Zrzut ekranu 2020-11-10 o 13.49.06

Jak kulturalnie rozmawiać przez telefon?

Mam nieodparte wrażenie, że więcej teraz rozmawiamy przez telefon niż bezpośrednio. Nie tylko ze względu na warunki pandemiczne i ograniczone możliwości odwiedzania się. Wydaje mi się, że niektórzy traktują takie rozmowy kompulsywnie. Jeśli nie mają akurat nic do zrobienia, to sięgają po telefon i – albo przeglądają stronki, robiąc internetowe zakupy, albo wybierają czyjś numer i dzwonią. Tak po nic. I nie mogą skończyć.

Problematyczna jest jakość prowadzonych rozmów telefonicznych. W czasie ich trwania popełniane są wszelkie faux pas, jakie można sobie wyobrazić. Chociaż momentami telefoniczna niegrzeczność przekracza ludzką wyobraźnię.

Wczoraj do męża dzwonił agent ubezpieczeniowy z ofertą. Mówił niewyraźnie i jak katarynka, po czym zapytał, jak mój mąż ocenia zaprezentowaną ofertę. Mąż nie mógł się do niej odnieść, ponieważ prezentacja była dla niego kompletnie niezrozumiała, o czym poinformował agenta. Poprosił, żeby mówił wolniej i przede wszystkim wyraźniej. Agent wyrecytował albo przeczytał dokładnie tak samo i również tak samo zapytał pod koniec o ocenę oferty. Kiedy mąż ponowił swoją prośbę, agent – już lekko poirytowany – przedstawił swoją propozycję jeszcze szybciej i jeszcze bardziej bełkotliwie. Oczywiście pod koniec zadał to samo pytanie. W odpowiedzi usłyszał tę samą prośbę męża, ale katarynka się urwała. Agent zezłościł się i przerwał rozmowę. Liczył może na to, że klient wyrazi zgodę w ciemno? Nie mam pojęcia.

Błędy, które są jednak częściej spotykane niż bełkot, to różne towarzyszące hałasy. Telefoniczni rozmówcy są niewidzialni dla siebie nawzajem, dlatego pozwalają sobie na przeróżne czynności: klikanie po klawiaturze, sprzątanie, gotowanie, jedzenie, picie i tym podobne. Odbiorca takiej rozmowy słyszy dźwięki mlaskania, siorbania, sapania, a czasem nawet załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych w toalecie. Szczyt szczytów, o którym słyszałam, to rozmowa telefoniczna podczas jedzenia i załatwiania się. Tak, to nie żart.

Również nieprzyjemne faux pas, chociaż innej kategorii, to w trakcie rozmowy powiedzieć: „Przepraszam, ale muszę już kończyć, bo ktoś ważny do mnie dzwoni na drugiej linii.”

O czym warto pamiętać:

  1. Inicjując telefon, należy się upewnić, czy rozmówca ma czas.
  2. Odbierając telefon w niekomfortowej sytuacji, należy poinformować rozmówcę, że oddzwonimy. Można dodać, kiedy to nastąpi.
  3. Rozmowę kończy osoba, która inicjowała ją.
  4. Jeśli to rozmowa służbowa, a nie zwykła pogawędka, warto zrobić pod koniec podsumowanie.
  5. Przez telefon słychać emocje; dobrze by było zadbać o dobry nastrój. On się udziela.

IKR 

shutterstock_1718780680

Nie kochamy same siebie tak bardzo, jak resztę swojej rodziny.

Ostatnio pisałam na temat dress code”u na ulicy. Po wysłaniu artykułu do Lamode.info pomyślałam sobie, czemu by nie „pociągnąć” tego tematu. W końcu niemal każdego dnia musimy wyjść z domu, zrobić jakieś zakupy albo – jeśli ktoś ma psa – wyprowadzić go na spacer. Oczywiście z psem raczej nie chodzimy po ulicach, ale wybieramy się do parku czy na jakiś pobliski skwerek. Tak czy inaczej zakupy i wyjście z psem nie należą do jakichś specjalnych okazji. To zwykła rutyna życia codziennego. Mówiąc czy pisząc o modzie ulicznej, mam na myśli właśnie tę codzienność, która nie wymaga od nas jakiegoś specjalnego wysiłku odnośnie do wizerunku. Nie znaczy to jednak, że wtedy nie zależy nam na dobrym wyglądzie. Nawet jeśli są takie osoby, to są w mniejszości, co potwierdzają moje własne doświadczenia i rozmowy z ludźmi podczas zajęć.

Najbardziej problematyczny czas w ciągu dnia, to zwykle poranek, kiedy trzeba dzieci wyprawić do przedszkola lub szkoły, kiedy musimy wyskoczyć „na róg” po masło, bo się skończyło, czy ulubiony serek Henia, bo ten w lodówce się zepsuł. Te nadprogramowe zadania zabierają cenny czas i robi się nerwowo. Chwytamy wtedy jakąkolwiek koszulkę i sweterek, mimo  że pierwszą młodość czy świeżość mają dawno za sobą. I tak jest co dnia. Przynajmniej poza weekendem.

Czy my, kobiety, jesteśmy mniej ważne od dzieci, które to najczęściej dzięki nam wyglądają bez zarzutu? Sądzę, że nie. Ale to tylko o najbliższych stale myślimy. I nawet jak „padamy” już ze zmęczenia po całym dniu, to jeszcze mamy siłę przygotować dzieciom wszystko, co mają założyć nazajutrz. Ale dla siebie już tej siły nie wystarcza. Moim zdaniem tylko mentalnie. Nie kochamy same siebie tak bardzo, jak resztę swojej rodziny. A przecież my do tej rodziny należymy. Jeśli mamy dzieci, to my przez dziewięć miesięcy nosimy je we własnym łonie, karmimy własnym mlekiem, nie przesypiamy nocy, kiedy coś się dzieje. Czyżby to nie wystarczało, żeby poczuć własną wartość i zrobić coś dla siebie? Czy naprawdę nie możemy przygotować sobie wieczorem koncepcji na poranne wyjście? Pewnie, że są wyjątkowe sytuacje, ale o tym nie piszę. Piszę o zwykłej codzienności, z której zresztą składa się prawie całe nasze życie. Czemu by nie poświęcić sobie trochę czasu na otwarcie szafy, wybranie elementów garderoby, które do siebie pasują i przygotowanie stylizacji na co dzień na różną pogodę. A jak mówiły uczestniczki ostatniej edycji Projektu Lady, pogoda bywa różna: „mamy deszcz, śnieg, ciepło, zimno” i na takie mnóstwo ewentualności według nich nie sposób się przygotować. Tylko że panie miały za zadanie spakować się do plecaka, a my możemy swoje zestawy ubiorów powiesić w szafie lub garderobie. Warto też myśleć podczas zakupów o tym, żeby sweterek, który nas kusi w sklepie pasował do posiadanych już rzeczy, bo z całą pewnością od razu zechcemy go założyć.  Kiedy zawartość całej szafy zawiedzie, niełatwo coś w sklepie dobrać do nowego zakupu. W tej chwili dużo się mówi i pisze o garderobie kompaktowej; o tworzeniu swojej szafy tak, żeby wszystko ze wszystkim można było zestawiać i świetnie wyglądać. Ja się z tym do końca nie zgadzam, ale nie mam wątpliwości co do tego, żeby kupować to co pasuje przynajmniej do niektórych posiadanych już rzeczy. Nie mam też wątpliwości, że dobry wygląd, to dobre samopoczucie i lepsza atmosfera w domu.

IKR

Zrzut ekranu 2020-09-08 o 10.24.14

Przychodzi Irenka do lekarza

Byłam ostatnio na badaniu okresowym USG. Lekarz, do którego chodzę już od kilku, jeśli nie kilkunastu lat, po moim wejściu z radosnymi słowami dzień dobry, odpowiedział również dzień dobry, z tą tylko różnicą, że był do mnie odwrócony plecami. Usiadł przed komputerem i patrząc w ekran, wyciągnął do mnie rękę. Wymówił słowo badania. Po tylu latach już wiedziałam, że chodzi o historię wydruków poprzednich USG, które przyniosłam i posłusznie wręczyłam, mówiąc proszę. Jak się można domyślić, dziękuję nie było. Lekarz przeanalizował, co trzeba, i wskazał leżankę: tu się pani położy. Pomyślałam sobie z przekorą: może się położy, a może nie. Jednak nie wypowiedziałam tego, bo wchodziło się na badanie już po uiszczeniu opłaty w wysokości 350 zł, więc doliczając koszt taksówek, straciłabym sporo pieniędzy. A poza tym czekałam już na to badanie parę miesięcy, więc nie mogłam sobie pozwolić na utratę kolejki. Po upływie pięciu minut, czyli już po USG, lekarz zapytał, kiedy była mammografia. Przyznałam, że dosyć dawno.
– To zrobi sobie pani mammografię.
– To okropnie bolesne – wycedziłam ze strachem.
– To niech się pani znieczuli. Całkowicie. – dodał z szyderczym uśmiechem.
– Chyba będę potrzebowała skierowanie?
– To pójdzie sobie pani do recepcji i jak pani dadzą, to ja to podpiszę.
Pomyślałam, że kiedy już uzyskam skierowanie z recepcji, to będę musiała znowu poczekać, aż kolejna pacjentka wyjdzie, a i tak moje badanie było ponad pół godziny opóźnione.
– A pan doktor nie może mi tego wypisać?- zapytałam ostrożnie.
– Szkoda mojego czasu.
Zamurowało mnie.
– Mojego też. – odpowiedziałam i wlepiłam wzrok w twarz lekarza. Moja cierpliwość wyczerpała się. W tym momencie lekarz spojrzał mi w oczy. Po raz pierwszy. Ja się nie ruszyłam. Ani drgnęłam. Żarty się skończyły. Wziął kartkę, jakiś długopis i zabrał się do wypisywania skierowania. Ja milczałam. Kiedy skończył, spojrzał na kartkę, pogniótł ją i wyrzucił. Chyba się pomylił. Wypisał jeszcze raz. Widać było zdenerwowanie. Za to ja siedziałam już spokojnie. Moja cierpliwość powróciła. W końcu udało się wypisać skierowanie. Podziękowałam i wyszłam. Po moim pożegnaniu, myślę, że można było wyłączyć klimatyzację…
Wróciłam do domu. Zadzwoniła moja mama. Też była na badaniu, tyle że u laryngologa. Kiedy weszła do gabinetu, lekarz przywitał moją matkę jeszcze ciekawiej, bo powiedział: Siad! Nie, proszę Państwa, moja mama się nie przesłyszała. Ostatnim razem – pół roku temu – tak sądziła, bo nie wierzyła własnym uszom, więc tym razem postanowiła uważać. Teraz było to samo wskazanie na krzesło i Siad! – jak do psa. Dalszy ciąg wizyty był w podobnym tonie. Mama wyszła z krwawiącym uchem po brutalnie wykonanym zabiegu usuwania woskowiny. Na następną wizytę pójdę z mamą, a mojego lekarza z gabinetu przy ul. Miłej (nomen omen) – będę omijała z daleka.
IKR

Projekt bez tytułu (2)

Irena Kamińska-Radomska o…pieniądzach

„Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” Takie zdanie można usłyszeć w okolicznościach niemiłych emocji. Czy jednak pieniądze są warte, aby psuć sobie nerwy? Wczoraj oglądałam film z moim ulubionym aktorem Liamem Neesonem, który znalazł się w tarapatach finansowych. Od jednego z bohaterów filmu usłyszałam ciekawe zdanie warte zapamiętania: „Jeśli chcesz wiedzieć, co Bóg sądzi na temat pieniędzy, to zobacz, komu je daje.” Obie przytoczone myśli – moim zdaniem – mają sens. Z tej drugiej wnioskuję, że nie ma co zazdrościć nikomu wyższego statusu materialnego. Według badań odczuwania szczęścia okazuje się, że ludzie majętni wcale nie są bardziej szczęśliwi. Często mają kłopoty innej natury niż te, z którymi borykają się osoby mniej zamożne.
A jednak kwestie pieniędzy są powodem nieporozumień, zazdrości, wzajemnej niechęci. Rodziny kłócą się z powodu spadków, pomocy materialnej i źle rozumianej sprawiedliwości. Po co? Jest też mnóstwo dyskusji i nieprzyjemności, kiedy łączą się dwie rodziny, z których jedna ciągle pomaga swoim dorosłym dzieciom, a druga korzysta z życia i niczym się nie przejmuje. Ludzie kochani! Jeśli ktoś ma mieć zgryzoty, obdarowując najbliższych, to niech lepiej tego nie robi. Oczywiście nie jest to miłe, kiedy okazuje się, że druga rodzina postanawia wykorzystać naiwnych. Ale to ich sprawa. I koniec. Dawanie i oglądanie się na innych tylko psuje humor. Nie ma obowiązku dawania. Co prawda R. Cialdini uważa, że reguła wzajemności to podstawa cywilizacji, ale cywilizacji, kultury nie da się wymusić.
Sporo też dyskusji jest na temat prezentów ślubnych, ile dać do koperty. Pisałam o tym niejednokrotnie, ponieważ ciągle słyszę, że goście mają z tym problem. Najchętniej dawaliby jak najmniej (oczywiście nie wszyscy), pod warunkiem że koperta będzie anonimowa. No bo to tak głupio, gdyby para młoda dowiedziała się, kto wrzucił tylko sto złotych albo jeszcze mniej.
Jest to niesmaczne, jeśli ktoś skąpi na prezent dla nowożeńców. Jeśli komuś szkoda pieniędzy, to niech lepiej odmówi przybycia na wesele i po problemie. Skąpstwo to paskudna cecha! Skoro już zaczęłam pisać od przytaczania różnych zdań, to dodam, że sknera zawsze dwa razy traci.
Przecież to miło sprawić komuś przyjemność swoim prezentem. Nigdy nie zapomnę, jak zarówno ja, jak i mój mąż dostaliśmy największe prezenty (pieniężne) od matek chrzestnych. Gdyby nie one – nie wiem, co by się stało, bo za otrzymane pieniądze mój mąż w przeddzień ślubu dopiero kupował garnitur. Było nam ciężko, ale jesteśmy już dwadzieścia sześć lat razem. Znam jeszcze jedno zdanie na temat pieniędzy: „Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Dżentelmeni je mają.” Z tą jednak myślą nie do końca się zgadzam. IKR

Projekt bez tytułu (48)

Savoir-vivre czy survival? Przemyślenia Ireny Kamińskiej-Radomskiej prosto z planu Projekt Lady

Pytanie w tytule jest pozbawione sensu. Nie może być stawiane jako alternatywa, ponieważ nie ma mowy o savoir-vivrze bez survivalu.

Skoro program Word podkreśla mi te pojęcia, to wydaje mi się sensowne wyjaśnienie, co oznaczają, a potem wyjaśnię, jak mają się względem siebie.

Nie może też obyć się bez przykładów, które łączą savoir-vivre z survivalem i najbardziej zapadają w pamięć.

Savoir-vivre, jak niejednokrotnie pisałam, w wolnym tłumaczeniu oznacza grzeczność, kulturę osobistą, a bardziej wiernie – to wiedzieć jak żyć. Oczywiście w zgodzie z zasadami. Survival zaś mówi i uczy, jak przeżyć w trudnych, czasem wręcz ekstremalnych warunkach.

Z całą pewnością można powiedzieć, że nie może być savoir-vivre’u bez survivalu, ponieważ trzeba żyć, żeby wiedzieć, jak żyć. Mówiąc krótko – nie można stosować pewnych przyjętych form grzeczności, jeśli ich zastosowanie będzie nawet w najmniejszym stopniu zagrażało naszemu zdrowiu i życiu.

Przypatrzmy się zatem pewnym konkretnym zachowaniom. Niejednokrotnie spotykam się z pytaniem, co zrobić z ośćmi, jeśli znajdą się już w ustach. Niektórzy twierdzą, ze należy zastosować taką samą zasadę, jak przy pozbywaniu się pestek, czyli na łyżeczkę, którą wprowadzaliśmy do ust owoc, wypluwamy pestkę i odkładamy na brzeg talerza. Otóż nie. W przypadku pestek, oczywiście tak jest, natomiast odnośnie do ości, nie radziłabym manewrować widelcem, bo może się to skończyć tragicznie. Ość wyjmujemy z ust bezpośrednio ręką. Żeby zaś widok manewrowania w ustach nie psuł innym apetytu, wystarczy zakryć je drugą dłonią, a jeszcze lepiej zrobimy, jak zakryjemy usta serwetką (przy czym nie wypluwamy ości do serwetki).

Inny przykład – również z zakresu etykiety przy stole – dotyczy zachłyśnięcia się. Jeśli się to zdarzy, nie ma co zwlekać z opuszczeniem sali i przepraszaniem rozmówców. Trzeba natychmiast zrobić wszystko, by się ratować. Jeśli gospodarz albo któryś z gości zauważy, co się dzieje, należałoby pośpieszyć z pomocą.

Takich sytuacji może być wiele, kiedy nie ma co myśleć o formalnościach. Zresztą te zachowania wcale nie przeczą grzeczności, ponieważ wczuwanie się w sytuację jest podstawą kultury. Niektóre natomiast zasady savoir-vivre’u ratują wręcz nam życie. Jest na przykład reguła, która mówi, że pijąc cokolwiek z naczynia, należy spoglądać do środka. Kiedyś ten nawyk uratował mi zdrowie, a może nawet i życie. Podczas przyjęcia ogrodowego piłam koktajl. Przed kolejnym zanurzeniem ust w kieliszku spojrzałam do środka, a tam pływała sobie osa. Uśmiechnęłam się do siebie z refleksją, jak to dobrze znać zasady.

IKR

shutterstock_115539511

Dzień Savoir-Vivre’u – Irena Kamińska-Radomska o zasadach

Dzisiaj z rana zadzwonił do mnie dziennikarz radiowy z prośbą o krótkie nagranie i uświadomił mi tym samym, że to ważny dla mnie dzień. Pytał oczywiście o grzeczność, a przede wszystkim, po co nam zasady. 

Jak w każdej innej sferze zasady są pewnym kodem, tak jak język którym porozumiewamy się. Zanim wejdziemy w głębszą relację z drugim człowiekiem, podświadomie dokonujemy jego oceny. W pierwszym momencie oceniamy wizerunek, a w drugiej kolejności maniery sprzężone z językiem, jakim się posługuje. 

Savoir-vivre jest niezbędny dla naszego poczucia bezpieczeństwa, stawia nas na gruncie przewidywalności. Wyobraźmy sobie taką sytuację: 

Podchodzi do nas gość na bankiecie (nazwijmy go Radek) i zaje nam pytanie: jak podoba się państwu muzyka w tle? 

Jeden z uczestników spotkania (Krzysztof) odpowiada: to drzewo za oknem to chyba klon. A może jesion.

Radek: Chce pan przez to powiedzieć, że trudno ocenić styl tej muzyki?

Krzysztof: Czytał pan powieść Paula Coelho „Zahir”?

Radek: Widzę, że lubi pan metafory. 

Krzysztof: Nie. Idę sobie nalać.

Z całego dialogu wynika, że Krzysztof mówił „od rzeczy”, był nieprzewidywalny. Z ulgą przyjmujemy jego odejście od naszego towarzystwa, ale nie robimy porozumiewawczych min, które oznaczają, że Krzysztof jest co najmniej dziwny. Kulturalna osoba nie ocenia w ten sposób i nie krytykuje towarzystwa nawet niewerbalnie. 

Krzysztof zachował się nieprzewidywalnie. To nas niepokoi. W takim samym położeniu stawia nas każde pogwałcenie zasad, w jakich nas wychowano.

Również dzisiaj rozmawiałam z klientem. To znajomy jeszcze z czasów szkolnych. Zapytałam o jego dzieci, wiedząc, że ma ich troje. W odpowiedzi usłyszałam, że jego „najstarsza córka to stara d…”. Zaniemówiłam. Zabrakło mi tchu. Wydusiłam tylko z siebie: „Jak można…” i nie chciałam już dalej rozmawiać. Do tej pory mam niesmak. Jak można o własnym dziecku wyrazić się w takich słowach? Zresztą nie tylko o własnym. Czyżby wszystkie kobiety traktował w takich kategoriach? 

I pomyśleć, że ktoś się z nim związał. Wychowuje wraz z nim dzieci i znosi upokorzenia albo walczy. Oby prawdziwe było to drugie rozwiązanie. Życzę jego żonie (partnerce?), żeby nie zaprzestawała w walce o człowieczeństwo w swojej rodzinie, życzę jej dużo wytrwałości i cierpliwości w swoich wysiłkach nie tylko w dniu poświęconym grzeczności. Jeśli nawet nie uda jej się zmienić swego męża, udoskonali siebie poprzez swe wysiłki i przykład dawany dzieciom. A jak pisał wspomniany Coelho, zmiana jednego człowieka powoduje zmianę całego społeczeństwa. 

IKR

Projekt bez tytułu (33)

Różowe okulary

Wbrew pozorom, to w czasach dobrobytu człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Gubi się w natłoku przeróżnych form uprzyjemnienia sobie życia. Gdyby nawet chciał na siłę zapomnieć o tych przyjemnościach, media naprowadzą go na właściwą drogę. Wtedy zobaczy, że nie ma jeszcze dezodorantu, który pozwoli mu pachnieć przez 7/24, przypomni sobie, że nie ma jeszcze fotela, który pozwoli mu obejrzeć wygodnie ulubione seriale, zapoznać się z wydarzeniami dnia i – gdyby wpadł do niego przyjaciel – zapewnić mu nocleg w komfortowych warunkach. Wystarczy przycisnąć guziczek po wypiciu ostatniego piwa i zjedzeniu reszty chipsów. Och, jak miło. Wszystkie potrzeby życiowe zostały zaspokojone. Nie trzeba myśleć, jest wesoło, nic nie trzeba. Jak jest dobrze, to jest dobrze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Prawda?

Otóż nieprawda. To powiedzenie ma niewątpliwie ukrytą mądrość, ale zapewne nie dotyczy cynicznie opisanego przypadku. Okazuje się, że właśnie w trudnych czasach zaczynamy myśleć i działać bardziej w kategoriach tego, co ważne: robimy odkładane porządki, remont, prasowanie… Oczywiście żartuję. Chodzi mi o troskę o najbliższych, zakupy dla osób starszych, które nawet nie muszą o nic prosić. Każdy, kto może, szyje maseczki, rozsyła je, komu trzeba. Ci, którzy muszą wychodzić, przestrzegają zaleceń zachowania bezpiecznej odległości, niekoniecznie myśląc tylko o sobie, ale także z troski o innych – o tych, którzy są w grupie największego zagrożenia, o osoby schorowane, starsze, o służbę zdrowia. Dbając też o to, żeby wreszcie ta pandemia zmierzała ku końcowi, by wrócić do normalnej rzeczywistości. Normalnej, czyli takiej sprzed kryzysu. Pewnie, że nie wszyscy zachowują zdrowy rozsądek i oczekiwaną ostrożność. Zawsze znajdą się wyjątki, które denerwują. Ale tym razem – mimo trudnej sytuacji – warto założyć jaśniejsze okulary, żeby dostrzec to wszystko, co dzieje się, jak trzeba.

Teraz, kiedy piszę te słowa, zaczął nawet padać deszcz, na który wszyscy czekali. Zwykle wolę słoneczną pogodę, ale w tych okolicznościach, kiedy Wisłę można przejść suchą stopą, każda kropla jest na wagę złota. I dzisiaj cieszy mnie dudnienie w parapety.

Jutro z kolei mam urodziny. Wiem, że nie spotkam się z najbliższymi, ale czuję, że nikt nie zapomni zadzwonić.  Już się na to cieszę. A jeśli nawet zapomni… To pomyślę, że  pewnie spędza czas z rodziną i jest tak szczęśliwy, że zapomniał o bożym świecie.

Czytam teraz książkę z różnymi portretami psychologicznymi. Sporo się potwierdza w odniesieniu do mojego charakteru. Lektura uświadomiła mi, że za bardzo się wszystkim przejmuję i co najgorsze – od razu zauważam, co jest nie tak. Chyba dlatego jestem surową mentorką w Projekcie Lady. Muszę trochę popracować nad dostrzeganiem jaśniejszych kolorów i to właśnie czynię. IKR

Zrzut ekranu 2020-04-14 o 19.44.41

Dres czy dress code? – Irena Kamińska-Radomska o córce, maseczkach i ubiorze


Wczoraj dzwoniła do mnie córka, Dominika. Mówiła, że wybiera się na zakupy. Miała coś zanieść babci i musi już kończyć, bo chciała jeszcze wybrać maseczkę. Ucieszyłam się, że się chroni, ale przy okazji zdziwiłam się, że zamierzała tę maseczkę wybrać. I słyszę w tle pytanie mego zięcia, czy może być czarna. W odpowiedzi słyszę: „nie, nie będzie mi pasowała do stroju. Wtedy zapytałam: czyżbyś miała różnorodne maseczki? No jasne, po czym odwraca się do swego męża i mówi, że ta z ludowym motywem też nie będzie ok. Wybrała w końcu beżową, bo pasuje do jej stroju, a strój oczywiście do urody. Dobrze, że myśli o takich drobiazgach, bo to znaczy, że daje radę, psychicznie nie poddaje się. Moim papierkiem lakmusowym na to, czy jest ogólnie dobrze, są kwiaty na balkonach, a przed chwilą dostałam na WhatsApp-a zdjęcia jej pięknego balkonu, więc jestem już całkiem spokojna.

No może przesadziłam. Cały czas się trochę boję.

Nie pierwszy raz piszę w czasach pandemii. Uważam, że gdyby większość ludzi znała i przestrzegała zasady, koronawirus rozprzestrzeniałby się nieco wolniej. Nikt nie kichałby w towarzystwie, zakrywano by usta przy kaszlu, bardziej przestrzegano by zasad higieny. Zawsze uważałam, że bez względu na wszystko, należałoby stosować zasady. I powtarzam to podczas swoich szkoleń i wykładów, że trzeba być w porządku wobec wszystkich, również wobec siebie. A wracając do dress code’u, w domu można sobie odpocząć od zasad ubioru, jakie przyjęte są w pracy. Jeśli ktoś od lat codziennie musi chodzić na obcasach, w niewygodnych
sukienkach czy sztywnych kołnierzykach, to może spokojnie je odstawić.

Ale czy w domu można całkiem wrzucić na luz i nie wychodzić z piżamy?

Takiego zdania już nie podzielam.
Nie podzielam też zdania, że w towarzystwie najbliższych nie musimy się starać. Wręcz przeciwnie. Przecież najbliższa rodzina to najważniejsi ludzie w naszym życiu. Wybierzmy
zatem wygodne stroje – oczywiście mogą być typu „casual”, czyli dżinsy, koszulka trykotowa albo dla kobiety sama długa koszula typu męskiego, w której zwykle wygląda uroczo. Warto zrobić sobie odpoczynek od strojów do pracy, ale nie róbmy odpoczynku od piękna.
IKR

shutterstock_1681425814

Święta Wielkanocne i dobre wychowanie w czasach zarazy – Irena Kamińska – Radomska

Zastanawiam się, czy zasady savoir-vivre’u mogą się zmienić w związku epidemią. Jest to możliwe, ale jak będzie faktycznie, to się okaże. W języku angielskim po wielkiej zarazie pozostało życzenie po kichnięciu: „(God) bless you”, czyli niech cię Bóg błogosławi. W języku polskim mamy inny odpowiednik: „na zdrowie”. Jednak trzeba to mocno podkreślić, kiedy ktoś kichnie nie wypada mówić „na zdrowie” bo jest to zwrócenie komuś uwagi na niegrzeczność. Jeśli ktoś kicha w towarzystwie innych osób, szczególnie w miejscach publicznych, popełnia olbrzymie fax pas. Nie tylko w czasach epidemii. To jest zawsze niegrzeczne i trzeba umieć poskromić to w każdej sytuacji. Wtedy też w wyjątkowych okolicznościach będzie można zachować się właściwie. Mam nadzieję, że po ustaniu zarazy więcej osób na co dzień będzie stosować zwykłe zasady etykiety, czyli poskramianie różnych odruchów fizjologicznych, więcej osób będzie myło ręce po wyjściu z łazienki czy po powrocie do domu. Mam nadzieję na większe przestrzeganie zasad higieny, które są podstawą kultury osobistej. No tak, ale tytuł tego artykułu mówi o Świętach, a ja piszę o higienie. Nie jest to jednak w moim odczuciu odchodzenie od tematu, ponieważ powtarzam to jak mantrę – w różnych publikacjach i podczas wykładów – zasady dobrego wychowania trzeba stosować zawsze, na co dzień, a nie tylko od święta albo w czasach zarazy.

Święta Wielkanocne tego roku będą prawdopodobnie inne. W niektórych rodzinach smutne, bo ktoś odszedł, bo ktoś ciężko chorował albo jeszcze choruje, bo ktoś ma kwarantannę i jest sam w domu. W wielu domach świąteczne śniadanie będzie może skromniejsze ze względu na utratę zarobków, a „zajączek” nie przyniesie dzieciom prezentów. Bo nie ma jak wyjść na zakupy albo nie ma na to pieniędzy. Być może Święta będą spędzane w bardzo nielicznym gronie, tylko wśród domowników. Brzmi to wszystko bardzo smutno, ale mnie się takim nie wydaje, chociaż ta wizja mnie również dotyczy.

Przecież to są Święta Wielkiej Nocy, Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jeśli ktoś w To wierzy, to nawet będąc samemu w domu, będzie się cieszył, będzie tę Niedzielę przeżywał jak należy. I to, co właściwe, będzie na pierwszym miejscu. Być może dzieci inaczej podejdą do tych Świąt, być może czas spędzany w domu poświęcą na przedświąteczne porządki, pomoc rodzicom i może lepiej też duchowo przygotują się do czasu Wielkanocy. Wtedy nie będą żałowały,  że nie znajdą, jak co roku, niespodzianek kupionych przez rodziców w supermarkecie, tylko będą się cieszyć ze Świąt.

Mimo tego trudnego czasu dla nas wszystkich, życzę Czytelnikom, Redakcji i wszystkim innym pięknych i dobrych Świąt Wielkanocnych! 

IKR

shutterstock_104071589

Koronawirus a etykieta – czyli jak elegancko zadbać o swoje bezpieczeństwo.

Jak ma się savoir-vivre do choroby?

Czy można zawiesić grzeczność na czas niedomagania?

Czy można z powodu ewentualnej epidemii zmienić obyczaje?

Czy można unikać podawania dłoni i pocałunków na powitanie?

Z takimi i podobnymi pytaniami spotykam się ostatnio coraz częściej i na wszystkie zamierzam odpowiedzieć.

Savoir-vivre to inaczej sztuka życia. Skoro mówi nam, jak żyć, to przede wszystkim trzeba najpierw zadbać o zachowanie zdrowia i życia. Czyli nie ma savoir-vivre’u bez survivalu. Nie oznacza to, że możemy na czas własnej lub czyjejś choroby zapomnieć o grzeczności, bo to wręcz szczególna sytuacja, w której należałoby pomyśleć o właściwym zachowaniu. Właściwym nie oznacza takim samym, jakie stosujemy na co dzień.  

Skoro mowa o koronawirusie (ale nie tylko!), to działania powinny pójść dwukierunkowo. Z jednej strony należy przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności, żeby samemu nie zarazić się, a z drugiej – żeby nie zagrażać innym. Wszyscy bezwzględnie powinni częściej myć ręce. Okazuje się, że około 60% Europejczyków nie czyni tego po wyjściu z toalety. Ten odsetek jest dużo wyższy wśród mężczyzn. Na czas zagrożenia można zaniechać uścisków dłoni i wszelkich kontaktów fizycznych. Zanim podejdziemy do kogoś na wyciągnięcie ręki, można już kilka kroków wcześniej powiedzieć: przepraszam, ze względów zdrowotnych nie mogę podać dłoni. Nie trzeba się zagłębiać w szczegóły dolegliwości. Ostatnio miałam mały wypadek i złamałam sobie palec u dłoni. Przez jakiś czas musiałam uprzedzać i przepraszać, że mam kłopot. Oczywiście powitanie zawsze było słowne i z pełnym uśmiechem na ustach. Nie zauważyłam, żeby ktoś robił z tego problem. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby sprawić mi bólu.

Zresztą podczas codziennych spotkań wcale nie musi dochodzić do uścisku dłoni, już abstrahując od koronawirusa czy jakichś dolegliwości. Jeśli osoba bardziej uprzywilejowana nie poda dłoni, druga osoba również powinna zaniechać uścisku. Czyli w życiu towarzyskim, jeśli kobieta nie poda ręki, mężczyzna powinien tylko się ukłonić. W życiu służbowym jest podobnie, jedynie wybór formy powitania nie zależy od płci czy wieku, ale od rangi.

Jeśli ktoś ma dobre maniery, to dobrze też wie, że w towarzystwie nie należy kichać. Wbrew pozorom stłumienie odruchu nie jest takie trudne i to bez uszczerbku dla własnego zdrowia: wystarczy podrażnić receptory nerwowe kichania – oczywiście przy użyciu chusteczki – i zyskujemy czas, aby wyjść i kichnąć. Przy okazji dodam, że kulturalna osoba zawsze ma prze sobie chusteczek pod dostatkiem i nie dotyka nosa bezpośrednio dłonią. Takie są też wskazania prewencyjne w stosunku do koronowirusa i innych drobnoustrojów przenoszonych drogą kropelkową, które wcale nie są mniej groźne. Dobrze by było, żeby niektóre zachowania weszły wszystkim w krew.

Jak się więc okazuje, nie ma savoir-vivre’u bez survivalu i survivalu bez savoir-vivre’u.

IKR

shutterstock_635840882

Jak zwrócić uwagę sąsiadom?

Najczęściej stawiam pytanie nieco odmiennie: czy można zwrócić uwagę sąsiadom; ponieważ jest to niegrzeczne i tylko wywołuje wzajemną niechęć. Stosunki dobrosąsiedzkie są przecież dużej wagi. W życiu różnie bywa i nie mam tu na myśli sytuacji, kiedy tylko zabraknie soli czy cukru. Ucząc savoir-vivre’u, podkreślam, że nie można się kierować pragmatyzmem, bo wychodzi nam Mickiewiczowska grzeczność kupiecka, a nie szlachecka. A tu sama wpadam w tę pułapkę i uzasadniam zachowanie względami praktycznymi. Poprawię się więc: nie wypada ludziom dorosłym zwracać uwagi na ich zachowanie, bo to jest zwyczajnie niekulturalne, niezależnie, czy nam się to opłaca, czy nie.

Jednak coś trzeba zrobić, jeśli problem z sąsiadami zwyczajnie nie daje spokojnie żyć, bo na przykład dzieci zza ściany „drą się” i kłócą od momentu powrotu ze szkoły albo nawet wcześniej – wracając ze szkoły – już na korytarzu zapowiadają niespokojny czas sąsiadów, jakby byli sami na tym świecie. Skoro trzeba jakoś zadziałać, to koniecznie tak, aby nikogo nie urazić i jednocześnie osiągnąć swój cel.

Samo upominanie dzieci na niewiele się zdaje, bo dziecko ze swojej perspektywy jedynie pomyśli o nas, że się tylko czepiamy. Sama pamiętam z dzieciństwa, że takich sąsiadów się nie znosi. Możliwe jest jednak wyjście z tej trudnej sytuacji. Prowadzi do tego grzeczna, taktowna rozmowa z rodzicami. Zanim się to uczyni, przede wszystkim przypomnijmy sobie własne zachowanie w tym wieku albo zachowanie swoich dzieci. Wtedy zwyczajnie nabiera się pokory i inaczej wyglądają ewentualne rozmowy. Kiedy dochodzi do spotkania, trzeba je zorganizować z pozycji osoby proszącej, a nie karcącej. Dobrze jest na początku rozmowy okazać wyrozumiałość dla praw, jakimi rządzi się młody wiek. Każde dziecko jest też inne i nie zawsze rodzice są w stanie coś wskórać, jeśli nie są akurat w domu i nie mogą bezpośrednio reagować.  Trzeba też liczyć się że, w czasie rozmowy może okazać się, że dzieci, które wyglądają na zdrowe i tylko są rozwydrzone i źle wychowane, mają jakieś problemy natury psychicznej. Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Nie można nakładać kontekstu własnych doświadczeń na problem innych – w tym wypadku sąsiadów. Bywa oczywiście i tak, że rodzice po prostu akceptują nieludzkie „ryki” swoich dzieci do tego stopnia, że nie zauważają problemu. Wtedy miła rozmowa sąsiedzka powinna choć trochę pomóc. A jeśli po jakimś czasie zauważalna będzie poprawa, koniecznie trzeba podziękować. Można z tej okazji upiec jakieś ciasteczka albo kupić czekoladki i poczęstować nimi sąsiadów i ich dzieci. I takim sposobem problem można przekuć w miłą i dobrą znajomość.

carnival-3075912_1920

„Jasiu, tanga nikt nie zatańczy tak jak my”- Irena Kamińska-Radomska o karnawale dawniej i dziś

Dawniej nawet nie wypadało, żeby podczas balu mąż tańczył ze swoją żoną. Dzisiaj miałby niemały problem, gdyby przynajmniej nie zainicjował tańców, zapraszając żonę na parkiet. Kiedyś było również nie do pomyślenia, żeby po tańcu kobieta odprowadzała mężczyznę do stolika. Ale uwaga: dzisiaj pod tym względem nic się nie zmieniło. Gdyby było odwrotnie, takie zachowanie wprawiłoby niejednego dżentelmena w osłupienie. Chyba że przyjąłby to jako dobry żart. Odnośnie do istnienia dżentelmenów – nie ma co się obruszać i napuszać. Dżentelmeni istnieją, mają się dobrze i są nie mniej liczni na tym świecie niż damy.

Jednak w tych czasach nie mają zastosowania niektóre konwenanse, które miały sens przed nastaniem równouprawnia mężczyzn i kobiet. Przynajmniej w Polsce. Dzisiaj już dziwnie i archaicznie wygląda zachowanie mężczyzny, który prosząc do tańca kobietę, zwraca się nie do niej, tylko do mężczyzny. Można by to odebrać jako pozbawienie kobiet głosu i decyzyjności. Oczywiście ma to nadal sens, kiedy kobieta zaangażowana jest akurat w żywą dyskusję, a poproszenie do tańca mogłoby być wtargnięciem w sam środek jakiegoś wywodu.

Chociaż i ten argument słabo się broni, ponieważ przyjęcia i bale w czasie karnawału (i nie tylko) to nie czas na poważne dyskusje. Wynika z tego, że mężczyzna śmiało może podejść do kobiety, z którą chce zatańczyć i to bezpośrednio ją zaprosić na parkiet. Ewentualnie może kurtuazyjnie rzucić: „pozwoli pan…”, co bardziej odbieramy jako: „pozwoli pan, że przeszkodzę lub przerwę”.

Pewne zasady wynikające z różnicy płci pozostały jednak niezmienione. To mężczyzna/młodzieniec prosi do tańca. Ta inicjatywa pozostaje domeną męską. Oczywiście są wyjątki. Przede wszystkim w momencie, kiedy zapowiedziany jest biały walc, to tylko panie proszą panów do tańca. W tych czasach również poza tym wypadkiem kobieta może bez wahania poprosić bardzo dobrego znajomego na parkiet, kiedy w tym geście nie będzie żadnego nawet cienia narzucania się. Jeśli na przykład powie: „Jasiu, tanga nikt nie zatańczy tak jak my”, Jasiek natychmiast powinien zerwać się na równe nogi i zaprosić koleżankę na parkiet.

Czy można odmówić? Każdy wolny człowiek ma prawo odmówić – zarówno kobieta, jak i mężczyzna. Prawdziwa dama wie, kiedy i jak to zrobić. Z całą pewnością i stanowczością, choć grzecznie, odmawia mężczyźnie, u którego widoczne są oznaki nietrzeźwości. Tacy „tancerze” zaczynają się „przyklejać”, mamrotać głupstwa i tym samym kompromitować siebie i partnerkę. Żeby odmowa nie była zbyt bolesna, dobrze jest podać powód – zmęczenie albo jakąś inną niedyspozycję. Ten taniec niestety trzeba już pominąć, nawet gdyby za chwilę pojawił się wyśniony królewicz z bajki. Prawdziwa dama za żadną cenę nie straci godności, a królewicz, jeśli mu zależy, pojawi się jeszcze raz. 

IKR

O nas

Kobieta z klasą to miejsce dla nieidealnych kobiet, które chcą prawdziwie i szczęśliwie żyć, ciesząc się najdrobniejszymi rzeczami. Pokazujemy Wam inspirujące książki, filmy, publikacje i inne „babskie zajęcia', które być może skłonią was do wyjścia, z często pozornej, strefy komfortu i rozpoczęcia życia na własnych warunkach. Bo w życiu nie zawsze chodzi o to by było stabilnie. Ważne żeby żyć prawdziwie i w zgodzie z własnym ja.

Kontakt

Kontakt:
Joanna Wenecka-Golik
kontakt@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved