filmie „Niebezpieczne związki” Glen Close wypowiada kwestie: „Mężczyźni potrafią cieszyć się szczęściem, jakie dostają, a my cieszymy się szczęściem, jakie dajemy”. Ten genialny cytat proszę przełożyć sobie na życie, a wiele spraw wyda się nam łatwiejszych do zrozumienia. Nie znam dobrego sposobu na powiedzenie bliskiej osobie o problemie alkoholowym, ze względu na to, że najczęściej ta choroba jest tak mocno zawoalowane, że to otoczenie wysyła silne sygnały, a później ostrzeżenia i jasne komunikaty. Osoba uzależniona od alkoholu to osoba słaba, z niskim poczuciem własnej wartości, która nie ma siły na walkę ze swoją słabością, dlatego tak ważna jest samoświadomość i kochanie siebie samej. Kobiety z założenia muszą być silne. Biorą na siebie niewyobrażalną ilość odpowiedzialności i obowiązków. Świat nam rzadko przebacza błędy. Statystyki mówią 9 na 10 małżeństw gdzie kobieta zmaga się z chorobą alkoholowa, kończy się rozwodem. W przypadku sytuacji odwrotnej… 1 na 10. Czy te fakty nie powodują od razu otrzeźwienia?

JW-G: Toksyczny związek - to chyba częsty powód do picia? 

Częsty. Znam, niestety, z autopsji. Dziewczyny, uciekajcie od toksycznych mężczyzn, tam nie czeka na Was nic dobrego!

JW-G: Ostatnio rozmawiałam z Panią Psycholog z Krakowa o alkoholizmie u kobiet i użyła bardzo ciekawego stwierdzenia. Kiedy zapytałam ją jakie kobiety najczęściej sięgają po alkohol odpowiedziała tzw. Kobiety wspierające czyli kobiety, które za wszelką cenę chcą wspierać swoich mężczyzn, dzieci, rodziców ale same nie mają nikogo kto by je wspierał. Mają silne poczucie robienia wszystkiego na 100% i spełniania się w każdej roli. A co Ty o tym myślisz?

Zgadzam się w 100 procentach, mówiłam o tym powyżej. Nagradzanie się alkoholem za zmaganie z trudami dnia codziennego, wpędziło w chorobę chociażby jedną z bohaterek mojej książki- Ilonę Felicjańską aktualnie Montanę. W pewnym momencie swojego życia straciła przez picie wszystko. Dzisiaj dziękuje za tę lekcję, ale wiele z nas nie poradziłoby sobie równie dobrze, jak Ilona.

JW-G: Pijąca matka =? Czyli czy dziecko, którego matka piła ma szanse na normalne życie?

To jest bardzo poważne pytanie, dlatego nie będę używała hipotez tylko podam fakty. Nasze życie dzieli się na trzy zależności:  w 20 procentach przemawiają za nas geny, kolejne 20 procent to wychowanie, a reszta to wpływ nas samych na zdrowie i funkcjonowanie jako niezależna komórka społeczna.

JW-G: Monika a co Ty czułaś kiedy docierały do Ciebie historie poszczególnych kobiet? Przypuszczam, że spore obciążenie. Chociaż to juz twoja druga książka pełna emocji i bólu. Czy można się do tego przyzwyczaić?

Jak pokazuje historia wielu lekarzy, policjantów, strażaków itp. do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dlaczego świadomie biorę to na siebie? Bo interesuje mnie człowiek, ciemne oblicze naszej natury, bo temat alkoholizmu wśród kobiet jest mało medialny i zepchnięty na margines. Proszę mi wierzyć, że historie kobiet, które zgromadziłam w swojej książce, pokazują, jak piękny jest człowiek pełen słabości i wątpliwości.

JW-G: Historia, która wstrząsnęła Tobą najbardziej? Była taka? 

Każda historia jest dla mnie równie ważna, bo stoi za nią realny, czujący człowiek. Na pewno wielki ból wywołał we mnie fakt, że jedna z bohaterek książki nie dożyła autoryzacji wywiadu. Organizm się poddał wobec uzależnienia. Nie było z tego wraku czego ratować.

JW-G: Monika napisałaś mi, że zależy Ci aby wywiad ukazał się przed świętami. Wiem, że masz w tym swój cel. Powiedz jaki? Na co powinnyśmy zwrócić uwagę w ten świąteczny i pozornie spokojny czas świąt? 

Święta to dla kobiet czas szczególnie obciążający, wymaga od nas tak naprawdę ogromnej ilości pracy i poświęcenia. Skoro rodzina, partner nie wynagradzają mi tego, zrobi to butelka wina. Kochane, kochani, przystopujcie na czas świąt, pomyślcie i zadbajcie o siebie! Bez Was reszta się nie liczy, a to, że ryba będzie trochę za sucha albo nie podacie 12 potraw nie sprawi, że zawali się świat.. Zróbcie sobie jakiś prezent, którym same siebie nagrodzicie. Nie czekajcie aż zrobią to inni! Możecie się nie doczekać. Bez sensu gorycz, czy niesprawiedliwość tego świata, topić w butelce.

JW-G: Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Według mnie bardzo potrzebną. Osobiście dziękuję Ci też za książkę, którą napisałaś. Wierzę, że pomoże podnieść koronę niejednej z nas.

Ładna klamra, pięknymi słowami mnie przywitałaś i takimi żegnasz. Dziękuję. To bardzo ważne by doceniać pracę drugiego człowieka, karmić go dobrymi słowami. Jak mantrę powtarzam znajomym, przyjaciołom, że za dobro należy wynagradzać, a za zło… karać, hehe.

shutterstock_292678880

Rozstanie - i co dalej?

Koniec związku nigdy nie jest łatwy. To pełen skrajnych emocji stan. Czujemy ból, żal, smutek i gniew. Wszystko naraz. Wydaje się, że złamane serce to koniec świata i po skończonym związku nie ma już nic. Prawda jest jednak taka, że to normalny stan, który należy przeżyć świadomie. To swojego rodzaju żałoba za czymś co było i co straciliśmy. Przeszukiwanie wspólnych zdjęć i płacz to zupełnie zdrowa reakcja, która minie – chociaż dzisiaj w to nie wierzysz.

Według badań opublikowanych w The Journal of Positive Psychology potrzeba 11 tygodni, aby poczuć się lepiej po zakończonym związku. Tymczasem inne badania wykazały, że potrzeba aż 18 miesięcy, żeby pogodzić się ze stratą i otworzyć na nową miłość.

Pamiętaj tylko, że przełamanie złamanego serca i przejście do następnego etapu jest procesem, który dla każdego wygląda inaczej. W związku z tym nie trzymaj się żadnych ustalonych ram czasowych. Istnieje wiele czynników, które wpłyną na to jak szybko Ty poradzisz sobie ze zmianą, w tym czas spędzony razem, wspomnienia i to co jeszcze dzisiaj Was łączy. Ale przejdziesz przez to i będziesz dużo mocniejsza niż dziś.

Dlaczego rozstanie tak bardzo boli?

Relacje z innymi stanowią podstawę życia danej osoby. W rezultacie gdy tracisz związek, który uważałaś za ważny dla swojego funkcjonowania to tak jakbyś straciła część siebie. Czasami czujesz się jakbyś straciła poczucie sensu i celu w życiu. Jeśli nie byliście małżeństwem to przecież mieliście plany. Może ślub, dzieci. A co teraz? Co dalej masz ze sobą zrobić? Możesz nawet czuć, że straciłaś dużą część siebie i w pewnym sensie tak się stało. Nie będziesz już tą sama osobą, którą byłaś w związku z nim. Ale jeśli pozwolisz by poczucie straty trwało zbyt długo to ryzykujesz rozpaczliwymi próbami naprawienia związku, abyś mogła odzyskać byłego i siebie samą. Jeśli zdecydowaliście się na rozstanie lepiej nie brać innych opcji pod uwagę, ale skoncentrować się na tym jak przetrwać rozstanie.

Jak przetrwać rozstanie

Przede wszystkim uświadom sobie, że rozstanie to nie cel, ale proces. Musisz uzbroić się w ogromne pokłady cierpliwości. Najlepsze co możesz teraz zrobić i nawet powinnaś to skoncentrować się na sobie. Pomyśl kim jesteś, kim byłaś w trakcie związku i czy na pewno byłaś sobą. Zastanów się też dlaczego Twój związek się nie udał. Nazwij to i wyciągnij wnioski na przyszłość. Uczenie się na podstawie tego doświadczenia nie tylko sprawi, ze będziesz silniejsza, ale także pomoże Ci dowiedzieć się czego chcesz od swojego życia i siłą rzeczy od Twojego przyszłego związku. Zrób to, żeby kolejna relację zbudować bardziej świadomie na podstawie Twoich oczekiwań i potrzeb. Żebyś nie stała już więcej razy przed dylematem czy to jest miłość czy to jest przyzwyczajenie. A oto kilka kroków, które pomogą Ci uporać się z rozstaniem i zacząć życie od nowa, po Twojemu.

Nie spiesz się

Rozstanie to proces. To nie jest czas na to by się spieszyć. Chociaż jeśli byliście razem kilka czy kilkanaście lat pewnie czujesz teraz oddech biegnącego czasu na karku. Bo przecież myśl, że straciłaś tyle czasu na to co i tak się skończyło wcale nie pomaga. Z czasem zrozumiesz, że to nie był czas stracony, a doświadczenia, które „wyniosłaś” z tego związku pomogą Ci w dalszym życiu. Wracając jednak do pośpiechu unikaj jak ognia randek, w których i tak będziesz teraz szukać „jego”. To nie jest czas na szukanie sobie zastępstwa. Możesz skrzywdzić nie tylko siebie ale i innych. Żałobę trzeba przeżyć. Zakładanie maski nie uleczy Twojego bólu. Musisz uczciwie i skutecznie zmierzyć się ze swoimi uczuciami. To nie będzie łatwe i będzie wymagało sporo pracy, ale wyjdziesz z tego mocniejsza i bardziej świadoma.

Pozwól się poczuć

Nikt nie lubi doświadczać bólu. Ale faktem jest, że musisz pozwolić sobie go poczuć jeśli zamierzasz go pokonać. Ignorowanie Twoich uczuć i udawanie, że ich niema lub próbowanie ich w jakiś sposób znieczulić  tylko opóźni proces powrotu do zdrowia. Bądź szczera w odniesieniu do bólu i odrzucenia, które odczuwasz. Bycie smutnym, zranionym to nie wstyd.

Możliwe, że byliście ze sobą bardzo długo i zerwanie wiąże się z silnymi emocjami. Tylko wtedy, gdy rzetelnie spojrzysz na to, jak czujesz się po rozstaniu, będziesz w stanie zdrowo nad nimi zapanować.

Zapytaj o pomoc

Rzadko zdarza się, aby ludzie podejmowali decyzję o zakończeniu związku w tym samym czasie. Kiedy dochodzi o rozstania jedna strona czuje się zraniona i zszokowana. W związku z tym uczucie szoku, odrzucenia, zranienia, a nawet zdrady mogą być trudne do opanowania szczególnie w pojedynkę.

Porozmawiaj ze znajomymi o swoich uczuciach. Uważaj jednak by nie zamknąć się w rozmowie tylko na rozstaniu. Postaraj się zainteresować życiem przyjaciela/ciółki. Chociaż Twoje myśli krążą wokół jednego to zainteresowanie życiem innych pomoże Ci w powrocie do normalności. Jeśli uznasz, że potrzebujesz większego wsparcia niż to co daje Ci przyjaciel/ółka rozważ rozmowę z terapeutą. Są przeszkoleni aby pomagać ludziom w opanowaniu emocji po rozstaniu i przejściu przez ten proces, a Ty nie będziesz mieć wyrzutów sumienia, że w czasie spotkania mówisz tylko o sobie i swoim rozstaniu.

Usuń byłego z mediów społecznościowych, nie wysyłaj kurtuazyjnych wiadomości

Nic nie oddali Cię od zdrowego myślenia bardziej niż prześladowanie Twojego byłego w mediach społecznościowych. Za każdym razem, gdy zobaczysz post z uśmiechniętą twarzą, będzie to jak zrywanie strupa z rany. Krwawienie i ból zaczną się od nowa. Przestań go obserwować i usuń z konta. Dla własnego zdrowia i komfortu. Ciekawość i pokusa sprawdzenia co robi Twój były jest wielka, ale w tym przypadku niewiedza da Ci spokój.

Nie myśl też o wysyłaniu przez najbliższe kilka miesięcy kurtuazyjnych wiadomości na święta, urodziny czy inne okazje. To oszukiwanie siebie. Najlepiej odciąć  Wasze relacje grubą linią i nie wysyłanie żadnych sprzecznych sygnałów drugiej osobie. Twoja kultura osobista nie ucierpi jeśli w tym roku nie złożysz mu życzeń świątecznych, a będziesz krok bliżej do pogodzenia się ze stratą.

Unikaj pijanej komunikacji

Nie ma nic gorszego niż upijanie się i pisanie sms-ów lub dzwonienie do byłego z pytaniami co poszło nie tak. Zwykle gdy ludzie są odurzeni tracą zahamowania i prawdopodobnie rano będziesz mocno żałowała tego co powiedziałaś. Ustal z jakąś bliską koleżanką/przyjaciółką, że możesz do niej zadzwonić za każdym razem kiedy najdzie Cię ochota na wybranie jego numeru telefonu. Pijane wybieranie numeru byłego nie przynosi oczekiwanych rezultatów, ale rano przyniesie wstyd i zażenowanie. Co więcej Twój były może pokazać Twoje wiadomości komuś innemu co jeszcze pogłębi Twoje zakłopotanie. Ze względu na siebie należy za wszelką cenę unikać takich sytuacji. Pamiętaj by nie zależnie od sytuacji unikać nadmiernego picia. To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli czujesz, że problem Cię przerasta sięgnij po książkę: Alkoholizm – piekło kobiet autorstwa Moniki Sławeckiej. Wstrząsające historie innych kobiet jak mało co szybko Cię otrzeźwią.

Zobacz związek szczerze

Przyjrzyj się obiektywnie jak naprawdę wyglądał Twój związek. Aby to zrobić musisz przestać idealizować swojego byłego i przestać rozmyślać o dobrych wspomnieniach i doświadczeniach. Chociaż patrzenie w przeszłość przez różowe okulary jest naturalne, to nie jest to rzeczywistość.

Popatrz na swój związek rzetelnie. Przecież tyle rzeczy w Twoim byłym Cię denerwowało, a związek od dawna wydawał Ci się monotonny. Oczekiwałaś czegoś więcej. Skup się teraz na tym „więcej”. Nazwij to i dąż do tego. Wyjątkowo dzisiaj skup się na negatywach swojego byłego związku. To pomaga.

Dbaj o siebie

To, ze Twój partner zakończył związek nie oznacza, że jesteś już niekochana. Jesteś i powinnaś zawsze być kochana przede wszystkim  przez samą siebie. Skoncentruj się bardzo mocno na tym co możesz zrobić, żeby poczuć się lepiej teraz. Nie myśl co będzie za rok czy dwa. Liczy się tu i teraz. Rozpieszczaj się każdego dnia chociaż przez chwilę. Nie jest to jednak czas na nadmierne picie, objadanie się fast foodami lub zaniedbywanie pracy. Nie usprawiedliwiaj się. Te rzeczy nie sprawią, że poczujesz się lepiej. Wręcz spotęgują poczucie beznadziejności. Teraz jest czas na to żeby zadbać o siebie. Idź na siłownie i wyrzuć z siebie złe emocje, a przy okazji popracuj nad figurą. Załóż aparat na zęby przecież tak długo o tym mylisz, idź do kosmetyczki. A może zrób coś dla innych i zostać Honorowym Dawcą Krwi. Ważne żebyś czuła, że idziesz do przodu, a Twoje życie zmienia się – na lepsze.  

Odkryj na nowo kim jesteś

Jeśli Twoja tożsamość była mocno uwarunkowana relacjami z byłym, teraz jest idealny czas na odkrycie kim naprawdę jesteś. Dowiedz się kim jesteś poza związkiem. Pośpiech w budowaniu nowej relacji tylko po to aby wypełnić pustkę po stracie to ogromny błąd! To idealny przepis na katastrofę i ostatecznie jeszcze większy ból.

Wiele par rozstaje się z powodu zupełnie innych potrzeb i celi. Wbrew pozorom to najlepszy finał takich relacji. Cierpią Ci, którzy tkwią w takich związkach przez całe życie. Jesteś więc szczęściarą bo udało Ci się tego uniknąć. Teraz poświęć trochę czasu na to żeby ponownie odkryć kim naprawdę jesteś i czego chcesz – TY.

Upuść gniew

Trzymanie gniewu w sobie nie jest zdrowe. Zje Cię od środka. Zamiast tego skup się na uwolnieniu emocji. Przypomnij sobie, że przebaczanie nie polega na zapominaniu. Chodzi o uwolnienie się od przywiązania do byłego. Kiedy trzymasz się gniewu i urazy lub obwiniasz siebie albo byłego o rozstanie to uczucie ciągle Cię przy nim trzyma. Zamiast tego odpuść. Nie masz już wpływu na to co się stało. Skup swoją energię na tym jak chcesz by Twoje życie wyglądało teraz.

Zamień rozstanie w pozytyw

Wbrew powszechnego przekonaniu rozstanie nie musi być złe. W rzeczywistości może być dobre zwłaszcza jeśli tkwiłaś w toksycznym związku albo już od dłuższego czasu się w nim męczyłaś. Zamiast skupiać się na tym jaka jesteś teraz nieszczęśliwa rozejrzyj się i zobacz nowe możliwości. Bycie singlem to więcej czasu. Możesz wybrać się na wycieczkę z przyjaciółką. Wreszcie będziesz miała dla niej więcej czasu. Zyskujesz weekendy, które dotychczas spędzaliście razem. Teraz możesz zapisać się na kurs, który zawsze chciałaś zrobić, albo zwyczajnie pójść na siłownię, żeby trochę popracować na ciałem. A może zastanów się nad własny rozwojem. Zawsze marzyłaś o swoim biznesie? Teraz jest ten czas. Szukaj sposobów aby być wdzięcznym, że związek się skończył zamiast rozmyślać  „co by było gdyby”. Kiedy to zrobisz zaczniesz widzieć światło w tunelu ,a bycie singlem nie będzie Ci się wydawało okropną rzeczą. Zobaczysz, dużo kobiet bardzo ceni sobie ten stan. Pamiętaj jednak , że lepiej pozostać świadomą swoich potrzeb singielką niż szukającą pocieszenie u innego desperatką.

Pamiętaj, że są tam inni

Chociaż dzisiaj o tym nie myślisz – i słusznie!- to kiedyś będziesz mieć inny, jeszcze lepszy związek. Jeśli tylko bycie singielką zbytnio Ci się nie spodoba. Nie możesz tylko uwierzyć w to, że ta osoba było Twoja bratnią duszą i teraz to już zawsze będziesz sama. Nie ma czegoś takiego jak idealna osoba, ta jedyna połówka. Wszystko to kwestia wspólnych celi, oczekiwań i chemii.

Słowo od nas

Twojego własnego „ja” nie definiuje stan, w którym się znajdujesz. Niezależnie czy jesteś w związku czy nie najważniejsze jest to kim jesteś i czego Ty chcesz. Ile znaczysz dla siebie samej. Poczucia wartości nie buduje się przez związek. Taka relacja jest z góry skazana na niepowodzenie. Do związku trzeba wejść świadomie, z podniesiona głową i z pewnością, że jesteś w z nim bo tego chcesz, a nie dlatego że musisz, albo się przyzwyczaiłaś.

shutterstock_162783695

8 konkretnych porad psychologa na to jak zmniejszyć przedświąteczny stres.

Święta - dla większości z nas to ciepły i pełen radości czas, ale nadmiar obowiązków i spraw do załatwienia powoduje, że często jest też bardzo stresujący.

Oto osiem wskazówek, które pomogą zmniejszyć stres podczas przygotowań do świąt i w trakcie ich trwania.

1. Podziel się obowiązkami i planowaniem

Prezenty do kupienia, dekoracje, jedzenie i rozrywka. To tylko niektóre zadania z przedświątecznej listy. Ważne jest, żebyś nie brała sobie na głowę tego wszystkiego sama! Już zanim zaczniesz będziesz przytłoczona i wyczerpana. Zacznij więc od przygotowania listy przedświątecznych zadań i ZWRÓĆ SIĘ O POMOC. Deleguj nawet najdrobniejsze sprawy tam gdzie możesz. Pamiętaj, że nastolatkowie są wystarczająco duzi, aby pomagać, a partnerzy POWINNI dzielić obciążenia. Zachęcaj swoja rodzinę, aby przygotowania świąteczne były pracą zespołową - z korzyścią dla wszystkich.

2. Zarządzaj budżetem.

Finanse to główne źródło stresu dla wielu rodzin. Prezenty i uroczystości zwiększają wydatki. Czasami zupełnie niepotrzebnie. Być może warto przemyśleć sposób wręczania prezentów aby zmniejszyć obciążenia finansowe? Dobrym rozwiązaniem wydaje się być losowanie, kto komu kupuje i ustalenie wcześniej maksymalnej kwoty za prezent. Nie tylko osiągniemy limit wydatków, ale popracujemy również nad kreatywnością. Możesz też ograniczyć prezenty tylko dla dzieci. Niezależnie jaką opcję wybierzesz przygotuj listę wcześniej i kup prezenty z wyprzedzeniem, aby uniknąć stresu tłumów i paniki.

3. Zapomnij o "ideale"

Możemy mieć wysokie oczekiwania dotyczące Świąt Bożego Narodzenia i tego, jak to się potoczy. Skrupulatne dekoracje, ręcznie robione prezenty, harmonijna kolacja jak z reklam rzadko jest możliwa ( jeśli w ogóle!) w tak pracowitym czasie jak święta.

Uprość swoje oczekiwania - wobec siebie i innych. Z czego możesz zrezygnować by świat się nie zawalił? Czy musisz uczestniczyć w każdym wydarzeniu? Kiedy stawiamy sobie wysokie oczekiwania dotyczące "robienia wszystkiego i bycia wszystkim" ryzykujemy stres, niepokój i rozczarowanie. Pomyśl o tym, że Święta maja być przyjemnością również dla Ciebie. Pomyśl o swoim dobru i prawdziwym sensie świąt. Z pewnością ich celem nie jesteś Ty przemęczona i rozgoryczona. Takie podejście udzieli się tez pozostałym domownikom. Ty zmęczona = najbardziej oberwie się najbliższym.

4. Zrób to po swojemu

Bożonarodzeniowe tradycje są korzystne dla naszego szczęścia, poczucia więzi i dobrego samopoczucia. Jednak nie w każdej rodzinie. Nieporozumienia i spory rodzinne są wzmacniane przez wysiłek, alkohol, i oczekiwanie, że powinnismy spędzić święta razem, nawet jeśli będziemy się unikać przez resztę roku.

Jeśli wiesz, że Twoje rodzinne napięcia są wysokie, zastanów się nad tym czy warto mimo wszystko brnąć w rytuały, które tylko pogorszą sprawę. Może warto zrobić coś inaczej? A może to rok, w którym zarezerwujesz wycieczkę i spędzisz Święta Bożego Narodzenia gdzieś indziej?

5. Wyraź wdzięczność

Wyjdź na chwilę z aury świąt. Zatrzymaj się i przekieruj swoje myśli na to co przyjemne każdego dnia w ciągu roku. Zastanów się co jest najfajniejsze w Twoim świecie. Wyrażanie wdzięczności za najmniejsze rzeczy - kawę z przyjaciółką, samotna kąpiel z lampka wina, śmiech dzieci, ciepło w domu kiedy za oknem mróz - podnosi nas z codziennych zmartwień i zmniejsza stres. Delektuj się małymi pozytywami w okresie poprzedzającym Święta Bożego Narodzenia i nie pozwól by NIEPOTRZEBNY stres wygrał!

6. Uznaj emocje

Zima to bardzo emocjonująca pora roku. Jesteśmy zestresowani, nękani, radośni, samotni, nostalgiczni, mamy nadzieję i jesteśmy smutni. Jazda falami emocji jest męcząca, ale ISTNIEJE prosta strategia zarządzania swoimi emocjami tak aby Cie nie przytłoczyły.

Jeśli stajesz się rozdrażniona w ostatnich tygodniach przed Bożym Narodzeniem, poświęć chwilę aby poczuć swoje uczucia. Brzmi jak masło maślane, ale to prawda! Zauważ je! Jesteś zła? Przytłoczona? Zmartwiona? Smutna? Zrozumienie emocji i ich przyczyny działa oczyszczająco i pozwala nabrać dystansu do tego co się wkoło nas dzieje. Jednym słowem byle do marca!

7. Znajdź czas dla siebie

Pozostałe do Świąt dni to czas, który powinnaś przeznaczyć na SAMOOPIEKĘ Wiemy, jesteś zajęta i czujesz wyrzuty sumienia kiedy odkładasz sprawy na bok i koncentrujesz się na sobie, ale nie możesz troszczyć się tylko o innych jeśli sama toniesz. Zaplanuj kilka godzin w tygodniu tylko dla siebie. Idź na kawę z kimś z kim lubisz, obejrzyj film, który niekoniecznie musi podobać się innym - ważne, że Tobie się podoba! Potraktuj siebie jak zestresowanego przyjaciela - uprzejmie. Staniesz się odświeżona, gotowa do pracy i bardziej znośna dla otoczenia.

8. Po prostu bądź.

Kiedy juz nadejdzie dzień świąt ciesz się nim. Świadomie. Przy tylu wydarzeniach łatwo jest przyłapać się na konieczności kontrolowania wszystkiego tak by sprawnie działało. Zwolnij, zatrzymaj się, oddychaj i zauważ co się wkoło dzieje. Ciesz się usmiechami dzieci, świąteczną atmosferą i wspaniałym jedzeniem. I na koniec pogratuluj sobie dotarcia do tego punktu. Zasługujesz na to!

Źródło: potential.com

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved