website-logo
cera naczynkowa

Cera naczynkowa to szczególnie wymagający przeciwnik

Kilka lat temu, kiedy miałam około 25 lat, z moją skórą zaczęło dziać się coś niepokojącego. Chociaż zawsze odkąd pamiętam miałam skłonność do rumienia, a każda stresująca sytuacja skutkowała mocno czerwonymi policzkami, to nie zdawałam sobie sprawy, że jako dorosła już kobieta będę walczyła z trądzikiem.

Nie piszę jednak o tym pospolitym, ale różowatym. Droga do prawidłowego zdiagnozowania tego, co działo się z moja twarzą, była długa. Mylne diagnozy nawet najlepszych dermatologów prowadziły do zaostrzenia stanu zapalnego. Wreszcie trafiłam do wspaniałej pani dermatolog z Krakowa. Po krótkim wywiadzie i dokładnym oglądnięciu mojej skóry jednoznacznie określiła mój problem jako trądzik różowaty właśnie.

Dowiedziałam się, że jest to choroba, która występuje u około 10% populacji w wieku 30-55 lat. To zapalenie skóry twarzy, które nasila się w konkretnych sytuacjach, np. pod wpływem stresu, spożywania pikantnych potraw czy alkoholu. W moim przypadku zaczęło się od rumienia, który z czasem się utrwalił. Następnie powstały grudki, które swędziały i piekły. Nic przyjemnego. Chociaż u mnie problem dotyczy tylko twarzy to wiem, że może objąć również nos i oczy. Tak właśnie oczy! Choroba przyjmuje postać oczną, która charakteryzuje się przewlekłymi stanami zapalnymi brzegów powiek, spojówki i rogówki.

Nadeszło lato, i to lato niezwykle upalne, a więc wyjątkowo trudny czas dla tych, których dotyczy problem cery naczynkowej. Zmiany temperatury i upały powodują rozszerzenie naczynek, co jest jedną z przyczyn powstania trądziku różowatego. Ten problem co roku dotyka również mnie, dlatego postanowiłam już teraz znaleźć sposób na wzmocnienie naczynek przed wakacjami. Przeszukując internet, wysłałam mnóstwo próśb o próbki (nawiasem mówiąc, nie obawiajcie się o nie prosić! Jeśli macie wydać kilkaset złotych na kosmetyki, to warto je wcześniej wypróbować) i trafiłam na markę Image Sincare, a konkretnie serię Vital C.

Skusiły mnie wspaniałe opinie o tych kosmetykach i skład, który zawiera m.in. aż 4 postacie witaminy C, działające na każdą warstwę naskórka. Skontaktowałam się z dystrybutorem tych produktów, żeby otrzymać próbki i już za kilka dni otrzymałam przesyłkę z całą gamą produktów Vital C oraz dodatkowo krem z filtrem 30 SPF – nie bez powodu! Nie zapominajmy o konieczności zabezpieczania naszej cery po nałożeniu preparatu z witaminą C filtrem ochronnym – witamina C łatwo ulega utlenieniu pod wpływem światła w rezultacie tracąc swoje dobroczynne właściwości. Dlatego właśnie należy pamiętać, że to NIE witamina C powoduje przebarwienia posłoneczne (nie działa ona fotouczulająco!), tylko niestosowanie filtrów ochronnych! Filtr ochronny w przypadku cery naczynkowej jest produktem must have.

Kilkakrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że witamina C uczula, o co postanowiłam dopytać przedstawiciela firmy. Dowiedziałam się, że Image Skincare dzięki zastosowaniu nowoczesnej technologii opracował produkty o obniżonym pH , które rozpuszcza mikroflorę znajdującą się na naszej skórze, powodując szybkie wchłanianie preparatu w głąb skóry – nie zalega na naskórku i nie podrażnia ! A więc może być stosowany przez osoby, które obawiają się uczulenia spowodowanego witaminą C.

Wrażeniami postanowiłam podzielić się z Wami, ponieważ sama wiem, jak trudno wybrać dobry produkt. Czym więc kierować się w wyborze odpowiedniego dla nas preparatu? Oczywiście stężenie witaminy C jest ważne, ale nie jest to jedyne kryterium mówiące o tym, że produkt nam pomoże! Więc nie dajmy się zwieść chwytom marketingowym promującym nadzwyczajnie duże stężenia. Ważny  jest oczywiście skład, jak również odpowiednie pH, wielkość cząsteczek, zastosowany odpowiedni system transportu składników aktywnych, to wszystko co według Image Skincare gwarantuje nam skuteczność- o czym już niebawem będę mogła się przekonać i się z Wami podzielić.  Dowiedziałam się jeszcze, że produkty z serii Vital C zawierają przede wszystkim stabilną postać witaminy C. Składnik ten 25 razy głębiej penetruje skórę, zwiększa o 50% syntezę kolagenu, skuteczniej o 25% rozjaśnia, o 30% skuteczniej chroni przed wolnymi rodnikami. Brzmi zachęcająco, ale spodziewam się, że na efekty będę musiała jeszcze chwilę poczekać.

W dzisiejszym świecie, w którym producenci wręcz bombardują nas reklamami trudno jest samemu wybrać odpowiedni produkt. Sama kupiłam już w swoim życiu mnóstwo kremów, które ostatecznie lądowały w koszu lub u znajomych, bo z moją problematyczną skórą sobie kompletnie nie poradziły. Choć oczywiście producent wyraźnie zaznaczał przeznaczenie do skóry naczynkowej. Wrażeniami z mojego eksperymentu Image Skincare seria Vital C podzielę się z Wami po kilkunastu dniach stosowania.

Ja już nie mogę doczekać się efektów, a Wy czekajcie na recenzję. W końcu opinie są bardzo zachęcające. 

Joanna Wenecka-Golik

Redaktor Naczelna

allegro

8 oryginalnych pomysłów na prezent wielkanocny dla całej rodziny

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami. To już więc ostatni moment, aby zamówić prezenty dla rodziny. Chcesz uniknąć banału i zaskoczyć obdarowywanych? Mamy dla Ciebie kilka nietuzinkowych inspiracji prezentowych. Sprawdź i znajdź własny pomysł na upominek idealny.

Zakup prezentów na Wielkanoc nie jest łatwym zadaniem – zwłaszcza, jeżeli chcesz wyjść poza schematy, a zarazem wywołać uśmiech na twarzy obdarowanej osoby. Dlatego przygotowaliśmy kilka pomysłów na upominki, które sprawdzą się zawsze. Zainspiruj się. 

Prezent wielkanocny dla Niej

Szukasz upominku dla żony, dziewczyny, siostry lub mamy? Zapomnij o sztampowych czekoladkach czy zestawach kosmetyków. Zamiast nich w roli upominku mogą wystąpić np.:

Niepozorne akcesorium szybko podbije serce obdarowanej i stanie się nieodzowne podczas relaksu i wypoczynku. Z jednej strony to stylowa i minimalistyczna lampka, która może świecić w aż 7 modnych kolorach. Z drugiej – to praktyczne narzędzie rodem z profesjonalnego SPA. Urządzenie przede wszystkim nawilża powietrze, co jest korzystne zarówno dla zdrowia, jak i dla urody. Ponadto, dodając do niego kilka kropel ulubionego olejku eterycznego, można sprawić, że pomieszczenie wypełni się zmysłowym, relaksującym zapachem. W tym gadżecie można się zakochać!

Biżuteria to zawsze dobry pomysł na prezent dla Niej. Subtelna, złota bransoletka z zawieszkami w kształcie serduszka i symbolu nieskończoności wpisze się w styl każdej kobiety, bez względu na wiek i upodobania estetyczne. Elegancka, delikatna i niepretensjonalna – wywoła uśmiech na ustach obdarowanej i długo będzie jej przypominać o Twoim geście. Dodatkowo na zawieszce z serduszkiem możesz zamówić grawer z dowolnym napisem – może romantycznym?

Prezent wielkanocny dla Niego

Podobnie jak w przypadku prezentów dla Niej, tak przy wyborze upominku dla Niego możesz pójść albo w bardziej praktyczną, albo sentymentalną stronę. Ciekawymi podarunkami mogą być:

Idealny na poranną, wypijaną w drodze do pracy kawę albo na gorący napój w podróży. Typowo męski design połączony z optymalną pojemnością (450 ml) i solidnym wykonaniem ze stali nierdzewnej sprawiają, że to rozwiązanie na lata. Uwaga! Kubek świetnie utrzymuje nie tylko ciepło, ale i chłód. Dlatego latem można do niego wlać lekko zmrożony napój i cieszyć się maksymalnym odświeżeniem.

Absolutnie kultowy męski zapach, który pasuje niemal do każdego pana – bez względu na wiek i osobowość. Starannie dobrane nuty zapachowe przenikają się w unikalnej kompozycji, dodając każdemu mężczyźnie „pazura”, a zarazem elegancji. Kupując tester, przy okazji oszczędzasz. Ale nie obawiaj się – to oryginalny, pełnowartościowy produkt. Wystarczy, że zapakujesz flakonik do eleganckiej torebki prezentowej i gotowe!

Prezent wielkanocny dla dziewczynki

W przypadku upominku dla dziewczynki najlepiej postawić na akcesoria, które pobudzą kreatywność i zapewnią moc świetnej zabawy. Mogą to być np.:

Profesjonalny zestaw dla prawdziwych małych artystek, zamknięty w eleganckiej kasetce z trzema szufladkami. Aż 72 kolory pozwolą przesunąć granice fantazji znacznie dalej i tworzyć niezwykłe rysunki. Jakość kredek Koh-i-noor jest ceniona na całym świecie – zapewnią one wiele godzin kreatywnej rozrywki.

Ogromny komplet, w którym dziewczynka znajdzie wszystko, co niezbędne, aby wyczarować modny naszyjnik, bransoletkę, opaskę na włosy czy kolczyki. Trzypiętrowy, przezroczysty kuferek zawiera m.in. koraliki, bigle, zawieszki, szpilki, haczyki, przybory niezbędne do tworzenia biżuterii oraz mnóstwo dekoracji.

Prezent wielkanocny dla chłopca

Dobrze w roli upominku na Wielkanoc dla chłopca spiszą się np.:

Zdalnie sterowany samochód wyścigowy z efektami świetlnymi oraz dźwiękowymi, który zmienia kolor w trybie „Hyper Speed”. Pozwoli chłopcu poczuć radość „driftowania” i adrenalinę zarówno podczas zabawy w domu, jak i na podwórku.

To propozycja nie tylko dla młodszych fanów futbolu. Gra w piłkarzyki uczy zwinności, strategicznego myślenia oraz refleksu. Koniecznie złóżcie stół jeszcze podczas Świąt i rozpocznijcie rozgrywkę!

Nadal szukasz inspiracji? Sprawdź inne oryginalne prezenty na Wielkanoc na Allegro – jeszcze zdążą dotrzeć na czas!

komunia

Rodzina Państwa Bille cz.16

Emma nie chciała umyć zębów. Gdyby przez roztargnienie przełknęła kropelkę wody, skalałaby świętość, do której miała przystąpić.

Tualeta nie była przynajmniej jej obojętną. Zachwycała się swoją sukienką, kapeluszem, welonem. Już od wczoraj wieczorem odbarowywano ją ślicznemi upominkami. Od kapitana Conseil dostała piękną księgę rozmyślań, ze wspaniałemi ilustracjami, przykrytemi bibułką. Uprzedzono Emmę, żeby przewracała je bardzo ostrożnie. Pani Severin ofiarowała jej różaniec. Zwrócono jej uwagę, że paciorki są z kości słoniowej a łańcuszek ze starego srebra. Wreszcie ciotka Loriot obdarowała ją pięknym medalikiem, na którym złoto trzech odcieni łączyło się ze sobą nader harmonijnie. Nie liczyła już nawet obrazków z żelatyny, które kilka pobożnych starych dziewic wymalowało na jej intencję. Obuto ją, ubrano, zapięto. Emma bezustannie szeptała modlitwę.

Nagle uderzono w dzwony. Dźwięk ich przeleciał powietrze poważnym rytmem modlitwy. Ruszono w drogę. Uprzejme słońce nadało ulicom wygląd odświętny. Podobne do komunjantek białe chmurki również zdążały ku kościołowi.

Emma odnalazła przyjaciółki. Zajrzała do kaplicy. Przystrojono ją z niebywałym przepychem. Lilje i azalje ozdabiały cały ołtarz. Świece rzucały swe drżące, złote języczki. Każda komunjantka dostała do rąk świecę. Musiała ją trzymać bardzo wysoko, by nie pognieść welonu towarzyszki, który lada podmuch wiatru wydymał nader dziwacznie.

Emma stanęła, jak wryta, wobec uderzającej piękności Zuzanny. Zuzanna wyglądała, jak nie z tego świata. Klęczała z twarzą ukrytą w dłoniach tak pochylona, tak skupiona w sobie, że Emma z rozpaczą uświadomiła sobie, że nigdy nie dojdzie do takiego stopnia pobożności. Nastrój poważny rósł z każdą chwilą. Starano się nie słyszeć hałasu, jaki czyniły przybyłe rodziny. Świece chwiały się jak cudowne kwiaty na śnieżnem polu. Patrzyły na to cokoły, witraże i zadowolone, radosne oblicza. Promienie słońca siały przepych szlachetnych kamieni. Organy huczały. Słychać było głos siostry Anieli:

“Łączmy się, o niebiańske zastępy”

“Głośmy wiarę, nadzieję i miłość!”

Emma podniosła twarz. Ogarnęły ją wątpliwości. Pytała się siebie:

-Czy jestem pewna, że mogę przystąpić do Pierwszej Komunji?

I rzeczywiście, nie była tego pewna. Przypomniała sobie, że jeszcze dziś rano ofuknęła pokojówkę: “Śpiesz się”, tonam zniecierpliwionym. Oczywiście, popełniła grzech powszedni. Na szczęście, pamiętała, w jaki sposób zaradzić złemu: akt adoracji. Nachyliła się, usunęła na bok, bijąc się w piersi. Niektóre tony organów dodawały jej otuchy, inne znowu doprowadzały ją do rozpaczy. Czuła, że wokoło niej panuje ruch, że śnieżne pole posunęło się naprzód, że i ona, wraz z innemi, pobożnie ujęła rąbek obrusa, wyciągnęła język, poczuła na nim cudotwórczy chleb, a dostąpiwszy nagle łaski, miała wrażenie, że cała jej istota zamienia się w substancję delikatną, wybraną, niepojętą dla świata, który od tej pory powinien ją czcić narówni ze świętemi i z męczennicami.

Kilka kobiet płakało. Inne wraz ze swemi dziećmi przystępowały do Stołu Pańskiego. Oficjant miał niemało roboty: rozdawał Komunję bezustannie. Pomimo tego, mała jego złota waza zdawała się niewyczerpana. Nagle Emma przypominała sobie, że może wreszcie poznać rodziców Zuzanny.

I rzeczywiście odnalazła ich. Pani Lievin była to niewiasta prosta. Nosiła popielate mitenki i podczas mszy o uproszenie łaski gryzła ciastka. Woźnica kiwał się na obie strony. W ręku trzymał olbrzymi odświętny kapelusz. Emmie wydał się on niezwykle wspaniały.

Śniadanie było doskonałe. Ojciec Teotym zajął miejsce przy najbardziej uprzywilejowanym stole. Zręcznie manewrował widelcem. Siostry bezustannie mrużyły oko, co miało oznaczać, że nie należy rzucać nań zbyt częstych spojrzeń.

Nie chciano rozstać się z upominkami. Różańce, obrazki pokrywały stół. Przy deserze rozdano ozdobne cukierki, w których pomiędzy dwiema słodkiemi pastylkami tkwiły głęboko moralne sentencje łacińskie. Radzono dziewczynkom, by przed schrupaniem cukierka zrobiły znak krzyża.

Słońce wtargnęło do reflektarza, jak promień otuchy z nieba. Kremy, owoce, wafle – wszystko to kazało myśleć o wieczystych rozkoszach rajskich. Panna Armandine oznajmiła:

-Najpiękniejszy dzień w życiu!

Od rana już napełniała różami kosze z wikliny. Zorganizowała też procesję. Nie pozwoliła sobie na minutkę spoczynku. Procesja przeszła wzdłuż parku, poprzez wąskie alejki, uśnieżone delikatnemi kwiatami akacji. Na każdem skrzyżowaniu uśmiechały się święte dziewice lub woskowe Jezusiki.

Gdzieniegdzie w świeżej zieleni gałęzi, zamigotał krzyż metalowy, wyzłocony słońcem. Malutkie dziewczynki, ufryzowane, kędzierzawe, ubrane na biało, posypywały kwiatami drogę, którą niesiono Święty Sakrament. Panna Armandine wołała:

-Tędy, tamtędy, na prawo, na lewo!

I ona była biało ubrana. Miała też muślinowy biały welon i nader dziwaczne ruchy. Święte Anioły były jej posłuszne na najmniejsze skinienie jej palca lub zmrużenie oka. Głosem przyciszonym upewniano, że panna Armandine na jesieni rozpocznie nowicjat.

Wreszcie Emmę oddano rodzinie. Na pożegnanie serdecznie ucałowała Zuzannę, która prosiła:

-Przyjdź mnie odwiedzić. Będziemy się bawiły w klasy.

Emma odwróciła się, machając rękami, wylała parę łez. Nie mogła przemówić słowa. Państwo Bille instynktownie uszanowali to pobożne milczenie. Szli wzdłuż kanału. Wieczór był chłodny, spokojny. Topole rzucały nieruchome cienie. Nagie maszty wielkich okrętów zlewały się z drżącemi liśćmi. Marynarze śpiewali. Przekupka wafli szkła, dzwoniąc grzechotką. Emma spotkała kuzynka. Szedł uzbrojony w małą procę – wybierał się na polowanie na wróble. Nie przemówiła do niego słowa. Uważała, że jest utworzona z materji o wiele wyższej. Wreszcie słońce zbladło na tle mglistego nieba.

Wieczorkiem Emma zasmuciła się, gdyż kazano jej zdjąć białą sukienkę. Skończyło się. Już nigdy nie przystąpi do pierwszej komunji. A potem, nie jest pewna, czy rodzice pozwolą jej bawić się w klasy przed domem Zuzanny Lievin?

Modliła się:

-”Boże sprawiedliwy, Boże wszechmocny, spraw, byśmy zawsze żyły w stanie łaski”.

Usnęła.

Anioły unosiły się nad nią.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 11, str. 12-13.

received_424266881716086

Dorota Kaczor, prezeska krakowskiej Sztukarni, o tym jak dziewczyńska moc pomaga w realizacji marzeń

Spotykamy się w ulubionej krakowskiej kawiarence Szymborskiej. Dorota leci prosto z zajęć z dzieciakami. Wolę myśleć, że właśnie dlatego z jej torebki wystają maski z uszami królika i koguta, szeroka szara taśma, „kreatywne patyczki”. „I mam jeszcze książkę!” – pokazuje mi tytuł „Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety” dr Renee Engeln. „Szukałam jakiejś naukowej podstawy, która potwierdziłaby moje codzienne obserwacje” – dopowiada, gdy widzi moją zafascynowaną minę.

Aleksandra Kałafut: Czemu „Sztukarnia”?

Dorota Kaczor: Pomysł narodził się już lat temu kilka, kiedy skończyłam Akademię Teatralną i chciałam robić coś swojego. Nie tylko grać i prowadzić u kogoś zajęcia, tylko mieć coś swojego, co będzie takim miejscem, gdzie mogę bez ograniczeń realizować swoje pomysły. Ale miałam 26 lat i czułam się po prostu niegotowa od strony organizacyjnej, bałam się wziąć odpowiedzialność za fundację i jej działania. Miałam w głowie tylko nazwę, ale w sumie nic poza tym. Zaczęłam się interesować tematem, oglądać filmiki z kobietami, które prowadzą fundacje, czytać – a to zmotywowało mnie do podjęcia kolejnych studiów i tak wylądowałam na zarządzaniu kulturą… z tej potrzeby zdobycia dodatkowych umiejętności, z potrzeby profesjonalizacji zawodu. No bo niestety na uczelniach artystycznych nie podejmuje się raczej tematu pracy w zawodzie, samoorganizowania się, tworzenia samodzielnie miejsca pracy. Albo temat jest traktowany po macoszemu, albo w ogóle go nie ma, więc wychodzisz ze szkoły artystycznej i zderzasz się z rzeczywistością. Nie masz pojęcia jak założyć w sądzie organizację pozarządową, co to jest ZUS czy PIT. Dlatego drugie studia dały mi takie poczucie sprawczości, że mogłabym założyć fundację. Ale cały czas brakowało mi takiego ostatniego puzzla do ułożenia układanki – wspólniczki. Tym puzzlem okazała się Karolina. Razem studiowałyśmy, ale tak naprawdę bliżej poznałyśmy się na ostatnich zajęciach na ostatnim roku…

Aleksandra: Naprawdę? Na ostatnich ostatnich?

Dorota: Tak. Zgrupowali nas wtedy do jednej grupy, takich leni, którzy jeszcze nie zrobili zadania. I Karola wykazała się dużą życzliwością w stosunku do mnie, pomogła mi. Później umówiłyśmy się na kawę, zaczęłyśmy rozmawiać, że może nauczyłybyśmy się pisać wnioski, zaczęły uczyć się po studiach, jak coś praktycznie robić. Tak wyglądały początki Fundacji; w sumie od września do kwietnia tak roboczo pisałyśmy wnioski, korzystając z osobowości prawnej jednej z krakowskich fundacji. Bo żeby napisać wniosek musiałyśmy mieć numer KRS, którego jeszcze wtedy nie posiadałyśmy, bo nie byłyśmy jeszcze organizacją. A nie chciałyśmy od razu zakładać fundacji, tylko wolałyśmy najpierw sprawdzić jak to wygląda naprawdę, czy będzie nas to wszystko cieszyło i interesowało. Po pół roku pisania i uczenia się stwierdziłyśmy, że jesteśmy gotowe. W kwietniu zaczęły się formalności, które zajęły trzy miesiące i w czerwcu zarejestrowałyśmy Fundację. Teraz mamy 9 miesięcy i jak przystało na taki wiek – raczkujemy (śmiech).

Aleksandra: Wspomniałaś o inspiracji kobietami, które założyły już jakąś własną inicjatywę. Jakieś konkretne wzory?

Dorota: Nie, raczej wyszukiwałam wszystkiego, co mi może pomóc. Nie pamiętam nazw oragnizacji, ale w Internecie znalazłam filmik o tym, jak od początku do końca założyć fundację, jak wygląda też jej późniejsze prowadzenie. Jest takie powiedzenie Kubusia Puchatka, że jak znajdziesz drogę i nią pójdziesz, to ona za tobą nadąży. Więc jak zaczęłam się interesować, to też zaczęłam dostrzegać różne rzeczy. Jak zaczęłyśmy fundacyjne działania, to dostrzegłyśmy, że są instytucje, które pomagają, na przykład Biuro Inicjatyw Społecznych, Centrum Obywatelskie, Centrum Kolpinga czy placówki od marszałka województwa, dzięki którym chodziłyśmy i nadal uczęszczamy na szkolenia, mamy doradztwo prawne i finansowe… może nie zawsze teraz natychmiast, kiedy chcemy, ale zawsze są otwarci na nasze potrzeby.

Aleksandra: Czyli jako młoda działaczka i liderka społeczna, która ma już kilka miesięcy pracy na swoim, jesteś jak ten Kubuś Puchatek – to obrana droga ma za Tobą nadążyć…

Dorota: Każdy ma inne początki. Nam się tak akurat trafiło, że te początki nie są najprostsze… Zazwyczaj początki nie są proste, ale słyszałam, że są łatwiejsze niż my mamy. Nie ominęły nas problemy natury prawnej, jak sprawa z nazwą Fundacji, natury kadrowej czy finansowej. W jakieś sprawy zainwestowałyśmy, licząc na to, że się zwróci, a się nie zwróciło, to są sprawy, które każdemu się przytrafiają, ale wiadomo, że chciałybyśmy, żeby od razu było ok, a nie ostro pod górkę. Chociaż nie mogę narzekać, bo dużo rzeczy się udało, ale dużo też jeszcze przed nami.

Aleksandra: Czym się już możecie pochwalić?

Dorota: Przede wszystkim organizujemy zajęcia stałe: warsztaty teatralne i plastyczne. Za chwilę rusza przygotowawczy kurs do szkoły teatralnej. Miałyśmy wielopokoleniowe warsztaty rękodzieła, podczas których babcie i dziadkowie wspólnie z wnuczkami posługiwali się techniką linorytu, robiłyśmy też zajęcia z haftu matematycznego. Eksploatujemy spektakl „My z  ZNP”, który wystawiliśmy w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, graliśmy go w Kowarach w grudniu, za chwilę gramy go w Krakowskim Forum Kultury i mam nadzieję, że będziemy grać go też szerzej w Polsce. W najbliższym czasie, 11 maja, wystawiamy monodram mojego autorstwa realizowany przez Sztukarnię we współpracy ze wspomnianym Krakowskim Forum Kultury. No i przede wszystkim zrealizowaliśmy mega dla mnie ważny spektakl z młodzieżą wraz z Fundacją Europa dla Młodych w ramach wygranego grantu „Miasto Młodzieży”. Młodzież samodzielnie złożyła wniosek pod naszymi skrzydłami, byliśmy tą stroną organizacyjną, i zagraliśmy spektakl pt. „Młodzi młodym” i traktował o współczesnej kondycji młodzieży.

Aleksandra: I jak z tą kondycją młodzieży? Dlaczego ten spektakl był dla Ciebie taki ważny?

Dorota: Do projektu zgłosiło się 11 osób, docelowo wystąpiło 8. Poza aktorami wystąpiła też Ewa Jurkowska…

Aleksandra: Ta Ewa Jurkowska? Wybitna nastolatka, która swoim głosem oczarowała jury „Mam talent”?

Dorota: Ta sama. Można powiedzieć, nieskromnie mówiąc, że jest to dziewczynka, którą może nie odkryłam, ale odkurzyłam, taki mały diamencik.

Aleksandra: To znaczy?

Dorota: Prowadziłam kiedyś w Domu Kultury w zastępstwie za koleżankę zajęcia wokalne. I Ewa na nie przyszła. Miała wtedy 12 lat. Zaśpiewała piosenkę i po prostu zrobiła na mnie takie wrażenie… dziewczyna, która się nigdy wcześniej nie uczyła śpiewać…poszłam do biura i powiedziałam panu kierownikowi, że ta dziewczynka będzie miała recital w najbliższym miesiącu. Pan kierownik zbladł, mówiąc, że to dziecko przyszło na zajęcia, a nie żeby mieć recital. A ja mówię, że nie, ma mieć recital, bo po prostu jest wybitnie zdolna. Tak się potem porobiło, że niestety musiała wyjechać, ale spotkałyśmy się tydzień przed spektaklem, przypadkiem na jednym z konkursów. Zobaczyła mnie, podbiegła i ze łzami w oczach powiedziała, że śpiewa, że była w programie i że byłam pierwszą osobą, która jej powiedziała, że to jest wartościowe i że dzięki mnie śpiewa, więc to było dla mnie takie piękne i ważne. Nigdy nie sądzisz, że to, że komuś coś powiesz, będzie miało takie znaczenie. Ja pamiętam, że powiedziałam jej, że powinna śpiewać, że jest wybitnie zdolna, ale nie masz świadomości, że takie słowa trzy lata temu powiedziane do dwunastolatki, dzisiaj piętnastolatce tak pomogły. Bardzo się wzruszyłam i zapytałam, czy by nie zaśpiewała na naszym występie dwa dni później. I przyjechała i zaśpiewała. Więc ona była taka wisienką na torcie, a tym tortem była młodzież (14-17 lat). Sami pisali teksty. Najpierw zapytałam, o czym by chcieli mówić ze sceny i powieliły się te same tematy: o otaczającej rzeczywistości, o współczesnej egzystencji, o samotności, o bezsensie.

Aleksandra: Młodzież, której przede wszystkim to leży na sercu…smutne to i ujmujące… Jak dokładnie opisali otaczającą ich rzeczywistość?

Dorota: Nie mówili, pisali. I nie wiedzieli, co ktoś inny napisał. Można było napisać prozę, wiersz, opowiadanie, monolog, co się chciało. I powstały z tego piękne rzeczy, a potem pracowaliśmy nad tym, jaka pasowałaby do tego muzyka, jakie malarstwo, ruch sceniczny. Młodzież pisała o samotności, o współczesnej obsesji piękna, o byciu nie dość doskonałym, jak na dzisiejsze realia, o korporacjach i zabieganych rodzicach. Co ciekawe to były sprawy, o których równie dobrze mogłybyśmy my napisać, które mogłyby być naszym głosem. Czytałam te teksty i miałam wrażenie, że oni mówią w moim imieniu, a jestem od nich dwa razy starsza. I to wszystko zaistniało w kameralnej przestrzeni Teatru Bez Rzędów w grudniu i spotkało się z mocnym odbiorem widowni, z którą potem rozmawiałam. Pytałam nauczycieli i rodziców, czy wiedzą, że w ich dzieciach są takie światy, że taką mają wrażliwość, że tak widzą otaczającą je rzeczywistość. I to było bardzo ujmujące, bo rodzice byli równocześnie zachwyceni i zszokowani, niesamowicie dotknięci tym, że ich dzieci tak dojrzale potrafią o tym pisać, również literacko. Te teksty były bardzo mocne. Jeden na przykład o ludziach pracujących w korporacjach pozamykanych jak szczury w klatkach.

Aleksandra: Jak zareagowali rodzice?

Dorota: Była pani, która wypowiedziała się w ten sposób, że to bardzo trafiony tekst, że ona sama pracuje w miejscu, które ten młody człowiek opisał, po prostu obserwując swoich rodziców.

Aleksandra: Masz momenty zwątpienia tak jak ta zdolna młodzież?

Dorota: Mam takie dni, kiedy myślę, że po co to wszystko, że tylko dokładam, że zużywam czas, energię, prywatne pieniądze, że moja Fundacja nic nie zmieni. Ale pozwalam sobie na taki dzień, żeby sobie pobyć w tym marazmie, ale na następy dzień wstaję, robię kawę, biorę oddech i mówię sobie: „Dobrze, małymi kroczkami, to dzisiaj następny etap, jakoś wierzę w to wszystko cały czas”. Także mam momenty zwątpienia, ale mam też momenty satysfakcji i je pielęgnuje niemal jak urodziny dziecka.

Aleksandra: Z tego, co opowiadasz płynie raczej pozytywny wniosek, że środowiska kulturalne i okołokulturalne sobie raczej pomagają?

Dorota: Ja się mile zaskoczyłam, ponieważ zakładając Fundację liczyłam się z tym, że będę jednym z przedsiębiorców, prowadzącym biznes i tak będę postrzegana. Jednak ja odczułam, że jest jakaś taka większa sympatia do organizacji pozarządowych, że mają jakiś rodzaj misji, za którą raczej nie pobierają pieniędzy, a jeżeli już to i tak z powrotem przeznaczają je na rozwój. I to mnie najbardziej zaskoczyło, że organizacje pozarządowe między sobą współpracują, sieciują się, wymieniają doświadczenia. Nie musimy się zwalczać, możemy razem tworzyć kulturalną mapę Krakowa.

Aleksandra: A jakie masz doświadczenia związane z pracą z kobietami? Bo z jednej strony potrafimy się mocno wspierać, ale nikt nie podłoży tak umiejętnie nogi jak kobieta kobiecie…

Dorota: W ogóle mam taką obserwację, że jest mnóstwo kobiet w organizacjach pozarządowych, że to jakaś totalna domena kobiet. Nie mówię, że nie ma mężczyzn, ale liczebna przewaga kobiet jest zauważalna na pierwszy rzut oka. Być może dlatego, że NGO-sy mają taką właśnie działalność misyjną, non-profitową; może jakoś łatwiej i bardziej się odnajdują w takich działaniach. Jestem zachwycona tym, jak dziewczyny potrafią być oddane różnym sprawom i to naprawdę nie tylko sprawom niepełnosprawnych dzieci, co jest bardzo istotne, ale też temu, żeby nie zalewać betonem kolejnego osiedla. Każdemu coś tam w duszy gra i stara się załatwić tę sprawę, która jest dla niego istotna, czy to jest ochrona króliczków czy pomoc osobom starszym, czy działalność kulturalna jak w naszym przypadku i próba uwrażliwiania młodych ludzi na kulturę. Więc ja się spotkałam z dziewuchami, które idą ręka w rękę. Teraz niedawno powstało na przykład Dziewczyńskie Centrum Mocy i mocno trzymam za nie kciuki. Zaangażowałyśmy się też w inicjatywę „Nie wstydź się różu”. Ja poznałam ten projekt przez Kasię Dziadosz. Dziewczyny zorganizowały akcję mającą na celu pokazanie, że każda dziewczyna może być feministką, oczywiście w takim znaczeniu tego słowa, w jakim naprawdę ono znaczy, tym pozytywnym, niewykluczającym, pokazującym, że mamy takie same prawa, że jesteśmy równi, że powinnyśmy być tak samo traktowane jak mężczyźni. Dziewczyny chcą pokazać, że każda dziewczyna i tipsiara, i z różowymi, i z przepalonymi od prostownicy włosami, i nie uznająca innego koloru niż czarny, każda, absolutnie każda z nas może walczyć o godność kobiety. I dlatego nie wstydź się różu, nie wstydź się, że jesteś dziewczyńska i że chcesz mieć równe prawa. Ten casus jest akurat bardzo ciekawy, bo inicjatywa spotkała się z dużym hejtem feministek. W ostatnim czasie złożyłyśmy też taki ekologiczny projekt, żeby posprzątać Zakrzówek, bo mieszkamy obok i fajnie by było iść z dzieciakami go posprzątać. A jak się nie uda dostać grantu, to i tak można wziąć wory i iść po prostu posprzątać. Także każda z nas zajmuje się tym, co jej leży na sercu, jak możemy to się włączamy jako Fundacja. Ja na razie spotkałam super babki. I praktykantki, i prezeski fundacji, i panie, które prowadzą szkolenia, wszystkie! I mam nadzieję, że tak pozostanie.

Aleksandra: Tego też Ci w takim razie życzymy na koniec. Niech dziewczyńska moc będzie z Tobą i Sztukarnią!

mlodociani2

Młodociani w przemyśle i rzemiośle

Nadmiernie wydłużony dzień pracy młodocianego w przemyśle i rzemiośle świadczy już samo przez się o obciążeniu pracą nadnaturalnem, młodocianego organizmu, o przeciążeniu pracą.

Naprawdę, jeżeli u robotników dorosłych przedłużony dzień pracy powoduje wyczerpanie, niedokrwistość, łatwe zapadanie na gruźlicę, to cóż dopiero u młodziutkich istot w wieku najintensywniejszego rozwoju, – pomiędzy 11-tu a 18-tu laty!

Poza przedłużeniem godzin pracy jest jeszcze inne zjawisko w pracy młodocianych, z którem pragniemy zapoznać naszych czytelników.

Jest to charakter pracy młodocianych na fabryce i w warsztacie. Wiemy, że w czasach bardzo  odległych, w średniowieczu (XVIII wiek), w dobie ustroju cechowego, dzieci pracowały w charakterze terminatorów. Zależnie od woli rodziców, skłonności i zdolności, od rozwoju i sił fizycznych, dzieci szły do pracy w tym lub innym cechu i odpowiednio były szkolone. Później, wraz ze stopniowym zanikiem cechów, rozwojem techniki i przemysłu, w stuleciu 18-tym – dzieci zostały wyrzucone na wielki rynek pracy i odtąd datuje wyzysk pracy dziecinnej straszliwy, nie powstrzymany. W kopalniach, cegielniach, przędzelniach pracowały dzieci, poczynając od piątego roku życia, a siedmioletnie pracowały powszechnie na fabrykach. Przemysł pochłaniał setki tysięcy tych maleństw, bo był to robotnik prawie bezpłatny, posłuszny, zupełnie bezbronny.

Mały ten rzut oka wstecz potrzebny jest nam, ażeby zdać sobie sprawę z tego, co się dziś dzieje z pracą dziecinną. Robotnik-dziecko, robotnik-młodociany (jak najmłodszy!) jest bardzo pożądany, bo bardzo mało płatny lub bezpłatny, potulny i bezbronny. To też młodociani pracują powszechnie – w fabrykach wielkich, średnich i małych, a również w warsztatach, w charakterze zwyczajnych robotników niekwalifikowanych, stopniowo, w ciągu pracy, przyuczają się do szeregu czynności w danej fabryce. Ażeby usprawiedliwić fakt, że taki zwyczajny pracownik młodociany płatny jest cztery, pięć razy mniej od takiegoż robotnika dorosłego niekwalifikowanego, korzysta się z dawnych tradycyj i reminiscencyj cechowych, nadaje się takim młodocianym nazwy “uczni, praktykantów, terminatorów”, płaci się im przez trzy – cztery lata parę, kilka do kilkunastu najwyżej złotych tygodniowo, bierze się od nich całą pełnię pracy zwyczajnego wytwórcy, a po skończonej “praktyce” bardzo często zwalnia się ich, ażeby nie płacić im wyżej stawki. Te pozory “szkolenia” zawodowego młodocianych, niejednokrotnie bardzo opłacają się fabrykom. Rzadki wprawdzie, ale jaskrawy przykład przedstawia olbrzymia fabryka bawełniana Manufaktura Widzewska w Łodzi, gdzie cały pierwszy rok pracy t. zw. terminatora (do ostatniego czasu przynajmniej) bywał bezpłatny.

W żadnej grupie produkcji niema dziś szkolenia w tym sensie, ażeby po 3-ch czy 4-ch latach „praktyki” w fabryce, młodociany mógł być uważany za ostatecznie wykwalifikowanego w danym zawodzie rzemieślnika. Są duże fabryki metalowe w Warszawie, gdzie chłopak piętnastoletni staje z miejsca do pewnej maszyny, po krótkim czasie (do paru miesięcy) wyucza się pracować przy niej i obsłużyć ją całkowicie, a do końca „praktyki” (3-4 lata) nic prócz tej maszyny nie pozna. Są inne, gdzie taki sam chłopak, po pół roku zapozna się ze wszelkimi rodzajami pracy w danym oddziale, podług opinji majstra pracuje samodzielnie, ale pobiera stawki płacy „ucznia” jeszcze przez 2,5 lata. Są jeszcze inne fabryki (np. amunicji, bagnetów), gdzie chłopak z miejsca pracuje samodzielnie, ponieważ czynności są bardzo proste, a jednak przez trzy – cztery lata jest „uczniem” i odpowiednio do tego ma płacę. Można sobie wyobrazić, jak odżywia się taki chłopak, zarabiając od 1,5 do 2 zł. dziennie.

Jeszcze większy, straszniejszy wyzysk pracy dziecinnej znajdujemy w małych warsztatach rzemieślniczych. Tu bardzo często praca jest całkiem bezpłatna, za „utrzymanie”, a czasem rodzice jeszcze dopłacają za t.zw. „naukę”. Tymczasem chłopak zdolny po krótkim czasie wytwarza już samodzielne wartości, za które majster odbiera zapłatę.

Są warsztaty w Warszawie, gdzie pracują tylko młodociani i niepłatni (lub płatni 5, 6zł. tygodniowo) robotnicy; warsztaty te wykonywują często duże, czasem nawet rządowe obstalunki. Właściciele warsztatów takich dorabiają się pieniędzy na tej prawie bezpłatnej pracy dzieci, a gdy te „praktykę” skończą, zwalnia się je, a przyjmuje nowy zastęp dzieciaków.

Krótki ten zarys warunków pracy młodocianych wystarczy, aby pojąć, że pod pozorem „dobrodziejstwa nauki” praktykuje się w tej dziedzinie bezprzykładny zaiste wyzysk pracy młodocianych.

Młodociani robotnicy, przeciążeni pracą nadmierną, głodni, marnują szereg lat na t. zw. „terminowaniu”, nie wynosząc stąd żadnych skończonych kwalifikacyj.

Że po dniu ciężkiej pracy i przy tak złych warunkach egzystencji nie mogą być należycie wykorzystywane godziny przepisanej ustawowo wieczorowej nauki w szkołach dokształcających, jest już chyba zupełnie jasnem. Niejednokrotnie wykładowcy stwierdzają, że uczniowie ich (robotnicy) są wieczorem tak znużeni, iż śpią siedząc, a czasem zasypiają urywając w połowie rozpoczęte zdanie.

Częstokroć przedsiębiorcy usprawiedliwiają ten wyzysk pracy dziecinnej, to masowe „jechanie na dzieciach” – tem, że przedsiębiorstwo może istnieć tylko dzięki korzystaniu z taniej pracy młodocianych.

Możemy dopuścić, że pewna część przedsiębiorstw znalazła by się rzeczywiście w trudnej sytuacji, gdyby pozbawić je tak taniego robotnika.

Ale jeżeli względy państwowe nakazują dbałość o rozwój i rozkwit zakładów przemysłowych, to przecież nie mniej winno być państwo zainteresowane rozwojem i rozkwitem młodego pokolenia obywateli i wytwórców w Polsce, nie mniej winno dbać o zabezpieczenie im lepszych warunków pracy, o ochronę od nadmiernego wyzyskiwania ich sił.

Nim zaś zainteresują się tem sfery rządzące, należy społeczeństwu pilnie wejrzeć w tę dziedzinę i zabrać głos.

Istnieją i powstają wciąż organizacje społeczne, mające na celu opiekę nad dziećmi i młodzieżą.

Organizacje te winny się zainteresować losem licznych zastępów dzieci i młodzieży dorastającej robotniczej, poznać warunki ich pracy zarobkowej, i nauki w szkole, pomyśleć o wielkiej szkodzie, jaką im przynosi nadmierne przeciążenie pracą w złych warunkach, – zrzeszyć w swych szeregach jaknajwięcej ludzi, zdolnych do trzeźwego wejrzenia w przyszłość i pojmujących konieczność obrony dzieci prze wyzyskiem.

Józef Leszczyc.

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str. 3-4.

bille13

Rodzina Państwa Bille cz. 13

Ranek był mglisty. Ulice świeciły pustkami. Nad dachami unosiły się chmury, niby girlandy z kwiatów nad feretronem. Panna Armandine podeszła do domu Bille’ów. Chrząknęła głośno. W jednem z okien otworzono żaluzje. Pani Bille, narzuciwszy coś w pośpiechu na siebie, uśmiechała się, machając dłonią.

-Niech Pani zaczeka! Mała już schodzi!

Zjawiła się Emma. Twarzyczkę miała wesołą. Tkliwie uściskała prezeskę. Obie udały się po Klementynę. U Jasquot’ów z czterech okien trzy były jeszcze zamknięte. Klementyna czekała już w ogrodzie. Przerzucała swoje “Naśladowanie”. W powietrzu unosiła się woń anyżu i geranji. Słoneczniki, które rozwinęły się tego ranka właśnie, zwracały swe twarze ku wschodzącemu słońcu. Ruszono w drogę. Panna Armandine spytała:

-Czy macie pieniądze?

-A po co? – pytaniem odpowiedziała Emma.

Panna Armandine dotknęła szkaplerza, który wciąż zaczepiał o złoty łańcuszek. Powiedziała:

-Na górę Karmel. Siostra Saturnina będzie zbierała składkę.

-A jaką?- spytała Emma.

-Dwanaście sous.

Emma wyciągnęła portmonetkę i wyjęła z niej srebrną monetkę oraz wielki miedziak.

-Proszę.

Klementyna poczerwieniała.

-Mam tylko osiem sous.

-To daj je tymczasem – mówiła panna Armandine – a resztę przyniesiesz jutro.

W klasztorze gwarno było, jak w ulu. Zebrane na dziedzińcu dziewczynki oczekiwały dzwonka.

Platany rzucały na nie drżące, różowe cienie. Dziewczynki stały prawie bez ruchu. Ich mocno zaplecione, proste warkocze ciężko zwieszały się na plecy. Nagle ukazała się Zuzanna Lievin. Była ubrana tak, jak poprzedniego dnia i uśmiechała się w podobny sposób. Bawiła się bezustannie bransoletką z drobnych kostek. Podwiązka jej również wciąż się obsuwała. Emma wpatrywała się w nią uparcie, następnie obrzuciła spojrzeniem Klementynę Jacquot. Och, jakaż brzydka ta Klementyna! Twarz ma w czerwone centki! Oczy jej są koloru kwiatów cykorji. Zresztą wyciera nos tak nieskończenie powoli…

Nabożeństwo. Śpiew fisharmonji, do której siostra Aniela dołącza swój świeży, drżący głos. Powiedziałbyś, że to serafin przeniknął pod sklepienie kaplicy.

Coś zadzwoniło – i wszyscy uklękli. Coś zadzwoniło głośniej – i wszyscy powstali. Grad drobnych dzwoneczków zdawał się dochodzić z zewnątrz. Słońce mimochodem musnęło parę ławek, kilka posągów. Ojciec Teotym kazał o miłości boskiej. Ramiona skrzyżował na piersiach. Chwilami głos jego miał brzmienie tak smutne, tak głębokie, że zdawało się, że się rozpłynie w głośnem łkaniu.

Emma postanowiła kochać Boga więcej, niż czyniła dotychczas. Zuzanna Lievin myśli pewnie o tem samem. Pociera palcem podbródek, gryzie dolną wargę.

Emma myśli:

-Nie patrzy na mnie!… Bo dlaczego miałaby na mnie patrzeć? Czyż ona może się domyśleć?! Ach! jestem przekonana, że Zuzanna pogardza mną! Kochany Jezusiku, spraw, żeby Zuzanna spojrzała na mnie!

Wkrótce nadarzyła się ku temu sposobność. Było to po nabożeństwie, w wielkiej sali, gdzie dziewczynki zebrały się na “medytacje” i notowanie zrobionych postanowień.

Nagle rozległ się głos:

-Fiut! złamałam pióro! która pożyczy mi nowe?

Emma odwróciła się szybko. Poznała głos Zuzanny.

-Oto jest- zawołała, rumieniąc się.

Zuzanna mruknęła:

-Jesteś uprzejma…

Serce Emmy wezbrało wdzięcznością. Otworzyła zeszyt. Pisała:

“Boże mój, jesteś wielki, jesteś dobry. Uwielbiam Twoje czyny. Będę Cię kochała do śmierci. Nie opuszczaj swego dziecięcia, Panienko Najświętsza, Matko moja jedyna. Uciekam się pod Twoją Opiekę”…

Następnie napisała imię Zuzanny Lievin. Napisała je po angielsku, rondem, gotykiem. Ozdobiła je drobniutkiemi punkcikami. Podczas rekreacji odszukała Zuzannę. Mogła na nią patrzeć zbliska. Z zachwytem wchłaniała w siebie jej słowa. Zuzanna nie podejrzewała nawet miłości, którą wzbudziła w serduszku Emmy. Ciągnęła wyrazy, jak dziecko z ludu. Emmie ów sposób zdawał się szczytem wytworności. Klementyna deptała Emmie niemal po piętach. Mój Boże, co za nudziara z tej Klementyny! Wszędzie wścibia swoje jasne oczy i suche włosy.

Zuzanna Lievin przedstawiła swoją siostrę, duchowną z pierwszej komunji, Genię Chantevieille, trzecią córkę cukiernika. Było to stworzenie grube o okrągłych policzkach i łagodnych oczach. Zuzanna uderzyła ją po plecach, następnie zawołała:

-To poczciwe bydlątko…

Genia parsknęła śmiechem. Nie gniewała się nigdy.

W tej chwili właśnie zjawił się ojciec Teotym. Rozdawał święte obrazki; niektóre z nich były barwne. Wołała głośno:

-Święta ofiara.

-Podaj ją mnie.

Te, które otrzymały rysunki jednobarwne, obrzucały szczęśliwe koleżanki smutnem wejrzeniem. Cały dziedziniec pałał emocją – ale wszystko odbyło się grzecznie, pobożnie, rozsądnie.

d.c.n.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 8, str. 12-13.

animal-1839118_1280

Opłacalność w gospodarstwie kobiecym

Pół żartem, pół serio – wyróżniony kursywą komentarz zza światów, a raczej z późniejszego o dokładnie 92 lata dziś :)

We wszelkich gospodarstwach dużych i małych, we wszelkich sadybach i osiedlach, w chatach, dworkach i dworach, jednym słowem wszędzie tam, gdzie warsztatem pracy człowieka jest ziemia i wszystko to, co jest z tą ziemią związane, ustalił się w Polsce zwyczaj, że krowy, nierogacizna, drób i ogród stanowią tak zwane gospodarstwo kobiece. Stąd rola kobiet w naszych gospodarstwach jest nierównie ważniejsza i większa, niż w Europie zachodniej, gdzie gospodarstwo kobiece redukuje się przeważnie do zajęć domowych w znaczeniu dosłownem, a inwentarz, pole i ogród należą przeważnie do mężczyzn. Być może to tylko moje wrażenie, ale chyba już dziś i u nas jest podobnie, więc możemy świętować – choć pod tym kątem dogoniliśmy Zaaaachód. A “Zaaachód”, dlatego że niezależnie od tego, czy słowo to wypowiadałby ktoś sto lat temu czy dziś, wydaje mi się, że na myśli ma jakąś mityczną krainę mlekiem i miodem płynącą. Na dzisiejsze przekładając – socjalem stojącą.

U nas więc kobiety mają znacznie szersze pola działania, a zarazem więcej pracy. Wiadomo, Polki to od wieków nowocześnie wielofunkcyjne – raz Matka-Polka, polska gospodyni, Polka na barykadach… Przytem praca ta jest bardziej różnorodna i trudniejsza do zorganizowania. Chodzi o to, żeby tę pracę uczynić jaknajbardziej produkcyjną i racjonalną, żeby nie doszło do tego, że wykonywa się cały szereg zajęć poprostu siłą przyzwyczajenia, jakkolwiek zajęcia te przestały już być celowemi i pożytecznemi. Mogło zaś to się stać bądź skutkiem tego, że metody pracy tu stosowane są już przestarzałe i nieodpowiadające nowoczesnym potrzebom, bądź skutkiem zmienionych stosunków ekonomicznych.

W tych warunkach praca przestaje już się opłacać. Nie mieszamy się do polityki, każdy ma prawo mieć przekonania takie, jakie chce (oczywiście byle by były zgodne z naszymi :), ale zdajemy sobie sprawę, że niektóre z Pań (te, które raczej częściej skręcają w lewo niż w prawo) mogą się w tym momencie ironicznie uśmiechnąć, znajdując w tym zdaniu sprzed niemal stu lat aż nazbyt bezpośrednie odwołanie do dnia dzisiejszego i pewnych… „zmienionych (nie tak dawno) stosunków ekonomicznych”.

Żeby ta praca nie szła na marne, należy co pewien czas, – tem częściej im szybsze jest tętno życia, i im prędzej zmieniają się warunki ekonomiczne – poddawać rewizji swój system gospodarowania, rozważyć, czy jest należycie przystosowany do życia i stwierdzać, czy daje wynik zadawalniający, opłacając ponoszone trudy. Mam nieodparte wrażenie (same wrażenia mnie dopadają w trakcie czytania tegoż tekstu!), że autorka mówi tu przede wszystkim o mężu, na dzisiejsze – o partnerze, o małżeństwie, na dzisiejsze – o związku, o dziatwie – dzisiejszych dzieciach nie wspominając.

Weźmy przykład chów drobiu. Ach, nie, jednak będzie tylko o kurach! :) W końcu zawsze bezpieczniej ukryć się za jakąś metaforą ;p

W każdem gospodarstwie hoduje się kury, w niektórych oprócz kur – kaczki, gęsi, indyki, pantarki. Też nie mam pojęcia, co to pantarki, zaraz otworzymy internety, zapytamy i one nam powiedzą, to Wam wkleję poniżej.

Nie, nie wkleję Wam pantarki, bo wcale nie tak łatwo ją w internetach upolować, ale macie tu perliczkę, a pantarka jest z rodziny perlic, to wyobraźcie sobie takie coś, tylko mniejsze i bardziej czarne :)
źródło: dobreradybabuni.pl

Nie można sobie wyobrazić wiejskiego podwórza bez drobiu; każda gospodyni uważa ten dział swojego gospodarstwa za ważny, niejedna bardzo lubi swoje kury, lecz czy dużo znajdzie się takich, które potrafią odpowiedzieć na następujące pytania: czy im się ta hodowla drobiu opłaca i o ile? czy mają dochód ze swych kur i jaki?

Gdyby zaś przeprowadziły kontrolę opłacalności, przekonałyby się może, że tak właśnie prowadzony chów drobiu nie przynosi żadnego dochodu i włożone weń trudy można uważać za zmarnowane. Więc po co to wogóle robić? – Bo jeśli się hoduje drób dla przyjemności, to należy jasno postawić sprawę: chowam kury dla przyjemności, tak jak inni chowają kanarki lub papugi. To zdecydowanie nie jest już tylko o drobiu :D

W Danji, tym kraju pracy mądrej, wytężonej, zorganizowanej i celowej, gdzie ludzie zdają sobie jasno sprawę ze swych czynności, hodowla drobiu na parohektarowem gospodarstwie stanowi nieraz źródło utrzymania całej rodziny. U nas przeważnie bywa tylko dodatkiem, a niekiedy może być ciężarem. Zastanówmy się, na czem polega ta różnica? Pozwolę sobie zamilknąć na dłużej, bo, czytając poniższe słowa, troszkę duszę się ze śmiechu.

Więc przedewszystkiem: tam wydziela się ilość pokarmu podług ustalonej normy. Ani mniej ani więcej. Daje się zaś go w taki sposób, by ani odrobina nie spadła na ziemie, nie zmarnowała się: w specjalnych korytkach tak urządzonych, że kury wkładają głowy przez szczeble i nie mogą nic wysypywać. Jakżeby się zdziwił taki duński hodowca drobiu, gdyby zobaczył, jak się to odbywa u nas: tradycyjne – “cip, cip, cip…” i całe garście ziemniaków, kaszy czy ziarna, niewyważone, nieobliczone, tylko sypane na ziemię, a potem deptane nogami tłoczącego się drobiu. I to popite wodą z kałuży wypadkowo powstałej po deszczu… Zdziwiłby się również, gdyby spytawszy gospodynię naszą, ile jajek dana kura zniosła w tym roku, otrzymałby taką odpowiedź: “czubata niesie co drugi dzień, a ta czarna już dawno nic nie zniosła” – mało bowiem która gospodyni potrafi dokładnie odpowiedzieć, czy ilość jajek przez rok zniesionych opłaca żywienie danej kury. A przecież to jest najważniejsze. Bo jeśli nie opłaca, to poco się właściwie trzyma taką kurę?

Aby się dobrze orientować w opłacalności drobiu, w każdem gospodarstwie duńskiem rejestruje się każdą kurę i każde zniesione przez nią jajko. Jeśli się nieopłaca trzymanie kury dla jaj – przeznacza się ją do tuczenia. I przy tuczeniu jednak należy obliczyć koszta i zestawić je z ceną, jaką można w danej okolicy otrzymać. Może się okazać korzystniejszą sprzedaż kury chudej, lub zużytkowanie dla siebie.

To samo w gospodarstwie mlecznem.

W wielu gospodarstwach nie prowadzi się zupełnie ani kontroli uzyskiwanego od poszczególnej krowy mleka, ani jego zużytkowania. Nie oblicza się również ani ilości ani wartości paszy, jaką krowy zjadają. Nikt nie wie, czy wartość paszy nie przenosi wartości dawanego przez tę krowę mleka. Dzieje się tak samo jak z kurami: gospodyni spytana, ile krowa daje mleka, odpowie: “dużo”, “mało”, “niewiele”, “sporo”, lecz nie ma dokładnego pojęcia ani o ilości tego mleka, ani tembardziej o jego jakości, to znaczy o zawartości tłuszczu.

Co się tyczy chowu nierogacizny, tej najbardziej rozpowszechnionej gałęzi gospodarstwa kobiecego, to nieraz się zdarza, że przy złym doborze sztuk do tuczenia i nieodpowiednio unormowanemu żywieniu, okres opasania trwa zadługo, obniżając, a niekiedy pochłaniając cały zysk ze sprzedaży karmnika. Dzieje się to dlatego, że gospodyni biorąc od handlarza pieniądze za utuczonego wieprza nie myśli już o tem, ile ją kosztowało jego utuczenie i włożona w to praca tembardziej, że był to nakład nie w gotówce, lecz w naturze, bez obliczania na pieniądze tych ziemniaków, otrąb- i pracy. Dlatego też ma wrażenie, że zarabia, że prowadzi racjonalny, dochodowy chów. Ścisły obrachunek wykazałby może nieraz zupełnie inny stan rzeczy, zniszczyłby złudzenia i doprowadził do zmiany systemu. To jest najlepszy poradnik menedżerski, jaki czytałam od dawna! Dzisiejsze Panie trenerki powinny czytać i się uczyć, jak się robi porządną analizę porównawczą i wyciąga odpowiednie, konkretne wnioski.

Tym to właśnie zagadnieniom racjonalnej organizacji i opłacalności poszczególnych działów gospodarstwa kobiecego zamierzamy poświęcić następne artykuły. Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam z niecierpliwością. Daruję sobie komentarze odnoszące się do współczesnych pomysłów zakazujących dojenia krów ;p Byle więcej o kurach i pantarkach!

S. B.

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 1, str. 22.

bille12

Rodzina Państwa Bille cz. 12

Rozdział VI.

PIERWSZA KOMUNIA

Pani Bille trzymała Emmę za rękę. Dziewczynka nie miała ochoty biegać. Zachowywała się grzecznie i, wbrew zwyczajowi, idąc, nie podnosiła końcem bucików tumanów kurzu. Pan Bille wyrzynał jakąś witkę. Spytano go:

-Która godzina?

Natychmiast sięgnął do kieszonki w kamizelce. Zabłysnął piękny, złoty zegarek. Powiedział:

-Kwadrans po czwartej.

-Idziemy! – zawołała pani Bille.  – Nie wypada się spóźnić.

Emma milczała. Pan Bille wzruszył ramionami. Zmonitowano go za to.

-Proszę cię, zostaw swoje uwagi dla siebie!

Cała rodzina ruszyła w drogę. O jakie piętnaście kroków spotkano państwa Severin. Pan Severin poklepał Emmę po policzku.

-Ha, ha, nasze djablęta idą się wyświęcać!

-Sza! – zawołała pani Bille.

Pani Bille była wzruszona. Przyśpieszyła kroku. Po drodze spotykali gromady dzieci. Wszystkie miały ten sam wyraz twarzy. Rodziny wymieniały uroczyste uśmiechy. zadzwoniono do drzwi klasztoru. Emmę oddano pod opiekę siostrze odźwiernej. Pan Bille trzymał się zdaleka. Uderzał laską w odłamek cegły. Emma spytała:

-Czy mogę uściskać Tatusia?

-Obejdzie się – powiedziała pani Bille.

Nagle Emmę ogarnęła chęć płaczu. Jedna z sióstr podeszła do niej, podała jej rękę:

-Chodźmy na drugie piętro – powiedziała z uśmiechem.

Mówiąc, zwróciła się do Emmy. Była młoda. Miała ładną twarz. Emma nabrała otuchy. Szły po wąskich, czysto wymytych schodach, które nagle rozszerzyły się w wielką salę, pełną małych dziewczynek. Nad katedrą z czarnego drzewa unosił się Chrystus z wyrazem cierpienia na twarzy. Dziewczynki miały wzrok wlepiony w podłogę. Niektóre z nich trzymały różańce. Wargi ich drżały. Emma usiadła. Jakaś zakonnica w niebieskich okularach mówiła o ciszy i skupieniu. Jedna z sąsiadek trąciła Emmę w łokieć. Szepnęła przez palce:

-Siostra, która cię przyprowadziła, nazywa się siostrą Anielą.  Jest dobra. Siostra Aniela gra w kaplicy.

W sali słychać było nieustanny szmer. Wszystkie dziewczynki zdawały się modlić. Usiłowały też nie rozglądać się wokoło.

Młoda siostra była na sali. Uśmiechała się ciągle i bardzo łagodnie. Dziewczynki powstały, by udać się na nabożeństwo.

W kaplicy panował mrok, nieomal ciemność. Było w niej mnóstwo bibułkowych kwiatów. Witraże podobe były do kalejdoskopu. Na zdobnych  w cokoły kolumnach opierały się posągi świętych, których twarze trudne były do rozpoznania. Rozległ się dźwięk fisharmonji. Jakis głos zawołał: “Śpiewnik, strona 167”. Emmę ogarnął niewymowny zapał. Chciała śpiewać wraz z innemi. Nie umiała słów, ale była przekonana, że głos jej nie pasuje do chóru. Nagle fisharmonja zamilkła. Drzwi kazalnicy zaskrzypiały. Z pod baldachimu wynurzyła się głowa o gęstej czarnej czuprynie.

-Ojciec Teotym – szepnęła strasza.

Ojciec Teotym milczał chwilę. Znał swoją wartość. Palce jego bawiły się sznurem. Powiedział: “O marności rzeczy doczesnych”, następnie rzucił głosem grzmiącym: “Vanitas vanitatum”…

Emma nie rozumiała całego kazania. Chwilami odczywała lekkie ukłucie w źrenicy – coś jak zbliżający się sen.

Ale ojciec Teotym umiał kreślić wzruszające obrazy. Mówił o gołębiach i owieczkach. Głos jego pieścił skórę, jak delikatna, jedwabista szczotka. Ale nagle głos ten stał się straszny. Głos ten ogłaszał koniec świata. Zabrzmią trąby, gwiazdy posypią się, jak grad…Zaledwie uczynił znak krzyża, a znowu rozległy się słodkie tony fisharmonji. Wszystkie dziewczynki drżały. Otworzono drzwi kaplicy. Słońce złociło wysoką, miękką trawę. Była ta pora rekreacji.

Emma milczała. Była głęboko wzruszona. Spotkała parę przyjaciółek: Jankę Sorel, Martę Dupin, Klementynę Jacquot. Wszystkie one miały spuszczone głowy, mówiły przyciszonemi głosami, poruszały się z pobożną powolnością.

W jednym rogu, w gromadzie zwierząt, kręciła się jakaś nieznajoma dziewczynka. Była to śniada, żywa osóbka, śmiejąca się głośno i co chwila potrząsająca bransoletką. Od czasu do czasu podciągała podwiązkę ruchem, który bynajmniej nie raził Emmy. Janka Sorel objaśniła Emmie, że dziewczynka nazywa się Zuzanna Lievin. Jest córką woźnicy.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 8, str. 12.

zkraju

Jubileusz Marji Rodziewiczówny

Pół żartem, pół serio – wyróżniony kursywą komentarz zza światów, a raczej z późniejszego o dokładnie 92 lata dziś :)

W sali Ratusza warszawskiego, w dwa rzędy ustawione chorągwie stowarzyszeń, szkół, oddziałów harcerstwa, sala, a zwłaszcza estrada, przybrana zielenią krzewów, kwiaty, światła, muzyka… na schodach harcerki w mundurowych bluzkach przyjmują gości. Zauważyliście, że niby sto lat minęło, ale pod tym kątem nic się nie zmieniło – zawsze na takie wydarzenia biegać muszą ludzie, którzy mają to wpisane w swoje zawodowe obowiązki, a więc oficjele, dzieci, harcerze i dziennikarze? Inaczej chyba nikt by nie przyszedł.

W tych miłych ramach odbyła się dnia 13 marca, o godz. 5 po południu uroczystość jubileuszowa Marji Rodziewiczówny. W tych miłych ramach – patrz: pompatycznej atmosferze.

Przed laty, z zapadłego Polesia, odciętego od świata, przygniecionego ciężką stopą wroga, odezwał się jej głos, wzywający do walki, już nie o niepodległy byt narodu, nie o skarb wolności obywatelskiej, ale choćby o ziemię, o tę podstawę, którą prawa wyjątkowe carskiego regimu postanowiły wyrwać Polakom z pod stóp. Przede wszystkim przepraszamy Polesie, to oni tak sto lat temu pisali, my tylko cytujemy, ale… szczerze? Nie oszukujmy się, i w tym przypadku niewiele się zmieniło.

I odtąd był to stały, powtarzający się nieustannie refren twórczości literackiej Marji Rodziewiczówny. To jedno zagadnienie stało się kanwą, na której szkicowała niestrudzenie silne i pełne uporu, posępne, głuche na wszystko inne postacie poleskich ascetów, bojowników twardych o ostatni fundament polskości w tamtych stronach. Społeczeństwo polskie ukochało tych Czertwanów i te różne Julki i Hanki, trochę cudaczne, bardzo śmiałe i zdecydowanie, z litewskim uporem, trwające przy ziemi. To wiele tłumaczy, na przykład to, że tylko moja babcia ochuje i achuje nad tymi refrenami i nieważne, że jedenasta powieść niemal taka jak druga tylko te Julki i Hanki zamieniają się kolejnością. A, i dla niewtajemniczonych – te jakieś Czertwany, to od nazwiska głównego bohatera jednej z powieści. Dewajtis, ale i tak Wam to nic nie powie :p

Nie zapomniano Rodziewiczównie istotnej zasługi, jaką oddała Polsce, budząc w tych niewymownie smutnych czasach, ideę, choćby tylko takiej walki. Niewymownie smutne czasy – urocza fraza, którą trzeba zapamiętać i której, mam wrażenie, chętnie nauczyłyby się dzisiejsze polskie nastolatki. Nie zapomniano jej nawet w nowych, zmienionych warunkach. I oto zbiegł się tłum, kochających gorącą jej duszę, by ze szczerem wzruszeniem wysłuchać wygłoszonych pod jej adresem przemówień, a zwłaszcza jej słów, istotnie najpiękniejszych, pełnych prostoty, skromności i powagi. Gdy mówiła, że odniesie w swoje strony tę dobrą wieść, iż “Polska swym wiernym sługom po królewsku płaci”, gdy wspomniała o tym ciężkim beznadziejnie okresie historycznym, w którym przyszło jej trwać na cichych, w milczeniu żujących chleb niewoli kresach dawnej ojczyzny, widziało się gorące łzy w oczach młodych kobiet i dziewczątek.

I dlaczego wieczni narzekacze mówią wciąż o braku uczciwości i entuzjazmu w młodem pokoleniu, o jego bezideowości?… Istnie wieczni narzekacze! Ja nie przyłączę się do tego zaszczytnego grona – nasza młodzież realizuje dziś z pasją współczesne idee. Jedno z moich ulubionych: fura, skóra, tablet i komóra! Nie dość, że ambitnie, to i rymy sklecać umieją, taką Rodziewiczównę to na łopatki rozkładają. Choć przyznam Wam się szczerze, że jak sprawdziłam w internetach z jakiej piosenki młodociani wzięli to hasło, to chyba jednak wolałabym na tym zapadłym Podlasiu z litewskim uporem wyrywać ziemię spod ciężkiej stopy carskiego oprawcy.

Przewodniczył uroczystemu zgromadzeniu Zenon Przesmyski. Charakteryzował działalność literacką Rodziewiczówny Zdzisław Dębicki, przemawiał przedstawiciel Ministerstwa W. R. i Ośw. Publicznego, delegaci stowarzyszeń, miast. Obecni byli: Minister Dobrucki, marszałkowie: Rataj i Trąmpczyński. Oczywiście nazwiska te nic nam nie mówią, oprócz tego, że z pompą! Wręczono jubilatce zamknięte w pięknej tece adresy stowarzyszeń miast i miasteczek. Odczytano depesze, z depeszą p. Prezydenta Rzeczpospolitej, na czele. Pompa na całego, dzieci już tam pewnie od godziny umierają z nudów, a harcerze gotują się w mundurach… Czynem, nietylko słowem uczcił autorkę Dewajtisa Sejmik Kobryński, ustanawiając 10 stypendjów dla uczniów niższych szkół rolniczych, pochodzących z pow. Kobryńskiego i dając im nazwę stypendjów im. Marji Rodziewiczówny. A to akurat nie ma co się śmiać, zawsze wzniosła i potrzebna inicjatywa dawać możliwość nauki tym, którzy jej faktycznie potrzebują, a i zapewne dużo lepiej z niej skorzystają niż ci, którzy mają wszystko od razu podsunięte pod nos.

Było na sali dużo, bardzo dużo młodzieży szkolnej. Wniosła ona z sobą to promieniowanie młodości, podobne do promieniowania słońca o wschodzie i ozłociła niem nastrój jubileuszu. Nie ma się co dziwić, przecież lekcji nie mieli.

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 1, str. 15-16.

bille11

Rodzina Państwa Bille cz. 11

Po upływie dwudziestu czterech godzin zauważył chustkę. Nogi mu drżały. U wejścia jakiś chłopczyna czyścił szyby. Odwrócił się, uśmiechnął, mrugnął na pana Bille, że może go wpuścić do cyrku; pan Bille szedł ostrożnie, po wysypanej piaskiem ścieżce, oglądając się na prawo i lewo, czy nie ujrzy tam którego z bliskich znajomych. Pierwsze wrażenie było nieomal groźne. Światło dzienne z trudem przenikało do wnętrza. Pod ławkami leżały stosy papierów i łupin pomarańczowych. Arena była pusta i wysypana świeżym piaskiem.

Wreszcie zjawił się pan Stephenson. Był to mężczyzna wielki, brodaty, wyniosły. Mówił akcentem marsylskim. Postawił warunki niemożliwe do przyjęcia. Dobito wreszcie targu. Przez wązkie, nizkie drzwi zaprowadzono pana Bille aż do uśmiechu Miss Nelly.

Miss Nelly, bardzo piękna, bardzo powabna, powierzyła swą wiotką postać i drobną główkę stosom aksamitnych poduszek, zniszczonych długiem użyciem.

Pan Bille nie był człowiekiem wymagającym. Po godzinie kroczył do domu wesoło, gwiżdżąc jakąś lekką piosenkę. Wróciwszy od Toussel’ów, pani Bille i Emma zastały go w ogrodzie. Był w doskonałym humorze, łagodny, ubrany w słomkowy kapelusz, i usilnie gracował ścieżki w zapadającym mroku nocnym. Rodziny Toussel’ów i Bille’ów dzieliły się ze sobą wrażeniami z cyrku. I przez cały obiad pan Bille był zmuszony wysłuchiwać pochwał na temat cyrku!

Wreszcie powiedział:

-Przesadzasz, moja kochana.

Pani Bille uśmiechnęła się i zawołała niemal surowo:

-O, Gaspardzie!

Oczy ich się spotkały. Spojrzenie Julji sypało dziwne iskry. Gaspard nie mógł go wytrzymać.

Zmieszany spojrzał w sufit.

Czarne plamki zdraszały obecność pająków. Udał oburzenie, mruknąwszy:

-Co za niedbaluch z tej Kasi!

Pani Bille wzruszyła ramionami, nie odezwawszy się ani słowem. Gaspard z trudem tłumił ziewanie. Nagle Emma zaczęła nucić. Jej głosik dźwięczał coraz wyraźniej. Z obydwu stron krzyknięto na nią: “Przestań, nie trzeszcz mi nad głową!”

Emma przestała śpiewać…

To był nader ciężki wieczór.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 7, str. 11.

zteatrow

Z teatrów

TEATR LETNI:

“Epokowy Wynalazek” groteska w 3 aktach J. A. Hertza.

W tym “Epokowym Wynalazku” najniepotrzebniejszy jest wynalazek, a właściwie jest zupełnie niepotrzebny. Przez dwa pierwsze akty mamy przed oczyma miłą, Balucko naiwną farsę – na tyle jednak wesołą, aby bawić publiczność. Trzeci akt staje tak zwaną groteską. Jest to wyraz, który resztkom miłośników prawdziwego teatru, jacy jeszcze pozostali, został gruntownie obrzydzony przez tak zwanych “twórczych” reżyserów.

W obu pierwszych aktach wiemy, że przygłupi, jak przystało na farsę, uczony, profesor (pan Jarszewski) pracuje nad jakimś wynalazkiem, który ma odrodzić ludzkość. Praca ta nie odznacza się niczem innem, jak wyciąganiem za scenę osób autorowi tej komedji niepotrzebnych. Jest to bardzo pomysłowy sposób na exodus i pan Hertz powinien go opatentować. Rzecz jednak właściwie idzie o zupełnie co innego. Istnieje bowiem pani profesorowa – która ma oczywiście, dwie córki – w których równie, oczywiście, kochają się dwaj młodzieńcy. Pani profesorowa, jak przystało na żonę uczonego, ma zasady i postanowiła wydać naprzód zamąż starszą (p. Jasińską), później zaś młodszą (p. Lenerównę). W starszej kocha się świetny asystent – niedojda pana profesora (p. Kurnakowicz), w młodszej zaś dziarski pan Hnydziński, który nie mogąc w inny sposób dostać się do domu państwa profesorstwa, przyjmuje tam posadę… frotera. Nie chcę tu zarzucać panu Hertzowi nieumiejętności obserwacji życia, ale proszę, niech państwo sami osądzą: państwo profesorostwo nie mają czem zapłacić komornego, o czem nas zawiadamia gospodarz domu, pan Orwid, trzymają przytem służącego (p. Rapacki), kucharkę, o której mowa i przyjmują jeszcze frotera, który dzięki małej pomyłce reżyserskiej froteruje dywan.

Ten froter jest zresztą inżynierem i nawet co parę chwil wyciąga z kieszeni dyplom.  Młodszą panienkę poznał na ulicy – zapewne śpiewał przy tem “Spotkamy się na Nowym Świecie”. Ale ja z tego wszystkiego panu Hertzowi zarzutu nie robię. Jedno mi tylko jest przykre – że proscenium Teatru Letniego nie było wczoraj otwarte, i nie słyszeliśmy stamtąd dźwięków orkiestry, grającej piękne melodje pod dyrekcją samego kompozytora, najlepiej pana Franciszka Lehara. Bo przecież jest to czyste libretto operetkowe i dziwię się, że pan Hertz nie zjednał sobie kogoś z lepszych muzyków do współpracy.

Akt trzeci jest typic polish, powtarzam to za pewnym młodym agentem bawełnianych wyrobów, który przybył do nas wprost z Nottinghill. Jak wszyscy lepsi pisarze sceniczni polscy, pan J. A. Hertz, zaszczytnie znany autor “Młodego Lasu”, ma doskonałe pomysły i nie wie, co z niemi wkońcu zrobić. To co było dobrem librettem operetkowym, lub bałucką farsą w dwóch pierwszych aktach, staje się w akcie trzecim przykrym sketch’em makabrycznym. Zdawałoby się, że wszystko już dobrze, że młodzi panowie ożenią się z młodymi pannami, że wytworna pani profesorowa (Rotter – Jarnińska, której należnego jej w Teatrze Narodowym miejsca nikt dotąd nie daje) znajdzie w końcu ukojenie po ustaleniu losu córek…

Ale nic z tego. Tu właśnie wstępuje na scenę epokowy wynalazek profesora-idjoty. Niegodny czci ten matoł wynalazł jakąś maszynę do ożywiania nieboszczyków. Ożywia Aleksandra Trzeciego, Bismarcka… i innych drabów. Gospodarz domu skarży się, że ciągle noszą po schodach nieboszczyków… Są to kawały niesmaczne i niegodne autora “Młodego Lasu”. Czyż koniecznie należało realizować na scenie genjalny wynalazek profesora? Czyż nie można było skończyć tej miłej krotochwili skojarzeniem dwóch par i oświadczeniem profesorskiem, że wynalazku swego realizować nie będzie, ponieważ więcej jest zmarłych sępów, niż orłów? Truposze, trupięta i trupielce należą do Teatru Anatomicznego. Teatr Letni nie jest dla nich stosownym miejscem. Brak Lehara czy Falla, który zresztą już umarł, był jednak dla mnie największym mankamentem tej groteski.

Grano rzecz pana Hertza z rutyną właściwą naszej ruderze z najbrzydszego warszawskiego ogrodu. Reżyser dyr. Chaberski z wrodzonym sobie taktem starał się unikać nieprzyjemnych wzmianek o trupach, i przypilnować artystów, ażeby grali, jak zwykle, à livre ouvert – i to conajmniej na czwórkę.

Wyliczmy najpierw znakomitych rutynistów, a więc pp. Jarszewskiego, niezawodnego Rapackiego, wytworną panią Rotter – Jarnińską, Tomasika, Michalinę Łaską, Lenczewskiego oraz ich satelitów. Pani Aldona Jasińska dała z całym samozaparciem się bałucki typ starzejącej się panny. Byłabym okrutną, gdybym pannie Lenerównie wypomniała jej tremę w pierwszym akcie. Pozatem była bardzo miła i wdzięczna. Jeśli śmiałabym jej coś doradzić, a raczej odradzić – to powiedziałabym, że allegro w djalogu jest przywilejem wielkich artystek. Siły młodsze powinny trzymać się spokojniejszego andante i, proszę mi wierzyć, nie przyniesie to szkody sztuce, a wielką przyjemność publiczności.

Pan Hnydziński wyrabia się na coraz lepszego amanta, a pan Kurnachowicz jest perłą śród najmłodszych komików, jest aktorem myślącym i napewno ma przed sobą wielką przyszłość. Rolę Aleksandra Trzeciego, z genjalną, właściwą sobie siłą charakterystyki odtworzył mistrz Aleksander Zelwerowicz. “Jakby mi ze srebrnego rubla wylazł, tylko, że tamten był bez butelki”, powiedział o nim jeden z moich przygodnych sąsiadów.

Z. P

“Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 1, str.15.

bille10

Rodzina Państwa Bille cz. 10

Nagle zjawia się Miss Nelly; przeskakuje barjerę; giętka i szeleszcząca, na nieokiełznanym źrebcu, lekko uderzając go obnażonem ramieniem. Woltyżuje, pochylona ku bokom zwierzęcia, zeskakuje na ziemię, wskakuje zpowrotem, w galopie przebija papierowe gwiazdy, które złoto-błękitni posługacze przytrzymują końcami palców. Nie zaczepiła ani jednym włoskiem. Napięcie wzrasta. Widać, jak przy trudniejszych ruchach na twarz panny Nelly występują lekkie rumieńce. Ale oto i ogień. Błękitne i czerwone jego języczki chcą ją pochwycić, zatrzymać; przed wykonaniem Niemożliwego śmiało, jednym ruchem palca, uspokaja wierzchowca. I oto przeleciała poprzez płonący stos, uśmiechnięta, uwielbiana, wlokąc za sobą wzruszenie dwustu piersi.

Halt!

Miss Nelly przeskakuje balustradę. Przybiega znowu, potrząsając skarbonką, która dźwięczy coraz srebrzyściej.

Pan Dubosse mruży oko:

-He, Gaspardzie, a cóż ty na to?

Miss Nelly stoi przed panem Bille. Podaje mu skarbonkę. Pana Bille ogrania drżenie. Zadyszany spogląda na cienkie nogi, na złote loczki, na oczy koloru agatu, wreszcie drobne diamenty potu, które wysiłek rozsiał w atłasowych przegubach szyi. Gdy znikła, czuł jeszcze jej obecność. Z jej winy to nudnym wydał mu się pies – meloman i szwedzcy ekwilibryści. Do jej osoby przylgnął walc, ryczony przez ofikleidy. Pan Bille z wściekłością wgryzł się w tę nieznośną melodję. Ujął ramię żony… Och, utonąć, zginąć w jakiemś olbrzymiem zapamiętaniu! Na ulicy nucił. Gdy zamknięto już drzwi wślizgnął się do wielkiego łóżka “empire”. Uważnie śledził panią Bille… Jej długie włosy, czesane grzebieniem, wiły się jak olbrzymi złoty ślimak. Łóżko trzasnęło. Lampka zgasła…

Rzucił ręką na chybił trafił i wywołał jedynie okrzyk zdumienia i oburzenia.

-A to dobre! Czyś zwarjował, Gaspardzie?!

I znowu usłyszał przyciszony ryk ofikleidów…

3.

Nazajutrz rano pan Bille wziął strzelbę i poszedł na wiewiórki do lasu Gentil.

W głębi duszy pani Bille czuła się pochlebioną. Gniewała się też na Katarzynę, która przez niedbalstwo podała “panu” do śniadania zbierane mleko, i wbrew zwyczajowi – długo wpatrywała się w oddalającą się po suchym bruku sylwetkę Gasparda. Świeży powiew poruszał topolami na placyku. Pan Bille szedł bez celu, minął ostatnie zabudowania, przełożył fuzję na drugie ramię, obojętnie spojrzał na wynurzający się z błękitnych oparów lasek Gentil, z którego dochodziło niewyraźne krakanie. Doszedłszy do pagórka, zrobił rachunek sumienia. Niepodobna było mu zarzucić czegokolwiek. Spełnił swoją powinność. Ponieważ jednak żona pozostała głuchą, czyż ta jej wstrzemięźliwość nie upoważniała go do szukania pociechy gdzieindziej?

Powód dostatecznie ważki. Podniósł się i zaczął zakreślać dookoła terenu cyrkowego coraz ciaśniejsze kręgi.

Cyrk w stanie spoczynku wypluwał dwadzieścia wązkich smug szarego dymu.

Pan Bille posuwał się wzdłuż wozów. Strojne damy, atleci, klowny i bajadery – wszystko to bratało się zgodnie śród dymiących kotłów. Zauważył Miss Nelly. Ubrana w głęboko wyciętą bluzkę wyczesywała głowę jednej z młodszych siostrzyczek.

Pan Bille wrócił do domu z pałającą głową. Po śniadaniu zaś, siedząc w swoim pokoju z zasłoniętemi okiennicami, przez które słońce siało drobne złote smugi, pan Bille, ogarnięty szałem, ważył po kolei rozkosz, ryzyko, możliwości i prawdopodobieństwa. Nie myślał ani o bukietach, ani o słodkich bilecikach, ani o cierpliwym wyczekiwaniu. Minął czas, gdy wąsy jego były w stanie podbić młodociane serduszka. A wreszcie – obawiał się skandalu. Przedewszystkiem nie należało dawać powodu do plotek.

I chytrze opracował następujący plan strategiczny: napisze do pana Stephersona, prosząc go, by zawierzywszy jego obietnicom i hojności, zechciał ułatwić mu widzenie się z amazonką. List nie będzie podpisany. Jeżeli propozycja zostanie przyjęta – niech na znak zgody położy chusteczkę do nosa przy kasie. Jeżeli chustki do nosa przy kasie nie będzie – jest to znak, że listu nie przyjęto. Pan Bille po trzykroć zasiadał do napisania tego listu. Obawiając się być poznanym, przezornie zmienił pismo. Następnie chyłkiem, krokiem ciężkim i z pałającemi policzkami, pobiegł na ulicę “des Dames” i wrzucił list do samotnej skrzynki.

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 7, str. 11.

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portalu

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved