website-logo

Ameryka odbiera kobietom głos

Amerykański rząd wydał dekret, którym skazuje kobiety na milczenie. Mogą wypowiedzieć tylko 100 słów dziennie. Jeśli przekroczą limit, licznik słów zamontowany na nadgarstku każdej z nich zamieni się w paralizator – każde kolejne przekroczenie to coraz mocniejsze porażenie prądem. Każda kobieta traci prawo do wykonywania zawodu. Od teraz ma realizować swoje jedyne powołanie – zajmować się domem i rodziną. Patrz sprzątać, gotować, prać i robić zakupy. Nie można nawet pomagać dziecku w lekcjach, bo przecież nie można do niego mówić. Można na dziecko tylko niemo patrzeć i ewentualnie przytulać, bo kobiety nie mogą też czytać ani pisać. Poza tym dziewczynkom i tak zmieniono program nauczania w szkole. Zamiast matematyki, fizyki i historii literatury mają teraz lekcje pieczenia i szycia.

Rok temu w Ameryce, a w tym roku w Polsce, wydano dystopijną powieść amerykańskiej lingwistki, Christiny Dalcher. Wydarzeniu temu towarzyszyła ogromna kampania marketingowa obracająca się wokół haseł „epoki meetoo” oraz „realistycznej wizji przyszłości”. I jedno muszę tej książce przyznać – pod względem marketingowym napisana i wydana została idealnie. Kurs antytrumpowej kampanii w Stanach i antynarodowej (=laickiej, proimigranckiej, feministycznej) narracji w Europie przysporzył książce nie lada zainteresowania i dużej sprzedaży. Jednak czy „Vox” faktycznie na to zasłużył?

Z punktu widzenia klasycznych wyznaczników dobrej powieści – nie jest to książka zła. Fabuła „prawdziwego thrilleru w stylu hollywoodzkim” momentami nawet faktycznie wciąga, akcja jest ciągła, stosunkowo logiczna, a bohaterowie skrojeni są na miarę realnych postaci. Czytelnik bez problemu może utożsamić się z główną postacią „Voxu” – doktor Jean McClellan, która do momentu fundamentalistycznego przewrotu była cenioną specjalistką i naukowcem zajmującym się wynalezieniem leku na afazję Wernickiego.

Nie bez powodu główna bohaterka książki przez lata pracowała nad odnalezieniem leku przeciwko zaburzeniom w powstawaniu mowy i jej artykulacji, teraz bowiem w drodze tragicznego wyjątku powołana zostaje do specjalnego zespołu, który ma za zadanie doprowadzić do tego, by brat prezydenta znów zaczął mu logicznie doradzać i pomógł utrzymać w Stanach konserwatywną dyktaturę. Doktor McClellan godzi się na udział w projekcie dla siebie, córki i miłosnej niespodzianki, która decydować będzie o jej późniejszych wyborach.

Z punktu widzenia gatunku „Vox” określić możemy jako dystopię – negatywną wizję świata w tym przypadku reprezentowaną i narzucaną przez konserwatywnych chrześcijan. Zdaje się, że dla zachodniego świata te antyutopijne pomysły Dalcher są przerażająco skrajne, a na same słowa konserwatyzm, chrześcijaństwo i prawicowy fundamentalizm bohaterka Dalcher dostaje ataku białej gorączki. Fakt, zgodzę się co do tego, że licznik słów rażący prądem jest absolutną przesadą, ograniczeniem podstawowego prawa, odebrania kobietom wolności i godności.

Trzeba jednak zrozumieć, że w założeniu reformatorów jest to jedynie środek w osiągnięciu celu – społeczeństwa opartego na zupełnie innych zasadach niż dotychczas. Stąd inne, chciałoby się rzec, klasyczne elementy propagandy i środki wprowadzania nowej (nowej-starej, bo to nic, czego byśmy z historii już nie znali) ideologii: uczenia w szkołach dziewczynek szycia w ciszy, chłopaków zaś studiowania „książki o niewinnie brzmiącym tytule” Podstawy nowoczesnej filozofii chrześcijańskiej. Stąd „zaopiekowanie się” gejami poprzez wtrącenie ich do więziennych cel i wysłanie „cudzołożnic” na farmy Dakoty Północnej albo na pola kukurydziane Środkowego Zachodu. Wiem, wiem, brzmi to fatalnie, choć muszę się szczerze przyznać, że głośno parsknęłam przy biadoleniu nad „feministkami”, kobietami wyzwolonymi i kobietami nauki, którym (pomijając oczywiście elektryczny licznik) nic wielkiego się nie działo – musiały po prostu pracować w polu i – oj, oj straszne – zniszczyć sobie pięknie wypielęgnowane dłonie: ” Przechodzą mnie ciarki na myśl o tym, że Lin, drobna kobieta o potężnym mózgu, miałaby harować gołymi rękami, żeby odpokutować swoje grzechy namiętności.” No cóż, mnie jakoś nie.

Ale żeby nie było – nie popieram przedstawionych w książce metod „wychowywania” społeczeństwa; nie mówię, że tego, co przez ostatnie stulecie działo się w Polsce, Amerykanie nie są sobie w stanie nawet wyobrazić, dlatego przeraża ich samo wtrącenie do więzienia. Każdy przejaw narzucenia jakiejś swojej wizji społeczeństwa społeczeństwu przy zastosowaniu środków przymusu jest złem. Tylko że… autorka za pomocą swojej głównej bohaterki tak strasznie krytykuje otaczającą nową rzeczywistość… tak bardzo się obrusza na wychowywanie dzieci pod kątem słów z Listu do Koryntian: „głową każdego mężczyzny jest Chrystus, mężczyzna zaś jest głową kobiety, a głową Chrystusa – Bóg” czy z Księgi Tytusa: „Niech pouczają młode kobiety, jak mają kochać mężów, dzieci, jak mają być rozumne, czyste, gospodarne, dobre, poddane swoim mężom”… tak bardzo nie zgadza się na przemocowe metody stosowane przez obecną władzę, a co sama robi?

Fabularnie nie zdradzę, żeby nie spoilerować, powiem może tylko tyle, że w imię swoich zasad, w imię takiego porządku, jaki uważa za słuszny, doktor McClellan dopuszcza się dokładnie tego samego przeciwko czemu występuje – spisku i przemocy. Na tym de facto polegała też jej praca przed przewrotem – dla dobra ludzi z afazją Wernickiego i dla dobra nauki poświęcała żywe stworzenia, to znaczy przeprowadzała na nich doświadczenia ze swoim serum. Czyż z etycznego punktu widzenia to nie to samo, to nie takie samo coś za coś – eksperymenty na myszach, królikach, szympansach w zamian za lekarstwo, jak i milczenie kobiet w zamian za wprowadzenie lepszego w mniemaniu reformatorów ładu społecznego? Przecież „to tylko myszy – uspokajała mnie Lin, kiedy pracowałyśmy w naszym laboratorium w Georgetown. – Zastawiałabyś na nie pułapki, gdyby zakradły się do twojej spiżarni, prawda?”

Kiedy pracowała w laboratorium i zaczęła eksperymenty na zwierzętach doktor Jean McClellan wzięła sobie do serca złotą zasadę: nie nadawać imion. „Innymi słowy, nie myśleć o nich jak o żywych istotach, a wyłącznie jak o narzędziu umożliwiającym przejście z punktu A do punktu B”. Myślę, że zaskakująco podobnie myślą wszyscy, którzy zabierają się za „zrobienie porządku”, „wprowadzenie ładu społecznego”, „sprawienie, by żyło się lepiej”. Ich metody zaczynają nam jednak przeszkadzać dopiero w momencie, kiedy nie zgadzają się z naszymi albo co gorsza zaczyną nas ograniczać.

„Vox” w pewnym momencie zdecydowanie wytraca impet, a końcówka jest mocno niedopracowana. Zgadzam się z opiniami, które mówiły o zakończeniu, które wygląda tak, jakby sama autorka powieścią się znudziła i chciała ją jak najszybciej zakończyć. Niemniej ogromną zaletą tej książki jest to, że stanowi świetny punkt wyjścia do dyskusji. Dyskusji o naszej, realnej rzeczywistości, o propagandzie, o głupocie i bierności większości, która pozwala na szerzenie się ideologii. Każdej.

„Vox” Chistina Dalcher, wyd. Muza, tłum. Radosław Madejski, data premiery: luty 2019, liczba stron: 416.