4 powody, dla których koniecznie musicie obejrzeć „Boże ciało” w reżyserii Jana Komasy

To film idealny na początek listopada. Film o życiu i śmierci, stygmatyzowaniu, przebaczeniu, pozorach, powołaniu i niszczących go zasadach. Absolutna perełka najnowszego polskiego kina. Tegoroczny polski kandydad do Oscara, za którego wyjątkowo będę mocno trzymała kciuki.

1. W końcu film nie o byle czym

Scenariusz do tego filmu napisał młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, Mateusz Pacewicz. Pomijając mały skandalik, który związany jest z nie poinformowaniem prawdziwego bohatera o tym, że historia jego życia jest właśnie nagrywana (jest to bowiem film oparty na faktach), scenariusz nie ma w zasadzie żadnych minusów. To z jednej strony bardzo kameralny dramat, ale z drugiej dotykający niezwykle uniwersalnych problemów. Po krótce: jest to historia chłopaka z poprawczka, który przez przypadek zaczyna udawać księdza na podkarpackim odludziu. Przybysz znikąd pomaga małej społeczności w uporaniu się z traumami. Tyle jeżeli chodzi o podstawową fabularną warstwę filmu. Kryje się za nią jednak znacznie więcej. Wielu krytyków twierdzi, że to najdojrzalszy film Jana Komasy, który dotyka wielu, wileu ważnych kwestii. Przede wszystkim jednak reżyser w bardzo wymowny sposób pokazuje nam, jaką rolę mógliby i powinni spełniać księża w społeczeństwie, jednak ze względu na instytucjonalny charakter Kościoła, a co za tym idzie niesprawiedliwe, utarte schematy i zasady, jej nie spełnia. Wręcz przeciwnie – sprawia, że wiara ludzi staje się fasadowa i na pokaz, fałszywa, a wręcz służy za pretekst do czynienia krzywdy. Brawo, bo historia, która mogła zostać przestawiona w sposób banalny, nadęty, wpisujący się w ostatnio modną strategię walenia czym się da w polski kościół, taka nie jest. Jest prawdziwa, skomplikowana, zróżnicowana, obiektywna, kolorowa i wzruszająca.

2. Cudna rola pierwszoplanowa

Fot.: materiały prasowe Kina Świat

Jan Komasa ma talent nie tylko do kręcenia dobrych filmów, ale i do szlifowania młodych aktorskich talentów. Wcześniej odkrył Jakuba Gierszała w „Sali samobójców”, potem Zofię Wichłacz w „Mieście 44”, a teraz prezentuje fenomenalnego Bartosza Bielenię. Ten młody aktor Teatru Starego w Krakowie wciela się w swoją główną rolę całkowicie. Dzięki jego naturalnej grze postać Daniela jest przekonywująco prawdziwa. To charakter z krwi i kości. Bartosz Bielenia wygrywa ten film całkowicie swoją dziwną, z jednej strony dziecięcą, z drugiej nieco demoniczną urodą; raz za pomocą aktorskiej powściągliwości, za chwilę za pomocą gwałtownej ekspresji. Wraz z aktorem wchodzimy w odgrywanie roli księdza i wciśnięci w kinowy fotel szczerze mu kibicujemy. Za oceanem okrzyknięto Bielenię aktorkim objawieniem. Nie ma się co dziwić. Oby udało mu się łapać teraz same dobre propozycje fimowe, bo zdecydowanie na nie zasługuje!

3. Mistrzowie mikroekspresji

Bielenia to diament tego filmu, ale okalają go liczne perełki. Praca, jaką wykonał szeroko pojęty drugi plan, zasługuje na długie owacje. I mam tu na myśli nie tylko bardzo dobrą pracę kamerą, piękne na swój charakterystyczy sposób zdjęcia Piotra Sobocińskiego Jra, ale przede wszystkim drugoplanowe kreacje aktorskie. Chapeau bas dla Aleksandry Koniecznej. To, co, jak i czym zagrała w tym filmie, w zasadzie nie mając za wiele tekstu… bajka! Podobnie bardzo dobra Eliza Rycembel! No i postacie męskie – Łukasz Simlat i Leszek Lichota, i Zdzisław Wardejn! I Tomasz Ziętek! Wszyscy, każdą sceną, gestem i ekspresją, zapracowali na sukces tego filmu.

4. Ktoś przyłożył się do napisania dialogów

Przeciętny widz nie zdaje sobie sprawy z roli dialogów w filmie, ale de facto to dzięki nim aktorzy mogą faktycznie grać, a cały film staje się prawdziwą opowieścią. W tym przypadku, znowu, brawo! Dialogi są całkowicie naturalne, prawdziwe, wyjęte z naszego dnia codziennego. Jednocześnie proste, ale oddające pełną dramatyczność chwili. Albo komediowość, bo i tej w tym filmie nie brak. Jak w prawdziwym życiu. Tragedia miesza się z uśmiechem. Łzy z przyjemnością. Zabawa z bólem.

Ten film jest aktorskim popisem. Nie tylko ze względu na obsadę, ale także dlatego, że w bolesny sposób pokazuje nam, jak każdy z nas w codziennym życiu gra, odgrywa jakąś rolę. Przed sobą i przed innymi. Lepiej lub gorzej. Z bardziej pozytywnymi skutkami lub tylko krzywdząc siebie i innych. „Boże ciało” to jeszcze jeden theatrum mundi. Rodem z zapyziałego Podkarpacia, które w wymiarze uniwersalnych problemów ludzkich niczym nie różni się od każdego innego miejsca na ziemi.

10/10