website-logo
ucieczka na urlop

3 sposoby na pożyteczne spędzenie długiego weekendu

Jeżeli nie zaplanowałyście wcześniej żadnego fancy wyjazdu, nie wykupiłyście oferty w spa albo po prostu zostajecie w domu, bo ktoś jednak w majówkę musi pracować – nie martwcie się i nie irytujcie, możecie spędzić te dni jeszcze przyjemniej niż reszta!

1. Zrób porządek z balkonem/ogrodem

Pierwsze nieodzowne czynności przy przywracaniu naszym balkonom i ogrodom pozimowego blasku do najprzyjemniejszych nie należą, prawda. Ale gdy już tylko uwiniecie się z wyczyszczeniem płytek, umyciem okien, wygrabieniem starych liści i wymianą na nowe tego, co takiej wymiany zdecydowanie potrzebuje, pozostają same przyjemności. Ulubiona muzyka w uszach i lećcie do sklepu wybierać piękne donice, podłoże i kwiaty. Warto jeszcze przed zakupami usiąść przy pysznej kawie i zaplanować kwietne kompozycje. Może w tym roku niebieskie lobelie, ciemnofioletowe bratki i pudrowa pelargonia? Jeden, dwa dni przyjemnego wysiłku, ale już niebawem ogrodnicze dzieło będzie cieszyło Wasze oczy. Gdy w końcu zrobi się już cieplej, z dumą i kieliszkiem wina w ręku będziecie mogły odpoczywać sobie po pracy aż do jesieni. A sąsiedzi, którzy wyjechali na te kilka dni przez okrągłe pięć miesięcy będą zazdrościć:)

2. Zawodowo przygotuj się do wakacji

Majówka to idealny czas na zaplanowanie i przygotowanie się do wakacyjnego wyjazdu. Jeżeli już masz kupione bilety i nocleg – świetnie! Jeżeli nie, poczekaj do końca majówki, a polecisz w podróż w najdalsze zakątki Europy, a nawet świata za grosze. Przewoźnicy doskonale bowiem wiedzą, i na tym właśnie zarabiają, że wszyscy chcą nagle wyjechać na ten jedyny w swoim rodzaju weekend. A potem… a potem nagle, magicznie po 5 maja ten sam lot kosztuje pięć razy taniej. Warto o tym wiedzieć, a za zaoszczędzone pieniądze kupić jeszcze więcej kwiatów na Wasz balkon:) Gdy będzie już lśnił czystością, usiądźcie sobie i posprawdzajcie, jakie są specjały kuchni w miejscu, do którego się wybieracie. Co zwiedzić, jakie atrakcje warto zobaczyć, może na podróżniczych forach ludzie polecają miejsca, o których w empikowych przewodnikach nie przeczytacie, a które uczynią Wasze wakacje jedynymi w swoim rodzaju? A wieczorem do pachnącej kąpieli idźcie z dobrym reportażem podróżniczym. Wydawnictwa, takie jak choćby Wydawnictwo Czarne czy Dowody na Istnienie, oferują ogromną gamę świetnych książek, dzięki którym Wasz wakacyjny wyjazd będzie świadomym doświadczaniem innej kultury.

3. Zażyj trochę kultury!

Wiecznie zabiegana, tu praca, dom, dzieci, obowiązki domowe, prezentacja na jutro… A kiedy zrobiłaś coś dla siebie? Coś dla swojego rozwoju, kultury? Wiadomo, że trudno się zebrać. Zmęczona tym wszystkim chętnie byś sobie tylko leżała w spokoju. I leż! Na kanapie, przed telewizorem, ale jeden wieczór. A drugi poświęć kulturze. Majówka to idealny czas, żeby spędzić chwilę nie tylko ze sobą, z rodziną, ale i z kulturą. Sprawdź, co grają w kinie. W Krakowie akurat odbywa się fenomenalny Off Camera! Idź do teatru. Może akurat trafił się jakiś dobry koncert i są jeszcze bilety. A może muzeum? Kiedy ostatnio byłaś w muzeum? I nie, wcale nie, nie jest nudno! Dzisiaj wystawy w polskich muzeach robione są pierwsza klasa! Przeciekawe! Oferta kulturalna w całej Polsce jest niesamowicie bogata. Skorzystaj w choć jeden wieczór i dokulturalnij się;)

huta

Z Górnego Śląska

HUTA

Kopalnia – to jakby odwrotność cynkowni. Tu jednostajna szara ciemność – tam różnokolorowe ognie. Tu cisza, pełna przyczajonej grozy – tam jasny, ostry zgiełk. Tam demon pracy występuje w zupełnie teatralnych świetlnych efektach – tu w nieuchwytnem oddziaływaniu wszystkiego tego, co się składa na Ducha kopalni.

Ale jedno jest wspólne: czy w mroku, czy w kolorowem świetle ludzie pracują najzwyczajniej własnemi rękami. Leją płynny cynk z mufli do tygli, z tygli do form, nakładają do mufli blendy i galmanu. Wiercą węglową skałę świdrem, rozsadzają lignozytem, ładują rozkruszoną na wózki. Obcą może być technika tej pracy. Praca sama przez się jest jasna i zrozumiała.

A w hucie żelaznej jest całkiem inaczej. Tu pracują maszyny. Ludzi nie widać, jakby ich nie było.

Maszyny olbrzymie, czarne, imponujące, kolosy z żelaza pracują same – i wiedzą co robią. Raz mi się zdawało, że jedna z nich nic nie wie, że stało się coś nieprzewidzianego i czarny potwór nie będzie wiedział, co począć, nie będzie umiał sobie poradzić. Układał właśnie ogniste polana z rozżarzonego żelaza rzędami po pięć – zawsze i niezmiennie po pięć, jakby pięć zapałek. Wtem jedna taka purpurowa sztaba pękła i przełamała się wpół. Co teraz będzie?

Wysuwa się inna żelazna łapa maszyny i odtrąca purpurowe rozżarzone polano, jak złamaną zapałkę, do zagłębienia, w którem się widocznie gromadzą uszkodzone sztaby. I już na miejsce usuniętej idzie nowa sztaba – żeby koniecznie było pięć. I znów wszystko idzie po dawnemu, zupełnie niezmiennie, nieprzerwanie: po pięć, po pięć, po pięć…

Roztopione płonące żelazo leje się z kranu wprost z formy. Takie wielkie formy, kształtu wielkich koszów na papiery. Z uszami.

Formy są już pełne. Dobrze. Ale jak wydobyć z nich bloki.

Ach, nie turbujmy się o to! Już spuszcza się z góry żelazna ręka, łapie formę za uszy, przechyla, przewraca – już ogniste purpurowe bloki stoją rzędem, jak niewinne babki z piasku, wyjęte z blaszanych foremek. A piekielny żar od nich bucha, aż pot płynie po twarzach…

Spuściła się zgóry jak “żóraw” inna żelazna ręka. Chwyta ogniste bloki delikatnem niezawodnem ujęciem. Unosi, jak piórka. Ustawia w innem miejscu.

W walcowni wiją się po czarnej ziemi ogniste purpurowe węże. Pełzają same, poruszane niewidocznym ruchem walców. Same dobrowolnie włażą w otwory pieców – żeby wyjść z drugiej strony. Muszą, bo gdyby nie chciały, zapędzi je mały czarny człowiek czarnemi widłami. Albo i miotłą! Tak. Zwyczajną miotłą dwóch robotników zagarnia pod potworny walec wielką grubą płytę z rozżarzonego żelazka, która się po każdem takim przejściu ściemnia i rozciąga na blachę. Tu się dzieje wszystko jak w bajce o Ognistym wężu i Żelaznej stopie.

Czyż mamy uwierzyć, że czerwoną płytę pcha zmienny ruch walców, a miotła tylko omiata?

Że żurawiem kieruje ukryty w żelaznej klatce mały półnagi człowiek, oddychający rozpalonem powietrzem, od którego robi się słabo “zwiedzającym osobom”!

Oczu nie można oderwać od tego wszystkiego: od pełzających ognistych wężów, od purpurowych, buchających żarem blasków, od całych strumieni żelaza wijących się wśród piaskowych grzęd, jak całe pole ognia. A przez to piekło pracy, przez zupełnie ogłuszający łoskot maszyn przedziera się miarowy huk parowego młota, jak bijące serce Huty. Coraz głośniejszy. Idziemy w tę stronę – przystajemy tuż przy nim, patrzymy, jak spłaszcza czerwony żelazny stożek, wybija w środku dziurę – i ze stożka robi się koło. Zwyczajne koło, takie jak do wagonu. Potem drugie, trzecie.

Sygnałów żadnych nie widać. Widocznie młot też wie sam, co ma robić – jak wszystkie maszyny.

Z cynkowni, z kopalni wychodziło się myśląc o człowieku. Że tak oto pracuje. Że tak właśnie musi pracować. Z Huty wychodzi z oczami pełnemi czerwonego ognia i żelaza, z uszami pełnymi huku, z głową pełną maszyny. Poprostu ukarza się przed potęgą maszyny. I zredukowaniem roli człowieka wobec Żelaznej ręki – którą sam sobie wymyślił.

H. Boguszewska

„Kobieta współczesna” kwiecień 1927, nr 2, str. 13.

katusze

Rodzina Państwa Bille cz.15

Żywoty świętych.

Dziewczynki siedzą w ogrodzie sióstr, wokoło chropowatych stołów z niemalowanego drzewa. Drobne kropelki żywicy lepią się do palców. W cieniu olbrzymiego ligustra kryje się gipsowy posąg Najświętszej Dziewicy. Słońce pieści jej aureolę z pozłacanej miedzi. Lipy sieją wokoło swe delikatne kwiatki. Wiaterek rozwiewa włosy pięćdziesięciu główek. Siostra Aniela czyta głośno. Między dziewczynkami krążą piękne ilustracje.

Oto Blandyna. Rudawe lwy ogryzają jej palce u nóg. Oto Dionizy. W obu rękach niesie głowę. Oto Jerzy. Niedbałem uderzeniem lancy powala smoka. A tu Paweł, Piotr, Koletta, Cecylja, Barbara, Dionizja…

W drżącem świetle słonecznem wyraźnie odbijają postaci świętych dziewic, przybranych w białe lniane szaty. Postaci ich wynurzają się z gęstwiny krzewów, zarysowują na skrzyżowaniu ścieżek, biegnących ku małemu sadowi, w którym wiśnie zaczynają dojrzewać. Dziewice te gorąco kochały Jezusa. I dla niego śmierć poniosły. Niektóre z nich były niezmiernie bogate. Inne niezwykle piękne. Mogły poślubić pięknych rycerzy. Mogły stroić się w złote bransolety i kolje z pereł. Wystarczyło szepnąć słowo…

Ponieważ nie szepnęły tego słowa – bito je, krępowano im ramiona, wypalano te śliczne oczy. A potem ucięto im ich śliczne główki…

Siostra Aniela zapewnia:

-Kościół, który wyrósł na krzyżu, karmi się cierpieniem swoich dzieci. Kościół podobny jest winnicy, która ugina się pod ciężarem winnych gron dopiero wtedy, gdy przedrze ją żelazo.

Cud! Dziewice nie umarły! Dziewice przechadzają się po niebie: strojne są w białe róże. Suknie ich podtrzymują piękne srebrne pasy. Święte dziewice widzą przez szczeliny wszystko, co się dzieje na ziemi. Świeży ich oddech porusza liśćmi platanów i topoli. Oczy ich sieją blask. Dziewice krzyżują ramiona. Czasami śmieją się. Rzekłbyś, chór anielskich harf.

A więc dziewczynki rozumieją teraz, że i cierpienie może być błogosławieństwem. Słychać uderzenie skrzydeł. Szum sukien. Anioł Stróż mówi cichym głosem. Nie widzimy go, ale wargi jego mają zapach łąki, poziomek i słońca.

Pnące róże owijają pień poważnej sosny i czynią starość jej radosną. Z rowu, zarosłego białemi pokrzywami, bezustannie dochodzi cichy szmer. Widać szczyt muru. Ozdabiają go odłamki białego i czerwonego szkła. O, jakie dalekie jest miasto! Bezbożne miasto nie przenika do ogrodu klasztornego. Obecność jego zdradza zaledwie kilka cienkich smug dymu. Czyż za chwilę nie ujrzymy liktorów o zachmurzonych brwiach, zakutych w zbroję, strojnych w kaski, ozdobione czarnymi piórami? Czyż nie usłyszymy potężnego chrzęstu  ich broni? To znaczyłoby umrzeć!… Dobrze, więc umrzeć – mniejsza o to! Umrze się, szepnąc imię Jezusa; przecież niedługo nastąpi przebudzenie! białe chmury pieszczą stopy! białe róże… pasy srebrne…muzyka harf…

Zuzanna Lievin siedzi nieruchomo. Skrzyżowała ramiona. Źrenice jej błyszczą przedziwnie. Siostra Aniela zamilkła. Właśnie zadzwoniono na pauzę.

Zuzanna zebrała kilka przyjaciółek. Zaproponowała im:

-A gdybyśmy się tak nauczyły się cierpieć…

Wszystkie przyklasnęły tej myśli. Uczyniono kilka prób. Janka Sorel miała przez pięć minut stać na lewej nodze. Marta Dupin poprosiła jedną z koleżanek o wyrwanie jej kilku włosów. Zniosła to z uśmiechem. Tylko powieki drżały jej lekko. Klementynę Jacquot uszczypnięto do krwi. Nie była w stanie powstrzymać okrzyku bólu. Potraktowano ją z pogardą. Emma zniosła te same katusze z niewypowiedzianem bohaterstwem. Zuzanna Lievin chciała własnoręcznie zadać jej cierpienie. Zacisnęła zęby, by móc uszczypnąć silniej. Emma nie pisnęła nawet. Zuzanna zawołała:

-Jesteś dzielna!

Pochwała ta była bezcenna.

Sama zaś Zuzanna zakasała rękaw, wyjęła z fartuszka szpilkę. Uśmiechnęła się. Była spokojna. Dziewczynki zadrżały. Zamknęły oczy. Gdy otworzyły je, Zuzanna wciąż się uśmiechała. Wyciągnęła ramię, na którem błysnęła kropelka krwi.

Zuzanna po raz drugi zbliżyła szpilkę. Wołano na nią:

-Dosyć!

-Błagam cię!

-To boli!

Opuściła powieki, powiedziała głosem uroczystym:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Czy Pan nasz nie cierpiał za nas?

I ciągnęła dalej:

-Bo wy nie wiecie jeszcze wszystkiego. Siostra Aniela nie powiedziała wam. Czy znacie historję Agnieszki?

-Nie.

-A więc Agnieszka była to dziewczynka niewiele co starsza od nas – o, nie tłoczcie się! Powiedziano jej: “Moja dziewcznko, będziesz służyła fałszywym bogom!”. Odrzekła: “Tak, tak, liczcie na to!” wtedy zaprowadzono ją do miejsc zakazanych…

-Dokąd?

-Do miejsc zakazanych… Nie mówię chyba do głuchych. Było tam tylu młodzieńców. Ale Agnieszka nie patrzyła na nich. Kpiła sobie poprostu z tych młodzików. Więc…

-Więc?…

-Wtedy poddano ją rozmaitym katuszom, a wreszcie ucięto głowę. No i tak…

Dziewczynki milczały. Może w duszy pragnęły, by złośliwie osy zadawały im śmiertelne ukłucia. Platany, topole, podobne do świętego Sebastjana, z rezygnacją przyjmowały grad strzał słonecznych. Gipsowy posąg Najświętszej Panienki wyciągał ramiona, wzywając błogosławieństwa niebios…

Gdy noc zapadła, Emma nie myślała o śnie. Z niewymownem bohaterstwem gryzła palce. Marzyła o Zuzannie. Co za szczęście, gdyby jutro mogła jej pokazać prawdziwą, wielką ranę!

Piotr Villetard

Przekład autoryzowany Zofji Popławskiej

“Kobieta współczesna” maj 1927, nr 9, str. 11/ nr 10, str. 14.

woman-2609115_1280

Intymne wyznania i trudne wyzwania – rozmowa z bulimiczką

BOHATERKA STYCZNIA

Regina: A no dzień dobry, dzień dobry! W końcu się udało zobaczyć! I to tylko dzięki sprawom służbowym, bo tak to człowiek Cię nigdzie nie wyciągnie!

Aleksandra: Straszne to nasze młode, niepoważnie przez naszych rodziców traktowane życie, nie?  Oni myślą, że non stop tylko się spotykasz ze znajomymi albo śpisz, a ty biegasz i biegasz, a tak naprawdę to nie wiesz po co… i ani chwili dla siebie!

Regina: A weź! O tym za chwilę. To co zamawiamy?

Aleksandra: Dziś chwila rozpusty i skoro wybrałyśmy pizzę, to ja wszystkie warzywa po kolei. A dla Ciebie?

Regina: Hmmm, ciężko wybrać… Szynka parmeńska, rukola, pomidorki cherry. I parmezan!

A: Widzę, że rozpusta na całego! Ale wolno Ci takie rzeczy jeść? Kiedyś to przecież pamiętam, że nawet margherity się wystrzegałaś! Czyżby się udało i całkiem sobie z tym wszystkim poradziłaś, czy rzutuje Ci to jeszcze jakoś na codzienne życie?

R: No, niestety to zostaje na całe życie. Ogólnie to przecież uwielbiam jeść, gotować, przyprawiać, kombinować ze smakami, więc jestem też trochę przy kości. No i ogólnie to lubię to u siebie. Kryzys zaczyna się jak na przykład moja wychudzona kuzynka albo szwagier zaczynają mi dogadywać. Bardzo chętnie bym poszła wtedy wymiotować, żeby im pokazać, że mogę być szczupła, z czystej przekory. Ćwiczyć się okazało, że nie mogę, bo stan zdrowia mi nie pozwala. Więc ostatecznie to dla mnie najprostsze wyjście. Tylko jedna rzecz mnie w sumie powstrzymuje, a mianowicie moje zdrowie. Cały czas jestem na lekach. I w tym miejscu cieszę się, że muszę brać leki, bo żeby działały muszę normalnie jeść. Są okresy, kiedy trzymam dietę i wszystko jest w porządku, ale nagle mam atak obżarstwa i jem wszystko, WSZYSTKO!

A.: Wiesz jak to trochę brzmi, że tylko leki Cię powstrzymują przed takimi rzeczami?! Jakbyś cały czas się z tym czynnie zmagała! Z dnia na dzień… A Twoja kuzynka wciąż Ci tak dogaduje? Ona w ogóle wie, jaką walkę stoczyłaś z bulimią?

R.: Ogólnie zdarzają mi się jakieś napady raz na około 8 miesięcy, takie jednorazowe. Ale najczęściej jest mi wtedy niedobrze albo podejrzewam, że coś mi zaszkodziło. A ona nic nie wie. Jest w stanie za każdym razem wypominać mi: „Jezu, jakaś Ty gruba!”. A ona sama chuda jak kościotrup bez żadnego wysiłku.

A.: A nie myślałaś, żeby jej o tym powiedzieć? W końcu raz, że jesteście bliskimi kuzynkami, przyjaźnicie się (choć wiem, że różnie między Wami bywało, ale jak wydoroślałyście przyszedł chyba lepszy czas), więc dwa byłoby Ci chyba łatwiej jakby wiedziała, no bo chyba przecież nie komentowałaby w taki sposób, tego jak wyglądasz.

R.: Myślę, że niczego by to nie zmieniło. Tym bardziej, że kiedyś miałam dowody na to, że robi to samo. I jeśli siedzimy (siedziałyśmy) w tym razem i zna to od podszewki, więc wątpię, żeby przestała po jakiejkolwiek rozmowie.

A.: Naprawdę?! Nie wiedziałam, że też tak miała! To jest niewiarygodne, jak bardzo człowiek się zamyka sam w sobie z takim problemem, jak nie potrafi o nim rozmawiać! Nawet z jedną z bliższych Ci osób… i to jeszcze mającą ten sam problem…

R.: To jest normalne uzależnienie, jak narkotyki, nie mówi się nikomu, nawet jak się już przestało brać.

A.: Nazwałaś się kiedykolwiek wprost bulimiczką? Przyznałaś się sama przed sobą, że naprawdę nią jesteś?

R.: Wtedy bardzo trudno było mi się do tego przyznać, bo jak byłam młodsza nie rozumiałam takich osób. W ogóle po czasie, trochę pod wpływem osób wtajemniczonych, przyznałam, że mam problem. I dopiero po kilku latach byłam/jestem w stanie podejść do tego obiektywnie i teraz uważam i przyznaję, że jestem. Jestem bulimiczką, bo z tego jak i z alkoholizmu się nie wyrasta, to gdzieś siedzi w Tobie i pilnujesz się, żeby nie spróbować po raz kolejny.

A.: A nie miałaś nigdy takiej pokusy, żeby wszystkim w domu i wszystkim, którzy Ci tak mówią, wykrzyczeć w twarz, że to jest choroba, zaburzenie, że bulimia nie jest Twoją winą i że powinni Cię w tym wspierać, a nie jeszcze bardziej dołować.

R.: Miałam nie raz. Ale to nie jest mentalność, która by to zrozumiała. Według nich to jest wymyślanie. Choroba to rak, grypa, a nie wymiotowanie, bo chce się być chudym.

A.: Zgodzę się i jednocześnie totalnie nie zgodzę z tą małomiasteczkową mentalnością, o której mówisz, bo bulimia to jest wydumany problem.Ale „wydumany” w tym sensie, że jej przyczyny są wydumane. Chodzi mi o to, że zwykle bulimia bierze się stąd, że dziewczyny UWAŻAJĄ, że są za grube, za brzydkie, za mało atrakcyjne, a dla wszystkich innych wcale tak nie jest! Przecież jak Cię pamiętam z końca gimnazjum byłaś normalną, zgrabną dziewczyną!

R.: Zaczęłam tyć początkiem liceum. Ale zgodzę się, że to siedzi w głowie, to przede wszystkim choroba umysłu, dopiero potem ciała. Jak zaczynałam tę „przygodę” to ważyłam 65kg. Teraz ważę około70/73 i jest mi z tym dobrze i nie uważam się za grubą. Po prostu krąglejszą, ale jeszcze w normie. Tylko w wyjątkowych przypadkach czuję się źle, jak gdzieś jestem na przykład na weselu, chrzcinach, urodzinach, jakiejś imprezie i wszystkie kobiety są wystrojone i szczupłe i wiem, że jestem porównywana. I to jest przekora z mojej strony, bo wiem, że mogłabym być równie szczupła, ale z drugiej strony żal mi takich osób, że ich życie kręci się wyłącznie wokół tego, kto jest szczupły a kto gruby. Tak jakby tłuszcz zaprzeczał temu, że ktoś jest wartościową osobą. Czy jakby Skłodowska-Curie miała dodatkowe 30 kilogramów niczego by nie odkryła? Albo jakby przytyła już po ich odkryciu to co, to by znaczyło, że mózg jej proporcjonalnie zanikł kosztem tłuszczu?!

A.: No wiadomo, że nie. Ale w ogóle pamiętasz skąd to się wzięło, jakie były wymierne przyczyny Twojej bulimii? Że niby liceum, zmiana środowiska i ten beznadziejny czas, kiedy do końca jeszcze nie wiesz, kim jesteś, kim chcesz być i dlatego porównujesz się ze wszystkimi? A każde słowo krytyki boli wielokrotnie więcej niż teraz?

R.: Dokładnie. Poza tym ludzie w wieku 16-18 są niesamowicie podatni na wpływy. I moim zdaniem nie mają wypracowanego poczucia własnej wartości. To się dopiero rozwija w miarę kształtowania się osobowości i charakteru, z wiekiem. Jakby mi ktoś teraz powiedział coś,  przez co załamywałam się w liceum, to bym go wyśmiała. Bo niby jakim prawem i dlaczego? Czy zna mnie aż tak niesamowicie dobrze, żeby się wypowiadać na mój temat? A jeśli nie, to znaczy, że to co mówi, to bujdy na resorach.

A.: Ale pamiętasz dokładnie dlaczego rzuciłaś się w bulimię? Jakiś komentarz, spojrzenie Cię do tego sprowokowały? Bo coś z tego musiałaś mieć w głowie wchodząc do łazienki i po raz pierwszy prowokując wymioty.

R.: Chyba nikt mi nic nie powiedział, albo nie zapamiętałam. Raczej to było właśnie to porównywanie się do innych, poznałam masę nowych osób, dziesiątki dziewczyn. One wszystkie były ładne, szczupłe i faceci się za nimi oglądali. Chyba to było takie decydujące, żeby jakiś chłopak się za mną obejrzał. Strasznie mi brakowało miłości, przytulania, bliskości. Chciałam być taka jak te „sławne dziewczyny z liceum”. Potem się okazało, że jedna z nich, do której szczególnie się porównywałam, miała to samo co ja, bo spotykałyśmy się w łazience. Takie błędne koło.

A.: Serio? Ale tak w łazience w szkole?

R.: Tak, bo jak się nie zje nic cały dzień, to się wygląda podejrzanie, ktoś zwróci uwagę, że może coś jest nie tak, więc lepiej zjeść i w tajemnicy zwymiotować. Jesz normalnie, jesteś szczupła, to pewnie po prostu masz dobre geny. A jak nie jesz i jesteś szczupła to od razu jest podejrzenie o głodówkę i anoreksję.

A.: A jeszcze szczególnie w liceum! Moja ciocia jest nauczycielką wychowania fizycznego właśnie  w liceum i opowiadała, że od lat panuje jakaś epidemia mdlejących, słabowitych dziewcząt, które nie radzą sobie z przeróżnymi presjami i uciekają się do tego typu praktyk.

R.: No, organizm jest wtedy strasznie osłabiony. Ja miałam problemy nawet ze wstawaniem z łóżka, spacerem czy sprzątaniem.

A.: Ale świetnie nauczyłaś się kryć! To Ci trzeba przyznać… ja nic a nic bym nie zauważyła, gdybyś się kiedyś pokątnie nie przyznała później.

R.: Bo tak trzeba! Jakbyś zauważyła to byś mi nie dała żyć. Więc dla świętego spokoju…

A.: A nie uważasz, że ukrywanie przez bliskimi osobami takich ważnych spraw powoduje, że w sumie nie dajesz im się poznać, pomóc, no jakby nie było, te doświadczenia i problemy, to ważna część Ciebie i Twojej małej historii?

R.: Trudne pytanie. Chyba nie uważam, żeby ta jedna sprawa zmieniała obraz mojej osoby w oczach bliskich. To też ma trochę taki intymny wydźwięk. Dla mnie to też był jakiś rytuał. Oczyszczenie, jakbym pozbywała się nagromadzonego stresu. Coś jak medytacja dla niektórych, chwila dla siebie. Wiem, jak to brzmi, ale tak się właśnie czułam. Jakbym o tym opowiadała wszystkim, to czułabym się przytłoczona, jakbym to robiła na pokaz.

A.: Brzmi dla mnie – osoby, która nigdy osobiście nie miała z tym do czynienia – przedziwnie. Że to jakby medytacja. Ale mieści mi się to w głowie, że można to tak traktować. Jak rytuał. Tym bardziej oczyszczający. I zgodzę się, że ta jedna sprawa nie zmienia Twojego obrazu w oczach bliskich, ale trochę go modyfikuje. Tym bardziej, że masz w swoim życiorysie więcej takich perełek, które ukrywasz… Co było najpierw bulimia czy samookaleczanie?

R.: Mniej więcej w tym samym czasie, z różnicą chyba kilku tygodni. Ale bulimia wcześniej. I w sumie jak zaczęłam się okaleczać, to przestałam tak często wymiotować. Brrr, do tej pory jak myślę o okaleczeniu, to czuję zimno żyletki pod skórą. Teraz to uczucie wydaje mi się obrzydliwe, a wtedy działało oczyszczająco. Psychicznie oczywiście.

A.: Ale czemu? To niby akt oczyszczenia, ale jakiego, skoro doskonale wiesz, że po cięciu nic się nie zmieni… będzie dokładnie to samo, DOKŁADNIE, dopóki FAKTYCZNIE czegoś się nie zmieni.

R.: Życie mnie wtedy wyjątkowo przytłaczało. Miałam wtedy drugi raz w życiu epizod z molestowaniem, tata zaczynał pić, mama się na mnie darła o wszystko, bo sama była sfrustrowana, byłam niechcianym, nie takim dzieckiem, jakiego chcieli, bo nosiłam glany, zaczęłam farbować włosy… A cięcie się… było jakbym zamykała to życie w jednej chwili i przenosiła się gdzieindziej. Było na tyle nierealne, że pozwalało mi oderwać się od rzeczywistości. A ból fizyczny pozwalał oderwać się od bólu psychicznego.

A.: Epizody z molestowaniem?!

R.: Aha, pierwszy jak miałam 12 lat, drugi jak miałam 16/17.

A.: Dasz radę mi tak tu przy pizzy opowiedzieć?

R..: Pierwszy raz jak grałam z kolegami w jakąś grę podwórkową na drodze, było już koło 21 i zrobiło się ciemno. Pobiegłam gdzieś szukać patyka do gry i zaszedł mi drogę sąsiad babci, taki podstarzały alkoholik i zaczął mnie łapać za piersi z głupim uśmieszkiem i pytaniem, czy trzeba było tak daleko samej uciekać. Drugi raz byłam u babci, a ona spała. Siedziałam przy stole z wujkiem, a on nagle zaczął mi wkładać rękę w spodnie. A jak mu powiedziałam, żeby przestał, to mi odpowiedział: „Proszę, Reginko, tylko trochę”. Wyjęłam mu te ręce, ale siedziałam dalej, bo byłam w szoku, nie wiedziałam, jak mam się dalej zachować. Wtedy na wakacjach była tam moja kuzynka, która miała 8 lat. Wzięłam ją do nas do domu do końca wakacji, bo się o nią bałam. Wujek ostatecznie się stoczył, pije non stop i jest już całkiem oderwany od rzeczywistości. Nic nie pamięta. Na szczęście nic wielkiego się nie stało, ale mam uraz do mężczyzn. Jadę autobusem i jeżeli jakiś za mną stoi, to mam atak paniki.

A.: Dzięki Bogu, Ci stereotypowi wujkowie, podpici i rubaszni, chyba się wykruszają.  Mam nadzieję, że nasze pokolenie wujków i cioć będzie już miłe i serdeczne, dużo mniej o ile nie w ogóle niepatologiczne w taki sposób.

R.: Ja jestem ciocią od 8 miesięcy przecież i w głowie mi się nie mieści, jak można traktować tak swoją rodzinę. Dzieci! Molestować nieletnich! Robić im taką krzywdę! Najlepsze z tego jest to, że ja o tym nie pamiętałam w ogóle do pewnego momentu! Dopiero po około trzech latach sobie przypomniałam. Jak rozmawiałam z przyjaciółką i wspomniała o jakimś wydarzeniu z udziałem starszego faceta, które wzbudziło w niej obrzydzenie. I mi to wróciło, uderzyło jakby dostała obuchem w głowę. Po 7 latach od pierwszego razu i po trzech od drugiego przypomniałam sobie.

A.: Oczywiście nie powiedziałaś wtedy ani później rodzicom?

R.: Nigdy. Mój tata jest bardzo nerwowy i jeśli powiem, że pobiłby ich na śmierć, albo przynajmniej tak, że miałby potem poważne problemy, to nie przesadzę.

A.: A nie wpłynęło to jakoś drastycznie na Twoje związki, relacje z mężczyznami już w dorosłym życiu? Bo mówisz, że w autobusie masz czasem atak paniki jak jakiś mężczyzna za Tobą stanie. A nie masz tak, że przez te złe doświadczenia w ogóle odsunęłaś się od chłopaków albo masz jakieś problemy w relacjach?

R.: Właśnie może to dziwne, ale nie. W liceum nie miałam żadnych chłopaków, dopiero jak poszłam na studia. I w sumie ani w długich związkach nie miałam problemów ani w jakichś bardziej krótkotrwałych relacjach. Tylko jedną taką sytuację pamiętam. Jak mój drugi chłopak trochę więcej wypił i zapalił, to miał bardzo podobne oczy do tego wujka. I raz się o to bardzo pokłóciliśmy, bo mu to powiedziałam.

A.: No a rodzice? Tata od pewnego momentu pił i wiem, że nie było z nim łatwo i trudno by Ci było z czymkolwiek takim do niego iść, ale mama? Czemu z tym do niej nie poszłaś? Z tym wszystkim po kolei, począwszy od tego „wydarzenia”, kiedy miałaś 12 lat.

R.: Bo moi rodzice, zarówno tata jak i mama są bardzo konserwatywni. Do tego mama jest w stu procentach podległa tacie, jak to bywa w małżeństwie na wsi i wszystko, co wie mama, od razu wie też tata. A biorąc pod uwagę to, że miałam piekło w domu za pierwszy tatuaż, to po takiej akcji jak molestowanie czy bulimia musiałabym się chyba z domu wyprowadzić. Jasne, że by mnie nie wyrzucili, ale byłabym TĄ. Jak mówiłyśmy –  mentalność wsi i małych miasteczek, wszystko jakimś cudem się rozchodzi i wszyscy wiedzą. No i z mamą mam kontakt dopiero od trzech lat.

A.: W sumie to czemu dopiero od tego czasu? Ona była inna, Ty byłaś inna – obie bardziej emocjonalne, mniej wyrozumiałe dla siebie nawzajem?

R.: Wszystko na raz. Ja byłam niedojrzała, nie szanowałam zdania matki, a ona – Matka – chciała mieć pełną kontrolę. Dopiero jak dorosłam – mam na myśli moje 22 lata – zrozumiałam, że mama miała rację, a ona z kolei, że jestem już dorosła i będę sama decydować o swoim życiu. Chociaż dalej zdarza się jej mnie sprawdzać! Ale to już jak chyba każdej matce!

A.: Smutne to… że nie była w stanie Ci pomóc. I z drugiej strony, że też tej pomocy wcale u niej nie szukałaś. Że ma córkę, o której tak wiele nie wie. I to istotnych rzeczy. I pewnie vice versa.

R.: Wiesz, nie mam jej za złe. Już nie. Już inaczej na to patrzę niż wtedy. W końcu nikt nie dostaje instrukcji na bycie dobrą matką, taka instrukcja nie istnieje, a każde dziecko też jest inne… Dobra! Już po 21! Muszę uciekać!

A.: Minęły dwie godziny, a  dopiero dotknęłyśmy wierzchołka góry lodowej…

R.: No jak znajdziesz jeszcze w najbliższym czasie i dla mnie chwilę, to może dokończymy, znowu zaczynając coraz to nowe i nowe tematy!

zdjęcie główne

Czy znasz zasady dress code’u?

W tym tygodniu w jednym z butików moją uwagę przyciągnęła biała bawełniana szmizjerka na lato w drobniutkie błękitne prążki. Ekspedientka podeszła i zapytała, czy nie zechciałabym jej przymierzyć. Oceniła tę sukienkę jako casualową i dodała, że będzie „poza dress code’em”. Uśmiechnęłam się i poszłam do przymierzalni, myśląc sobie, że pani, która mnie obsługiwała, niewiele wiedziała na temat zasad dress code’u.

Żeby było wszystko jasne: ta konkretna szmizjerka, czyli sukienka koszulowa, była faktycznie na najniższym szczeblu dress code’u, czyli typu casual. Ekspedientka wcale się tutaj nie pomyliła. Jej błąd polegał na czymś innym – na stwierdzeniu, że ta sukienka jest poza dress code’em.

Prowadząc zajęcia z wizerunku, niejednokrotnie spotkałam się z podobnym myśleniem, to znaczy z utożsamianiem zasad dress code’u ze strojami z wyższych szczebli hierarchii ubiorów, takimi jak garsonka, spodnium czy sukienka wizytowa. A przecież odzieżowy kanon dotyczy wszelkich ubiorów: od koszulki trykotowej po suknię wieczorową. Czy zatem może być cokolwiek spoza dress code’u? Owszem, może, ale to już zależy od konkretnej osoby, która łamie zasady dostosowania stroju do okazji. Na przykładzie wspomnianej sytuacji – ta bawełniana casualowa sukienka będzie poza zasadami tam, gdzie będzie niestosowna; gdybym założyła ją na przykład na uroczystą galę albo na wesele. Natomiast zakładając ją na spacer czy do sklepu, nie popełniam błędu, gdyż byłoby to zgodne z regułami odzieżowej etykiety.

Ostatnio spotkałam się też z problemem dostosowania stroju do okoliczności. Słyszałam, że goście mieli dylemat, co założyć na przyjęcie, ponieważ informacja na zaproszeniu mówiła o strojach „wieczorowych casual”. Nie dziwią mnie dręczące ich wątpliwości, bo formalnie takiego określenia nie ma. Strój jest bowiem albo casual albo wieczorowy. Może być jeszcze ewentualnie casual smart albo wieczorowa wersja stroju wizytowego. Ciekawe, co też w tym wypadku gospodarze mieli na myśli? Przecież różnica między ubraniem wieczorowym a casual jest kolosalna.

Strój wieczorowy (black tie/czarna mucha/smoking/półformalny) to dla kobiety długa suknia lub kostium ze szlachetnych materiałów, gustowna biżuteria i czółenka najlepiej na obcasie. Casual dla rzucającej się w oczy odmiany to przykładowo dżinsy i T-shirt. Oczywiście nie musi to być ten zestaw; może to być trykotowa sukienka albo sweterek plus sportowa spódnica itp. Najistotniejsze jest tutaj to, że strój wieczorowy i casual to dwa różne światy.

Jeśli gospodarze nie mają pojęcia na temat dress code’u, już lepiej zrobią, gdy pominą na zaproszeniu informację o stroju. To mimo wszystko jakiś konkret dla gości, ponieważ wtedy znając ogólne zasady ubioru, założą stroje wizytowe i przy większej uważności dostosują je jeszcze do pory dnia. Ale jeśli nawet tego nie uczynią, to różnice w typach ubiorów nie będą aż tak wielkie. I wszyscy będą się dobrze czuli, a na przyjęciach chyba przecież o to właśnie chodzi.

 

Dr Irena Kamińska-Radomska

O nas

Nasz portal to miejsce, w którym klasa jest tym, co łączy kobiety z różnych pokoleń, o różnych przekonaniach i stylach. To miejsce z duszą i klasą stworzone właśnie dla Ciebie.

Ambasadorka Portlau

irena-kaminska-radomska

 

Ambasadorką portalu
jest Pani
Dr Irena Kamińska-Radomska

Kontakt

Redaktor naczelna:
Joanna Wenecka-Golik
naczelna@kobietazklasa.pl
+48 600 326 398

Zastępca redaktor naczelnej:
Aleksandra Kałafut
akalafut@kobietazklasa.pl
+48 539 176 512

Biuro:
kontakt@kobietazklasa.pl

Copyright 2019 WebSystems ©  All Rights Reserved